NOTATNIK TEATRALNY Nr 93/2023 JANDA - Praca zbiorowa
19.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
nr 93/2023
REDAKTOR NACZELNY: KRZYSZTOF MIESZKOWSKI
ZASTĘPCZYNI REDAKTORA NACZELNEGO:
MARZENA SADOCHA
SEKRETARZ REDAKCJI | SOCIAL MEDIA | SERWIS WWW:
PAWEŁ ZARĘBA
REDAKTOR | KOREKTOR:
JAROSŁAW MINAŁTO
WSPÓŁPRACA REDAKCYJNA | SERWIS WWW:
AGNIESZKA ŚRUTWA
PROJEKT GRAFICZNY I SKŁAD:
JOANNA MILLER, ZOFIA JAROS
COPYRIGHT ? BY AUTORZY I TŁUMACZE, 2023
COPYRIGHT ? BY WROCŁAWSKI DOM LITERATURY I WROCŁAWSKIE WYDAWNICTWO WARSTWY, 2023
WYDAWCA:
WROCŁAWSKI DOM LITERATURY
WROCŁAWSKIE WYDAWNICTWO WARSTWY
Przejście Garncarskie 2, 50-107 Wrocław
www.wydawnictwowarstwy.pl
www.literatura.wroclaw.pl
Kontakt z redakcją:redakcja@notatnikteatralny.pl
www.notatnikteatralny.pl
ISSN 0867-2598 (wydanie papierowe)
ISSN 2956-4913 (ebook)
ISSN 2956-4921 (serwis internetowy)
Wrocław 2023
JACEK CIEŚLAK: Monika Strzępka i Paweł Demirski w sztuce Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej użyli Agnieszki, pani postaci z Człowieka z marmuru Andrzeja Wajdy, by przedstawić między innymi panią jako część nowego establishmentu, który po 1989 roku odniósł sukces i miał zapomnieć o tym, co legło u powstania "Solidarności". O spektaklu było głośno również dlatego, że odbywał się w nim pogrzeb Wajdy - za jego życia. Jak pani to odebrała?
KRYSTYNA JANDA: Nie przejęłam się tym. Słyszałam coś, podobno pokazano mnie jako króliczka. Ale biedny Andrzej na to poszedł, po tym jak chyba pół roku ukrywano przed nim, że w tym przedstawieniu rzeczy dzieją się na Jego pogrzebie. Wiedziałam, że żona Andrzeja, pani Krystyna Zachwatowicz, oburzona, mobilizowała ludzi wokół, żeby informacja o tym spektaklu do Andrzeja nie dotarła. W końcu jednak nie upilnowali, poszedł. Był podobno wstrząśnięty. Wyszedł w trakcie. Bardzo to przeżył.
J.C.: Czy zastanawiała się pani wtedy nad tym, że młode pokolenie skupione wokół teatru w Wałbrzychu, gdzie były duże bezrobocie i bieda, patrzy na was, weteranów walki o demokrację, jak na nowy establishment?
K.J.: Dlaczego? Robiliśmy coś źle? O, ci twórcy są znani z prowokacji i nieliczenia się z nikim i niczym. To w ogóle nie moja bajka, nie moje standardy i towarzystwo. Wtedy w ogóle mnie to nie zajęło. Robię swoje i myślę samodzielnie. Miałam na głowie moją Fundację i problemy z utrzymaniem dwóch teatrów. Stale mam przed sobą nowe wyzwania, projekty. Przejęłam się wtedy tylko stanem Andrzeja. Zdumiałam ich bezczelnością w stosunku do Niego i Jego dorobku.
J.C.: Przypominam o tamtej premierze z 2010 roku, ponieważ minęło dwanaście lat, a Strzępka, popierająca wtedy w wyborach prezydenckich Jarosława Kaczyńskiego, została postawiona przez PiS w tym samym szeregu, co pani - artystów atakowanych przez Zjednoczoną Prawicę i jej wyborców. Rząd nie przyznaje dotacji na teatry Polonia i Och, Strzępka miała być odwołana przez wojewodę mazowieckiego Konstantego Radziwiłła z dyrekcji Teatru Dramatycznego.
K.J.: Nie porównywałabym tego, ja czasem jestem głównym tematem Dziennika Telewizyjnego, wrogiem narodu.
J.C.: No tak, Wiadomości to nie są.
K.J.: Zmierzam do tego, że ataki Ministerstwa Kultury to tylko margines. Część tego wszystkiego. Nie chcę się przedstawiać jako męczennica, są inni artyści dużo brutalniej atakowani i szkalowani przez tę władzę, która, mam nadzieję, za chwilę będzie minioną. Myślę tu przede wszystkim o Agnieszce Holland. Te nieustanne bzdury na nasz temat, kłamstwa, insynuacje powtarzane w kółko, bez możliwości weryfikacji, kiedy media publiczne, do których dostęp jest najszerszy, są w rękach jednej partii, są naprawdę groźne. Szczuli, judzili, podżegali, to w pewnym momencie stało się naprawdę niebezpieczne. Ważny jest całokształt, czyli również lata siedemdziesiąte, kiedy byłam twarzą kina moralnego niepokoju i miałam to wielkie szczęście, że wiele ważnych kwestii na temat ówczesnej sytuacji Polaków płynęło przez moje usta. Zagrałam w najważniejszych tytułach tamtych lat, do dzisiaj nie zmieniłam mojej postawy. Zawsze w każdych czasach zabierałam głos w sprawach społecznych. Uważałam, że to nasz, ludzi z nazwiskami, obowiązek. Jednocześnie od ośmiu lat nie ma mnie w państwowych mediach, jest tylko szczucie na mnie. Był okres, w którym z lęku nie pojawiałam się w miejscach publicznych. Zresztą zdarzyło się, że zostałam zaatakowana.
J.C.: Dopiero na tydzień przed wyborami po bardzo długim czasie włączyłem tak zwane Wiadomości. Myślę, że wiele mówią o wyobrażeniach propagandzistów na temat poziomu osób, do których ten program jest adresowany. Trudno go nawet porównać do wspomnianego przez panią Dziennika Telewizyjnego z czasów monopartii i zależności od ZSRR. Czy pani się tym nowym hejtem przejmuje, czy może się pani uodporniła?
K.J.: I przejmuję się, i się uodporniłam. Po prostu tego nie oglądam. Jesteśmy po wygranych wyborach, za chwilę, mam nadzieję, sprawy potoczą się po nowemu, ale dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy, najpierwszych, jest przejęcie i normalizacja komunikacji z ludźmi, telewizja. Obiektywizm i prawda informacji. Cywilizowany ton i przekaz. Oby niedługo.
J.C.: Dzisiaj dochodzi do skrajnych przypadków. Hejt generowany przez prorządowych dziennikarzy mógł mieć wpływ na zamordowanie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.
K.J.: To było straszne, szok... I winna jest propaganda. Nie ukrywam, był taki czas, że po groźbach pod moim adresem Fundacja wynajęła ochronę, o czym zresztą nie wiedziałam. W końcu zaczęłam się zastanawiać, kim jest pan zasiadający od miesiąca w pierwszym rzędzie. Zorientowałam się, kiedy Janek Kozikowski próbował wejść na scenę, bo chciał mi dać kwiaty - został powstrzymany właśnie przez tego pana. Biedny Janek. Byłam w szoku. Wtedy pracownicy Fundacji przyznali, że wynajęli ochronę. Wcześniej mieliśmy próby zakłócania przedstawień, kiedy graliśmy z Maćkiem Stuhrem. Przeczekiwaliśmy to, a publiczność sama załatwiała te sprawy. Za każdym razem wyrzucali sami z sali tych, którzy przeszkadzali. Później pojawiły się konkretne groźby. Trudno było się tym nie przejmować.
J.C.: Czy spotykała się pani z taką agresją, z takimi groźbami, w czasach PRL-u?
K.J.: Byłam wielokrotnie przesłuchiwana. To po pierwsze. Po wprowadzeniu stanu wojennego byłam przesłuchiwana po wystawieniu Wieczernika w kościele na Żytniej, później po filmie Przesłuchanie. Ale mam wrażenie, że w czasie przesłuchań oficerowie nie wykazywali się tak personalną nienawiścią, jaka ma miejsce teraz. Wykonywali polecenia, byli służbistami. Teraz mamy do czynienia z czystą osobistą nienawiścią. Dotknęło mnie to bezpośrednio, gdy pojechałam do Gdańska na uroczystość związaną z Lechem Wałęsą, a następnie obchodzona była rocznica uchwalenia Konstytucji. Przeczytałam jej tekst, a kiedy zeszłam ze sceny, zaatakował mnie jakiś mężczyzna. Rzucił się na mnie, ale ochrona natychmiast zareagowała. To było okropne.
J.C.: Nie miała pani okazji uświadomić politykom prawicy, że ich propaganda prowadzi do zagrożenia życia?
K.J.: Jak? Poza tym przecież oni to wiedzą. Jedyną możliwością są wywiady, Internet. Tylko wtedy mogę powiedzieć, co o tym myślę, więc mówię. Mogę też się wypowiadać przez wybór repertuaru do naszych teatrów i robię to od początku. Gdy wyszedł reportaż o zamordowaniu Grzegorza Przemyka, Żeby nie było śladów Cezarego Łazarewicza - powstał spektakl. Pan Hoho Witolda Dulęby jest wyraźną wypowiedzią na temat PiS-u, obrazem dzisiejszej sytuacji. Nawet Coś tu nie gra, pozornie mówiące o teatrze, rozgrywa się w dniu wyborów. Prawicowy polityk przychodzi do teatru i uprawia w nim propagandę, robiąc zamieszanie w dniu premiery. Nawet jeżeli z czegoś się tylko śmiejemy, staram się, żeby to był temat aktualny społecznie i jednoznaczny znaczeniowo.
J.C.: Czy docierają do pani sygnały o przypadkach agresji wobec innych artystów, wywołanej przez rządową propagandę?
K.J.: Jestem blisko Maćka Stuhra, wiem, jaką to zjawisko ma skalę. Maćka żona ujawniła ostatnio, co się dzieje, i są to rzeczy niebywałe, porażające. Mamy z Maćkiem tego samego agenta i praktycznie cały dzień zalewa go fala hejtu adresowanego do nas. Mówi się, że zajmują się tym opłacani ludzie. Nie wiem, to jest zbyt podłe, żeby było tylko zarabianiem pieniędzy - to coś więcej. Sumując ten temat - śmierć prezydenta Adamowicza i tych dwóch nieszczęsnych koni w Janowie Podlaskim po przejęciu dyrekcji stadniny przez PiS to jakby symbole tej sytuacji. A zgony kobiet w szpitalach, po nieudzieleniu pomocy podczas nieprawidłowo przebiegających ciąż, są niewyobrażane, absolutnie nie do zaakceptowania, przerażające. Samobójstwa młodych z powodu szkalowania, "odmienności". Cenzura? Tak. Przypadki cenzury były już wcześniej. To się działo dawniej, za warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Proszono mnie o zdjęcie z afisza spektaklu Darkroom o przyjaźni dziadka, słuchacza Radia Maryja, z gejem. Powiedziałam, że spektaklu nie zdejmę. Szybko obliczyli, że wykorzystaliśmy w produkcji 30 tysięcy zł dotacji miejskiej. Oddaliśmy te 30 tysięcy zł. Na tym się na szczęście skończyło. Ale wiemy, co się działo i dzieje w wielu innych teatrach w Polsce. Zniszczyli tyle wspaniałych instytucji, zdarzeń, ludzi, zakłamali sztukę i życie.
J.C.: Dotknęła pani tematu cenzury ekonomicznej, która obejmuje dystrybucję pieniędzy pochodzących z naszych podatków.
K.J.: Składaliśmy wnioski w tych programach, do których czujemy się powołani. W Ministerstwie Kultury najczęściej brakowało nam pół punktu, żarty! Odwoływaliśmy się za każdym razem. Nie wierzę w te komisje. To są sprawy sterowane ze strategiczną oceną ministra. W ostatnim konkursie nie dostaliśmy pieniędzy na skromny, darmowy spektakl Fredrowski dla ludzi, w Roku Fredry, na plac Konstytucji. Ile trzeba mieć złej woli! Początkowo, przed zmianą polityczną, pierwsi ministrowie nam pomagali, dużo im zawdzięczamy. Powstał wtedy nasz teatr uliczny, ogląda go w wakacje około 15 tysięcy osób. Powstawały nowe spektakle dla dzieci na ulicę, świetne, kochane przez publiczność. Nie chce się nawet mówić.
J.C.: Pomijanie pani w procesie dotacyjnym jest przykładem cenzury ekonomicznej, ponieważ z racji liczby premier i frekwencji oraz zatrudnionych osób - na etatach, a nie umowach śmieciowych - powinna pani otrzymywać dotacje większe niż wiele narodowych i samorządowych instytucji kultury. Proszę przypomnieć dane.
K.J.: Mamy teraz oszałamiającą, 95-procentową frekwencję. Nie pamiętam aż takiej w żadnych czasach, nawet największej prosperity Teatru Powszechnego. To jest rocznie około 250 tysięcy widzów na blisko 900 spektaklach. Najwięcej w Polsce. Ale my gramy z głodu, z musu i złości. No także z miłości i poczucia obowiązku, ale... gdybyśmy tyle nie grali - nie bylibyśmy w stanie utrzymać naszych scen. Utrzymanie Och-Teatru, kiedy nie gra, kosztuje dziennie 16 tysięcy zł, Polonii - 10 tysięcy zł. Na pewno na nasz sukces złożyły się wybory repertuarowe i obsadowe. Lżejsze rzeczy zarabiają na spektakle trudniejsze, poważne, społeczne, edukacyjne. To się na szczęście bilansuje. Otrzymuję każdego dnia raporty, wykresy, ani chwili "luzu". No ale ten brak oddechu zawdzięczamy tej władzy. Ja wiem, to moja wina, jestem "niegrzeczna", ale z drugiej strony nie byłabym sobą, nie można siedzieć cicho, kiedy dzieją się niegodziwości. Brak protestu jest przyzwoleniem i współwiną.
J.C.: Widzę, że prowadzenie teatru panią bardzo emocjonuje.
K.J.: Bo to jest fascynujące. No i oczywiście lubię weekendowe SMS-y o treści: "Rozbiliśmy bank. Nawet jeśli kolejna premiera nie będzie sukcesem lub będzie zbyt kosztowna, damy sobie na razie radę".
J.C.: To jest miara sukcesu. Ludzie głosują przy kasie.
K.J.: Liczby są bezwzględne. Ale zdarzają się też wpadki. Nie zawsze mamy sukcesy. Mam pomyłki. Teraz... moje niedawne złamanie nogi... mogłabym powiedzieć, jaka to strata.
J.C.: Powinna być pani ubezpieczona.
K.J.: Takim ubezpieczeniem jest po prawie 20 latach działalności Fundacji grupa przyjaciół, twórców, aktorów przynoszących dochód. Ta lista jest pokaźna. Każde wyjście na scenę Artura Barcisia, Czarka Żaka, Mirka Kropielnickiego, Marcina Hycnara, ostatni monodram mojej córki - nie chcę tu nikogo pominąć - to podstawa egzystencji naszych scen. Nazarabiał się dla nas Jurek Stuhr, który teraz zaczyna próby Geniusza Tadeusza Słobodzianka. Będzie reżyserował i grał Konstantina Stanisławskiego. Zasługi Jurka dla nas są wielkie, zasługuje na to, byśmy rozwinęli przed nim czerwony dywan i pozwolili robić, co chce. A Jurek chce się tym spektaklem pożegnać z publicznością. Janek Gajos u nas nie gra, ale jego Ożenek przynosi dochód. Podobnie jak wejście na scenę Jadzi Jankowskiej-Cieślak, Jana Peszka czy ostatnio Ani Seniuk. Ludzie w Fundacji pracują świetnie, są nadzwyczajna atmosfera i zaufanie. Dajemy pracę rocznie czterystu aktorom. Jesteśmy trampoliną do wielu karier. Dla porządku muszę dodać, że miasto Warszawa nam pomaga w skali naszych potrzeb i skali działalności, nie są to bardzo znaczące pieniądze, ale jednak. Wcześniej wielka nasza wdzięczność należy się pani Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, która tuż przed przejęciem władzy przez PiS, przewidując nasze kłopoty, zadbała o dotację trzyletnią, dzięki czemu przetrwaliśmy pierwszy okres. Mówiąc "nasze", mam na myśli teatry niezależne.
J.C.: Wasze spektakle uliczne mają co roku około 15 tysięcy widzów. Niektóre teatry mają tylu widzów rocznie.
K.J.: A my, jeśli nie dostajemy na to pomocy, wystawiamy je z darowizny 1 procenta, jaką podatnicy mogą sobie odpisać od podatku. To rocznie ok. 180-200 tysięcy zł. Komunikujemy naszym mecenasom, że wpłacają pieniądze na akcję letnią dla warszawiaków. Nazywam to akcją "Naród - sobie".
J.C.: Tym bardziej przypomnijmy, że w czasie pandemii Fundusz Wsparcia Kultury, gdy obie sceny miały wcześniej roczne obroty ponad 20 milionów zł, otrzymały rekompensatę za straty 1,8 miliona zł, kiedy Fundacja potrzebowała 5,7 miliona zł. Później odebrano jeszcze 450 tysięcy zł. Bez podania przyczyn.
K.J.: Nie rozumieliśmy, dlaczego. A pandemia połączyła się u nas, jak u innych, z zamknięciem teatrów. Wcześniej, po tragedii smoleńskiej, mieliśmy kryzys zarządzania, zmianę dyrektora. Groziła nam katastrofa. Wtedy zadzwoniłam do Magdy Umer i uprosiłam, żebyśmy w dwa tygodnie postawiły nową wersję Białej bluzki. Magda przyjechała z sanatorium, zrobiła nową adaptację, dodała inne piosenki. I dałyśmy premierę, która "zasypała dziurę", przynajmniej w pierwszym momencie. Po to są przyjaciele, także.
J.C.: To znamienne, że powracam do sytuacji, kiedy panią gnębiono, a pani mówi o sukcesach.
K.J.: Po 20 latach "rządzenia" tutaj i przy tylu przyjaciołach aktorach, reżyserach, ludziach, którzy zarządzają Fundacją i prowadzą ją na co dzień, wydaje mi się, może zbyt naiwnie, że nie ma takiej sytuacji, żebyśmy się jakoś nie uratowali, przy wiernej nam od lat publiczności. A ja? W obliczu katastrofy - działam.
J.C.: Wspomniała pani o blisko dwóch dekadach działalności. To po pani prywatne sceny otworzyli Emilian Kamiński, Anna Gornostaj, Tomasz Karolak i Michał Żebrowski.
K.J.: Polonię otworzyłam pierwsza, to prawda, ale pomysł na tego rodzaju teatr pierwszy miał Emilian. Miałam Kamienicę przez moment robić razem z nim, szybko się jednak zorientowaliśmy, że nie możemy wspólnie prowadzić teatru. Mieliśmy różne gusty, temperament, choć zawsze się przyjaźniliśmy, razem skończyliśmy szkołę teatralną, oboje z wyróżnieniem. On zdecydowanie chciał iść w warszawskie klimaty, tematy, a ja chciałam robić teatr dla kobiet. Kamienica była budowana, a ja remontowałam budynek kina i zrobiliśmy to po prostu szybciej. Kiedy otwieraliśmy Teatr Polonia, podkreślałam na każdym kroku, że będzie to teatr dla kobiet. O kobietach, przez kobiety robiony, poruszający kobiece tematy. Taki miałam manifest. Dwadzieścia lat temu!
J.C.: I na początek zagrała pani na scenie "Fioletowe pończochy" Ucho, gardło, nóż. Wcześniej była Stefcia Ćwiek w szponach życia, a później Badania terenowe nad ukraińskim seksem Oksany Zabużko. Na otwarcie Dużej Sceny zaś Trzy siostry Antona Czechowa w reżyserii Natashy Parry-Brook ze scenografią Krystyny Zachwatowicz.
K.J.: Sięgnęłam po tytuły, które były na rynku księgarskim. To poza Trzema siostrami nie były sztuki. Robiliśmy adaptacje. Po Powszechnym wiedziałam, kto siedzi na widowni. I miałam nadzieję, że kobieca publiczność przyjdzie, także za mną, do nowego teatru. I że trzeba dla niej repertuaru o kobietach, bo to jest motor napędowy, nowość, która niebawem wszystkich zajmie, to się czuło w powietrzu. Trzeba było to tylko nazwać. Ogłosić.
K.J.: W sumie większość pani ról filmowych, w tym Agnieszkę czy Modrzejewską, również teatralną Kobietę zawiedzioną, można było nazwać manifestami feminizmu, choć to się tak wtedy nie nazywało. Grała pani niezależne, niedające się zatrzymać kobiety. Czuła się pani kiedykolwiek feministką?
K.J.: Nie. Ale czułam się czasem lepsza niż mężczyźni.
J.C.: Śmieje się pani teraz.
K.J.: Bo byłam lepiej zorientowana i skuteczniejsza. Pamiętam taką noc, noc chaosu, podszedł do mnie Jerzy Stuhr i zapytał: "Panujesz nad tym? Czy lecimy na wolne koło?". Odpowiedziałam, że panuję, choć nie byłam pewna, jak ta noc się skończy. Mężczyźni!
J.C.: Nie czuli się zagrożeni?
K.J.: Nie, kocham ich, byłam zawsze otoczona wieloma przyjaciółmi i u boku miałam męża. Mój mąż Edward Kłosiński zawsze honorował moje prawa. Zawsze mówił, że on jest inżynierem, zajmuje się obrazkami, ustawia światła, kręci film, a ja mam robić swój teatr. Był wielkim artystą, światowej klasy, teatru zresztą nie znosił. Ustawiał światła do spektakli prawie ze wstrętem, bo musiał wtedy te spektakle oglądać wielokrotnie. Siadał później z boku z "Wyborczą" i nie oglądał nawet premiery, tylko pytał: "Krysiu, kiedy jedziemy do domu?". Odpowiadałam: "Chwileczkę, jeszcze nie teraz". Wybudował dla mnie teatr - ktoś, kto go specjalnie nie lubił.
J.C.: To dar prawdziwej miłości.
K.J.: Nasz wspaniały kolega operator Tomek Wert mówił zawsze: "Teatr, czyli dwie godziny w ogólnym planie, to dla operatora filmowego tortura".
J.C.: Przypomnijmy, że Teatr Polonia nie powstałby, gdy nie pani problemy w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Odchodząc, była pani pewna, że dostanie angaż gdzie indziej. Tymczasem żaden z dyrektorów się nie odezwał. Czy to casus Tadeusza Łomnickiego?
K.J.: Na ostatnim zebraniu zespołu Powszechnego usłyszałam: "Nie ma ludzi nie do zastąpienia". I jak to usłyszałam... złożyłam wymówienie.
J.C.: Chciała pani udowodnić, że są tacy ludzie...
K.J.: Zabolało mnie, powiedział to mój przyjaciel Zbyszek Zapasiewicz. Wyszłam z zebrania i koniec. To był specjalny dzień, umierał ojciec dyrektora Powszechnego Krzysztofa Rudzińskiego, który w związku z tym cały czas wisiał na telefonie. Nie zareagował, ale zareagowała księgowa: "Czy nie rozumiecie, że możecie grać Króla Leara, jak ona zagra Shirley?". Trzeba pamiętać, że przede mną z Powszechnego odszedł Janusz Gajos. Miał dosyć już dużo wcześniej.
J.C.: Można mówić o zawiści ludzi teatru wobec gwiazd, które mają sukces również w kinie.
K.J.: Nie wiem. To bez znaczenia. Owszem, byłam specjalnie traktowana, ponieważ zastrzegałam, że nie mogę grać w wieloobsadowych sztukach, by nikomu nie dezorganizować pracy przez moje obowiązki filmowe. Mówiłam, że powinnam grać monodramy lub sztuki w duecie i wtedy osiągniemy maksymalny efekt, tak więc dyrektor planował repertuar. Teraz w Fundacji jest inaczej. Kiedy inni nie mogą grać w naszych teatrach - jestem spadochroniarzem. Jestem do wyłącznej dyspozycji naszej Fundacji. Oczywiście wielokrotnie proponowano mi role poza scenami Fundacji. Jako aktorka jestem jednak wierna naszym dwóm teatrom. Inaczej traktuję reżyserowanie. Tym od czasu do czasu zajmuję się także poza Fundacją.
J.C.: Wróćmy do przypadku Łomnickiego.
K.J.: Powiem coś o naszym środowisku. Z Teatru Dramatycznego zwolnił Tadeusza kolega Zapasiewicz, kiedy został tam dyrektorem. Tadek opowiadał wtedy, że Zapasiewicz powiedział mu, że nie widzi go w repertuarze. Chodził później po Warszawie i prosił się o role. Na biurku Zygmunta Hübnera po jego śmierci znaleziono podobno kartkę - były tam dyspozycje dotyczące pogrzebu i kilku spraw teatru, ale było tam też takie zdanie: "Tadeuszowi Łomnickiemu pozwólcie zagrać Leara, ale nie pozwólcie mu go reżyserować". A ja pytam - dlaczego? Zastanawiałam się zawsze. Wymarzonego Leara? Pojechał w rezultacie grać Leara do Poznania i tam na scenie umarł. Wielki, wielki. Jego zdjęcie wisi przy wejściu do teatru w Poznaniu, podobno młodzież aktorska pyta - kto to?
J.C.: To wszystko działo się po wielkiej roli Łomnickiego w Ja, Feuerbach, po Beckettowskich rolach w Studiu.
K.J.: Tadek chodził po Warszawie i płakał, że nikt go nie chce zatrudnić. Widziałam to, bo bywałam co wieczór u Janka Łomnickiego, który reżyserował Modrzejewską. Mieszkałam po sąsiedzku. Co to za wściekłe miasto?
J.C.: Powiedzmy o kamieniach milowych repertuaru Polonii, Danucie W. i Zapiskach z wygnania. Oba spektakle były wydarzeniami, również dlatego, że opowiedziały o historii polskich kobiet w wirze historii, po tym, jak ich rolę i znaczenie pomijano.
K.J.: Zanim dostałam propozycję zagrania Danuty Wałęsowej, chwilę przedtem przeczytałam jej książkę. Spodobała mi się. Kiedy padła propozycja, żebym to zagrała - doznałam objawienia. "Jezus, Maria, jaki to pomysł! Jaka to jest szansa" - pomyślałam. Zgodziłam się od razu. Pod warunkiem, że napiszę adaptację, bo z tej książki można wybrać kilka różnych historii. Danusia dała mi zielone światło, a ja zaprosiłam do reżyserii Janusza Zaorskiego, który bywał u państwa Wałęsów w domu, kręcił o nich dokumenty i miał dostęp do wszystkich historycznych zapisów filmowych. Wykorzystaliśmy je jako ilustracje spektaklu na ekranie w tle za mną. Wiedziałem, że gdy stanę za kuchennym blatem jako Ona, widz, szczególnie młody, musi znać kontekst opowieści, czyli współczesną historię Polski, której Lech Wałęsa był głównym bohaterem.
J.C.: A pani pokazała znaczenie jego rodzinnej kuchni. Dosłownie i w przenośni.
K.J.: Inspiracja przyszła z życia. Janusz pojechał na dokumentację do Danusi, akurat była w kuchni, przygotowywała szarlotkę. Poprosił o przepis z myślą o programie teatralnym, gdzie go zamieściliśmy, ale wymyślił też, żeby opowieść zbiegała się na scenie z przygotowaniem szarlotki w moim wykonaniu. Ten zapach pieczonej szarlotki w teatrze będzie mi towarzyszył do końca życia.
J.C.: Czy obserwowała pani wzruszenie wśród kobiecej publiczności?
K.J.: Wiele osób płakało. Były też flagi biało-czerwone.
J.C.: Wałęsa czuł się chyba na początku urażony?
K.J.: Książki nie czytał, nastawiono Go źle, przyszedł w ostatniej chwili na premierę, zobaczył, jak to wyglądało z perspektywy Danusi. I był zadowolony.
J.C.: Kiedy padały pierwsze ostrzeżenia przed powrotem antysemityzmu i nietolerancji, niektórzy mówili, że to przesada. Premiera Zapisków z wygnania przypadła już na czas, gdy z faktami nie było co dyskuto-wać.
K.J.: W spektaklu są cytaty z czterech filmów dokumentalnych. W jednym z nich pani Janina Katz mówi, że antysemityzm po wojnie był w Polsce oficjalnie zabroniony. Dlatego go nie było. Pozornie! A jeśli władza antysemityzm toleruje - on wychodzi na powierzchnię. Ten spektakl to ważne wieczory w teatrze. Uwielbiam to grać-opowiadać, w te dni wiem, po co jestem aktorką.
J.C.: Często pani podkreślała rodzinny charakter teatru.
K.J.: Uwielbiam, jak grają rodziny i starzy aktorzy. Jurek Łapiński, Wiesia Mazurkiewicz, Ignacy Gogolewski, Basia Krafftówna, Wojtek Pokora. A rodziny? Czasem mówię: "Robimy teraz czar par", grają same małżeństwa. Albo matki i synowie, ojcowie i córki... To uruchamia wyjątkowe pokłady emocji, a publiczność to czuje. Ale najbardziej lubię, jak grają dzieci z rodzicami. Grzegorz Warchoł ze swoją córką. Wiktor Zborowski z córką, Marysia Winiarska z córką, Andrzej Seweryn z naszą córką Marysią. Janka Peszka reżyseruje jego syn, Anię Seniuk Jej syn.
J.C.: A pani z Sewerynem kiedyś zagra?
K.J.: Tak. Jeśli tego będzie chciał! Ale u nas.
J.C.: Co pani planuje w repertuarze?
K.J.: Najnowszą październikową premierą jest Władca much. W grudniu Na rauszu z udziałem i w reżyserii Marcina Hycnara. W lutym Geniusz Tadeusza Słobodzianka z Jackiem Braciakiem i Jerzym Stuhrem w jego reżyserii. W marcu Ciemny grylaż Jerzego Dobrowolskiego i Stanisława Tyma w reżyserii Cezarego Żaka. To genialny tekst o redakcji gazety w dawnej Jugosławii, o manipulacji mediami, z ministrem wydzwaniającym do redaktora naczelnego. W czerwcu będą Czułe słówka w reżyserii Pawła Paszty z Katarzyną Gniewkowską, Elizą Rycembel i Krzyśkiem Draczem. We wrześniu będzie reżyserował Waldemar Śmigasiewicz, tekst powstaje. W Och-Cafe będzie nowy tekst Szymona Majewskiego. W październiku genialna sztuka z czeskiej Pragi Koniec czerwonego człowieka według Swietłany Aleksijewicz z motywami rosyjskiej klasyki w ujęciu Daniela Majlinga. Mam zamiar to reżyserować. W grudniu Sztuka wywiadu Jarosława Mikołajewskiego z Jankiem Peszkiem na Jego jubileusz. A co ja chcę zagrać w 2025 roku - jeszcze nie wiem.
J.C.: Co pani czuje po zwycięstwie opozycji?
K.J.: Ulgę, radość, ale też zdziwienie, że jednak po tych ośmiu latach kłamstwa i nadużyć Prawo i Sprawiedliwość (ta nazwa brzmi jak przekleństwo) uzyskało tak duży procent poparcia. A z drugiej strony to poparcie dla PiS to świadectwo biedy ludzi. No i lęk o te najbliższe kilka miesięcy przepychanek, okres przejmowania władzy, a później... troska o najbliższe lata. Opozycja dostanie państwo na rok 2024 z 35-miliardową dziurą budżetową, z budżetem nie do zrealizowania praktycznie, no i nieobliczonym jeszcze deficytem całego państwa. To będzie trudne, to będzie teraz bolało. To "powtórka z rozrywki" po czasach komunizmu.
Rozmawiał
JACEK CIEŚLAK