Notatnik Literacki 1/2023 - Praca zbiorowa
19.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
IREK GRIN
Wstępniak redaktora naczelnego w pierwszym numerze pisma literackiego to wyzwanie najwyższej próby. W tylu ważnych dla humanistyki tytułach wybitni redaktorzy przedstawiali wizje swoich pism w sposób tak intelektualnie i artystycznie niedościgły, że na każdym, kto staje przed podobnym zadaniem, kładzie się obezwładniający cień oczekiwań i odpowiedzialności. To tak, jakby chcieć napisać następne z wielu zakończeń Tajemnicy Edwina Drooda, mając coraz mniej możliwości bycia oryginalnym i w ogóle jakkolwiek istotnym.
Zatem nie będę się z tym mierzył. Nowy tytuł literacki, który oddajemy w wasze ręce, nie ma aspiracji galaktycznych. W istocie jest następnym zadaniem, które stawia przed sobą zespół aktywistek i aktywistów książki w ramach promocji czytelnictwa. Spośród sporej liczby innowacyjnych sposobów upowszechniania literatury realizowanych w pracy zawodowej wielu z nas w duchu marzy o tradycyjnym - niektórzy powiedzą nawet, że przestarzałym - modelu tej aktywności: piśmie literackim. Dzieje się tak między innymi dlatego, że często na pismach literackich uczyliśmy się świadomie czytać, a niemało z nich formowało nasze artystyczne gusta i kształtowało wrażliwość czytelniczą.
Wydawałoby się, że powrót do tej idyllicznej krainy jest skazany na porażkę. Czytelnictwo pikuje. Książki stają się - również z powodu cen - towarem luksusowym. Upadają niezależne księgarnie autorskie. Kanon lektur szkolnych sprawia, że duża część młodzieży po prostu nienawidzi czytania. Równocześnie podaż na rynku literackim jest gargantuiczna. Kilkadziesiąt tysięcy tytułów ukazujących się rocznie w Polsce powinno napawać nadzieją, tymczasem staje się główną przeszkodą w kreowaniu i utrwalaniu dobrych zwyczajów czytelniczych. Mówiąc w największym uproszczeniu: świadome poruszanie się w tej dżungli jest zwyczajnie niemożliwe. "Notatnik Literacki" stawia sobie za cel porządkowanie i katalogowanie wielu niebywale zatomizowanych zjawisk w sferze literackiej, pogłębioną refleksję na temat najważniejszych dzieł, inicjowanie i inspirowanie procesu wyboru, namysł nad zjawiskami zasługującymi na trwanie dłuższe niż kilkadziesiąt sekund uwagi poświęcanej uproszczonym wpisom internetowym, rzetelne informowanie o najważniejszych wydarzeniach w świecie literatury. Niby wszyscy tak obiecują - ale my rzeczywiście to zrobimy.
Otworzymy łamy zarówno dla debiutantek i debiutantów, jak i dla twórczyń i twórców uznanych. Przypomnimy rzeczy przegapione i trochę powróżymy z kart książek wydawanych obecnie. Porozmawiamy z najważniejszymi autorkami i autorami naszych czasów (nie przez przypadek wywiadem tego numeru jest rozmowa z Olgą Tokarczuk). Chcemy być dla naszych czytelniczek i czytelników przewodnikiem, na którym można polegać.
Jako racjonalni animatorzy uruchomiliśmy już serwis internetowy notatnikliteracki.pl, który ma uzupełniać treści kwartalnika papierowego, reagować na wydarzenia szybciej, docierać szerzej i bez ograniczeń. Zapraszamy do lektury obu odsłon "NL" i dzielenia się uwagami, skargami, wnioskami i zażaleniami. Osoby autorskie, recenzentki i recenzentów namawiamy do nadsyłania swoich tekstów. Nie obiecujemy, że każdy opublikujemy, ale na pewno każdy uważnie przeczytamy.
A jeśli będziemy dla was ważni - trzymajcie kciuki i wspierajcie nas. Utrzymanie pisma literackiego obecnie naprawdę graniczy z cudem.
Pozwólcie, że na koniec podziękuję instytucjom i ludziom, dzięki którym trzymacie ten zeszyt w ręku. Wyrazy wdzięczności zechcą przyjąć: Wrocław Miasto Literatury UNESCO, cały zespół Wrocławskiego Domu Literatury, a szczególnie: Waldek Mazur, Emilia Konwerska, Angelika Kukioła, Piotr Pflegel, Rafał Komorowski, Agnieszka Wolny-Hamkało, Ewa Dąbrowska, Dawid Skrabek i Emil Pasierski.
OLGA TOKARCZUK
OLGA TOKARCZUK - laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 2018 "za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją pokazuje przekraczanie granic jako formę życia". Jej książki zostały przetłumaczone na ponad 40 języków. Laureatka między innymi Międzynarodowej Nagrody Bookera za powieść Bieguni (Flights, tłum. Jennifer Croft), Nagrody im. Jana Michalskiego za Księgi Jakubowe (Les Livres de Jakób, tłum. Maryla Laurent), dwukrotna laureatka Nagrody Literackiej Nike za Biegunów i Księgi Jakubowe. Ponownie nominowana do Międzynarodowej Nagrody Bookera za powieść Prowadź swój pług przez kości umarłych (Drive Your Plow Over the Bones of the Dead, tłum. Antonia Lloyd-Jones), dwukrotnie nominowana do National Book Award za powieści Bieguni oraz Prowadź swój pług przez kości umarłych.
O debiucie pisarskim, poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi i przyszłości literatury z Olgą Tokarczuk rozmawia Irek Grin.
Irek Grin: Debiutowałaś...
Olga Tokarczuk: Debiutowałam w zeszycie, który mam do dzisiaj. W wieku dwunastu lat napisałam cztery rozdziały powieści o czarownicach. Opatrzyłam je tytułem Czarownice, a obok narysowałam miotłę. Była to historia rodziny czarodziejek, matki i czterech córek. Mieszkały w lesie. Chyba nie miałam pomysłu na fabułę. Interesowały mnie za to bardzo te postacie. Stwarzanie postaci to czysta magia. Może kiedyś dokończę.
Publicznie zadebiutowałaś kilka lat później: opowiadaniami drukowanymi w magazynie "Na Przełaj" w 1979 roku.
To był czas między późną podstawówką a drugą-trzecią klasą liceum. Opublikowałam tam kilka opowiadań, choć dzisiaj nazwałabym te formy po prostu krótkimi prozami. Bizarnymi, niespokojnymi, czasem pisanymi językami pożyczonymi od innych autorów. Najobszerniejsze były chyba Pieśni o psim powstaniu, w których psy przejmują władzę nad światem. Było też takie o rytualnym mordowaniu karpia w wannie na święta.
Publikowałaś pod pseudonimami.
Tak. I nie tylko ja. Była w "Na Przełaj" całkiem spora grupa późniejszych pisarzy i pisarek. W tym czasie podpisywanie tekstów nieswoim nazwiskiem wydawało mi się zupełnie naturalne. Kiedy człowiek ma naście lat, wypróbowuje różne tożsamości. Zawsze lubiłam wymyślać sobie pseudonimy, a nawet tworzyć inne osobowości, w których próbowałam się rozsiąść. Bawiłam się tym. To mogło mieć związek z moją nastoletnią fascynacją Witkacym. Im dziwniejszy, im bardziej zaskakujący pseudonim, tym lepsze mi się to wszystko wydawało.
Swoją pierwszą powieść, Podróż ludzi Księgi, wysłałaś jako propozycję do wydawców już pod swoim nazwiskiem.
Z tym się wiąże anegdota, w jakimś sensie formująca. Zanim ją jednak opowiem, warto wspomnieć, że pomiędzy tymi pierwszymi nastoletnimi próbami w "Na Przełaj" a debiutem minęło wiele lat. Jeszcze na studiach psychologicznych zaczęłam pracę z pacjentami, jako wolontariuszka. Ukończyłam psychologię kliniczną, specjalizowałam się w niej i ciągnęło mnie do ciężkich, drastycznych przypadków. Było to tak zajmujące i tak emocjonalnie wymagające, że na jakiś czas w ogóle przestałam myśleć o pisaniu. Dopiero po kilku latach powrócił ten nawyk notowania, wymyślania. Wynikało to, jak dzisiaj myślę, również z dojmującego poczucia zmęczenia i wyczerpania zawodowego w pracy klinicznej. Więc napisałam - pracując jeszcze jako psychoterapeutka - Podróż ludzi Księgi, a następnie E.E. Pisanie stało się moim głównym, a potem jedynym zajęciem wiele lat później.
Wracając do anegdoty o debiucie. Szukałam dla niego wydawcy chyba przez trzy lata. Między innymi dlatego, że trafiłam z tą książką na bardzo niekorzystny dla młodej pisarki moment w historii. Był to przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, większość wydawnictw państwowych upadała. Nowe, które powstawały, zajmowały się głównie entuzjastycznym wprowadzaniem na rynek literatury zagranicznej, szczególnie amerykańskiej, tej z kolorowymi okładkami. W PRL-u nie była ona wydawana. Młoda debiutantka z powieścią, która dzieje się we Francji i właściwie jest rodzajem przypowiastki filozoficznej, a mówiąc wprost - odlotem, w tym nowym świecie się nie sprawdzała. Szczególnie że dzisiaj wiem dobrze, że to jest powieść napisana przez czytelniczkę, a nie pisarkę. Z perspektywy czasu nie dziwię się wydawnictwom, które odmawiały publikacji i odsyłały tę książkę. A właściwie - nie odsyłały. Napisałam Podróż ludzi Księgi odręcznie, a następnie przepisałam na maszynie do pisania. Kopie powstawały za pomocą kalki, którą wkładało się między strony - tłumaczę na użytek tych czytelniczek i czytelników, którzy takich urządzeń nie pamiętają. Praktycznie mogłam uzyskać najwyżej cztery egzemplarze maszynopisu, ale ten czwarty był już niemal nieczytelny. Kserokopiarki dopiero się pojawiały i w mojej okolicy żadnej nie było, więc należało obchodzić się z tymi egzemplarzami bardzo ostrożnie. Jedną kopię zostawiłam sobie, tę prawie nieczytelną, a trzy wysłałam do wydawnictw. Tylko jedno z nich odesłało mi egzemplarz. Pojechałam osobiście do Warszawy odebrać jeden z nieodesłanych maszynopisów. Pani sekretarka wprowadziła mnie do małego pomieszczenia, powiedzmy trzydziestometrowego, pełnego regałów, na których leżały stosy maszynopisów różnych powieści, i powiedziała, że tu gdzieś na pewno jest moja książka i żebym sobie odszukała. Oczywiście nie odnalazłam swojego maszynopisu, ale zdałam sobie sprawę z tego, że takich ludzi jak ja jest mnóstwo i że nie jestem jedyną poszukującą wydawcy autorką, że są nas setki w Polsce i że decyduję się na ryzykowny rodzaj życia. Na "walkę" z tak dużą konkurencją, że o jakimkolwiek sukcesie może zaważyć przypadek. W końcu udało mi się znaleźć wydawnictwo, które zdecydowało się na publikację tej powieści. Zajął się tym Jarek Markiewicz z grupy Oneiron. Od momentu napisania książki do jej wydania upłynęły ponad trzy lata. Pamiętam, że musiałam zapłacić za papier, na którym książkę wydrukowano. Na szczęście otrzymała nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek i później nie miałam już problemów ze znalezieniem wydawcy.
"
Zawsze lubiłam wymyślać sobie pseudonimy, a nawet tworzyć inne osobowości, w których próbowałam się rozsiąść. Bawiłam się tym. To mogło mieć związek z moją nastoletnią fascynacją Witkacym. Im dziwniejszy, im bardziej zaskakujący pseudonim, tym lepsze mi się to wszystko wydawało.
A wiesz, ile masz w tym roku jubileuszów?
Myślę, że dwa. Pierwszy to debiut powieściowy, 1993...
W rzeczy samej, rok 1993 i Podróż ludzi Księgi. Ale cofnijmy się o dziesięć lat od tej daty, do roku 1983, czterdzieści lat temu. Mówi ci to coś?
1983? Nie.
To był rok twojego debiutu poetyckiego.
Umawialiśmy się, że o poezji nie będziemy rozmawiać.
Oczywiście znam twój stosunek do swojej poezji, znam także twoją wypowiedź o różnicy pomiędzy poezją a prozą, tę, w której mówisz, że poezja to jest taka proza, którą się pisze, jak się ma mało czasu. Ale nie zmienia to faktu, że czterdzieści lat temu opublikowałaś dwa wiersze, Oddział psycho-geriatryczny i Trójkąt bermudzki, w krakowskim "Życiu Literackim". I tyle o poezji. To może porozmawiamy o tym, że jako młoda dziewczyna chciałaś studiować medycynę kosmiczną i byłaś zdziwiona, że nie ma takiego kierunku w kraju...
(Śmiech) Tak, a na psychologię poszłam, żeby studiować psychoanalizę, w końcu Poza zasadą przyjemności Freuda ukazało się w Polsce w 1975 roku, czytałam tę książkę, mając pewnie jakieś czternaście lat. Byłam zafascynowana i naprawdę chciałam się tej psychoanalizy uczyć. Tyle że okazało się, iż w Polsce Ludowej na psychologii klinicznej nie ma zajęć z psychoanalizy.
Co za kraj, bez medycyny kosmicznej i psychoanalizy...
Powiem jeszcze o poezji, ale tylko w kontekście publikacji i świata zdominowanego przez mężczyzn. Kiedyś, na pierwszym albo drugim roku studiów, czyli w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, przyniosłam wiersze do "Twórczości". Spotkałam jednego z redaktorów. Byłam drobna, szczupła i on nie potraktował mnie poważnie. Nawet nie rzucił okiem na te wiersze, tylko powiedział: "A może mi panna potowarzyszy, bo muszę sobie kupić perfumy, a używam Grey Flannel". I wziął mnie na rajzę po peweksach po Nowym Świecie. I tak mi o sobie i swoim świecie, który dla niego był pewnie jedynym istniejącym, opowiadał, tak się prezentował - a przecież ja jedynie chciałam się dowiedzieć, czy przeczytają i opublikują moje wiersze. Ale byłam w owym czasie nieśmiała, no i byłam kobietą. Szłam za nim. Jest to do dzisiaj jeden z najlepiej zapamiętanych przeze mnie epizodów przemocy. Gdzieś to nawet nazwałam "traumą szarej flaneli". Tak mnie zawstydziła ta sytuacja, że już potem siedziałam cicho z tymi wierszami. Może i dobrze, dziś uważam, że są niedobre. Poza tym uświadomiłam sobie, że próby poetyckie były dla mnie często zaledwie notatkami do prozy. E.E wzięło się z jednego z wierszy.
Nie rozmawiamy o poezji. Wróćmy do drugiej rocznicy.
Ona paradoksalnie jest chyba ważniejsza niż debiut, bo naprawdę zmieniła moje życie, miała też ogromny wpływ na moje pisarstwo. Trzydzieści lat temu kupiłam dom na wsi i tam osiadłam. Przed tym byłam szczególnym rodzajem włóczęgi, nie miałam swojego miejsca. Moi rodzice byli jakimś takim plemieniem nomadycznym. Jako nauczyciele przyjmowali pracę w różnych miejscach, więc często zmieniałam szkoły, podróżowaliśmy, osiadaliśmy gdzieś na jakiś czas i ruszaliśmy dalej. Potem studiowałam w Warszawie, pojechałam do Wrocławia, później przeniosłam się do Wałbrzycha, wszędzie na chwilę. I w 1993 roku w lipcu znalazłam w "Gazecie Wyborczej" ogłoszenie, że ktoś sprzedaje dom w okolicach Nowej Rudy, pod czeską granicą. Dom kosztował sto czterdzieści milionów złotych.
Udało się wziąć kredyt na te sto czterdzieści milionów i udało się go dość szybko spłacić, oczywiście po drodze była denominacja. Przez te lata dom się zmieniał i dziś jest zupełnie inny niż wtedy, ale mimo tych zmian stał się gniazdem, nawet jeśli równolegle mieszkałam we Wrocławiu. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat przenieśliśmy już do niego cały księgozbiór i w jakimś sensie dopełniło się coś, co mogę dziś powiedzieć z czystym sercem: tam, gdzie moje książki, tam mój dom.
To się nazywa projekt "Arka"?
Tak, to taki prywatny, "kuchenny" projekt "Arka", u którego podstaw leży niewiara w głosy, że papierowa książka jest przestarzała, że do wszystkiego mamy albo będziemy mieli dostęp w internecie i na cyfrowych nośnikach danych. Nie będę rozważać tutaj przeróżnych możliwych scenariuszy technologicznych, ale wystarczy, że zabraknie elektryczności i stracimy dostęp do całej ludzkiej wiedzy. A książki papierowe zostaną. Należy je zbierać, dbać o nie, cieszyć się z ich posiadania, czytać jak najwięcej, bo tylko wtedy mamy możliwość uczestniczenia w tym cudzie, jakim jest ludzka kultura. Oczywiście treści przekazywane z pokolenia na pokolenie się zmieniają, ewoluują, czasem wyrastają im rogi, czasem ogony, ale to przecież nasza rzeczywistość, w której żyjemy od pięciu-sześciu tysięcy lat.
Czasami się cieszę, że niektóre wspaniałe książki zapominam i w ten sposób mogę je czytać jeszcze i jeszcze raz. Dobre książki się nie starzeją.
Chciałbym podrążyć temat trzydziestolecia domu. Urodziłaś się na Ziemi Lubuskiej, mieszkałaś na Opolszczyźnie, później na Dolnym Śląsku, studiowałaś w Warszawie, pracowałaś w Londynie, jako rezydentka pisarska zwiedziłaś pół świata, Bieguni bywają interpretowani jako powieść biograficzna. Czy jest jakaś nitka łącząca osiadły tryb życia z tożsamością?
Po II wojnie światowej otrzymaliśmy ogromną przestrzeń geograficzną i kulturową, która w wielu przypadkach nie należała do nas nigdy wcześniej. Przypadła nam również w udziale konieczność dostosowania tej przestrzeni do naszej kultury i jakoś sobie z tym radzimy. Moi rodzice w swojej życiowej podróży dostali coś, co dzisiaj nazwalibyśmy projektem, a wtedy, w komunistycznych czasach, to się chyba nazywało nakaz pracy. I znaleźli się w okolicach Zielonej Góry, gdzie przyszłam na świat. Mieszkaliśmy w szkole na terenie bardzo zróżnicowanej wsi - było dużo autochtonów, Niemców, ale też przybyszów ze wschodu, głównie zza Buga, jak to się kiedyś mówiło, poza tym przeróżnych innych jednostek, które się tam osiedliły po II wojnie światowej. Ja wiem, że to nie wygląda na jakiś niezwykle skomplikowany tygiel kulturowy, jednak języki, dialekty, rytuały, zwyczaje - choćby sposoby obchodzenia świąt - mieszały się wyraźnie w tej naszej wsi. Miałam od urodzenia nianię Niemkę, która podobno mówiła do mnie po niemiecku, więc może znam ten język, tylko sobie tego jeszcze nie uświadamiam. Wychowywałam się, mówiąc krótko, w środowisku wielokulturowym. A później, pozostając w ruchu, podróżując, studiując, wracając, osiedlając się gdzieś na krótko, zawsze miałam wrażenie, że to, co dzieje się między Odrą a nowymi wschodnimi granicami Polski, jest jakąś specjalną i dziwną krainą, w której wymieszały się różne wpływy kulturowe. I my z nich czerpiemy, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi. Dolny Śląsk jest szczególnie metaforyczny i pozostaje tematem, który mnie nieustannie niesie. Zmusza do tego, żeby spróbować to w końcu wyczerpująco opisać, co właśnie próbuję robić. Szczególnie że Dolny Śląsk, ta wielka powojenna różnorodność, musiał się przecież mierzyć zarówno z deklarowanym przez komunistów kosmopolityzmem, jak i ze schizofrenicznie przez tych komunistów utrwalanym pojęciem polskości homogenicznej, w istocie będącym nacjonalizmem. Podobnie jak z wyrównywaniem szans zgodnie z koncepcją socjalistyczną i równoczesnym strachem przed powrotem Niemców. Kiedy mówimy: "Polska", czy naprawdę jesteśmy tacy pewni tego, co to oznacza? Czym jest ten zgrabny kształt na mapie, dosyć kompaktowy, homogeniczny właśnie, niepostrzępiony? Monolitem czy umownym wyobrażeniem kraju, który składa się z bardzo różnych energii? Jeśli się mieszka we Wrocławiu, to wyprawa do Białegostoku jest pewnym przeżyciem kulturowym.
"
Kiedy mówimy: "Polska", czy naprawdę jesteśmy tacy pewni tego, co to oznacza? Czym jest ten zgrabny kształt na mapie, dosyć kompaktowy, homogeniczny właśnie, niepostrzępiony?
Opowiedz więcej o swoich nieoczywistych z dzisiejszej perspektywy podróżach przez Polskę.
Kiedy byłam dzieckiem, jeździliśmy z rodzicami na wakacje w świętokrzyskie, skąd pochodziła moja mama. Pociąg przejeżdżał przez zacierającą się granicę zaborów, gdzieś w Skalmierzycach, w okolicach Kalisza, i miałam poczucie, że wyjeżdżam za granicę. Zmieniały się architektura, barwy ziemi i powietrze, ludzie wyglądali jakby inaczej, trochę inaczej się ubierali, w języku pojawiała się nieznana mi melodia. Wychowana na Ziemi Lubuskiej i na Dolnym Śląsku, jako dziecko byłam absolutnie przekonana, że nagrobki na wszystkich cmentarzach na świecie są opisywane w języku niemieckim. Wydawało mi się oczywiste, że niemiecki z tą swoją szwabachą jest językiem wymyślonym specjalnie po to, żeby go stosować na nagrobkach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy u babci, w świętokrzyskim, zobaczyłam na nagrobkach język polski. Nie mogłam tego zrozumieć. Czyżby ci ludzie tutaj się zbuntowali i wymyślili swój język nagrobny? Z takich dziecięcych odkryć powstało przekonanie, że dobrze jest poeksperymentować z wyobrażeniem tego, czym jest Polska.
Wizja Polski regionów i świata regionów wraca w taki czy inny sposób w każdej twojej książce i w wielu wypowiedziach publicznych. Gdy o tym myślę, pojawia się w mojej głowie katalog pojęć: transgraniczność, przekraczanie granic (choćby na przykładzie natury), różnorodność, pograniczność, peryferie, ex-centryczność, z których bardzo długo kształtowałaś swoją sztukę. Na przekór tym zjawiskom artystycznym i społecznym, których nie znosisz, czyli homogeniczności, jednorodności, oczywistości. Pamiętam taką anegdotę z czasów twojego pobytu w Korei, która może nam tę antynomię przybliżyć, a ideę zmiany perspektywy pokazać na przykładzie szczególnym. Opowiesz?
Podczas pobytu w Korei Południowej pojechaliśmy na granicę z Koreą Północną. Są tam wieże, na które można wejść, żeby popatrzeć przez lornetki na tę północną, straszną stronę. Widać, że tam jest jakiś kraj, są jacyś ludzie, jakieś ludzkie życie. Ale ten pas graniczny między Koreami jest bardzo szeroki. Ziemia niczyja, która nie może być zamieszkała. Oczywiście kiedy mówimy "ziemia niczyja" i kiedy mówimy, że nie wolno jej zamieszkiwać, to mamy na myśli aktywność ludzką. Tymczasem ja widziałam z tej wieży, jak w ten pas graniczny weszła przyroda. To było fascynujące. Szybko przestałam się interesować Koreą Północną, tylko obserwowałam stada saren, które tam chodziły, zupełnie się nie bojąc. Po obu stronach granicy broń wycelowana przez ludzi w siebie nawzajem, niemal dotykalne wrażenie zagrożenia. A tam motyle i pięknie kwitnące rośliny. Spojrzałam wtedy na ideę granicy z zupełnie innej perspektywy. Granica międzypaństwowa może być odbierana jako coś trwałego, bezpiecznego, a przecież jest czymś fałszywym, sztucznym. Moja babka miała kilka paszportów w ciągu swojego krótkiego życia. Najpierw była obywatelką Austro-Węgier. Po 1918 roku została obywatelką polską. Potem weszli Sowieci i stała się człowiekiem radzieckim. Później pojawili się Niemcy, którzy dali kenkarty. Następnie znowu nadszedł Związek Radziecki. A potem to ona poszła do Polski...
Spójrzmy teraz na kwestię perspektywy i tożsamości twoimi oczami z czasów, kiedy pisałaś Dom dzienny, dom nocny. Piszesz tę powieść, mieszkając na wsi, nie zajmujesz się już niczym innym, i wtedy, jak to powiedziałaś gdzie indziej, krajobraz zaczyna do ciebie szeptać. Miejsce zaczyna ci dyktować opowieść.
Coraz częściej o tym myślę. W swoim rozważaniu o nas samych i naszym miejscu w naturze i przestrzeni, w których żyjemy, robimy wszystko, żeby się wyalienować. Żeby uczynić człowieka tym jedynym sprawczym czynnikiem rozwoju - a rozwój też rozumiemy bardzo po ludzku - całego świata i patrzeć na wszystko z punktu widzenia homo sapiens. Zapominamy o silnych i być może niezależnych od nas więziach z miejscem, w którym mieszkamy, z krajobrazem, który widzimy przez okno w kuchni, z roślinnością w naszym ogródku, z barwą ziemi, z zapachem powietrza, wreszcie z wodą, której używamy. Albo nie do końca zdajemy sobie z tych więzi sprawę. O wodzie właśnie chciałabym teraz powiedzieć. Nasze ciało składa się z niej w około siedemdziesięciu procentach. Żyjemy, tworzymy, myślimy w dorzeczach rzek. Jeśli mieszkamy we Wrocławiu, Warszawie, Krakowie, to właściwie każda woda, która się pojawia w naszym kranie, ta, która powstaje z parowania powietrza, ta, którą pijemy, i ta, w której pływamy, a także rosa, która skrapla się na naszych trawnikach i samochodach, pochodzi z dorzecza rzeki. Jeśli patrząc na mapę, przeniesiemy punkt widzenia z człowieka - z jego antropocentrum, sympatii politycznych, różnorakich indywidualnych światopoglądów - na naturę, zobaczymy, że wszystkie te istoty, które nazywamy ludźmi, żyją w dorzeczu jakiejś rzeki, czerpią z tej rzeki wodę i składają się z niej. I pomyślałam o swego rodzaju wyzywającej idei naszej tożsamości wywiedzionej z rzek.
Czyli ja, mieszkając na wsi, i ty, będąc we Wrocławiu, jesteśmy odrzani. A nasi czytelnicy i czytelniczki w wielu miejscach, na przykład w Warszawie, są wiślani. Pewnie czytają nas również ludzie narewiani, bugiani, nysiani i wielu innych. Ta kategoria, biologicznie bardzo przekonująca i nie najgorzej udokumentowana, umyka naszej uwadze. Wolimy się identyfikować jako zwolennicy jakiejś partii politycznej, miłośnicy jakiejś muzyki lub wyznawcy jakiejś tradycji, a zapominamy o poziomie podstawowym - identyfikacji i byciu tożsamym z naturą, w tym wypadku z wodą. Przyglądam się ideom przyznawania rzekom osobowości prawnej i wspieram je, szczególnie po zeszłorocznym zatruciu Odry. Bo zdałam sobie sprawę - wiem, że to może zabrzmieć abstrakcyjnie - że ta nasza wodna tożsamość to coś, czemu trudno zaprzeczyć, z czym trudno dyskutować. Jest związana z naszymi ciałami i, być może, z naszą psychiką. Nie twierdzę, że ma to być jakiś nowy rodzaj podziału ludzi na plemiona; to by tylko prowadziło do kolejnego dzielenia na "my" i "oni". To raczej metafora naszych związków z przyrodą i ćwiczenie z poczucia tożsamości. Bo "tradycyjne" tożsamości, przez które się tak gorączkowo definiujemy czy próbujemy określić, sprawiają nam coraz więcej kłopotu i ograniczają nas. Z tych ograniczeń, z tego spętania tożsamościami, rodzą się pytania, na które rozpaczliwie szukamy odpowiedzi. Być może ta będzie jedną z nich.
A czy nie odnosisz wrażenia, że kiedy ludzkość zdefiniowała tożsamości narodowe i bardzo szybko zaczęła je sklejać z tożsamościami państwowymi, to stało się to tak nagle i w tak krótkim czasie nadano temu pozory naturalności, że nawet nie zdążyliśmy zaprotestować?
Okropną rolę w ciągłym przywracaniu tych starych sposobów dzielenia ludzi odgrywają wojny. Jesteśmy teraz w stanie wojny z Rosją, jeszcze nie bezpośrednio, ale wspierając Ukrainę w słusznej sprawie, i wciąż myślimy, na wzór dziewiętnasto- i dwudziestowieczny, że walczą ze sobą narody. Wydaje mi się, że to ogromne uproszczenie. To nie narody ze sobą walczą, to walczą koncepcje rzeczywistości, filozofie podejścia do świata, różne wrażliwości. Oczywiście, kiedy wojna już trwa, to musimy się z tym jej narodowym charakterem pogodzić, trudno byłoby teraz wszystko dekonstruować i zaprzeczać temu dziewiętnastowiecznemu, "idealnie" porządkującemu podziałowi na nacje. Wydaje mi się jednak, że to zagrożenie, wobec którego wszyscy stoimy, naprawdę za nic ma rozróżnienia narodowe. Skala zagrożenia katastrofą klimatyczną nie zależy od tego, jakiej jesteśmy narodowości.
To dlaczego z uporem głupców stoimy na stanowisku, że te kategorie nas przed czymś uchronią?
Wydaje mi się, że nie mieliśmy dotychczas innych punktów orientacyjnych i że one dopiero teraz zaczynają się krystalizować i docierać do powszechnej świadomości. Kiedy skończy się wojna w Ukrainie, oczywiście zwycięstwem Ukrainy, i Rosja najprawdopodobniej się rozpadnie, nastąpi - oprócz tej rewolucji technologicznej, której jesteśmy świadkami - ogromna zmiana w myśleniu o naszej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i jak mamy się mierzyć z podstawowymi, najważniejszymi zagrożeniami, jakie "ja" im przeciwstawić. Oczywiście nie mam pojęcia, w którym kierunku to pójdzie, natomiast często odnoszę wrażenie, że myślimy o nas, o ludzkiej kulturze i historii, z jakąś amnezją. Jako ludzkość mamy bardzo długą historię, jesteśmy posiadaczami skrzyni ze skarbami gromadzonymi przez tysiące pokoleń, przez sześćdziesiąt sześć miliardów ludzi, którzy podobno żyli przed nami na Ziemi, i możemy próbować odnaleźć w tej skrzyni różne sposoby radzenia sobie z katastrofami. Jeśli sięgniemy wstecz, do tej dawniejszej jeszcze przeszłości, odkryjemy ogromną historię różnych ludzkich ontologii, sposobów patrzenia na świat, nie tylko na realną, materialną płaszczyznę tego, co nam się przydarza, tego, czego dotykamy i co widzimy, lecz także na to, co myślimy i jak sobie Ziemię wyobrażamy. To są często ontologie, z których szydziliśmy w dziewiętnastym wieku, traktując je jako prymitywne wymysły dzikusów. Dwudziesty wiek, ze swoim zachłyśnięciem się nauką, która miała ułatwić życie ludzkości i zdefiniowała kategorie postępu, dostarczył nawet narzędzi do postrzegania tych innych ontologii jako dziwacznych, by nie rzec: głupich. A przecież były one w istocie rezerwuarami mądrości ludzkiej - ludzie, którzy żyli wiele tysięcy lat temu, genetycznie nie różnili się od nas, już wtedy wyglądaliśmy tak, jak teraz, mieliśmy podobną wrażliwość. Czyli jako ludzkość znaleźliśmy w swoim domu sejf, wystarczy przypomnieć sobie szyfr, żeby go otworzyć i wyciągnąć z niego różne strategie przetrwania, które będą między innymi polegały na zmianie perspektywy patrzenia na świat.
"
Kiedy skończy się wojna w Ukrainie, oczywiście zwycięstwem Ukrainy, i Rosja najprawdopodobniej się rozpadnie, nastąpi - oprócz tej rewolucji technologicznej, której jesteśmy świadkami - ogromna zmiana w myśleniu o naszej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i jak mamy się mierzyć z podstawowymi, najważniejszymi zagrożeniami, jakie "ja" im przeciwstawić.