Nova. Renegaci. Tom 2 - Rebecca Yarros

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Landon

Dubaj

Znaj­do­wa­łem się w kom­plet­nie sur­re­ali­stycz­nym miej­scu, przy­po­mi­na­ją­cym małą zimową kra­inę w środku wiecz­nego lata. Sztuczny śnieg w ośrodku Ski Dubai migo­tał w świe­tle rzu­ca­nym przez lampy, co wywo­ły­wało we mnie tęsk­notę za bez­chmur­nym nie­bem nad Górami Ska­li­stymi. Kurort nar­ciar­ski w Aspen miał się nie­długo otwo­rzyć, my jed­nak wciąż prze­by­wa­li­śmy na Bli­skim Wscho­dzie, pół świata dalej, i do kraju mie­li­śmy wró­cić dopiero przed Bożym Naro­dze­niem.

Kątem oka dostrze­głem jed­nego z ope­ra­to­rów kamer, suną­cego po stoku tuż za mną, więc przy­spie­szy­łem. Zwy­kle nie mia­łem nic prze­ciwko byciu nagry­wa­nym dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, sie­dem dni w tygo­dniu, jed­nak dzi­siaj po pro­stu dzia­łało mi to na nerwy. Może dla­tego, że minęło zale­d­wie kilka dni od naszego pokazu na żywo, a może cho­dziło o to, co się ostat­nio wyda­rzyło, a dokład­niej o sytu­ację, w któ­rej jedna z moich przy­ja­ció­łek nie­mal stra­ciła życie, a druga wylą­do­wała w aresz­cie. Cho­lera, a może po pro­stu była to kwe­stia tego, że nie mogłem się nawet w spo­koju odlać bez towa­rzy­stwa kame­rzy­stów dep­czą­cych mi po pię­tach. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie potrze­bo­wa­łem teraz kilku minut dla sie­bie.

Prze­nio­słem cię­żar ciała nieco na bok i poko­na­łem jeden z zakrę­tów na tra­sie, dba­jąc przy tym, aby świa­do­mie kon­tro­lo­wać poło­że­nie deski snow­bo­ar­do­wej na oblo­dzo­nej czę­ści stoku tuż za wycią­giem. Cały zjazd zajął mi nie­wiele ponad kilka sekund i za cho­lerę nie można było go uznać za tre­ning przed wyprawą do Nepalu, ale lep­sze to niż nic, zwa­żyw­szy na to, że tem­pe­ra­tura na zewnątrz prze­kra­czała 32 stop­nie Cel­sju­sza.

- Już pra­wie zapo­mnia­łem, jaki potra­fisz być szybki - stwier­dził Paxton, śli­zgiem zatrzy­mu­jąc się obok mnie.

- Poświę­ci­łem w tym tygo­dniu tro­chę czasu na tre­ning. O dziwo, nie zasta­łem się tak, jak mi się wyda­wało - odpar­łem, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Od pię­ciu dni znaj­do­wa­li­śmy się w Dubaju, zgod­nie z har­mo­no­gra­mem pro­gramu uni­wer­sy­tec­kiego Stu­dia na Rej­sie, i pra­wie każdy z nich spę­dzi­łem w Ski Dubai. Odkąd trzy mie­siące temu opu­ści­li­śmy Miami, tylko tutaj mia­łem oka­zję użyć deski snow­bo­ar­do­wej i nie było nawet mowy, żebym z niej nie sko­rzy­stał.

- To co, powtórka? - Pax kiw­nął w stronę wyciągu, dokład­nie w chwili, gdy kame­rzy­sta w końcu dotarł na kra­niec stoku. Całe szczę­ście, że więk­szość ujęć w Nepalu będziemy nagry­wać z heli­kop­tera i kame­rek GoPro, bo ten typ w życiu nie byłby w sta­nie dotrzy­mać mi kroku.

- Ile mamy jesz­cze czasu?

Pod­wi­nął rękaw kurtki i zer­k­nął na zega­rek.

- Jakąś godzinę, wystar­czy na kolejny zjazd. Leah zacznie świ­ro­wać, jeśli nie dotrzemy na pokład na dwie godziny przed wypły­nię­ciem, więc to będzie mój ostatni.

- Taaa, cóż, tak to jest, jak wolisz barasz­ko­wać z dziew­czyną w Stam­bule, a póź­niej sta­tek odpływa wam sprzed nosa.

Na twa­rzy przy­ja­ciela poja­wił się leniwy uśmiech.

- Może tak, ale było bar­dziej niż warto. To jak, zjeż­dżamy jesz­cze raz?

Zer­k­ną­łem na szczyt wzgó­rza i na osobne trasy, jakie ofe­ro­wało Ski Dubai, po czym ski­ną­łem głową.

- Ano, możemy. Przez następ­nych kilka tygo­dni nie będziemy mieć oka­zji.

Skie­ro­wa­li­śmy się w stronę krót­kiego wyciągu i przez chwilę cze­ka­li­śmy na swoją kolej. Wśród osób ubra­nych w wypo­ży­czone ciem­no­gra­na­towe oraz czer­wone kom­bi­ne­zony dość mocno wyróż­nia­li­śmy się w swo­ich, uszy­tych na zamó­wie­nie.

Byłem bar­dziej niż świa­domy tego, że kamera śle­dzi każdy nasz ruch, ale z całych sił sta­ra­łem się to zigno­ro­wać. W końcu doku­ment o wdzięcz­nym tytule "Na mię­dzy­na­ro­do­wych wodach" krę­ci­li­śmy z myślą o Nicku i te dzie­więć mie­sięcy w świe­tle reflek­to­rów było niczym w porów­na­niu z tym, że on musiał spę­dzić resztę swo­jego życia na wózku. Wyna­gro­dze­nie za udział w fil­mie zosta­nie wypła­cone w rów­nych czę­ściach zarówno jemu, jak i Pierw­szym, czyli naszej czwórce, która stwo­rzyła ekipę, a sam film pokaże światu feno­me­nalne pro­jekty ramp oraz pomy­sły na akro­ba­cje Nicka. Więc tak, kamery nie odstę­po­wały nas na krok.

- Hej, Nova - rzu­ciła w naszą stronę jakaś dziew­czyna, wzdy­cha­jąc przy tym lekko.

- Hej, księż­niczko - odpar­łem, mru­ga­jąc do niej. - Dobrze się bawisz?

Prze­su­ną­łem spoj­rze­niem po jej twa­rzy, sta­ra­jąc się odszu­kać ją na swo­jej czar­nej liście - cie­kawe, czy już się z nią kie­dyś prze­spa­łem?

Poczu­łem na sobie cię­żar spoj­rze­nia Paxtona i zauwa­ży­łem, jak prze­wraca oczami. Nie zno­sił tego mojego nawyku i nie miał opo­rów przed infor­mo­wa­niem mnie o tym od czasu do czasu.

- Jasne! Miło w końcu poczuć tro­chę chłodu. Wszę­dzie, gdzie ostat­nio się zatrzy­my­wa­li­śmy, było okrut­nie gorąco, co? - Nie­bie­sko­oka zatrze­po­tała poma­lo­wa­nymi mocno powie­kami.

- Prawda. - Czyli jest z nami na statku.

- Ide­alna pogoda na przy­tu­lanki - dodała jesz­cze, przy­gry­za­jąc wargę, po czym poma­chała nam na poże­gna­nie, kiedy nad­je­chało jej krze­sełko.

- Ani słowa - rzu­ci­łem ostrze­gaw­czo w stronę przy­ja­ciela, kiedy tylko dostrze­głem, że otwiera usta.

Potrzą­snął głową, po czym prze­su­nę­li­śmy się o krok w ocze­ki­wa­niu na naszą kolej.

- Potwier­dzi­łem już wyjazd do Nepalu - oznaj­mił, gdy już roz­sie­dli­śmy się na krze­seł­kach.

- Serio? Rze­czy­wi­ście damy radę ją pogo­dzić ze stu­diami?

Od jakie­goś czasu pró­bo­wa­li­śmy ogar­nąć wyjazd na narty w miej­sce z praw­dzi­wym śnie­giem, by tro­chę potre­no­wać, ale nie mie­li­śmy za bar­dzo jak tego zro­bić, zwa­żyw­szy na to, że od ostat­nich trzech mie­sięcy pozo­sta­wa­li­śmy w oko­li­cach Morza Śród­ziem­nego i Afryki.

To na wyprawę do Nepalu posta­no­wi­łem posta­wić wszystko pod­czas krę­ce­nia doku­mentu. Była ona cał­ko­wi­cie zależna od naszego roz­kładu zajęć. Podob­nie zresztą jak wszystko inne w tym roku.

Sie­dzi­skiem szarp­nęło i ruszy­li­śmy w drogę na szczyt sztucz­nego stoku.

- Uda nam się to zro­bić w tygo­dniu prze­zna­czo­nym na opcjo­nalne wycieczki na lądzie. Będzie nas to kosz­to­wało tydzień w Indiach, ale jakoś wszystko ogar­niemy. Potrze­bu­jemy łącz­nie dzie­się­ciu dni, więc będziemy musieli tylko napi­sać prace zali­cze­niowe, żeby nad­ro­bić jakoś te stra­cone wycieczki z zajęć kul­tu­ro­wych.

Posła­łem mu scep­tyczne spoj­rze­nie.

- I co, Leah nie miała nic prze­ciwko? Twoja panna jest znana z tego, że odwala jej na punk­cie wszyst­kiego, co się wiąże z nauką.

Na twa­rzy przy­ja­ciela znowu poja­wił się uśmiech czło­wieka, który wpadł po uszy, a ja zigno­ro­wa­łem irra­cjo­nalny prze­błysk zazdro­ści, roz­pa­la­jący się w moim żołądku. Paxton zasłu­gi­wał na radość, miłość i całą tę cho­lerną bajkę - po pro­stu kisi­łem w sobie tro­chę żalu, bo w moim przy­padku nie wcho­dziło to w grę.

W końcu dawno temu po kró­lew­sku spier­do­li­łem swoją szansę na miłość.

- Miała, ale zmie­niła zda­nie, gdy obie­ca­łem jej, że spę­dzimy dzień w Tadź Mahal. Zare­zer­wo­wa­łem nam też prze­lot heli­kop­te­rem do obo­zo­wi­ska na Mount Eve­ret.

- Roman­tiko.

- Hej, Leah nie pro­te­sto­wała. - Na moment zapa­trzył się przed sie­bie, po czym prze­chy­lił głowę. - W każ­dym razie, jeśli masz jakiś pomysł na roz­rywkę dla dziew­czyn, gdy już tam będziemy, to mów śmiało. Jakoś nie potra­fię sobie wyobra­zić Leah ude­rza­ją­cej na stoki.

- Prawda. Wymy­ślimy coś, co im się spodoba. Pennę pew­nie będzie nosiło, bo tym razem nie będzie mogła jeź­dzić.

- Wiem - stwier­dził cicho Paxton i przez chwilę wzno­si­li­śmy się w peł­nej zamy­śle­nia ciszy.

Chłodne powie­trze owie­wało mi twarz. Gdzieś pod nami rado­sne okrzyki zjeż­dża­ją­cych odbi­jały się echem od sta­lo­wych ścian. Tylko w Dubaju mógł powstać tak kozacki ośro­dek nar­ciar­ski połą­czony z cen­trum han­dlo­wym. Penna powinna tutaj z nami być, a nie ukry­wać się na statku. Paxton miał rację - do czasu, aż za kilka mie­sięcy zdejmą jej gips, dziew­czyna zupeł­nie straci swój ogień.

- Mar­twię się o nią. Odkąd wyszła ze szpi­tala, pra­wie w ogóle się nie odzywa, a to zupeł­nie nie w jej stylu - powie­dzia­łem.

- Obwi­nia się - odparł Paxton.

- A nie powinna - oce­ni­łem natych­miast. - To jej sio­strze odwa­liło. Uwiel­biam Bro­oke rów­nie mocno, co ty, ale oby­dwaj wiemy, że to prawda. Nic z tego, co się wyda­rzyło przez ostat­nie trzy mie­siące... Wypadki, sabo­taże, pier­do­lone gierki... Nic z tego nie było winą Penny.

- Tylko jak ją prze­ko­nać, żeby w to uwie­rzyła?

- Musimy spra­wić, żeby wciąż czuła się czę­ścią ekipy - odpar­łem. - Od zawsze była nas czwórka, ty, ja, Nick i Penna. Może i Nick już zawsze będzie na wózku, ale ten, na któ­rym jeź­dzi teraz Penna, nie jest na stałe. Za kilka mie­sięcy będzie tu nami dyry­go­wać.

- Fizycz­nie może i tak, ale psy­chicz­nie... Myślami jest w naprawdę mrocz­nym miej­scu. Nie wiem, czy doj­dzie do sie­bie na tyle, by wziąć udział w jakichś nume­rach, ale tego­roczna edy­cja X Games na pewno odpada. Ledwo zdejmą jej gips. Nie da rady przy­go­to­wać się na czas.

Powoli wypu­ści­łem powie­trze, obser­wu­jąc, jak zmie­nia się w parę.

- Taaa... Cóż, jeśli jest na świe­cie ktoś, komu mia­łoby się udać, to na pewno jest to Penna. Już nie­długo zrzuci gips i wsko­czy na moto­cykl, zanim leka­rze zdążą jej powie­dzieć, że to kiep­ski pomysł.

- Cała nasza Rebel - stwier­dził Paxton z uśmie­chem. Wyma­wia­jąc jej pseu­do­nim, kiw­nął głową.

Wil­der, Rebel, Nova i Nitro... czwórka Pierw­szych. Może i nasza histo­ria roz­po­czy­nała się w ogródku Paxtona i miej­sco­wym ska­te­parku, ale teraz ekipa roz­ro­sła się już do dwa­dzie­ściorga Rene­ga­tów na statku i jesz­cze więk­szej liczby świe­ża­ków. Jed­nak nie­ważne, jak sławni się sta­li­śmy, zawsze będzie cho­dziło o naszą czwórkę. Po ponad dzie­się­ciu latach wspól­nego ryzy­ko­wa­nia życiem, czu­łem się z nimi moc­niej zwią­zany niż z wła­sną rodziną. Poświę­cił­bym dla nich wszystko.

Już to zro­bi­łeś.

Dotar­li­śmy na szczyt wyciągu. Zesko­czy­li­śmy na wspa­niale wyglą­da­jący śnieg. Boże, jak ja tęsk­ni­łem za jego chrzę­stem pod sto­pami, za pośli­zgiem i testo­wa­niem na nim gra­nic moż­li­wo­ści wła­snego ciała; jedyne, co dla mnie ist­niało, to ja i deska. Kocha­łem jazdę na desko­rolce, ale snow­bo­ar­ding od zawsze był moją naj­więk­szą miło­ścią.

- Udało ci się ogar­nąć też wszystko dla Gabe'a i Alexa? - spy­ta­łem, kiedy roz­wa­ża­li­śmy, którą trasę wybrać.

- Taa. Rada uczel­niana nie była zbyt­nio zachwy­cona przy­ję­ciem ich na drugi try­mestr, ale dosyć sta­now­czo przed­sta­wi­łem swoje argu­menty.

Prych­ną­łem w odpo­wie­dzi.

- No tak, zwłasz­cza, że sta­tek należy do cie­bie i w ogóle...

- Nie zaprze­czam, to mogło odro­binę pomóc - przy­znał Paxton. - Wiem, że ich tutaj potrze­bu­jesz, więc trzeba było to zała­twić. Przy­le­cieli dzi­siaj rano, więc są gotowi, żeby zacząć zaję­cia razem z nami.

- To naj­lepsi zawod­nicy naszego poko­le­nia w zjaz­dach wyso­ko­gór­skich.

- Ty jesteś naj­lep­szym zawod­ni­kiem naszego poko­le­nia w zjaz­dach wyso­ko­gór­skich - popra­wił mnie.

Wzru­szy­łem ramio­nami. Może tak było, a może nie, ale zna­łem róż­nicę mię­dzy zaro­zu­mial­stwem a pew­no­ścią sie­bie, dla­tego potrze­bo­wa­łem tej dwójki pod­czas naszej hima­laj­skiej wyprawy - ich osądu oraz doświad­cze­nia, które nieco by mnie przy­tem­pe­ro­wały, gdyby zaszła taka potrzeba.

- Hej, spró­bujmy tędy - zapro­po­no­wał Pax, kiwa­jąc głową w stronę stoku ozna­czo­nego czar­nym kolo­rem. Kamery aku­rat się z nami zrów­nały. - Bie­gnie wzdłuż miej­sca, z któ­rego obser­wuje nas Leah.

Par­sk­ną­łem śmie­chem.

- Jasne, tro­chę popi­sówy przed twoją panną nie zaszko­dzi.

Pode­szli­śmy do początku czar­nej trasy, a ja w duchu prze­klą­łem ekipę fil­mową. Cie­kawe, jak się wam teraz uda dotrzy­mać nam tempa.

- Co do Leah... Jej współ­lo­ka­torka już dołą­czyła? Pew­nie powin­ni­śmy zała­twić miej­sce na wypra­wie i dla niej? - Żeby wszystko udało się ide­al­nie, trzeba było zadbać o wiele drob­nych szcze­gó­łów, a teraz doszedł nam jesz­cze jeden.

Dostrze­głem, że sto­jący obok Pax spina się.

- Taaa, dotarła.

- Co jest? - spy­ta­łem, kle­piąc go po ple­cach. - Przy­ja­ció­łeczka już odbiera ci czas sam na sam z twoją kobietą?

Potrzą­snął głową w odpo­wie­dzi.

- Nic z tych rze­czy.

- Hej, Nova - usły­sze­li­śmy ten sam słodki dziew­częcy głos co wcze­śniej. Jego wła­ści­cielka chwilę póź­niej pod­je­chała na nar­tach bli­żej nas. Oho, blon­dyna wró­ciła. - Mamy jesz­cze tro­chę czasu, aż sta­tek wypły­nie z portu. Co byś powie­dział na drinka na dole?

"Masz ochotę mnie prze­le­cieć, żebym miała co póź­niej opo­wia­dać kole­żan­kom?". O to tak naprawdę jej cho­dziło. Nor­mal­nie nie miał­bym nic prze­ciwko, jed­nak ostat­nio, obser­wu­jąc Paxtona i Leah, czu­łem się dosyć roz­draż­niony.

A to uczu­cie było naprawdę do dupy.

- Chyba tro­chę kiep­sko u nas z cza­sem, ale może zła­piemy się gdzieś póź­niej na statku? - zasu­ge­ro­wa­łem z uśmie­chem, licząc na to, że nie zra­nię tym jej uczuć.

- Będę na pokła­do­wym base­nie. - Wyszcze­rzyła się. - A, mam na imię Erin.

- Miło cię poznać, jestem...

- Nova - dokoń­czyła za mnie, a kole­żanka za jej ple­cami zaczęła coś traj­ko­tać.

Lan­don.

- Dokład­nie.

Zupeł­nie nie inte­re­so­wało jej to, kim naprawdę jestem. Widziała tylko per­sonę, którą stwo­rzy­łem, ale nie było w tym nic złego. Albo jed­nak było. To i tak lep­sze podej­ście niż u pozo­sta­łych lasek, które myślały, że staną się dla mnie kimś wię­cej niż jed­no­ra­zo­wym numer­kiem. Że będą w sta­nie roz­grzać moje skute lodem serce.

Żadna z nich nie miała szans.

Bo żadna nie była nią.

Zepchną­łem tę myśl na gra­nicę umy­słu naj­da­lej, jak tylko potra­fi­łem, po czym zatrza­sną­łem za nią drzwi. Gdy­bym ponow­nie je otwo­rzył, stał­bym się bez­u­ży­teczny i ledwo bym funk­cjo­no­wał, a na to w naj­bliż­szym cza­sie nie zamie­rza­łem sobie pozwo­lić.

- No to... do zoba­cze­nia na pokła­dzie! - rzu­ciła Erin, posłała mi przez ramię ostat­nie, dosyć suge­stywne spoj­rze­nie, po czym wspól­nie z kole­żanką skie­ro­wały się w stronę naj­ła­twiej­szej z tras.

- Nie wyglą­da­łeś na zain­te­re­so­wa­nego - stwier­dził Pax, nasu­wa­jąc gogle na oczy.

Podą­ży­łem w jego ślady, a świat nabrał nieco ostrzej­szych barw za sprawą spe­cja­li­stycz­nych szkieł.

- Bo nie jestem.

- Ach tak - mruk­nął, powoli kiwa­jąc głową, jakby mnie rozu­miał.

Tyle że za cho­lerę niczego nie rozu­miał.

- No co? - dopy­ta­łem, upew­nia­jąc się, że żaden z kame­rzy­stów nie znaj­duje się na tyle bli­sko, by mikro­fon wyła­pał naszą roz­mowę.

- Pomy­śla­łem, że może w końcu dasz sobie spo­kój z pie­prze­niem wszyst­kiego, co ma ręce i nogi.

- Raczej nie - wark­ną­łem, na co tylko wzru­szył ramio­nami.

- Była cał­kiem ładna.

Blond włosy. Nie­bie­skie oczy. Na mojej skali byłaby ósemką.

Pro­blem pole­gał na tym, że pra­gną­łem jede­nastki i na całym cho­ler­nym świe­cie była taka tylko jedna. Miała włosy ciem­niej­sze od nocy, smu­kłe, opa­lone ciało ide­alne dopa­so­wane do mojego i cze­ko­la­dowe oczy w kształ­cie mig­da­łów, które potra­fiły spra­wić, że zapo­mi­na­łem wła­snego imie­nia, ale ni­gdy jej.

- No cóż, nie była tą, któ­rej chcę. - Odpuść.

Pax ponow­nie ski­nął głową.

- Okej.

- I co to niby miało zna­czyć?

- Nic, po pro­stu powie­dzia­łem "okej".

- Mia­łeś coś wię­cej na myśli.

- Prze­stań szu­kać dziury w całym. Jeśli nie chcesz tam­tej laski, świet­nie, naprawdę mnie to nie obcho­dzi. Rze­czy­wi­ście wolał­bym, żebyś zmie­nił swoją metodę samo­le­cze­nia, bo ten zżera cię od środka, ale hej, prze­cież to nie moja sprawa.

Zaci­sną­łem szczękę.

- Jedźmy już.

- Praw­dziwy z cie­bie wrzód na dupie - stwier­dził, po czym pomknął w dół zbo­cza.

Nabra­łem głę­boko tchu, by uspo­koić umysł, ale odkąd ona ponow­nie się w nim poja­wiła, nie było już odwrotu.

Pró­bo­wa­łem wró­cić myślami do tam­tej blon­dynki, spra­wić, by to jej twarz, jej suge­stie i spo­sób, w jaki użył­bym póź­niej jej ciała, zapeł­niły na godzinę lub dwie pustkę w mojej duszy, ale to nie miało sensu.

Przez moją głowę prze­pły­wała już tylko jej twarz, jej oczy, jej pyskate usta. Posła­łaby mi buziaka, a póź­niej pognała za Paxto­nem. Dotrzy­my­wa­łaby mi tempa na każ­dym kroku, pędzi­łaby coraz dalej i szyb­ciej.

Minęło dwa i pół roku, a ja czu­łem w piersi ten sam cię­żar, który przy­gnia­tał mnie za każ­dym razem, gdy tylko o niej myśla­łem.

Rachel.

Pozwo­li­łem jej imie­niu prze­to­czyć się po całym moim wnę­trzu, na moment wpusz­cza­jąc ją do środka. Tylko pod­czas tego zjazdu - obie­ca­łem sobie, a póź­niej ruszy­łem w dół. Pozwolę sobie teraz na pół minuty roz­pa­mię­ty­wa­nia, a kiedy tylko dotrę na kra­niec stoku, zamknę tę furtkę.

Kon­ty­nu­owa­łem zjazd, zasta­na­wia­jąc się, gdzie ona teraz jest i co robi. Czy wciąż mnie nie­na­wi­dzi? Mia­łem taką nadzieję, bo cał­ko­wi­cie na to zasłu­gi­wa­łem.

Bóg jeden wie­dział, że nie­na­wi­dzi­łem sie­bie wystar­cza­jąco za nas oby­dwoje.

Pro­blem z miło­ścią pole­gał na tym, że gdy odcho­dziła, nic nie było w sta­nie zapeł­nić pustki, jaką po sobie pozo­sta­wiała. Nie było sub­sty­tutu tej eufo­rii. Utrata miło­ści koń­czyła się syn­dro­mem odsta­wie­nia, na który nie ist­niało żadne lekar­stwo.

A przy­naj­mniej jesz­cze takiego nie odkry­łem.

Ugią­łem nieco kolana, by zwięk­szyć pręd­kość.

Przy­naj­mniej seks zdu­szał ten ból na jakiś czas, ale może... Może Paxton miał rację. Byłem tak samo daleko od rusze­nia dalej ze swoim życiem, co tam­tego dnia, gdy jak ostatni dureń posta­no­wi­łem od niej odejść.

Może nad­szedł czas, żeby wziąć się w garść i sta­wić czoła całej tej gów­nia­nej sytu­acji.

Paxton znaj­du­jący się tuż przede mną poma­chał w stronę szyby, a ja spoj­rza­łem w górę i zro­bi­łem to samo, gdy tylko zrów­na­łem się z obser­wu­jącą nas Leah. Odma­chała mu, potem mnie, a chwilę póź­niej ktoś sta­nął obok niej.

Jasna cho­lera. Nie może być.

Włosy dziew­czyny lekko spły­wały jej na ramiona i nawet z odle­gło­ści dało się dostrzec prze­ci­na­jące je fio­le­towe pasma. Odwró­ci­łem głowę, nie chcąc stra­cić jej z oczu.

Twarz jak u wróżki, mocno zary­so­wane kości policz­kowe, zadarty nosek, ide­al­nie zaokrą­glone usta - poznał­bym je wszę­dzie.

Doci­snęła dło­nie do szyby.

Jeb!

Nogi roz­je­chały mi się na mili­se­kundę przed ude­rze­niem w ścianę na krańcu stoku. Odbi­łem się od niej i wylą­do­wa­łem na tyłku.

- Uwaga! - krzyk­nął ktoś po angiel­sku i o mało nie potrak­to­wał mnie kij­kiem.

Wła­śnie wywi­ną­łem orła w miej­scu, gdzie zakrę­cał wyciąg orczy­kowy, który wycią­gał ludzi na szczyt za pomocą liny.

Ode­pchną­łem się, żeby zje­chać im z drogi, i spoj­rza­łem w górę, w miej­sce, gdzie Leah stała za szybą. Znów sama.

- Wszystko okej? - odczy­ta­łem z ruchu jej warg, a w oczach dostrze­głem zmar­twie­nie.

Co do kurwy, to teraz zaczy­na­łem mieć halu­cy­na­cje? Tych kilka sekund, kiedy pozwo­li­łem wspo­mnie­niom prze­jąć nad sobą kon­trolę wystar­czyło, by Rachel zaczęła mi się obja­wiać?

Ski­ną­łem głową w kie­runku Leah i pode­rwa­łem się do góry. Czyż­bym zamy­ślił się tak bar­dzo, że mój mózg zaczął widzieć to, co chciał?

- Wszystko dobrze? - spy­tała jakaś dziew­czyna wycią­gana przez orczyk. Jej narty znaj­do­wały się jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów nad moją deską.

- Taa, dzięki - odpar­łem, pochy­la­jąc głowę.

Tak jest, dro­gie panie, zdo­by­łem cztery medale na roz­gryw­kach X Games, z czego trzy w jeź­dzie na desce, a przed sekundą wpa­dłem w cho­lerną ścianę.

Weź się w garść.

Ruszy­łem dalej w dół stoku, by spo­tkać się u jego pod­nóża z Paxem.

- Poje­cha­łeś okrężną drogą? - spy­tał.

- Taa, coś w ten deseń - odpar­łem, zda­jąc sobie sprawę z tego, że nie widział, jak zro­bi­łem z sie­bie total­nego bła­zna. Z pew­no­ścią dowie się o tym póź­niej, gdy Bobby'emu, reży­se­rowi naszego doku­mentu, wpad­nie w łapy nagra­nie ze zjazdu.

Pax nie kon­ty­nu­ował dys­ku­sji, posłał mi tylko zdu­mione spoj­rze­nie.

- Czas na nas. Wszystko okej? Jesteś jakiś blady.

- Nic mi nie jest. - Tylko tyle z sie­bie wykrztu­si­łem, kiedy zaczę­li­śmy ścią­gać z sie­bie sprzęt.

- Lan­don, jesteś cały? - spy­tała Leah, pędząc w moją stronę, gdy wyszli­śmy z chłod­nej prze­strzeni pro­sto w suchy, pustynny skwar.

- A co się stało? - dorzu­cił Pax, obej­mu­jąc ją ramie­niem.

- Nic, wszystko ze mną dobrze - odpar­łem, posy­ła­jąc dziew­czy­nie uśmiech, a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało. Nie do końca mia­łem pew­ność, bo jedyne, co czu­łem, to odrę­twie­nie w całym ciele.

To uczu­cie nie opusz­czało mnie, gdy odwo­żono nas z powro­tem do portu, gdzie zacu­mo­wała Athena, ani kiedy Pax opo­wia­dał mi o nowych nume­rach, jakie dla nas wymy­ślił, tym bar­dziej że zale­d­wie kilka dni temu, pod­czas naszego eventu na żywo, jemu jako pierw­szemu udało się wyko­nać na moto­cros­sie tri­ple front1. Liczba sub­skry­ben­tów naszego kanału na YouTube gwał­tow­nie wzro­sła, podob­nie jak na Insta­gra­mie oraz Snap­cha­cie, ale tak naprawdę to liczba wyświe­tleń naprawdę poszy­bo­wała.

Uczu­cie odrę­twie­nia nie minęło też, gdy zeska­no­wa­łem iden­ty­fi­ka­tor, by wró­cić na ogromny sta­tek wyciecz­kowy, który od sierp­nia zastę­po­wał nam dom. W dro­dze do wiel­kiego, trzy­po­ko­jo­wego apar­ta­mentu na tyłach statku jedyne, co widzia­łem, to wspo­mnie­nie, któ­rego mój mózg nie chciał odrzu­cić: obraz dziew­czyny, którą kątem oka dostrze­głem obok Leah.

- Lan­don! - wrza­snął Pax, wyry­wa­jąc mnie ze stanu zamro­cze­nia. Pode­rwa­łem głowę i spoj­rza­łem w jego stronę.

- No co? Ja pier­dolę, nie musisz tak krzy­czeć.

- Naj­wy­raź­niej muszę, skoro woła­łem cię już trzy razy i nic.

- Mówi­łem już, że nic mi nie jest.

Przy­ja­ciel zmru­żył oczy.

- Oke­eej, ale tym razem pyta­łem, czy chcesz pójść nad basen.

Zamru­ga­łem kilka razy.

- Muszę tro­chę poćwi­czyć.

- Prze­cież dopiero co jeź­dzi­łeś na desce. Odpuść sobie siłow­nię na jeden dzień i po pro­stu spędź z nami tro­chę czasu. Wiem, że przy­go­to­wu­jesz się na Nepal, ale jeden dzień cię nie zbawi.

Miał rację, mogłem sobie pozwo­lić na jeden wolny dzień. Poza tym byłem teraz tak roz­ko­ja­rzony, że naj­praw­do­po­dob­niej ześli­zgnął­bym się z bieżni albo zro­bił coś rów­nie dur­nego jak wjazd w ścianę.

- Dobra, w takim razie basen. Pasuje mi.

- Hej, może uda ci się wypa­trzeć tam tego śnież­nego kró­liczka ze stoku - rzu­cił jesz­cze kpiąco, kie­ru­jąc się po scho­dach do swo­jego pokoju.

- Żad­nego śnież­nego kró­liczka - wymam­ro­ta­łem pod nosem, po czym ruszy­łem do sie­bie. Pierw­sza lep­sza laska mi w tej sytu­acji nie pomoże. Nie, kiedy ona była jedyną, o któ­rej myśla­łem. Już to wcze­śniej prze­ra­bia­łem, potrze­bo­wa­łem po pro­stu oczy­ścić głowę. Zrzu­ci­łem z sie­bie ubra­nia i zało­ży­łem spodenki kąpie­lowe, a póź­niej wró­ci­łem do salonu, by tam spo­tkać się z Paxem. Bobby i reszta ekipy fil­mo­wej wła­śnie pro­wa­dzili spo­tka­nie przy stole w jadalni. Jeśli się pospie­szymy, może uda nam się zdo­być tro­chę czasu na osob­no­ści.

- Zacho­wu­jesz się dziw­nie, serio - rzu­cił Pax, gdy wsie­dli­śmy do windy pro­wa­dzą­cej na pię­tro z base­nem. - Leah mówiła, że widziała, jak pod­czas zjazdu wpa­dłeś w ścianę. Może dobrze byłoby, żeby ktoś obej­rzał twoją głowę? Ona jest już nad base­nem, zajęła nam miej­sca, ale możemy spo­tkać się z nią tro­chę póź­niej.

- Nic mi nie jest - powtó­rzy­łem.

- To ty tak twier­dzisz.

Gdy weszli­śmy na ską­pany w ponad trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upale pokład z base­nem, biła już z niego ogłu­sza­jąca muzyka. Pro­mie­nie słońca opa­dły na moją skórę, jed­nak nawet im nie udało się roz­to­pić odrę­twie­nia, któ­rego wciąż nie byłem w sta­nie się pozbyć.

Może Pax miał rację i rze­czy­wi­ście ude­rzy­łem się w głowę moc­niej, niż mi się wyda­wało.

Podob­nie jak za każ­dym razem, kiedy opusz­cza­li­śmy port, muzyka dud­niła, a ludzie tło­czyli się w jed­nym miej­scu. Pax znik­nął, żeby odszu­kać w tłu­mie Leah, a ja w tym cza­sie rozej­rza­łem się w nadziei, że cho­ciaż odro­binę udzieli mi się pod­eks­cy­to­wa­nie pozo­sta­łych.

Pierw­szy try­mestr dobiegł końca, cze­kały nas jesz­cze dwa kolejne i wła­śnie wyru­sza­li­śmy w stronę Oce­anu Indyj­skiego. Cała ta sytu­acja, jakby się nad nią zasta­no­wić, była dość przy­tła­cza­jąca. Z dru­giej strony, to wła­śnie przez zbyt dłu­gie myśle­nie zna­la­złem się w tym miej­scu.

- Tutaj jesteś! - U mojego boku poja­wiła się blon­dynka poznana na stoku. Cycki pra­wie wyle­wały jej się z góry od stroju kąpie­lo­wego.

- Hej. - Wysi­li­łem się na uśmiech, gdy oto­czyła mnie ramie­niem w pasie.

- Masz ochotę na drinka?

Nie­szcze­gól­nie.

- Wiesz, chyba przejdę się...

- Oj, daj spo­kój. Bar jest zaraz obok! - oznaj­miła, kie­ru­jąc nas w tamtą stronę.

W tej samej chwili poczu­łem na tor­sie coś lodo­wa­tego, ześli­zgu­ją­cego się w dół mię­śni brzu­cha aż do spode­nek. Z wra­że­nia aż zassa­łem powie­trze. Jasna cho­lera, jaki ziąb.

- Strasz­nie prze­pra­szam! - powie­działa jakaś dziew­czyna.

Jej głos ude­rzył we mnie z mocą hura­ganu, któ­rym była. Kiedy unio­sła wzrok, całe powie­trze, jakie wcze­śniej nabra­łem do płuc, ucie­kło mi przez usta.

Roz­sze­rzyła oczy, a na jej twa­rzy, tak bar­dzo zna­jo­mej, bły­snęła panika.

- O, Boże - wyszep­tała.

Fio­le­towe pasemka spły­wały gładko wzdłuż linii jej szczęki, a usta deli­kat­nie roz­chy­liły się od szoku, który z pew­no­ścią odzwier­cie­dlał mój.

Cały świat skur­czył się do kobiety sto­ją­cej przede mną. Uci­chło nawet bicie mojego serca, odda­jąc cześć tej chwili. Skąd ona się tu wzięła? Po tak dłu­gim cza­sie roz­łąki w końcu stała obok, na wycią­gnie­cie ręki, a jed­nak jedyne, co byłem w sta­nie robić, to patrzeć na nią z obawą, że jeśli mru­gnę, to znik­nie.

Tysiące róż­nych emo­cji roz­bi­jało się w moim ciele z taką pręd­ko­ścią, że sma­gały mnie niczym biczem. Każda z nich trwała na tyle długo, by porząd­nie ukłuć z siłą godną miliarda igieł, a jed­nak żadna nie była w sta­nie spro­wa­dzić mnie na zie­mię; nie­zmą­cona niczym radość i zdu­mie­nie na jej widok po tylu latach, strach, że chlu­śnie mi w twarz resztką drin­ków i przy­tła­cza­jące pra­gnie­nie, by znów ją poca­ło­wać, bła­gać o wyba­cze­nie błę­dów, jakie popeł­ni­łem jako durny dzie­ciak, i o zapo­mnie­nie ostat­nich dwóch lat, które spę­dzi­li­śmy osobno.

Naj­bar­dziej odczu­walna była jed­nak czy­sta ulga, że mogłem ponow­nie ode­tchnąć pełną pier­sią. Że to otę­pie­nie, jakie czu­łem od zjazdu po stoku znik­nęło i skóra mro­wiłą mnie teraz wszę­dzie, gdzie tylko krew była w sta­nie pomknąć spra­gnio­nymi jej naczy­niami.

Wszystko spro­wa­dziło się do wyłącz­nie jed­nego słowa:

- Rachel?

Rozdział drugi

Rachel

Dubaj

Wyda­wało mi się, że jestem gotowa na to, co nie­unik­nione.

Tak bar­dzo się myli­łam.

Oddy­chaj - naka­za­łam sobie, ale nie po to, by się uspo­koić, a żeby zwy­czaj­nie napeł­nić płuca tle­nem, zanim cał­ko­wi­cie by mnie odcięło. Pla­no­wa­nie zoba­cze­nia się z Lan­do­nem, a spo­tka­nie z nim twa­rzą w twarz to zupeł­nie różne sprawy. Pierw­sza była czy­sto logiczna, z kolei druga... no cóż, ani jeden nerw w moim ciele nie pozo­sta­wał obo­jętny na jego bli­skość.

A teraz powiedz coś... cokol­wiek.

- Cześć, Lan­don - rzu­ci­łam cicho, spo­glą­da­jąc pro­sto w te zszo­ko­wane orze­chowe oczy. Nie­mal zdą­ży­łam już zapo­mnieć, jak piękne były i jak ich barwa zmie­niała się w zależ­no­ści od jego humoru albo tego, co miał na sobie.

A w tej chwili nie miał na sobie zbyt wiele.

Cóż, na pewno były na nim moje mar­ga­rity. Wła­śnie spły­wały mu po tych nie­sa­mo­wi­cie wyrzeź­bio­nych mię­śniach brzu­cha, nie zatrzy­mu­jąc się ani na chwilę przy nie­zli­czo­nych tatu­ażach zdo­bią­cych jego skórę.

Czy pozbył się już tego, który zro­bił z myślą o mnie? Nie byłam w sta­nie dostrzec pod jasno­zie­lo­nym świń­stwem spły­wa­ją­cym mu po ciele.

Pode­rwa­łam wzrok do góry, by napo­tkać jego spoj­rze­nie, jed­nak on wciąż stał w bez­ru­chu... i tylko patrzył. Okej, może nie będzie tak źle, jak się spo­dzie­wa­łam.

- No to... dobrze cię widzieć - powie­dzia­łam z nieco drżą­cym uśmie­chem, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po każ­dym naj­drob­niej­szym detalu jego twa­rzy, która ide­al­nie wpa­so­wa­łaby się w zdję­cie rodzinne braci Hem­sworth. Rysy stra­ciły nieco z mięk­ko­ści, jaką pamię­ta­łam z czasu, gdy widzie­li­śmy się po raz ostatni. Miał mocno zary­so­wane nos oraz pod­bró­dek, ale usta wciąż wyglą­dały na rów­nie mięk­kie jak wcze­śniej - i rów­nie dobrze wpra­wione w pod­ry­wa­niu i wymów­kach.

Wspo­mnie­nia ude­rzyły we mnie ze zdwo­joną siłą, bom­bar­du­jąc niskim tem­brem jego głosu, gdy roz­ma­wia­li­śmy godzi­nami, cie­płem w oczach, gdy po raz pierw­szy wyznał, że mnie kocha, doty­kiem jego dłoni na mojej skó­rze. Nie­ważne, jak bar­dzo sta­ra­łam się zako­pać to wszystko głę­boko w sobie, teraz wła­śnie wra­cało, zale­wa­jąc mnie falami uczuć, na odkry­wa­nie któ­rych nie mogłam sobie pozwo­lić. Ni­gdy.

Od tygo­dnia znaj­do­wa­łam się na statku ze świa­do­mo­ścią, że on też tutaj jest. Wie­dzia­łam o tym, jak daleko posu­nął się Paxton, by mnie tutaj ścią­gnąć. Uni­ka­łam daw­nej miło­ści niczym plagi, którą zresztą była. Zosta­łam dla Leah, ale i dla sie­bie, bo chcia­łam zetknąć się z wła­sną histo­rią, poznać miej­sce, w któ­rym przy­szłam na świat. Ist­niało mnó­stwo powo­dów, by kon­ty­nu­ować rejs, a Lan­don nie był jed­nym z nich.

- Co... Jak...? - Naj­wy­raź­niej w tym momen­cie zabra­kło mu typo­wej dla niego gadki na pod­ryw.

Wyobra­ża­łam sobie w gło­wie tę chwilę tysiące razy. To, jak swo­bod­nie, wręcz lek­ce­wa­żąco się zacho­wam. Pokażę mu, że mnie zra­nił, ale nie zła­mał. Moje wyobra­że­nia miały się jed­nak nijak do rze­czy­wi­sto­ści i mojej fizycz­nej reak­cji na jego widok.

Dla­czego nie powie­dzia­łeś mi, że odcho­dzisz? Dla­czego to nie mnie wybra­łeś? Dla­czego nie byłam dla cie­bie wystar­cza­jąca? - wszyst­kie pyta­nia, które wypła­ki­wa­łam w poduszkę jako osiem­na­sto­latka, wła­śnie uno­siły swój paskudny łeb. Jed­nym ruchem wepchnę­łam je z powro­tem na miej­sce i prze­łknę­łam ślinę, by nawil­żyć nieco wysu­szone na wiór gar­dło. Podraż­nie­nie nie miało jed­nak nic wspól­nego z pustyn­nym upa­łem.

- Um... zna­cie się? - spy­tała blon­dynka, ota­cza­jąca go ramie­niem w pasie.

Cie­kawe, czy w ogóle wie, jak ona ma na imię.

Kpiący uśmiech wykrzy­wił mi usta. Inny rok. Inny kraj. Ten sam Lan­don.

- Kie­dyś się zna­li­śmy.

Chło­pak wciąż wyglą­dał na zszo­ko­wa­nego, więc posta­no­wi­łam sko­rzy­stać z tej nie­wiel­kiej prze­wagi.

- No cóż, to pew­nie do zoba­cze­nia - powie­dzia­łam.

Zmu­si­łam się, by ode­rwać od niego wzrok. Poczu­łam ukłu­cie w klatce pier­sio­wej, jakby zosta­wił mnie wczo­raj, a nie dwa i pół roku temu.

Zdo­ła­łam odwró­cić się i odejść. Wrzu­ci­łam puste już kubki po drin­kach do kosza. Musia­łam zna­leźć Leah i o wszyst­kim jej opo­wie­dzieć, ale to póź­niej - teraz potrze­bo­wa­łam ucie­kać stąd w cho­lerę. Od windy dzie­liły mnie zale­d­wie trzy metry, gdy Lan­don mnie dogo­nił, tym razem już bez blon­dyny.

- Rachel! - zaczął, muska­jąc pal­cami moje przed­ra­mię, jakby w ostat­niej chwili zmie­nił zda­nie i wolał mnie nie doty­kać.

Było tak bli­sko - pomy­śla­łam, gdy drzwi windy zasu­nęły mi się przed twa­rzą.

Odwró­ci­łam się powoli, sta­ra­jąc się wyobra­zić sobie, jak skry­wam wszyst­kie uczu­cia za rzę­dem zasu­wek. Nie ma mowy, żebym go przez nie prze­pu­ściła.

- Co mogę dla cie­bie zro­bić? - rzu­ci­łam w stronę jego klatki pier­sio­wej. Bez­piecz­niej było patrzeć na nią niż w te roz­ta­pia­jące duszę oczy.

- Rachel - powtó­rzył szep­tem.

Mili­metr po mili­me­trze uno­si­łam wzrok, aż nasze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały. Jasno­brą­zowe włosy Lan­dona wyglą­dały, jakby ktoś przed momen­tem prze­cze­sał je pal­cami. Góro­wał nad moimi stu pięć­dzie­się­ciu sied­mioma cen­ty­me­trami, jed­nak ta róż­nica zawsze spra­wiała, że czu­łam się bez­pieczna, jakby był górą, któ­rej nie da się poru­szyć. Oka­zało się, że ja też nie byłam w sta­nie tego zro­bić.

- No co?

- Ja... Nawet nie wiem, co powie­dzieć - przy­znał, a na jego twa­rzy poja­wił się zachwyt pomie­szany z prze­ra­że­niem.

Ja też nie - zawo­łała osiem­na­sto­latka wewnątrz mnie z miej­sca, w któ­rym ją zamknę­łam.

- Wow. Muszę przy­znać, że spo­dzie­wa­łam się po tobie raczej jakiejś bajery.

Deli­kat­nie potrzą­snął głową i zamru­gał, jakby spo­dzie­wał się, że dzięki temu zniknę, bo jestem wyłącz­nie wytwo­rem jego wyobraźni.

- A ja nie spo­dzie­wa­łem się cie­bie.

- Domy­śli­łam się. Słu­chaj, nie musimy się w ogóle widy­wać. Trzy­maj się swo­ich zajęć, ja zro­bię to samo. Na pewno zda­rzy się nam jakiś wspólny czas przez całą tę akcję z Leah i Paxto­nem, ale ogól­nie mam zamiar cię igno­ro­wać. - Musia­łam to powie­dzieć, by jakoś prze­trwać.

Lan­don zmru­żył oczy.

- Akcję z Leah i Paxto­nem?

Unio­słam brew, sta­ra­jąc się uspo­koić mocne bicie serca, ale mia­łam wra­że­nie, jakby to dia­bel­stwo miało skrzy­dła i wła­śnie obi­jało się nimi o żebra, sta­ra­jąc się wydo­stać ku jedy­nej oso­bie, do któ­rej kie­dy­kol­wiek nale­żało. Do dia­bła, nie­moż­liwe.

- Nie powie­dzieli ci?

Zro­bił krok do przodu, a ja się cof­nę­łam.

- O czym?

Przez moment kon­ty­nu­owa­li­śmy ten dziwny taniec, ja cofa­łam się, a on przy­bli­żał. Z każ­dym kolej­nym kro­kiem byłam jed­nak bliż­sza ucieczki od niego jak naj­da­lej.

- Rachel, zatrzy­masz się na moment? Nie zamie­rzam pako­wać się za tobą do windy.

- No tak, w końcu jesteś raczej typem, który odcho­dzi.

Skrzy­wił się, sły­sząc te słowa.

- Serio?

Roz­legł się odgłos ogła­sza­jący wypły­nię­cie statku z portu.

- W końcu mam już jakieś doświad­cze­nie z tobą w tej kwe­stii. - Zer­k­nę­łam mu przez ramię i zauwa­ży­łam blon­dynkę wpa­tru­jącą się w nas z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. - I z tego, co widzę, nic się nie zmie­niło.

- Rachel... - Wycią­gnąl do mnie rękę, jed­nak cof­nę­łam się i lekko odwró­ci­łam, by wci­snąć przy­cisk przy­wo­łu­jący windę.

- Nie, nie masz prawa wyma­wiać mojego imie­nia. Nie masz prawa do niczego, co ze mną zwią­zane. Wra­caj sobie do bycia Novą, a ja przez następne pół roku będę trzy­mać się od cie­bie z daleka.

- No cóż, do tej pory chyba cał­kiem nie­źle ci to szło, skoro widzę cię po raz pierwszt, a jeste­śmy na statku od trzech mie­sięcy.

Naprawdę musiał wyglą­dać na tak zra­nio­nego? Jakby to, że się przed nim ukry­wa­łam, było podłe?

- Dotar­łam tu dopiero w zeszłym tygo­dniu.

Zmarsz­czył czoło, a ja zwal­czy­łam w sobie chęć wygła­dze­nia tych linii wła­snymi pal­cami, zupeł­nie tak, jak mia­łam w zwy­czaju, kiedy jesz­cze byli­śmy razem. Nie nale­żał do mnie, żebym mogła go doty­kać. Nie nale­żał do mnie w żad­nym tego wyra­że­nia zna­cze­niu.

- W zeszłym tygo­dniu? Zabawne, wła­śnie wtedy współ­lo­ka­torka Leah miała... - Otwo­rzył sze­rzej oczy i teraz wyglą­dały na wręcz komicz­nie wiel­kie.

- Poskła­da­łeś to sobie do kupy, co? - Drzwi windy roz­su­nęły się za moimi ple­cami i bez­wstyd­nie się do niej wśli­zgnę­łam, dostrze­ga­jąc w oddali zbli­ża­jącą się do nas ekipę fil­mową. Potrze­bo­wa­łam prze­strzeni... i to już.

- Zacze­kaj. - Lan­don wychy­lił się do przodu, wsu­wa­jąc ramię mię­dzy drzwi. - Nic z tego nie rozu­miem.

- Paxton ci wyja­śni - stwier­dzi­łam, naci­ska­jąc przy­cisk, by szyb­ciej się zamknęły.

- Paxton? - Ponow­nie potrzą­snął głową.

Wyda­łam z sie­bie pełne fru­stra­cji wes­tchnie­nie, gdy zorien­to­wa­łam się się, że w win­dzie byli też inni stu­denci.

- Paxton Wil­der. Twój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Rusz głową, Nova...

- Lan­don - wark­nął. - Dla cie­bie ni­gdy nie byłem Novą, nie w tym sen­sie...

Jesteś niczym super­nowa, eks­plo­zja tak jasna, że widać tylko cie­bie - powie­dzia­łam mu kie­dyś, zaraz po tym, jak zdo­był medal w jed­nej z kon­ku­ren­cji. Podob­nie jak moja miłość, jego prze­zwi­sko zmie­niło się w coś zupeł­nie innego. Teraz był Casa­novą... I zde­cy­do­wa­nie nie nale­żał do mnie.

- To, czym dla sie­bie byli­śmy, za cho­lerę nie ma już zna­cze­nia - spro­sto­wa­łam. - To, że tu jestem... Prze­zna­cze­nie ani Bóg nie mają z tym nic wspól­nego, to wszystko sprawka Paxtona. Chcesz odpo­wie­dzi? Uderz do niego. Od chwili, gdy te drzwi się zasuną, nie zamie­rzam wię­cej z tobą roz­ma­wiać.

- I myślisz, że to moż­liwe? Że tak po pro­stu cię zigno­ruję?

- Przez ostat­nie dwa i pół roku szło ci cał­kiem nie­źle.

Ktoś za moimi ple­cami zaka­słał, by stłu­mić śmiech.

Lan­don posłał tej oso­bie mor­der­cze spoj­rze­nie, a póź­niej na jego twa­rzy poja­wił się ten cha­rak­te­ry­styczny uśmie­szek Novy, który spra­wił, że poczu­łam się kom­plet­nie roz­darta. Z jed­nej strony mia­łam ochotę go trza­snąć, a z dru­giej przy­po­mi­na­łam sobie, nie­stety, co ten męż­czy­zna potra­fił zro­bić z moim cia­łem.

- Rachel.

- No co? - wrza­snę­łam.

Zapła­ci­ła­bym sporą sumę, by spra­wić, żeby prze­stał wypo­wia­dać moje imię w ten spo­sób - jakby wciąż mnie znał, pra­gnął i kochał. Jakby ostat­nie dwa lata po pro­stu wypa­ro­wały, a my wciąż roz­ma­wia­li­by­śmy o wspól­nej przy­szło­ści w miesz­ka­niu, które dla nas wyna­ję­łam. Nie miał prawa wypo­wia­dać mojego imie­nia, jakby wcale dra­ma­tycz­nie nie odmie­nił każ­dej poje­dyn­czej komórki mojego jeste­stwa. Nie byłam już tamtą dziew­czyną.

- Następne cztery dni spę­dzimy na otwar­tym morzu, więc nie będziesz mogła opu­ścić statku. To jesz­cze nie koniec. - Cof­nął się, zabie­ra­jąc ramię spo­mię­dzy drzwi.

Te powoli zaczęły się zasu­wać, a Lan­don nie spusz­czał wzroku z moich oczu. Jego spoj­rze­nie stało się cie­plej­sze. Naj­wy­raź­niej otrzą­snął się już z pierw­szego szoku wywo­ła­nego moim wido­kiem.

- Ten koniec nastą­pił dawno temu - oznaj­mi­łam cicho, a on wzdry­gnął się i to było ostat­nie, co zoba­czy­łam, nim winda ruszyła.

Zamknę­łam za sobą drzwi do naszego apar­ta­mentu i opar­łam się o nie ple­cami. Zabo­lało. Boże, tak bar­dzo zabo­lało. Poło­ży­łam dłoń pod ser­cem, modląc się, by przy­naj­mniej z pozoru zaczęło spo­koj­niej bić, ono jed­nak wciąż galo­po­wało, a płuca spa­zma­tycz­nie wtła­czały w sie­bie powie­trze. Nawet gar­dło pło­nęło mi żywym ogniem od guli, jaka w nim utknęła i za nic w świe­cie nie chciała znik­nąć. Skrzy­wi­łam się, z tru­dem hamu­jąc łzy. Boże, nie­na­wi­dzi­łam pła­kać, a co gor­sza, nawet nie byłam smutna. Nie, oczy pie­kły mnie ze zło­ści, wstydu, bólu w piersi wywo­ła­nego spo­tka­niem z nim... Od prze­róż­nych emo­cji, któ­rych moje ciało nie potra­fiło jesz­cze prze­two­rzyć.

Wcią­gnę­łam powie­trze do płuc. Jesteś sil­niej­sza niż kie­dyś. Jesteś z żelaza. Jesteś z betonu. Jesteś nie­po­ko­nana.

Sama prawda, ale on był moją jedyną głu­pią sła­bostką.

Jakimś cudem, w ciągu zale­d­wie kilku minut, był w sta­nie roz­orać moją duszę i cof­nąć mnie o kilka lat w prze­szłość. I gdzie tu spra­wie­dli­wość? Prze­cież to on odszedł bez słowa, zosta­wia­jąc mnie bez per­spek­tyw na dal­szą naukę w col­lege'u, z wku­rzoną rodziną, do któ­rej musia­łam wró­cić z pod­ku­lo­nym ogo­nem i umową najmu miesz­ka­nia, na które nie było mnie stać, a z tego, co widzia­łam, sam miał się cał­kiem w porządku. Może nawet bar­dziej niż w porządku. To ja byłam tą, która usi­ło­wała sobie pora­dzić ze świeżo otwartą raną w sercu... po raz kolejny.

- Rachel? - Z wnę­trza salonu dobiegł mnie głos Penny i poczu­łam cię­żar w żołądku. Jeśli na tym statku była osoba, która nie­na­wi­dziła mnie bar­dziej niż Paxton, to wła­śnie ona. Gar­dziła mną od lat, a wła­ści­wie od chwili, gdy zorien­to­wała się, że pod­czas gdy uma­wia­łam się z Wil­de­rem, do sza­leń­stwa zako­cha­łam się w jego naj­lep­szym przy­ja­cielu.

Kilka dni temu stała się moją współ­lo­ka­torką po tym, jak Leah prze­nio­sła się do Paxa. Rozu­mia­łam, dla­czego tak się stało. Penna potrze­bo­wała czasu na rekon­wa­le­scen­cję z dala od publicz­no­ści, a nasz apar­ta­ment sta­no­wił strefę cał­ko­wi­cie zaka­zaną dla ekipy fil­mo­wej. Ale, rany, cza­sami robiło się tutaj naprawdę nie­zręcz­nie.

- Tak, to ja - odpo­wie­dzia­łam, rusza­jąc wzdłuż kory­ta­rza i sta­ra­jąc się pozbie­rać. Mar­mu­rowe pod­łogi, dwie sypial­nie i mnó­stwo udo­god­nień sta­no­wiły zbyt duży luk­sus, ale nie zamie­rza­łam narze­kać. Wil­der naprawdę prze­szedł samego sie­bie, żeby mnie tutaj ścią­gnąć. Nie­na­wi­dzi­łam jed­nak świa­do­mo­ści, że przy oka­zji wyko­rzy­stał moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę.

Z dru­giej strony, zako­chał się w niej, więc wszystko dobrze się skoń­czyło.

- Hej - rzu­ciła Penna ze swo­jego wózka. Nogę zakutą w gips aż po bio­dro wsparła na krze­śle. Nie­sa­mo­wi­cie dłu­gie blond włosy zwią­zała w węzeł na czubku głowy. Ranna czy nie, była posą­gowo piękna, a jed­nak śmi­gała na cros­sie lepiej niż nie­je­den facet.

- Hej. - Opa­dłam na miękką skó­rzaną kanapę, po czym opar­łam stopy o sto­lik.

Dziew­czyna z powro­tem sku­piła się na czy­ta­nej wcze­śniej książce, przez co sie­dzia­ły­śmy teraz w nie­zręcz­nej ciszy.

Przez całe moje ciało prze­pły­wała ner­wowa ener­gia, więc wypro­sto­wa­łam się i opar­łam łok­cie na kola­nach, skry­wa­jąc twarz w dło­niach. Boże, co za głu­pota. Sza­leń­stwo. Cze­kało mnie jesz­cze pół roku z nim na tym samym statku i obser­wo­wa­nie, jak uga­nia się za wszyst­kim, co ma na sobie spód­niczkę. Jak niby mia­łam sobie z tym pora­dzić? Jak mia­łam pora­dzić sobie z nim?

- Widzia­łaś go - stwier­dziła cicho Penna, odkła­da­jąc książkę, na co ski­nę­łam głową.

- Wpa­dłam na niego. Dosłow­nie. Polały się mar­ga­rity.

- Alko­hol pomógł?

Unio­słam wzrok.

- Obla­łam go nim.

Penna prych­nęła, co było pierw­szą namiastką śmie­chu, jaką od niej dosta­łam, odkąd zja­wi­łam się na pokła­dzie w zeszłym tygo­dniu.

- No i dobrze, cho­ciaż i bez tego jest wystar­cza­jąco zgorzk­niały.

Roze­śmia­łam się.

- Na to wygląda.

- Jak się czu­jesz? - W jej oczach coś bły­snęło. Dosko­nale zda­wa­łam sobie sprawę z tego, jak wiele kosz­tuje ją to pyta­nie.

- Serio pytasz? Bo jestem pewna, że gdy­byś wła­śnie nie sie­działa na wózku, to już dawno wyko­pa­ła­byś mnie za burtę.

W reak­cji na moje słowa prze­chy­liła głowę na bok.

- Nie powiem, roz­wa­ża­łam taką opcję.

Ostat­nie, czego w tym momen­cie potrze­bo­wa­łam, to jawna nie­chęć ze strony Penny, a znaj­do­wa­ły­śmy się w jedy­nym miej­scu na statku, do któ­rego mogłam uciec od Lan­dona. Rewe­la­cyj­nie.

Drzwi do apar­ta­mentu otwo­rzyły się gwał­tow­nie i ude­rzyły o ścianę.

- Rach? - głos Leah poniósł się po kory­ta­rzu na dwie sekundy przed tym, jak wpa­dła do salonu. - Boże, Lan­don i Pax wła­śnie roz­ma­wiają. Co się stało?

Przy­ja­ciółka opa­dła na kanapę obok mnie. Nic nie zakry­wało jej nóg, przez co rów­no­le­głe bli­zny na jej łyd­kach były dosko­nale widoczne. Przed rej­sem ni­gdy ich nie poka­zy­wała - do czasu, aż Paxto­nowi udało się namó­wić ją, by prze­stała się ukry­wać. Jej oczy w kolo­rze whi­sky były sze­roko otwarte, a brą­zowe włosy w wyraź­nym nie­ła­dzie. Rany, tęsk­ni­łam za nią każ­dego dnia, kiedy była tutaj, a ja wciąż w Los Ange­les.

- Wpa­dłam na Lan­dona.

- Taaa, tę część histo­rii już znam - odparła. - Trzy­masz się jakoś?

- Nic mi nie jest - skła­ma­łam.

Roze­śmiała się, jed­nak umil­kła, gdy posła­łam jej spoj­rze­nie spod byka.

- Prze­pra­szam, po pro­stu odkąd zoba­czył cię dzi­siaj na stoku, też w kółko powta­rza, że nic mu nie jest.

- Zoba­czył cię na stoku? - spy­tała Penna, która naj­wy­raź­niej zapo­mniała już o czy­ta­niu książki. To był chyba pierw­szy raz od czasu wypadku, kiedy na tak długo zaan­ga­żo­wała się w roz­mowę... Od czasu, gdy sio­stra zła­mała jej serce.

- Tak - przy­zna­łam, uśmie­cha­jąc się mimo­wol­nie. - Spoj­rzał na Leah, żeby do niej poma­chać, a ja wtedy do niej dołą­czy­łam. Nie byłam pewna, czy rze­czy­wi­ście mnie widział, ale wyglą­dał, jakby zoba­czył ducha.

- A póź­niej wje­chał pro­sto w ścianę - dodała Leah, a ramiona aż trzę­sły się jej od powstrzy­my­wa­nego śmie­chu.

- Jaja sobie robisz! - krzyk­nęła Penna, wywo­łu­jąc tym kolejną salwę śmie­chu. - Serio, w ścianę? Na skraju stoku?

- Dokład­nie tak. A póź­niej jakaś dziew­czyna na wyciągu pra­wie na niego naje­chała.

Nawet nie byłam bli­sko, a jego dobrą passę już tra­fiał szlag.

- O mój Boże - rzu­ciła Penna, śmie­jąc się jesz­cze gło­śniej. - A póź­niej co?

- Roz­glą­dał się za tobą - powie­działa do mnie Leah. - Kiedy pozbie­rał się ze śniegu, już cię nie było, ale szu­kał cię wzro­kiem.

Śmiech ugrzązł mi w gar­dle pod wpły­wem kalej­do­skopu emo­cji sza­le­ją­cego mi w piersi.

- Ale, co dziwne, nie zapy­tał o cie­bie - kon­ty­nu­owała przy­ja­ciółka. - Gdy się z nim spo­tka­łam, w ogóle nie spy­tał, kim była ta dziew­czyna obok.

- Bo go to nie obcho­dziło - odpar­łam obron­nie.

- Nie, to nie tak. Wyglą­dał na wstrzą­śnię­tego, zupeł­nie jakby myślał... że mu się przy­wi­dzia­łaś. Jakby już wcze­śniej mu się to zda­rzało.

Spoj­rza­łam przy­ja­ciółce pro­sto w oczy.

- To by zna­czyło, że kie­dy­kol­wiek o mnie myślał.

- Rachel...

- Nie! - wark­nę­łam. - Zosta­wił mnie bez poże­gna­nia. Jak ostat­nia idiotka cze­ka­łam na niego na SOR-ze, z pię­cioma odrzu­co­nymi połą­cze­niami, dzie­się­cioma wia­do­mo­ściami bez odpo­wie­dzi, podar­tym listem potwier­dza­ją­cym przy­ję­cie na stu­dia, pogru­cho­ta­nym nad­garst­kiem po upadku z blatu w naszej nowej kuchni, a, no i ze zła­ma­nym ser­cem. A to wszystko, gdy tusz na umo­wie najmu miesz­ka­nia, na które mnie samej nie było stać, jesz­cze dobrze nie wysechł. Spę­dzi­łam w tam­tym miesz­ka­niu wiele dni ze świa­do­mo­ścią, że wró­cił do Rene­ga­tów, a jed­no­cze­śnie wciąż mia­łam nadzieję, że wróci do domu, do mnie. Że Wil­der nie dotrzyma słowa, cof­nie to swoje cho­lerne ulti­ma­tum albo przy­naj­mniej okażę się godna jakich­kol­wiek wyja­śnień albo cho­ciaż poże­gna­nia. Macie w ogóle poję­cie, jak to jest zostać kom­plet­nie olaną z dnia na dzień? Porzu­coną? Potrak­to­waną, jakby nie było się wartą miło­ści, czasu ani nawet pie­przo­nego tele­fonu? Leah, ty ze wszyst­kich osób powin­naś naj­le­piej wie­dzieć, jak się czu­łam, gdy musia­łam wró­cić do rodzi­ców z pod­ku­lo­nym ogo­nem i bła­gać o pomoc po tym, jak cisnę­łam im w twarz stwier­dze­niem, że chcę być nie­za­leżna. Odda­łam Lan­do­nowi wszystko, a jemu to wciąż nie wystar­czyło. Więc nie, pro­szę, nie suge­ruj nawet, że kie­dy­kol­wiek o mnie pomy­ślał.

- Powin­naś pozwo­lić mu się wytłu­ma­czyć - rzu­ciła cicho Penna.

- Nie masz w tej spra­wie nic do powie­dze­nia - odpar­łam. - Nie, jeśli chcesz, żeby­śmy żyły ze sobą cho­ciaż w pseu­do­przy­ja­znych sto­sun­kach.

Po spo­so­bie, w jaki zaci­snęła usta i moc­niej chwy­ciła książkę, widzia­łam, że trudno jej było powstrzy­mać się od komen­ta­rza.

- Okej - stwier­dziła w końcu. - Ale każdy medal ma dwie strony.

Leah prze­su­nęła spoj­rze­niem po nas oby­dwu, po czym kla­snęła w dło­nie.

- Zmiana tematu. - W jej oczach roz­bły­sło pod­eks­cy­to­wa­nie. - Paxowi udało się ogar­nąć dla nas wszyst­kich wyprawę do Nepalu pod­czas tygo­dnia zapla­no­wa­nego w Indiach. Zro­bimy z niej swoją opcjo­nalną wycieczkę.

Penna zesztyw­niała, a ja natych­miast spoj­rza­łam jej w oczy. Wpa­try­wała się teraz w swój gips.

- Okej?

- Jedziemy wszyst­kie! No, o ile oczy­wi­ście chcesz. Pax zna­lazł świetne spa dla mnie i Penny, a poza tym doszły mnie słu­chy, że są tam wspa­niałe stoki do jazdy na nar­tach...

Zmru­ży­łam oczy.

- Machasz mi wła­śnie mar­chewką przed nosem. Dobrze wiesz, że uwiel­biam jeź­dzić.

- To prawda - przy­znała.

- Lan­don tam będzie.

- Tak... wła­ści­wie to wyjazd dla niego. Zaja­wił się na zjazd na snow­bo­ar­dzie po jed­nym ze zbo­czy Mount Eve­rest i to jego popi­sowy numer. Uważa, że dzięki temu doku­ment okaże się hitem.

On chyba nie zamie­rza... Od razu ode­pchnę­łam od sie­bie tę myśl. Na litość boską, spę­dzi­łam w jego towa­rzy­stwie zale­d­wie chwilę i już zaczę­łam się o niego mar­twić. W ogóle nie powin­nam o nim myśleć ani zasta­na­wiać się, czy rze­czy­wi­ście zamie­rza spró­bo­wać z gór­ską gra­nią godną kra­iny Shan­gri-La2, o czym mówił od zawsze. Była nie­sa­mo­wi­cie wysoka, nie­wia­ry­god­nie stroma i praw­do­po­dob­nie zabój­cza.

- Uch. - Opar­łam głowę o zagłó­wek kanapy. - Nie ma przed nim ucieczki, co?

- Nie, jeśli chcesz korzy­stać ze wszyst­kich korzy­ści, jakie nie­sie ze sobą podró­żo­wa­nie z Rene­ga­tami - stwier­dziła Penna. - A, o ile dobrze pamię­tam, zawsze chęt­nie dołą­cza­łaś do wszyst­kich naszych sza­leństw. Cho­lera, cza­sami byłaś nawet bar­dziej nie­ustra­szona od Lan­dona.

W sło­wach dziew­czyny nie było cie­nia zło­śli­wo­ści. Może miesz­ka­nie z nią w pokoju nie okaże się aż taką tra­ge­dią.

- Uwiel­bia­łam to.

- To co, myślisz, że dasz sobie radę prze­by­wać w jego obec­no­ści przez tyle czasu? -zapy­tała Leah. - Wciąż jestem gotowa się stąd zawi­jać, jeśli tylko chcesz. Kocham Paxtona, ale cho­ler­nie nie podoba mi się pod­stęp, za pomocą któ­rego ścią­gnął tutaj nas oby­dwie.

Ści­snę­łam jej dłoń. Wiele wycier­piała w ciągu ostat­nich lat i nie zacho­wa­ła­bym się wobec niej w porządku, gdy­bym ode­brała jej szansę na szczę­ście. Dla niej byłam w sta­nie prze­żyć to pół roku pie­kła. Poza tym cze­kała mnie oka­zja, by dowie­dzieć się cze­goś o wła­snej histo­rii, po mie­sią­cach poszu­ki­wań i prze­glą­da­nia doku­men­tów rodzi­ców, by poznać loka­li­za­cję sie­ro­cińca w Korei Połu­dnio­wej... za ple­cami mamy, bo nie chcia­łam spra­wić jej przy­kro­ści. I co, mia­łam pozwo­lić Lan­do­nowi to wszystko znisz­czyć?

- Nic mi nie będzie. Dam sobie radę z jego towa­rzy­stwem.

W oczach Leah bły­snęła iskierka ulgi. Zwol­niła nieco uścisk mojej dłoni.

- Okej, więc jak chcia­ła­byś to wszystko ogar­nąć? Pax chciałby, żebyś dołą­czyła do wyprawy.

- No jasne, że tak, bo chce, żebym była łatwo dostępna dla Lan­dona - wark­nę­łam, po czym skrzy­wi­łam się. - Wybacz.

- Nie ma sprawy, możesz war­czeć na mojego chło­paka do woli. Po tym, co odwa­lił, zasłu­żył na wszystko, co mu zaser­wu­jesz.

- W porządku. Będziemy się widzieli tylko na wyciecz­kach na lądzie, więc przez resztę czasu uda mi się go uni­kać.

- Cóż... - zaczęła Leah.

- Co tym razem?

- To pew­nie nie naj­lep­szy moment, by ci powie­dzieć, że w tym try­me­strze cho­dzi­cie na te same zaję­cia - dodała Penna. - Tak że będziesz miała z nim te same przed­mioty, wycieczki na lądzie, nasze wyjazdy i wszel­kie zaję­cia w tere­nie, jakie zapla­nują pro­wa­dzący.

- Popier­doli mnie.

- Coś czu­łam, że tak powiesz - sko­men­to­wała Leah, znów ści­ska­jąc moją dłoń. - Wciąż się na to piszesz?

Powoli ski­nę­łam głową.

- Podob­nie jak ty, jestem tward­sza niż kie­dyś. Poza tym prze­by­wa­nie w jego towa­rzy­stwie nie ozna­cza jesz­cze, że muszę z nim roz­ma­wiać.

- Rachel - zaczęła przy­mil­nie Leah.

- Lan­don potrafi być dosyć natar­czywy... i prze­ko­nu­jący - dodała Penna.

- Cóż, a ja potra­fię być rów­nie uparta i zde­cy­do­wa­nie mam o wiele wię­cej doświad­cze­nia w igno­ro­wa­niu go niż on w szu­ka­niu mnie. Nie ma nic, co byle facet mógłby zro­bić, by zmu­sić mnie do roz­mowy.

Nie umknęło mi spoj­rze­nie, jakie wymie­niły ze sobą Leah i Penna.

- Mówię poważ­nie.

- Wiem - odparła Leah. - To, jaka jesteś uparta, nie pod­lega dys­ku­sji.

- Skoro i tak utknę­łam tutaj z tym czymś - powie­działa Penna, z lek­kim uśmie­chem kiwa­jąc w stronę swo­jego gipsu - to przy­naj­mniej pooglą­dam sobie coś cie­ka­wego.

Jak trudne mogło być igno­ro­wa­nie Lan­dona Rho­desa?

Coś czu­łam, że nie­długo się prze­ko­nam.

Rozdział trzeci

Landon

Na statku

- Co ty, do kurwy, naro­bi­łeś? - rzu­ci­łem w stronę Paxtona, zatrza­sku­jąc za sobą drzwi. Kamery zostały na kory­ta­rzu, a ja mia­łem w dupie, czy nasz pro­du­cent, Bobby, dowali nam karę finan­sową za zakaz wstępu do apar­ta­mentu. Mogłem poga­dać z Paxem tutaj albo w jeba­nej łazience.

Kocha­łem Nicka i byłem w sta­nie wytrzy­mać dla niego kamery śle­dzące każdy mój ruch pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia i wyko­ny­wa­nia nume­rów, w trak­cie zajęć... cho­lera, nawet przy barze, gdzie wyszu­ki­wa­łem kolejne panienki, ale ta akcja z Rachel? Nikt nie musiał jej w to wko­py­wać, a póź­niej jesz­cze poka­zy­wać tego gówna w doku­men­cie.

- No dobra - odpo­wie­dział Pax, uno­sząc dło­nie, jakby był wła­śnie aresz­to­wany. - Nie zabi­jaj mnie.

- Nie zabi­jać cię? Po co miał­bym to, do cho­lery, robić, skoro potrze­buję od cie­bie wyja­śnie­nia? - wrza­sną­łem, nie zwa­ża­jąc na to, czy sąsie­dzi mogą nas usły­szeć. Bio­rąc pod uwagę paradę kobiet, które wcho­dziły tutaj i wycho­dziły, pew­nie i tak przy­wy­kli już do o wiele gor­szych odgło­sów dobie­ga­ją­cych zza ściany.

- Napijmy się piwa - zapro­po­no­wał.

W mil­cze­niu ledwo opa­no­wa­łem złość, pod­czas gdy on otwo­rzył dwie Corony i wci­snął kawałki limonki przez szyjki bute­lek. Zaraz po tym jed­nym hau­stem opróż­ni­łem jedną z nich. Spo­tka­nie twa­rzą w twarz z Rachel bolało jak cios pro­sto w jaja. Wciąż była rów­nie piękna, jak daw­niej, o per­fek­cyj­nej figu­rze i twa­rzy o bar­wie por­ce­lany, a jed­no­cze­śnie zda­wała się być niczym wykuta ze stali, co nie­sa­mo­wi­cie w niej podzi­wia­łem. Była jak mała laska dyna­mitu, gładka i śliczna, a jed­nak zdolna do ode­rwa­nia łba tym, co podejdą zbyt bli­sko.

Boże, to wła­śnie w niej uwiel­bia­łem.

Rachel była jak łami­główka, któ­rej nie udało mi się roz­wi­kłać. Ni­gdy mnie nie nudziła, przez cały czas jej pra­gną­łem, z każ­dym dniem coraz bar­dziej, i robi­łem wszystko, by ją zatrzy­mać. Można było z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że nic się w tej kwe­stii nie zmie­niło, bio­rąc pod uwagę reak­cję mojego ciała na widok dziew­czyny i szarp­nię­cie serca w jej stronę, jakby przy­cią­gała je magne­sem.

Tyle że nie­zmą­cona niczym nie­na­wiść bijąca z tych głę­bo­kich, brą­zo­wych oczu była czymś zde­cy­do­wa­nie nowym.

- Uspo­ko­iłeś się tro­chę? - spy­tał Pax zza baru, bez wąt­pie­nia uży­wa­jąc go jako osłony. Pro­blem w tym, że żadna tar­cza by go przede mną nie ura­to­wała. Może i był lepiej zbu­do­wany ode mnie, ale mia­łem nad nim prze­wagę w postaci dobrych dzie­się­ciu cen­ty­me­trów przy podob­nej wadze.

- Raczej nie. Gadaj. Teraz.

Poki­wał głową, po czym upił łyk piwa.

- No dobra, pamię­tasz, kiedy wpa­dli­śmy na cały ten pomysł z rej­sem...

- Z rok temu?

- Taaa. Firma ojca kupiła sta­tek, a UCLA wyra­ziło zgodę na pro­wa­dze­nie tutaj zajęć i mie­li­śmy wszystko dopięte na ostatni guzik, więc zaczę­li­śmy roz­sy­łać zapro­sze­nia do wysy­ła­nia apli­ka­cji, co nie?

- Tak, ale tam­ten czas tro­chę mi się zama­zuje, bo sporo się działo. Zasta­na­wia­li­śmy się nad rzu­ce­niem stu­diów i przy­go­to­wy­wa­li­śmy się do zimo­wych roz­gry­wek X Games, więc chyba nie do końca wszystko pamię­tam - stwier­dzi­łem, a on ponow­nie przy­tak­nął.

- Dokład­nie. Musie­li­śmy jakoś zapeł­nić ten sta­tek, więc roze­sła­łem tysiące ulo­tek do col­lege'ów, ale i bez­po­śred­nio do stu­den­tów. I mogłem też wtedy wysłać je do Rachel oraz jej współ­lo­ka­torki... Leah.

Pode­rwa­łem głowę, prze­ry­wa­jąc odry­wa­nie ety­kietki z butelki.

- Obra­łeś sobie Rachel za cel?

Paxton nawet nie drgnął.

- Tak.

- Jak mogłeś? I po co? Skąd w ogóle wie­dzia­łeś, gdzie jej szu­kać? - Pyta­nia wypły­wały mi z ust szyb­ciej, niż byłby w sta­nie odpo­wie­dzieć. Chciał jej z powro­tem po tych wszyst­kich latach? Mimo że był z Leah?

- Jed­nak posta­wiła na Dart­mo­uth.

Potrzą­sną­łem głową.

- Zre­zy­gno­wała z miej­sca. - Przeze mnie.

- Jej ojciec ma zna­jo­mego w dziale rekru­ta­cji. Doszedł do wnio­sku, że pew­nie ją zosta­wisz...

- Uwa­żaj, co dalej powiesz, bra­cie... - Ostrze­że­nie z moich ust brzmiało bar­dziej jak wark­nię­cie. - Jest taka gra­nica, którą za jakieś dwie sekundy prze­kro­czysz.

Nie zro­bił żad­nego uniku, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że kie­dyś skrzyw­dzi­łem go bar­dziej niż on mnie.

- Dla­tego posta­no­wili zatrzy­mać dla niej miej­sce przez kolejny mie­siąc. W tym cza­sie...

- Zosta­wi­łem ją. - I udo­wod­ni­łeś, że jej ojciec miał rację.

Paxton ponow­nie ski­nął głową i zaci­snął usta w gry­ma­sie.

Oby­dwaj wie­dzie­li­śmy, dla­czego musia­łem to zro­bić. Przy­ja­ciel posta­wił mi ulti­ma­tum - mogłem mieć albo Rachel, albo Rene­ga­tów, ni­gdy jed­nego i dru­giego. Pod­ją­łem decy­zję, wybie­ra­jąc głowę zamiast serca i od tam­tej pory to dru­gie już ni­gdy nie dzia­łało popraw­nie.

Z Paxto­nem od dawna balan­so­wa­li­śmy na kra­wę­dzi, dosko­nale wie­dząc, że jeśli chcie­li­śmy pozo­stać przy­ja­ciółmi, ist­niały pewne sprawy, któ­rych nie wolno było nam poru­szyć. W prze­szło­ści on i Rachel spo­ty­kali się, ale to dla mnie była miło­ścią życia. Nie potra­fi­łem poukła­dać sobie w gło­wie tego, że pod­czas gdy ja sta­ra­łem się cał­ko­wi­cie wyprzeć ją ze swo­ich myśli, on pró­bo­wał ją odna­leźć.

- I jakim cudem to wszystko wiesz?

- Od Leah. Tydzień po tym, jak poja­wi­łeś się w Las Vegas, one poznały się w pocze­kalni u orto­pedy, do któ­rego oby­dwie cho­dziły. Póź­niej zostały współ­lo­ka­tor­kami w aka­de­miku w Dart­mo­uth i od tam­tej pory są naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami.

- Skąd wie­dzia­łeś, jak wysłać do niej zapro­sze­nie? - spy­ta­łem. - Ja nie mogłem jej zna­leźć.

- Bo nie szu­ka­łeś - odparł cicho.

- Przez cie­bie! - wrza­sną­łem, ude­rza­jąc pię­ściami o blat baru. Z rado­ścią powi­ta­łem kłu­jący ból, który prze­szył moje ręce. - Wychu­ja­łem cię i odbi­łem ci dziew­czynę, dobrze o tym wiem. Ty posta­wi­łeś mi ulti­ma­tum, a ja wró­ci­łem do Rene­ga­tów.

- Ale twoje serce zostało z nią.

- To nie pod­lega dys­ku­sji. Zgo­dzi­li­śmy się na to lata temu. - Zbyt wiele sprzecz­nych emo­cji wią­zało się z Rachel, z tym, jaką krzywdę wyrzą­dzi­li­śmy Paxto­nowi i tym, co ja zro­bi­łem Rachel, kiedy wró­ci­łem do Rene­ga­tów. Przy­ja­ciel wła­śnie powoli otwie­rał drzwi, które od dwóch lat przy­trzy­my­wa­łem wła­snym cia­łem, a to, co wypły­wało z mrocz­nego miej­sca, które nie­gdyś było moim ser­cem, oka­zało się naprawdę paskudne. Cho­lera, kogo ja pró­bo­wa­łem nabrać? Rachel wysa­dziła w powie­trze kłódkę od tam­tych drzwi w sekun­dzie, gdy ponow­nie spoj­rza­łem w te jej bez­kre­sne brą­zowe oczy.

- Musimy o tym poroz­ma­wiać. Wiem, że nie chcesz, ale jesteś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i odkąd wró­ci­łeś, przy­glą­dam się tylko, jak z każ­dym dniem coś w tobie umiera. Wypie­przy­łeś każdą dziew­czynę, jaka ci się napa­to­czyła, i to nie ma nic wspól­nego z zabawą, więc skończ pier­do­lić. A to tylko wierz­cho­łek góry lodo­wej, raz za razem podej­mu­jesz takie ryzyko... że w końcu kie­dyś sam się zabi­jesz.

- I kto to mówi - rzu­ci­łem oskar­ży­ciel­sko.

- Zgoda, ale tylko dla­tego, że póki co nie mie­li­śmy zbyt wielu oka­zji do jazdy na snow­bo­ar­dzie. Zgo­dzi­łem się na wyjazd do Nepalu, bo wiem, że tego wła­śnie potrze­bu­jesz do doku­mentu.

- Robimy to dla Nicka - spie­ra­łem się. Zjazd po tam­tej grani, który zapla­no­wa­li­śmy, sprawi, że doku­ment pobije rekordy popu­lar­no­ści, a Nitro będzie w sta­nie otwo­rzyć sobie nim drogę do kon­sul­tingu w naszej branży. Numer wymy­ślony wspól­nymi siłami posa­dził go na wózku do końca życia, dla­tego to Rene­gaci muszą zapew­nić mu przy­szłość, jakiej pra­gnął. Tak wła­śnie dzia­łała rodzina.

- Gówno prawda, to aku­rat robimy dla cie­bie. Poziom nie­bez­pie­czeń­stwa, jaki się z tym wiąże... Mam wra­że­nie, że masz w dupie, czy w ogóle to prze­ży­jesz. Jesteś otu­ma­niony, ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści i naprawdę mam dosyć obser­wo­wa­nia, jak wyno­sisz bez­myśl­ność na kolejne wyżyny.

- I co, pomy­śla­łeś, że spro­wa­dze­nie tutaj Rachel w czym­kol­wiek pomoże?

- Tak, zwłasz­cza że to prze­cież jej szu­ka­łeś przez cały ten czas, co? Wtedy tego nie rozu­mia­łem, a już zwłasz­cza, kiedy cho­wa­li­ście się po kątach za moimi ple­cami, ale teraz, gdy zako­cha­łem się w Leah, już rozu­miem. Nie ma nikogo i niczego, co byłoby mnie w sta­nie powstrzy­mać przed zdo­by­ciem jej. Kocha­łeś Rachel, a ja w końcu zrozu­mia­łem, ile musiało cię kosz­to­wać odej­ście od niej.

Opar­łem się dłońmi o blat i zaci­sną­łem palce na drew­nie.

- Czyli co, sty­pen­dium Leah i cała ta gadka o trzy­ma­niu jej bli­sko sie­bie, gdy po raz pierw­szy zna­leź­li­śmy się na pokła­dzie...

Paxton wes­tchnął i prze­su­nął dło­nią po ciem­nych wło­sach.

- Kiedy oka­zało się, że Rachel zła­pała mono­nu­kle­ozę i nie poja­wiła się w Miami, zro­zu­mia­łem, że muszę mieć Leah bli­sko i upew­nić się, że jej się tutaj podoba, bo jeśliby wyje­chała, stra­cił­bym szansę, że Rachel dotrze na drugi try­mestr. Potrze­bo­wa­łem też, żeby Leah pomo­gła mi utrzy­mać dobre stop­nie.

- Więc ją wyko­rzy­sta­łeś? - Jakieś mroczne uczu­cie, które zupeł­nie mi się nie podo­bało, zagnieź­dziło się w moim żołądku.

- Z początku tak - przy­znał cicho. - Ale póź­niej się w niej zako­cha­łem i wszystko się zmie­niło.

- A potem, kiedy Rachel dotarła na sta­tek, poznała prawdę? Jezu. To dla­tego w zeszłym tygo­dniu zacho­wy­wa­łeś się jak ostatni dzban. I to dla­tego posta­no­wi­łeś zmie­nić tra­iler, żeby poka­zał, jak się zako­chi­wa­łeś w Leah. Żeby zoba­czyła go na even­cie i dała ci drugą szansę. - Przy­tak­nął. - Ty mani­pu­lu­jący dupku.

- Niczego nie żałuję - przy­znał. - To dla cie­bie spro­wa­dzi­łem tutaj Rachel, żebyś i ty dostał drugą szansę. Wiem, że zablo­ko­wała cię wszę­dzie w social mediach i że ni­gdy jej nie szu­ka­łeś ze względu na mnie i wszyst­kich Rene­ga­tów. I teraz wiem też, że ni­gdy nie powi­nie­nem był sta­wiać ci tego pie­przo­nego ulti­ma­tum.

Odnio­słem wra­że­nie, że po raz pierw­szy, odkąd sprząt­ną­łem mu dziew­czynę sprzed nosa, mię­dzy nami poja­wiła się czy­sta, nie­zmą­cona niczym szcze­rość i mimo całej zło­ści, jaką wobec niego teraz czu­łem, nie potra­fi­łem wyjść z szoku, jak wiele potra­fił dla mnie zro­bić, zwłasz­cza że wyma­gało to włą­cze­nia do planu jedy­nej osoby, o któ­rej zgo­dzi­li­śmy się ni­gdy nie wspo­mi­nać. On, bo wyrzą­dzi­łem mu okropną krzywdę, gdy zaczą­łem się z nią uma­wiać za jego ple­cami. Ja, bo nawet nie dawa­łem rady znieść, kiedy wypo­wia­dał jej imię. Nie obcho­dziło mnie, że byli parą od pię­ciu mie­sięcy - ona od zawsze nale­żała do mnie.

- Ty na serio pchasz mnie w ramiona swo­jej byłej.

Pax jedy­nie wzru­szył ramio­nami.

- To bar­dziej twoja była. Ja... - Nabrał głę­boko tchu. - Rachel ni­gdy nie zła­mała mi serca. Lubi­łem ją, ale to sytu­acja mię­dzy tobą a mną tak naprawdę mnie zma­sa­kro­wała.

- A teraz, kiedy Rachel tu dotarła? Co ze wszyst­kim, na co tak ciężko pra­co­wa­li­śmy? - On rze­czy­wi­ście ryzy­ko­wał suk­ce­sem Rene­ga­tów, ścią­ga­jąc ją tutaj. Ryzy­ko­wał naszą przy­jaźń.

- Naprawdę nie mam nic prze­ciwko temu. Teraz mam Leah i na całym świe­cie nie ma dla mnie nikogo lep­szego.

- Dla niej odszedł­byś od Rene­ga­tów. - Bar­dziej stwier­dzi­łem, niż spy­ta­łem.

- Bez waha­nia.

Ponow­nie zaczą­łem bawić się ety­kietką na butelce.

- Ja odsze­dłem od Rachel. Znisz­czyło mnie to, ale i tak się na to zde­cy­do­wa­łem. - A ona ni­gdy mi tego nie wyba­czy, widzia­łem to w jej oczach.

- Mia­łeś powody.

- Ona o nich nie wie.

- Więc jej powiedz. Nie musisz tego robić dzi­siaj ani jutro. Czeka cię jesz­cze pół roku dzie­le­nia z nią kory­ta­rza.

- Ona mnie nie­na­wi­dzi.

- Ist­nieje bar­dzo cienka gra­nica mię­dzy nie­na­wi­ścią a miło­ścią, mój przy­ja­cielu.

Przy­tak­ną­łem.

- No chyba, że już jej nie chcesz? - zapy­tał cicho Paxton. - W takim razie postaw sprawę jasno, że odpo­wiada ci wyłącz­nie przy­jaźń, a póź­niej... o wszyst­kim zapo­mnimy.

- Nie o to cho­dzi - wark­ną­łem w odpo­wie­dzi, a żołą­dek zwi­nął mi się w supeł. - Ni­gdy nie prze­sta­łem pra­gnąć Rachel ani za nią tęsk­nić. Nie ma na świe­cie nikogo, kto znałby mnie lepiej. Nikt nie rzuca mi takich wyzwań jak ona, ani mnie tak nie uspo­kaja. Do dia­bła, oczy­wi­ście, że jej chcę, ale do tej pory nie­szcze­gól­nie mogłem z tobą o tym poroz­ma­wiać.

- Wiem i prze­pra­szam.

Spoj­rza­łem na niego ze zdu­mie­niem. Paxton ni­gdy nie prze­pra­szał. Ni­gdy.

Napo­tkał mój wzrok.

- Przy­kro mi, że tak cię zra­ni­łem i że byłem zbyt samo­lubny i wkur­wiony, by to dostrzec. I przy­kro mi, że tak długo zajęła mi próba napra­wie­nia wszyst­kiego, ale jesteś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i zasłu­gu­jesz na szczę­ście. Jeśli Rachel potrafi w tym pomóc, to nie mam nic prze­ciwko.

- Ona nawet nie chce ze mną roz­ma­wiać. Ten sta­tek już dawno odpły­nął.

- Ale ten sta­tek wciąż pły­nie i będzie jesz­cze przez dobre pół roku. - Wyszcze­rzył się. - Nie bez powodu nazy­wasz się Nova, Casa­novo. Udało ci się ocza­ro­wać każdą kobietę, jaka zna­la­zła się w zasięgu two­jego wzroku.

- Nie licząc Leah i Penny - spro­sto­wa­łem.

- Penna by cię zno­kau­to­wała - odparł z uśmie­chem, po czym z jego twa­rzy znik­nęła cała weso­łość. - A ja bym cię zabił, gdy­byś cho­ciaż zbli­żył się do Leah.

- Taaa, wiem. - Nie, żeby Leah nie robiła na mnie wra­że­nia, ale po pro­stu... nie była Rachel. Nie było takiej dru­giej. Nie­ważne, jak bar­dzo sta­ra­łem się żyć dalej, to wła­śnie do niej porów­ny­wa­łem każdą inną kobietę i wszyst­kie wypa­dały blado.

- Cho­dzi mi po pro­stu o to, że jeśli jej pra­gniesz, to ocza­ruj ją w cho­lerę.

- A co, jeśli zupeł­nie mnie zleje?

Paxton posłał mi sze­roki uśmiech.

- To wtedy uderz ze zdwo­joną siłą.

Ocza­ro­wać ją. Rachel ni­gdy nie leciała na żadną moją gadkę na pod­ryw. Doce­niała szcze­rość, pasję i odro­binę nie­bez­pie­czeń­stwa.

W gło­wie wciąż wiro­wało mi po tym, jak ją zoba­czy­łem i zro­zu­mia­łem, że znaj­duje się teraz nie wię­cej niż sześć­dzie­siąt metrów ode mnie, ale nie byłem głupi. Nawet jeśli nic się mię­dzy nami nie wyda­rzy i jedyne, co uda mi się zro­bić, to uświa­do­mić jej, dla­czego odsze­dłem, warto spró­bo­wać.

Musia­łem po pro­stu zacząć od nakło­nie­nia jej, by ze mną poroz­ma­wiała.

Dobrze, że wytrwa­łość w dąże­niu do celu jest jedną z moich cech.

Rozdział czwarty

Rachel

Na statku

- Jestem poważ­nie pod­ła­mana dostęp­no­ścią napo­jów na pokła­dzie - oznaj­mi­łam następ­nego dnia Leah, patrząc spod byka na swoją pepsi.

- Zapew­niam cię, że gdy tylko zaczniemy odkry­wać Sri Lankę, zupeł­nie zapo­mnisz o wiśnio­wej coli. - Nawet na mnie nie spoj­rzała, jedy­nie prze­rzu­ciła stronę w swoim pod­ręcz­niku do eko­no­mii. Podzi­wia­łam jej zdol­ność do sku­pie­nia się, zwłasz­cza że sie­dzia­ły­śmy wła­śnie w zatło­czo­nej kafe­te­rii, z któ­rej roz­cią­gał się widok na nie­zmą­cony niczym ocean. Może zdą­żyła już przy­wyk­nąć do tego widoku, w końcu prze­by­wała na pokła­dzie od trzech mie­sięcy. Ja z kolei wciąż wpa­try­wa­łam się jak urze­czona... prak­tycz­nie we wszystko.

- Nie jestem pewna, czy będę ją odkry­wać razem z tobą - przy­zna­łam, przy­su­wa­jąc do sie­bie frytki i wyci­ska­jąc małą por­cję ket­chupu na talerz.

Leah zatrza­snęła książkę.

- O czym ty mówisz? Wspól­nie pla­no­wa­ły­śmy tę podróż. - Zmru­żyła oczy. - Nie chcesz prze­by­wać w pobliżu Lan­dona.

Zanu­rzy­łam frytkę w czer­wo­nym sosie, a póź­niej odgry­złam kawa­łek, delek­tu­jąc się jej pysz­nym sma­kiem. Jest coś w tym, ile kom­fortu potrafi zapew­nić ame­ry­kań­skie żar­cie, gdy dom znaj­duje się tak daleko. Mia­łam ochotę wyści­skać kucha­rza na statku.

- Odpo­wiedz na pyta­nie i prze­stań mole­sto­wać jedze­nie - zarzą­dziła przy­ja­ciółka.

- Dobra, nie chcę być w pobliżu Lan­dona. Wystar­czy, że mam z nim dwa przed­mioty i naprawdę nie chcę, żeby prze­wi­jał się póź­niej we wszyst­kich moich wspo­mnie­niach z podróży dookoła świata.

Leah ponow­nie popa­trzyła na mnie spod zmru­żo­nych powiek, powoli prze­żu­wa­jąc swoją por­cję.

- Chcesz wie­dzieć, co ja myślę? - rzu­ciła w końcu.

- Nope - odpar­łam, wrzu­ca­jąc sobie do ust kolejną frytkę. Che­ese­bur­ger na tale­rzu też wyglą­dał cał­kiem sma­ko­wi­cie.

- No cóż, i tak ci powiem.

- Domy­śli­łam się - upi­łam łyk swo­jej pepsi i cze­ka­łam. Naj­lep­sze i naj­gor­sze w przy­ja­ciółce takiej jak Leah było to, że ni­gdy nie łago­dziła cio­sów. Ani tro­chę nie powstrzy­my­wała się przed wyty­ka­niem mi róż­nych spraw.

- Myślę, że tak naprawdę ni­gdy nie prze­sta­łaś go kochać.

Poczu­łam cię­żar for­mu­jący się w piersi i musia­łam napiąć wszyst­kie mię­śnie, by napój wyle­ciał mi nosem. Jakimś cudem udało mi się go spo­koj­nie prze­łknąć.

- Ty tak na serio?

- Kiedy się pozna­ły­śmy, Lan­don dopiero co cię zosta­wił, a Brian zgi­nął.

- Taaa, oby­dwie przy­po­mi­na­ły­śmy wraki. - Uwiel­bia­łam to, że była teraz w sta­nie wypo­wie­dzieć imię Briana bez uro­nie­nia choćby jed­nej łzy. Utrata chło­paka w okrop­nym wypadku samo­cho­do­wym spra­wiła, że Leah cał­ko­wi­cie zamknęła się w sobie i, chcąc nie chcąc, musia­łam przy­znać, że to wła­śnie dzięki Wil­de­rowi poczuła się lepiej. Mogłam posta­wić jesz­cze jed­nego plusa na liście z jego dobrymi uczyn­kami.

Przy­ja­ciółka ujęła mnie za dłoń i deli­kat­nie ści­snęła.

- To ja byłam wra­kiem. Ty kom­plet­nie odsu­nę­łaś się od innych ludzi i trak­to­wa­łaś ich chłodno, wszyst­kich za wyjąt­kiem mnie, ale też trzy­ma­łaś się w jed­nym kawałku. Dzięki tobie prze­trwa­łam pierw­sze mie­siące w Dart­mo­uth, a póź­niej pomo­głaś mi odkryć, jak dalej żyć.

- Leah... - Gdy mówiła coś takiego, zawsze bra­ko­wało mi słów. Pamię­tam, jak bar­dzo zra­niona wtedy była, dosłow­nie ledwo żyła, a teraz wyda­wała się o wiele sta­bil­niej­sza psy­chicz­nie niż ja.

- Poświę­ci­łaś tyle czasu oraz uwagi mnie i mojej żało­bie, że ni­gdy nie dałaś sobie czasu, by prze­tra­wić wła­sną. Mię­dzy zaję­ciami, prze­pro­wadzką i cóż... mną, wkrę­ci­łaś się we wszystko inne, byle tylko nie musieć radzić sobie z utratą Lan­dona.

Skrzy­żo­wa­łam ramiona na piersi, jak­bym dzięki temu miała ode­przeć argu­menty, któ­rymi sza­stała w moją stronę.

- No już, nie bądź taka defen­sywna - zbesz­tała mnie. - Jesteś nie­zwy­kła i sil­niej­sza niż ja kie­dy­kol­wiek będę. Po pro­stu wydaje mi się, że w tej histo­rii jest wię­cej, niż jesteś skłonna mi powie­dzieć, albo i nawet przy­znać przed samą sobą. Ni­gdy nie wyja­wi­łaś mi jego imie­nia ani tego, co się wyda­rzyło, a miesz­ka­ły­śmy razem przez ponad dwa lata. Wie­dzia­łam tylko, że jakiś facet zła­mał ci serce tego samego dnia, kiedy uszko­dzi­łaś sobie nad­gar­stek, i nie dał wam nawet szansy na roz­mowę.

Odwró­ci­łam wzrok w stronę Morza Arab­skiego i sku­pi­łam się na tym, jak grzbiety fal prze­ci­nają spo­kojną wodę, a jed­no­cze­śnie pozwo­li­łam jej sło­wom zawi­snąć gdzieś mię­dzy nami. Czy miała rację? Jasne, by aż tak nie cier­pieć z powodu zła­ma­nego serca, wrzu­ci­łam wszystko, co zwią­zane z Lan­do­nem, do skrzyni i zako­pa­łam ją tak głę­boko, że teraz trudno byłoby mi ją odna­leźć, co jed­nak nie ozna­czało, że ni­gdy nie prze­sta­łam go kochać... prawda?

- Może rze­czy­wi­ście powin­nam była ci o nim opo­wie­dzieć, ale sama mie­rzy­łaś się z tyloma spra­wami, że nie potrze­bo­wa­łaś, żebym dokła­dała ci jesz­cze swo­ich pro­ble­mów. Może wyko­rzy­sta­łam cię, żeby ukryć się przed wła­snymi pro­ble­mami. I może podo­bało mi się, że on nie miał wstępu do mojego życia w Dart­mo­uth, zupeł­nie jakby daw­niej kochała go zupeł­nie inna osoba - przy­zna­łam. Nabra­łam głę­boko tchu, by uspo­koić sko­ła­tane nerwy i posta­no­wi­łam jed­nym spraw­nym ruchem ode­rwać pla­ster i odsło­nić się przed Leah w spo­sób, w jaki ona robiła to przede mną nie­zli­czoną ilość razy. - Naj­bar­dziej nie mogę znieść tego, że gdy go widzę, wra­cają do mnie wszyst­kie wspo­mnie­nia. Sły­szę jego głos i przy­po­mi­nam sobie każdą roz­mowę. Ale im dłu­żej o tym myślę i mocno zasta­na­wiam, czuję przede wszyst­kim ogromny ból i wstyd.

- Wstyd?

Roze­śmia­łam się cierpko.

- Ile w ogóle Wil­der ci powie­dział?

- Z grub­sza przed­sta­wił, co się stało, a póź­niej przy­znał, że zmu­sił Lan­dona do wyboru mię­dzy tobą a Rene­ga­tami.

Poczu­łam cię­żar w żołądku.

- A Lan­don wybrał ich. Po jakimś cza­sie.

- Tak mi przy­kro.

Mach­nę­łam ręką.

- Prze­stań. Nauczy­łam się pole­gać na samej sobie, chro­nić wła­sne serce, no i pozna­łam cie­bie. Lan­don i ja... to, co zro­bił, oby­dwojgu nam wyszło na dobre - dokoń­czy­łam ciszej, jak­bym nie była w sta­nie wypo­wie­dzieć kłam­stwa tym samym tonem, co wcze­śniej.

- Tobie nie i wiem, że jemu też nie.

- Co masz na myśli? - Zatrzy­ma­łam frytkę w poło­wie drogi do ust i posła­łam che­ese­bur­ge­rowi tęskne spoj­rze­nie. Zro­bi­łam się taka głodna, że jeśli Leah wciąż będzie pró­bo­wała utrzy­mać roz­mowę, będę jej odpo­wia­dać z peł­nymi ustami.

- Pax wspo­mi­nał, że odkąd Lan­don do nich wró­cił, stał się żało­snym dup­kiem. Że przez cały czas był roz­ko­ja­rzony, a póź­niej zaczął wypeł­niać pustkę... - Urwała, rumie­niąc się.

- Z jakie­goś powodu dostało mi się miano "klą­twy", no i nie przej­muj się, dosko­nale wiem, czym wypeł­niał tę pustkę. - Lan­don był dość znany w światku spor­tów eks­tre­mal­nych, a mój ojciec ani tro­chę nie sta­rał się przede mną ukry­wać jego repu­ta­cji Casa­novy. Pogra­tu­lo­wał mi nawet unik­nię­cia pro­ble­mów w ostat­nim moż­li­wym momen­cie. Nie ma to jak wcie­rać sól w świeże rany.

Naj­wy­raź­niej byłam kimś, kogo banal­nie łatwo dało się zastą­pić pierw­szą lep­szą laską.

- Ktoś cię nazwał klą­twą?

Pod­kra­dłam frytkę i ski­nę­łam głową.

- Yep - przy­zna­łam po tym, jak ją prze­łknę­łam. - Przez pół roku, odkąd do nich wró­cił, spier­do­lił każdy numer i po pew­nym cza­sie jakiś blo­ger okre­ślił tę sytu­ację mia­nem "klą­twy Rachel". Zaje­bi­ście, co? A co lep­sze, wyłącz­nie zacy­to­wał członka ekipy Rene­ga­tów.

- Kogo?

- Pennę.

- Pennę? Ale prze­cież ona jest prze­ko­chana!

- Do czasu, aż zadrzesz z jej rodziną, wtedy znie­na­wi­dzi cię na wieki wie­ków. Tak czy siak, Wil­der nie ma zie­lo­nego poję­cia, o czym mówi. To nie tak, że Lan­do­nowi po pro­stu prze­szło, on sko­czył, prze­tur­lał się i roz­je­chał mnie z pręd­ko­ścią świa­tła.

- Pax mówił co innego - nale­gała.

- Co takiego mówi­łem? - spy­tał, poja­wia­jąc się tuż za naszymi ple­cami.

Niech mnie ktoś zabije. Powoli się odwró­ci­łam, psy­chicz­nie przy­go­to­wu­jąc na czy­ste upo­ko­rze­nie. Ostat­nie, czego mi było trzeba, to Wil­der prze­ko­nu­jący, że... Ja pier­dolę. Lan­don był tuż za nim.

Wypro­sto­wa­łam się tak szybko, że koń­cówki wło­sów sma­gnęły mnie po twa­rzy.

- A, nic waż­nego - odparła sta­now­czo Leah, gdy jej chło­pak zajął miej­sce obok niej, przez co ostat­nie wolne krze­sło zostało dla...

- Chyba sobie ze mnie jaja robi­cie - wymam­ro­ta­łam, gdy Lan­don na nim usiadł i poło­żył na sto­liku tacę z iden­tycz­nym che­ese­bur­ge­rem, jak mój.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki