Notturno - Gabriele Dannuzio

Kup ebooka

12.00 zł
10.32 zł (8,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Miłości, bolom i śmierci mojej matki.

Karty te, krwią pisane poświęcam.

 

  

AEGRI SOMNIA.

  

Oczy mam obwiązane. Leżę na wznak w łóżku, kadłub mój nieruchomy, głowa w tył zwrócona, nieco niżej poziomu nóg.

Lekko podnoszę kolana, aby nachylić ku sobie tabliczkę na nich położoną.

Piszę na wąskim skrawku papieru, który jedną zawiera linię. Między palcami mam ołówek podatny w pisaniu. Gruby i średni palec prawej ręki oparte na krawędziach paska papieru, przesuwają go raz wraz po każdem słowie napisanem.

Końcowym członkiem małego palca prawego wyczuwam dolny skraj paska i posługuję się nim, jako przewodnikiem, aby prostą zachować linię. Łokcie przylegają mocno do moich boków. Ruchowi ręki nadać usiłuję jak największą lekkość, aby nie wyszedł po za jej przegub i aby żadne wstrząśnienie nie udzieliło się obwiązanej głowie.

W całej swojej podstawie czuję sztywność egipskiego pisarza, wyrytego w bazalcie.

Pokój pozbawiony jest wszelkiego światła. Piszę w ciemności. Znaczę moje litery w nocy, która zwarła się po obu moich bokach, jakby deskami przybitych. Uczę się nowej sztuki.

Kiedy wyrok surowy lekarza strącił mnie w ciemność a w ciemności wyznaczył mi ciasną przestrzeń, jaką zająć wypadnie memu ciału w grobie, kiedy porywy do czynów zastygfy na twarzy mojej zmrożonej a widma wojny zapadły się gdzieś przed tym progiem czarnym, kiedy milczenie zaległo we mnie i dokoła mnie, kiedy zwlokłem z siebie cielesność a odnalazłem ducha swego, z pierwszej nieokreślonej trwogi wyrosła potrzeba tłómaozenia się, wyrażenia. I natychmiast prawie szukać począłem pomysłu, jakby wymknąć się z pod rygoru kuracyi i jakby omylić surowego lekarza, nie uchybiając jego przepisom. Zakazano mi rozmawiać a zwłaszcza rozmawiać głośniej i bardzo trudno byłoby mi przezwyciężyć w sobie stary wstręt do dyktowania i zakorzenioną wstydliwość artysty, który między sobą a przedmiotem przez siebie traktowanym mieć nie chce pośredników, ani świadków. Doświadczenie odradzało mi próby pisania z oczyma zamkniętemi na ćwiartkach dużych. Trudność leży nie w pierwszej linii, ale w drugiej i następnych. Wtedy na myśl mi przyszedł sposób, w jaki Sybile pisały: oto na luźnych kartkach rzucanych potem, gdzie je los zawieje, kreśliły zdania krótkie.

Uśmiechnąłem się niewidzialnym w ciemności dla nikogo uśmiechem, kiedy usłyszałem szmer papieru, który przy świetle niskiej lampy w przyległym pokoju Sirenetta, usiadłszy na dywanie przecinała na skrawki.

Zapewnie podbródek jej oświetlony był teraz, jak w owe czasy wesołe, kiedy obok siebie rozciągaliśmy się na wybrzeżu Pizańskiem, oświecał je odblask rozżarzonego piasku.

Papier sprawia regularny szmer, który wyobraźni mojej przypomina szum fal, roztrącających się o stopy tamarysk i jałowców, spalonych w południowym wietrze.

Wnętrze mego oka zranionego żarzy się pod przepaską, jak południe letnie w zatoce Arna. Widzę piasek zmarszczony od wiatru, wyżłobiony falą.

Policzyć mogę ziarnka, zanurzyć w nich ręce, wypełnić niemi dłoń i przecedzić je między palcami.

Płomień się wzmaga, kanikuła szaleje. Piasek lśni w mojej wizyi jak mika i kwarc. Cmi mnie, nabawia zawrotu głowy i strachu, jak puszcza libyjska w poranek ów, kiedy sam jeździłem ku grobom w Sakkarah.

W powiekach nie mam na to obrony - ani też żadnej osłony innej. Kłujący ogień pali mnie pod czołem; niepodobna mu umknąć. Wszystko jakby szczecinami mnie razi, jakby nożami tnie. Potem - jak ręka twórcza kształtuje w kredzie miękkiej figury - powiew tajemniczy podnosi z oślepiających piasków zarysy form ludzkich i zwierzęcych.

Od tej chwili ogień skupiony staje się niby kamieniem pod dłutem.

Mam przed sobą twardą ścianę rozżarzonej skały z wyrytymi na niej ludźmi i potworami. Od czasu do czasu porusza się jak żagiel olbrzymi i obrazy nabywają życia. Potem wszystko umyka, porwane przez wicher czerwony, jak namiotów kupa w pustyni.

Kraj mojej siatkówki rozdartej goreje, coraz wolniej, układając się w zwój, jak papyrus Dantego - aż ciemność w końcu gasi słowa wypisane w płomieniu.

Czytam: "Dla czego zwiodłaś mnie dwa razy?"

Słony pot spływa mi aż do ust i miesza się z łzami ściekającemi z przyciśnionych powiek. Mam pragnienie. Proszę o łyk wody.

Pielęgniarka mi go odmawia, ponieważ zakazano mi pić.

"Uciszysz pragnienie w pocie i płaczu swoim." Prześcieradło przylega do mego ciała, jakby owijało topielca, kapiącego jeszcze od słonej wody, a wyciągniętego na brzeg i złożonego na piasku, aż ktoś przyjdzie, co go pozna, co zamknie mu powieki okryte pianą i nad jego milczeniem wielkim wybuchnie płaczem.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Kiedy Sirenetta przybliżyła się, ostrożnie stąpając, do mego łoża i przyniosła paczkę pierwszą równych pasków papieru, podniosłem zwolna ręce złożone wzdłuż mych bioder. Czuję, że stały się wrażliwsze, że coś niezwykłego weszło w końce moich palców, coś jakby przypływ jasności.

Wszystko w ciemności. Jestem na dnie grobu. Leżę w mojej drewnianej trumnie, ciasnej i dostosowanej do mego ciała, jak futerał.

Innym zmarłym krewni przynosili owoce i chleb. Mnie pisarzowi litosna osoba podaje narzędzia mojego zawodu.

Gdybym się podniósł, czyż głowa moja nie natrąciłaby na wieko, zewnątrz wymalowane obrazem moim dawniejszym z wielkiemi i jasnemi oczami, wpatrzonemi w piękność i zgrozę życia? Moja głowa pozostaje nieruchomą, wciśniętą w przepaski. Bezwład jakiś opanował mnie od bioder aż do karku, jakby ktoś istotnie dokonał na mnie zabalzamowania.

Ręce moje szybko odnajdują kierunek ruchów z tym niezawodnym instynktem, który jest w błonkach nietoperzy, przelatających przez zakręty ciemnych jaskiń.

Biorę pasek papieru, dotykam się go, mierzę. Poznaję jakość papieru po lekkim szeleście.

Nie jest to mój papier zwykły, który arkusz za arkuszem ręcznie sporządzali dla mnie rzemieślnicy w Fabriano, umieszczając w nim znak wodny mego zamierzonego dzieła, które dziś wydaje mi się strasznem, jak wieczysta kara. Jest on gładki, nieco twardy z ostremi krawędziami i końcami. Podobny on do papieru nie walcowanego, do karty uświęconej, którą malarze umieszczali w swoich obrazach.

Otóż z uczuciem jakiejś religijności trzymam go w rękach. Odnawia się we mnie tajemnica pisma, znaku pisanego, jakby po raz pierwszy odsłonięta.

Słyszę szelest papieru między drzącemi mojemi rękami.

Zdaje się, że podrażnienie rozdmuchuje iskrę jarzącą się we wnętrzu oka. Skry i płomienie buchają z duszy.

Na kolanach moich czuję rękę litośnej pielęgniarki. Podnoszę je lekko, aby dosięgnąć tabliczki. Dla mnie ślepca jest ona, jakby tabliczka wotywna. Leży na niej skrawek papieru. Między palcem grubym, wskazującym i średnim trzymam ołówek. Palec średni wciąż ma zadanie najuciążliwszej pracy. Nulla dies sine linea.

I drżę przed tą pierwszą linią, którą napisać mam w ciemności.

O sztuko! sztuko uprawiana z taką namiętnością, na skróś rozpatrywana z taką tęsknotą.

Rozpaczliwa miłości słowa rzeźbionego na stulecia.

Mistyczne upojenie, które tylekroć z mojego ciała własnego, z krwi mojej własnej stwarzało słowo.

Ogień natchnienia, który niespodzianie zlewał to, co stare i co nowe na nieznany związek. Ręka na wagę brała przedmiot. Przedmiot miał kolor, wypukłość i dźwięk.

Pióro było pęzlem, dłutem, smyczkiem muzyka. Władać niem było przyjemnością zaszczytną.

Pokorny a dumny duch drżał, oglądając ryz nietkniętego, zbitego papieru, który zmienić się miał w żywą książkę.

Rodzaj oliwy do lampy dobierałem, jakby na ofiarę jakiemuś bogu surowemu.

A w godzinach szczęśliwej twórczości krzesło stawało się klęcznikiem, trzeszczącym pod kolanami dźwigającymi ciężar ciała przytłóczonego.

Teraz moje ciało jest w trumnie - wyciągnięte i ściśnione.

Wczoraj mój duch szamotał się jak wielki orzeł schwycony w pułapce. Dziś zebrał się w sobie, skupił, zaostrzył.

Ale serce bije niepomiernie.

Dotykam się papieru - ręka, która trzyma ołówek jakby kurcz ją chwycił, sprawia mi prawie ból.

Odrazu w rozpalonem mojem oku zjawia się postać Wincentego Gemita, jak go widziałem w pierwszych czasach jego obłędu, kiedy wspinał się do swego więzienia po skalistym, zawrotnym stoku, gdzie demoniczne trzody kóz gryzły trawę spaloną.

Widzę go w pokoju ciasnym, jak cela, przebiegającego między drzwiami i oknem z nieustannym ruchem zwierza w klatce.

Głowę wielką o długich włosach i brodzie, głowę oszalałego od wiatru pustynnego proroka źle podtrzymuje ciało słabe, skrzywione na dwóch nogach złamanych trudem a opierających się w stopach nieprzezwyciężoną odpornością, jaką mieć musiały nogi Michała Anioła na rusztowaniu w kaplicy Sykstyńskiej.

Rękę prawą trzyma w kieszeni i nigdy jej nie wyciąga, jakby ją coś tam przytrzymywało, drugą zaś ręką giestykuluje.

Dławi mnie teraz to samo współczucie i ten sam smutek, jakie zawładnęły mną, kiedy dowiedziałem się, że od lat już, od samego początku swego obłąkania trzymał w schowanej rące kawałek czerwonego wosku do modelowania a grubym i wskazującym palcem wciąż wykonywał ruchy modelownika, chcącego go urobić i formować. Po udarze, pozbawiony siły twórczej zachował tylko instynktowny giest, ruch kształtujący, techniczny nawyk pracownika w sztuce Celliniego, odlewacza, któremu wosk odjęto.

I oto: tu w otchłani mego obwiązanego oka żyje on strasznym życiem.

Spogląda na mnie z głębin rozpaczliwego smutku.

Zestarzał się. Grzywa jego i broda posiwiały, rozczochrały je burza i los, jak u króla Leara.

Ręki swej już nie chowa, a ułamek wosku czerwonego trzyma między grubym a wskazującym palcem.

Schudzona ta ręka - kości tylko i nerwy - podobne do korzenia obumarłego, powtarza bez końca ruch jeden.

Teraz głowa jego znika, ciało jego znika, pożarte ogniem gorejącym pod moją powieką, jak pod pokrywą pieca hutniczego.

Ręka zostaje, ręka tylko jedynie, jakby rozbitka w morzu płomieni.

A wosk nietopnieje... oto jest tu: bryłka krwawego koloru między grubym a wskazującym palcem, które nie ustają nigdy w swoich ruchach.

Wizya przybiera kształty tak wyraźne, że się wysilać muszę, aby nie krzyknąć z przerażenia i bolu.

Błyski obłędu przelatują mi przez mózg. Coś mnie porywa, abym oczy wydarł z dołów, abym nic już nie widział.

Noc zaległa dokoła mnie, ale ta noc moja bucha ogniami.

Pielęgniarka moja odeszła. Z przyległego dochodzi mnie cichy szelest przykrawanego przez mą papieru.

Zapanowuję nad drżeniem i przytykam koniec ołówka do skraju paska papierowego. Przez chwilę mam wrażenie że trzymam: nie ołówek, ale kawałek czerwonego, ciepłego wosku. Chwila to nie określonej trwogi.

W końcu piszę na niewidzialnym papierze. Piszę oto słowa:

"Siostro, dlaczego zwiodłaś mnie dwa razy?"

Pełen niepokoju przerywam czujną pielęgniarkę. Przybiega. Mówię jej; "Weź to i patrz, czy odczytać możesz, co napisałem."

Odchodzi z karteczką, która szeleści, jak liść palmowy.

Milczenie.

Chwile wydają mi się wiecznością odmierzoną biciem serca ściśnionego.

Słucham.

W sąsiednim pokoju dźwięczny głos odczytuje bez przestanków słowa, które wydają się czytającej zapewnie sybillinskiemi:

"Siostro, dlaczego zawiodłaś mnie dwa razy."

Pierwszy raz małą zdobyła sławę, zabijając mego towarzysza, co przysiągł się ze mną na wyprawę bez powrotu.

Drugi raz - w zbiegu fatalnym kilku godzin - innego obdarzyła pięknym losem, który mnie wyznaczył mój towarzysz, godnym go mnie uznając wedle prawa boskiego. Anioł, czy demon nocy rozdmuchuje pożar zamknięty w moim oku zranionem.

Iskry bez liku rozpryskują się w wietrze. Głowa moja w tył zwieszona, opuszczona opada w próżnię.

Nie czuję już poduszki, nie czuję łóżka.

Słyszę zmieszany turkot, słyszę łoskot samolotu, słyszę huk bitwy.

Litosna a stanowcza ręka przesunęła mnie, trąciła. Głowa moja waha się w próżni na krawędzi statku drgającego.

Cień prawego skrzydła samolotu okrywa mnie, a śruba wieńczy mnie jak gwiazda rozwiana.

To już nie ogień, to krew pryska. To już nie iskry, to krople! Bohaterski sternik odwozi do ojczyzny poetę poświęconego na ofiarę.

O chwało niezmierzona!

Jakaż ręka boska, czy ludzka wspanialsze rzucała kiedykolwiek ziarno w brózdy ziemi?

W burzach wojny krew niewyczerpana rozlewa się, jak ziarna rozwiane.

Każdy wylew tysiąckrotnie a tysiąckrotnie rozpryskuje się, jak pył szumiącego wodospadu, w którym tworzy się tęcza. Nie sączy się, ale ulatuje, nie pada, ale się unosi.

Czem jest w porównaniu z tem wzniosłem kropidłem głowa Orfeusza unosząca się nad lirą?

Nowy mit jest piękniejszy.

Widzę oblicze moje przemienione w stuleciach, które się zbliżą do wielkości.

Moja dusza nie uchodzi, ale wciąż wiąże się z raną, jak pochodnia ze swoim blaskiem, który wiatrem trącony odrywa się i znów wraca, tłumi się i znów wybucha, ugina się i znów się podnosi, trzymany na więzi niewidzialnej, żądzą swoją rozpłonięcia silniejszej od burzy.

Długi ból przeradza się w radość nagłą, długa nędza przemienia się w szczyt czystości, dusza ogląda cudowne oblicze, które teraz istotnie jej jest obliczem, a które posiadać tak pragnęła i - napróżno Widziała, że śmierć jest zwycięstwem, ale nie doceniała jego wielkości.

Dusza - nieśmiertelna promienna jest wiecznie, promienna i w śmierci samej - a powiew przelotu nagrobnego nie utrąca jej.

Ciało było jej ciężarem a teraz jest jej zachwytem. Krew była jej zaburzeniem, a teraz jest jej cudem.

Życie było jej granicą, a teraz jest jej wolnością.

Ciało unosi ją, jak pęd piękności twórczej.

Żadna głowa wyznawcy, czy męczennika na rusztowaniu nigdy nie była równie piękną, jak ta głowa na kruchej krawędzi otchłani porannej.

Żaden przebity orzeł nie był tak dumny, krwawiąc światło uderzeniem ociekających skrzydeł.

Krew ta skrzy się na wieki, jak droga mleczna wieczyście bieleje w noc.

Oto ziemia, oto cel.

Ostatnia kropla rozlała się w łoskocie lotu.

Bohaterski sternik na nietkniętych skrzydłach wzniósł skrwawione ciało poety ofiarnika z powrotem do ojczyzny.

Wieść o tem przytomną jest, jak błyskawica a daleką, jak wspomnienie czynu bohaterskiego.

Wszystkie wybrzeża Włoch drżą, jak obrąbki ich chorągwi.

Sława klęka i całuje proch.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Kto ślepców przedstawił jako widzących i ku przyszłości zwróconych? jako głosicieli tego, co nadchodzi?

Jak Tireziasz usta swoje wieszcze umoczył we krwi czarnego barana zarżniętego nad dołem, tak od wielu już nocy spijam moją ofiarę, ale nie widzę przyszłości, ani żyję w teraźniejszości.

A tylko jedna przeszłość istnieje, tylko przeszłość rzeczywistą jest, jak przepaska, którą mam na oczach, dotykalna jest, jak moje ciało ukrzyżowane.

Czuję przewiew i ciepło moich wizyi. W mojem oku zranionem sprzęgła się cała treść mojego życia, cała suma mojej wiedzy. Zamieszkał w niem ogień wywołujący wspomnienia, bezustannie utrudzony.

Kto się zbliża do mego łóżka, mniej żywym jest od wspomnienia przejść moich, które przytłacza mnie obliczem rozżarzonych węgli, jakby wstawało z czeluści płonących piekła.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Nie piszę na piasku, piszę na wodzie. Każde słowo napisane rozprasza się, jakby porwane ciemnym strumieniem.

Zdaje mi się, że końcem wskazującego i średniego palca widzę formę litery, którą znaczę.

Jest to chwila jakby błysku światła, jak fosforescencyi.

Litera gaśnie, zaciera się, ginie w strumieniu nocy.

Zdaje mi się, że biegnę przez most, który się wali za mną. Łuk oparty o brzeg - zniszczony, nagle w posadach załamuje się łuk średni. W trwodze dobiegam do przeciwległego brzegu wątpiąc, czy się uratuję, podczas gdy trzeci łuk zapada się i znika.

Piszę, jak człowiek zapuszczający kotwicę, której lina coraz szybciej się odwija, podczas gdy morze wydaje się bez dna, a hak nie trafia na nic, o co by zaczepił, ani lina nie zdąży nigdy wyprężyć się.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Jak poryw melodyi, rodzącej się nagle z głębi orkiestry, jak objawienie wieszcza, który wywołuje utajone dźwięki duszy, jak poselstwo wiatru w drodze przelotnej ku wieczności, duchem bezbrzeżnym, ciałem bezksztaltnem, radością, która strachem się wydaje, czuję nadzmysłowość świata.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Towarzysz mój leży na wyspie zmarłych za murem z cegieł, za żałobną osłoną cyprysów. Leży w czworoboku cmentarnym, gdzie pogrzebano marynarzy, ciasno umieszczony w trumnie ołowianej, którą widziałem, kiedy przywierano jej wieko płomieniem syczącym.

Leży pod ściętą kolumną z kamienia istryjskiego, którą wkopano na wierzchu wzgórza w grudy ziemi.

Ta jego kolumna jest jakby zegar słoneczny, na którym rozpięte skrzydło Ikara, niby wskazówka spiżowa nad wyrytem nazwiskiem jedną wskazuje godzinę: godzinę najwyższej odwagi.

Towarzysz mój umarł, pogrzebano go, znikł. Ja żyję, ale ciasno umieszczony w ciemności, jak on w swojej. Oddycham, ale czuję, że tchnienie moje przechodzi przez wargi zsiniałe, jak jego były w pierwszych godzinach pośmiertnych, czuję, że tchnienie otwiera mi usta prawie znieczulone, ścierpłe od smaku metalicznego jodu, który krąży w mojem ciele.

W samej ranie podobny jestem do niego; widzę jeszcze watę opatrunku na jego prawem oku, rozbitem od uderzenia.

Tak jego śmierć i moje życie są jedno i to samo.

Z jego nieruchomości tam w dole płynie ku mnie coś, co umiałem u niego pokochać, z mojego tu znieruchomienia idzie ku niemu coś, co warte jego miłości.

Choć ja cierpię, choć on już nie cierpi, u obu nas ciało przezwyciężone, a duchy się łączą.

Ostatnie jego słowa, posłyszane przezemnie nad znikającem wybrzeżem, zsiniała i zimna ręka jego, którą musnęły moje wargi na chwilę, zanim wieko trumny mi ją zakryło!! między tym głosem i tym chłodem śmierci czyż z nim żyłem, czy umarłem wraz z nim?

W duszy jest kąt, gdzie czarny strumień i jasny zlewają się.

Jest to kąt naszej przyjaźni wiecznie żywej. Nasze obrazy odzwierciedlają się tu i łączą w jedno.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Nie jest to już wizya - to ciągła obecność. Ale wizya pierwsza uprzytomnia mi się, owiana strachem.

Było to wieczorem przededniem jego pogrzebu. Ból mój zawisł nad jego ciałem zniszczonem.

Była to noc świętego Stefana. Na kominku pali się ogień. Siedzę, gdzie on zwykł siadywać. Coraz to więcej zawładnął całą moją istotą. Zatracam się w nim.

Nie słyszę już, co tuż przy mnie mówią żywi. Jest tu przy mnie Cinerina z tym swoim cudownym, genialnym wyrazem twarzy, przypominającym mi młodego Beethovena, z temi swojemi większemi, niż zwykle oczami, których spojrzenie pogłębia melancholia i ironia, zmieszane jakby na tajemniczą maść na oczy. I Manfredi Gravina przyszedł pocieszyć mnie, obudzić we mnie wiarę, że są jeszcze przyjaciele w świecie, że istnieją jeszcze towarzysze, zaprzysiężeni na wojnę!

26. grudnia 1915. Jaka tam pogoda na dworze? Cinerina mówi, że o siódmej, kiedy przyszła, niebo było przejrzyste i wygwieżdżone. Manfredi mówi, że teraz jest gęsta mgła.

Dziewiąta godzina. Czas iść. Renatę nachodzi sen.

Wkładam wielki mój płaszcz szary na grubą koszulkę lotnika. W przedpokoju wszystko odbywa się tak, jak kiedy tu jeszcze był. Ale czarny jego już nie wisi... ani się słyszy jego dźwięcznego, ironicznego głosu.

Wychodzimy. Brniemy w mgle.

Miasto pełne jest widm.

Ludzie przesuwają, się cicho, toną w ciemności. Na mostach widać tylko krawędzie białego kamienia w każdym stopniu.

Czasem rozlegnie się śpiew pijanego, jakiś krzyk niewyraźny, jakiś hałas.

Latarnie błękitnieją we mgle.

Krzyk posterunków lotniczych chrypnieje w wyziewach.

Oto miasto snu, miasto z zaświata, miasto zanurzone w wodach Lety, czy w podziemiu piekielnem.

Widma mijają, muskają nas, rozpływają się.

Renata idzie przedemną, jak zazwyczaj, a Manfredi idzie u jej boku. Rozmawiają, jak rozmawiali, bywało Renata i mój zmarły towarzysz. Od czasu do czasu mgła kładzie się między mną a nimi.

Przechodzimy przez mosty. Lampki świecą, jak błędne ogniki cmentarza.

Piazzę wypełnia mgła, jakby wazę woda opalizująca.

"Stare Prokuracye" są prawie niewidzialne. Campanile wierzchem swoim znika w wyziewach. Bazylika wydaje się skałą sterczącą z morza obłoków.

Dwie kolumny Piazzety podobne są do dwóch słupów dymu, unoszącego się z dwóch równych kup popiołu.

Nad Riva degli Schiavoni świecą latarnie statków.

W "Caffe Orientale" rozlega się za drzwiami zamkniętemi lekka muzyka jekiegoś tańca.

Pijani śpiewają.

Widma błąkają się.

Zmarli chodzą po ziemi tej nocy, jak w noc z dnia wszystkich świętych na dzień zaduszny.

Pożegnaliśmy się w przedsionku hotelu Danieli. Spodziewam się, że Renata spać będzie tej nocy.

Wracam do "Czerwonego Domu" sam. Mój przyjaciel jest ze mną, w duchu moim. Głęboki żal sączy mi się z serca.

Oglądam brzeg, gdzie łódź jego przybijała wieczorem, gdzie podawaliśmy sobie ręce i mówiliśmy: "Do widzenia".

Na Piazzecie na odgłos mych kroków jakiś człowiek się odwraca.

I jeszcze raz odwraca się, oddala, staje się mglistym cieniem, znika.

W chodzę pod "Prokuracye" oświetlone niebieskiemi lampami. Dziwi mnie, że słyszę tu liczną rodzinę, rozmawiającą o powszednich sprawach, z tą tępotą, jaka ciąży na ludziach idących z biesiady. Czy to ludzie żywi? czy umarli? Mijam ich. Zmieniają się w cienie.

Za mostem San Moisé, podczas gdy z drżeniem myślę, że wypadnie mi przejść przed uliczką Corte Michiel, spostrzegam kogoś, co chodzi u mego boku bez szelestu, jakby bosemi nogami.

Jest to ktoś, co ma wzrost mego towarzysza, tę samą budowę, ten sam chód.

Ma odzienie jakieś nieokreślonego koloru szarawego i nakrycie głowy także szarawe.

Milczy dziwnem milczeniem, jakby w nim głosu nie było, ani tchnienia żadnego.

Idzie bez obcasów, bez trzewików, bez sandałów. Odczuwam jakiś strach instynktowny. Zwalniam kroku. Widzę go przed sobą.

Chód jego jest taki sam, jak mego towarzysza. Po chwili znowu jest u mojego boku... tu przed pasażem, wiodącym do uliczki Corte Michiel. Na drodze nie ma żywej duszy. Na rogu rzucam światło lampki elektrycznej przed siebie i idę powoli. Udaje mi się zachować dystans dwóch, czy trzech metrów między nim a mną. Nie odwraca się nigdy.

Jego krok jest tak cichy, tak dziwny, że nieliczni przechodnie zatrzymują się na chwilę i oglądają go.

Doszliśmy do Santa Maria del Giglio. Mgła wciska mi się w usta, zachodzi w płuca. Kłębi się ona w stronę ku kanałowi i gęstnieje.

Nieznajomy szarzeje, odcieleśnia się jeszcze więcej, staje się cieniem.

Idę więc raźniej, abym go nie stracił z oczu. Pod domem, w którym wieczorami słychać zawsze grę fortepianową, pod domem antykwaryusza znika nagle.

Nie wpadł do kanału, nie przeszedł przez most, nie wszedł do żadnej bramy. Sklepy i drzwi są zamknięte. Przeszukuję je moją lampą. Wracam wstecz aby się upewnić. Potem wbiegam na most i szybko przechodzę ulicą, chcąc się przekonać, czym się nie omylił i czy nie idzie tam przedemną.

Droga osamotniona jest, pustym jest plac San Maurizio.

Może odnajdę go w ciasnej ulicy, która wiedzie do Czerwonego Domu? Serce mi bije. Pasmo mgły przesuwa się po mojej twarzy. Tłum pijanych ludzi hałasuje tam w dole przy przeprawie łodzi.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Usta moje pełne są śmierci. Ból mój nasycił się nad marami, jak nad żłobem. I znosić potem nie mogłem innego pokarmu.

Znowu przeżywam dni żałoby; godzina za godziną, chwila za chwilą. Obwiązanemi oczami chcę widzieć. Czołem rozbolałem chcę rozumieć.

To, co się przydarzyło, wydaje się czemś potwornem.

Konieczność, choćby jak twarda, może się piękną wydawać. Ale niespodziany ten wypadek tyle ma chyba tylko pięknego w sobie, ile mu użycza mój smutek.

Znaliśmy niebezpieczeństwo, któremu dobrowolnie poświęcaliśmy się z świadomością, zdradzającą się między nami tylko jakimś przelotnym uśmiechem. Widzieliśmy, że przedsięwzięcie nasze było rozpaczliwe i nie pragnęliśmy uniknąć pięknego losu.

W ostatnich dniach postacie nasze rysowały się wyolbrzymione nad głębinami morza bez widnokręgu. Serdeczny smutek rozstania podnosił cenę każdej godziny razem spędzonej.

Utrwalaliśmy się w zamiarze silnym śród bezczynności Wenecyi, w ciemnych mgłach miasta znikającego, które wojna - jak się zdawało - wyniszczyła aż do ostatnich resztek.

Zdwoiliśmy wysiłek czynności, co dzień na nowo podejmywanej, jakby przeniknąć miała brzemię ciemne i leniwe zalegającego smutku.

Jedna para mężczyzn, para wojenna odrodziła się w stworzeniu uskrzydlonego statku, który wieść ich miał i rany zadawać bronią wyżyn, bronią niebieską, kierowaną przez wolę jedną, jak włócznia o dwóch ostrzach młodego Greka.

Nie ma dziś na świecie szlachetniejszego związku, niż układ milczący, który z dwóch żywotów, z dwóch skrzydeł, jedną rodzi szybkość, jedno męstwo, jedną śmierć. Najtajniejsze drgnięcie miłości niewyznanej niczem jest w porównaniu ze spojrzeniami, które w godzinach mniej ciężkich utwierdzały w tych dwóch ludziach wierność dla idei, uczucie całej wagi ich postanowienia i bezmowne poświęcenie, czekające ich jutro. A śmierć, która zabrać miała nas obu, zabrała tylko jednego, sprzeczna z naszym układem, z naszem ofiarowaniem się, ze sprawiedliwością, ze sławą.

Szczytem sławy dla uskrzydlonej pary jest całopalenie - poświęcenie, w którem cała spłonęła ofiara.

Ogień jest ich prawdziwym losem. Ich skrzydła łoskocące stają się dla nich stosem płonącym.

Jak w ósmym kręgu piekielnym obydwaj są w ogniu, ale ogień ten jest niepodzielnym ich losem, objąć ma obu społem. Nie mówili z sobą na wyżynach i mówić nie będą, kiedy runą w przepastne płomienie.

Jak lot ich był milczeniem niebieskiem, odmierzanem przez eksplozye w motorze, tak całopalenie w ponurem odbyć się ma milczeniu. Dla pary skrzydlatej, gdyby uledz miała w walce, koniecznością heroiczną jest; spłonąć do szczętu.

Kto się jeńcem odda i zabrać pozwoli samolot, o tym powiedzieć można istotnie, że grzeszy przeciw ojczyźnie, przeciw duszy i przeciw niebu. Nieszczęsny, czy bezwstydny traci wszelkie prawo do sławy.

Unoszony ogniem bojownik w powietrzu jest podpalaczem w życiu i śmierci.

Szczęśni dwaj bohaterscy towarzysze, których kości nie do poznania zmieszały się na noszach, jak dymiące ognie!

Wracają dnie zgrozy, noce czuwania.

Przeszłość przytomną jest ze wszystkiemi swojemi zjawami, ze wszystkiemi wypadkami.

Na nowo cierpię męki przebyte, na nowo płaczę łzami, raz już wylanemi.

Odgrzebano mego przyjaciela i napowrót pogrzebie się go.

Jakiś ruch, jakieś słowo, zapach, światło, łoskot śruby, pobłysk bagnetu, załom chorągwi, kapienie świecy, siniejąca ręka z paznokciami prawie białemi, plama niewyraźna na podłodze, syk płomienia strzelającego ku spojeniom ołowianym, odgłos pierwszej grudki ziemi na trumnę spadającej, dźwięk echowy wieczności: cała zgroza pogrzebna ze wszystkiemi swojemi szczegółami odbija się w nieubłaganej jasności moich wspomnień.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Czasem widzę siebie samego, jakby przyjaciel mój widzieć mnie mógł z swoich mar.

Czasem ja jestem trupem - i zarazem owym, co siebie samego - trupa ogląda.

Wielkie snopy światła olśniewają mnie z migającą idąc po sobie szybkością, jak w ową noc wrześniową, kiedy przechodziliśmy razem, podobni dwom ślepcom, cisnąc się wzajem, nad wybrzeżem zalanem deszczem nawalnym i kiedy błyskawice nieustanne raziły oczy, ilekroć otwieraliśmy powieki.

Pragnę chwili spoczynku, aby objąć jego twarz, jak ją widziałem raz ostatni. Chciałem odnaleść w sobie tą część ukrytą mej istoty, która może wiedziała, że raz ostatni go widzę, podczas gdy sobie z tego sprawy nie zdawałem.

Jak obudziłem się owego ranka? Cóż to za sen był, który towarzyszył duszy aż do progów światła?

Jak drzewa, na które pada skośne światło słoneczne, tak i ludzkie wypadki rzucają za sobą cień długi, którego nikt nie odmierzy.

Oto wstałem, ubrałem się, mam płaszcz swój, odwagę moją, jak każdego rana. Nic nie wiąże mnie z domem. Dom ten mniej waży, niż namiot doraźny.

Wolny jestem i plan swój mam - a plan mój jest wszystkiem dla mnie.

Życie ma tylko wartość pocisku, którym pięść wstrząsa, zanim go ciśnie. Kościom jakby wagi ubyło. W całem ciele żyje tylko serce.

Wychodzę. Ten mały dom ma bramę żelazną, która zamyka się przy zatrzaśnięciu.

Wichr. Deszcz. Kanał wyje.

20. grudnia. Łódź motorowa z Sant Andrea, warcząc przybija do brzegu. Noszę moje waliski i worek z listami.

Laguna jest wzburzona. Woda pieni się w bałwanach.

U steru łodzi stoi Sycylianin, z którym wdaję się w rozmowę.

Opowiada mi, jak okręty, na których przebywał, rozbijały się w Oceanie spokojnym i na wybrzeżu Tryesteńskim.

Przybywam do Sant Andrea. Beppino mnie czeka. Ma nowy ubiór, niebieską kurtkę, guziki złote i krótkie spodnie w kamaszach. Dziwne to czyni wrażenie. Jestem krótkowidzący, nie poznaję go zrazu. Coś nieokreślonego unosi się w tej chwili między mną a nim.

Kroczę po przez łodzie i wstępuję na ląd. On mi towarzyszy z tą ustępną grzecznością, którą zawsze zachował nawet w ścisłem naszem obcowaniu, a bora silniejsza dmie tu wzdłuż zamulonego brzegu.

Wchodzimy do baraku drewnianego. W korytarzu gorąco. W piecu pali się... czerwienieje żarem.

Prowadzi mnie do swojego małego biura, pokazuje mi gałązkę jemioły, którą dostał, a którą zabrać chce ze sobą do samolotu, aby mu się szczęściło. Każe pochować walizki i wór.

Godzina to właśnie śniadania.

Trzej oficerowie francuscy zasiedli do naszego stołu.

Kwiaty, potrawy specyalne, coś wyszukanego - wszystko na cześć moją.

Siedzą u boku mego towarzysza. Toczy się rozmowa o misteryach życia, o świecie nadzmysłowym a potem o szczęściu, o talizmanach, fetyszach, czarach. Beppino przysłuchuje się, a czasem rzuci jakieś słowo trafne, nowe, głębokie.

Powstaliśmy, aby napić się kawy. On pokazuje mi kilka zabawnych rycin, które zdobić mają korytarz. Mówi się o tem, jakie książki umieścić wypadałoby na półce, "w czworoboku" - mówi się o Sant Andrea, o nowych budowach, o wiośnie najbliższej.

Jest tu z nami Manfredi Gravina, Gigi Bresciani, Aberto Blanc.

Mówi się o przyrządzie, który Gigi Bresciani wynalazł.

Zapobieże się hawaryom.

Bresciani to młodzieniec z Werony; blondyn, mizerny, blady, z bródką, cienkiemi wargami, oczami jasnemi, z wyglądem małego oficera angielskiego z czasów Horacego Nelsona.

Beppino bawi się, dogadując Albertowi Blank, który skonstruował nowego rodzaju bomby wybuchowe i przyrządy do mierzenia odległości. Ktoś z nas opisuje gniew Miraglii, kiedy mu zgłoszono przybycie komisyi japońskiej. Mówi się o "duszy" japońskiej potem o psychice Chińczyków. Manfredi z zacięciem przedstawia szlachcica chińskiego, jak trudno wejść w jego tajniki, jak nieprzenikliwą jest jego grzeczność.

Druga godzina. Czas wyruszyć. Łódź motorowa czeka.

Czarny kot chowa się pod dywanem. Podczas śniadania jadł z miseczki z takiem upodobaniem, że ogon jego wciąż poruszał się, jak u zakochanych kocurów.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Stół stoi w pobliżu okna i pieca. Okno jest niedomknięte, gdyż w pokoju za gorąco. Za każdym silniejszym powiewem otwiera się.

Na stół i kwiaty pada światło zimne, szarawe.

Bora była tak silna, że majtek łodzi motorowej przepowiadał jej trwanie na co najmniej jeden tydzień!

Ten majtek pochodzi z Syrakuzy, Mówiliśmy o słońcu, upale, pomarańczach, kwitnących drzewach migdałowych, o Taorminie.

Widziałem znowu Latomie, teatr, Venerę... i konstelacyę barana.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Wstajemy, aby odejść. Beppino odprowadza mnie. Tego wieczora ma straż odbywać. Mówimy o samotności i o spoczynku w osamotnieniu.

Położy się niebawem, będzie spał długo. I ja wraz z Renatą zostaniemy sami - nie przyjmujemy tedy zaproszenia Alberta, abyśmy z nim udali się do restauracyi, gdyż przyjaciel nasz Beppino nie może pójść z nami.

Towarzyszy on mi jeszcze i po przez czółna podchodzę do łodzi motorowej wraz z Manfredim, Albertem i Brescianim, który ma wyraz jakiejś zadumy.

Beppino zadowolony jest, że przyjdzie jutro na śniadanie do mnie, na ostatnią biesiadę przed lotem - bez powrotu.

"Jedzmy i pijmy, towarzyszu. Jutro będziemy paszą dla ryb!"

Oczy śmieją mu się w dziecinnem uniesieniu. Żegnamy się. Stoi na pokładzie wielkiego statku i patrzy za mną.

Dwa lub trzy razy odwracam się, abu mu ręką przesłać pozdrowienie. Znika.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Zimno - deszcz pada - wiatr. Otuliłem się w mój wielki szary płaszcz.

Laguna jest brudno-żółta, wzburzona. Mija nas czarna łódź z czerwonym żaglem.

Pogrążyłem się w milczeniu, podczas gdy przyjaciele moi rozmawiają. Mówią o nim. Manfredi zamierza urządzić krotochwilę. Oto w karnawale (a więc będziemy karnawał mieli w tej rzezi ludzkiej? zapusty niekończącej się zabawy?) w karnawale przebrać by można kilku majtków jako serbskich oficerów w łachmanach, rozczochranych, brudnych i posłać ich, niby "misyę serbską" do zwiedzania placówek w Sant Andrea, aby ucieszyć się wściekłością komendanta.

Nastąpił wybuch wesołości, prawie rzewnej... tak go kochaliśmy, tak lubowaliśmy się w jego osobliwej żartobliwości.

Ponura wilgoć powietrza tłumi jednak śmiech i dowcip pomysłu, Luigi Bresciani zabiera się do pracy nad swoim powietrznjon statkiem wojennym. Manfredi wraca do admiralicyi. Po przez melanckolią chwili przelotnej jaśnieje wola.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Żegnając się z Albertem, na jego nalegania, abym z nim jadł kolacyę, mówię mu, aby przyszedł do mnie około siódmej i że wtedy zależnie od usposobienia, roztrzygnę się, czy wyjść, czy w domu zostać.

Głuszący smutek. Życie rwie się nagle, jak struna napięta - a trudno spiąć je na nowo.

I Renata jest smutną. Postanawiam pójść na kolacyę z Albertem, aby ją rozerwać. I ona uskarża się na nieobecność naszego przyjaciela. Zdaje się, że bez niego nigdy żadnej przyjemności nie odczujemy. Piszę do Cineriny i proszę, by przyszła. Renata idzie się przebrać. Około ósmej wychodzimy. Ciemno dokoła nas, trzymamy się za ręce.

Przed oszklonemi drzwiami restauracji, przez które widać ludzi jedzących i palących, niesmak i wstręt budzą się we mnie. Chciałbym zawrócić.

Ktoś mnie zachęca, idzie ku mnie, prowadzi do drugiej, spokojniejszej sali, gdzie czekają na mnie Alberto i Manfredi.

Kolacya marna - rozmowa bez wszelkiego ożywienia. Renata jest smutna, Alberto w ponurem usposobieniu, mówi mało. Czyni wysiłek: czuje się przygnębionym, starym. Jutro rano, albo jutrzejszego wieczora odjechać ma za urlopem.

Przynoszą mdłe owoce. Życie traci tu odrazu całą swoją wartość. Pokój zimny jest i pobielany jak w szpitalu. Jakiś obcy człowiek usiadł przy stole obok, słucha i patrzy z wyrazem ciekawej bezmyślności.

Zrzekamy się kawy tu i idziemy się jej napić do bottegi dei Baretteri. Melancholijnie kroczymy w ciemności. Manfredi opowiada, jak Miraglia, za każdym razem, kiedy wychodzi z restauracji, nosem uderza o mur.

Po kilku chwilach zaczyna nam jasność księżycowa przyświecać. Po pod portykiem wchodzimy na Piazzę, wstępujemy w pełny czar nocy.

Miesiąc jest prawie w pełni, powietrze zimne. Targ z kramami, ciasny i zawalony pogrąża się w ciemności.

Zanim dochodzimy do mostu Baretteri, zalatuje nas silny zapach kawy, jak go się odczuwa w pobliżu małych kawiarni arabskich. Wstępujemy po wschodach, wchodzimy. Ruda dziewczyna szuka - zdaje się - oczyma Beppina, który nam zawsze towarzyszy, a którego dziś nie ma.

Pijemy kawę, nie usiadłszy. Alberto pije mocną limoniadę, która zdaje się go podniecać. Przy wyjściu Manfredi i Renata idą pierwsi. Z poszczególnych słów, które mnie dochodzą, wyrozumiałem, że opowiada jej o latach, akademickich, spędzonych z przyjacielem naszym w Livornie.

Kiedyśmy stanęli nad mostem della Paglia, Renata oświadcza, że nie chce jeszcze wrócić do domu.

Riva degli Schavoni lśni w księżycowem świetle. Przez drzwi zamknięte kawiarni Orientale słychać dźwięki mandolin.

Idziemy z Manfredim Graviną aż do arsenału. W drodze oglądamy lwy, które Francesco Morosini podarował ojczyźnie swojej po zdobyciu Morei. Zatrzymujemy się tu, aby ocenić, który z nich jest piękniejszy.

Rozchodzimy się... wracamy przez most.

Odprowadzam Renatę do hotelu. Smutni jesteśmy, jakbyśmy stracili ten wieczór. (Wczoraj odprowadziliśmy Beppina aż do wybrzeża, gdzie go łódka czekała, on jednak wrócić chciał, aby towarzyszyć Renacie aż do bramy).

Idę sam do domu. Zatrzymuję się przez chwilę, jak zawsze przed kościołem Santa Maria del Giglio i dotykam płaskorzeźby ze Zary.

Myślę o przyjacielu, który tam dole w Sant Andrea samotny stoi na straży.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

21. grudnia. Niespokojna noc. Budzę się o trzeciej i nie mogę zasnąć z powrotem. Czytam do piątej i w lekki zapadam sen.

Przez okna otwarte słońce pada na wezgłowia.

Dzień jest jasny bez wiatru najmniejszego, jakby stworzony do podjęcia lotu na większą odległość.

Jakaś nieokreślona trwoga przytłacza mi piersi. Martwi mnie, że tracę tak niespodziany dzień. Myśli moje wciąż zwracają się ku Sant Andrea. Obciąłbym tam pójść na śniadanie, aby rozmówić się z moim towarzyszem, ale Manfredi powiedział mi wczoraj, że pozostanie w mieście.

Zaczynam pisać do niego. Proszę go, by telefonował do Sant Andrea. Przerywam list. Przychodzi Renata.

Jestem tak przybity i milczący, że pyta mnie "Co ci jest?" Nie mam na to odpowiedzi.

Brak kilku minut do południa. Niebo jest czyste. Oglądam kwiaty w ogrodzie. Przewiew jest bardzo lekki. Słyszę szum samolotu, unoszącego się nad kanałem.

Dlaczego takie cienie zapadają mi w serce? Czym chory? - Schodzimy śniadać. Nic nie mówię. Myśli moje zwarły się w jednym przedmiocie. Jem mechanicznie.

Renata rozstawiła kwiaty w wazach: róże czerwone, złocieńce, fiołki, gwoździki. Dziś wieczorem Beppino przyjść ma do kolacyi z nami - przyrzekł. Renata uśmiecha się. Będziemy tylko we troje, wedle miłego nam nawyknienia.

Nie mam wcale ochoty pójść do pracowni Zattery i pozować do mego portretu, ale Cinerina oczekuje mnie. Jest to może ostatni mój obraz. Renata chce iść ze mną. Wychodzimy.

Nad jasnym brzegiem pogoda wiosenna.

Szare łodzie torpedowe zarzuciły tu kotwice.

Na czerwonych drzwiach domu, gdzie pracownia się znajduje, wypisane są kredką trzy cyfry: 41, 5, 9.

Renata zostawia mnie i zawraca do domu. Wstępuję po wschodach.

Nie mogę ukryć mego ponurego usposobienia. Cinerina tu przedemną, cała wydaje się okiem, myślą, nie kobietą już, ale tylko wolą artyzmu w tej swojej białej tunice płóciennej, ze swojemi czystemi pęzlami w ręku. Przybieram postawę... rozmarzony. Nie słyszę, co do mnie mówi przez samą tylko chęć mówienia. Jakiś czas mija... pewnie dość krótki.

Słyszymy kogoś stąpającego po schodach drewnianych. Puka do drzwi, woła mnie. To głos Renaty. Otwieram.

Renata jest bladą i wzburzoną.

"Chodź! stało się nieszczęście!"

"Co za nieszczęście? Miraglia?"

W tej chwili o nim zaraz myślę.

"Zejdź! Genua jest tu. Powie ci."

Schodzę z biciem serca. Na progu spotykam Memma Genuę, mocno poruszonego. Opowiada... przez telefon twierdzy dowiedział się, że samolot, na którym wzniósł się Giuseppe Miraglia, spadł w morze i że sternik w niebezpiecznym znajduje się stanie. Giorgio Fracassini, który obsługiwał motor, nasz Giorgio Fracassini znikł... nie można go odnaleść! Może pogrążyły go fale.

Wchodzę znowu do góry, żegnam się z Cineriną bardzo zaniepokojoną. Schodzę.

Ja, Genua i Renata biegniemy przez pomosty, szukając jakiejś gondoli, jakiejś łodzi.

Miraglię przeniesione do szpitalu marynarzy. Bezustannie zagaduję Genuę, aby się całej prawdy dowiedzieć.

Kolana chwieją się podemną. Język mi się plącze. Zostawiam Renatę na placu San Maurizio. Idę dalej przez Via XXII Marżo. Mijam dom Beppina u wylotu uliczki Corte Michiel. Ludzie oglądają się na mnie. Nie mogę zapanować nad strasznem mojem wzburzeniem. Spotykamy marynarza, który pospiesznie pomyka ku nam. Genua zatrzymuje go. Nie słyszę co mówi do niego. Zbliżam się. Majtka tego wysłano do mego domu. Rozumiem wreszcie tylko, że ciało przeniesiono do szpitalu Sant Anna.

Ciało! On martwy jest. Genua podtrzymuje mnie.

Puszczam się pędem, szukać jakiegoś sposobu, aby dojść do celu i umknąć ciekawości przechodniów. Majtek dogania nas i ofiaruje nam łódź motorową, która czeka przed Santa Maria del Giglio. Idziemy.

Zatoka San Marco błękitnieje - niebo jasne nad światem całym - odrętwienie, rozpacz - zasłona gęsta z łez - cisza. Stuk motoru. Oto ogrody. Skręcamy do kanału. Po prawej stronie brzeg z obnażonemi drzewami, coś dalekiego i żałobnego.

Przed nami, nisko pod niebem, w pobliżu swego schronienia kształt ociężały i nieprzyzwoity balonu na uwięzi, koloru srebra.

Było około trzeciej po południu.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Nadjeżdżamy. Skaczą na pomost, wstąpują. Pytam oficera straży o Griuseppa Miraglię. Wskazuje mi drzwi. Wchodzą.

Na małem łożu na kółkach leżą zwłoki. - Głowa obwiązana. Usta zamkniąte. Prawe oko zranione, zsiniałe. Prawa szczęka złamana, poczyna się pośmiertne rozdęcie.

Twarz oliwkowo-żółtawa - z wyrazem niezwykłej pogody.

Warga górna wystaje nieco, trochę nabrzmiała. Nozdrza zatkane watą.

Wygląda, jak indyjski książę z białym turbanem.

Żółtawe ręce skrzyżowane na piersi.

Obie nogi owinięte białemi paskami.

Prawa stopa złamana, gruby palec jednej ręki złamany. Jedna noga złamana. Kilka żeber połamanych.

Ma na sobie kurtkę niebieską z guzikami złotemi, wczorajszą.

Chcą mnie odciągnąć... wzbraniam się, pozostaję na kolanach. Proszę, by mnie zostawiono samego.

Kiedy zostałem sam, schylam się nad zmarłym, wołam go kilka razy. Łzy moje padają mu na twarz, nie odpowiada, nie rusza się.

Znowu zesuwam się na kolana. Hałas dnia.

Odgłosy łodzi motorowych, posuwających się w kanale. Stuk kroków na bruku.

Wchodzi majtek z paczką świec; umieszcza cztery świece w kątach łóżka.

Wchodzi Luigi Bologna; wchodzi Carlo della Rocca. Nie mogę się ruszyć, nie mogę się podnieść.

Ktoś u stóp zmarłego kładzie bukiet kwiatów. Zdaje mi się, że to Silvio Montanarella, najmłodszy lotnik.

Wchodzą dwaj majtkowie z osadzonemi na karabinach bagnetami, przystanęli u wezgłowia małego łoża i pozostają tu nieruchomi.

Inny majtek w głębi, w ścianie naprzeciw okna przytwierdza chorągiew statku wojennego.

Jedna chorągiew leży już na poduszce.

Po niejakim czasie, nie wiem jak długim, majtek przychodzi z inną paczką świec i otwiera drzwi w ścianie przeciwległej mi.

Drzwi były zamknięte.

Słyszę głosy jakieś. Dwaj majtkowie dźwigają na noszach ciało Giorgia Fracassiniego, które po dwóch godzinach odnaleziono między podartemi żeglami i pokręconemi linami, kiedy przenoszono szczątki samolotu do Sant Andrea.

Przechodzą przez próg i w drugim pokoju stawiają nosze.

Wstaję, idę tam, aby zobaczyć zwłoki. Przypomina mi się dzień nad Trystem, jego zlecenia o zapotrzebowaniu benzyny, jego bystrość, z jaką ukrył dwudziesty pierwszy worek i tricolore.

Wygląda, jakby spał - wyraz twarzy ma spokojny, surowy. Nosi swój ubiór ciemny, skórzany.

Wydaje się mnichem, uświęconym przez śmierć. Jego męska twarz, zawsze prawie lśniąca, ociekająca potem, z oczami jasnemi, płonącemi, czołem prostem, nosem orlim, spokojna jest teraz, wyszlachetniona. W rzeczy samej spoczywa.

Wracam do przyległego pokoju i znajduję ciało mego towarzysza, przykryte czarnem suknem z brzegiem złotym.

Twarz jego zakryta jest jeszcze muślinem.

Majtek chce właśnie zdjąć z poduszki banderę i zastąpić ją małą chorągwią Czerwonego krzyża. Bronię mu tego. Bierze ją i rozwiesza na ścianie przyległego pokoju.

Po lewej i prawej stronie czarnego sukna rozkładam czerwień i zieleń: magnetyczną siłą życiową wojennego tricolore morskiego.

A białem spojeniem jest kokarda.

Idą po inną chorągiew dla Giorgia.

Wchodzi Umberto Cagni w towarzystwie innych oficerów. Widzą go rozpalonemi mojemi oczami. Zbliża się, odkrywa twarz zmarłego, szepce coś niezrozumiałego dla, mnie. Idzie też oglądać Fracassiniego. Potem podchodzi do mnie. Oparty jestem o ścianę i wysilam się, abym zapanował nad zgrozą. Bierze moją rękę, ściska ją i mówi szorstkim, żołnierskim, prawie surowym głosem: "Dzień dobry!" Poczem odchodzi.

Rozlega się huk i turkot łodzi motorowej. Odpływa szalupa.

Oto zjawia się Manfredi Gravina, oto Alberto Blanc.

Nie ruszam się. Majtek kładzie pod moje kolana czarną poduszkę, poduszkę klęcznika.

Noc nastała. Słyszą pierwszy krzyk z fortyfikacyi: "Baczność - co w powietrzu!?" Myślę o Renacie, myślę o kwiatach, które złożyła dla niego w naszych wazach.

Wstaję, wychodzę na pomost.

Złoty księżyc nisko na niebioskłonie świeci wprost na mnie.

Zstępuję do łódki, wracam przez kanał. Migają przedemną znowu: mur ogrodu, brzeg z drzewami nagiemi, czarne cielsko balonu.

Genua towarzyszy mi, aby zabrać przygotowane przezemnie paczki i aby je oddać Albertowi Blanc, który przewieść je ma do Rzymu.

Unoszę z sobą śmierć, zapach śmierci. Renata mnie oczekuje, wie wszystko. Ściskamy się z płaczem. Chce iść - go widzieć.

Idę do jadalni, zabrać kwiaty. Nakryto tu dla trzech osób. Wyjmuję wszystkie kwiaty ze wszystkich waz, zabieram je w jednej wiązance ze sobą.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Wstępuję z powrotem do izby żałobnej.

Świece palą się. Małe ogniki chwieją się i odbijają od ostrz bagnetów. Dwaj majtkowie pełnią straż, nieruchomi.

Rozkładam kwiaty po bokach zmarłego, dotykam się linii jego bioder, jego nóg. Białe narcyzy kładę na czerwień i zieleń chorągwi.

Odkrywam biedne jego lica. Prawa strona nabrzmiewa i czarnieje. Usta, jakby zamknięte.

Chwilami tracę poczucie rzeczywistości. Zastanawiam się. Zamykam oczy. Przedstawiam go sobie żywym, jak wczoraj. Potem oglądam go i widzę jego bezwładność, biel śmierci. Czy to prawda?

Poczyna się straż nocna.

Naprzeciw mnie są drzwi drugiej izby żałobnej, gdzie leży Giorgio Fracassini, w oświetleniu, śród migających cieni.

Dwaj majtkowie nieruchomi. Zimny pobłysk osadzonych bagnetów.

Plusk kanału pod oknem.

Okrzyki z fortyfikacyi.

Dokoła zwłok dziwna jakaś atmosfera, jakby masa zastygłego kryształu.

Około dziesiątej przychodzi komendant portu. Wstępuje krokiem energicznym. Panuje nad wzruszeniem. Klęka, modli się. Wstaje, idzie do izby, w której leży Giorgio Fracassini. Potem milcząc, ściska mi dłoń i odchodzi.

Słyszę łoskot motoru jego łodzi. A potem znowu zalega milczenie.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Około północy przychodzi komendant Gildio Valli. Siada koło mnie. Mówi do mnie o zmarłym.

Słowa żalu, pełne przywiązania, wyrzuty sumienia. Przyznaje, że siłom Giuseppa Miraglii nałożono wszystko, co tylko podjąć mogły i - nadto.

W pierwszych dniach wojny wzlatywał przeciw wrogowi na marnym aparaciku i z pistoletem Mauzerowskim. Tak bronił Wenecyi, podglądał Polę.

Mówił mi o zaufaniu, które ten lotnik pokładał we mnie, i które on budził u mnie nawzajem do siebie. Dwa dni temu Giuseppe Miraglia powiedział mu: "Gdybym zaproponował Gabryelowi d'Annunzio lot na Wiedeń, odpowiedziałby z prostotą; "Idźmy!" zająłby swoje małe miejsce i nieodwróciłby się wstecz."

Komendant wyraża swój żal nad rozdarciem tej pary, która miała tak wielkie plany i zdolną była je wykonać.

Ból mój wchłania, obraca, porywa jak wir jego spokojne słowa.

Giuglio Valli jest przedni umysł, filozof, nieco ironiczny, przytem jednak pobłażliwy, silny a giętki, nadający się do zrozumienia i ocenienia takiej natury jak Giuseppa Miraglii.

Około drugiej przed ranem odchodzi. Polecam Luigiemu Bologna i Carlowi della Rocca, aby poszli spocząć. Silvio Montanarella ma przyjść o czwartej.

Nowy poczyna się dla mnie czas. Toczy się we mnie walka między obrazem żywym, wciąż odtwarzanym we wspomnieniu a nieruchomem ciałem.

Kiedy smutek mój i ból stają się nie do zniesienia, a całun czarny wydaje mi się czemś nieistniejącem, kiedy miłość moja wierzyć zaczyna, że mój towarzysz spi sobie tu spokojnie w swojem łóżku w Sant Andrea, tedy wstaję i podnoszę biały muślin. Pokazuje mi się obrzmiała twarz. Usta zamykają się coraz więcej, przypieczętowują coraz silniej. Kolor bronzowy ciemnieje.

Jestem do cna wyczerpany. Carlo wchodzi w swoim czarnym tużurku i prosi mnie, abym poszedł nieco spocząć. Opieram się.

Straż marynarzy zmienia się co dwie godziny. Wszyscy prawie są piękni, rośli, poważni mężowie z szlachetnym wyrazem holu. Mają pasy rzemienne i ładownice. Ubrani są w uniformy ciemno-niebieskie z kołnierzami jasno niebieskiemi - kapturki noszą sukienne.

Bije piąta. Z najbliższego fortu dochodzi krzyk; dalsze odpowiadają.

W kanale plusk ciągły. Moje stopy zmarzły na posadzce nagiej. Zimno przenika wszystkie moje kości.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Wstaję i idę rzucić się na łóżko w pokoju na pierwszem piętrze. Majtek prowadzi mnie przez ciemne korytarze. Przed drzwiami pokoju śpi sternik, siedząc, oparłszy ramię na poręczy krzesła a twarz na przegubie łokcia. Wchodzę. Pokój jest biały, łóżko białe.

Nad łóżkiem świeci lampa elektryczna. Choć mnie razi, nie mam odwagi jej zgasić.

Posługuję się wielkim, szarym płaszczem do przykrycia się. Zasłaniam głowę, abym światła nie widział. Martwieję ze znużenia, ale zasnąć nie mogę.

Kiedy oczy zamykam i senność mnie ogarnia, widzę przyjaciela - żywego, idącego ku mnie. Zrywam się.

Majaczy mi się, że oto wchodzi do Czerwonego domu a ja mówię: "Czy to ty jesteś? czy wróciłeś?"

Odkrywa głowę, zdejmuje czarny płaszcz. Nie! to nie on; to jakaś biała maska, jak ją nosili Wenecyanie wraz z dominem.

Minął jakiś czas nieokreślony.

Słyszę kroki na korytarzu. Słyszę głos trąb porannych w pobliskich koszarach.

Głowa mnie boli. W karku i w tyle głowy czuję dotkliwe uderzenia krwi.

Słyszę tupot majtków, czyszczących korytarze szpitalu.

Czy już dzień? Znowu tracę poczucie rzeczywistości. Czy to wszystko prawdą? Zeskakuję z łóżka, zwilżam oczy chusteczką, zmoczoną w dzbanie wody. Schodzę.

Gubię się w korytarzach i na schodach. Odnajduję wreszcie izbę z katafalkiem. Wchodzę. Zapach kwiatów i świec woskowych. Czarne sukno, nie poruszone - postać trupa ta sama.

Dwaj majtkowie na straży.

Z ulicy dochodzi gwar dnia: trąby, dzwony budzące się miasto, niechybne nowe odżycie.

Jest tu dobry Silvio, z oczami zaczerwienionemi. Mój ból głowy tak straszny, że nie mogę się już ostać. Wołam po łódź. Idę na pomost. Patrzę na poranek zimny, szary.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Wracam do domu, zupełnie wyczerpany. Rozbieram się. Zdaje mi się, że uniform ma zapach śmierci. Tym samym zapachem trąci bielizna. Zdejmuję wszystko. Biorę ciepłą kąpiel. Czy jest we mnie coś z trupa? Nagle przychodzi mi na myśl, czy też zmyto ciało poranione zmarłego, zanim je ubrano.

W domu zaległy: pustka i smutek. I wspominam weselsze chwile:

Jego delikatne uczucie rozmiłowane w moim małym Watteau, jego uśmiech mandaryna, kiedy kreśliłem mu krótko obraz poety dalekiego wschodu.

Renata przychodzi. Jest blada, nie spała. Wypytuje mnie. Odpowiadam.

Muszę w czas południowy wrócić do szpitalu Sant Anna. Zamawiam wieniec i kilka bukietów róż.

Renata chce iść ze mną. Nic prawie nie jemy. Łódź czeka - jedziemy.

Wenecya szara cała. Wszędzie śmierć. Mewy w gromadach nad zatoką. Ich śmiech zachrypły rozlega się nad powierzchnią smutnej wody.

Renata niesie bukiet czerwonych róż, obwiązany wstążką niebieską.

Milczenie.

Proszę ją, by zapanowała nad sobą. Patrzy na mnie dwojgiem oczu odważnych.

Jesteśmy u miejsca wylądowania. Wychodzimy. Niema żadnego oficera na straży.

Renata składa róże u stóp zmarłego, klęka i modli się. Twarz przykryła rękami. Nie płacze.

Po kilku chwilach bolesnych budzę ją, odciągam. Odjeżdża sama. Zostaję.

Dwadzieścia cztery godzin minęło po jego śmierci.

Przypatruję się twarzy... nabrzmiała, zczerniała, nabiegła krwią w otworach nosa, w kątach ust.

Czas przechodzi. Luzują, straż. A we mnie jedno tylko nieustanne powtarza się pytanie: "Dlaczego?"

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Wchodzi Luigi Bresciani, jeden z najwierniejszych przyjaciół Giuseppa Miraglii, jego nauczyciel w lotnictwie, choć o wiele odeń młodszy. Patrzymy na siebie i nie możemy się wstrzymać od łez. Ściskamy się i płaczemy.

Potem w urywanych mówimy słowach... opisujemy katastrofę, roztrząsamy techniczną jej stronę, nowe szczegóły odkrycia - a nieme spojrzenia nasze sięgają w głąb duszy.

Dwaj majtkowie przynoszą mój wieniec z czerwonych i białych róż. Kładę go tuż przy jego głowie. Po prawej stronie twarzy, która jest zniekształcona, kładę też bukiet Renaty.

Czas mija w tej samej wciąż zgrozie. Idę oglądać twarz Giorgia. Pożółkła, ale spokojna. Głęboko uciszona i uświęcona.

Noc już. Wychodzę. Wracam do domu pieszo, wyszedłszy brukiem z szpitalu.

Księżyc wypłynął już wysoko po za dachem z dziesięciu kominami. Zimno i to suchem zimnem. Via Garibaldi pełna ludzi. Co chwila mam halucynacyę: widzę Beppina w czarnym płaszczu, idącego przedemną swoim krokiem lekkim.

Idę przez Riva degli Schiavoni, przez Piazettę, przez Piazzę.

Przechodzę przed jego domem. Wchodzę w sień sklepioną, która prowadzi do uliczki Corte Michiel. Mury pałaców zamykają mnie jakby ściany z lodu.

Przedsionek skąpo jest oświetlony. Drżąc idę po ciemnych wschodach. Jakiś głos kobiecy pyta: "Kto tam?"

"Przyjaciele!"

Na rogu schodów stoi gospodyni. Powiada mi, że pokój zamknięty na klucz, że zamknął go Gigi Bologna, przyszedłszy zabrać szpadę, kapelusz, medale. Schodzę znowu, takim przybity smutkiem, że najchętniej chciałbym nie dojść do końca schodów.

Uciekam. Krzyżami mojemi wstrząsa dreszcz zimny.

Santa Maria del Giglio - płaskorzeźba ze Zary - Mosty.

Ciasna ulica.

Dom czerwony. Renata w ciężkim żalu, blada.

Siadamy do stołu. Nic prawie nie spożywamy. Nasz przyjaciel jest z nami. Oto łakocie, które lubił, jak łakome dziecko. Ale kwiatów nie ma. Pozostały na srebrnej tacy dwie szklane figury; Arlekina i Pantalona. Zdejmuję je i stawiam na kominku. Mówimy o nim, nasycamy się rozpaczą.

Śpię kilka godzin, zmory mnie dręczą. Wstaję o trzeciej w nocy. Biorę ze sobą gorącą kawę, pełną flaszkę, jak ją zwykle zabierałem przy wzlotach.

Wychodzę.

Noc księżycowa, oświecona brylantami gwiazd.

Wenecya umarła, wtrumniona w powłokę wieczystych dyamentów.

Ulice i place puste. Odgłos mych kroków prawie mnie trwoży.

Nad mostem della Paglia bije zegar, a nawoływania z twierdz rozlegają się w świetle, jakby dźwięczącem.

Wzdłuż murów szpitalu Sant Anna widzę na ścianie jednego domu, oświeconego księżycem, cień żołnierza, odprawiającego straż na szańcu wzniesionym.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

23. grudnia Wstał dzień, naznaczony do wielkiego naszego lotu, dzień chwały. Najlżejszego nie ma wiatru. Laguna bez zmarszczki, niebo niepokalanej czystości.

Gdyby żył! O tej godzinie czynilibyśmy przygotowania, ubralibyśmy się w nasze futra, zaopatrzylibyśmy naszą broń, nałożylibyśmy nasze kaptury wełniane, przywdziali kamaszy skórzane. Bylibyśmy weseli, rzutcy, pełni ufności. Giorgio byłby tu i przygotowałby nasze siedzenia. Wór z wiadomościami leżałby już w skrzyni motoru, jak wór ów przy locie do Tryestu.

Wchodzę do izby z katafalkiem. Przyszedł Angelo Belloni. Trójkątna głowa, szerokie czoło, wielkie oczy, bystro patrzące, bez zadrgnienia, jak oczy sokoła.

Ściskamy sobie ręce. Nagle spostrzegam, że ktoś ruszył pokrycie zmarłego, gdyż kwiaty rozrzucono, które ułożyłem tu dokoła ciała. Lekarz robił injekcye, aby powstrzymać rozkładanie się ciała.

Od krewnych nie ma wiadomości. Niewiadomo, czy brat przyjedzie z Valony, gdzie doszła go wieść druzgocąca.

Dwaj majtkowie nie stoją już u głowy, ale u stóp. Izba pełna już wieńców, złożonych na podstawkach.

Nie są pięknie wiązane.

Czysta forma wieńca zaginęła.

I oto bezmyślne wieńce żałobne, ułożone przez handlarzy płytkich. Jest tu też wieniec sztucznych kwiatów z porcelany i cynku.

Cienie wieńców drżą na ścianach. Płomyki świec wahają się i lśnią odblaskiem w bagnetach.

Widzę dwóch innych majtków za rozchylonemi drzwiami przyległego pokoju z katafalkiem Fracassiniego.

Angelo Belloni siada koło mnie. Ma słuch nieco przytępiony. Mówi... mówi...

Chcąc mu odpowiedzieć, muszę usta przytknąć do jego prawego ucha.

To szczery i wielki przyjaciel zmarłego. Mówi o nim. A jak go zna!

Przyjaźń to wzruszająca serca młodocianych. Naśladuje niektóre nawyknienia zmarłego, opowiada o niektórych drobnych jego właściwościach.

Chwali szczególnie jego dobroć głęboką, kryjącą, się, wstydliwą. Przytacza przykłady, jeden po drugim.

I on mi też mówi, jak bardzo zmarły mnie kochał, co za korzyści odniósł ze znajomości ze mną.

Rozmowa toczy się i toczy. Dusza zmarłego żyje tu wśród nas, obecna, czynna. Wstajemy obaj prawie równocześnie i z tą samą myślą.

Odsłaniam twarz zmarłego. Ach! Nos nabrzmiał, krwią nabiegł, otwory zatkane watą. Przeraźliwy kłąb waty zatyka mu usta. Odcień brązu ściemniał jeszcze, nie jest już złotawy.

Woń kwiatów, świec, śmierci tłumi oddech. Ostry jakiś posmak czuję na języku. Wychodzimy a przez drzwi oszklone widzimy, że już jasny dzień. Ile godzin minęło?

To dzień, dzień wielkiego lotu. Ósma prawie dochodzi. O tej godzinie bylibyśmy już w drodze do Ancony, bylibyśmy już z tamtej strony Punta Maestra, z tamtej strony nędzy... życia... nas samych.

Wchodzę na pomost.

Nad powierzchnią wody unosi się słońce purpurowe. Niebo jest jasne. Słońce jest młode i silne, szybko się wznosi, dąży ku południowej stronie.

Laguna podobna do jedwabiu mieniącego się jak opal. Nachylona wieża kościoła San Pietro wydaje się, jakby z muszli perłowej.

Motor łodzi odzywa się energicznym łoskotem. Giorgio nie słyszy go już, jak nie słyszy bicia swojego serca ze stali.

Smutek, płacz żałoby, wszystko się skończyło. Wchodzę znowu do izby. Rażą mnie formy wieńców na koziołkach z trzciny - szerokie, bezmyślne, zwisające wstęgi z literami złoconemi. Tylko białe róże Renaty wydają się, jakby żyły i czuły. Tylko wielkie bukiety fiołków ciemnych wydają się godne uczczenia śmierci.

Nie mogę tego znieść dłużej. Odchodzę pieszo wzdłuż murów. W wodzie odbija się dom czerwony o dziesięciu kominach. Rozlewa się już życie, nędzne, gadatliwe. Ludzie patrzą na moją bladą twarz, twarz pozostałego przy życiu.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Idę do arsenału. Admirał przyjmuje mnie w tej chwili. Serce mi coś przeszyło! Wymogi i zwyczaj wojenny nakazywały zastąpić poległego i przedsięwzięć dziś jeszcze, w dniu naznaczonym lot zamierzony. Był to najlepszy rodzaj uczczenia zmarłego bohatera.

Otóż przed tym wysokim a surowym sądem w krótkich słowach wykładam konieczność podtrzymania wielkiego zamysłu. Admirał rozumie, godzi się ze mną. Oświadcza mi, że poprze ekspedycyę jak przyrzekł był. Radzi mi porozumieć się z jakimś sternikiem, który godny byłby zająć miejsce poległego. Słowa jego proste są, szorstkie, jasne. Podziwiałem go dawniej. Od tej godziny go kocham.

Mówimy o złożeniu zmarłego do trumny, o pogrzebie. Powiada mi, że ojciec, stary i chory nie przyjdzie. Niedługo czterdzieściośm godzin minie. Postanowiono, że dziś o czwartej po południu przypieczętuje się wieko trumny ze zwłokami.

Żegnam się. Wracam do domu. Dzień jest tak piękny! Zdaje mi się, że nigdy piękniejszego nie widziałem. To 23 grudnia, to nasz dzień.

Los za jednym razem nietylko uśmiercił mojego towarzysza, ale jakby na pośmiewisko głębinom morza odjął dzień jeden chwały. Słońce wznosi się z niezwykłą jakąś siłą, która w mojem strasznem wyczerpaniu wydaje mi się nadzwyczajną.

Wchodzę do domu, jakby z krzyżami wpół utrąconemi, skrzywiony. Każę zamknąć okiennice.

Zdejmuję ubiór, przesiąkły śmiercią. Chustka, którą wyjmuję z kieszeni, ma zapach kwiatów zwiędłych i wosku roztopionego.

Renata przygotowuje jeszcze jeden bukiet róż. Chce ze mną wrócić tam... do szpitalu Sant Anna.

Najmujemy gondolę.

Woda jest lazurowa, szczęśliwość przepływa powietrze złote, gromady mew śmieją się swoim chrapliwym śmiechem.

Przybijamy do ogrodów, aby trochę iść pieszo. Grunt pod nami twardy, dźwięczący. Drzewa obnażone, smutne. Kiedy gałęzie oglądam, zdaje mi się, że załamują się pod bolem, pod moim własnym bolem.

Schodzimy znowu do gondoli, jedziemy przez kanał wzdłuż brzegu z nagiemi drzewami. Balon na uwięzi kołysze się bezmyślnie w powietrzu nad czarną swoją klatką.

Izba ze zwłokami pełna jest nowych wieńców - zaduch tu coraz większy.

Renata klęka, składa róże, modli się. Wychodzi, odjeżdża. Wraca w gondoli, sama ze swoją tajemnicą.

I rozpoczyna się najstraszniejsza męczarnia. Czwarta już, ale trumny jeszcze nie gotowe, a ten, co je lutować ma, jeszcze nie przyszedł.

Około piątej, czy szóstej odór śmierci w izbie staje się nieznośnym. Wychodzę, wracam, wychodzę znowu.

Spotykam dobrego towarzysza broni, młodego sternika, który złożył już próby swojej odwagi. Odciągam go na stronę, idę z nim na deski pomostu i mówię z nim. Pytam, czy chciałby zastąpić poległego w przedsięwzięciu dalmatyńskiem.

Waha się. W końcu mówi, że w żadną nie wierzy możność dobrego wyniku, że jednak jako dobry żołnierz posłuszny będzie wyraźnie mu danemu rozkazowi.

Dodał: "Jeden tylko motor. Aparat jest niepewny. Lot potrwa blisko dziewięć godzin. Z pewnością spadniemy i zostaniemy w morzu. Nie ma co liczyć na pomoc łodzi torpedowch. Ja zresztą przywykłem godzinami trzymać się na wodzie."

"A ja szybko nawykam do wszystkiego," odpowiadam na to, odnajdując na chwilę mój uśmiech.

Zapał zamknięty w sobie straconego mego przyjaciela wstaje w mej myśli. Widzę znowu jego ręce u steru, jego zielonawe oczy za szkiełkami maski. I czuję, że nigdy może nie znajdę już partnera w mojem zamiłowaniu do ślepego losu.

Postanawiamy rozmówić się z komendantem Valli. Wobec mojej zastygłej w twarzy stanowczości, młodzieniec zbiera się w sobie i zapewnia mnie, że szczęśliwym będzie spróbować lotu ze mną, jeśli okaże się potrzeba. Ale jeden z jego towarzyszy broni, nadchodząc na nowo wznieca spór, mówiąc: że podjęcie tego lotu jest obrazą dla pamięci zmarłego.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Wieczór jest z opalu, złota i bursztynu. Horyzont klejnotami osadzony, jak długi szereg tronów.

Potem bogactwo to przysłania się, wyziębia. Niebo i laguna to dwa obrazy mroźnego piękna.

Czy istnieje słodycz, która tnie nożem? Otóż jest taka.

Człowiek na marach równa się widnokręgowi, pierścieniowi wszechświata.

Wchodzę znowu. Widzę, że wynoszą wieńce. Majtkowie wypróżniają izbę żałobną. Po stronie łóżka widzę trumnę bez wieka. Wieko oparte pionowo przy ścianie.

Serce drga mi tak silnie, że opieram się o plecy Luigiego Brescianiego. Ale zdaje mi się, że i on też potrzebowałby oparcia.

Zbieram całą moją odwagę, odsuwam każdego, co próbuje mnie wyprowadzić. Stanowczo wytrwać chcę przy moim przyjacielu aż do ostatka.

Zostaję stojąc, milczący.

Izba już wypróżniona. Majtkowie wynieśli z niej wszystkie wieńce. Świece odstawiono. Moje kwiaty złożone na suknie, wszystkie wynieść daję, dawniej przyniesione, jak i ostatnie, prócz bukietu białych róż z białą wstęgą.

Pokrycie zdjęto. Okazuje się oprawa łóżka, widać kółka. I ze zgrozą spostrzegam przy pobłysku płomyka ciemną plamę pod łóżkiem.

Zdjęto chorągiew z poduszki, zdjęto muślin z twarzy zmienionej nie do poznania. Czterech majtków ujęło prześcieradło na czterech końcach.

Trumna stoi otwarta na podłodze, równolegle z łóżkiem. Wyłożona ołowiem, spoczywa na złoconych nogach.

Podpieram swoją brodą, aby zatrzymać szczękanie zębów.

Majtkowie podnoszą prześcieradło. Ułożenie zwłok zaburza się. Widzę, jak ręce skrzyżowane rozlatują się, jak nogi związane się chwieją, jak głowa bezwładnym ciężarem swoim opada ku ramionom majtków. Widzę, jak ludzie nad trumną, dwaj rzemieślnicy śmierci u głowy i u stóp regulują złożenie zwłok z obojętnością, jakby szło o towar spożywczy.

Przez kilka chwil pochylone ciała majtków przesłaniają mi widok zmarłego. Owi dwaj ludzie kierują grupą majtków przyciszonemi słowami: "Bliżej tu, bliżej tam! Tak. Teraz w dół! Tak. Miara jest dobra - najdokładniej)"

Miara jest dobra: ciało najściślej wchodzi do trumny. Związane nogi przytykają do jednego końca, głowa do drugiego.

Jakaś kamieniejąca trwoga owiewa mnie. Ozują w duszy odzew duszy Luigiego Brescianiego najdelikatniejszej, najbardziej oddanej, najczystszej.

Sam zbliżam się, klękam, patrzę na zwłoki, składam bukiet róż na jego biedne nogi związane.

Ręce są żółte, twarz poczerniała, prawie jak twarz mulata. Usta zamknięte są kłębem waty.

Mam odwagą dotknąć jego rąk wargami.

Wstaję, dusząc się od tłumionego łkania, odwracam się, idę do Luigiego, który bez kropli krwi w twarzy, usta wykrzywił w bolu kurczowym, jak dziecko małe. Szlochając chylą twarz na plecy jego.

Słyszę, jak małe łoże toczy się na kółkach koło mnie, popychane ku drzwiom otwartym w głębi, wychodzącym na dziedziniec kościelny. Powietrze z podwórza napływa i wywietrza nieznośny zaduch pozostały po kwiatach, wosku i rozkładającem się ciele.

Znowu otwieram oczy.

Trumnę nakryto metalowem wiekiem. Człowiek, lutujący, trzyma w pięści lampę, której płomień językiem niebieskim o żółtem ostrzu syczy i sykiem swoim napełnia powietrze.

Jeden z dwóch łudzi trzyma lampę, służącą do roboty, drugi świeci mu odłamkiem świecy.

Drzwi do przedsionku stoją jeszcze otworem. Zimny prąd powietrza nachyla płomyki świec. Topią się i kapią. Dym kopcących świec zalatuje mi w nos.

Człowiek trzymający lampę jest młodzieńcem o ciemnej cerze, z twarzą jakby zastygłą, wielkiego wzrostu, silnej budowy. Drugi liczy już jakąś pięćdziesiątkę; twarz jego poorana, wąsy i włosy ma szpakowate. Stoją obok siebie zgięci, trzymając rurkę, lutownik, sztabkę cyny do stapiania i pracują nad spojeniami trumny ołowianej.

Słyszy się syk płomienia przesuwanego po ołowiu.

Wszelki głos inny przygłuchł. Milczenie tu tylko zaległo i - ten syk. Czasem przybiera on jakiś rytm: przypomina stuk motoru.

Pryskający ogień pieczętuje wieczność. Czas jest nieskończony.

Przy każdej przerwie myślę; "Oto dokonało się!" - ale syk wszczyna się na nowo.

Człowiek ściera pot grzbietem ręki i dalej pracuje. Drugi ogląda bok już zlutowany, przykładając twarz do spojenia i patrząc z ukosa. Znajduje błąd, zwraca uwagę towarzyszowi, który jeszcze raz podchodzi i płomieniem miejsce przeciera.

Jest to druga stacya rozstania się. Oto zmarłego oddalono odemnie, zamknięto go, sam jest, już jest własnością grobu. Niedługo oddadzą go kościołowi. Jutro poniosą go na cmentarz, złożą go w kostnicy, w obcem, nieznanem miejscu. Trzykrotnie oddalon odemnie!

W jednym z dni najbliższych pogrążą go w ziemi, zesuną w grób, pogrzebią. Czterokrotnie oddalon odemnie.

Oto wydawał się jeszcze moim, choć już rozkładał się, choć tak zniekształcony. Teraz uwięziono go.

Róże ma na złamanych swoich nogach. A powstać nie mógłby, choćby go i Chrystus wołał. Płyta ołowiana naciska go. Dokonano zalutowania, pieczęć jest szczelna.

Tam on już - i nie owiewa go powietrze nasze, powietrze, którem ja oddycham, ale powietrze grobu, powietrze wieczności, którego nie wchłoną jego płuca między żebrami.

Siwy człowiek bada jeszcze raz lutowania, oświetlając je ogarkiem, który mu prawie opala palce. I jeszcze znajduje wady. Znowu więc przykłada syczącą lampą, która już w kącie stała. Płomień znowu pryska a wreszcie wszystkie szczeliny gładko są spojone.

Jakiś głos ponury, wszelkiego uczucia pozbawiony woła: "Trociny!"

Odwracam głowę. To lekarz szpitalny, lekarz marynarki, mały, siwy, pilny, dokładny. Powtarza: "Teraz trociny!"

Nie rozumiem, a wzrok mój szuka po całej posadzce.

Opodal, u nóg moich dostrzegam coś białego, co znużonym oczom moim wydaje się, jakby liście róż, róż Renaty.

Schylam się nieco; są to strzępy waty. Dalej w środku pokoju znowu widzę tę plamę ciemną, którą zauważyłem był pod łóżkiem.

To krew, krew i ropa, co pociekły przez materace.

Serce mi omal nie pęka - stratowane. Majtek przynosi trociny i widzę, jak owi dwaj ludzie rozrzucają je na wieko trumny. Po co?

Aby kruszec uchronić od wilgoci.

Aby zaś trociny lepiej wcisnęły się między trumną drewnianą i ołowianą, biją obaj szybko dłońmi, o ściany drewniane trumny, jak masażyści to czynią, nacierając muszkuły. Wiem, że ten sposób w ich sztuce oznacza się jakimś specyalnym wyrazem. Trumna stęka. Zamykam oczy.

Wyobrażam sobie, że leżący tam przyjaciel mój obudził się i wewnątrz stuka. Czuję jak wyczerpany mój umysł bliskim jest obłędu i halucynacyi.

"Dosyć! dosyć! krzyczę w sobie, ale piersi moje nie wydają krzyku.

Owi ludzie ciągną dalej swoją robotę jak najdokładniej, aż wszystkie wypełnili luki. Potem rozsiewają po wieku trumny resztę trocin.

I przynoszą drewniane wieko, które stało nachylone ku ścianie.

Płomień lampy, postawionej na ziemi, obok okna zakrytego chorągwią, wciąż syczy. Wieko drewniane idzie na swoje miejsce, naciskane, przymknięte. Jeden z ludzi przytwierdza i zaciska śruby.

Na wieku jest krzyż złocony i tabliczka mosiężna z napisem.

Jeden z majtków tymczasem ścierką uwiązaną do drążka, wyciera na podłodze plamę krwawą. Kiedy skończył, przechodzi koło mnie z drążkiem podniesionym w górę i ścierką zwisającą i prawie mnie dotyka.

Trumna ostatecznie gotowa. Jest około siódmej wieczorem. Słychać wołanie z szańca.

Czterech majtków dwoma pasami konopianemi podnosi trumnę. Podchodzą, kładą ręce pod spód i podtrzymują ciężar.

Przy wyjściu cisną mnie o oddrzwia.

Wychodzimy na dziedziniec kościoła. Kładziemy trumnę na łóżko z kółkami. Praca się przedłuża, bo trumna się chwieje i nie osadza się w równowadze.

Schylam się, aby odczytać napis tabliczki: nazwisko i dwie daty. Urodził się w dzień przesilenia letniego dnia z nocą: 21. czerwca 1883, umarł w dzień przesilenia zimowego dnia z nocą 21. grudnia 1915 w wieku lat trzydziestu dwóch i sześciu miesięcy.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Łóżko toczy się na kółkach do kaplicy. Kaplica to bez wdzięku. Ołtarz w niej bez ozdób.

Nie widzę nic, nie czuję. Jakieś straszne stępienie obezwładnia mnie.

Osłonę czarną i złotą przynieśli tu, by okryć trumnę. Majtek stoi koło mnie z mojemi kwiatami i czeka, bym je wziął i nanowo ułożył na całunie.

Tymczasem dwaj ludzie pracują nad trumną Giorgia.

Kiedy przechodzę obok drzwi pierwszej izby, już wypróżnionej, w uszy bije mi syk lampy. Idę czemprędzej.

Zapach kwiatów i świec zadręcza mnie. Wychodzę.

Ciemność. Cienie przesuwają się, Jakieś gadaniny. Zapachy kuchni, zapachy nędzy.

Chwilami dreszcz mną wstrząsa. Powiewa przedemną mały, czarny płaszcz. Kolana uginają się podemną, jakby złamane. Zdaje mi się, że nie dojdę nigdy do domu.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

24. grudnia. Na braku przed szpitalem Sant Anna mrowi się od kobiet z ludu, cisnących się do kratek wejścia.

Twarze Matki Boskiej Bolesnej, twarze trudem i nieszczęściem znękane, twarze litość budzące.

Dzieci schudzone, zbrukane, smutne, w których oko tylko płonie.

Woda w kanale odzywa się jakby chorym szumem.

Dom czerwony sterczy dziesięciu kominami, jakby lejkami.

Niebo szare, wilgotne, zimne. Kiedy przestąpiłem próg kaplicy, widzę tylko dwie mary śród stosów wieńców.

Na ołtarzu jarzą się świece.

Ktoś mówi do mnie: "Oto jego brat!"

Oglądam brata, małego wzrostu, jak on, z twarzą kościastą i energiczną, z krótką, czarną brodą. Jego szczęki poruszają się bezustannie jakimś ruchem kurczowym, jakby żuły coś bardzo cierpkiego.

Przybył z Valony, gdzie dowodzi flotylą łodzi torpedowych. Zaniechał na dobę krzyżowania statkami przed wybrzeżem i przybył. Trumnę zastał już zamkniętą, przykrytą całunem. Przynosi z sobą powiew wojny, zieloną woń dolnego Adryatyku, coś z pomostu kapitańskiego pędzącej w pogoni łodzi torpedowej, coś z brózdy we wodzie, którą wycina dobrze wymierzony pocisk torpedowy. To mąż!!

Nie mogę słowa przemówić. Zęby moje zacisnęły się. Przechodzę koło orszaku oficerów. Idę sam jeden klęknąć u boku trumny blisko miejsca, gdzie spoczywa jego głowa.

Jego głowa oddalona tu odemnie na odległość moich dwóch dłoni. Jest tu. Widzę ją po przez całun i drzewo. Wczoraj wieczorem była zczerniała, nadęta, obrzmiała. Znowu minąła noc. Trzeci to już dzień. Rozkład postępuje.

Zimny deszcz wstrząsa mi kości. Dotykać śmierci, przeniknąć śmiercią a mieć serce żywe.

A przecież my dwaj raz jeszcze jesteśmy tu sami ze sobą, jak w unoszącym się samolocie. Wszyscy inni wydają mi się obcy, nawet brat. Jesteśmy sami.

Kapłan odprawia mszę żałobną. Z głębi kaplicy rozlega się poszept modlitwy majtków, stłumiony, chrapliwy chór.

Ciało moje znieruchomiało. Kolana mnie bolą, ale nie jestem w stanie się ruszyć.

Ksiądz, przy którym noszą dwie świece, przystępuje teraz z książką do trumny: odczytuje modlitwy za zmarłych.

Ale przyjaciel mój wciąż jeszcze jest ze mną. Po skończonym obrzędzie czuję, że kilka jeszcze stopni przejść muszę w naszem rozstaniu się.

A on tu jeszcze jest, jeszcze jest mój. Czuję jego rozpadające się ciało, widzę białe róże na jego nogach związanych.

Ale czterech majtków zbliża się do trumny, aby ją unieść na szerokich pasach. Wynoszą go.

Serce ściska się, drga kurczowo. Zmarły znowu dalej odemnie odchodzi.

Ruchem instynktowym przystępuję i kładę moje ręce pod trumnę - czuję jej ciężar. Całun okrywa mi ramiona aż do łokci.

Idę i nic nie widzę, jak tylko coś czarnego i złotego i kwiaty. Bukiety Renaty są tu, związane wstążką niebieską obok moich.

Idziemy... idziemy. Czuję bliskość wody. Idziemy po bruku. Za mną szybko podąża trumna druga.

Przed pomostem stoi czarna, srebrem wyłożona szalupa ze sterem pokrytym suknem czarnem.

Jestem na samej krawędzi. Trumna chwieje się, umyka mi. Nie dotykam jej więcej; zamykam oczy.

Majtkowie składają ją do łodzi, wstawiają tak, że stopy zmarłego skierowane są ku przodowi. Drugą trumnę składają obok.

Potem idą wieńce, wieńce, wńeńce, jeden za drugim. Wydaje się to snem, widowiskiem, jakąś figurą z tańca.

Pod niebem szarem żółte kolory jaskrawo się odcinają, czerwień płonie. A wciąż przychodzą wieńce, noszone przez majtków, wieńce bez liku.

Przechodzą przedemną, kładzie się je do łodzi, wypełniają łódź z trumnami i jeszcze dwie łodzie.

Wydaje się to, jak uroczystość czerwcowa, kiedy łodzie przybywają z wysp, kwiatów i owoców pełne.

I jeszcze przychodzą wieńce, jeszcze. Zatacza to, jakby ruch kolisty, jak figura taneczna, jak obrzęd święty: jest w tem coś starożytnego, pogańskiego. Zdumienie tłumi ból.

Łodzie są przepełnione. Motory jęczą. Pochód na morzu porusza się, przechodzi pod mostem drewnianym, na którym tłum ludzi ciśnie się, oglądając i płacząc.

Ten lud zgięty, milczący na moście czyni z siebie girlandę współczucia.

Łódź z dwiema trumnami holują. Z lewej strony płynie obok niej łódź z kwiatami, z prawej gondola czarna z kajutą, w której widać księdza i ministranta.

Powoli przesuwa się pochód po lagunie bezbarwnej i tnie je w blade bruzdy, bruzdy śmierci wzdłuż kanału znaczonego palami.

Woda stoi nisko, szybują w niej małe łódki.

Oto mury czerwone, które otaczają, wyspę umarłych.

Odwracam się i oglądam tam w dole Casino degli Spiriti, ogrody Tomasa Contarini, miejsca naszych zabaw (letnie wieczory, wieczory księżycowe, gondole pełne kobiet, co nie były nasze; melancholia, lekceważenie.)

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Jesteśmy nad brzegiem, pod murem z kruszących się cegieł, przesłonionych cyprysami.

Przybijamy.

I snem się to wydaje z za morza, z za światła.

Czuję znów pod sobą kamienie brukowe. Znowu idę za trumną, znowu jej dotykam, biorę ją na ręce.

Wchodzimy do ogrodzenia, pod portykiem. Idziemy ku drzwiom, do kostnicy, z której w poniedziałek dopiero przeniosą obu zmarłych do grobu.

Nie odsuwam się od całuna. Wchodzę do izby zimnej, białej.

Trumnę złożono na dwóch podstawkach. Przykryta jeszcze całunem i mojemi kwiatami.

Podczas gdy siły wszystkie zbieram i raz jeszcze żegnam przyjaciela (ciało jego trzęsą ciągłe poruszenia i ponawiane próby ustawienia stałego trumny), rozpoczynają wnosić wieńce.

Niektóre są niezmiernej wielkości. Kładą je obok ścian, jeden na drugim. Jest ich sto, więcej niż sto.

Zapach nieznośny. Kwiaty żywe, kwiaty zwiędłe. Pełna ich cała izba. Aby miejsce zrobić, musi się wieńce ścisnąć przydusić, podeptać. Czuję, że tracę przytomność. Wynoszą mnie na powietrze.

Zdaje mi się, że kwiatów już nie będę mógł kochać. Zatruła mię ta woń grobowa.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Mam głowę zupełnie odurzoną. Majaczę. Zapomniałem, jak pochód przystanął w dziedzińcu szpitalnym.

Przy wyjściu z kaplicy kierownik obrzędu, komendant Valli zatrzymać kazał mary w środku podwórza.

Widzę czworobok ludzi. Towarzysze ustawiają się dokoła. Widzę admirałów, generałów, oficerów, z odkrytemi głowami. Brat zmarłego stoi koło mnie. Wielka cisza. Na co czekają?

Oglądam się i widzę, że oczy wszystkich, skierowane są na mnie. Co tu się stać ma?

Komendant Vali przystępuje do mnie i pyta, czy chcę przemawiać.

Zbladłem zapewnie jeszcze więcej, gdyż uprzedzając mnie mówi; "Nie, nie, jeśli pan nie może, jeśli nie czuje się w mocy..."

A dokoła przerażająca jest cisza. Szarawe niebo opada na moją głowę ciężarem hełmu żelaznego.

A cisza wydaje się wiecznością. Słowa wyrywać muszę ze serca ściśnionego. Brat na mnie patrzy. Wszyscy we mnie wpatrzeni. Jest w tem jakieś tłumiące mnie oczekiwanie, rosnące od chwili do chwili.

Podchodzę jednym krokiem i zwracam się ku marom.

Drugiej trumny nie widzę, zapomniałem o drugim zmarłym.

Mówię głosem, który mną wstrząsa do ostatniego nerwu, a którego prawie nie poznaję.

I spostrzegam łzy ciekące po jednej z twarzy. A wtedy głos mój załamuje się.

  

* * *

  

Kiedy kostnicą napełniono i natłoczono kwiatami, strażnicy zamykają ją. Słyszą za sobą chrzęst zamku.

Idziemy do brzegu, gdzie są szalupy. Ktoś zbliża się do mnie i wręcza mi bilet, który jakiś wioślarz odebrał dla mnie z Kasyna degli Spiriti.

Rosalinda tu bawi, przyjechała niespodzianie dziś rano. Udała się do kasyna, aby być obecną przy przeprawie szalupy żałobnej. Pragnie mnie widzieć, rozmówić się ze mną. Prosi mnie, abym do niej przyszedł.

Nie mogę. Nie mam już sił. Będę na nią czekał w Czerwonym domu, jeśli zdąży przyjść do mnie przed swoim odjazdem. Musi o drugiej odjechać z powrotem. Jest już godzina południowa.

Łódź moja w drodze powrotnej płynie obok murów San Michele z czerwonych cegieł na podmurowaniach z białego kamienia.

Wspominam noc letnią, noc sierpniową. Wyjechaliśmy gondolą do Murana. Rosalinda była z nami. Laguna takiem iskrzyła się światłem, że każde uderzenie wiosła wyciągało z niej długie, jasne płomienie. I pochylaliśmy się, aby to oglądać. Podbródek kobiet oświetlony był tą jasnością.

Wzdłuż murów cmentarza przestaliśmy śmiać się i przekomarzać.

Słychać było miarowe uderzenie wioseł. A pod murami żałobnemi skrząca się jasność tworzyła pierścienie i girlandy światła.

Jakaś melodya promieni otaczała wyspą umarłych.

On ją słyszał, widział ją. Miał już tu znaczony sobie pobyt głęboki.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

To tylko pauza. Jest już własnością, cmentarza, ale jeszcze nie ziemi. Grób już wykopany, ale wypełnią go dopiero po dniu świątecznym.

Męka moja stępiała. Ogarnął mnie rodzaj ponurego, gnuśnego bezwładu.

Renata milczy, kryje się ze swoją tajemnicą, patrząc z pod rzęs gęstych oczyma utkwionemi gdzieś, oczyma o kroju oczu nieugiętych orłów rzymskich.

Dom pogrążył się w ciszy grobowej a otacza go woda martwa, jak wyspę, na której zostawiłem mego przyjaciela.

Pałac Leoni ze swoją trawą uwiędła, ze swoim wyrazem dzikiej pustki wygląda tu nad kanałem jak legendowy zamek.

Białe pawie nie krzyczą tam na schodach marmurowych, zielskiem zarosłych, ale mewy zrywają się raz wraz do lotu nad ciemno-niebieską wodą, a zniżają się w locie i unoszą, cichsze od płatków śniegu w dzień bez wiatru.

Ktoś dzwoni.

Nie mogę słyszeć dzwonka bez wzdrygnięcia się.

To Rozalinda, pogrążona w smutku, zasłonięta, z rękami wyciągniętemi do mnie. Nie spodziewałem się jej juź.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Wieczór szybko zapada.

Muszę ją odwieść do stacyi.

Wołam gondoliera.

Wchodzimy do ciemnej kabiny łodzi. Cały kanał jest ciemny. W kajucie nie widzę jej. Jest to ta sama ciemność, która tam być musi w trumnie pomiędzy wszystkiemi więdnącemi wieńcami.

Oto wieczór zapadający na wyspę zmarłych; dziedziniec kościoła tam jest pusty, studnia smętna jak grób między - grobami, drzwi kostnicy zamknięte, grób wykopany w trawie zamulonej, krzyże tuż obok siebie stojące i poszarpane jak suche gałęzie gęstwiny, dzwony odzywają się jakby z głębin wody, gwizdawki obok płynących łodzi...

Zostawiam ją prawie opryskliwie nad ciemnym brzegiem, gdzie widma się snują. Wracam do kajuty.

Przyjaciel mój leży tam w dole w ołowianej swojej trumnie, jak ja w tem więzieniu, co trąci stęchlizną i butwieniem, a kołysze się nad falą opadającą w odlewie morza.

Nagle strach mnie zdejmuje. Ktoś jest ze mną.

Nie ruszam się, oczy utkwiłem w drzwiczkach.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Podczas gdy w ciemności piszę, myśli moje urywają się i ręka zatrzymuje.

W tem skrawek papieru, który odwróciłem, unosi się i bez szelestu spada mi na palec.

Dreszcz zgrozy wstrząsa mną. Znieruchomiałem, ciało moje sztywnieje; nie ważę się skreślić ani jednego znaku więcej w ciemności.

Dziś w nocy łóżko moje chwieje się i drga, jak dwupłatowiec, rozpięty między morzem a niebem. Otwieram usta, aby napić się tchnienia ożywczego Adryatyku, ale żaden przewiew świeży nie wchodzi mi do gardła.

Usta moje nabrały z jodu posmak metalowy, gardło jakby pełne było stali. Stal żarzy się w ogniu mego oka, hartuje w błocisku mojej krwi zgęstniałej.

Wykrzykuję i nie słyszę mego krzyku. Trupio blada twarz Alfreda Barbieriego jest tu na krawędzi mego łóżka, jak na pokładzie areoplanu, ale bez maski i bez hełmu skórzanego. Ruch sternika wstrząsa mojem ścierpłem ramieniem, ale nie rozrusza mi go.

Widzę poczerniałą rękawicę Oresta Salomona, odsuwającego właśnie ciało poległego, które padło blisko steru. Luigi Báilo ster opuścił, aby stanąć i z tyłu ognia dać na przeciwnika, który podczas sterowania ukazał mu się na celu.

Ciało pada na prawą stronę. Głowa chwieje się. Hełm napełnia się krwią, jak czara okrągła. Rozpoczyna się dokoła pryskanie, podobne do iskrzenia się ognia spalającego się w podrywach wiatru.

Luigi Báilo, wraca na przód łodzi przez przejście między obu zbiornikami. Nie ma już broni w ręku. Dłonią podtrzymuje ramię złamane.

Jeden tylko pozostał sternik zdrowy, mogący kierować samolotem. Musimy go ochronić, aby odwiózł aparat i jego zawartość do ojczyzny.

Zraniony Báilo, bezbronny już i bezsilny nachyla się nad swoim towarzyszem, aby mu być tarczą.

Po przez maskę, po przez wełnę i futra widzę wspaniałe przemienienie w małej twarzy ludzkiej: Boskość w monstrancyi.

Oto jednak ranny głębszą odnosi ranę w trzeciej burzy pocisków. Przeszyta wielkoduszna tarcza. Ale w pryśnięciu krwi purpurowej wybłyska na nowo wola niezłomna.

Chwieje się, chyli wstecz, opiera o zbiornik, wypręża kolana, które się załamują. Nie chce ustąpić. Wciąż jeszcze służyć może za tarczę. A to jest koniecznością.

Oreste odwraca się od czasu do czasu, i spogląda na niego. Odejmuje rękę jedną ze steru i dotyka bratniego towarzysza giestem budząc w nim odwagę.

I znowu się odwraca i widzi go rozciągniętego jak wór krwi na kładce między okratkowaniami miedzianemi.

Pozostały przy życiu wprzód jednym był żywotem, teraz potroił się i cały jest miłością nieprzezwyciężoną.

Pierś moją rozpiera jakaś żądza wykrzyku, ale nie słyszę mego głosu.

Łóżko moje chwieje się, przewraca, spada gdzieś. Kamienista puszcza poszarpana, poryta błyskawicznie miga mi się przed oczami, które się nie zamykają. Sekundy wydają mi się wiecznością. Spadam i spadam bez końca.

Oto Kras, biały. Oto las czarny Tarnowy. Oto Isonzo, błękitniejący.

A teraz w tem spadaniu wydaje mi się, że widzę pobłysk moich białych kości. Usta moje otwarte zeschły, jakby jakaś szczelina Krasu nagiego.

Płonę. Pot sączy mi się, jak łzy, co nie odnajdują drogi powrotnej do rzęs.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Południowy czas. Ulice w Pordenone opuszczone i smutne. Między szeregiem drzew obnażonych widzę góry niebieskawe.

Pies zabłąkany rzuca się na automobil, koła się wyślizgują. Przybywam do komendy. Drzwi niedomknięte. Otwieram je pchnięciem, wchodzę do góry. Nie wiem, czemu trwoży mnie w cieniu odgłos moich kroków na drewnianej posadzce. Dom pusty. Nikt się nie zjawia. Wołam.

Jasnowłosy żołnierz pieszy zjawia się za ladą i jąka się, nie przekłnąwszy jeszcze kęsa chleba, który ma w ustach.

Nic nie przeczuwając, pytam go: "Czy pułkownik Barbieri jest na polu lotniczem?"

Wygląda, jakby mnie nie rozumiał. Usiłuje połknąć swój ciężki kęs.

"Oczekiwał mnie" - dodaję. "Gdzie jest?"

Nie odpowiada. Odwraca się i idzie do przyległego pokoju.

Cisza jest taka głęboka, że z mego miejsca słyszę, jak żuje. Wiatr uderza w szyby, że dzwonią. Widać na nich plamy po kroplach deszczu. Obliczam paski pionowe na tapetach i sęki w drzewie ławki. Jest coś w powietrzu, co skłania mój umysł do tłómaczenia sobie najmniejszych znaków. Żołnierz wraca z paką futer. Zawalane są plamami brunatnemi, obryzgane krwią zaschłą. Składa na ławce przeraźliwy ten ciężar, jak wyładowuje kupiec pakę sukna, aby je odmierzyć na łokcie.

Są to okrycia zwłok Alfreda Barbierego, który wrócił z wyprawy do Lublany.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Powietrze jest jak lodowy kryształ. Podobne jest zupełnie do tej duchowej powłoki lodowej, która obciska głowę zmarłego w pierwszej godzinie pośmiertnej.

Bieg prosty mojego auta tnie to powietrze, jak dyament szkło. A szum przeszywa mi mózg.

Zajeżdżam do Cominy. Rzeź nie zastrasza serc wojowniczych. A towarzysze moi przyjmują mnie nie bez uśmiechu. Czuję, że w godzinę południową głód więcej młodzieży dokucza, niż wszelka inna troska.

Wybieram się na jedną jeszcze drogę krzyżową. Wchodzę do małego pokoju, w którym Oreste Salomone leży na polnem łożu. Zrazu tylko widzę bandaż na jego głowie - chwilę później widzę tylko wielkoduszne jego oczy osadzone w dwóch dołach jego bladej twarzy.

Zdaje się, że i on, jak dwaj inni, stracił w zawierusze i w huku potyczki, wszystką swoją krew, choć pocisk zerwał mu z głowy tylko pas skóry i pukiel włosów, przebiwszy jego hełm twardy.

Jest jak słoniowa kość bez żył krwionośnych - jest coś świętego w jego ranie. Siły go opuściły. Siła nadludzkiego jego przykładu rozlała się na świat cały. Nie ma jej już w nim. Czyn jego wzniósł się jak wieczysta kolumna nad leżącym i cierpiącym.

Wszystko dopełniło się - wszystko dokonane. Pokój między czteroma ścianami jest jak trumna o czterech deskach.

Wielkoduszność nagrodę znajduje, nie większą od monety. Obok poduszki między lekarstwami we flaszkach, błyszczy medal nowy, w odcisku bez wdzięku wybitym.

Ręka bohatera słaba jest, jak dziecka. Ściskam ją w ręce mojej - jakby uczestniczyć chcąc w jej chwale - a z trwogą świętą, w której drży pragnienie poświęcenia się bohaterskiego, która oczyszcza mnie z wszelkiej nędzy, z wszelkich grzechów.

Zanim mówić zaczyna, pożera mnie myśl o niesprawiedliwości losu. Miejsce na przedzie areoplanu w wyprawie odwetowej na Lublanę dla mnie było przeznaczone, miejsce do kierowania i walki - obok ciemno-sinej broni.

"Czekaliśmy na ciebie aż do północy." - mówi asceta z kości słoniowej.

Wyobrażam sobie daremne oczekiwanie w źle oświetlonej kawiarni na pustym placu.

Nad tak wielkiem, losowem postanowieniem radzić musiano przy zwykłym stole kamiennym śród mętów wódek i popiołu cygar.

"Nie przychodzi" - powiedział o północy Alfredo Barbieri. "Żal mi... był on hasłem dla oddziału."

I zacytował wiersz z mojej "Elektry." Po krótkiem milczeniu, jakby wsłuchany w noc daleką, dodał: "Dobrze więc, obejmę jego miejsce."

Luigi Báilo usiłował go od tego odwieść: "Jeśli w czas nie przyjdzie, jego ciężar zastąpimy większym ładunkiem bomb."

"Potrzeba przewódzcy" - odpowiedział szlachetny. "Pójdzie z wami wasz komendant."

Ponura kawiarnia ściemniała się. Los rzucone kostki powymieniał w ciemności. Śmierć wykreśliła moje imię z listy i natychmiast wpisała imię tego drugiego.

Nie prawdą jest, że śmierć dla wszystkich jest jednaką.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Pozostały przy życiu mówi cicho; jego słowa płyną: nie ze strony łóżka, ale z głębin ofiary, z wnętrza nie wiem jakiej krypty, pełnej potężnej siły, która płynie z relikwii czczonych. Jeszcze wciąż mam rękę jego w swojej i pochylam się nad jego ciężko oddychającą piersią.

Serce rozsadza mi każde jego słowo, które żyjącemu przedstawia śmierć moją, rozczarowanemu sławę moją.

Zdaje mi się, że serce moje wyzuwa się z wszelkiej cielesności, która tętni i oddycha a wypełnia się jedynie tem wyrazić się nie dającem uczuciem, które nie jest żalem, ani wyrzutem sumienia, nie jest gniewem, ani bólem, ani wściekłością, nie jest zadziwieniem, ani ekstazą, ani wspomnieniem, ale wszystkiem tem razem - bez wyjścia.

"Opowiadaj mi, opowiadaj!" Blady bohater słabnieje coraz więcej. Pauzy stają się coraz dłuższe. Nie mam litości. Podniecam go mimo jego znużenia. "Powiedz mi!"

Nie opowiada mi o tym drugim, mówi o mnie poecie i mej poezyi, o mnie bojowniku i mej odwadze. Cieniem jestem, który powrócił z krwawej drogi po niebie. Uskrzydlonym jestem cieniem, który słucha mitu o sobie samym.

Głowa poległego, chwały pełna, dwie miała rany otwarte. Z jednej krew obryzgała towarzyszów broni, z drugiej rozpryskiwała się w rannym wietrze.

Odrazu widzę jak u chorego powieki zapadają na wielkie oczy brunatne i wklęsłe oczodoły wypełniają się łzami.

Milczenie. Kładę lica na krawędzi poduszki i trwam tak w nieruchomości, z bolem moim, silniejszym od nas obydwóch, z bolem, który ma istotę i wyraz jakiegoś jestestwa zwycięskiego.

I znowu jest nas troje, jakby na wojennym statku powietrznym.

Czy na nową wyprawę? W którą inną stronę nieba?

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Powietrze znów ścina się w kryształ lodowy, który wrzyna się ostrzem dyamentu w szybkość mojej nowo podjętej jazdy. Wydaję się sam sobie na pół tylko żywym. Pół duszy mi uszło, druga połowa jest w drodze, zajęta cielesnością tego padołu i ogląda mechanizm swojej tragedyi.

Myślę o przyrządach Męki Pańskiej, opartych o drzewo, które już nie dźwiga ciała umęczonego. Myślę o wielkich krzyżach, wzniesionych na rozstajach dróg, o krzyżach bez ukrzyżowanego, na których wierzchu czuwa kogut, co po raz trzeci nie zapiał.

Na wielki krzyż ofiarny składały się czworakie drzewa: cedr, cyprys, palma i drzewo oliwne. Czy w naszym zachodzie nie moglibyśmy zastąpić palmy i cedru osiną i topolą bohaterskiej łodzi powietrznej?

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Pole lotnicze w Gonárs ponure jest, jakby wyrównana droga krzyżowa. Aeroplan "Aquila romana" leży tu na uboczu daleko od szeregu lekkich statków powietrznych, na dwa łokcie od małego kanału, którego cudem uniknął przy swoim zlocie.

Dwa jego skrzydła skrzyżowane między przodem a sterem układają się na krwawy krzyż.

Leży na równinie a góruje w niej. Wydaje się zwartą budową z drzewa, płócien i kruszcu a jest tworem duchowym. Wydaje się bezduszny a wypełnia go całego dusza, jak żaglowiec wypełnia wiatr pomyślny. Wydaje się niemy, ale milczenie między jednem a drugiem sklepieniem, między motorem a motorem, między wrzecionem a wrzecionem, w pośrodku drutów stalowych, w spodzie pełnym wiązadeł i wzdłuż pokładu polerowanego, milczenie to do przysłuchującego mu się przemawia, niezapomnianym wyrazem. To testament krwi.

Nie ma tu części, na którąby nie bryzła. Krew już zastygła a jednak ścieka mi na głowę, kiedy się schylam do kół statku, nie śmiąc uklęknąć wobec nieznanych mi widzów. Krople tysiącami ogrzewają się, odżywają, czerwienią napowrót, jak brunatna relikwia nagle świecić zaczyna, kiedy rozcieńczą ją w ampułce.

Wstępuję do góry po przez żebra przodu, trzymając się nagiemi rękami. Kroczę jakby po własnych swoich dreszczach, a krople krwi odciskają się na, moich dłoniach.

Przeżywam moją śmierć - jeszcze raz odbywam próbę śmierci. Oto jestem na mojem miejscu naprzeciw ciemno-sinej mitraljezy, plecami zwrócony do dwóch skrzydeł.

Czuję bicie serca w gardle, tętni mi w podniebieniu, zęby mi dzwonią. Rzeczywistość rozdziera mi sen - mój sen rozcina rzeczywistość.

Słyszę łoskot lekkich samolotów, które unoszą się z pola, aby działom wskazać kierunek wystrzałów i ulatują nad stacyą sygnałową.

Po za lufą broni przeciwnika, który pierwszą przesyła mi kulę, dostrzegam białka oczu groźnych.

Na żółtawem polu widzę szereg ustawionych bomb szarych z błyszczącemi sterami.

Przenika mnie drganie powietrza, drżącego falami wieści odesłanych z dalekiej walki nad Krasem.

Widzę lisie giesty krążącego wroga, który wzywa do zlotu i poddania się.

Podrywa mnie, jakby mnie ktoś dotknął i odwracam się. Na prawo od steru, który Luigi Báilo opuścił, wzdłuż krawędzi spodniej statku nad linią celownika widzę miejsce, na którem szyja moja się opiera - zupełnie oznaczone miejsce, jak skazańcowi klęczącemu wskazywał je przed blokiem kat z toporem stojący.

Jakaż to ręka przemożna trąca mnie i ugina?

Głowa moja opada, wysuwa się, chwieje. Ciało moje lodowacieje.

Pionowy, ciemny sznurek krwi cieknie jakby z mego obwiązanego oka.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Twarze, twarze i twarze; namiętne wyrazy twarzy tych wszystkich przewijają się przed zranionem okiem mojem, jak gorący, z ręki sypiący się piasek. Żadna z tych twarzy nie przystanęła. Ale poznaję je.

Czy to nie tłum rzymski na kapitelu w ów wieczór, w maju? Olbrzymi, skłębiony, wyjący?

Czuję, jak bladość moja zapłonęła białym płomieniem. Cała moja istota przemieniona. Jestem niby demonem rozruchu, jakby geniuszem wolnego narodu.

Moja stałość lat trzydziestu, miłość i ukochanie moje pięknych Włoch, odwaga mojej samotności, śpiew mój w samotni, wzgarda dla zapoznawających i lżących mnie, cierpliwość mego wyczekiwania, niepokój mego wygnania; wszystko to zestrzeliło się w jedno ognisko siły zapalnej. Cała przeszłość spływa ku całej przyszłości. Żyję wreszcie wedle mego Credo duszą i ciałem. Nie ja sam w sobie, ale cały mój ród odzywa się we mnie szałem.

Twarze, twarze, twarze w żarze ciała stworzone, w ogniu krwi wytłoczone.

Zbiegowisko ma dech pieca hutniczego, ma wybuchy gwałtowne żarłocznego wulkanu, ma łoskot pryskającego pożaru lasów.

Pociągam i pociągają mnie. Wstępuję, aby wieńczyć i wstępuję, aby mnie uwieńczano.

Wiośniany śpiew bohaterski porywa mnie i unosi, jakby te wszystkie kamienie, świadki starożytnych tryumfów w proch się rozpadły od zalewu świeżej krwi purpurowej.

Jaskółki latają dokoła zielonego konia Marka Aureliusza, który przy każdym ich okrzyku jakby zrzucić chciał imperatora i dęba stanąć przeciw nowemu fatum.

Szał zamącony tłumu znajduje we mnie swój jasny wyraz.

Mówię. Każde słowo moje dźwięczy mi pod czaszką, jakby odbite od wklęsłego metalu. Każde tchnienie rozpiera mi pierś. Cierpię, a podnosi mnie uczucie, że do cierpień miesza się rozradowanie moje.

Jest to jakby ból tworzenia, jakby kurcz porodu. Tłum wzburzony wyje. Tłum wyje i skręca się, aby rodzić swój los.

Zakrytym balkonem tysiączne a tysiączne widzę oblicza a jedno we wszystkich oblicze: pełne namiętności i oczekiwania, pełne woli i buntu, oblicze, co pali mnie na skróś serca, jak rana zaszczytna.

Jak improwizacya pieśni bohaterskiej słowa moje w szerokich płyną odstępach, które okrzyk słuchaczów podchwytuje i unosi.

Przegłuszony nagle krzykiem jednym, głośniejszym od wszystkich, tracę wątek mych słów. Zdaje się, że rozkazujący ten krzyk żąda czegoś innego, niż słowa.

Nieznana jakaś ręka kładzie przedemną na balkon ołowiany wielką szablę, krzywą jak damascenka.

Biorę ją i wyciągam z pochwy. Tego giestu domagał się ów krzyk. I zdawało się, że błysk piorunu przeleciał nad całym tłumem.

To szabla Nina Bixia, cięta broń bohatera z wyrytemi na lśniącym brzeszczocie miejscowościami bitew zwycięskich.

Przykładam usta do szabli dobytej. Nie czuję jej zimna, gdyż wargi moje są bezkrewne. Cala krew zlała mi się płomieniem do serca.

Cisza, która nastała, tłumu jest jak wichr, który mnie porywa i mną kręci, jak wir wodny, który pochłania i niszczy moje życie.

Odrzucam to życie, upajam duszę moją. Ostatnie moje słowa są jak uderzenia odlewacza dzwonów, śmiało bijące o otwór, aby metal roztopiony zlał się do formy.

Tłum jest jak wylew roztopionego do białości rozżarzonego kruszczu. Wszystkie usta formy otwarte są. Odlewa się gigantyczny posąg.

Odwracam się. Schodzę. Chwieję się od lekkiego zawrotu głowy. Usycham z pragnienia. Proszę o trochę wody. Kobiety z ludu podchodzą, otaczają mnie, pełne współczucia, podczas gdy czekam. Rubaszna ręka podaje mi szklankę świeżej wody. Gaszę pragnienie, oczyszczam się. Piję i wylewam trochę wody: moją libacyę ofiarną.

Schodzę. Nie wiem, kto mnie niesie. Wszystko jest ogniem i krzykiem, twórczością i upojeniem, groźbą i zwycięstwem pod niebem, w którem unoszą się wyziewy bitew, które strzałą przelatują ćwierkające jaskółki.

Cierpimy, żeśmy bezbronni. Cierpimy, bo nie możemy walczyć, bo nie możemy zmienić się jednym zamachem na legiony, szybkie, któreby przekroczyły niesłuszną granicę.

Młodzieńcy rozczochrani, z obłędnym wzrokiem, ociekający potem, jak po bitwie, rzucają się pod mój wóz, jakby ran szukali.

Robotnicy, ponurzy z utrudzenia pracą, zgięci od przysłuchiwania mi się, skurczeni od wytężenia, pracownicy wszelkich rękodzieł, którzy wszyscy wydawań mi się, jakby dzierząc młot, wykuwali rozżarzone żelazo na kowadle, oto teraz wyciągali do mnie silne swe ręce, aby upewnić mnie o swej tęsknocie i o swojej obudzonej miłości.

Kobiety z ludu o kształtach posągowych, jak matka dwóch trybunów jednym giestem rzucają mi kwiat i poświęcają syna na wojnę.

Rąbek chorągwi musnął mnie. To czerwona chorągiew Tryestyńska. Mam ją wciąż na głowie. Czasem powiewa, opada, okrywa mnie. We fałdy jej składam cały mój smutek.

W czerwonym cienia tych fałdów słyszę pierwsze uderzenie dzwonów kapitolu. Serce omal mi nie pęka. Powstaję w wozie. Wóz zatrzymuje się. Tłum zamilkł.

Jest on już tylko jednym łańcuchem wirów, tym samym wstrząsanych dreszczem.

Dzwon bije na alarm. Śpiżowy dźwięk przenika nas wszystkich aż do kości. A potem zagłusza go potężny okrzyk ludu; Wojna! Wojna!

Czy to dźwięk z głębi zamarłych stuleci? Czy to dźwięk wieków przyszłości? Dzwon ludu wieści wojnę. To już nie dzwon śpiżowy, to dzwon pożarny z wyżyn łacińskiego nieba; ojczyzna słyszy i powstaje.

Wojna! Wojna! Błask zorzy wieczornej ginie w przyćmiewającem go świetle dziesiątek tysięcy rozpromienionych oczu, w chorągwiach rozwianych, w groźbach i we wspaniałej wyniosłości wolnego narodu, który drogę odnalazł do swojego prawdziwego Boga.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Twarze, twarze, twarze! Wszystkie roznamiętnienia wszystkich tych twarzy przewijają się pod mojem okiem zranionem, nieprzeliczone, jak ziarnka gorącego piasku, który przesypuje się z ręki zaciśniętej.

  

..........................................................................................

..........................................................................................

  

Gdybym też chwilę zdobył spoczynku, jak w nocy po owem wzburzeniu!

I wtedy na skroś byłem przepalony, jak dziś. Byłem jak kowal, co przez cały dzień trudził się w swoim warsztacie, bezustannie przy ogniu pracując; okryty sadzą, opalony ogniem wychodzi wieczorem, aby pokrzepić się w szynku.

Szukałem swej istoty a odnalazłem smutek. Szukałem swego milczenia a odnalazłem tylko nastrój.

Owej nocy zwycięskiej poszedłem na wzgórze Aventyńskie, na wzgórze wolności a szedłem sam, jak osamotniony kochanek. Czar swój rzuciła na mnie gorąca miłość Rzymu, zmysłowa miłość do mojego Rzymu, miłość do tej podobna, która pochłonęła siły moich lat młodych. Odczułem był oddech ludu, teraz: zawładnęło mną pragnienie odczucia tajemnego tchnienia Rzymu - teraz po tylu latach rozłąki, po tylu latach tęsknoty i żalu.

Idąc w górę po ulicy Santa Sabina, przystawałem czasami. Przygniatał mnie ciężar mego życia. Ciemność była jak welon, osłaniający powaby piękności. Przenikały do mnie, ale bałem się ich dotknąć. Z każdym krokiem rosło moje uszczęśliwienie, pełne udręki. Na duszy mojej ciążyło pięć lat, spędzonych w obcym kraju i ściskało mi serce, ale teraz w żalu tym radosne poczucie tego, com posiadł na nowo, rosła w nieskończoność.

Osamotniona ulica była moją własnością. Panem byłem wzgórza przedemną. Nie ku niebu wznosiłem oczy, bo rozpraszać nie chciałem mojej miłości tego, co tu w dole rozległo. Z nocy tej ująć chciałem tylko ten jej strzęp, który ciemnem był okryciem Rzymu, bezgwiezdną jego szatą.

Ale kiedy wszedłem na mały plac, leżący przed Priorato di Malta, nagle gwiazda milcząca zaiskrzyła się przedemną, błysnęła pod wzniesione powieki.

Serce zabiło mi z zachwytu. Wzdłuż murów duszna była atmosfera, rozdzierana chwilami pobłyskiem światła tajemniczego.

Biło mi serce, jak w latach chłopięcych, kiedy widok dziewicy poraz pierwszy odsłonił mi jeden z czarów utajonych ziemi.

W bramie zamykającej ogród Cavalieri w drzwiach okratkowanych, na których tyle ócz zawisło, aby podziwiać lotną, między palmami unoszącą się kopułę, zaświeciło mi spojrzenie jakieś z pod rzęs jakichś ukochanych, odprzytomnionych oto słodko w pamięci mojej. A blask gwiazdy wzdłuż tej bramy ożywił na chwilę to spojrzenie, które z niewinnego padając ogrodu i zwierciedląc się w rodzącej się mojej miłości, przed laty spoczęło na mnie.

Serce biło mi uczuciem rozpaczliwej młodości. Byłem sam, objęty ciszą i cieniem, między murami..........................................