Normalne marzenia - Kiersten White

-
Proszę czekać

Z jasnego nieba

Och, bip. Za chwilę umrę.

Makabryczną śmiercią w męczarniach.

Odruchowo sięgnęłam do boku, szukając różowego tasera, choć wiedziałam, że go nie znajdę.

Dlaczego tak bardzo tego chciałam? Co sobie wyobrażałam? To prawda, że praca w Międzynarodowej Agencji Nadzoru nad Istotami Paranormalnymi była czymś w rodzaju kontraktowego niewolnictwa - miałam za sobą kilka starć z wampirami, wiedźmami i wrednymi elfami - ale to nic w porównaniu z tym, z czym teraz musiałam się zmierzyć.

Wuef dziewczyn.

Grałyśmy w piłkę nożną, i to bez nagolenników. Dziewczyna, której miałam pilnować - wielka jak Hulk, przysięgłabym, że jest trollem - pędziła na mnie, a z jej nozdrzy niemal buchała para. Skoncentrowałam się, przygotowana na zderzenie...

A w chwilę później patrzyłam na czysty błękit jesiennego nieba. Ani jednej chmurki. Tylko czemu patrzyłam na niebo? Może dlatego, że moje płuca odmówiły posłuszeństwa? No, płuca, co z wami? Przecież w końcu musicie zacząć działać! Przed moimi oczami zatańczyły jasne plamy, niemal widziałam już swój nekrolog: "Tragiczne zderzenie w czasie meczu piłki nożnej". Co za obciach.

Wreszcie moje płuca zaczerpnęły błogosławionego powietrza, ujrzałam pochyloną nade mną znajomą twarz i długie ciemne włosy. Moja jedyna normalna przyjaciółka, Carlee.

- Wszystko w porządku?

- Green! - Gromki tenor zabrzmiał jak szczeknięcie. Słowo daję, panna Lynn miała niższy głos niż mój chłopak. - Podnoś tyłek i wracaj do gry!

Green. Lend wymyślił mi to nazwisko, bo potrzebowałam normalnych dokumentów. Uważałam wtedy, że jest takie słodkie. Jednak im częściej panna Lynn je wykrzykiwała, tym mniej je lubiłam.

- Green!!!

Carlee wyciągnęła rękę i pomogła mi wstać.

- Nie przejmuj się. Ja też jestem beznadziejna w piłce. - Uśmiechnęła się i pobiegła dalej. Nie, stanowczo nie była beznadziejna.

To nie fair. Stoję tu jak idiotka na środku błotnistego boiska, podczas gdy Lend jest w college'u. Co za niewiarygodna strata czasu! Kto wie, ile mi go zostało? A jeśli właśnie marnuję bezcenne resztki mojej duszy na piłkę nożną?

Może jakieś zaświadczenie lekarskie? "Do wszystkich zainteresowanych: Evie jest rzadkim przypadkiem - nie ma wystarczająco dużo duszy, by prowadzić normalne życie. W związku z powyższym w trybie natychmiastowym zostaje zwolniona z wszelkiego wysiłku fizycznego, który wymaga pocenia się i tarzania w błocie".

Śmieszne. Chociaż, może warto spróbować? Tata Lenda ma znajomości w szpitalu...

Uchyliłam się, gdy piłka przemknęła mi obok głowy. Jedna z dziewczyn z mojej drużyny, wściekle ruda, zaklęła.

- Główką, Green! Główką!

Carlee się zatrzymała.

- Udawaj, że masz bóle miesiączkowe. - Zamrugała ciężkimi od tuszu rzęsami.

Przycisnęłam ręce do brzucha i powlokłam się do panny Lynn, która stała na białej linii namalowanej na trawie, nadzorując mecz niczym generał bitwę.

- Co znowu? - Wywróciła oczami.

W nadziei, że moja bladość choć raz mi się na coś przyda, wyjęczałam:

- Mam okres. Fatalnie się czuję.

Nie uwierzyła i obie o tym widziałyśmy, ale zamiast mnie zwymyślać, znowu przewróciła oczami i wskazała kciukiem linię boczną.

- Następnym razem staniesz na bramce.

Wielkie dzięki, Carlee. Świetny pomysł. Poszłam trochę dalej i położyłam się na ziemi, skubiąc rzadką, zrudziałą trawę.

Nie tak wyobrażałam sobie liceum.

Nie zrozumcie mnie źle. Byłam bardzo wdzięczna za to, że mogłam chodzić do szkoły. Zawsze chciałam być zwyczajną dziewczyną, uczyć się i robić zwyczajne rzeczy. Ale to wszystko było takie, takie...

Zwyczajne.

Rok szkolny rozpoczął się ponad miesiąc temu i, jak dotąd, nic się nie wydarzyło - ani jednej bójki między dziewczynami, żadnych dzikich imprez z interwencją policji, nie mówiąc już o maskaradach, randkach przy świetle księżyca czy namiętnych pocałunkach na korytarzach. Jednym słowem Easton Heights, mój niegdyś ukochany serial, dużo stracił w moich oczach.

Choć nadal myślę, że szafki są super.

Przyłożyłam rękę do brzucha, udając cierpienie. Patrzyłam na niewielki obłoczek sunący po niebie i myślałam, że o wiele przyjemniej jest leżeć na trawie z własnej woli, niż zostać powalonym na ziemię przez trolowatą koleżankę.

Zmarszczyłam brwi. Ta chmura wydawała się dziwna. Sama jedna na czystym niebie... I było w niej coś jeszcze... Coś niezwykłego. Błysk światła?

- Jesteś w stanie pójść na następną lekcję?

Zaskoczona, usiadłam i odwróciłam się do panny Lynn.

- Tak, tak, dziękuję. - Naprawdę musiało mi się nudzić, skoro wypatrywałam nie wiadomo czego w chmurach.

Następną lekcję spędziłam, obliczając, ile minut dzieli mnie od weekendu - miałam się wtedy zobaczyć z Lendem. Wyszło mi o wiele za dużo, ale to i tak było ciekawsze niż wykład nauczyciela od angielskiego o rolach związanych z płcią w Drakuli. Proszę, nie każcie mi nawet patrzeć na tę książkę. Naprawdę, Bram Stoker nie był skrupulatnym badaczem.

Moja głowa dążyła prosto do czołowego zderzenia z ławką, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie i weszła sekretarka z kartką w ręku.

- Evelyn Green? - spytała. Pomachałam ręką, a ona skinęła głową. - Ktoś po ciebie przyszedł.

Zerwałam się. Nigdy wcześniej nikt nie zwalniał mnie ze szkoły. Może Arianna chciała wyciągnąć mnie na miasto? Była wystarczająco dziwaczna i humorzasta, by zrobić coś takiego.

Ale z drugiej strony nie wyszłaby z domu w taki słoneczny dzień, była przecież wampirem. Poczułam ciężar w żołądku. A jeśli coś się stało? Jeśli Lend miał wypadek w akademiku? Jeśli stracił przytomność i stał się niewidzialny? Jeśli już zajął się nim rząd i umieścili go w jakimś ośrodku Agencji?

Powstrzymywałam się, żeby nie biec. Szłam za sekretarką, niską kobietą o nienaturalnie jasnych włosach.

- Wie pani, kto po mnie przyszedł?

- Myślę, że twoja ciotka.

To sporo wyjaśniało. A raczej wyjaśniałoby, gdybym miała ciotkę. Przebiegłam w myślach listę kobiet - wyłącznie paranormalnych - które mogłyby udawać moją krewną. Tylko po co któraś z nich miałaby tu przyjść? Wpadłam do gabinetu. Kobieta w wygodnych (czytaj: brzydkich) butach, z czarnymi włosami ściągniętymi w surowy kok, stała tyłem do mnie. Nie, to nie mogła być...

Raquel odwróciła się do mnie i uśmiechnęła.

Serce skoczyło mi do gardła. Z jednej strony, Raquel to ktoś, kogo mogłam niemal uważać za matkę. Z drugiej, była jedną z szych Agencji - organizacji, w której wszyscy myśleli, że nie żyję. Organizacji, która miała mnie nigdy nie znaleźć. Przed którą, jak sądziłam, Raquel mnie chroni.

- Jesteś! - Zarzuciła pasek torebki na ramię i wskazała dwuskrzydłowe drzwi wyjściowe. - Chodźmy.

Ruszyłam za nią, kompletnie zbita z tropu. Czułam się dziwnie, wychodząc w ten pogodny dzień ze zwykłego liceum z kobietą, która uosabiała wszystko co niezwykłe i co pragnęłam zostawić w przeszłości. Mimo to miałam ochotę przytulić się do niej, choć nasze relacje nie zakładały przytulania. Rzecz jasna, równie mocno chciałam uciec, gdzie pieprz rośnie. Raquel należała przecież do Agencji.

- Co ty tu robisz? - spytałam w końcu.

- Wnioskując z twojego zaskoczenia, David nie przekazał ci moich wiadomości?

- Tata Lenda? Jakich wiadomości?

Westchnęła. Moje wyczucie nieco zaśniedziało, ale zdaje się, że to westchnienie brzmiało mniej więcej jak: "Jestem zmęczona, a wyjaśnianie tego trwałoby zbyt długo".

Chmury zasłoniły słońce. Spojrzałam w górę na obłoczek. Rzeczywiście, coś pod nim było, ale nie błyskawica... Coś połyskliwego, paranormalnego... Coś jakby iluzja, którą tylko ja mogłam przejrzeć.

- Co... - zaczęłam, ale przerwał mi własny krzyk. Obłok zanurkował w dół, dopadł mnie, otulił i razem ze mną pomknął w górę.

Sztuka latania

Krzyczałam nawet wtedy, gdy zabrakło mi powietrza. W końcu złapałam oddech i spojrzałam w dół. Macki chmury wiły się wokół mnie, ale i tak widziałam, że trójwymiarowy krajobraz pozostał daleko w dole.

Stłumiłam kolejny krzyk i zerknęłam na siebie. W pasie trzymały mnie przerażająco niematerialne ręce. Nie rozumiałam, jak coś, co wydawało się lekkie jak bryza, mogło ciągnąć mnie w górę, ale wolałam się nad tym nie zastanawiać. Miałam bardziej palące problemy. Na przykład dokąd i dlaczego porwała mnie ta chmura? W dodatku wokół wirowały maleńkie iskierki, a raczej nie miałam ochoty na porażenie prądem. Włoski na moich rękach stanęły dęba, skóra mrowiła, elektryczność trzeszczała dookoła.

Niedobrze.

Już miałam pożegnać się z ziemią na zawsze, gdy nagle zobaczyłam w dole miasteczko i coś we mnie zaskoczyło. To było moje miasto! Dosyć tego, żaden paranormalny nie będzie mną manipulował! Jeśli ta chmura mogła mnie dotknąć, to, do licha, ja mogłam dotknąć jej. A skoro tak...

Zamknęłam oczy i głęboko zaczerpnęłam tchu. Muszę to zrobić. Nie dlatego, że chciałam. Chodziło o moje życie. Poza tym przecież mogło mi się nie udać. Wprawdzie byłam Pustą i umiałam wysysać dusze z paranormalnych, ale do tej pory zrobiłam to tylko raz. No i to było coś innego - tamte dusze były uwięzione i chciały do mnie przyjść. A chmura na pewno nie miała zamiaru oddać mi swojej energii życiowej.

Ale musiałam spróbować. Sięgnęłam do tyłu, macając wokół siebie, i w końcu wyczułam coś stałego. Położyłam na tym dłoń i modliłam się, żeby chmura, bez względu na to, czym jest, miała pierś.

Skupiłam się. Chciałam, żeby między moją dłonią a dziwną chmurą otworzył się kanał. Chcę tego, pomyślałam, a mój umysł krzyczał rozpaczliwie. Potrzebuję tego.

Zszokowana otworzyłam oczy. Dusza zatrzeszczała suchym, naładowanym energią żarem, gdy płynęła przez rękę do mojego wnętrza. Całe ciało mnie mrowiło.

Istota wrzasnęła przeraźliwie z zaskoczenia i bólu. Cofnęła się gwałtownie. Połączenie się zerwało, a mnie zakręciło się w głowie od przypływu nowej, dziwnej energii.

A potem zaczęliśmy spadać.

Świetny pomysł, Evie. Śmiało, wyssij energię z istoty, która unosi cię setki metrów nad ziemią! Dobrze, że stworzenie jakoś się trzymało. Wirowaliśmy dziko, ale nie spadaliśmy tak szybko, jak powinniśmy. Jeśli w ten sposób uda nam się dotrzeć do ziemi, nie powinno być źle.

I wtedy stwór mnie puścił. Krzyknęłam, zamachałam rękoma i złapałam go za... nogę? Wrzasnął i zaczął wierzgać, ale nie zamierzałam go puścić. Będziemy razem do końca. Ziemia pędziła ku nam, zielonopomarańczowy dywan drzew był coraz bliżej.

Nim zdążyłam się przygotować, runęłam między gałęzie. Liście wirowały wokół mnie, gdy odbiłam się od jakiegoś konaru i w końcu puściłam nogę chmury. Kolejna gałąź uderzyła mnie w biodro, spowalniając upadek. Gdy w końcu rąbnęłam o ziemię, czułam się jak po zderzeniu z ciężarówką.

Na pewno cała się połamałam. Bolało mnie tak, że ręce i nogi musiały być kupką poharatanych kości. Resztę życia spędzę w gipsie. To utrudni przytulanie się do Lenda, ale za to będę miała na jakiś czas spokój ze szkołą. A już na pewno z wuefem.

I wtedy po moim ciele przesunęło się mrowienie. Ból zniknął. Moje ciało wydawało się teraz lekkie i sprężyste, chociaż ręce i nogi pozostały nieruchome.

Och, bip. Jestem sparaliżowana!

Spanikowana, zerwałam się na równe nogi i z przerażeniem przesunęłam rękami po całym ciele. No nie, skoro mogę to zrobić, to jednak nie jestem sparaliżowana... Tylko dlaczego czuję się tak dziwnie? I co się stało z chmurą?

- Potwór! - Rozległ się głos, który brzmiał jak szmer wiatru między martwymi drzewami. - Co mi zrobiło?

Niewielka istota, nadal osłonięta przez wijące się macki chmury, czołgała się przez błoto prosto do mnie. Miała postać człowieka, ale wydawała się delikatna, niemal dziecięca. Oczy lśniły jasną bielą błyskawicy, rysy były rozmyte i niewyraźne, a twarz miała blady odcień chmury. W oczach zwykłych ludzi ten stwór wyglądałby jak poruszający się kłąb gęstej mgły, ale ja potrafiłam przeniknąć przez iluzję i zobaczyć to, co pod spodem.

Cofnęłam się. Próbowałam nie potknąć się o wystające korzenie potężnego drzewa, które było na tyle miłe, że złagodziło mój upadek.

- Hej, nie chciałam, żeby mnie ktoś porywał i uciekał wysoko w niebo!

- Wzięło mnie. Zabrało część. Niech odda.

Byłam niemal przy samym pniu drzewa. Istota uniosła się pionowo w powietrzu, tuż przede mną. Cienkie linie błyskawic oplatały ją niczym pajęczyny, kończyny to znikały w chmurze, to się pojawiały. To stworzenie miało niezaprzeczalną moc i siłę.

Nie miałam żadnych szans. Uniosłam rękę i próbowałam wyglądać odważniej, niż się czułam.

- Zostaw mnie w spokoju albo zabiorę wszystko. - Mój głos zadrżał, trochę ze strachu, a trochę z pragnienia. Palce zaczęły mrowić, całe moje ciało wypełniło pragnienie. Odrobina to za mało. Chciałam wszystkiego.

Nie, nie chciałam. Nie mogłam tego wziąć. Nie chciałam tego, nie byłam taka. Oddałabym nawet to, co wzięłam, gdybym wiedziała jak.

Dziwaczna chmura zwęziła wielkie lśniące oczy i przyglądała mi się. Powietrze między nami było suche i gorące, wypełnione trzeszczącą elektrycznością. To coś chciało mnie zabić. Odetchnęłam głęboko. Zastanawiałam się, czy będzie bolało. Wtedy stwór nagle skoczył w górę. Powietrze świsnęło. Patrzyłam, jak chmura wznosi się coraz wyżej. Od czasu do czasu przeskakiwała w bok i traciła wysokość, a potem znowu leciała w górę. W końcu zniknęła.

Obezwładniona ulgą wypuściłam powietrze i oparłam się o drzewo. Kiedy marzyłam, by wydarzyło się coś, co urozmaici moje życie, naprawdę nie chodziło o coś takiego! Najwyraźniej zapomniałam, co niosą ze sobą kontakty z paranormalnymi - prawdziwymi, dzikimi paranormalnymi.

Strach.

Cały ocean strachu.

A teraz nawet nie miałam przy sobie Tasey. Ruszyłam przed siebie, zastanawiając się nad sytuacją. Gdy porwała mnie ta szalona chmura, upuściłam torbę, a to oznaczało, że nie miałam komórki. I chociaż wydawało mi się, że spadliśmy gdzieś w okolicy mojego domu, kto wie, jak daleko mogło nas znieść w czasie upadku i jak duży może być las w środku Wirginii?

Właśnie mam okazję się przekonać.

Gdy dotarłam do drogi godzinę później, byłam zmęczona, spocona i zniechęcona. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Raquel zjawi się dokładnie w tej samej chwili, w której rzuci się na mnie paranormalny stwór? Może tylko udawała, że kryje mnie przed MANIP, żeby teraz znów wciągnąć mnie w ich brudne gierki? Nie chciało mi się wierzyć, że chciałaby wywabić mnie ze szkoły tylko po to, żeby szalona chmura mogła mnie dorwać. A jednak... Wydawało się to prawdopodobne. Sama myśl, że Raquel, która przez wszystkie lata była dla mnie jak matka, próbowałaby zrobić coś takiego, łamała mi serce.

Ale dobrze. Jeśli MANIP chce pogrywać w ten sposób, proszę bardzo. Wyprostowałam rękę przed sobą i uśmiechnęłam się przebiegle. Potrafię o siebie zadbać.

A potem wzruszyłam ramionami i strzepnęłam ręką, żeby pozbyć się mrowienia. Nie. Nigdy więcej tego nie zrobię. Nigdy.

Za bardzo mi się to podobało.

Mój wewnętrzny kompas działał lepiej, niż sądziłam - na drodze udało mi się wybrać właściwy kierunek. Gdy ujrzałam odgałęzienie, które prowadziło do domu Lenda, omal nie rozpłakałam się z ulgi. Mieszkałam tu, zanim Lend się wyprowadził. Potem przeniosłam się nad restaurację, do Arianny, nie chciałam mieszkać z ojcem mojego chłopaka.

Przebiegłam przez długi, kręty podjazd i wpadłam do znajomego wnętrza.

Raquel siedziała na kanapie.

- Co się dzieje?! - wrzasnęłam zamiast powitania.

Raquel się zerwała, złapała mnie i przycisnęła do siebie, zanim zdążyłam cokolwiek zrobić. W pierwszej chwili zesztywniałam, dopiero potem zrozumiałam, że właśnie mnie przytuliła.

- Nie widziałam cię od miesięcy, a ty wychodzisz ze szkoły i dajesz się porwać! Myślałam, że chcesz być normalna! - Odsunęła się i popatrzyła na mnie oczami pełnymi łez.

- Więc nie ty wysłałaś to coś?

- Dobry Boże, nie!

- Co to było?

David wszedł do pokoju z telefonem w ręku i wyrazem ulgi na twarzy.

- A więc wszystko dobrze!

- Poza tym, że zostałam porwana przez żywą chmurę i zrzucona z trzystu metrów na ziemię, to tak, wszystko super.

- Sylf! - David spojrzał triumfalnie na Raquel. - A nie mówiłem, że istnieją!

Raquel zacisnęła usta, żeby powstrzymać westchnienie.

- Wygląda na to, że jednak miałeś rację.

- Rany! - David przeczesał dłońmi grube, ciemne włosy. Jego oczy płonęły podnieceniem. - Rany, sylf! Pierwszy potwierdzony kontakt!

Podniosłam rękę.

- Halo, tu dziewczyna porwana przez sylfa! Czy ktoś zechciałby mi wyjaśnić, co to było i dlaczego zafundowało mi widok naszego pięknego stanu z lotu ptaka?

- Sylf to duch powietrza - wyjaśniła szybko Raquel. Rzuciła przy tym Davidowi wymowne spojrzenie, jakby chciała mu pokazać, że nawet jeśli nie wierzy w sylfy, to i tak wie o nich więcej niż on. - Podobno są spokrewnione z elfami. Uważano, że albo nie istnieją, albo wyginęły. Ponieważ żaden sylf dobrowolnie nie dotknie ziemi, znalezienie ich było niemożliwością, a szukanie zwykłą stratą czasu. - Znów wymowne spojrzenie.

- Och, daj spokój, mówisz tak dlatego, że moją specjalnością są żywiołaki, a ty skupiasz się na pospolitych paranormalnych, jak jednorożce czy karły. - David mrugnął do mnie, jakbym mogła zrozumieć dowcip. - Zawsze mi zazdrościła, że znam te naprawdę fajne stwory.

Teraz to ja powstrzymałam westchnienie.

- Dobrze, rozumiem, żywiołak powietrza. Super. A teraz wytłumacz, dlaczego się pojawił. Mówiłaś, że są spokrewnione z elfami? - Moje zdenerwowanie przeszło w strach. Stanowczo nie życzyłam sobie ponownego pojawienia się elfów w moim życiu.

Przez chwilę panowała cisza, w końcu Raquel odchrząknęła i odezwała się spiętym głosem.

- Zawsze możemy spytać Cressidę, co o tym wie. - Imię matki Lenda, ducha wody, wymówiła z dziwnym naciskiem.

- Właśnie nie możemy. - David wsunął palce stóp w dywan. - Nie udało mi się wyciągnąć jej na powierzchnię od dwóch miesięcy, od czasu, gdy Lend się wyprowadził. - Mówił cicho i w jego głosie słyszałam ból. Miałam ochotę go przytulić. Nie dość, że zakochał się w nieśmiertelnej nimfie wodnej, która przyjęła ludzką postać zaledwie na rok, to jeszcze teraz ta nimfa go odrzuciła, bo Lend wyjechał? Nie potrafiłam nawet wyobrazić sobie, jak go to zraniło.

Chociaż nie, właściwie potrafiłam. Czasami nawet wyobrażałam to sobie bardzo wyraźnie. Zdarzało się, że jedyne, do czego byłam zdolna, to starać się o tym nie myśleć. Świetnie rozumiałam, jak to jest, być śmiertelnikiem w związku z nieśmiertelnym.

Nadal nie powiedziałam Lendowi, że nigdy nie umrze. Przerażała mnie myśl, że mógłby porzucić życie ze mną, by zobaczyć, jak to jest być nieśmiertelnym. Ale w końcu mu powiem. Niedługo. Za jakiś czas.

Zapewne.

Raquel wyprostowała się, wyglądała na zadowoloną.

- To może ja mogłabym pomóc? Spróbuję dotrzeć do wszystkich naszych pracowników, którzy zajmują się duchami powietrza. Swoją drogą, to dziwne, że pokazał się właśnie teraz, biorąc pod uwagę niedawne zamieszanie w populacji żywiołaków. No dobrze, dowiemy się, o co tu chodzi. Chociaż właściwie wcale nie dlatego tu jestem.

Zmarszczyłam brwi.

- A dlaczego?

- MANIP potrzebuje twojej pomocy.

Koniec wersji demonstracyjnej