Notatnik Literacki 2-3(7-8)/2025 PRZEMOC - Praca zbiorowa

Kup ebooka

36.00 zł

-
Proszę czekać

PRZYDATNY BRAK OCZEKIWAŃJOANNA KUCIEL-FRYDRYSZAKIREK GRIN

Joanna Kuciel-Frydryszak i jej spór z Wydawnictwem Marginesy poruszył scenę literacką w Polsce. Fakt, że pisarka zaczęła głośno mówić o swoich oczekiwaniach, ośmielił jej koleżanki i kolegów po piórze do publicznego zabierania głosu w sprawie niesprawiedliwych reguł panujących na rynku wydawniczym w Polsce. Czy autorka bestsellerowych Chłopek stanie się twarzą literackiej rewolucji? Jak radzi sobie z hejtem, który towarzyszy jej, od kiedy postanowiła wyartykułować swoje oczekiwania? I czy wynagrodzenie dla osób piszących to sprawa genderowa? Między innymi o tym z Joanną Kuciel-Frydryszak rozmawia Irek Grin.

JOANNA KUCIEL-FRYDRYSZAK - absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, pisarka i dziennikarka; debiutowała jako reporterka Polskiego Radia, najdłużej związana była z wrocławską prasą. Autorka biografii Antoniego Słonimskiego Słonimski. Heretyk na ambonie i Kazimiery Iłłakowiczówny Iłła, a także bestsellerowych reportaży historycznych Służące do wszystkiego i Chłopki. Opowieść o naszych babkach. Ostatnia książka wywołała społeczny rezonans, stając się jedną z najpopularniejszych książek dwudziestopięciolecia i osiągając rekordowy nakład. Zdobyła szereg nagród, m.in. Nagrodę Newsweeka im. Teresy Torańskiej, O!lśnienia Onetu, dwie statuetki Bestsellerów Empiku, tytuł "Mądra Książka Roku", była też nominowana do Nagrody Literackiej Nike i Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Mieszka we Wrocławiu, należy do stowarzyszenia zawodowego pisarzy Unia Literacka.

Irek Grin: Jest początek kwietnia 2025 roku. Numer, w którym opublikujemy tę rozmowę, ukaże się w lipcu i będzie poświęcony najróżniejszym przejawom przemocy. Poruszymy w tej rozmowie temat twojego sporu z wydawcą, o którym dzisiaj mówi Polska nie tylko literacka, choć będzie to wróżenie, bo nie wiemy przecież, jak sytuacja będzie wyglądać w lipcu. Chciałbym jednak zacząć inaczej: opowiedz o swoim doświadczeniu przejścia od dziennikarstwa do pisania książek. Jesteś jedną z niewielu osób, które złapały istotę przenikania się języków dziennikarskiego i literackiego. Zaryzykuję tezę, że dzięki temu udało ci się stworzyć coś na kształt własnego języka: melanżu dokumentu, biografii literackiej, reportażu i książki historycznej. Właściwie mówimy o twoim znaku rozpoznawczym, charakterystycznym dla wszystkich pięciu książek - traktuję bowiem wznowienie biografii Antoniego Słonimskiego, twojego debiutu, jako rzecz inną nieco od pierwowzoru.

Joanna Kuciel-Frydryszak: Jednak czterech, bo uzupełnienia w nowym wydaniu Słonimskiego nie tworzą zupełnie nowej książki. Chociaż - teraz uważaj - rzeczywiście napisałam pięć książek. Nigdy nie mówiłam o tym publicznie, ale mam w szufladzie nieopublikowaną powieść.

Ho, ho, to mamy newsa. Chętnie do niego później wrócę.

Dobrze. Odpowiadając na pytanie: to dla mnie ważne, że mój indywidualny styl zaczyna być dostrzegany. Czytelnicy i czytelniczki często definiują go w ten sposób: to teksty dokumentacyjne, które czyta się jak powieść. I właśnie to chcę osiągnąć, ale nie dzięki stosowaniu jakichś wykoncypowanych figur czy technicznych trików. Na ten efekt składa się raczej, jak zawsze w przypadku pisania, suma przeczytanych lektur i przeprowadzonych rozmów, przepuszczonych przez osobisty filtr. Chcę opowiadać tak, by - co widać szczególnie w dwóch ostatnich książkach - być jak najbliżej odbiorcy. To próba odpowiedzi na czytelnicze potrzeby, o których nie można zapominać, swoista pomoc autorska w "przyswojeniu" tekstu, unikająca niepotrzebnych komplikacji, trochę przypominająca gawędę, trochę opowieści rodzinne. Najbardziej świadomie używam tej formy w Chłopkach. Upraszczałam tam wszystko, co można było uprościć, i złamałam tę zasadę zaledwie kilka razy.

Ogólnie rzecz biorąc, próbuję karkołomnej sztuki docierania do jak najszerszego grona czytelniczek i czytelników. Marzy mi się wywołanie przyjemności płynącej z lektury zarówno u profesorki akademickiej, jak i u osoby mniej wykształconej, nieczytającej zawodowo. W zrozumieniu tej potrzeby pomogła mi praca nad biografią Słonimskiego. To książka adresowana do czytelnika inteligenckiego, choćby z racji wyboru bohatera. Używam w niej aparatu niemal naukowego - to moja jedyna publikacja z przypisami. Kiedy zaczęłam nad nią pracować, byłam jeszcze dziennikarką i nie wiedziałam, jak się pisze książki. Poza tym byłam spięta. Właściwie połknęłam kij. Myślałam z przerażeniem, że tę książkę przeczyta na przykład Adam Michnik, sekretarz pana Antoniego. Pracując niedawno nad wznowieniem, chyba trochę się "rozpięłam". Co prawda okazało się, że nie umiem napisać książki na nowo, w związku z czym zmiany nie są bardzo głębokie - ale wydaje mi się, że udało mi się zmieścić w niej więcej powietrza.

A dlaczego zaczęłaś pisać tę biografię?

Żeby porwać się na pisanie książki, trzeba znaleźć się w jakimś specjalnym momencie życia. U mnie to był czas, kiedy poczułam, że "wyrosłam" z dziennikarstwa. Nie w takim znaczeniu, że dziennikarstwo to zabawa, z której się wyrasta - po prostu miałam poczucie, że więcej w tym fachu już nie zrobię. Zbiegło się to z procesem osłabiania wagi i roli dziennikarstwa prasowego; zaczęło się ono gwałtownie przenosić do internetu i często stawać wyłącznie dodatkiem do reklam, poza tym mocno się upolityczniło. Przestałam widzieć w nim miejsce dla siebie. Jednak to wciąż był mój ukochany zawód, właściwie stan umysłu, i nie było łatwo powiedzieć sobie, że już nic istotnego w nim nie zrobię.

Praca w redakcjach była dla mnie bezcenną lekcją nie tylko myślenia o świecie, ale też warsztatu. I myślę, że to widać w moich książkach, nawet jeśli bardzo się już oddaliłam od tego stylu pisania. Chciałabym, żeby mój indywidualny język, o którym mówiliśmy, był właśnie połączeniem literatury pięknej i dziennikarstwa, z przewagą literatury pięknej. I nie przeszkadza mi fakt, że przez to mojego pisania nie da się łatwo zaklasyfikować.

Przypomniało mi to lekkie zaskoczenie wielu osób, także moje, kiedy Chłopki nie dotarły do finału Nagrody Kapuścińskiego. Wyjaśniłam to sobie tak, że ludzie piszący reportaże prawdopodobnie są przekonani, że moja książka reportażem nie jest - i uświadomiłam sobie wtedy, że nie zależy mi na gatunkowym zaszufladkowaniu.

Wspomniałeś wcześniej, że dziś ma premierę numer "Notatnika Literackiego" poświęcony nagrodom literackim. Przypomniało mi to lekkie zaskoczenie wielu osób, także moje, kiedy Chłopki nie dotarły do finału Nagrody Kapuścińskiego. Wyjaśniłam to sobie tak, że ludzie piszący reportaże prawdopodobnie są przekonani, że moja książka reportażem nie jest - i uświadomiłam sobie wtedy, że nie zależy mi na gatunkowym zaszufladkowaniu. Poszukiwanie własnej formy wyklucza istnienie w jakiejś uprzednio zdefiniowanej i utrwalonej w tradycji przestrzeni. Nie ma znaczenia, czy nazwą twoją książkę reportażem historycznym, czy jeszcze inaczej. Czytelnicy nie szukają definicji gatunkowej dla książki, która jest dla nich ważna. Ja jako czytelniczka też jej nie szukam. Te określenia to biblioteczne fiszki. Pomagają mediaworkerom pozycjonować nowy tytuł, służą przede wszystkim marketingowi.

Ale też porządkują różne zjawiska, przynajmniej te, które możemy próbować uporządkować.

Owszem. Gdybym miała spróbować określić moje gusta jako czytelniczki, nie autorki, powiedziałabym, że najbliżej mi do "reportażu społecznego", tego, który widzi i opisuje zmarginalizowania, wykluczenia, przemoc wobec słabszych, niesprawiedliwości. Najbardziej lubię teksty zaangażowane społecznie i w tym znaczeniu pozostaję dziennikarką-aktywistką. Służące do wszystkiego i Chłopki to dowód na moje aktywistyczne korzenie, na to, że czuję konieczność mówienia o nieopowiedzianym, często ukrywanym. Pomysł na biografię Słonimskiego też ma takie źródło.

Niepokoiło mnie tylko to, że Adam Michnik milczał w tej sprawie. Ja z nim oczywiście rozmawiałam podczas pracy nad książką, ale pisałam ją po swojemu. Korzystałam na przykład z materiałów esbeckich, które uznałam za źródło jak każde inne, i napisałamo wielu faktach z życia Słonimskiego jako pierwsza. Ale może naczelny "Wyborczej" takich źródeł nie akceptował?

Kiedy mówiłam o upolitycznieniu dziennikarstwa w czasach, gdy się z nim rozstawałam, to chciałam także opowiedzieć o wolności, którą dała mi decyzja o napisaniu książki. Słonimski. Heretyk na ambonie, tak jak wszystkie moje książki, nie został przez nikogo zamówiony. Sama chciałam zmierzyć się z fascynującą mnie postacią. Zresztą nie wiedziałam wówczas, czy to nie będzie jedyna moja książka. Zawsze chciałam pisać, ale byłam przekonana, że będę pisać powieści, nie non-fiction. Temat wziął się z niedoboru informacyjnego: chciałam czytać o Antonim Słonimskim, a informacji ciągle było za mało. Oczywiście najwięcej wiedziałam, jak wszyscy, od Adama Michnika, ale czułam niedosyt. I tak sobie odkładałam do teczek różne materiały, aż pewnego dnia pomyślałam: "Kurczę, nie powstała jeszcze żadna książka o Słonimskim. Może ja bym ją napisała?". Przyznasz, że to bezczelny pomysł, szczególnie że wówczas nie miałam nawet rozeznania, jak wygląda spuścizna po poecie, a przecież od tego powinnam była zacząć. Stwierdziłam za to, że zapytam w jakimś wydawnictwie, co sądzą o tym pomyśle. Napisałam więc do redaktora w W.A.B., co myśli o tym, żeby debiutantka napisała książkę o takim pomnikowym bohaterze, bez konkretów, bo nie chcę go zanudzać. Odpowiedział: "Ależ proszę mnie zanudzić". No i musiałam szybko wymyślić jakiś rodzaj konspektu - do dziś pozostaje on jedynym złożonym przeze mnie w wydawnictwach. Nazmyślałam coś, co nijak się miało do efektu końcowego, ale było przesiąknięte Słonimskim po mojej lekturze jego przedwojennych felietonów.

Ostatecznie książka sprzedała się może w sześciu tysiącach egzemplarzy, ale została zauważona przez różne kapituły, na przykład Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego. I mimo że nie zdobyła nagród, to nominacje były dla mnie naprawdę dużą sprawą. Niepokoiło mnie tylko to, że Adam Michnik milczał w tej sprawie. Ja z nim oczywiście rozmawiałam podczas pracy nad książką, ale pisałam ją po swojemu. Korzystałam na przykład z materiałów esbeckich, które uznałam za źródło jak każde inne, i napisałam o wielu faktach z życia Słonimskiego jako pierwsza. Ale może naczelny "Wyborczej" takich źródeł nie akceptował? Zdawałam sobie sprawę, że Słonimski to dla niego świętość, i nie wiedziałam, co myśli o mojej książce. No i pewnego razu zaproszono mnie do Krakowa na promocję, a w dyskusji miał wziąć udział również Adam Michnik. Tak się bałam tego spotkania, że nie pojechałam. Skończyło się tak, że on siedział i promował Heretyka na ambonie. Dopiero po czasie, kiedy zobaczyłam zdjęcia i przeczytałam jego pozytywną opinię o książce, napięcie ze mnie opadło.

Czyli spotkanie podczas tegorocznej edycji Festiwalu Góry Literatury, na które oboje przyjęliście zaproszenie z okazji roku Słonimskiego i wznowienia twojej książki, będzie waszą pierwszą wspólną publiczną rozmową?

Tak, chociaż widujemy się czasem przy różnych okazjach. Ostatnio się śmiał, że przyjdzie do mnie po autograf na Chłopach Reymonta.

Nominacje i dobre recenzje uświadomiły mi "inteligenckość" Słonimskiego. Bo to dla inteligenckiego czytelnika Antoni Słonimski był i jest ważny. Równocześnie tłumaczy to, czemu Heretyk nie najlepiej się sprzedał. I nawet jeśli dziś myślę zupełnie inaczej o wymarzonym czytelniku, to właśnie debiut dał mi poczucie, że mogę robić to, co chcę, czyli pisać. Iłła była troszeczkę innym przypadkiem - została "wydyskutowana" z redaktorem. To, że Iłłakowiczówna nie miała biografii, zaskakiwało. I kusiło. Praca nad książką okazała się niesamowitą przygodą, również warsztatową. Iłłakowiczówna prowadziła olbrzymią korespondencję, musiałam mnóstwo przeczytać i przefiltrować, a pisarka była dla mnie trudną bohaterką, obcą mi światopoglądowo. To zabawne, że w wypadku tych dwóch książek nie występuje "współczytelnictwo", to znaczy: jeśli ktoś czytał Słonimskiego, to nie czytał Iłły - i odwrotnie. Tak jakby moi czytelnicy podzielili się na dwie oddzielne, niewidzące się grupy.

Znam obie książki. Z perspektywy czytelnika to wygląda raczej tak, jakby napisały je dwie różne pisarki.

Coś w tym jest. Ja sama byłam zaskoczona różnicą, bo przecież nie tworzyłam jej świadomie. Chyba naprawdę jest tak, że bohater niejako wymusza na autorze sposób prowadzenia narracji i ciągnie go w rejony, w które sam dobrowolnie by się nie zapuścił. Iłła wymagała ode mnie czegoś zupełnie innego niż "podżyrowany ironią" Słonimski. W Ille pojawia się humor innego rodzaju, bardziej dobroduszny, typowy dla Iłłakowiczówny. A już najmniej ironii jest w Chłopkach. Co zresztą też było dla mnie kłopotliwe, bo trudno mi zrezygnować z humoru czy dowcipu.

Przeciwieństwem ironii jest w literaturze głęboka empatia. Nie dziwię się, że nie używałaś w tej książce narzędzi dystansujących.

Używałam, tyle że innych niż ironia, na przykład podawałam explicite czyjąś wypowiedź i unikałam komentowania. Nie spodziewałam się tego po sobie. Nie myślałam, że zejdę tak głęboko, do miejsca, gdzie nie będzie przestrzeni na krotochwile, szczególnie że pisałam tę książkę w bardzo specyficznym stanie ducha.

Wróćmy na moment do początku twojej drogi. Zostawiłaś zawodowe codzienne dziennikarstwo, pisałaś biografię Słonimskiego... Z czego wtedy żyłaś?

Głównie ze stypendium ministra kultury, które dostałam na Słonimskiego. Przez wiele lat pisałam także felietony pod pseudonimem dla "Wysokich Obcasów Ekstra". Jeszcze do niedawna zajmowałam się dziennikarstwem jako freelancerka. Ale chwilę wcześniej byłam przecież dziennikarką etatową. W okresie przewrotu w branży i końca jej złotych czasów siedziałam w redakcji jednej z wrocławskich gazet z Jackiem Antczakiem, biurko w biurko z Joanną Lamparską i Leszkiem Budrewiczem. Jako przewodnicząca związku zawodowego weszłam w spór zbiorowy z zarządem firmy należącej do norweskiego koncernu Orkla. Okazało się to dla mnie fundamentalnym doświadczeniem i pokazało mi sens walki, zwłaszcza gdy prawo wydaje się stać po twojej stronie. Choć wiadomo, że co innego przepisy prawa, a co innego ich egzekwowanie.

Skoro już wspomniałaś o swoim zaangażowaniu społecznym, porozmawiajmy o sytuacji, w której znajdujesz się obecnie. Niedawno publicznie ogłosiłaś, że zamierzasz pozwać swoje wydawnictwo, Marginesy, korzystając z tak zwanej klauzuli bestsellerowej, zawartej w ustawie o prawie autorskim. Sprzedałaś pół miliona egzemplarzy Chłopek i uważasz, że dysproporcja pomiędzy zyskiem wydawnictwa a twoimi tantiemami ze sprzedaży jest zdecydowanie za duża i należy ci się sprawiedliwy podział zysków. I w jakimś sensie rozpętałaś burzę, która wyszła daleko poza nasze literackie środowisko. Temat podjęły największe media. Paradoksalnie zatem potężną i powszechną dyskusję na temat zarobków pisarzy uruchomiły nie osoby pisarskie z trudem wiążące koniec z końcem, których jest zdecydowana większość, lecz autorka z, dajmy na to, milionem na koncie, która upomniała się o drugi milion, czyli kwotę dla tysięcy autorek i autorów nieosiągalną przez całe życie twórcze. A jednocześnie twoje wpisy czy informacje są maksymalnie zobiektywizowane. Nie ma w nich wszechobecnych dzisiaj emocji, które rządzą klikalnością i, działając na granicy szantażu moralnego, podnoszą chór oburzonych głosów, tak naprawdę niezainteresowanych meritum sporu.

Z tym milionem to nie doszacowałeś (śmiech). A poważnie: rzeczywiście ta akcja wzięła się z głębokiego poczucia niesprawiedliwości. Miałam świadomość, że będę mówiła nie tylko we własnym imieniu, więc nad formą nagłośnienia problemu długo się zastanawiałam. Musiałam zachować tajemnicę nawet przed Unią Literacką, walczącą o zmianę sytuacji autorów - przecież obowiązują mnie zapisy o poufności, nie mogłam zatem ujawnić, co mi zaproponowano i dlaczego musiałam odmówić. Przy czym chciałabym mocno podkreślić: tu nie chodzi o pieniądze, lecz o proporcje. Nieważne, o jakich kwotach mówimy, ważne, żeby - zgodnie z obowiązującym prawem - podział zysków był sprawiedliwy i zgodny z nakładem pracy oraz udziałem w sukcesie rynkowym książki. W moim przypadku tak nie jest. Kiedy to do mnie dotarło, powiedziałam sobie: aha, więc nawet gdy przynosisz wielkie pieniądze wydawcy, nie możesz liczyć na sprawiedliwe wynagrodzenie, jesteś jedynie maszynką do zarabiania pieniędzy. Po kilku miesiącach rozmów nieprowadzących do niczego postanowiłam wystąpić do sądu. Właśnie dlatego, że prawo daje taką możliwość.

Z drugiej strony moja prekariacka droga wcale nie skończyła się wraz z opublikowaniem Chłopek. Od kilkunastu lat żyję - jak większość autorek i autorów - właściwie bez ubezpieczenia, z poczuciem, że jakoś to będzie, minimalizując potrzeby, bez nadmiernych oczekiwań.

Wspomniałam już, że byłam związkowczynią. Powinnam dodać, że miałam ksywę "Krzaklewska" ze względu na swoją nieustępliwość. To jakiś chichot losu, że osoba taka jak ja - głęboko wierząca w to, że nie dla zarobku zajmujemy się pisarstwem, że nie kalkulujemy, jak by tu znaleźć "chodliwy" temat, że piszemy o tym, co dla nas ważne - walczy o prawa autorów za pomocą własnej sprawy, w którą są zaangażowane naprawdę duże pieniądze.

Miałam świadomość, że będę mówiła nie tylko we własnym imieniu, więc nad formą nagłośnienia problemu długo się zastanawiałam. Musiałam zachować tajemnicę nawet przed Unią Literacką, walczącą o zmianę sytuacji autorów - przecież obowiązują mnie zapisy o poufności, nie mogłam zatem ujawnić, co mi zaproponowano i dlaczego musiałam odmówić. Przy czym chciałabym mocno podkreślić: tu nie chodzi o pieniądze, lecz o proporcje.

Z drugiej strony moja prekariacka droga wcale nie skończyła się wraz z opublikowaniem Chłopek. Od kilkunastu lat żyję - jak większość autorek i autorów - właściwie bez ubezpieczenia, z poczuciem, że jakoś to będzie, minimalizując potrzeby, bez nadmiernych oczekiwań. To zabawne: nie mając pieniędzy i nieszczególnie o nich myśląc, nagle musiałam się nimi zająć. To, co teraz powiem, może się wydać dziwne, ale kiedy nie mamy pieniędzy, one nie grają jakiejś wyjątkowej roli w naszym życiu. Stają się absorbujące, dopiero kiedy się pojawiają. Oczywiście mówię jedynie w swoim imieniu. Na pewno są osoby, które chcą żyć z pisania. Mnie jeszcze do niedawna wydawało się to niemożliwe. Nie tylko z powodu zwyczajów panujących w branży, ale głównie dlatego, że wybierając tematy do książek, kierowałam się wyłącznie swoimi "kaprysami". Kiedy mówiłam, że piszę o wiejskich kobietach żyjących w Polsce w okresie międzywojennym, słyszałam przede wszystkim: "Temat wiejski? A komu to potrzebne? Dla kogo to jest?". Mam mnóstwo przykładów ludzi podważających sens opowiadania o tym temacie.

Również wśród wydawców?

Hanna Grudzińska od razu po przeczytaniu spodziewała się sukcesu i dostrzegła potencjał sprzedażowy Chłopek. Powiedziała: "Pani Joanno, to wspaniała książka, wszystkie kobiety będą chciały ją czytać", i zdecydowała o nakładzie startowym w wysokości dziesięciu tysięcy egzemplarzy. Premiera była pod koniec maja, a w drugiej połowie czerwca nakład był już wyczerpany.

Nie, trzeba przyznać, że wydawca, a konkretnie wydawczyni: Hanna Grudzińska od razu po przeczytaniu spodziewała się sukcesu i dostrzegła potencjał sprzedażowy Chłopek. Powiedziała: "Pani Joanno, to wspaniała książka, wszystkie kobiety będą chciały ją czytać", i zdecydowała o nakładzie startowym w wysokości dziesięciu tysięcy egzemplarzy. Premiera była pod koniec maja, a w drugiej połowie czerwca nakład był już wyczerpany.

Od ponad dziesięciu lat spędzamy z mężem wakacje we Francji, w Bretanii, bo jesteśmy szalonymi frankofilami. To największy luksus, na jaki sobie pozwalamy, choć żyjemy tam bardzo skromnie - stać nas było na wyjazd, ale już nie na jedzenie w restauracjach. Prekariusze jednak sobie radzą: wynajmują pokój z kuchnią i sami gotują. Tak było i w roku wydania Chłopek. Kiedy w sierpniu, a więc niecałe trzy miesiące po premierze, dostałam od szefowej Marginesów SMS-a, że sprzedaż przekroczyła sto tysięcy, od razu poszliśmy do knajpy świętować.

I od tej pory codziennie odwiedzaliście bretońskie restauracje?

Niestety, na pieniądze ze sprzedaży książek czeka się długo. Zbyt długo, moim zdaniem. W większości wydawnictw sprzedaż rozliczana jest dwa razy do roku, w niektórych jedynie raz. To jedno z tych zachowań wobec autorów, które nazwałabym przemocowym. Wydawcy wiedzą, że większość pisarzy boryka się z kłopotami finansowymi, ale zamiast ich wspomóc, trzymają na przykład przez rok ich dwadzieścia tysięcy złotych, właściwie bez żadnego uzasadnienia, poza, jak sądzę, chęcią inwestowania. Tymczasem dla wielu pisarzy to duże pieniądze.

Warto jednak oddać sprawiedliwość wydawcom, którzy na to zasługują: znam autorów rozliczanych kwartalnie, choć to rzadkie. Modelowa umowa, którą dla Unii Literackiej przygotowała renomowana kancelaria prawna doktora Michała Markiewicza, zaleca właśnie kwartalne rozliczenia. O ile mi wiadomo, nowe wydawnictwo Kuby Żulczyka proponuje autorom rozliczenia miesięczne, rozumiejąc doskonale sytuację pisarzy.

Twoje wydawnictwo twierdzi, że składało ci uczciwe propozycje, ale ty je odrzuciłaś.

Proponowałam im publiczne ujawnienie wszystkich złożonych mi propozycji - przekonalibyśmy się, jak bardzo były uczciwe i korzystne dla mnie.

Proponowałam im publiczne ujawnienie wszystkich złożonych mi propozycji - przekonalibyśmy się, jak bardzo były uczciwe i korzystne dla mnie.

Zacznijmy od tego, że to ja poprosiłam o wyrównanie wynagrodzenia, powołując się na "klauzulę bestsellerową". Książka sprzedała się już wówczas w czterystu tysiącach egzemplarzy. Znając wpływy wydawnictwa z jej dystrybucji, potrafiłam ocenić, jak wielka dysproporcja jest między moim wynagrodzeniem a tym, co zostaje w wydawnictwie. W dodatku doszło wówczas do pewnej koincydencji. Otóż we wrześniu sejm zmodyfikował ustawę o prawie autorskim w taki sposób, że "klauzula bestsellerowa" zaczęła sprzyjać twórcom. To ważne o tyle, że wydawnictwo z jednej strony twierdziło, że chce się ze mną rozliczyć, przyznając, że zapisy mojej umowy nie są adekwatne do sytuacji sprzedażowej Chłopek, a z drugiej - że mnie "klauzula bestsellerowa" nie dotyczy. A ja pytałam, wtedy jeszcze w tonie przyjaznym: jeśli nie dotyczy mnie, to kogo?

Ta sprawa jest ciekawa także dlatego, że ma tło genderowe. Negocjacje prowadził mężczyzna, prezes Marginesów, a kobieta, redaktorka naczelna, milczała i wydawało się, że nie może zrobić nic, by zmienić ich bieg. Z pewnością znaczenie miało także to, że pieniędzy domaga się autorka.

"Wtedy jeszcze w tonie przyjaznym"?

Na początku wydawało mi się, że uda nam się porozumieć, ale bardzo szybko sprawy przyjęły przykry dla mnie obrót. Już propozycje, które złożono mi w formie pisemnej, wbrew wcześniejszym ustaleniom, okazały się nie do przyjęcia i świadczyły o tym, że nie chodzi o sprawiedliwy podział zysków, ale o to, by wydawnictwo zabezpieczyło swój interes. Aby dostać pieniądze, miałam spełnić kilka niekorzystnych dla mnie warunków, ingerujących w moje twórcze i zawodowe wybory, krótko mówiąc: dewastujących nasze relacje. Potem, już z pomocą prawniczki, prowadziłam coś w rodzaju negocjacji. Choć wątpię, czy można tak nazwać tę wymianę zdań, skoro w kwestiach zasadniczych wydawnictwo nie ustąpiło. Okazało się, że najgorsze folwarczne wzorce wciąż są obecne w polskich stosunkach pracy. Wydawnictwo występowało z pozycji dominującej i wszechwładnej, tak jakby mówiło: "masz słabe karty", jakby było pewne, że nie złożę pozwu. Pewnie ich prawnicy zapewniali, że to zbyt trudne, zbyt kosztowne, że sędziowie po raz pierwszy będą orzekać w takiej sprawie. Cóż, widocznie mam większą wiarę w sędziów.

Ta sprawa jest ciekawa także dlatego, że ma tło genderowe. Negocjacje prowadził mężczyzna, prezes Marginesów, a kobieta, redaktorka naczelna, milczała i wydawało się, że nie może zrobić nic, by zmienić ich bieg. Z pewnością znaczenie miało także to, że pieniędzy domaga się autorka. Kobieta. Negocjującym pewnie wydawało się, że można mnie łatwo usadzić, zbagatelizować moje żądania.

Po tym, jak opublikowałam post, w którym zapowiedziałam złożenie pozwu, wypowiedzieli się moi koledzy po piórze: Kuba Żulczyk i Szczepan Twardoch. Jestem wdzięczna za ich głosy. Podzielili się swoim doświadczeniem i - w zawoalowanej formie - stawkami. A ja nie mam wątpliwości, że z nimi wydawcy nigdy nie rozmawialiby tak, jak rozmawiali ze mną.

Spodziewałaś się takiego odzewu środowiska? Jak się czujesz jako ikona rewolucji?

Nie wiem, czy aż rewolucji, ale nie tracę nadziei, że mamy do czynienia z przełomowym momentem i że nastąpią zmiany, na które wszyscy czekaliśmy, bo frustracja pisarzy sięgnęła zenitu. Ogromne poparcie, jakie dostałam, jest wynikiem właśnie opłakanej sytuacji autorów. Bardzo dziękuję wszystkim pisarkom i pisarzom, którzy mnie wspierali i wspierają. Zarówno członkom Unii Literackiej, jak i niezrzeszonym. Cieszę się, że mogłam przemówić nie tylko w swoim imieniu i że zostało to dostrzeżone i docenione. Z drugiej strony - nie wszystkie zmiany mogą przebiegać ewolucyjnie. Czasem musi stać się coś bolesnego. Trzeba powiedzieć: na to się nie umawialiśmy, nawet jeśli druga strona twierdzi, że tak. I trzeba zapłacić za to cenę. Ja ją płacę. Praktycznie od kilku miesięcy żyję wyłącznie tą sprawą.

Cieszę się, że mogłam przemówić nie tylko w swoim imieniu i że zostało to dostrzeżone i docenione. Z drugiej strony - nie wszystkie zmiany mogą przebiegać ewolucyjnie. Czasem musi stać się coś bolesnego. Trzeba powiedzieć: na to się nie umawialiśmy, nawet jeśli druga strona twierdzi, że tak. I trzeba zapłacić za to cenę. Ja ją płacę. Praktycznie od kilku miesięcy żyję wyłącznie tą sprawą.

Nie doświadczyłaś żadnego hejtu? Nie pojawiały się nienawistne głosy?

Były, może nadal są, ale ja ich nie śledzę. Okazało się, że jestem na to odporna. Oczywiście gdyby ktoś pomówił mnie albo moją rodzinę, zapewne bym zareagowała. Ale co mam zrobić z tymi wszystkimi głupotami, które wypisują ludzie? Nie zamierzam w tym uczestniczyć. Czasem jedynie nachodzi mnie refleksja, że za nienawistnymi wpisami mogą kryć się nie tylko jacyś chuligani w bejsbolówkach, ale także mili i ciepli na co dzień ludzie, może nawet moi znajomi. To mi nie poprawia nastroju. Ale - powtórzę - jestem odporna. Chociaż nie tak impregnowana jak Jacek Dehnel, prezes Unii Literackiej. On ma chyba, podobnie jak Słonimski, u którego zdiagnozował to Boy, "podwójnie rozwinięte gruczoły nienawiści". Ta cecha powoduje, że Jacek czasem wręcz rozkwita w internetowych "naparzankach". Jego krytycy osiągają efekt odwrotny do zamierzonego.

Mierzę się oczywiście z zarzutami, że moje kłopoty to problemy bogatego świata. Ale należę przede wszystkim do wspólnoty pisarzy i dobrze wiem, co nas trapi. Poza tym rzeczywiście: by móc wytoczyć proces, trzeba mieć pieniądze i liczyć się z ogromnymi wydatkami, dlatego większość z nas jest bezsilna wobec niekorzystnych umów. A ja po raz pierwszy mam ten komfort, że mogę zawalczyć, wierząc, że tylko sprzeciw i zamanifestowanie sprawczości mogą zmienić sytuację. Ta sprawa wzbudziła złość wielu wydawców i w jakimś sensie ich rozumiem. To moment zwrotny w naszych relacjach - i powinniśmy teraz poukładać je na nowo, po partnersku, a nie z pozycji siły dominującej, która w autorze widzi petenta.

Nasza rozmowa ukaże się na początku lipca. Jaki twoim zdaniem będzie wtedy stan tej sprawy?

Nie mam pojęcia. Pewnie w lipcu pozew będzie już złożony. Jedno wydaje się pewne: do tego czasu ta historia się nie skończy. Równocześnie, jakikolwiek byłby jej finał, kiedy sprawa trafi do sądu, wiele informacji o rynku wydawniczym stanie się jawnych. Wiem, że może to potrwać jeszcze i dwa lata, ale nie szkodzi, mam czas. Chcę przetestować system, zobaczyć, jak sąd zbada mój udział w sukcesie książki, i przetrzeć szlaki, bo nikt tego wcześniej nie zrobił. Chcę też sprawdzić, czy "klauzula bestsellerowa" rzeczywiście chroni autora, czy to blaga. Zdaję sobie sprawę, że to będzie kosztowne i czasochłonne. Niemniej myślę, że warto.

Pół miliona Chłopek, setki tysięcy innych tytułów... Czy twoja rozpoznawalność "na ulicy" się zwiększyła?

Nie. Nikt mnie nie rozpoznaje. Często siedzę w pociągu obok osoby czytającej Chłopki i jeszcze się nie zdarzyło, by ktoś zapytał, czy to ja jestem autorką. To dla mnie komfortowa sytuacja, bo bardzo sobie cenię anonimowość. W zachowaniu jej pomagają mi też dwa dość trudne nazwiska, dzięki którym jestem "panią od Chłopek". I dobrze.

Wróćmy do newsa z początku tej rozmowy: przyznałaś się do napisania powieści, która nie została jeszcze opublikowana. O czym traktuje?

Nie chcę o tym zbyt długo mówić, bo napisałam ją jeszcze przed Chłopkami i powinnam po tak długiej przerwie przeczytać. To taki obyczajowy banał, książka, jakich miliony: grupa przyjaciół wyjeżdża na wakacje do Francji, siedzą w jednym domu - i dzieje się.

Powiedziałaś wcześniej, że to właśnie powieści zawsze chciałaś pisać. Co będzie, jeśli powieść nie odpuści i będzie cię prześladować, domagając się napisania?

Nie będę się wzbraniać. Ale teraz wdepnęłam ponownie w aktywizm: jestem niezwykle zajęta nie tylko sytuacją, o której rozmawiamy, ale też zaproszeniami na spotkania autorskie o Chłopkach, których wciąż dostaję bez liku. Muszę chyba kogoś zatrudnić, żeby to ogarnął, bo z racji braku czasu nikomu nie odpisuję i nie czuję się z tym dobrze. Coraz częściej jestem także zapraszana do rozmów o sytuacji na rynku wydawniczym. Te niezwykle czasochłonne aktywności z pewnością jeszcze trochę potrwają.

Poza tym myślę, że moja droga pisarska już się w jakimś sensie ustaliła - Chłopkami właśnie. W znaczeniu twórczym: uchwyciłam swój język, swoją formę, którą chcę trafić do każdego czytelnika, również tego niewyrobionego. To zresztą ciekawe, że można budować styl na książce nieskierowanej wyłącznie do grupy inteligenckiej, że istotny problem społeczny można uświadamiać bardzo szeroko. Na pewno pomogło to, że nie pisałam Chłopek z myślą: to musi się ukazać. Ten brak oczekiwań okazał się bardzo przydatny w pracy nad książką.

Jak konkretnie ten brak oczekiwań i jednocześnie chęć uniwersalizacji języka i formy wpłynęły na pracę z redaktorami czy pierwszymi czytelnikami tej książki?

W pewnym momencie miałam wrażenie, że ogrom materiału mnie przerasta, dlatego potrzebuję zewnętrznego oka. Muszę tu zrobić ważne zastrzeżenie: nie jestem autorką szczególnie otwartą na głęboką redakcję. Potrzebowałam jednak tego, by mój utwór zmierzył się z czytelnikiem. I żeby tym czytelnikiem nie był mój mąż, który czyta to, co piszę, ale jest fizykiem teoretycznym, a nie osobą zanurzoną w beletrystyce. I znalazłam taką osobę: jeszcze na etapie pisania poprosiłam Beatę Kęczkowską, ówczesną sekretarzynię redakcji "Wysokich Obcasów Ekstra", o lekturę. Beata nie zajmuje się zawodowo literaturą, ale jest wymarzoną czytelniczką, poza tym zna moje teksty i czuje moje pisanie, a jednocześnie nie narzuca swoich rozwiązań. Nie jest ekspansywna, ale mogę z nią uczciwie o tekście porozmawiać. No więc rozmawiałyśmy. Ja pytałam na przykład, czy rozdział nie jest za długi, a ona odpowiadała. Ja mówiłam: "To trzeba wyrzucić, jest drętwe", ona na to: "Jak sobie chcesz". Myślałam, myślałam i po tygodniu stwierdzałam: "Zwariowałaś, przecież to zbyt ważne". Ten model redakcji był właściwie dziwny, ale bardzo mi potrzebny. Zwłaszcza że ta książka była naprawdę konstrukcyjnie trudna. Chciałam pisać zagadnieniami, rozdziały nie miały być spójne. No i nie chciałam zbyt wielu powtórzeń. Tymczasem okazało się, że powtórzenia, dowodzące jakichś pokoleniowych doświadczeń, to być może najistotniejsza i najmocniejsza część Chłopek.

Zresztą historia uwielbiana przez mojego męża też miała wylecieć. Ale mi zabronił. Została. Oczywiście miał rację-