Nora Sand. Tom 5: Niewidzialni (#5) - Lone Theils

Kup ebooka

39.99 zł
31.99 zł (18,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Nora była pewna, że już kiedyś widziała kobietę stojącą na pomoście, ale trudno jej było rozpoznać kogoś noszącego szlafrok i klapki. Uśmiechnęła się ostrożnie do tej około sześćdziesięcioletniej umięśnionej osoby z poczuciem, że mogła ją widzieć w telewizji. Może w jakichś wiadomościach?

Oprócz Nory i jej przyjaciółki Trine kobieta była jedyną osobą na plaży, położonej dwie minuty spacerem od letniego domku rodziców Trine na północ od Kopenhagi.

Kobieta zrzuciła biały szlafrok i przyjaźnie skinęła głową, po czym zdecydowanym krokiem zeszła tyłem po drabince i dała się porwać chłodnym, zielonkawym wodom Sundu.

- Kto to jest? Jakaś polityczka? - spytała Nora. Po kilku latach pracy dziennikarskiej w Londynie umykały jej niektóre postaci z duńskiej sceny politycznej, choć oczywiście codziennie czytała rodzimą prasę.

Trine wytarła z twarzy kropelki wody i zawinęła ręcznik w turban, by zapobiec opadaniu mokrych włosów na twarz.

- Nie, to ta superprawniczka. Victoria Melville-Henley. Powinnaś ją znać, bo większość czasu spędza w Londynie - odparła Trine, wzuwając klapki.

Wtedy Nora sobie przypomniała. Victoria Melville-Henley była wybitną duńską prawniczką, która za młodu weszła do jednej z najznamienitszych arystokratycznych rodzin w Wielkiej Brytanii. Kilka lat wcześniej na spotkaniu świątecznym w duńskiej ambasadzie w Londynie Nora i Victoria przywitały się uprzejmie. Nora później próbowała przeprowadzić wywiad z Melville-Henley, gdy postawiono ją na czele komisji śledczej w sprawie zamierzchłych już przypadków przemocy wobec dzieci z udziałem licznych wpływowych Brytyjczyków z najwyższych kręgów politycznych, kulturalnych, kościelnych i wojskowych.

Victoria Melville-Henley nigdy nie odpowiedziała na jej prośby, a teraz Nora już niezbyt dobrze pamiętała, jak potoczyło się śledztwo. Wydawało jej się, że nie natrafiła dotąd na żadne informacje o rozpoczęciu przesłuchań, choć minął już ponad rok, odkąd Dunkę wybrano, by pokierowała trudnym procesem polegającym na uporządkowaniu grzechów przeszłości.

Gdy wracały do domu przez niewielki las, Trine wskazała dwupiętrowy drewniany dom w dyskretnym szarym kolorze, z balkonami i lukarnami. Wyglądem budynek pasował do The Hamptons na Long Island, gdzie zazwyczaj spędza wakacje nowojorska elita. Ogród otaczały wysokie na około dwóch metrów krzewy rododendronów, które sprawiały wrażenie, jakby zasadzono je na długo przed narodzinami Nory. Trawnik przypominał zielony dywan, rozpostarty i wygładzony pod grę w krokieta.

- Prawie nigdy tu nie bywają, ale to i tak najlepiej utrzymany dom na całej uliczce. Stać ich na to, by przez cały rok przychodził tu ogrodnik - wyjaśniła Trine.

- Jej mąż też tu przyjeżdża? - spytała Nora.

Trine zastanowiła się przez sekundę.

- Nie, umarł kilka lat temu. Ale czasami bywa tu jej siostra z dwojgiem nastoletnich dzieci. Jest bardzo miła. Gdy byłam małą dziewczynką, regularnie odwiedzałam Victorię i Vibeke. Zawsze serwowano u nich domowy sok truskawkowy.

Trine wyjęła klucz z kieszeni szlafroka. Dwa domy dalej znajdował się mały, czarny, drewniany domek, w którym Nora przy wsparciu przyjaciółki próbowała wrócić do formy. Trine, która była terapeutką par, zostawiła swoją rodzinę w domu.

- Zastanawiam się, czy nie poprosić jej znów o wywiad. Może mogłabyś mnie jej zarekomendować?

Trine wzruszyła ramionami.

- Dobrze, mogę spróbować. Ale nie licz na to, że będzie chciała gadać o pracy. Z reguły ludzie przyjeżdżają nad wodę po to, by myśleć o innych rzeczach. Tak jak ty, prawda? - spytała Trine i posłała Norze znaczące spojrzenie.

Nora wzięła prysznic na dworze za domem, spłukując sól ze swoich długich, ciemnych włosów. Trine tymczasem poszła do kuchni, zaparzyła kawę i wyjęła z lodówki skyr oraz świeże truskawki, po czym postawiła je na stole na zadaszonym tarasie.

Potem to ona wzięła prysznic, a w tym czasie Nora przyrządziła naprędce omlet z dojrzewającymi na słońcu pomidorkami cherry i resztką szynki z poprzedniego wieczoru. Zerknęła na swoją komórkę, którą podłączyła na noc do ładowarki. Nie zadzwonił ani jej natrętny szef Krab, ani Andreas, eksmężczyzna jej życia, czy jak tam można by go nazwać.

Zostawiła telefon, wyszła na taras i usiadła do śniadania. Jakby czytając jej w myślach, Trine zasiadła przed nią z westchnieniem.

- Musisz o tym porozmawiać - powiedziała, kiedy Nora dolewała sobie mleka do kawy.

Przez chwilę siedziały w milczeniu. Jako terapeutka Trine przywykła do ciszy i zupełnie jej ona nie krępowała.

W końcu Nora się odezwała ze wzrokiem skierowanym na trawnik.

Opowiedziała jej o chaosie, który nastał w Szpitalu Królewskim, kiedy Nora odwiedziła Andreasa, gdy leżała tam jego córeczka Viola. Mama Violi, Birgitte, pojawiła się w szpitalu niespodziewanie, więc Nora musiała schować się w szafie na sali chorych, by uniknąć sceny. Przez szparę między drzwiczkami zobaczyła, jak Birgitte majstruje coś przy strzykawce, a chwilę potem Viola dostała jednego ze swoich ataków. Dziewczynka nie po raz pierwszy znalazła się w stanie zagrażającym jej życiu, a lekarze, pomimo licznych badań i testów, nie mieli zielonego pojęcia, co może dziecku dolegać.

- To brzmi jak klasyczny przeniesiony syndrom Münchhausena - skonstatowała Trine.

- Owszem. To była moja pierwsza myśl.

- I co zrobiłaś?

Nora wyjaśniła, że nie ruszyła się z szafy, podczas gdy Viola została zawieziona na oddział intensywnej opieki medycznej przez personel i depczących mu po piętach Andreasa i Birgitte. Dopiero gdy droga była wolna, wymknęła się na korytarz i wyszła ze szpitala.

Po upływie kilku dni zadzwonił do niej Andreas i opowiedział, że niewiele brakowało, by Viola przegrała walkę z tajemniczą chorobą. Teraz on i Birgitte czuwają nad dzieckiem i razem, i na zmianę, a mała walczy o życie.

- Próbowałam umówić się z nim na spotkanie, by mu powiedzieć, co widziałam. Takich rzeczy nie przekazuje się przez telefon.

- I co, widzieliście się?

Nora skinęła głową, wspominając pospieszne spotkanie, które udało się Andreasowi ukradkiem zorganizować. Był wtedy zestresowany i wycofany.

- O mało nie umarła - brzmiały jego pierwsze słowa, gdy zobaczyli się w kawiarni na Blegdamsvej.

Pił kawę dużymi łykami, choć była tak gorąca, że Nora niemal poparzyła sobie o swoją usta. Zupełnie jakby tego nie rejestrował. Jego brązowe oczy cały czas uciekały w stronę Szpitala Królewskiego.

- Ale już lepiej? - zagaiła delikatnie Nora.

Andreas ociągał się z odpowiedzią, spojrzał na zegarek i powiedział, że za dziesięć minut musi wyjść, więc Nora nie miała innego wyjścia i zaczęła opowiadać, co widziała z szafy.

Andreas wlepił w nią nierozumiejące spojrzenie.

- Strzykawkę? O czym ty mówisz?

Nora powtórzyła, co widziała.

- Jesteś pewna?

Skinęła głową, przytrzymując jego spojrzenie swoimi niebiesko-zielonymi oczami.

Andreas wzdrygnął się i zaczął pocierać twarz otwartą dłonią, jakby chcąc zetrzeć z niej kiepski rysunek.

- Czyli twierdzisz, że to Birgitte doprowadza Violę do choroby?

W jego głosie pobrzmiewała złość, ale Nora nie potrafiła odgadnąć, czy obiektem jego gniewu jest ona, Birgitte czy cała sytuacja.

- Nie wiem przecież. Po prostu dziwnie to wyglądało, że ona...

Andreas był blady, zestresowany i skołowany; Nora wiedziała, że musi zachować szczególną ostrożność.

- Posłuchaj, Andreasie. Nie jestem lekarką. Nie potrafię ci powiedzieć, co dolega Violi. Mogę ci tylko zrelacjonować, co widziałam. Może istnieje jakieś wyjaśnienie, ale muszę przyznać, że wyglądało to bardzo dziwnie i uznałam, że powinieneś się o tym dowiedzieć.

Andreas opróżnił swoją filiżankę i znów na nią spojrzał.

- Co twoim zdaniem powinienem zrobić? Moja córka walczy o życie, a ty mi mówisz... że Birgitte ma przeniesiony syndrom Münchhausena, czy jak?

- Przecież nikogo nie diagnozuję. Mówię ci tylko, co widziałam, i radziłabym ci nie spuszczać oczu z Violi. To wszystko.

Andreas wyglądał na zrezygnowanego.

- Ja już się rozsypuję. Jutro wracam do pracy, więc to Birgitte prawie przez cały czas siedzi z Violą w szpitalu. Lekarze przebąkują o wypisaniu małej pod koniec tygodnia; wtedy będzie przebywać sam na sam z mamą przez cały czas.

W tym momencie jakby się przyłapał na podążaniu tokiem myślenia Nory.

- Przecież to jakiś absurd. Zdajesz sobie sprawę, jak rzadko takie rzeczy się zdarzają? Owszem, Birgitte bywa niezrównoważona, ale do licha! Viola choruje przez cały czas, a ona jest dobrą matką. Trudno o większą troskliwość, nawet jeśli nie jest ideałem.

Nora dobrze wiedziała, jak rzadko występuje to szczególne schorzenie psychiczne. Zdążyła już wygooglować, że większość matek cierpiących na przeniesiony syndrom Münchhausena przejawia pełną troski ofiarność wobec dziecka, które same podtrzymują w stanie choroby, by zwrócić na siebie uwagę.

- Andreasie, wiem, co widziałam. Teraz ty też to wiesz i to twoja sprawa, co z tym zrobisz - powiedziała, wstając.

Wyszedłszy na ulicę, obejrzała się. Andreas wciąż siedział z kubkiem w ręku i gapił się przed siebie.

- I nie odezwał się w ciągu tych dwóch tygodni, które upłynęły od waszej rozmowy? - Trine przerwała jej rozmyślania.

Nora pokręciła głową.

- Nie. Dzwoniłam kilka razy, ale nie oddzwonił. Niech i tak będzie.

- Ale co z dzieckiem? Nie boisz się, że coś się jej stanie, jeśli tego nie zgłosisz?

- Sama słyszałaś, jak zareagował Andreas. Mam pójść na policję, do jego kolegów, pomijając Andreasa, i wyjaśnić, dlaczego chowałam się w szafie w Szpitalu Królewskim?

Zanim Trine zdążyła odpowiedzieć, po drugiej stronie budynku rozległo się pukanie do drzwi kuchennych.

- Halo? Czy ktoś jest w domu?

- Proszę wejść, siedzimy tutaj! - zawołała Trine.

Była to Victoria Melville-Henley.

Podczas gdy Nora i Trine siedziały przy śniadaniu, ona najwyraźniej zdążyła się wykąpać, perfekcyjnie ułożyć sięgające do ramion, rozjaśnione włosy i ubrać się w jasną lnianą sukienkę z gatunku tych, których Nora nigdy nie nosiła, bo w okamgnieniu pogniotłaby ją do tego stopnia, że wyglądałaby, jakby przespała w niej całą noc.

Gdy Victoria zauważyła Norę, przedstawiła się.

- Już się spotkałyśmy. W Londynie - odparła Nora, kiwając głową.

Victoria spojrzała na nią pytająco.

- Nazywam się Nora Sand i pracuję w duńskim czasopiśmie "Globalt". Poznałyśmy się kilka lat temu na świątecznym drinku w ambasadzie.

Victoria uśmiechnęła się zdawkowo, acz grzecznie.

- Chyba sobie przypominam. Czy to nie tamtego wieczoru ten potwornie nadęty tenor usiadł przy fortepianie i odśpiewał wszystkie zwrotki Piękne jest błękitne niebo?

Nora zaśmiała się przy tym wspomnieniu.

- Właśnie. Wydaje mi się, że ambasador specjalnie to zaaranżował, byśmy wyszli o czasie.

- I tak w lepszym stylu, niż to zrobił jego poprzednik, który podszedł do kontaktu i zaczął nim pstrykać, kiedy impreza dobiegła końca - wtrąciła Victoria.

Trine potrząsnęła termosem.

- Zostało kawy na jedną filiżankę. Poczęstujesz się?

Victoria przycupnęła na brzegu krzesła.

- To może malutką filiżankę. Właściwie to przyszłam się dowiedzieć, czy działa ci wi-fi? - zwróciła się do Trine.

- Tak, bez zarzutu. Czemu pytasz?

- U mnie zupełnie padło. Nie potrafię go uruchomić, a dałam sobie spokój z dzwonieniem do firmy telekomunikacyjnej. Tyle że muszę wysłać ważny mail. Mogę to zrobić stąd? - spytała.

- Oczywiście, że tak. Ale chyba sieć komórkowa jeszcze działa?

- Owszem, ale wiadomość, którą mam na komputerze, jest duża, więc przez komórkę się nie uda.

- Jasne. Przynieś po prostu laptopa, a ja tymczasem odszukam kod do wi-fi.

- Dzięki. Za chwilę wybieram się na lunch z przyjaciółką, więc jeśli wolno, przyszłabym po południu?

Trine kiwnęła głową.

- Szefuje pani nadal tej komisji śledczej, powołanej przez rząd? - spytała Nora.

Victoria spojrzała na nią z zaskoczeniem.

- Tak. Przyjechałam tu właśnie po to, by spokojnie popracować. W ciągu najbliższych paru tygodni zamierzałam opublikować wniosek częściowy, ale teraz pojawiły się nowe informacje.

- Jakie nowe informacje?

Victoria pokręciła głową i uśmiechnęła się uprzejmie do Nory.

- Na pewno pani rozumie, że nie mogę jej tego zdradzić - ani, rzecz jasna, nikomu innemu. To bardzo wrażliwe informacje, a mnie naturalnie obowiązuje tajemnica służbowa.

- W takim razie wnioski się opóźnią?

Po chwili milczenia Victoria odpowiedziała:

- Muszę poprosić eksperta, by przejrzał materiały, w których posiadanie weszłam. Jeśli zostaną zweryfikowane, to...

W tym miejscu urwała zdanie.

- No dobrze, nie ma powodów, by się w to zagłębiać. I, oczywiście, proszę mnie nie cytować - podkreśliła.

- Czy będę mogła przeprowadzić z panią wywiad, kiedy będą już jakieś konkluzje? O tym, jak trudno było zdobyć informacje i jak ciężko uzyskać pomoc od kluczowych osób? - spytała Nora.

- Być może. Nie przepadam za takimi rzeczami, zobaczymy - odparła Victoria, spojrzała na zegarek i wstała.

- Muszę lecieć. Zajrzę po południu.

Trine się uśmiechnęła.

- W porządku. Jeśli nas nie zastaniesz, będziemy po prostu na plaży.

Chwilę później zobaczyły, jak srebrne BMW Victorii jedzie zakurzoną żwirową drogą w kierunku Gilleleje.

Nora pomogła Trine sprzątnąć ze stołu i, jakby się umówiły, nie wracały już do tematu Andreasa. Nora była wykończona ciągłym zastanawianiem się nad tym, czy dobrze postąpiła. Czy powinna powiadomić opiekę społeczną, ryzykując, że dziecko zostanie im siłą odebrane? Wydało jej się to niewłaściwe. Ale czy będzie potrafiła żyć z myślą, że Birgitte może podtruwać dziewczynkę lub szkodzić jej w inny sposób, a Nora nie próbuje jej powstrzymać?

To był jeden z leniwych dni; Trine rzuciła się na trawnik w ogrodzie ze stosem starych numerów pisma "Alt for Damerne" i chichocząc, czytała listy do kącika porad, które w dość smętny sposób dowodziły, że kobiety w 1984 roku martwiły się mniej więcej tym samym, co dziś. Choć przynajmniej obecnie udało im się porzucić getry, fryzury a la pudel i kwadratowe poduszki na ramionach.

Raz po raz chodziły nad wodę, by się ochłodzić, i wracały. Żadnej z nich nie chciało się przygotowywać lunchu.

Nora leżała na hamaku i próbowała przebrnąć przez tekst irlandzkiego naukowca próbującego wyjaśnić mechanizmy, które niechybnie doprowadzą do twardego brexitu. Jego styl był jednak tak suchy, że na zmianę przysypiała i nachodziło ją pragnienie, by napić się soku rabarbarowego.

Po kolejnej mikrodrzemce obudziła się raptownie na dźwięk syren karetki. Z domu wyszła Trine.

- Co się dzieje?

Dźwięk się zbliżał, aż na koniec stał się wręcz nie do zniesienia. Nora wyskoczyła z hamaka, by sprawdzić, co się stało. Początkowo pomyślała, że na plaży musiało dojść do jakiegoś wypadku, ale karetka nie pojechała w tę stronę. Pomknęła natomiast dalej po żwirowej drodze i skręciła przy dużej willi Victorii Melville-Henley.

ROZDZIAŁ 3

Dopiero po południu policja pofatygowała się do letniego domu Victorii, żeby porozmawiać z jej siostrą. Nora dostrzegła ich samochód kątem oka. Usiadła w cieniu, żeby poczytać o śledztwie nadzorowanym przez Victorię Melville-Henley.

Chociaż czytała już od dwóch godzin, nadal trudno jej było rozeznać się we wszystkich szczegółach, wszystkich komisjach, zespołach i wątkach. Jak dotąd Nora doliczyła się siedmiu wcześniejszych tak zwanych dogłębnych analiz, które najwyraźniej nigdy nie wyszły poza powierzchowne ustalenia. Poprzedni brytyjski minister spraw wewnętrznych powierzył Victorii kierowanie ósmym dochodzeniem, które - jak sama mówiła - miało raz na zawsze zgłębić sprawę nadużyć, jakie miały miejsce w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.

Ociągając się, Nora weszła do domu, podniosła słuchawkę i wybrała numer Kraba. Odebrał natychmiast. Był jednym z tych ludzi, którzy rzadko pozwalają sobie na coś tak konwencjonalnego jak wakacje letnie. Wolał podróżować do nietypowych miejsc poza sezonem.

- Nie jesteś na urlopie, Sand? - spytał.

To nie było w jego stylu; zwykle nie zaprzątał sobie głowy życiem prywatnym pracowników. A już na pewno nie Nory. Albo zaliczył jakiś snobistyczny kurs menedżerski, albo kasa była naprawdę pusta. Niestety obawiała się tego drugiego.

- Właściwie to jestem - odparła. - Wracam do Londynu dopiero w przyszłym tygodniu. Ale chciałam przed wyjazdem podrzucić ci jeszcze jeden pomysł.

- No dobrze, jaki? Zobaczymy, czy są na to pieniądze - powiedział.

Nie miała ochoty teraz rozmawiać o pieniądzach. Właściwie zazwyczaj wolała tego unikać.

Zaczęła opowiadać o Victorii Melville-Henley i o dochodzeniu, które być może zbliżało się już do konkluzji, ale te zapewne - jak wiele wcześniejszych - zostaną odłożone w czasie.

- Jaki jest punkt zaczepienia? - spytał niecierpliwie Krab. - Albo ma jakieś wnioski, albo nie.

Nora wyjaśniła, że mimo wyjątkowo angielsko brzmiącego nazwiska, Victoria jest Dunką, która wyszła za brytyjskiego arystokratę. Zauważyła, że zainteresowanie jej szefa nieco wzrosło.

- Udzieli ci wywiadu? - spytał.

- Ona jest w śpiączce.

- Teraz już nic nie rozumiem.

Nora krótko wyjaśniła, co się stało, i dodała, że siostra Victorii, Vibeke Appel, skontaktowała się z policją.

- Czy to nie ta adwokatka?

- Owszem.

- Znam ją prywatnie. To uosobienie wiarygodności. Oczywiście poza salą sądową. Ale powiedz mi jeszcze raz: dlaczego to Dunka została wyznaczona do prowadzenia dochodzenia w Wielkiej Brytanii?

- Słyszałeś o sprawach związanych z wykorzystywaniem seksualnym dzieci w Kościele katolickim w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, prawda?

- Tak, oczywiście.

- W Wielkiej Brytanii rzekomo nie tylko księża korzystali wtedy z okazji. Co pewien czas w brytyjskiej prasie pojawiają się relacje osób, które były wykorzystywane w dzieciństwie. Nie tylko przez personel instytucji, w których wielu z nich dorastało, lecz także przez prominentne postaci brytyjskiego życia publicznego - polityków, wojskowych i tym podobnych.

- Osoby znane z nazwisk?

- W niektórych przypadkach tak. W artykułach wymienia się kilku generałów, byłego komisarza UE i innych wysoko postawionych polityków. Ale nigdy im niczego nie dowiedziono, skończyło się na plotkach. Dlatego na początku lat dziewięćdziesiątych minister spraw wewnętrznych postanowił powołać komisję, która miała przeprowadzić ostateczne dochodzenie we wszystkich tych sprawach, stworzyć możliwość rozliczenia się z grzechami przeszłości i zacząć od nowa.

- Ale to przecież było kopę lat temu! To dogłębne śledztwo powinno już dawno się zakończyć - wtrącił Krab.

- Można by tak sądzić. Jednak wszystkie dociekania zostały dość szybko ukrócone, choć przełom nie nastąpił. Nie było żadnych dowodów, a zarzuty o wykorzystywanie dzieci, jak jednogłośnie stwierdzały raporty, były albo zwykłymi plotkami, albo kampaniami oszczerstw wymierzonych w prominentnych obywateli lub członków Kościoła katolickiego.

- Domyślam się, że na tym się nie zakończyło?

- Nie. Wciąż pojawiały się nowe oskarżenia, a po trzech latach, w wyniku sporych nacisków politycznych, powołano nową komisję.

- Tę z Victorią w składzie?

- Początkowo nie. Najpierw na stanowisko kierującej komisją mianowano emerytowaną sędzię Priscillę Drayson, która wcześniej wsławiła się jako autorytet w brytyjskiej ochronie praw dziecka. Wytrzymała niecałe trzy miesiące i ledwie zdążyła się rozeznać w sytuacji, kiedy odwołano ją z funkcji w wyniku regularnych skarg ze strony ofiar.

- Co im się nie podobało?

- Że była siostrą jednego z mężczyzn figurujących na liście podejrzanych.

- Chyba sama musiała wiedzieć, że to może być problematyczne? - zdziwił się Krab.

- Teoretycznie tak. Ale... brytyjska klasa wyższa nie zawsze myśli takimi samymi kategoriami co reszta społeczeństwa.

Nora ujrzała oczyma wyobraźni, jak Krab kręci głową. Przez całe życie był zaciekłym przeciwnikiem tytułów i odznaczeń. Choć jemu samemu całkiem nieźle się powodziło jako redaktorowi, to sceptycyzm w nim pozostał.

- Potem zatrudniono niejaką Pamelę Wrexford. Pochodziła z kancelarii prawniczej w City i wytrzymała niemal dwa razy dłużej, bo pół roku.

- Dlaczego odeszła?

- Początkowo mówiono, że wreszcie w komisji pojawiła się świeża krew. Że Pamela zakasała rękawy i wszczęła sporo dochodzeń. Ale potem jakby straciła impet.

- Wiadomo dlaczego?

- W "Independent" pojawił się jeden artykuł, w którym pada sugestia, jakoby dostęp do archiwów miał być niebywale utrudniony. Tydzień po wywiadzie Wrexford podała się do dymisji.

- Ale dlaczego?

- Oficjalny powód był taki, że nagle uświadomiła sobie, iż zachodzi tu konflikt interesów. Ma domek letniskowy w Kornwalii przy posesji jednego z podejrzanych polityków. I przy wielu okazjach wspólnie grillowali.

- I wtedy proszą o objęcie stanowiska Victorię Melville-Henley?

- Nie. Najpierw powołują na nie sędzię z Australii, Elizabeth Rutherford. Wychowała się w Melbourne i nie miała absolutnie żadnych powiązań z brytyjską klasą wyższą.

- I co z nią poszło nie tak?

- Przyjechała z Australii i wynajęła sobie dom nieopodal Westminsteru, ale sprawy szybko wymknęły się spod kontroli.

Krab westchnął.

- Co się stało?

- Ciekawa sprawa, bo sporo tu rozbieżności. Jeśli zapytać samą Elizabeth Rutherford, co uczynił zresztą "Herald Sun" w Melbourne po jej powrocie do domu, to zmuszono ją do odejścia. Brytyjczycy natomiast wcale tak nie uważają i twierdzą, że sama zrezygnowała.

- A jaka jest prawda?

- Muszę w tym jeszcze trochę podrążyć, ale według Rutherford zbyt obcesowo skrytykowała fakt, że akta spraw rzekomo masowo znikały, zamknięte w szafach gdzieś wysoko na strychach, do których nikt nie miał klucza, i tak dalej. Urzędnicy odebrali to jako osobisty atak i bardzo szybko stosunki w pracy zrobiły się napięte.

- Dlaczego nigdy wcześniej o tym nie słyszałem, Sand? Przecież to brzmi jak znakomita historia. Korupcja i nadużycia władzy wśród brytyjskiej elity. Czytelnicy "Globalt" byliby zachwyceni.

- Spokojnie. Nie możemy nic napisać, dopóki się w to nie wgryzę. A powód, dla którego dotąd się tym nie zajmowałam, jest taki, że próbowałam przeprowadzić wywiad z Victorią Melville-Henley, gdy tylko objęła stanowisko. Ale nigdy nie odpowiedziała na moje prośby o kontakt.

- Co o niej wiemy? Mówisz, że wyszła za arystokratę, ale czy jest też w kieszeni całego establishmentu?

- Dopiero zaczęłam się temu przyglądać. Dorastała w rejonie Gilleleje-Gr?sted. Jest córką dyplomaty Henry'ego Bergenfeldta, który był ambasadorem w wielu krajach, między innymi w Kenii, Belgii i wreszcie w Londynie. Mieli z żoną dwie córki, obie studiowały prawo w Oksfordzie. Vibeke wróciła do kraju i otworzyła własną kancelarię, a Victoria poznała na uniwersytecie Thomasa Melville'a-Henleya i pobrali się, gdy byli jeszcze dość młodzi.

- Mają dzieci?

- W kilku artykułach wspomina się o córce, Charlotte, ale to kilka lat temu.

- A co z mężem, czym się zajmuje?

- Och. Zginął jakieś dziesięć lat temu. Katastrofa prywatnego odrzutowca u wybrzeży Bahamów. Jej przy nim nie było.

- Więc wszystko odziedziczyła?

- Owszem.

- Znakomicie! Jak zamierzasz ugryźć ten materiał? - spytał Krab.

- Jeszcze za wcześnie na takie deklaracje. Ale muszę zacząć od Victorii Melville-Henley. Miejmy nadzieję, że wkrótce dojdzie do siebie i zgodzi się ze mną porozmawiać. Może wtedy będzie w stanie mi wyjaśnić, co się wydarzyło. A może nawet szepnie parę słów o kwestiach, na które się natknęła w trakcie śledztwa.

- A jeśli to zajmie zbyt dużo czasu?

- Wkrótce lecę do Londynu i wtedy zobaczę, co mi się uda tam zdziałać. Jak sam słyszysz, to drażliwa sprawa. Wspominała, że w jej ręce trafiły nowe materiały. Spróbuję dotrzeć do sedna.

- Hm. Czyli nie mam co liczyć na tekst na przyszły tydzień - powiedział Krab swoim najbardziej rozczarowanym tonem.

- Nie. Jak sam zauważyłeś, mam jeszcze trochę urlopu.

- Tak, dobrze już, dobrze - rzucił i zakończył połączenie.

Nora wstała od stołu i postanowiła znów wybrać się do Vibeke. Może uda się dowiedzieć, z którą przyjaciółką Victoria jadła lunch. Może ta mogłaby powiedzieć coś więcej o jej stanie ducha, a może nawet zdradzić jej coś o dokumentach, które prawniczka otrzymała, i o pliku, który chciała wysłać.

Stojący na podjeździe samochód nie był radiowozem, więc Nora założyła, że przyjechał ktoś z Wydziału do Walki z Przestępczością przeciwko Życiu i Zdrowiu. Nora pomyślała, że Vibeke musiała być całkiem przekonująca przez telefon, po czym wyminęła auto i ruszyła w stronę domu.

Dwóch mężczyzn stało teraz tyłem do Nory, rozmawiając z Vibeke przed domem. Jeden notował, a drugi kręcił głową z prawa na lewo, jakby dopiero przy dwunastym spojrzeniu miał dostrzec jakieś ślady.

Vibeke ją dostrzegła.

- A oto i ona. Niech opowie sama - powiedziała, gestykulując.

Dwaj mężczyźni odwrócili się jednocześnie. Jeden był wysoki, muskularny i miał wypielęgnowaną brodę. Jego nie kojarzyła. Drugiego znała aż za dobrze.

- Andreas? - wybąkała.

ROZDZIAŁ 2

Nora wsunęła klapki i potruchtała do domu Victorii, by sprawdzić, co się dzieje.

Załoga karetki wynosiła już z budynku leżącą na noszach Victorię. Wyglądało na to, że jest nieprzytomna. Na werandzie stał mężczyzna w średnim wieku, ubrany w niebieskie ogrodniczki i znoszony biały T-shirt. Był wstrząśnięty.

- Co się stało? - spytała Nora jednego z sanitariuszy.

-Pani z rodziny?

- Nie, ale...

- Jest nieprzytomna - odparł szybko jego kolega. - Wieziemy ją teraz do szpitala, więc proszę się odsunąć. Jeśli chce pani pomóc, proszę skontaktować się z jej bliskimi i przekazać im, że wszelkich informacji mogą zasięgnąć w szpitalu.

- Dokąd ją wieziecie?

- Do Hiller?d.

Potem zatrzasnęli tylne drzwi i chwilę później ambulans odjechał. U boku Nory stanęła Trine i zauważyła mężczyznę w ogrodniczkach.

- Svend. Co się stało?

Mężczyzna podszedł bliżej, wykręcając ręce, jakby nie do końca wiedział, co ma z nimi zrobić.

- Przyszedłem przed chwilą, jak zwykle o tej samej porze, by zająć się ogrodem, i zastałem otwarte drzwi. Chciałem tylko zajrzeć do środka i się przywitać, bo w tym sezonie jeszcze się nie widzieliśmy - odpowiedział drżącym głosem.

- Co się jej stało? - spytała Nora.

- Leżała na kanapie, jakby zemdlała. Próbowałem ją ocucić, więc najpierw delikatnie ją szturchnąłem, potem wziąłem za rękę, ale w ogóle nie reagowała. Oddychała, ale była nieprzytomna. Wtedy zadzwoniłem po karetkę.

- Dobrze postąpiłeś, Svend. Nie masz ochoty napić się kawy? Przecież doznałeś szoku - wtrąciła Trine.

Svend z wdzięcznością udał się z nimi na taras Trine i usiadł na tym samym krześle, na którym kilka godzin wcześniej siedziała Victoria.

- Chyba nigdy niczego podobnego nie widziałem. Musiała miotać się po całym salonie i pozrzucać przedmioty z półek, zanim upadła na sofę. Zazwyczaj w domu panuje idealny porządek. W końcu latem Alma przychodzi tam raz w tygodniu, by posprzątać.

Trine wyszła do kuchni, by zrobić kawę. Kiedy woda się gotowała, wróciła z miseczką winogron, które Svend zaczął nerwowo obrywać.

- Czy ona przypadkiem nie ma siostry? - spytała Nora.

- Owszem, Vibeke. Zazwyczaj to ona zajmuje się wypłatami.

- Masz do niej numer?

- Chyba nie mam. Zwykle wkłada po prostu pieniądze do koperty i zostawia w kuchni. Ale wiem, że pracuje w kancelarii adwokackiej w Kopenhadze. Gdzieś nad Jeziorami.

- Pamiętasz, jak ma na nazwisko?

Svend zastanawiał się przez chwilę, ale na taras weszła właśnie Trine, niosąc kawę.

- Ja pamiętam - powiedziała i nalała napoju Svendowi. Podmuchał na kawę, zanim wziął kilka łyczków. - Nazywa się Vibeke Appel.

- Nie powinniśmy do niej zadzwonić?

- Owszem. Jest adwokatką, a jej kancelaria nosi nazwę Appel & Co.

Nora znalazła główny numer kancelarii, potem przedarła się przez dwie asystentki, aż w końcu telefon odebrała Vibeke Appel. Początkowo jej głos brzmiał chłodno, ale gdy tylko Nora jej wyjaśniła, co się stało, i poinformowała, że jej siostra leży w szpitalu w Hiller?d, prawniczka podziękowała i szybko odłożyła słuchawkę.

Svend wstał, szykując się do wyjścia. Zamierzał skosić trawę i zamknąć dom na klucz.

- W końcu za to mi płacą - wyjaśnił i podziękował za kawę.

***

Nazajutrz rano Vibeke Appel zapukała do drzwi Nory i Trine, jak poprzedniego dnia jej siostra.

W przeciwieństwie do Victorii Vibeke miała kruczoczarne włosy, a nosiła w garsonkę i wysokie obcasy. Nora siedziała nadal w T-shircie, w którym spała, i dopiero co odkroiła czubek z jajka na miękko.

Vibeke przywitała się z Trine, po czym zwróciła się do Nory:

- To pani dzwoniła, prawda? Czy mogłaby pani powiedzieć mi coś więcej o tym, co zaszło? Próbowałam dodzwonić się do Svenda, ale nie odbiera.

Nora odłożyła łyżeczkę na bok.

- Nie ma tu zbyt wiele do opowiadania. Karetka przyjechała około wpół do trzeciej i bardzo szybko ruszyła z powrotem. Nie zdążyłam dobrze przyjrzeć się pani siostrze. Czy już dobrze się czuje?

Vibeke Appel pokręciła głową.

- Nie, wręcz przeciwnie. Jest w śpiączce. Podejrzewają przedawkowanie insuliny. Ustabilizowali jej stan, ale nie wiedzą, czy przeżyje.

- Insuliny? - zdumiała się Trine.

- Tak. Siostra ma cukrzycę, więc miała lek ze sobą. Ale ona jest diabetyczką od ponad dwudziestu lat i utrzymuje chorobę pod kontrolą. Miała coś w rodzaju długopisu, który wbija się w brzuch. Z tym sprzętem nie ma w zasadzie możliwości podania niewłaściwej dawki.

- Faktycznie. Dobrze znam to urządzenie, mój stryj takie ma. Trudno sobie wyobrazić, co mogłoby z nim pójść nie tak - wtrąciła Trine.

- Co mówią lekarze? Jakiś błąd tego urządzenia? Czy co się mogło stać?

Vibeke Appel postała przez chwilę, jakby chciała opanować emocje.

- Oni, to znaczy lekarze, zastanawiają się, czy to nie próba samobójcza. Czy nie przedawkowała celowo. Nic z tego nie rozumiem. Wiem, że siostra ma stresującą pracę, ale w żadnym razie nie przejawia skłonności depresyjnych.

Nora i Trine spojrzały po sobie, obie równie zaskoczone.

- Była tu wczoraj rano. Wcześniej widziałyśmy ją na pomoście na plaży; przyszła popływać rano, a potem zjawiła się tu, by spytać o internet, bo zaszwankowało jej wi-fi. Wypiłyśmy szybką kawę i wtedy zachowywała się zupełnie normalnie. Ani śladu depresji, niczego w tym stylu - oświadczyła Trine.

- Właśnie. Mówiła, że wróci po południu, by skorzystać z naszego wi-fi - dodała Nora.

- Wie pani, o co chodziło?

- O coś związanego z jej pracą w tej komisji śledczej i jakiś duży plik. Ale nie wchodziła w szczegóły.

Vibeke usiadła naprzeciwko Nory, jej ramiona opadły. Podziękowała za kawę, którą proponowała jej Trine, przyjęła za to szklankę zimnej wody, którą wypiła dużymi łykami.

- Wiesz, gdzie jest Svend? - chciała się dowiedzieć od Trine.

Vibeke pokręciła głową.

- Nie, ale pewnie ma jakąś fuchę w innym miejscu. Ma tu w okolicy sporo klientów. Może nie zawsze słyszy telefon, kiedy na przykład przycina drzewa lub kosi trawę.

Prawniczka siedziała przez chwilę, spoglądając to na Norę, to na Trine.

- Muszę pójść do domu i sprawdzić, czy siostra zostawiła jakiś list. Jak już mówiłam, nie wierzę w to, ale muszę mieć całkowitą pewność. Czy któraś z was by się ze mną wybrała? Nie mam ochoty iść tam sama, a w razie czego dobrze mieć świadka.

- Świadka czego? - wyrwało się Norze.

- Nie wiem. W razie jakby zaszło tam coś nietypowego. Wtedy będą nas dwie.

Nora zgłosiła się na ochotniczkę i gdy tylko włożyła szorty i sandały, ruszyły w stronę willi.

Poprzedniego dnia Svend zamknął ją na klucz, więc można było zakładać, że w domu wszystko zostało tak jak w momencie przyjazdu karetki po Victorię. Vibeke poszła przodem w kierunku rozległej werandy, gdzie znajdowały się duże gliniane donice z drzewkami oliwnymi. Wyjęła z torebki klucz i wsunęła do zamka. Drzwi ustąpiły z łatwością i obie weszły do pokoju, który pierwotnie był doskonale urządzonym salonem rodem z magazynu wnętrzarskiego.

Teraz panował w nim chaos. Z półek pozrzucano książki, poduszki leżące na sofie ciśnięto na podłogę, a na marokańskim dywanie w kolorze lnu znajdowała się rozbita doniczka z kwiatem. Wszędzie walała się ziemia.

- Ktoś się tu włamał? - spytała Vibeke drżącym głosem.

Nora weszła za nią do środka i spojrzała na pokój, starając się odgadnąć, co się w nim rozegrało.

- Ciężko powiedzieć. Svend wspominał coś o tym, że pewnie Victoria miotała się po salonie, więc może kiedy ją znalazł, już tak było.

Vibeke nie wyglądała na przekonaną.

- Ale przecież gdyby przedawkowała umyślnie, to po prostu położyłaby się spokojnie w łóżku i czekała, aż ktoś ją znajdzie?

Nora wzruszyła ramionami.

- Może zmieniła zdanie, to się w końcu zdarza. Gdyby zostawiła list, to gdzie by go położyła?

Vibeke się zastanowiła.

- Sądzę, że w sypialni na szafce nocnej. Gdzieś, gdzie bez trudu dałoby się go znaleźć.

- Gdzie jest sypialnia?

Vibeke wskazała na duże drewniane schody wiodące na piętro.

- Na końcu korytarza, ta z balkonem wychodzącym na ogród. Ja tymczasem zajrzę do gabinetu na dole.

Nora wspięła się po stopniach, minęła trzy pokoje i dotarła do końca korytarza, gdzie zobaczyła uchylone drzwi. Widok na ogród zapierał dech w piersiach.

W sypialni główną rolę odgrywało spore białe łóżko z drewna ustawione tak, by leżąc, można było spoglądać na horyzont. Łóżko wyglądało tak, jakby przed kilkoma godzinami ktoś z niego wstał. Na szafce nocnej po jednej stronie stała pełna do połowy szklanka wody, tubka kremu do rąk i otwarty kryminał Agathy Christie, doszczętnie zaczytany.

Druga szafka nocna była pusta, nie licząc lampy z wyrzuconego na brzeg drewna, która wciąż się paliła. Nora bez namysłu przeszła na drugą stronę łóżka i ją wyłączyła.

Wysunęła szuflady obu szafek, ale świeciły pustkami.

Wróciła więc na korytarz i wsunęła głowę do łazienki. Pomieszczenie było nieskazitelnie czyste; tylko stojąca w kubku pojedyncza szczoteczka do zębów oraz kosmetyczka na półce świadczyły o tym, że mieszkała tu Victoria.

- Znalazła pani coś? - Dochodzący z parteru głos Vibeke był napięty.

- Nie! - odkrzyknęła Nora i zeszła po schodach.

- Tu też nic nie ma! - zawołała Vibeke.

Drzwi do gabinetu były otwarte; gospodyni stała przed dużym antycznym biurkiem, zawalonym stertami papierów i teczek. Niektóre wyglądały tak, jakby je ktoś zrzucił.

- Hm, widzę, że pani siostra nie była zwolenniczką digitalizacji.

- Ależ owszem, była jej wielką fanką. Ale wie pani... Brytyjski system prawny... - Vibeke przerwała sama sobie. - A skoro już jesteśmy przy tym temacie, to gdzie właściwie jest jej laptop? Zazwyczaj stoi na biurku. Zabrała go do sypialni? Srebrny, nieduży Mac.

Nora pokręciła głową.

- Nie, nie było go tam.

Razem udały się do salonu, ale również tam nie znalazły komputera.

- Może Svend go zabrał ze sobą, by mieć pewność, że nie będzie leżał w domu na widoku? - spytała Nora.

- Może. Muszę spróbować jeszcze raz do niego zadzwonić.

Tym razem telefon został odebrany. Svend powiedział, że nie widział żadnego komputera, a poza tym po wizycie karetki nie wchodził już do domu. Po prostu zamknął drzwi na klucz i skosił trawę.

- Czy mogła go włożyć do samochodu? W końcu po lunchu z przyjaciółką planowała do nas zajrzeć.

- Tylko dlaczego musiała się do was wybierać, by użyć waszego wi-fi? - spytała Vibeke, wyjmując kluczyki do auta z górnej szuflady komody stojącej w przedsionku.

- Bo nie mogła uruchomić waszego systemu. Mówiła, że zupełnie padł.

Vibeke pokręciła głową.

- Nic z tego nie rozumiem.

Otworzyła drzwi auta. Było tak czyste, jakby Victoria Melville-Henley dopiero wyjechała z parkingu podziemnego wypożyczalni samochodów. Tylko ledwie napoczęta paczuszka pastylek Lakeröl i para okularów słonecznych świadczyły o tym, że korzystała z tego srebrnoszarego BMW.

W bagażniku też nie widać było nawet pyłku.

- Moja siostra nie próbowała popełnić samobójstwa. Nie zostawiła listu, w domu panuje bałagan, a jej komputer zniknął. Kiedy człowiek pomyśli o jej pracy, to naprawdę przestaje być zabawnie. Dzwonię na policję - oświadczyła Vibeke.

- Chciałaby pani, bym została i z panią poczekała?

- Nie, jest w porządku. Po prostu poczekam przed domem. Ale być może odeślę ich do was, jeśli będą potrzebowali zeznań świadków. Na dzień dobry pewnie się nagimnastykuję, żeby w ogóle ich tu ściągnąć - uważała Vibeke.

- Proszę to zrobić. Liczę na to, że zostanę u Trine przez jeszcze kilka dni, zanim wrócę do siebie do Londynu.

Zanim Nora dotarła na ulicę, wpadła na pewien pomysł.

- To wasze wi-fi, czy to takie same jak u Trine? Na takiej białej antenie?

- Tak. Miną wieki, zanim zainstalują nam tu światłowód.

- Mogę zobaczyć, gdzie ona jest?

- Na tyłach domu, w ogrodzie. Dlaczego?

Nora poszła tam z Vibeke depczącą jej po piętach.

Antena była przymocowana na samej górze ściany szczytowej, tak by jak najlepiej łapała sygnał między wysokimi drzewami. Odchodził od niej kabel, który szedł w dół po murze.

Nora podążyła za nim wzrokiem aż do podstawy domu i wtedy to zobaczyła. Kabel został przerwany czystym cięciem, takim, które powstaje za pomocą noża lub nożyczek.

Wracając do domu Trine, słyszała, jak Vibeke dzwoni na policję.

ROZDZIAŁ 4

Umięśniony mężczyzna podał jej rękę.

- Michael Knudsen. Jestem z policji Północnej Zelandii.

Nora odruchowo uścisnęła mu dłoń, ale jej wzrok był utkwiony w oczach Andreasa.

- Co ty tu robisz?

- Zostałem tu tymczasowo oddelegowany ze względu na restrukturyzację. Moja obecność tutaj ma sens, bo utrzymuję kontakty z brytyjską policją.

Michael Knudsen spoglądał to na jedno, to na drugie.

- To wy się znacie? Czy to będzie problem?

- Nie! - powiedzieli równocześnie.

- Okej - odparł Michael Knudsen z lekkim wahaniem.

- Może teraz porozmawiam z panią, a Andreas dokończy to, co ma do zrobienia w domu - zwrócił się Knudsen do Nory.

Potaknęła.

- Możemy pójść tam - odparła, wskazując na domek rodziców Trine.

Na odchodnym spojrzała na Andreasa, który utrzymał z nią kontakt wzrokowy o ułamek sekundy dłużej, niż było to konieczne. Nie potrafiła rozszyfrować, co chciał jej przez to przekazać.

Michael Knudsen przywitał się z Trine i usiadł przy stole ogrodowym. Za kawę podziękował, ale z radością przyjął szklankę zimnego kompotu rabarbarowego.

Nora i Trine zgodnie opowiedziały o porannym spotkaniu z Victorią i o tym, że jej nastrój wydawał się całkowicie normalny.

Michael Knudsen okazał się tego rodzaju skrupulantem, który przed przejściem do rzeczy zapisuje numery identyfikacyjne, numery telefonu i adresy. Zależało mu też na ustaleniu dokładnych godzin, kiedy widziały Victorię Melville-Henley na plaży i kiedy wpadła do nich na kawę.

W oczach Nory sprawiał raczej wrażenie człowieka, który powinien siedzieć w biurze Duńskiego Urzędu Statystycznego, a nie prowadzić śledztwo. Minęła cała wieczność, zanim przeszedł do kluczowego pytania.

- Czyli nic jej nie niepokoiło?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.