Notatnik Literacki 2-3(11-12)/2026 EMIGRACJA - Praca zbiorowa
36.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
REDAKCJA:
Irek Grin (redaktor naczelny), Szymon Horała,
Rafał Komorowski (serwis www), Emilia Konwerska,
Angelika Kukioła, Waldek Mazur (sekretarz redakcji),
Piotr Pflegel, Agnieszka Wolny-Hamkało (dział "Klin")
WSPÓŁPRACOWNICY:
Julia Fiedorczuk, Weronika Gogola, Dorota Kotas,
Jacek Paśnik, Paweł Sołtys
REKLAMA I PROMOCJA:
Piotr Pflegel (reklama@notatnikliteracki.pl)
OKŁADKA I LAYOUT:
Angelika Kukioła
REDAKCJA:
Ewa Dąbrowska
KOREKTA:
Marzena Szymanowska-Pietrzyk
WYDAWCA:
Wrocławski Dom Literatury
ADRES REDAKCJI:
Przejście Garncarskie 2,
50-107 Wrocław
KONTAKT Z REDAKCJĄ:
redakcja@notatnikliteracki.pl
? Wrocławski Dom Literatury
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
ISSN 2956-7076 (wydanie papierowe)
ISSN 2956-8072 (portal internetowy)
ISSN 2956-8870 (e-book)
WWW.NOTATNIKLITERACKI.PL
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego pochodzących
z Funduszu Promocji Kultury
W otwierającym ten numer "Notatnika Literackiego" wywiadzie Adam Michnik używa sformułowania "syndrom literatury emigracyjnej". Na to pojęcie składa się tak wiele czynników, że w krótkim wstępie nie byłbym w stanie nie tylko ich omówić, ale nawet wyliczyć. Skupię się zatem na jednym z nich. W przywołanej rozmowie redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" stawia (a właściwie powtarza postawioną niegdyś przez siebie) tezę, iż nie da się dobrze zrozumieć literatury powstającej w Polsce bez kontekstu tej emigracyjnej. I odwrotnie.
Ta z pozoru oczywista konstatacja kryje w sobie poza historyczno- czy krytycznoliterackim również ogromny ładunek emocjonalny. Polska - podobnie jak każda inna - literatura emigracyjna powstawała zazwyczaj w trybie swoistego rozdwojenia i strasznego rozdarcia, by uniknąć określeń mocniejszych, rodem z języka medycyny. Podobnie niełatwą drogę tożsamościową przechodziły literatury tworzone w Polsce okresu zaborów czy PRL - choćby zważywszy na cenzurę, i tę zewnętrzną, i tę autorską. Czy można z tego wysnuć wniosek, że niekwestionowane siła i jakość naszej literatury rodziły się w ciągłym sporze, w niepokoju, w półcieniach, w niejednoznaczności - także tej moralnej?
Czy lektura tych dwóch niepewnych siebie (i w jakiś sposób również niepełnych) literatur: emigracyjnej i krajowej wymaga od nas szczególnych umiejętności czytelniczych, które pozwolą na zrozumienie fenomenu sumowania się dwóch tak ważnych doświadczeń artystycznych w jednym języku? Być może. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że prawdziwie wielką literaturę poznaje się po tym, że zachwyca też tych, którzy żadnego kontekstu jej powstawania nie znają. Tyle że świadomość złożoności historii polskiego piśmiennictwa oraz roli, jaką odgrywały wybory życiowe i polityczne autorów i autorek ostatnich dwóch wieków, może znacząco podnieść - Państwo wybaczą określenie - czytelnicze kompetencje. A tym samym pozwolić na pełniejsze obcowanie z książką i jej bogatsze doświadczanie.
Szczególnie że literatura powstająca w czasie potężnych napięć i wielkich zmian geopolitycznych staje się - tu znów zacytuję bohatera wywiadu - "pełnoprawnym głosem społeczno-politycznym" i brzmi mocniej od zafałszowanego często głosu zawodowych polityków.
Oddając Państwu ten numer, namawiam do zadawania sobie różnych związanych z tym pytań. Na przykład: czy polska literatura miała istotny wpływ na historię naszego kraju? Czy pomogła wywalczyć wolność? Czy jej rola nie była znacznie większa, niż sądzimy, zachłyśnięci dziś wiarą w przeróżne politykierskie sprawczości, wyznający (często bezmyślnie) kult skuteczności, w którym nie ma już miejsca na literaturę jako jeden z ważnych elementów zmieniających świat?
Jeśli odpowiemy twierdząco na te pytania, to może znowu zaczniemy przywracać literaturze jej przyrodzoną realną siłę. I nawet jeśli będziemy w mniejszości, i nawet jeśli już tych sukcesów nie powtórzy - przynajmniej my staniemy się lepsi.
O Polsce, która szanuje swoich obywateli, byciu osiemnastoletnim ideowym komunistą, o "diabelskim" Janie Nowaku-Jeziorańskim, geniuszu Miłosza, wreszcie o wielkich redaktorach - Giedroyciu, Grydzewskim i Turowiczu - w rozmowie z Irkiem Grinem opowiada Adam Michnik.
ADAM MICHNIK (ur. 1946) - dziennikarz, pisarz, działacz opozycji antykomunistycznej, założyciel i redaktor naczelny "Gazety Wyborczej".
Dzisiaj to, co teraz powiem, może zabrzmieć dziwnie, ale słyszałem o nim już wcześniej, a nawet byłem już wówczas po lekturze kilku numerów "Kultury" paryskiej. Ojciec czasami przynosił je od kogoś. Miałem szesnaście lat, niewiele z tego rozumiałem, ale czytałem.
Irek Grin: Podwójny numer "Notatnika Literackiego", w którym opublikujemy tę rozmowę, ukaże się w lipcu przyszłego roku [rozmawiamy w grudniu 2025 r. - przyp. red.], ustanowionego przez Senat RP Rokiem Jerzego Giedroycia. Zainspirowało nas to do poświęcenia jednego z numerów "Notatnika" tematowi emigracji literackiej. Chciałbym jednak tę rozmowę zacząć od prośby o wspomnienie osobiste - jak poznałeś Jerzego Giedroycia?
Adam Michnik: W roku 1964. Dzisiaj to, co teraz powiem, może zabrzmieć dziwnie, ale słyszałem o nim już wcześniej, a nawet byłem już wówczas po lekturze kilku numerów "Kultury" paryskiej. Ojciec czasami przynosił je od kogoś. Miałem szesnaście lat, niewiele z tego rozumiałem, ale czytałem. A drugie miejsce, w którym się z nią stykałem, to dom Andrzeja Titkowa - jego ojciec był dość wysokim urzędnikiem partyjnym i po prostu miał dostęp do "Kultury". Kiedy nie było go w domu, szliśmy do jego gabinetu i czytaliśmy.
Do samego Giedroycia natomiast trafiłem podczas pierwszej podróży na Zachód. Po maturze w sześćdziesiątym czwartym roku pojechałem do Wiednia, a potem do Monachium. W Monachium mieszkała Wanda Brońska, która do pięćdziesiątego szóstego pracowała z Wolną Europą. To była córka znanego polskiego komunisty, Mieczysława Brońskiego.
Ta pierwsza wizyta, podczas
której byli też obecni Zosia i Zygmunt
Hertzowie, zrobiła na mnie
ogromne wrażenie, choć już nie tak szokujące, jak mogłoby
być, gdybym przedtem w Monachium nie poznał najgorszego diabła, czyli Jana Nowaka-Jeziorańskiego. W tym zestawieniu Giedroyc był mniej groźny. Szczególnie że zaczął od słów: "Nas,
w odróżnieniu od Wolnej Europy, nie interesuje zimna wojna".
Tu muszę wtrącić anegdotę. Wyobraź sobie taką scenę, że w 1917 roku, chyba w lutym czy marcu, do Lenina przychodzi inny emigrant i mówi: Władimirze Iljiczu, w Rosji zaczęła się rewolucja... W ten sposób Lenin się dowiedział o rewolucji lutowej. Tym, który wszedł do niego, był właśnie Broński, ojciec Wandy.
Wanda spędziła siedem czy nawet osiem lat w łagrze. Bierut wyreklamował ją stamtąd razem z grupą innych komunistów, którzy w odróżnieniu od jej rodziców przeżyli wielką czystkę. Byli to między innymi Siekierska, Budzyńska, Bortnowska, Próchniakowa, Majski, Staszewski... Nieduża grupa, około dwudziestu osób. Po powrocie do kraju Wandę wysłali do polskiej misji wojskowej w Berlinie Zachodnim i stamtąd dała nogę. Wiedziała, co potrafił Josif Wissarionowicz. I to ona mi powiedziała: "Będziesz w Paryżu, idź do Giedroycia, zobaczysz króla polskiej emigracji".
Spotkałem się jeszcze wtedy w Monachium z Borysem Lewickim, Ukraińcem na emigracji, bardzo liberalnym, demokratycznym, właściwie socjaldemokratycznym, który wydał w "Kulturze" paryskiej książkę Terror i rewolucja. To wspaniała rzecz, dla mnie ogromnie ważna. I on napisał list, w którym niejako rekomendował mnie redaktorowi "Kultury". Ten list został zresztą opublikowany w tomie korespondencji Giedroycia z ukraińską emigracją. Po przyjeździe do Paryża zadzwoniłem tam i niedługo potem znalazłem się w Maisons-Laffitte. Chociaż poczekaj... Pierwsze osobiste spotkanie odbyło się jednak na dworcu Saint-Lazare, w restauracji czy kawiarni, już nie pamiętam. Dopiero po tym spotkaniu Giedroyc zaprosił mnie do Maisons-Laffitte. Ta pierwsza wizyta, podczas której byli też obecni Zosia i Zygmunt Hertzowie, zrobiła na mnie ogromne wrażenie, choć już nie tak szokujące, jak mogłoby być, gdybym przedtem w Monachium nie poznał najgorszego diabła, czyli Jana Nowaka-Jeziorańskiego. W tym zestawieniu Giedroyc był mniej groźny. Szczególnie że zaczął od słów: "Nas, w odróżnieniu od Wolnej Europy, nie interesuje zimna wojna".
Oczywiście nie wszystko rozumiałem z tych rozmów, z aluzji, z konfliktów, ale zdumiewające było uświadomienie sobie, że to jest właśnie ta inna Polska. Ta Polska, która mnie szanuje, nie rozmawia ze mną językiem kłamstwa, oszustwa, wymuszonego tchórzostwa - tylko po prostu ze mną rozmawia, a polszczyznę ma lepszą niż moja.
Pojawiasz się w "Kulturze" w bardzo młodym wieku, zza żelaznej kurtyny. Nawet jeśli ktoś cię rekomenduje, nie jesteś osobą, którą Giedroyc może znać. Na pewno nie z tekstów. A mimo to przyjmują cię i z tobą rozmawiają.
Z tekstów nie, wówczas byłem jeszcze niepiśmienny. To się chyba wzięło stąd, że wcześniej Wolna Europa podała wiadomość o rozwiązaniu Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności1, więc Giedroyc wiedział mniej więcej, od kogo jest to dziecko, że tak powiem. Prawdopodobnie byłem jednym z pierwszych ludzi tej generacji, którzy trafili do "Kultury". Myślę, że oni wówczas patrzyli na mnie jak na słonia z dwiema trąbami. Przyjeżdża jakiś osiemnastolatek, interesuje się i zadaje fundamentalne pytania, mówi o sobie, że jest zbuntowanym komunistą... Co to w ogóle ma znaczyć, o co tu chodzi?
Wracając do mojego wrażenia: było ogromne, przede wszystkim dlatego, że to było spotkanie z projektem innej Polski. Zobaczyłem, że można być Polakiem na inny sposób, bez lęku, bez strachu, z gotowością do rozmowy na każdy temat.
Zatem nie tylko dla mnie, ale i dla nich to musiało być ciekawe. A przecież jednocześnie oni sami bardzo się od siebie różnili. Giedroyc to była postać wysokiego lotu, wysokiego brzegu, jeśli tak można powiedzieć. Zygmunt Hertz był zupełnie inny, taki jakby znajomy mojego ojca z Warszawy - ten sam typ humoru, ten sam rodzaj luzu.
Wracając do mojego wrażenia: było ogromne, przede wszystkim dlatego, że to było spotkanie z projektem innej Polski. Zobaczyłem, że można być Polakiem na inny sposób, bez lęku, bez strachu, z gotowością do rozmowy na każdy temat.
Kilka osób, w tym profesor Krzysztof Pomian, nazywa cię uczniem Giedroycia. Uczniem. To słowo niesie z sobą ogromny ładunek intelektualny i emocjonalny. Jak ty byś ocenił waszą relację?
Nie śmiałbym powiedzieć, że byłem uczniem. Nie może być tak, że gdzie konia kują, tam żaba podsuwa nogę. Mogę natomiast powiedzieć, że bardzo wiele Giedroyciowi zawdzięczam i bardzo wiele się od niego nauczyłem. Przede wszystkim myślenia. O II RP, o Polsce, o endecji, o antysemityzmie, o demokracji. A także takiego mądrego pesymizmu.
Ja go kiedyś spytałem: "Skąd pan bierze siłę, żeby ciągnąć ten wózek? Przez tyle lat, raptem w kilka osób". A on odpowiedział: "Z pesymizmu. Kiedy nie można się rozczarować - nie ma rozczarowań". Tego się od niego nauczyłem i towarzyszyła mi ta lekcja przez całe życie.
Mądrego pesymizmu?
Co to znaczy? Ja go kiedyś spytałem: "Skąd pan bierze siłę, żeby ciągnąć ten wózek? Przez tyle lat, raptem w kilka osób". A on odpowiedział: "Z pesymizmu. Kiedy nie można się rozczarować - nie ma rozczarowań". Tego się od niego nauczyłem i towarzyszyła mi ta lekcja przez całe życie.
W jednym z wywiadów mówisz, że Giedroyc zawsze miał nadzieję. To się chyba z tym pesymizmem nienajlepiej rymuje.
Otóż się rymuje. Marzenia niemożliwe do spełnienia doraźnie nie zamieniały się w szereg rozczarowań, ale nadzieję miał zawsze, bo uważał, że jego sprawa jest słuszna. Tę postawę również mu zawdzięczam - trzymać się tego, co się uważa za najważniejsze, i pamiętać, że tu nie ma miejsca na kompromisy. Kompromis jest możliwy i potrzebny w taktyce, ale nie w strategicznym myśleniu o celu. A żeby mieć cel i dążyć do jego osiągnięcia konsekwentnie, trzeba mieć nadzieję.
Wyobraźmy sobie taką sytuację, w której "Wiadomości" Mieczysława Grydzewskiego ukazałyby się w powstającym jeszcze w czasie wojny w Rzymie wydawcy "Kultury" - Instytucie Literackim Giedroycia. Wiemy, że bardzo na tym zależało i Antoniemu Bormanowi, i przede wszystkim Andersowi. Nie doszło do tego z powodu Grydzewskiego. Ale czy taka idea miałaby szansę na długie trwanie?
Nie. To były zupełnie inne myślenia. "Wiadomości" to była II Rzeczpospolita na obczyźnie, na wygnaniu, natomiast "Kultura" Giedroycia to było myślenie naprzód, idea przyszłości. Owszem, wpisana była w tę ideę wierność prawdzie historycznej i tradycji. Ale z perspektywy "Kultury" wartość człowieka oceniało się nie przez to, że walczył w bitwie pod Grunwaldem, Gródkiem Jagiellońskim, czy nawet pod Tobrukiem. Bardziej liczyło się, co możesz zrobić dzisiaj dla przyszłości. W tym sensie "Wiadomości" Grydzewskiego to było pismo nostalgii, a "Kultura" - pismo nadziei.
Jest taka dość sławna listowna wymiana poglądów pomiędzy Jerzym Giedroyciem a Juliuszem Mieroszewskim na temat pisarzy. Mieroszewski w roku pięćdziesiątym piątym pisze do Giedroycia mniej więcej tak: gdyby "Kultura" wychodziła w kraju wolnym, w wolnej Polsce, to trzeba by jednak trochę odsunąć tych skompromitowanych autorów, tych, którzy wysługiwali się komunistom. Na co Giedroyc odpowiada: nie mogę się z tym zgodzić, pisarze zawsze byli oportunistami.
Ci ludzie, ci autorzy, "pryszczaci", zmieniali się na oczach Giedroycia. Zwróć uwagę, że najbardziej zapiekli staliniści w środowisku literackim równocześnie byli ludźmi najbardziej ideowymi. Dlatego wielu z nich w 1956 roku z "pryszczatych" stało się "wściekłymi": Roman Zimand, Wiktor Woroszylski i wielu innych stworzyli skrajne, radykalne skrzydło demokratyczne.
Ale ta zmiana to nie mógł być jedyny powód, dla którego Giedroyc dopuszczał wszystkie głosy, również pisarzy skompromitowanych wiarą w stalinowskie idee czy współpracą z komunistami na pewnym etapie.
Na pewno nie. Powodów moim zdaniem było kilka. Przecież ta najistotniejsza przemiana towarzysząca postawom polskich pisarzy dzieje się w większości przypadków w chwili ogromnego wstrząsu w obrębie samego komunizmu. Dwudziesty zjazd, referat Nikity Chruszczowa, ujawnienie zbrodni Stalina... To wstrząsnęło tymi ludźmi. Już wcześniej zresztą najostrzejsza krytyka partii wychodziła od tych, którzy byli zaangażowanymi komunistami: Leszka Kołakowskiego, Wiktora właśnie, ale też od pisarzy, którzy w jakimś sensie kolaborowali z władzą: Jerzego Andrzejewskiego czy mojego szefa, Antoniego Słonimskiego. Ponadto te osobiste drogi i wybory później były bardzo różne. Jedni zerwali z ideowością socjalistyczną definitywnie, a drudzy przystosowali się do nowych realiów, jak Iwaszkiewicz.
Giedroyc nigdy nie był zwolennikiem lustracji ani tego typu dekomunizacji, w której na podstawie policyjnych archiwów rozlicza się ludzi w wolnej Polsce za ich przeszłość i za to, że pisali stalinowskie wiersze. To była metoda moczarowców. To oni mówili, że ci, którzy się dziś buntują, wczoraj służyli Stalinowi i teraz, po odstawieniu na boczny tor, chcą wrócić do dawnych przywilejów. Giedroyc zdawał sobie sprawę, że to bzdury, wiedział, że te procesy były znacznie bardziej skomplikowane.
Giedroyc nigdy nie był zwolennikiem lustracji ani tego typu
dekomunizacji, w której na podstawie policyjnych archiwów
rozlicza się ludzi w wolnej Polsce za ich przeszłość i za to, że pisali stalinowskie wiersze. To była
metoda moczarowców.
Dla Giedroycia, podobnie zresztą jak dla Nowaka-Jeziorańskiego, decydujące nie było to, czy byłeś w partii. O tym, kim jesteś, decydowało to, co robisz dzisiaj, jak się dziś zachowujesz, a nie jak się zachowywałeś przedwczoraj. Oczywiście powinniśmy pamiętać i historycy powinni do tego sięgać, ale my teraz - zdają się mówić najważniejsze ośrodki emigracyjne - zajmujemy się poszerzaniem pola wolności, pola odwagi, pola wychodzenia z apatii.
Przy czym dla Giedroycia pierwszą lekcją niejednoznaczności postaw i wyborów nie była dyskusja po pięćdziesiątym szóstym. Pierwsza była awantura o Miłosza, w której stanął twardo po stronie poety, chociaż odsądzali go od czci i wiary: że rosyjski agent, że dyplomata komunistyczny. Jego i w kraju, i na emigracji wyklęli wszyscy możliwi święci... Między innymi mój szef się niestety wtedy splamił takim okropnym listem do Miłosza, który opublikowała "Trybuna Ludu" czy "Życie Warszawy", już nie pamiętam. Ale Giedroyc wiedział, że jeżeli w ogóle jakieś zmiany mają zajść, to dzięki tym, którzy zabierają głos. I to byli właśnie Słonimski, Andrzejewski, również ludzie z "Kuźnicy".
Podobnie w sześćdziesiątym ósmym roku z antysemityzmem: ani przez sekundę nie dał się nabrać na tę narodową nutę Moczara. Był jej konsekwentnym wrogiem. Upierał się przy tym, mimo że przecież uwielbiał prowokować opinię publiczną i drukował często teksty, które doprowadzały wielu ludzi do wściekłości - ale na tym polega talent redaktora.
Ale nawet jeśli jako pierwszy
podjął i realizował wizję Mieroszewskiego: ULB - Ukraina,
Litwa, Białoruś, to jego praktyczna siła i wpływ nie objawiały się
w wielkości koncepcji ULB, bo tym wtedy w Polsce poza malutką grupką decydentów nikt się nie przejmował. Ona tkwiła w publikowaniu Miłosza, Gombrowicza, Herlinga... Wielkiej literatury
polskiej.
Tutaj pozwolę sobie na dygresję. Pamiętam drakę z Tyrmandem, który uważał, że dla pewnych pisarzy nie powinno być miejsca na emigracji. Nienawidził zwłaszcza Jana Kotta i miał wspólnika w tej nienawiści - Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Dlatego Kott nigdy nie publikował w "Kulturze", chociaż chciał. Tę drogę skutecznie zamknął mu Gustaw. A przecież Kott to był świetny pisarz, do dzisiaj ogromne wrażenie robią i krytyki teatralne, i choćby Szekspir współczesny, czyta się to z zachwytem. Jednocześnie w "Kuźnicy", której był współzałożycielem i redaktorem, miewał teksty okropne.
Dla Giedroycia, podobnie zresztą jak dla Nowaka-Jeziorańskiego, decydujące nie było to, czy byłeś w partii. O tym, kim jesteś, decydowało to, co robisz dzisiaj, jak się dziś zachowujesz, a nie jak się zachowywałeś przedwczoraj. Oczywiście powinniśmy pamiętać i historycy powinni do tego sięgać, ale my teraz - zdają się mówić najważniejsze ośrodki emigracyjne - zajmujemy się poszerzaniem pola wolności, pola odwagi, pola wychodzenia z apatii. I tutaj Giedroyc był absolutnie konsekwentny. Pamiętam, że nawet ja miałem zastrzeżenia, gdy na "jedynce", to znaczy na otwarcie numeru, wydrukował Brychta. Brychta... Po tym, co on tutaj, w Polsce, wypisywał...
Ale to Giedroyc miał rację. Z Brychtem wprawdzie się nie powiodło, dlatego że on na emigracji w "Kulturze" miejsca nie zagrzał, a potem w ogóle napisał o emigracji dość obrzydliwą książkę. Niemniej Giedroyc każdemu rzucał linę: chcesz być lepszy? Spróbuj, ja ci pomogę. Niezwykle mi to imponowało.
W tej odpowiedzi do Mieroszewskiego redaktor "Kultury" pisał również, że każdy znajdzie w niej schronienie, jeśliby zaczęła się ukazywać w wolnej Polsce.
Taką miał filozofię. Ja go za to niesłychanie ceniłem, niesłychanie. Następna rzecz, której się od niego nauczyłem, to żeby się nie bać narażać opinii publicznej. Kiedy podjął decyzję, żeby napisać: "Wilno będzie litewskie, a Lwów ukraiński", dla emigracji był to horror. Coś nieprawdopodobnego. Jak to: oddać Wilno, miasto Mickiewicza? Oddać Lwów? A Orlęta, a Staff, a Wittlin? Jak w ogóle można tak myśleć, jak to w ogóle można zrobić?! A on mówił: trzeba to zrobić, bo tego wymaga dobro Rzeczpospolitej, dobro Polski. I był w tym przekonaniu twardy jak skała. Podobnie w sześćdziesiątym ósmym roku z antysemityzmem: ani przez sekundę nie dał się nabrać na tę narodową nutę Moczara. Był jej konsekwentnym wrogiem. Upierał się przy tym, mimo że przecież uwielbiał prowokować opinię publiczną i drukował często teksty, które doprowadzały wielu ludzi do wściekłości - ale na tym polega talent redaktora.