Notatnik Teatralny Nr 98-99/2025 - Praca zbiorowa

Kup ebooka

36.00 zł

-
Proszę czekać

NR 98-99/2025

REDAKTOR NACZELNY: KRZYSZTOF MIESZKOWSKI

ZASTĘPCZYNI REDAKTORA NACZELNEGO:

MARZENA SADOCHA

SEKRETARZ REDAKCJI | SOCIAL MEDIA | SERWIS WWW:

PAWEŁ ZARĘBA

REDAKTOR | KOREKTOR:

JAROSŁAW MINAŁTO

WSPÓŁPRACA REDAKCYJNA | SERWIS WWW:

AGNIESZKA ŚRUTWA

PROJEKT GRAFICZNY I SKŁAD:

JOANNA MILLER, ZOFIA JAROS

COPYRIGHT ? BY AUTORZY I TŁUMACZE, 2025

COPYRIGHT ? BY WROCŁAWSKI DOM LITERATURY I WROCŁAWSKIE WYDAWNICTWO WARSTWY, 2025

WYDAWCA:

WROCŁAWSKI DOM LITERATURY

WROCŁAWSKIE WYDAWNICTWO WARSTWY

PRZEJŚCIE GARNCARSKIE 2, 50-107 WROCŁAW

WWW.WYDAWNICTWOWARSTWY.PL

WWW.LITERATURA.WROCLAW.PL

KONTAKT Z REDAKCJĄ:REDAKCJA@NOTATNIKTEATRALNY.PL

WWW.NOTATNIKTEATRALNY.PL

ISSN 0867-2598 (WYDANIE PAPIEROWE)

ISSN 2956-4913 (EBOOK)

ISSN 2956-4921 (SERWIS INTERNETOWY)

DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW

MINISTRA KULTURY I DZIEDZICTWA NARODOWEGO

POCHODZĄCYCH Z FUNDUSZU PROMOCJI KULTURY

WROCŁAW 2025

MARZENA SADOCHAZMIANYNOTATKI Z PRACY NAD NUMEREM

1. Czy jesteśmy właśnie w czasie zwrotu wizualnego w teatrze?

2. O czym świadczy tęsknota za wielkimi obrazami malarskimi na scenie? I jaki ma związek z katedrami gotyckimi?

3. Jeśli to zmierzch wielkich scenografii, to czy jednocześnie żegnamy się z wielkimi ideami? Z jakąś całością, globalnością, objęciem? Wiadomo, że tak, ale można też pomyśleć, bo dlaczego nie, że to potrzeba, która zostanie przechowana.

4. Czy kryzys ekonomiczny jest szansą na zmianę? To świadczyłoby o tym, że bez niego nie było rozwoju albo był w nieodpowiednim kierunku. Być może każdy kryzys ma w sobie potencjał zmiany, ale ma też przestrzeń nieodwracalnej straty.

5. Co wspólnego mają teatr i topniejące lodowce? Całe to wieczorne zamieszanie z paleniem światła po nocach, produkcją ścian i podłóg, na których nikt nie zamieszka, zaczyna mieć granice.

6. Czy po okresie materialności zaczyna się błądzenie/gubienie w niedotykalnym? Jaki to ma związek z rzeczywistością cyfrową?

7. Czy obrazy cyfrowe są bliższe duchowi/światom wewnętrznym/drganiom rzeczy?

8. O czym świadczy to, że ciągle nie nauczyliśmy się opisywać prac scenograficznych? I czy odpowiedź o braku edukacji wizualnej nie jest za prosta. Myślę o różnicy w doświadczaniu przez tekst i doświadczaniu przez obraz. Być może wybór już się dokonał.

9. Ta słynna anegdota z Pliniusza o współzawodnictwie dwóch malarzy: pierwszy namalował kiść winogron tak, że siadały na niej ptaki, ale kiedy poprosił drugiego, żeby ściągnął zasłonę i pokazał swoją pracę, zdał sobie sprawę, że przegrał. Bo to zasłona była obrazem. Jeden oszukał ptaki, drugi malarza. Fantazjuję, że to etap, w którym teatr ma szansę oszukać wszystkich, łącznie z autorem.

10. ChatGPT na pytanie o scenografię przyszłości odpowiada: "To będzie żywy organizm". Przez chwilę dziwne poczucie zagrożenia, bo przecież "żywy" to nie tylko reaktywny, ale też inicjujący.

11. Światło dzienne - żywe światło - elektryczność - powidoki cyfrowe. Droga od dyktatu czasu, przez uniezależnienie, do manipulacji nim i gry planami. Dzisiaj otwiera się jeszcze coś nowego.

MARZENA SADOCHA

WITOLD MROŻEKMARZENIA I BUDŻETY

"Władzom wydawało się, że na scenach publicznych instytucji można robić "teatr sznurka i patyka", czyli na pustej scenie postawić dwóch aktorów i niech opowiadają coś o swoim życiu" - mówiła Maja Kleczewska w wywiadzie dla "Zwierciadła" jeszcze w 2021 roku. Gdy niespełna cztery lata później wygrała konkurs na dyrekcję Teatru Powszechnego w Warszawie, kolejny raz odżyła dyskusja o "teatrze patyka i sznurka" i o pragnieniu powrotu do teatru dużej skali.

Kleczewska nie powiedziała tego pierwsza. Marzenie o powrocie do teatru w skali makro co jakiś czas powraca, gdzieś na styku rozmów o minimalizmie, konceptualizmie, ekonomii i poszukiwaniu w publicznych instytucjach biznesowego sukcesu. "Teatr oparty na stałym zespole aktorskim, dużej inscenizacji, dobrej literaturze, grający spektakle systematycznie" - projektował Maciej Nowak dekadę temu "nowy teatr publiczny" na łamach "Dialogu" (2016, nr 6). Nowak, który po latach przerwy wrócił właśnie do dyrektorowania teatrowi - tym razem Polskiemu w Poznaniu - jako cel stawiał sobie "przywrócenie teatrowi, jako instytucji usług publicznych, należnej godności".

W styczniu 2020 roku, parę tygodni przed pandemicznym lockdownem, Paweł Soszyński postulował z kolei w "Dwutygodniku.com", by otworzyć na nowo sceniczne kominy. Odnosząc się do spektakli Jakuba Skrzywanka i Tomasza Węgorzewskiego, widział, że ci młodzi reżyserzy tworzą "Przedstawienia zrywające z "postteatrem", wracające do teatru operującego większymi formalnymi rozwiązaniami, głodne scenografii z prawdziwego zdarzenia, więcej - scenografii, która ma kilka odsłon, jest dynamiczna, zjeżdża i wjeżdża, rozwija się na oczach widza albo ma wiele elementów, ustawień świateł, kostiumów. Może więc lata dwudzieste w polskim teatrze uczyć się będą ponownie od Lupy i Warlikowskiego?".

Patrząc na praktykę reżyserów i reżyserek urodzonych pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, a sięgających po Sarah Kane, Larsa von Triera czy robiących formalnie dość zachowawcze, a jednocześnie w założeniu transgresyjne spektakle według chociażby Jeana Geneta - Soszyński mógł mieć celne przeczucie; widma Krzysztofa Warlikowskiego i Krystiana Lupy majaczą cały czas na horyzoncie osób artystycznych, które mogłyby być ich wnukami. A przecież tęsknota za wielkimi autorskimi wizjami to nie wszystko. Dodajmy do tego jeszcze modę na musicale - i tym bardziej zobaczymy, że nostalgia za teatralnymi superprodukcjami narasta.

- NIEDOFINANSOWANA NADPRODUKCJA

Czy jednak baza nadąża za nadbudową? Czy pragnący wrócić do egzystencjalnych dramatów teatr stanie na tle dekoracji równie bujnej, co artystyczne ego? Jak wygląda scenograficzna rzeczywistość po prawie dekadzie od manifestu Nowaka, po pandemii i kolejnych falach inflacji? Spróbowałem zapytać o to scenografów z trzech różnych pokoleń.

- Budżety są coraz mniejsze, zwłaszcza względem rosnących kosztów. Wszelkie materiały podrożały nieprawdopodobnie, podrożała też robocizna - mówi scenografka Barbara Hanicka. W teatrze od lat osiemdziesiątych, pracowała między innymi z Jerzym Jarockim i Zygmuntem Hübnerem, później z Pawłem Miśkiewiczem, Barbarą Wysocką czy Klaudią Hartung-Wójciak.

Łukasz Mleczak widzi to dość jasno. - Bezsprzecznie budżety są teraz mniejsze - mówi scenograf, który pracuje między innymi z Katarzyną Minkowską i Radkiem Stępniem. - Większość instytucji kultury w kraju zaciska pasa - tłumaczy Mleczak. - Najprostszym rozwiązaniem jest zmniejszenie budżetów produkcyjnych lub dziury w repertuarze. Z kolei, co zauważyłem przy okazji obecnej pracy w Narodowym Starym Teatrze, w przypadku teatrów państwowych budżety może i się nie kurczą, są takie same, natomiast ze względu na inflację możliwości są mniejsze. Ceny materiałów poszybowały w górę. Za te same pieniądze co kilka lat temu jesteśmy po prostu w stanie zrobić znacznie mniej.

Zapytana o pieniądze na scenografię, Anna Maria Karczmarska (w zawodzie od 2005 roku, pracowała między innymi z Michałem Borczuchem, Radkiem Rychcikiem czy duetem Jędrzej Piaskowski-Hubert Sulima) odpowiada: - Budżety w ogóle nie zmieniły się przez ostatnią dekadę pomimo inflacji. Dzisiaj 30 tysięcy złotych na małą scenę to jest zupełnie inna kwota niż było to 30 tysięcy złotych dziesięć lat temu.

Choć pieniędzy jest mniej, liczba spektakli... rośnie. - Jednocześnie w teatrach pojawia się coraz więcej małych, niskobudżetowych produkcji w stosunku do dużych spektakli na dużych scenach. Widzę, że teatry dążą do tego, żeby tych produkcji było dużo; jak najwięcej małych, niskobudżetowych przedstawień - mówi Karczmarska.

- GDZIE SĄ KRAWCOWE?

Mała czy duża scenografia - scenograf(ka) nie wykonuje jej sam(a). Choć sytuacja zdaje powoli się do tego zmierzać, w miarę jak znikają wieloletni współpracownicy.

- Jeszcze bardziej zmniejszają realną wartość budżetu zwolnienia w pracowniach - mówi Karczmarska. - Coraz mniej jest wytwórców, czyli ślusarzy, stolarzy czy krawcowych. Co roku jest coraz mniej pracowni, a w tych pracowniach, które wciąż istnieją - zmniejsza się liczbę zatrudnionych ludzi, w związku z tym trzeba zamawiać pracę na zewnątrz, co jest dużo droższe. Skutki? Jeśli dysponuję budżetem 30 tysięcy na małej scenie, to tak, jakbym miała 15 tysięcy, bo drugie tyle trzeba będzie zapłacić wytwórcom zewnętrznym - tłumaczy Karczmarska.

- Mniej więcej 2/3 kosztu scenografii to robocizna. Jeśli teatr ma swoje pracownie, to ten koszt nie wlicza się do budżetu. Jeśli pracowni nie ma, pojawia się problem. I to nie tylko finansowy. Przychodzi zamówiony gotowiec. Nie da się nic przerobić, zmienić, dorobić. To jest słabe - dodaje Hanicka.

Gdzie szukać pracowni? Karczmarska zauważa: - Paradoksalnie myślę, że lepsza sytuacja jest na prowincji, w mniejszych ośrodkach, w których ciągle jeszcze te pracownie są. Natomiast lawinowo liczba pracowni i wytwórców zatrudnionych na etat zmienia się w Warszawie. To jest po prostu straszne i postępuje z roku na rok. Gdy dotychczasowi fachowcy przechodzą na emeryturę, redukuje się stanowiska. Byłby też problem z tym, by je dziś znów obsadzić. Polikwidowano szkoły zawodowe, brakuje chociażby krawcowych.

Mleczak stawia sprawę prosto: - Osobiście uważam, że pracownia krawiecka i stolarska powinny być jakimś odgórnie wymaganym minimum. Brak tych pracowni potwornie opóźnia pracę, podnosi koszty produkcji i utrudnia wprowadzanie poprawek czy zmian w projektach. Zresztą w wielu teatrach "pracownie" to jeden człowiek, pełniący funkcję ślusarza, stolarza i malarza. Te osoby zmuszone są do regularnego brania nadgodzin, bo muszą w miesiąc samodzielnie wykonać po trzydzieści kilkumetrowych modułów do scenografii.?

Mleczak pracuje obecnie ze Stępniem w Kijowie. - W Ukrainie praca jest poniekąd spełnieniem marzeń. Czymś, z czym się w Polsce jeszcze nie spotkałem. Ale mówię z perspektywy pracy w jednym teatrze, i to narodowym; nie wiem, jak sytuacja ma się w mniejszych instytucjach. Kijowski Teatr im. Łesi Ukrainki ma wszystkie możliwe pracownie. Jest nawet etatowy szewc.

Czyli jak w Polsce przed 1989 rokiem? - Owszem, będąc tam, można pomyśleć, że jest to "stary teatr", ale w dobrym znaczeniu - opowiada Mleczak. - Mimo wojny na wszystkich trzech scenach grają codziennie. Widownia zawsze jest wypełniona po brzegi. Spora ekipa techniczna jest podzielona na kilka grup. Po zakończeniu spektaklu jedna grupa demontuje dekorację, żeby rano kolejna mogła zamontować inną. Z tego powodu łatwość i szybkość montażu uwzględnia się też przy opracowywaniu konstrukcji scenografii - mówi.

- "TAŃSZE" TO NIE ZAWSZE "GORSZE"

Wróćmy jednak do Polski. Czy budżet na scenografię może podlegać dziś w teatrze negocjacjom? - Coraz częściej jest tak, że łącznie podawany jest budżet na całą produkcję, czyli honoraria realizatorów, za role gościnne, na scenografię i inne koszty. Skutek jest taki, że realizatorzy walczą później o swoje w ramach tej łącznej kwoty - mówi Hanicka.

Z kolei Karczmarska niespecjalnie widzi możliwość finansowych przesunięć w dzisiejszej teatralnej rzeczywistości: - Czasami można trochę próbować negocjować, natomiast zazwyczaj budżety są przypisywane konkretnym produkcjom i scenom.

Ale i to ma swoje zalety. - Myślę, że tak naprawdę to dobrze, jeśli te budżety są w miarę stałe. Czuję się w jakimś sensie bezpiecznie, jeśli wiem, że na tę scenę jest taki, a nie inny budżet - mówi.

Sposobem na oszczędności jest korzystanie z tego, co już grało kiedyś na scenie i co zaległo w przepastnych magazynach teatralnych. Oczywiście, jeśli nie zostało zutylizowane - magazyny też mają granice pojemności. Hanicka mówi o nich "skarbczyk scenografa" i do teatralnego recyklingu nie jest uprzedzona. - Jeśli to ma sens, to to lubię. Pracowałam całe lata z Jerzym Grzegorzewskim, więc mam przećwiczone takie migracje, natomiast mniej lubię, jak nie mam wyjścia i to jest jedyny ratunek - mówi.

Karczmarska deklaruje: - Staram się dostosować. Mam takie poczucie, że w prawie każdym budżecie można zrealizować efektowną i dobrze pracującą scenografię. To zależy głównie od tego, jak się do tego zadania podejdzie i czy wszyscy są realistami w tej sytuacji. Przede wszystkim reżyser musi to zaakceptować i wiedzieć, że stawiamy na przykład na recykling, na używanie tańszych materiałów. "Tańszych" w tym wypadku nie musi oznaczać "gorszych". Ja jestem jak najbardziej za recyklingiem i myślę też, że teatry kupują często za dużo materiałów. Bardzo dużo w teatrze się marnuje. Jestem za tym, żeby myśleć coraz bardziej ekologicznie o produkcjach teatralnych.

- NIE MA SIĘ O CO OPRZEĆ

Czy do scenografii teatralnych wróci zatem wielka skala? - Teatry tęsknią za dużymi produkcjami, ale nie mają możliwości ich produkowania - mówi Mleczak. - Dla części instytucji duża obsada już stanowi problem eksploatacyjny. Wraz z zespołami, z którymi pracuję, uczymy się przystosowywać do obecnych warunków. Szukamy sposobów na mieszczenie się w budżetach, bez rezygnacji z własnych koncepcji. Sam już stawiałem kilka sporych dekoracji, które działają w obrazie, ale aktorzy nie mogą się nawet o nie oprzeć. Takie realizacje mnie osobiście bolą, bo scenografia staje się wtedy jedynie tłem. Zresztą nie pamiętam, kiedy ostatni raz pracowałem przy spektaklu, gdzie zmieszczenie się w budżecie nie stanowiłoby problemu - dodaje scenograf.

- Czy popieram "teatr sznurka i patyka"? Tak - ochoczo przyznaje Karczmarska. - Uważam, że nie ma co przesadzać z tymi rozbuchanymi scenografiami za miliony. Zdecydowanie wolałabym, żeby teatry nie oszczędzały na wynagrodzeniach dla twórców niż żeby pompowały budżety na scenografię i kostiumy. Płacenie za pracę jest dużo ważniejsze, a piękną scenografię można wybudować zarówno za trzydzieści, jak i za sto tysięcy.

Kryzys jest rzeczywistością cyklicznie powracającą, niedofinansowanie instytucji publicznych - diagnozą powtarzaną stale. Recepty mogą być jednak różne. Mniej większych premier czy więcej mniejszych? Potrzebujemy takiego zarządzania teatrem, które zobaczy więcej opcji niż tylko ta prosta alternatywa.

WITOLD MROZEK

DARIUSZ KOSIŃSKIBOGACTWO I UBÓSTWO POLSKIEJ SCENOGRAFII OSTATNICH LAT

Trzy lata temu, na zakończenie projektu badawczego realizowanego w Instytucie Teatralnym im. Z. Raszewskiego, razem z Dorotą Buchwald i Robertem Rumasem przygotowałem prawdziwie ogromną, trzytomową publikację zbiorową zatytułowaną ZMIANA USTAWIENIA. POLSKA SCENOGRAFIA TEATRALNA I SPOŁECZNA XX I XXI WIEKU, zawierającą w dwóch pierwszych tomach obszerne artykuły badaczek i badaczy uczestniczących w projekcie, a w trzecim coś w rodzaju poszerzonej książkowej reinscenizacji wystawy scenograficznej o tej samej nazwie - ZMIANA USTAWIENIA, prezentowanej między 19 października 2019 a 19 stycznia 2020 roku w Zachęcie - Narodowej Galerii Sztuki. We wprowadzeniu do zamieszczonych w pierwszym tomie tego wydawnictwa dwóch rozdziałów poświęconych awangardowych poszukiwaniom scenograficznych pisałem o zwrocie przestrzennym w badaniach humanistycznych i proponowałem wyciągnięcie z niego konsekwencji dla myślenia o scenografii. Miały one polegać nie tylko na odejściu od tradycyjnego wiązania jej ze sztukami plastycznymi, szczególnie z malarstwem, ale przede wszystkim na uznaniu performatywności scenografii, a więc przyznaniu jej "aktywnej, sprawczej roli w przedstawieniu tak teatralnym, jak i społecznym"1. Odwołując się do propozycji teoretycznych współczesnych socjologów przestrzeni, Henriego Lefebvre'a i Martiny Löw - zwłaszcza do koncepcji "społecznej produkcji przestrzeni" rozumianej za tą ostatnią jako "relacyjny (uk)ład organizmów żywych i dóbr społecznych"2, proponowałem rozumienie scenografii jako:

sztuki kompozycyjnego i wizualnego warunkowania procesu produkcji przestrzeni scenicznej i teatralnej, polegającej na projektowaniu i lokowaniu współtworzących ją elementów materialnych i symbolicznych warunkujących działania i oddziaływania aktorów (nie tylko ludzkich) oraz procesy syntezy zachodzące przede wszystkim w percepcji widzów3.

Proponowana definicja oczywiście nie pozbawia scenografii jej plastycznych i wizualnych aspektów, ale kładzie akcent na pracę nie z obrazem, lecz z przestrzenią jako znaczącym środowiskiem działań reżyserskich i aktorskich, odwołujących się do pamięci, wiedzy i doświadczeń publiczności. Środowisko to obejmuje także znaczące obrazy, kompozycje i znaki wizualne oraz cały szereg elementów przynależących do tego, co dane do oglądania, czyli przed stawiane. Ale jako środowisko przestrzenne odwołuje się także do pozawizualnych, nieskopicznych doświadczeń, pamięci i wyobraźni, związanych właśnie z przestrzenią oraz ruchem w niej. Nie chodzi przy tym tylko o oddziaływanie przez odpowiednie kształtowanie realnej przestrzeni teatralnej, a więc przez zmianę tradycyjnego okulocentrycznego dyspozytywu teatru pudełkowego, wykorzystywanie odmiennych od niego relacji proksemicznych, znoszenie granicy i dystansu między osobami działającymi i oglądającymi, świadome wykorzystywanie oddalenia i bliskości itp. Chodzi także o odwołanie do specyficznej pamięci przestrzennej oraz takiejż wyobraźni, które uruchamiają szczególne niewizualne reakcje na przestrzenie realne lub wirtualne.

Oczywiście mówimy tu o procesach, które wciąż zachodzą i których rozwój nie do końca da się przewidzieć, niemniej postawiłbym tezę, że dla współczesnych praktyk scenograficznych szczególne znaczenie ma rozbudowane technologicznie otoczenie medialno-wizualne, cała sieć przenikających się przestrzeni realnych i wirtualnych. Coraz bardziej palące wydaje się pytanie, czy podział na te dwie kategorie traktowane jako przeciwstawne jeszcze naprawdę ma sens. A także: którym przestrzeniom doświadczanym w danym momencie przypisać większy poziom realności, o ile realność mierzyć stopniem zaangażowania uczestniczki w relacje przestrzenne. Czy kiedy w trakcie podróży pociągiem pasażerka ogląda coś na swoim smartfonie z takim zaangażowaniem, że wydaje się całkowicie oddzielona i od zamkniętej przestrzeni przedziału, i od szeroko otwartej przestrzeni, którą przecina wiozący ją pociąg, to te dwie ostatnie naprawdę są jeszcze dla niej realne, a ta pierwsza, zapośredniczona przez przyswojoną technologię - wirtualna? Scenografia teatralna i myślenie o niej nie przyniosą zapewne odpowiedzi na takie pytania, ale samo ich pojawianie się, i to pojawianie w codziennym doświadczeniu ludzi wciąż zajmujących się teatrem, w sposób oczywisty oddziałuje na procesy i sztukę wytwarzania przestrzeni w jego obrębie.

Poszerzenie pola scenografii to oczywiście wielka szansa i twórcze wyzwanie, ale także problem, w jakiejś mierze analogiczny do tego, z jakim mierzy się teatr od ponad stu lat, gdy rozmyciu uległy historyczne oczywistości, które go stworzyły. Pojęcie "teatru" w rozumieniu powszechnie wciąż (mimo wszystkich "reform" i awangard) obowiązującym opisuje wszak nie wszelkie praktyki przedstawieniowe w historii świata (jak najwyraźniej chcieliby tego ekspansywni teatrolodzy), ale pewną historyczną odmianę sztuk przedstawieniowych, która od wieku szesnastego rozwijała się w Europie, zyskując stopniowo status głównego, to znaczy najszerzej i najsilniej oddziałującego medium. Osiągnęła go w pełni w wieku osiemnastym i dziewiętnastym, kiedy odmiana sztuk przedstawieniowych określana nazwą "teatr" upowszechniła się i zyskała stałe zaplecze instytucjonalne. Wraz z kolonializmem i wspierającą go polityką europejskiej wyższości cywilizacyjnej ten lokalny wynalazek zepchnął na egzotyczny margines nieeuropejskie gatunki przedstawień. Podobnie czynił z europejskimi gatunkami historycznymi (tragedia attycka, komedia jarmarczna itd.) i ludowymi (kolędnicy), ustanawiając własne praktyki wystawiania specjalnie pisanych tekstów za pomocą żywych aktorów w przestrzeni skomponowanej zgodnie z regułami perspektywy malarskiej, dominującym i "właściwym" rodzajem sztuki przedstawieniowej - teatrem bezprzymiotnikowym, THE THEATRE. W tym "tradycyjnym" teatrze scenografia pełniła funkcję tworzenia zaplecza plastycznego - dekoracji, która nie miała decydującego znaczenia dla całości przedstawienia, ponieważ podstawowymi "wehikułami" medium teatralnego były fabuła i postacie. Dopiero gdy w wieku dwudziestym pojawiły się inne media o szerszym zasięgu i posługujące się sprawniej tymi narzędziami, teatr musiał niejako wymyślić siebie na nowo. Dopóki film był czarno-biały, teatr oszałamiał rozbudowaną i świadomie komponowaną dekoracją malarską. Gdy i w tym aspekcie utracił przewagę, skupił się i swoją siłą uczynił to, czego media wizualne oferować nie mogły - doświadczenie o szczególnej intensywności, zachodzące na żywo tu i teraz. Pozwoliło to poniekąd na odzyskanie wartości wszystkich tradycyjnych elementów, dzięki temu, że ich teatralna wyjątkowość powiązana została z bezpośredniością oddziaływania. Także scenografia, praktykowana jako sztuka komponowania przestrzeni doświadczanej w sposób bezpośredni, odzyskała swoje znaczenie, także w wersji najbardziej tradycyjnej, dzięki uznaniu, że nawet oglądanie obrazu scenicznego zyskuje szczególną wartość, o ile jest częścią doświadczenia "na żywo". Paradoks, który tu pracuje, wydaje się polegać na tym, że otoczeni przez wirtualne przestrzenie różnego rodzaju projekcji i transmisji, usiłujących nas przekonać o wyłączności swojej realności, reagujemy inaczej na te same niemal obrazy, gdy są one bezpośrednio stawiane przed nami, zwłaszcza w zestawieniu z żywą obecnością działających osób. Mówiąc krótko: rozszalała spektakularność współczesności czyniąca z niej SIMULAKRUM, okazała się szansą dla teatru jako miejsca, w którym pełnia immersji wydaje się nieosiągalna.

Idąc za tymi wstępnymi i w jakiejś mierze wciąż hipotetycznymi rozpoznaniami, chciałbym przyjrzeć się najnowszym praktykom polskiej scenografii, do której proponuję włączyć także zwyczajowo oddzielane od niej środki i zabiegi wizualne i multimedialne, takie jak projekcje i instalacje wideo, materiały filmowe, elementy poszerzonej i wirtualnej rzeczywistości. Proponując ten skrótowy przegląd, nie staram się o stworzenie galerii indywidualności czy katalogu szczególnych osiągnięć, ale chcę poddać pod dyskusję hipotezy dotyczące wyłaniających się tendencji. Główna z nich brzmi: zjawiska i procesy zachodzące w polskiej scenografii ostatnich lat układają się w ciąg czy też może - linię wysokiego napięcia, której dwa bieguny stanowią świadoma multimedialna spektakularność oraz równie świadoma rezygnacja z niej. Znów mówiąc w skrócie: teatr bogaty i teatr ubogi.

Jak może niektórzy pamiętają, przeciwstawienia tego używał ponad sześćdziesiąt lat temu Jerzy Grotowski4, rozważając podstawowe pytanie o sens uprawiania, a nawet możliwość przetrwania teatru, któremu całe iluzjotwórcze bogactwo zabrały film i telewizja (Internetu w tych szczęśliwych czasach nikt sobie jeszcze nie wyobrażał). Grotowski doszedł do wniosku, że jedynym, co odróżnia teatr od innych mediów przedstawieniowych, są bezpośrednia, żywa relacja widza i aktora oraz związane z tym unikatowe doświadczenie. W związku z tym proponował radykalną redukcję wszystkich środków używanych przez teatr, tak by pozostało tylko to, co dla owej relacji niezbędne. W odniesieniu do scenografii oznaczało to właściwie zejście do poziomu pustej sali, w której znajdowały się ludzkie ciała pozostające ze sobą w zmieniających się relacjach. Tak też wyglądała scenografia ostatniej wersji ostatniego przedstawienia Grotowskiego - Apocalypsis cum figuris, w której żaden osobny twórca scenografii czy architekt przestrzeni (nawet tak oryginalny jak Jerzy Gurawski) nie był już potrzebny.

Rewolucyjna swego czasu koncepcja teatru ubogiego od dawna już jest historyczna, podobnie jak wytworzone w jej ramach wyobrażenie o "teatrze bogatym", usiłującym daremnie konkurować z filmem, który zawsze będzie dysponować potężniejszym arsenałem środków wizualnego i iluzjotwórczego rażenia. Dziś "bogactwo" teatralne cieszy się uznaniem nie tylko w swojej klasycznej wersji oszałamiającej magii ("jak oni to zrobili: pociąg na scenie, a jak prawdziwy!"), która przyciąga miłośników wielkich komercyjnych gatunków z musicalem na czele, ale jest cenione także w teatrze jak najbardziej ambitnym, zaangażowanym, a nawet eksperymentalnym. Wykorzystuje on przede wszystkim sposoby działania znane ze współczesnej sztuki konceptualnej, zwłaszcza sztuki instalacji przestrzennych, posługujących się różnorodnymi strategiami tworzenia świadomie skomponowanych środowisk, narzucających osobom w nie wchodzącym specyficzne i niepowtarzalne doświadczenia alternatywne wobec rzeczywistości lub pozostające do niej w relacji krytycznej.

To być może jedna z tendencji dominujących we współczesnym myśleniu o scenografii. W ostatnich latach mamy do czynienia z całą serią znaczących przedstawień, które scenograficznie i inscenizacyjnie oparte są na silnym całościowym koncepcie narzucającym bardzo konkretne warunki działania reżyserskiego i aktorskiego. Jednym z najświeższych przykładów takiej konceptualnej scenografii całościowej są "groby Werony", czyli cmentarz zbudowany przez Mirka Kaczmarka dla ROMEA I JULII w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu5 (premiera 28 września 2024). Ale przykłady tego typu bogatych scenografii można by mnożyć, opisując jednocześnie odmienne estetyki stosowane dla ich tworzenia i odmienne sposoby ich funkcjonowania w przedstawieniach - od (wymieniam naprawdę pierwsze, co przychodzi mi na pamięć) monumentalnego wnętrza kościelnego stworzonego przez Łukasza Błażejewskiego w Don Juanie Moli?re'a (Teatr Nowy w Łodzi, premiera 26 lutego 2022), przez wycięty w pień las ateński we Śnie nocy letniej w scenografii Justyny Łagowskiej (Teatr Nowy w Poznaniu, premiera 15 września 2023), po świńskie boksy jako pokoje szpitala psychiatrycznego dla dzieci i młodzieży w scenografii Daniela Rycharskiego do Spartakusa. Miłości w czasach zarazy w Teatrze Współczesnym w Szczecinie (premiera 13 maja 2022).

Te i podobne - dominujące, wyraziste, rozbudowane, konceptualne instalacje scenograficzne opierają się zazwyczaj na rozpoznawalnych odesłaniach do znanych przestrzeni lub metafor wizualnych, a niekiedy mają wprost charakter cytatów. W odróżnieniu od stosowanych często i dawniej, nawet jeszcze w czasach dekoracji malowanych, odwołań do znanych dzieł sztuki nie chodzi tu o nawiązania czysto estetyczne, ale raczej o przywołanie całych kompleksów wyobrażeń: od kulturowych po polityczne. Dwa świetne przykłady dla wyjaśnienia. W niezwykle bogatej w różnorodne strategie scenografii Katarzyny Borkowskiej do słynnych Dziadów Adama Mickiewicza w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie (premiera 19 listopada 2021) jednym z najgłośniejszych i najbardziej spektakularnych zabiegów było wykorzystanie monumentalnej kopii Ołtarza Mariackiego Wita Stwosza w scenie widzenia Ewy rozgrywanego jako sekwencja seksualnej przemocy księdza wobec nieletniej. W wykorzystaniu arcydzieła rzeźbiarskiego nie chodziło oczywiście o samo dzieło z jego walorami estetycznymi, ale o mocny znak kościoła krakowskiego i Kościoła w ogóle. Wykorzystanie tego właśnie ołtarza oznaczało jednak także zderzenie molestowanej Ewy ze sceną, której centralną postacią jest Niepokalana Dziewica, również otoczona przez mężczyzn. Na podobnej zasadzie bar zbudowany przez Roberta Rumasa w Zemście Aleksandra Fredry w warszawskim Teatrze Komedia (premiera 19 kwietnia 2024), choć jest oczywistym cytatem z malarstwa Edwarda Hoppera, zarazem wprowadza cały bagaż skojarzeń z amerykańską popkulturą, nakładając przy tym na aktorską ekspresję specyficzny "gorący chłód", właściwy i obrazom amerykańskiego malarza, i filmom gangsterskim. W ten sposób scenografia nie tylko ustanawia wizualne środowisko przedstawienia, ale działa też jako instrument nadający dominujący ton całości.

Nie musi w tym celu posługiwać się wizualnymi aluzjami czy bezpośrednimi cytatami. W wielu scenografiach stworzonych w ostatnich sezonach można znaleźć przykłady nadawania owego tonu przez niemal czyste operowanie oderwanymi od znaczeń walorami wizualnymi i przestrzennymi. Dwa według mnie najwybitniejsze realizacje tego typu to złota podłoga Borkowskiej w Dziadach oraz dynamiczna szarość Wyzwolenia w gdańskim Teatrze Wybrzeże (premiera 14 października 2023), mistrzowsko aranżowana przez Kaczmarka. W pierwszym przypadku powstała niemal prowokacyjna (i chyba niezauważona jako taka) ironiczna przestrzeń łącząca salę widzów z Salonem Warszawskim i salą balową Nowosilcowa, jednocześnie nadająca całości glamourowaty ton napuszonej celebryckości, niepokojąco kontrastujący z cierpieniem Konrady i jej towarzyszek, a zarazem jakoś i je przenikający. W drugim - techniczne możliwości odnowionej sceny zostały wykorzystane do stworzenia narodowego teatru śmierci, od początku do końca przysypującego popiołem niemożności wszelkie próby wyzwolenia i wszystkie uniesienia.

Odrębną częścią współczesnego teatru bogatego są praktyki, które umożliwia dynamiczny rozwój technologii pozwalających na tworzenie rozbudowanych kompozycji audiowizualnych o silnym oddziaływaniu wielozmysłowym. Najpopularniejsze to oczywiście wszelkiego rodzaju projekcje i transmisje wideo, które w kontekście scenografii jako kompozycji artystycznej warunkującej proces produkowania przestrzeni są ważne przede wszystkim jako narzędzia jej poszerzania, a także upłynniania, długo uważanej za nienaruszalną, granicy między przestrzenią rzeczywistą i wirtualną. Dzieje się to na bardzo różne sposoby, więc opisanie stosowanych tu zabiegów wymagałoby osobnego studium. Wskazując jedynie główne tendencje, jakie dostrzegam, powiedziałbym, że z jednej strony mamy do czynienia z dążeniem scenografii do zaanektowania przestrzeni nienależących do rzeczywistości teatralnej, z drugiej - do swoistego "uwirtualnienia" tej ostatniej. Z tendencją pierwszą mamy do czynienia we wszystkich tych sytuacjach, gdy przez materiały filmowe i wideo ukazuje się działanie postaci lub obecność innych elementów przedstawienia w przestrzeni pozateatralnej - zarówno w sytuacjach oznaczanych jako współczesne wydarzeniom scenicznym, jak i funkcjonujących jako retro- i futurospekcje (bardzo lubiany chwyt filmowych finałów, ukazujących pozasceniczne losy bohaterów). Najciekawiej ten sposób poszerzania przestrzeni wydaje mi się funkcjonować wtedy, gdy wpisanie postaci (bo jednak najczęściej to ona jest nośnikiem teatralności i protagonistą próby zainfekowania przez nią rzeczywistości) ma charakter nieoczywistej metafory czy wymagającej domyślenia analogii między przedstawieniem a rzeczywistością, w którą za chwilę wyjdą widzowie.

Druga z wymienionych tendencji polega na wykorzystywaniu materiałów wideo i ekranów jako mediów przekazujących działania z założenia odbywające się jednocześnie w teatrze. Kilkanaście już lat temu była to strategia wywołująca liczne dyskusje, dziś już chyba mało interesujące i angażujące, choć same konsekwencje tego jawnego uwirtualnienia przestrzeni scenicznej i dramatycznej, które wszak tradycyjnie dążyły do wytworzenia efektu własnej realności, nie zostały do końca przemyślane. Dziś ów proces uwirtualnienia przebiega raczej przez nałożenie na siebie realnej przestrzeni teatralnej i przestrzeni wirtualnej. Z jednej strony odbywa się to przez różnego rodzaju efektowne (niekiedy też i efekciarskie) chwyty "wchodzenia w projekcje" (świetny ich przykład stanowiło wchodzenie do widmowego pokoju postaci z Capri - wyspy uciekinierów Krystiana Lupy w Teatrze Powszechnym, premiera 12 października 2019), z drugiej - przez stosowane zwłaszcza przez Krzysztofa Garbaczewskiego rozgrywanie równoległe akcji spektakli w teatrze i w Virtual Reality (SEN NOCY LETNIEJ w Narodowym Starym Teatrze, Germinal w Teatrze Śląskim). Zabiegi takie, wciąż noszące jeszcze niekiedy znamiona zachłyśnięcia się nowinką technologiczną, stawiają jednocześnie być może podstawowe pytanie współczesności: o realność inną niż indywidualnie nienegowalna i nieodrzucalna realność śmierci.

Co znamienne, ta ostatnia, by nie rzec - ostateczna, formuła realności w sposób szczególny ujawnia się na drugim biegunie linii napięcia, wzdłuż której proponuję ułożyć najważniejsze tendencje polskiej scenografii teatralnej ostatnich lat - w teatrze ubogim. Jak dość dobrze wiadomo, termin "teatr ubogi" rozpropagowany przez Grotowskiego wywoływał protesty i (delikatnie mówiąc) niezadowolenie Tadeusza Kantora, który twierdził, że to zawłaszczenie jego podstawowej koncepcji "realności najniższej rangi", przejawiającej się w wielu "biednych" aspektach jego przedstawień. Te historyczne spory i mocno groteskowe oskarżenia praktyka teatralna dawno odłożyła na półkę, tworząc swoisty konglomerat obu wersji teatralnego ubóstwa. Łączy on właściwą teatrowi śmierci demaskację aspirujących do trwałości ról i inscenizacji z istotą teatru ubogiego - skupieniem na szczególnym doświadczeniu powstającym dzięki procesom performatywnym inicjowanym przez osoby działające. Dziś wprawdzie niemal nie spotyka się już działań aktorskich i aktów scenicznych, które nawiązywałyby do specyficznej estetyki i etosu teatrów Kantora i Grotowskiego, ale sama zasada wykorzystywania procesu teatralnego i aktorskiego w kontrze do dominujących w życiu indywidualnym i zbiorowym formuł i modeli performatywnych - została zachowana. Teatr współczesny w bardzo wielu swoich odmianach stanowi krytyczną alternatywę wobec władzy międzyludzkiego (Witold Gombrowicz), "teatru życia codziennego" (Erving Goffman), społeczeństwa spektaklu (Guy Debord) czy paradygmatu performatywności (Jon McKenzie) - by przywołać tylko najpopularniejsze formuły stworzone dla nazwania i opisania tego "teatralnego" wymiaru rzeczywistości, który współtworzymy i przez który jesteśmy współtworzeni. Jeśli życie stało się spektaklem, to ubogi teatr śmierci stał się narzędziem poddawania owego życia krytycznej refleksji i testowania jego fundamentów.

Scenograficznie podstawowym wręcz symptomem tego niezwykle rozpowszechnionego modelu jest pustka, odarcie przestrzeni ze wszelkich elementów i ozdób - co często przyjmuje formułę sceny nawet nie nagiej, lecz ogołoconej (na przykład z odsłoniętymi ścianami, czego przykładem może być tylna, ceglana ściana sceny głównej Teatru Powszechnego w Warszawie, oglądana w całej swej okazałości w wielu stworzonych tam przedstawieniach). Przestrzeń sceniczna, wyjściowo i tradycyjnie powołana po to, by była wypełniana i przesłaniana "dekoracjami", jest nie tyle obnażana, co ukazana jako krańcowy efekt rozkładu - nagi szkielet niemożliwy już do ożywienia i przyodziania. W zestawieniu z tym krańcowym ogołoceniem osoby działające, a także wszelkie wprowadzone w przestrzeń obiekty zyskują szczególny status przedmiotów istniejących w swojej chwilowej szczególności i dzięki temu poddawanych radykalnej wiwisekcji.

Gdybym miał wskazać przykładowe przedstawienie realizujące ten model śmiertelnego ubóstwa, w pierwszej kolejności wymieniłbym najgłośniejsze przedstawienie ostatnich lat, które bodaj przez nikogo nie zostało umieszczone w takim kontekście - Klątwę według Stanisława Wyspiańskiego w Teatrze Powszechnym w Warszawie (premiera 18 lutego 2017). Co znamienne, wśród osób, które stworzyły to przedstawienie, nie ma scenografki; wymienia się jedynie twórczynie kostiumów i świateł oraz "współpracę scenograficzną" Małgorzaty Dzik. Powiedzieć więc można, że przestrzeń wytworzyła się tu niemal samoczynnie w wyniku akcji dramaturgicznych i aktorskich, co oczywiście przypomina Apocalypsis cum figuris, z którą zresztą Klątwa miała wiele wspólnego.

To jednak przypadek szczególny, bo przestrzenie "ubogie", które można by określić jako powstałe w efekcie procesu jakiejś "scenografii negatywnej", polegającej raczej na rezygnacji i ograniczeniu niż wprowadzaniu czegoś w przestrzeń i wypełnianiu jej czymś, są w większości pieczołowicie i precyzyjnie kreowane. Mistrzem tego rodzaju praktyk twórczych jest Marek Braun, stale współpracujący z Anną Augustynowicz. Wpływ tego duetu na polską scenografię wydaje mi się większy, niż się to zwykło dostrzegać, uznając ich twórczość za pewien "autorski wyjątek". Tymczasem w wielu przedstawieniach osób znacznie młodszych znaleźć można przykłady podobnych przestrzeni zdespektakularyzowanych dla przeprowadzenia procesów, których szczególnymi nośnikami są słowa i ucieleśnione głosy aktorskie. Teatr przez te osoby tworzony, nazywany często (nieprecyzyjnie i myląco) postdramatycznym lub (chyba trafniej, choć wymagałoby to doprecyzowania) performatywnym, rozwija strategie scenograficzne o wiele bardziej skupione na procesualnym wytwarzaniu przestrzeni jako środowiska niż na komponowaniu znaków wizualnych. Często wręcz nie ma w nim "co oglądać", mimo że praca scenograficzna, jaką w ich ramach się przeprowadza, ma wybitne wartości i stanowi kreacje artystek i artystów tak świadomych i uznanych, jak Zbigniew Libera, Karol Radziszewski czy Anna Met, nie mówiąc już o osobach reżyserskich, które niekiedy same zajmują się scenografią. Podobnie jak całe zjawisko "teatru performatywnego", specyficzne dla niego sposoby artystycznego warunkowania procesu produkcji przestrzeni wymagałyby szczegółowej i osobnej analizy - niełatwej, bo właśnie odległej od tego, co jako badania nad "stroną plastyczną" czy wizualnością przedstawień wiąże się zazwyczaj z badaniami nad scenografią. Jeśli mógłbym coś w tym obszarze bardzo wstępnie zaproponować, to sugerowałbym przemyślenie bardzo nieoczywistej pracy z przestrzenią, jaka ma miejsce w projektach Anny Karasińskiej, stanowiących graniczny przykład twórczości już-prawie-nieteatralnej, choć nadal w teatrze realizowanej.

Oczywiście przywołane krótko przykłady i przejawy ubogiej scenografii performatywnej to tylko część niespektakularnych praktyk scenograficznych współczesnego teatru. Byłoby nieuczciwe, gdyby mówiąc o tym biegunie, ograniczyć się wyłącznie do eksperymentalnej i świadomej pracy z "ubóstwem". Ma on też swój o wiele bardziej praktyczny i przyziemny wymiar, polegający po prostu na braku środków i wymuszonej redukcji elementów przestrzeni scenicznej. Ich krańcowym, wręcz wstydliwym przejawem są ikeowskie fotele wykorzystywane jako sugestie nowomieszczańskich salonów w objazdowych przedstawieniach komercyjnych, które nawiedzają regularnie większość lokalnych domów kultury, ale zdarzają się i w stołecznych przedstawieniach renomowanych teatrów. Ich powszechność stanowi też dowód, że scenograficzne ubóstwo staje się niebezpiecznie oswojoną codziennością polskiego teatru. Wobec wielu zagrożeń dla jego świadomej pracy z przestrzenią pozostaje mieć nadzieję, że pusta przestrzeń nie stanie się z konieczności podstawowym dyspozytywem praktyk performatywnych przyszłości.

DARIUSZ KOSIŃSKI

1 D. Kosiński, Konstrukcja przestrzeni, [w:] Zmiana ustawienia. Polska scenografia teatralna i społeczna XX i XXI wieku, t. 1: D. Jarząbek-Wasyl, D. Kosiński i W. Świątkowska, Od dekoracji do dekonstrukcji, red. D. Buchwald i D. Kosiński, Warszawa 2020, s. 246.

2 M. Löw, Socjologia przestrzeni, przeł. I. Drozdowska-Broering, red. nauk. i wprowadzenie M. Bucholc, Warszawa 2018, s. 165.

3 D. Kosiński, Konstrukcja przestrzeni, op. cit., s. 247; wyróżnienie oryginalne.

4 Zob. J. Grotowski, Ku teatrowi ubogiemu, [w:] idem, Teksty zebrane, red. A. Adamiecka-Sitek, M. Biagini, D. Kosiński, C. Pollastrelli, T. Richards i I. Stokfiszewski, Wrocław-Warszawa 2012, s. 245-254. Mam świadomość, że niektóre osoby może drażnić to, że nieustannie odwołuję się do Grotowskiego. Oczywiście robię to, bo po prostu jest mi bliski, długo się nim zajmuję, a nawet ośmieliłbym się powiedzieć, że coś o jego twórczości wiem. Ale odwołuję się do niego także dlatego, że był to artysta, który w swojej praktyce i myśli diagnozował wiele zagadnień stanowiących dziś obiekt powszechnego zainteresowania. Niektóre z nich po swojemu rozwiązał albo przynajmniej - rozwiązywać próbował (tak było na przykład z przemocowymi relacjami reżyser-zespół aktorski). Na dodatek bardzo wiele na temat tych doświadczeń i przemyśleń powiedział i napisał językiem całkiem zrozumiałym, a niekiedy nawet - literacko znakomitym. Uważam więc, że we współczesnych dyskusjach właśnie do Grotowskiego odnosić się warto w sposób szczególny - nie po to, by daremnie dowodzić, że był teatralnym mędrcem i prorokiem, ale najzwyczajniej po to, by sprawdzić, czy przypadkiem nie ma w jego tekstach i praktykach elementów i dziś istotnie inspirujących (także przez niezgodę). Z pewnością jest tak w podstawowej kwestii sensu uprawiania teatru, ponieważ Grotowski - bodaj jako jedyny - gdy stwierdził, że owego sensu już nie dostrzega, teatr porzucił, co - jak sądzę - jest bodaj największym wyzwaniem, jakie nam wszystkim zostawił.

5 Przywołując przykłady przedstawień, świadomie nie wymieniam nazwisk osób reżyserskich, podając jedynie nazwiska twórców i twórczyń scenografii. Nie jest to żaden przejaw lekceważenia w stosunku do reżyserii, ale pewien racjonalny akt przywrócenia właściwego miejsca osobom tworzącym scenografię. Nie ma bowiem logicznego powodu, by w tekstach jej poświęconych opisywać przedstawienia przez zwyczajowe podawanie nazwisk reżyserek i reżyserów. Taką zasadę przyjęliśmy też w Zmianie ustawienia.