Notatnik Literacki 2-3 (3-4)/ 2024 - Praca zbiorowa

Kup ebooka

36.00 zł

-
Proszę czekać

SŁOWEM WSTĘPUIREK GRIN

Czytelniczko, czytelniku, to już trzeci (a w swej podwójności i czwarty) numer "Notatnika Literackiego"! Dla odbiorców pism o długoletniej tradycji owo wykrzyknienie może się wydawać nadmiernie emocjonalne. Z kolei dla tych, którzy wiedzę o literaturze od dawna czerpią tylko z przeróżnych internetowych doniesień o mniej lub bardziej dojrzałym charakterze, za to w formie ciągłej i nieskończonej w swej efemeryczności, radość wynikająca z ukazania się następnego numeru pisma w założeniu klasycznego (z całym bagażem tego słowa) może być po prostu niezrozumiała. Dla nas jednak obecność kolejnego - podwójnego! - zeszytu na rynku prasowym to święto.

Zawdzięczamy tę obecność właśnie wam, czytelniczkom i czytelnikom. Pierwszy numer, debiutancki, zniknął z półek w mgnieniu oka i, jak słyszymy, stał się (w sposób, którego nie umiemy zdefiniować) legendarny. Numer drugi, poświęcony pożegnaniom, odchodzi do historii z podniesioną głową - wyprzedając się, jak na standardy pism literackich, znakomicie, co dowodzi, że udało nam się spełnić wasze oczekiwania więcej niż raz. Doczekaliśmy się już licznego grona prenumeratorów, a dystrybutorzy zwiększają zamówienia. Rozwija się nasz serwis internetowy, rośnie zainteresowanie wydaniami cyfrowymi, a w "NL" swoje teksty publikuje coraz więcej świetnych autorek i autorów. Bardzo im i wam dziękujemy. Ogólnie rzecz ujmując: macie do czynienia z redakcją szczęśliwą.

W tym miejscu powinienem wyjaśnić, jak wygląda i jak się zachowuje szczęśliwa redakcja, lecz nie zrobię tego, by nie irytować redakcji nieszczęśliwych. Jeśli takie są.

Tematem tego zeszytu jest podróż. Jako że oddajemy w wasze ręce numer wakacyjny, można by to uznać za wyraz intelektualnego lenistwa redaktorek i redaktorów. Ale to jedynie pozór. Bo staramy się o podróży opowiadać różnorodnie, często dosłownie - i równie często zaskakująco. Nie skłamię, mówiąc, że "Notatnik Literacki" o podróżach sam w sobie jest podróżą.

Otwierający numer wywiad z Andrzejem Stasiukiem to kwintesencja myślenia o podróży jako immanentnej potrzebie człowieka. Rozmowa z Małgorzatą Lebdą - o podróży, która jest misją. Teksty Katarzyny Kasi, Wojciecha Tochmana, Małgorzaty Rejmer, Pawła Sołtysa, Doroty Kotas i Krzysztofa Vargi podróżą zajmują się paradoksalnie, w sposób nieoczywisty i niekiedy bezwzględny. Podobnie czynią wiersze, między innymi Anny Adamowicz i Joanny Mueller, a także prozy Marii Halber czy Darka Foksa.

Autorzy i autorki "Klinu" - czyli tej części naszego pisma, które ma za zadanie rozszczepić "NL" i w jakimś sensie pozbawić dobrze sformatowanego samopoczucia - raczą nas tabletkami. Mamy powody przypuszczać, że jeszcze nigdy tyle twórczyń w jednym miejscu nie pisało o tabletkach. I ich zażywaniu. A tabletki, jak wiadomo, są podróży częścią nieuchronną. Między innymi redaktorka "Klinu" Agnieszka Wolny-Hamkało, Barbara Klicka i Małgorzata Lebda zresztą też, dokonują wyznań, których lektura może na zawsze odmienić postrzeganie ich twórczości. My tylko ostrzegamy.

Każde pismo literackie ma nadzieję publikować teksty, które pomogą mu przejść do historii literatury. Mamy już takie na koncie - choćby otwierający pierwszy numer wywiad z Olgą Tokarczuk, w którym powiedziała kilka rzeczy, o których wcześniej publicznie nie mówiła. Niespodzianek nie zabraknie też w numerze podróżnym. Otóż staliśmy się miejscem debiutu prozatorskiego Olgi Drendy. Tak, tej Olgi Drendy! Znajdziecie w tym zeszycie także niepublikowane i nowe wiersze Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Pięknie dopełniają one rozmowę z Andrzejem Stasiukiem, w której przygody podróżne pisarza są również z Dyckim blisko związane - autor Murów Hebronu poniekąd wyznaje poecie literacką miłość.

I jeszcze inne rzeczy są w tym numerze. Wszystkie wyjątkowe. Dobrej lektury.

W POLSCE, CZYLI NIGDZIEZ ANDRZEJEM STASIUKIEM O WSZYSTKIM ROZMAWIA IREK GRIN

ANDRZEJ STASIUK (1960) - prozaik i eseista. Urodził się w Warszawie, od lat mieszka w Beskidzie Niskim. Autor książek Mury Hebronu, Dukla, Opowieści galicyjskie, Dziewięć, Jadąc do Babadag, Taksim, Dziennik pisany później, Grochów, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wschód, Osiołkiem, Kroniki beskidzkie i światowe, Przewóz, Rzeka dzieciństwa i innych. Laureat wielu nagród, m.in. Nagrody Literackiej Nike (2005), Nagrody Literackiej Gdynia (2010), Nagrody Nowa Kultura Nowej Europy im. Stanisława Vincenza (2011), Dorocznej Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury (2011), Nagrody Literackiej m.st. Warszawy (2015), Austriackiej Nagrody Państwowej w dziedzinie literatury europejskiej (2016), Nagrody im. Nicolasa Bouviera (2018) oraz nagrody Orzeł Stulecia (2021). Jego książki są tłumaczone na niemal wszystkie języki europejskie, a także na koreański.

Andrzej Stasiuk: Dużo masz tych pytań tam?

Irek Grin: Trochę mam. Rozmawiamy do kwartalnika, jest kwiecień, a twoja książka ukaże się lada moment, dlatego muszę wziąć pod uwagę, że do czasu publikacji tej rozmowy w "Notatniku Literackim" w lipcu udzielisz już wielu wywiadów o Rzece dzieciństwa. Więc szerzej trochę bym chciał.

O wszystkim możemy rozmawiać. Mogę ci opowiedzieć o następnej książce, którą zacząłem pisać natychmiast po tej, bo już miałem naprawdę dosyć i musiałem.

Zacznijmy jednak od czegoś z przeszłości, bo ten numer "Notatnika" jest poświęcony podróżom. Znajdą się w nim między innymi tekst Krzysztofa Vargi podróży poświęcony i być może recenzja jego nowej książki. A ty masz swoje przygody podróżne z Krzyśkiem.

O Krzyśku możemy gadać.

Monika Sznajderman (przechodząca obok): Mówisz o tej bretońskiej książce Krzyśka? Bo my dwie wydajemy.

Nic nie mówił.

M.S.: Bo wyjdzie w styczniu.

A.S.: Co on pisze?

M.S.: Powieść.

A.S.: O czym?

M.S.: O piesku, Ziutku.

A.S.: Taką grubą, jak ma ostatnio w zwyczaju?

M.S.: Nie, cienką.

A.S.: To dobrze. On takie piękne książki pisał, te cienkie.

Wróćmy do Vargi podróżnika. Opowiesz, jak było z ratowaniem go w Miszkolcu?

A.S.: Ratowaniem? To za dużo powiedziane. To były moje urodziny. Nie bardzo pamiętam które, pięćdziesiąte chyba. Była tutaj [rozmawiamy w domu Andrzeja Stasiuka - I.G.] niezła balanga, która wzięła się z niczego. To znaczy chyba z tych urodzin właśnie. Przez trzy dni piliśmy wino. Czwartego dnia Krzysiek wstał rano i rzucił: "W sumie to się dobrze czuję, może ja pojadę do Miszkolca i przywiozę zapas wina. I mangalicy". Powiedziałem mu, że jeśli się czuje na siłach, niech jedzie, ja się jeszcze przez cały dzień nie odważę wsiąść do samochodu. I po jakichś pięciu, sześciu godzinach dzwoni telefon. To Krzysiek: "Przyjedziesz po mnie do Miszkolca?". "No raczej nie przyjadę, nie czuję się najlepiej, ale spokojnie, jest Kamil Targosz, on nie brał udziału w zabawie, akurat przyjechał, to pojedziemy razem. Ale co się stało?" "No wiesz, rozbiłem samochód i trzeba mnie zabrać".

Podał nam namiary, knajpa nazywała się "Zielony Król", gdzieś przy obwodnicy Miszkolca, ciemna dziura, dupa zupełna. Podjeżdżamy pod jakiś barak obskurny, wchodzimy, w środku starzy Węgrzy pijący w tym miejscu pálinkę od czterdziestu lat, pełgający czarno-biały telewizor i na tym tle siedzi Krzysiek, zielony król węgierski, z malutką torbą. "To - pytam go, wskazując na bagaż - wszystko, co z tej katastrofy zostało?" "Wszystko, nic więcej nie biorę". "A samochód?" "Na złomowisko oddałem".

Wiesz, to jest jego opowieść, ale pewnie był zmęczony, na szczęście nie zdążył wjechać na autostradę, no i z tego zmęczenia dogonił ciężarówkę. Wjechał w nią. I to jest ładna opowieść, bo on mówi: "Przyjebałem chyba, budzę się i myślę, że jestem w raju". "A czemu tak myślisz?" "Bo biało jest dookoła". Poduszki mu się otworzyły. Czyli nie był w niebie.

No i tak ta podróż wyglądała. Odbiliśmy Krzyśka z raju.

Było jeszcze drugie odbicie z Miszkolca, ale o tym mogę ci opowiedzieć, jeśli to wyłączysz.

[Wyłączam dyktafon, słyszę świetną historię, odwdzięczam się inną, wracamy do rozmowy publicznej].

W Rzece dzieciństwa pojawia się opowieść o mężczyźnie, który wchodzi do restauracji hotelowej w Polsce, pełnej gości, cały mokry. Jest mokry, bo wyszedł z wody. Nie zna polskiego, powtarza tylko: "Germany". Czy ta historia się wydarzyła, czy to nie ma znaczenia?

Raczej nie ma. To historia o rzece dzieciństwa, która zamieniła się w rzekę śmierci. Jesteśmy w tym fragmencie niedaleko granicy białoruskiej.

Decydując się mu pomóc, zawieźć go do tych wymarzonych Niemiec, stajesz się Charonem. Mężczyzna przechodzi Styks...

Spływa nim raczej... Przeczytałem wtedy o młodym Syryjczyku, który utonął i płynął Bugiem.

Ty mówisz, czy może narrator mówi...

Zawsze się chowasz za narratorem. Musisz mieć minimum ochrony.

...mówi, że go zawiezie do tych Niemiec. Czym jest w tej scenie Polska?

Polska to ci goście hotelowi i ich zachowanie.

A droga przez Polskę?

Dla chłopaka Polska jest czymś nieistotnym, bo liczą się Niemcy, "Germany". Przeszedł przez piekło i widocznie jakąś część czyśćca jeszcze musi przejść, żeby się dostać do raju. Czyli jakiejś muzułmańskiej dzielnicy w Berlinie.

Narrator mówi, że go zawiezie do swoich. Jest w tym coś dziwnego.

Nie ma. Ja ten wątek chciałem nawet pociągnąć. Pojechałem do tej dzielnicy, do której on tak bardzo chciał się dostać, i poczułem, że nie dam rady tego opisać. Ani jej samej, ani tego, jak on tam trafi i co się z nim dzieje. Normalnie jest tak, że przychodzą obrazy i się pisze. A tam się nie pisało. Wtedy, kiedy siedziałem w Hotelu Drohickim, nie przyszło mi do głowy, że ktoś może spłynąć Bugiem gdzieś spod Mielnika. Nagle on wchodzi i pyta, czy to są Niemcy. A jednak najbardziej to jest opowieść o Polsce. O tym, jak młode wilki kapitalizmu reagują na taką sytuację.

Kiedy się przekracza granicę i dostaje do Unii Europejskiej, kiedy te największe niebezpieczeństwa mijają, to zostaje jeszcze taki kawałek zwany Polską do pokonania, żeby dotrzeć tam, gdzie się chce, i zapomnieć. Oni nie tu przychodzą, chcą iść tam, gdzie zostaną przyjęci. Polska jest rodzajem pustki, którą muszą przebyć po drodze. Jakimś dziwnym pasem przygranicznym, pustynnym. Zapieklem.

I skoro już mowa o Charonie, to Charon ma go przewieźć przez ziemię niczyją. Kiedy się przekracza granicę i dostaje do Unii Europejskiej, kiedy te największe niebezpieczeństwa mijają, to zostaje jeszcze taki kawałek zwany Polską do pokonania, żeby dotrzeć tam, gdzie się chce, i zapomnieć. Oni nie tu przychodzą, chcą iść tam, gdzie zostaną przyjęci. Polska jest rodzajem pustki, którą muszą przebyć po drodze. Jakimś dziwnym pasem przygranicznym, pustynnym. Zapieklem.

Polska jako nicość. W Polsce, czyli nigdzie. Król Ubu. Ten Francuz miał genialną intuicję. Rzecz się dzieje w Polsce, czyli nigdzie. To jest nasza zmora fantastyczna, ja to uwielbiam. Dlatego tu można wszystko.

A dla ciebie czym jest Polska?

No proszę cię, Irek.

To ja cię proszę.

No błagam cię. Od sześćdziesięciu czterech lat to definiuję i mi nie wychodzi.

Pokutuje takie przekonanie, że Stasiuk w swoich książkach podróżuje, żeby uciec od ludzi. A mnie się zdaje, że jednak po to, żeby uciec z Polski.

Ale wraca za każdym razem, zauważyłeś? Strasznie lubię ten kraj. Bardzo lubię Wołowiec, dobrze się tu czuję. Mimo wszystko. Poza tym uważam, że to jest kraj ciekawy i inspirujący dla pisarza. Umysł pisarski nie zaznaje tu nudy. No i znam go. Żeby zakotwiczyć się gdzie indziej, musiałbym inną krainę poznać. A to ciężka robota jest. Tu ktoś za mnie już to wykonał, od urodzenia, przez dzieciństwo, dorastanie. Zresztą jak pojeździsz po świecie trochę, to wiesz, że jest w chuj gorszych krajów. Naprawdę. Gdy skądś wracasz, to czasem masz ochotę, jak ten papież, ziemię pocałować.

Pamiętam takie doświadczenie. Wracałem kiedyś z Azji, sam jechałem samochodem. Dwa, może nawet trzy tygodnie jazdy z Tadżykistanu. Mentalnie fantastyczna podróż przez te kraje, przez ludzi, przez wszystko. Ale oto wjechałem od Ukrainy, przez Słowację - tam jest takie fajne przejście, na którym nie trzeba stać - i patrzę, a tu biała linia jest na asfalcie. Biała linia na asfalcie! I kosze na śmieci stoją!

Fajne są dalekie wyprawy, ale jeśli ma się dokąd i do kogo wrócić. Mam przyjaciółkę, która potrafi przez trzy lata jeździć po świecie. Ja sobie tego nie wyobrażam. Teraz Afrykę przejeżdża z północy na południe. "Majka, jak ty możesz trzy lata być w podróży? Ja z trudem trzy miesiące wytrzymuję". Kiedyś Majka napisała do mnie: "Będziesz w Ułan Bator wtedy?". Ja na to: "Będę". "A możesz mnie do Nowego Sącza zawieźć?" "A co się stało?" "Ja już nie daję rady". No i wsiadła, trzy tygodnie jechaliśmy do Nowego Sącza, bo rodziców chciała zobaczyć. Zostawiła motocykl gdzieś tam i wróciła do Polski. Nabrała sił i znowu jeździ. To jest kapitalna demonica przestrzeni, podróży i poznawania świata.

Kilka obrazów w Rzece dzieciństwa, obrazów z podróży właśnie, czasem każe myśleć o tej książce jak o testamencie.

Moim? Zamiast opowieści o rzece dzieciństwa wyszedł testament. Super.

Nie pierwszy raz, ale chyba po raz pierwszy z taką przejmującą świadomością, mówisz: miesza mi się przeszłość z teraźniejszością, trzeba przekroczyć linearną strukturę czasu, zrobić z przeszłości coś, co pojawia się tu i teraz - kiedy tak mówimy, to chcemy, aby przeszłość stała się częścią teraźniejszości, żeby działała z nią na równych prawach. To może oznaczać rodzaj - wybacz - fobii starego umysłu, co nieuchronnie staje się zwiastunem pożegnań.

Mnie zawsze przeszłość zajmowała bardziej niż teraźniejszość. A już na pewno bardziej niż to, co będzie.

Nie pamiętam, byś kiedykolwiek wcześniej nazywał samochód i domem, i grobem.

To dla efektu było napisane. Dobrze brzmi. Powiedziałem kiedyś w jakimś wywiadzie, wbrew maniakalnym ekologicznym fobiom, żeby mnie w moim hiluksie pochowali.

Kiedy opowiadasz w Rzece dzieciństwa o zawiezieniu daru w postaci terenówki na ukraiński front, do czego jeszcze wrócimy, wspominasz, że wkurzyłeś się na kolegę, Konrada bodaj, bo ci zaczął sprzątać w samochodzie.