Notatnik Literacki 1(6)/2025 NAGRODY - Praca zbiorowa
24.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
W numerze 11(750) "Wiadomości Literackich" z 13 marca 1938 roku pomieszczono informację o nagrodzie pisma za "najwybitniejszą książkę polską 1937 r.". Otrzymał ją Jeremi Wasiutyński za Kopernika. Nagroda czytelników powędrowała do Tadeusza Żeleńskiego (Boya) za Marysieńkę Sobieską.
Lektura różnorakich materiałów, które "Wiadomości" poświęciły tym werdyktom, uświadomiła mi, że znakomita większość refleksji i kontekstów dotyczących współczesnego funkcjonowania nagród literackich była rozpoznana i omawiana już niemal dziewięćdziesiąt lat temu. Zaskakująco dużo jest punktów wspólnych, które towarzyszą dyskusji o istocie nagród, wyborach jurorskich i ich znaczeniu dla autorek i autorów oraz dla życia literackiego w ogóle.
W rozmowie z Krzysztofem Siwczykiem, którą przeprowadziłem do tego numeru "Notatnika Literackiego" - w całości poświęconego tematowi nagród - pojawia się na przykład postulat jawności obrad kapituł, a to znowu wiąże się między innymi z powszechnie panującym przekonaniem o "układowości" i "nietransparentności" tychże.
"Wiadomości Literackie" publikują rodzaj wyczerpującego "protokołu" z posiedzenia. Rozpoczyna się on od informacji, że "Dn. 26 lutego br. odbył się w warszawskiej winiarni "Pod Bachusem" obiad wydany dla kapituły nagrody "Wiadomości Literackich"", a po tym zagajeniu następuje zestawienie wypowiedzi poszczególnych członków i członkiń jury, wskazujących faworytów do nagrody wraz z uzasadnieniem. "Wiadomości" na tym nie poprzestają: w dalszej części publikowane są listy tych jurorek i jurorów, którzy na obiedzie i obradach stawić się nie mogli, a preferencje swoje nadesłali drogą pocztową.
Inną kwestią odnoszącą się wprost do dzisiejszych dyskusji jest również skład i parytet kapituł. Na jednej z infografik zamieszczonych w tym numerze pokazujemy, w jaki sposób zmieniał się udział kobiet w gremiach jurorskich w trakcie ostatniej dekady - choć trudno w to uwierzyć, przewaga mężczyzn jeszcze w 2014 roku była taka sama jak ponad osiemdziesiąt lat temu. Wiele się zmieniło dopiero właśnie w ciągu ostatnich dziesięciu lat.
Kolejnym tematem jest udział pisarzy i pisarek w gronach oceniających kolegów i koleżanki po fachu. Tu sytuacja w latach trzydziestych zeszłego wieku była zaskakująca. Na szesnaście osób w jury tylko trzy reprezentowały naukę o literaturze. Resztę stanowili autorzy i autorki. Z dugiej strony, gdybyśmy dziś mieli możliwość stworzenia kapituły, w której zasiadałyby i zasiadali między innymi Dąbrowska, Iłłakowiczówna, Jasnorzewska, Kuncewiczowa, Iwaszkiewicz, Słonimski, Tuwim, Wittlin i Parandowski, to być może zweryfikowałbym swoje przekonanie o pewnej niestosowności udziału twórców i twórczyń w gronach jurorskich. Chciałbym w tym miejscu zapewnić osoby jurorskie parające się twórczością literacką, że nie ma w tym porównaniu zamierzonego afrontu. Proszę to uznać za nieudany żart.
Następne zagadnienie, które jako żywo pokazuje te same emocje targające życiem literackim od bez mała wieku, to niezależność nagród i strategie wyboru nagrodzonych. Zacytujmy dłuższy fragment listu Marii Kuncewiczowej do jurorów: "Przy wystawianiu tych kandydatur kierowałam się przekonaniem, że nagroda "Wiadomości" jest jedyną w Polsce nagrodą istotnie niezależną. Ani od subwencyj rządowych, ani od kryteriów regionalnych, ani od względów rynkowych. Niezależną także od polityki i od konjunktury społecznej. Jako taka powinna premjować książki, które (...) nie mają szans zdobycia odznaczeń gdzie indziej. A więc: albo dzieła debjutantów nie nadające się do nagrody młodych, albo dzieła reprezentujące gatunki niepopularne; przez formę swoją lub treść skazane na niski rezonans wśród publiczności". Brzmi znajomo?
Zresztą Kuncewiczowa wskazała jako jeden ze swoich typów Sanatorium pod Klepsydrą Brunona Schulza, a i wśród innych jurorów tytuł ten często się pojawiał (choćby u Marii Dąbrowskiej, zauroczonej książką poza jej "pretensjonalnym tytułem"), podobnie jak Ferdydurke Gombrowicza. A jednak żaden z ówczesnych debiutantów nagrody nie dostał. Przypadła ona, jako się rzekło, Jeremiemu Wasiutyńskiemu. To znowu prowadzi nas do innej przestrzeni okołonagrodowej debaty narodowej w XXI wieku: zarzucaniu instytucji nagród upadku roli wiarygodnych przewodników i drogowskazów przyszłego kanonu. Jak widać, problem ten nie pojawił się w naszym wieku - choć, gwoli prawdy, Wasiutyński bywa wznawiany do dzisiaj.
Ciekawą refleksją co do możliwych strategii przyznawania nagród literackich dzieli się Maria Kuncewiczowa na końcu swojego listu: "sądziłabym, że książki akademików literatury, jak również znanych, ugruntowanych pisarzy (...) powinny przy nagrodzie "Wiadomości" ustępować placu książkom pisarzy o trudnej konjunkturze". Wtóruje jej Iwaszkiewicz: "Mojem zdaniem, nagroda "Wiadomości" powinna ułatwiać sytuację pisarzom o trudnej konjunkturze, a nie uwieńczać pisarzy mających wyrobioną markę". To znane, aktualne także dzisiaj stanowisko nie jest, jak widać, postulatem naszych czasów. A z powyższych wypowiedzi możemy domniemywać, że inne nagrody przedwojennej Polski posługiwały się w swoich rozstrzygnięciach przewidywalnym kluczem.
Na uwagę zasługuje też fragment, w którym na początku posiedzenia jury redaktor "Wiadomości" prosi grono jurorskie "o niekierowanie się żadnemi względami taktycznemi (...). Chodzi nie o to, kto co napisał, ale co kto napisał" (wyróżn. oryg.).
Od blisko stu lat i w tej kwestii panuje zatem ideowa zgoda. Proszę wybaczyć ironię.
Na koniec, zapraszając do lektury numeru, który stara się o nagrodach powiedzieć jak najwięcej i z różnych perspektyw (również statystycznych i finansowych), dodam jedynie, że jurorzy i jurorki "Wiadomości" otrzymywali do oceny raptem kilka, może kilkanaście książek. Obecnie kapituły zmagają się z setkami, jeśli nie tysiącami tytułów, nadsyłanych pod rozwagę gremiów rozstrzygających w niemal osiemdziesięciu nagrodach literackich w Polsce. Chcę tylko powiedzieć, że już sam wzrost tych liczb wykładniczo zwiększa współczesne zniuansowanie i zakres wielu problemów diagnozowanych w roku 1938. A co dopiero, jeśli weźmiemy pod uwagę inne zmienne świata XXI wieku, z najważniejszymi na czele: internetem i pieniędzmi-
Z Krzysztofem Siwczykiem, przewodniczącym jury Nagrody Literackiej Nike, o wyróżnieniach literackich, dystrybucji prestiżu, korozji życia literackiego oraz kilku innych sprawach rozmawia Irek Grin.
KRZYSZTOF SIWCZYK (ur. 1977) - polski poeta, eseista i krytyk literacki, autor osiemnastu tomów poetyckich oraz licznych książek krytycznoliterackich. Debiutował w 1995 zbiorem wierszy Dzikie dzieci. W kolejnych latach wydał m.in. Wiersze dla palących (2001), Centrum likwidacji szkód (2008) czy trylogię Krematoria (2021-2022). Jego twórczość była tłumaczona na wiele języków, w tym niemiecki, francuski i włoski. Jest również autorem kilku książek eseistycznych - Ulotne obiekty ataku (2010) i Bezduch (2018). Laureat Nagrody Fundacji Kościelskich, Nagrody Literackiej Gdynia (esej) i Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. Finalista francuskiej nagrody Prix de la revue NUNC oraz laureat międzynarodowej Nagrody Václava Buriana. Mieszka w Gliwicach.
Irek Grin: Nasza rozmowa ukazuje się w "Notatniku Literackim", którego głównym tematem są nagrody literackie. Pamiętasz wszystkie swoje nominacje?
Krzysztof Siwczyk: To zależy, od jakiego czasu mielibyśmy tę pamięć datować. Dla mnie nagrody literackie w Polsce, szczególnie dotyczące poezji, dzielą się na dwie poważne grupy. Pierwsza to te, które nie organizowały emocji życia literackiego jako pewnej całości, gdyż trwała dekada radosnej decentralizacji i ta całość się rozpadała. W latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy próbowałem wejść do literatury, były one elementem rozprowadzania lokalnego prestiżu. Oszem, istniały wieloletnie, piękne, historycznie zasłużone wyróżnienia, takie jak Nagroda Kościelskich, i dla ówczesnych trzydziestolatków i młodszych autorów była ona elementem pasowania na pisarza - tyle że w trybie niekoniecznie nam bliskiej "kultury wysokiej", albo może takiej kultury literackiej Polski, która przynależała do przeszłości i z naszej perspektywy nie wpływała na bieżące życie literackie. A rozliczne pomniejsze wyróżnienia, pozbawione charakteru zorganizowanej nagrody, były elementami lokalnych literackich aktywności - jak choćby nagroda Bierezina w Łodzi czy nagroda "Czasu Kultury". Skądinąd obydwie świetnie przysłużyły się debiutantom!
Obydwie dostałeś.
Tak, wspominam tylko te, których miałem szczęście zostać laureatem. Postrzegałem to jako zdarzenia o pewnej sytuacyjnej mocy, które odbijały się jakimś echem medialnym. Ale w tamtych czasach to echo rezonowało zupełnie inaczej niż w okresie, o którym chciałbym powiedzieć, przywołując drugą grupę nagród i jakościową zmianę w ciągu ostatnich plus minus dwudziestu lat. W tym okresie ukonstytuowały się Wrocławska Nagroda Poetycka Silesius i Nagroda Literacka Gdynia. Jeśli chodzi o poezję, to były dwie pierwsze nagrody z prawdziwego zdarzenia, nagrody mające charyzmę i znamiona poważnego działania instytucjonalnego, przypominające to, co dzieje się w tak zwanych dojrzałych literackich demokracjach. To było coś dużego.
W tym okresie ukonstytuowały się Wrocławska Nagroda Poetycka Silesius i Nagroda Literacka Gdynia. Jeśli chodzi o poezję, to były dwie pierwsze nagrody z prawdziwego zdarzenia, nagrody mające charyzmę i znamiona poważnego działania instytucjonalnego, przypominające to, co dzieje się w tak zwanych dojrzałych literackich demokracjach.
Zatem moja pamięć w kwestii życia literackiego związanego z nagrodami dzieli się na lata dziewięćdziesiąte, czyli młodość i pewnego rodzaju "koronowania", których dokonywała Nagroda Kościelskich, oraz ówczesne mniejsze, lokalne wyróżnienia związane z konkretnymi ośrodkami literackimi, na przykład pismami literackimi, i lata dwutysięczne, kiedy nagle pojawiło się coś dużego, co wyraźnie organizowało zbiorową wyobraźnię - czyli Silesius i Gdynia. Od tych dwóch wyróżnień zaczyna się inne myślenie o miejscu i roli nagród w bieżącym życiu literackim i szerzej: o wadze aktywnego organizowania przez te nagrody całego pola literackiego.
Nie odpowiedziałeś na pytanie o twoje nominacje.
Chciałem tego uniknąć.
Cztery nominacje do Silesiusa, w tym jedna nagroda, w Gdyni też zostajesz laureatem - otrzymujesz nagrodę za esej... Dlaczego się śmiejesz?
Uśmiecham się. Czasem nie mogę w to uwierzyć.
Byłeś też nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, o której jeszcze nie powiedzieliśmy.
Popatrzmy teraz na inne możliwe podziały wewnątrz świata nagród, trzymając się poetyckich lub tych, które uwzględniają poezję. Chodzi o podziały związane ze stosunkiem przeróżnych środowisk literackich do nagród właśnie, wynikającym z większej świadomości i potrzeby transparentności oraz zmiany w - wybacz określenie - sposobie wydatkowania środków publicznych. Od jakiegoś czasu pojawiają się niezwykle krytyczne głosy o ich niewłaściwej redystrybucji w polu literackim. Większość nagród literackich w Polsce jest finansowana z pieniędzy podatników, o czym piszemy więcej w tym numerze "Notatnika". Nawet "prywatne" nagrody zazwyczaj jakoś korzystają ze środków wspólnych. Co myślisz o głosach potępiających system nagród literackich, czy to ze względu na ich swoisty charakter, immanentnie wykorzystujący kategorię wyścigu, w którym "przegranych" jest znacznie więcej niż "wygranych", czy z powodu zbyt dużych kwot przeznaczanych na nagrody między innymi przez samorządy, podczas kiedy zdaniem krytyczek i krytyków potrzeby środowiska są ogromne i te pieniądze powinny być wydawane inaczej - na przykład na stypendia dla twórczyń i twórców?
By się do tego odnieść, trzeba rozważyć kilka elementów. Pierwszy to długi czas trwania i tradycja, ale także merytoryczna jakość nagród. Wróćmy do Kościelskich. Stolikowo-kawiarniana kontestacja tej nagrody miała tak naprawdę charakter ukrytego pożądania: pożądaliśmy zatrutego owocu, pożądaliśmy przez negację. I w pewnym momencie Nagroda Kościelskich została odczarowana i zaakceptowana, bo zaczęli ją dostawać "nasi"; okazało się, że docenia autorki i autorów, którzy później mieli stać się zasadniczymi głosami literatury polskiej w ogóle. Dzięki dobrym wyborom i długiemu trwaniu potwierdziła swoją siłę i jakość. Przy okazji stało się jasne, że próby podgryzania tej nagrody tylko utrwalały jej symboliczną pozycję. Do dziś pamiętam bal u Marcina Barana zorganizowany w związku z Kościelskimi dla Andrzeja Sosnowskiego.
Później zaczęły powstawać inne wyróżnienia, czasami zdecydowanie bardziej intratne finansowo, także bardziej dynamiczne w odbiorze, pobudzające emocje. A w latach dziewięćdziesiątych Nagroda Kościelskich była jedyną dużą nagrodą, którą mogli dostać względnie młodzi autorzy, może z małymi wyjątkami. Ale przy tym nigdy nie nosiła łaty centralnie, środowiskowo czy jakoś inaczej sterowanej - przecież przyznawano ją za granicą. Wiesz, że ja się bardzo cieszę, że ta nagroda dalej istnieje? Mam wrażenie, że utrwala wciąż słabnącą ciągłość polskiej literatury. Wydaje mi się, że w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat od odzyskania niepodległości ta ciągłość została mocno nadszarpnięta, co jest znaczącym signum temporis. Ciągłość literatury, pewnej tradycji, to coś istotnego. Przy czym zdaję sobie sprawę z tego, że mówię to jako predziad.
Wsłuchuję się w głosy, według których instytucjonalna sieć nowych nagród literackich - nowych-starych, bo część ma już prawie dwie dekady - przyczyniła się do korozji autentyczności życia literackiego. Życia literackiego rozumianego jako księstwo powszechnej sprawiedliwości społecznej, jako środowiskowe czy aktywistyczne ustalaniewewnętrznych hierarchii, bez oglądania się na kategorię prestiżu, który nagrody dają lub odbierają.
Spróbuj się zmierzyć z zasadniczą częścią pytania, bardzo proszę.
Wsłuchuję się w głosy, według których instytucjonalna sieć nowych nagród literackich - nowych-starych, bo część ma już prawie dwie dekady - przyczyniła się do korozji autentyczności życia literackiego. Życia literackiego rozumianego jako księstwo powszechnej sprawiedliwości społecznej, jako środowiskowe czy aktywistyczne ustalanie wewnętrznych hierarchii, bez oglądania się na kategorię prestiżu, który nagrody dają lub odbierają. Ale czy faktycznie odbierają? Chyba nie. To bowiem znaczyłoby, że brak laurów odbiera nienagrodzonym, "pominiętym", jakość i siłę literacką. Jak gdyby zabierano im indywidualność uprawianej przez nich literatury. A przecież to są kwestie symbolicznego języka kultury, który nagrody literackie wytwarzają i którym się posługują. To jest część świata obsługi tej literatury i swoistego sposobu mówienia o niej. Różne nagrody różnie z tych możliwości korzystają. Jedne bardziej solennie, inne, jak Silesius, ironiczno-transgresyjno-progresywnie, albo jak Gdynia: spoglądając niezwykle szeroko, przekrojowo, na wielogatunkowość polskiego piśmiennictwa. I jeszcze nie wiemy, co za tym pójdzie.
Nagroda Kościelskich powstała w 1962 roku, ma zatem tradycję trzy razy dłuższą niż wyróżnienia obecnie najbardziej dyskutowane w środowisku - nie tylko autorskim, lecz także czytelniczym. Kontestacja wydaje mi się więc przedwczesna. A już inny sposób dystrybucji tych środków jedynie pozornie zdaje mi się uzasadniony. Bo co: likwidujemy nagrody i te pieniądze, które rzeczywiście są pieniędzmi publicznymi, przeznaczamy na subsydia innego rodzaju, rezydencje czy stypendia, albo rozdajemy wszystkim pominiętym? Oczywiście, to byłby gest, produkujemy przecież ogromną liczbę nominowanych - rozprowadźmy te pieniądze pomiędzy nich, wszak to oni je wypracowali jako podatnicy. I najczęściej świetni twórcy.
Bez względu na różne koncepcje, u których podłoża leży wizja likwidacji nagród i przeznaczenia środków na inne cele związane z twórcami i twórczyniami literatury, większość domagających się tego zdaje się nie dostrzegać faktu, że za owymi rozwiązaniami i tak pójdzie konieczność wyboru beneficjentów, a zatem potrzebne będą gremia rozdzielające pieniądze, nie uniknie się pominiętych, oskarżeń o niesprawiedliwość, polowań na czarownice być może na jeszcze większą skalę. I rykoszetem, poza wszystkimi innymi zainteresowanymi, uderzy to na wiele sposobów w samorządy, które w ogromnej większości finansują dzisiaj nagrody i rozwój literatury.
Oczywiście. Poza tym to jest wołanie o gest socjalny, opiekuńczy. Za te działania, choćby stypendia czy rezydencje, odpowiedzialne powinno być państwo polskie, mające swoje ministerstwo kultury, na które wszyscy, jako obywatele, się składamy. Państwo powinno oferować rozliczne programy skierowane do twórców, a nie pojedyncze stypendia ministra w raz do roku ogłaszanym naborze. Jak wspomniałeś, najważniejsze nagrody literackie, powstałe w ostatnich dwudziestu latach, najczęściej są fundowane z samorządowych pieniędzy i organizowane w okolicach dużych ośrodków miejskich, a tym samym największych ośrodków kulturalnych. To Wrocław, Kraków, Gdynia, Warszawa, która powróciła po latach do Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy...
Poznań, który od tego roku podwaja finansowo swoje nagrody...
Chodzi o konsekwentną całoroczną działalność, promowanie i budowanie u czytelników i czytelniczek praktyki ciągłego bycia w literaturze poprzez literaturę. Nagroda finalnie ma za zadanie sezon wydawniczy dodatkowo wzmocnić i podgrzać.
Poznań jest świetnym przykładem szczególnego sposobu, w jaki miasta działają wraz z partnerami - czy to społecznymi, instytucjonalnymi, czy akademickimi. Poznańska Nagroda Literacka fenomenalnie koegzystuje z Uniwersytetem Adama Mickiewicza. Odbieram to bardzo pozytywnie. Mam wrażenie, że organizuje się tam nie tylko nagrody, ale również społeczność, wspólnotę i sojusz czytających wokół pewnego rodzaju świąt literatury, które te nagrody kreują. Mówię o społecznym wpływie tych wydarzeń, a nie o ich stronie sportowej, nie o rywalizacji między autorkami i autorami. Silesius od lat jest jednym z najlepszych tego przykładów. Tu nie chodzi o kwestie incydentalne typu gala i ta godzina widzialności literatury w przestrzeni wirtualnej czy medialnej. Chodzi o konsekwentną całoroczną działalność, promowanie i budowanie u czytelników i czytelniczek praktyki ciągłego bycia w literaturze i poprzez literaturę. Nagroda finalnie ma za zadanie sezon wydawniczy dodatkowo wzmocnić i podgrzać. Podobna tendencja rozwija się w innych miastach, choćby w Gdyni czy w Krakowie, gdzie nagrodom towarzyszą festiwale, rozszerzając udział w literaturze. Przy czym warto pamiętać, że to jest proces i musi trwać długo.
Ponadto nagrody przejmują od krytyki literackiej rolę drogowskazów. Nie chcę powiedzieć, że ją wyręczają czy zastępują, ale jej możliwości oddziaływania na szeroką publiczność znacznie się zmniejszyły. Obieg refleksji literackiej w czasopismach zaczął w którymś momencie upadać. "Notatnik Literacki" zjawił się jak feniks...
Dziękujemy.
... i wzlatuje, a na niego wciąż opadają popioły tych wszystkich pism literackich, które znalazły się w sytuacji, mówiąc oględnie, trudnej, nie zawsze z własnej winy. Rolę ważnego miejsca dyskusji literackiej przejmują więc nagrody, które z racji rywalizacyjnego charakteru - bo taki mają, czy nam się to podoba, czy nie - przyciągają większą uwagę mediów, a co za tym idzie - czytelników i czytelniczki. Wokół nagród wytworzył się i umacnia proceder krytycznoliteracki. I podobnie jak w innych przestrzeniach dyskusji są za niego odpowiedzialni konkretni ludzie ze zindywidualizowanymi upodobaniami estetycznymi. Być może wielu przeciwników idei nagród to uwiera. Nie zgadzają się - może nie z ideą istnienia nagrody jako takiej, ale z poszczególnymi ludźmi, którzy ją przyznają. To jednak problem idiosynkrazji, a nie systemu i wciąż tworzącej się, delikatnej sieci nagród.
Spójrzmy zatem na inne możliwe przyczyny takiego stanu rzeczy. W tym numerze "Notatnika" zadajemy sobie także pytanie o powtarzalność wielu nazwisk w gremiach jurorskich oraz o czas, jaki w nich zasiadali. Nie znam jeszcze tych danych, ale obaj wiemy, że krąg jurorów nawet kilkunastu spośród kilkudziesięciu ważnych nagród literackich w Polsce jest dość przewidywalny i powtarzalny. Czy nie jest to zjawisko niebezpieczne, jeśli trwa bardzo długo i koncentruje się, z niewielkimi wyjątkami, na tych samych postaciach - przy czym nie neguję i nie komentuję ich kompetencji? Kadencyjność składów jury, obecna już w regulaminach większości nagród, powinna ten problem rozwiązywać, niemniej praktyka dowodzi, że juror czy jurorka jednej nagrody po zakończeniu kadencji nie pozostają bezrobotni, lecz dość szybko zasilają szeregi kapituł innych nagród. Myślę, że mówimy tu o gronie kilkudziesięciu osób, decydujących w istocie o kształcie współczesnego życia nagród literackich, co ma, jak powiedzieliśmy, fundamentalne znaczenie dla życia literackiego i recepcji literatury w ogóle.
Te kilkadziesiąt osób to, niestety, również przykry efekt zjawiska,o którym mówiłem wcześniej. I nie użyję frazy "upadek krytyki literackiej", bo to nie tak. Nie ma upadku krytyki literackiej, ale jest pewna zmiana paradygmatu uprawiania tejże krytyki.
Już sposób, w jaki formułujesz to pytanie, pokazuje jego skomplikowanie. Mam wątpliwości, czy w ogóle można na nie odpowiedzieć. Wydaje mi się też, że trudność tej rozmowy wynika z tego, iż od wielu lat obydwaj spotykamy się wciąż na tym samym obiedzie wielkiej, ale przecież kameralnej rodziny. Część się kocha, a część nienawidzi, niemniej wszyscy siedzimy razem przy jednym stole. Trudno się o tym rozmawia.
Czujemy przecież, nie tylko ty i ja, ale wszyscy, którzy interesują się literaturą i jej funkcjonowaniem w żarnach nagród literackich, że towarzyszy temu procesowi intensywna obecność konkretnych osób, a co za tym idzie - przewaga pewnych sympatii dla konkretnych literatur i mniejszych uczuć dla innych. Może to potencjalnie sprawiać, że jakaś nagroda pozostanie szczelnie zamknięta dla języków literatury, które powinno się jednak pokazywać, ba, nagradzać. To jedna sprawa.
Druga to liczba. Te kilkadziesiąt osób to, niestety, również przykry efekt zjawiska, o którym mówiłem wcześniej. I nie użyję frazy "upadek krytyki literackiej", bo to nie tak. Nie ma upadku krytyki literackiej, ale jest pewna zmiana paradygmatu uprawiania tejże krytyki. W inne miejsca się ona przenosi, na przykład do nagród i ferowania wyroków. Zatem jeśli nie da się znaleźć większej liczby osób ze szczególnymi kompetencjami - a tych wymaga jurorowanie i umiejętność uważnego czytania setek książek rocznie - to nie o nagrodach świadczy, lecz o możliwościach współczesnej polskiej krytyki. Paradoks polega na tym, że prestiż nagrody jest robiony również przez nazwiska jurorów.
Z innej jeszcze strony: to niebezpieczeństwo, które próbujemy zdefiniować, związane z nadobecnością konkretnych ludzi w kapitułach, można próbować demontować. To rola organizatora nagrody literackiej. Może on zapobiegać powtarzaniu schematów, unikać niebezpieczeństwa od samego początku, na przykład bardziej dynamizując kadencyjność. Może powinny to być tylko dwa lata? (W większości nagród kadencja jurora trwa obecnie trzy lata - przyp. red.). Tak aby przepływ nazwisk był na tyle szybki, a nurt tego przepływu na tyle silny, że w trybie dziesięcioletnim kapituła wymieni się w całości, w niektórych wypadkach więcej niż jeden raz. Dopiero wtedy możemy myśleć o nagrodzie literackiej jako bycie zmierzającym do tworzenia w polu literackim różnych kanonów równoległych przez rozmaitość zapraszanych jurorów i jurorek, którzy chcą wsłuchiwać się w niezliczoną ilość pisarskich głosów. Bo jeszcze nie wszystkie nagrody osiągnęły własny język i niepowtarzalny charakter, nie wszystkie zdefiniowały jasno swoją szpicę estetyczną. To wybrani laureaci definiują swoją twórczością ostrość tej szpicy.
Ja też - powiedzmy to głośno - bardzo boję się zjawiska, które zdaje się tężeć w ostatnich latach. Nie zamierzam jednak wylewać nad nim krokodylich łez, bo jest ono także znakiem czasów. Mówię o sytuacji, w której kapituły czy same nagrody są poddawane coraz większej presji rynku wydawniczego, to znaczy tej jego aktywności, która często przekłada się na potworną siłę medialną.
Ja też - powiedzmy to głośno - bardzo boję się zjawiska, które zdaje się tężeć w ostatnich latach. Nie zamierzam jednak wylewać nad nim krokodylich łez, bo jest ono także znakiem czasów. Mówię o sytuacji, w której kapituły czy same nagrody są poddawane coraz większej presji rynku wydawniczego, to znaczy tej jego aktywności, która często przekłada się na potworną siłę medialną. Ten melanż interesów wydawców, rynku książki i jej promocji oraz mediów jest w stanie na przestrzeni roku wytworzyć w wyobraźni nawet wybitnego i najbardziej niezależnego jurora obraz literatury, która ukazała się w danym sezonie wydawniczym. A przecież kapituły pracują kwartał czy pół roku po zamknięciu takiego sezonu. Na jurorkach i jurorach siłą rzeczy musi pozostać pewien osad tego, co i jak często o poszczególnych książkach przeczytali i usłyszeli. Oczywiście ich siła charakteru powinna polegać na tym, że potrafią ten osad strząsnąć. Ja sam - chociaż mam nikłe doświadczenie dwuletniego jurorowania - nie jestem wolny od medialnego nacisku. Pewne rzeczy na temat konkretnych pozycji zostały mi wtłoczone do głowy, zanim je jeszcze przeczytałem. Duże tytuły prasowe zdążyły mi powiedzieć: to jest arcydziełem, to jest wybitne, przed tym ostrzegamy. W takiej sytuacji muszę znaleźć w sobie przestrzeń neutralnego czytania, otworzenia się na mój intymny zachwyt nad daną książką. Muszę być w tym uczciwy - a jednocześnie nie wiem, ile medialnego osadu we mnie pozostało. To dziwne wrażenie, że musisz uzgodnić swoją indywidualną, cichą lekturę przy nocnej lampce z szumem tego, co o danej książce można było przeczytać w ciągu roku wydawniczego.
REDAKCJA:
Irek Grin (redaktor naczelny), Rafał Komorowski
(serwis www), Emilia Konwerska, Angelika Kukioła,
Waldek Mazur (sekretarz redakcji), Piotr Pflegel,
Agnieszka Wolny-Hamkało (dział "Klin")
WSPÓŁPRACOWNICY:
Julia Fiedorczuk, Weronika Gogola, Mateusz Górniak,
Dorota Kotas, Jacek Paśnik, Paweł Sołtys
REKLAMA I PROMOC JA:
Piotr Pflegel (reklama@notatnikliteracki.pl)
OKŁADKA I LAYOUT:
Angelika Kukioła
REDAKCJA:
Ewa Dąbrowska, Marzena Szymanowska-Pietrzyk
KOREKTA:
Joanna Zaborowska
WYDAWCA:
Wrocławski Dom Literatury
ADRES REDAKCJI:
Przejście Garncarskie 2,
50-107 Wrocław
KONTAKT Z REDAKCJĄ:
redakcja@notatnikliteracki.pl
? Wrocławski Dom Literatury
ISSN 2956-7076 (wydanie papierowe)
ISSN 2956-8072 (portal internetowy)
ISSN 2956-8870 (e-book)
WWW.NOTATNIKLITERACKI.PL
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury