ROZDZIAŁ 1
Nora była pewna, że już kiedyś widziała kobietę stojącą na pomoście, ale trudno jej było rozpoznać kogoś noszącego szlafrok i klapki. Uśmiechnęła się ostrożnie do tej około sześćdziesięcioletniej umięśnionej osoby z poczuciem, że mogła ją widzieć w telewizji. Może w jakichś wiadomościach?
Oprócz Nory i jej przyjaciółki Trine kobieta była jedyną osobą na plaży, położonej dwie minuty spacerem od letniego domku rodziców Trine na północ od Kopenhagi.
Kobieta zrzuciła biały szlafrok i przyjaźnie skinęła głową, po czym zdecydowanym krokiem zeszła tyłem po drabince i dała się porwać chłodnym, zielonkawym wodom Sundu.
- Kto to jest? Jakaś polityczka? - spytała Nora. Po kilku latach pracy dziennikarskiej w Londynie umykały jej niektóre postaci z duńskiej sceny politycznej, choć oczywiście codziennie czytała rodzimą prasę.
Trine wytarła z twarzy kropelki wody i zawinęła ręcznik w turban, by zapobiec opadaniu mokrych włosów na twarz.
- Nie, to ta superprawniczka. Victoria Melville-Henley. Powinnaś ją znać, bo większość czasu spędza w Londynie - odparła Trine, wzuwając klapki.
Wtedy Nora sobie przypomniała. Victoria Melville-Henley była wybitną duńską prawniczką, która za młodu weszła do jednej z najznamienitszych arystokratycznych rodzin w Wielkiej Brytanii. Kilka lat wcześniej na spotkaniu świątecznym w duńskiej ambasadzie w Londynie Nora i Victoria przywitały się uprzejmie. Nora później próbowała przeprowadzić wywiad z Melville-Henley, gdy postawiono ją na czele komisji śledczej w sprawie zamierzchłych już przypadków przemocy wobec dzieci z udziałem licznych wpływowych Brytyjczyków z najwyższych kręgów politycznych, kulturalnych, kościelnych i wojskowych.
Victoria Melville-Henley nigdy nie odpowiedziała na jej prośby, a teraz Nora już niezbyt dobrze pamiętała, jak potoczyło się śledztwo. Wydawało jej się, że nie natrafiła dotąd na żadne informacje o rozpoczęciu przesłuchań, choć minął już ponad rok, odkąd Dunkę wybrano, by pokierowała trudnym procesem polegającym na uporządkowaniu grzechów przeszłości.
Gdy wracały do domu przez niewielki las, Trine wskazała dwupiętrowy drewniany dom w dyskretnym szarym kolorze, z balkonami i lukarnami. Wyglądem budynek pasował do The Hamptons na Long Island, gdzie zazwyczaj spędza wakacje nowojorska elita. Ogród otaczały wysokie na około dwóch metrów krzewy rododendronów, które sprawiały wrażenie, jakby zasadzono je na długo przed narodzinami Nory. Trawnik przypominał zielony dywan, rozpostarty i wygładzony pod grę w krokieta.
- Prawie nigdy tu nie bywają, ale to i tak najlepiej utrzymany dom na całej uliczce. Stać ich na to, by przez cały rok przychodził tu ogrodnik - wyjaśniła Trine.
- Jej mąż też tu przyjeżdża? - spytała Nora.
Trine zastanowiła się przez sekundę.
- Nie, umarł kilka lat temu. Ale czasami bywa tu jej siostra z dwojgiem nastoletnich dzieci. Jest bardzo miła. Gdy byłam małą dziewczynką, regularnie odwiedzałam Victorię i Vibeke. Zawsze serwowano u nich domowy sok truskawkowy.
Trine wyjęła klucz z kieszeni szlafroka. Dwa domy dalej znajdował się mały, czarny, drewniany domek, w którym Nora przy wsparciu przyjaciółki próbowała wrócić do formy. Trine, która była terapeutką par, zostawiła swoją rodzinę w domu.
- Zastanawiam się, czy nie poprosić jej znów o wywiad. Może mogłabyś mnie jej zarekomendować?
Trine wzruszyła ramionami.
- Dobrze, mogę spróbować. Ale nie licz na to, że będzie chciała gadać o pracy. Z reguły ludzie przyjeżdżają nad wodę po to, by myśleć o innych rzeczach. Tak jak ty, prawda? - spytała Trine i posłała Norze znaczące spojrzenie.
Nora wzięła prysznic na dworze za domem, spłukując sól ze swoich długich, ciemnych włosów. Trine tymczasem poszła do kuchni, zaparzyła kawę i wyjęła z lodówki skyr oraz świeże truskawki, po czym postawiła je na stole na zadaszonym tarasie.
Potem to ona wzięła prysznic, a w tym czasie Nora przyrządziła naprędce omlet z dojrzewającymi na słońcu pomidorkami cherry i resztką szynki z poprzedniego wieczoru. Zerknęła na swoją komórkę, którą podłączyła na noc do ładowarki. Nie zadzwonił ani jej natrętny szef Krab, ani Andreas, eksmężczyzna jej życia, czy jak tam można by go nazwać.
Zostawiła telefon, wyszła na taras i usiadła do śniadania. Jakby czytając jej w myślach, Trine zasiadła przed nią z westchnieniem.
- Musisz o tym porozmawiać - powiedziała, kiedy Nora dolewała sobie mleka do kawy.
Przez chwilę siedziały w milczeniu. Jako terapeutka Trine przywykła do ciszy i zupełnie jej ona nie krępowała.
W końcu Nora się odezwała ze wzrokiem skierowanym na trawnik.
Opowiedziała jej o chaosie, który nastał w Szpitalu Królewskim, kiedy Nora odwiedziła Andreasa, gdy leżała tam jego córeczka Viola. Mama Violi, Birgitte, pojawiła się w szpitalu niespodziewanie, więc Nora musiała schować się w szafie na sali chorych, by uniknąć sceny. Przez szparę między drzwiczkami zobaczyła, jak Birgitte majstruje coś przy strzykawce, a chwilę potem Viola dostała jednego ze swoich ataków. Dziewczynka nie po raz pierwszy znalazła się w stanie zagrażającym jej życiu, a lekarze, pomimo licznych badań i testów, nie mieli zielonego pojęcia, co może dziecku dolegać.
- To brzmi jak klasyczny przeniesiony syndrom Münchhausena - skonstatowała Trine.
- Owszem. To była moja pierwsza myśl.
- I co zrobiłaś?
Nora wyjaśniła, że nie ruszyła się z szafy, podczas gdy Viola została zawieziona na oddział intensywnej opieki medycznej przez personel i depczących mu po piętach Andreasa i Birgitte. Dopiero gdy droga była wolna, wymknęła się na korytarz i wyszła ze szpitala.
Po upływie kilku dni zadzwonił do niej Andreas i opowiedział, że niewiele brakowało, by Viola przegrała walkę z tajemniczą chorobą. Teraz on i Birgitte czuwają nad dzieckiem i razem, i na zmianę, a mała walczy o życie.
- Próbowałam umówić się z nim na spotkanie, by mu powiedzieć, co widziałam. Takich rzeczy nie przekazuje się przez telefon.
- I co, widzieliście się?
Nora skinęła głową, wspominając pospieszne spotkanie, które udało się Andreasowi ukradkiem zorganizować. Był wtedy zestresowany i wycofany.
- O mało nie umarła - brzmiały jego pierwsze słowa, gdy zobaczyli się w kawiarni na Blegdamsvej.
Pił kawę dużymi łykami, choć była tak gorąca, że Nora niemal poparzyła sobie o swoją usta. Zupełnie jakby tego nie rejestrował. Jego brązowe oczy cały czas uciekały w stronę Szpitala Królewskiego.
- Ale już lepiej? - zagaiła delikatnie Nora.
Andreas ociągał się z odpowiedzią, spojrzał na zegarek i powiedział, że za dziesięć minut musi wyjść, więc Nora nie miała innego wyjścia i zaczęła opowiadać, co widziała z szafy.
Andreas wlepił w nią nierozumiejące spojrzenie.
- Strzykawkę? O czym ty mówisz?
Nora powtórzyła, co widziała.
- Jesteś pewna?
Skinęła głową, przytrzymując jego spojrzenie swoimi niebiesko-zielonymi oczami.
Andreas wzdrygnął się i zaczął pocierać twarz otwartą dłonią, jakby chcąc zetrzeć z niej kiepski rysunek.
- Czyli twierdzisz, że to Birgitte doprowadza Violę do choroby?
W jego głosie pobrzmiewała złość, ale Nora nie potrafiła odgadnąć, czy obiektem jego gniewu jest ona, Birgitte czy cała sytuacja.
- Nie wiem przecież. Po prostu dziwnie to wyglądało, że ona...
Andreas był blady, zestresowany i skołowany; Nora wiedziała, że musi zachować szczególną ostrożność.
- Posłuchaj, Andreasie. Nie jestem lekarką. Nie potrafię ci powiedzieć, co dolega Violi. Mogę ci tylko zrelacjonować, co widziałam. Może istnieje jakieś wyjaśnienie, ale muszę przyznać, że wyglądało to bardzo dziwnie i uznałam, że powinieneś się o tym dowiedzieć.
Andreas opróżnił swoją filiżankę i znów na nią spojrzał.
- Co twoim zdaniem powinienem zrobić? Moja córka walczy o życie, a ty mi mówisz... że Birgitte ma przeniesiony syndrom Münchhausena, czy jak?
- Przecież nikogo nie diagnozuję. Mówię ci tylko, co widziałam, i radziłabym ci nie spuszczać oczu z Violi. To wszystko.
Andreas wyglądał na zrezygnowanego.
- Ja już się rozsypuję. Jutro wracam do pracy, więc to Birgitte prawie przez cały czas siedzi z Violą w szpitalu. Lekarze przebąkują o wypisaniu małej pod koniec tygodnia; wtedy będzie przebywać sam na sam z mamą przez cały czas.
W tym momencie jakby się przyłapał na podążaniu tokiem myślenia Nory.
- Przecież to jakiś absurd. Zdajesz sobie sprawę, jak rzadko takie rzeczy się zdarzają? Owszem, Birgitte bywa niezrównoważona, ale do licha! Viola choruje przez cały czas, a ona jest dobrą matką. Trudno o większą troskliwość, nawet jeśli nie jest ideałem.
Nora dobrze wiedziała, jak rzadko występuje to szczególne schorzenie psychiczne. Zdążyła już wygooglować, że większość matek cierpiących na przeniesiony syndrom Münchhausena przejawia pełną troski ofiarność wobec dziecka, które same podtrzymują w stanie choroby, by zwrócić na siebie uwagę.
- Andreasie, wiem, co widziałam. Teraz ty też to wiesz i to twoja sprawa, co z tym zrobisz - powiedziała, wstając.
Wyszedłszy na ulicę, obejrzała się. Andreas wciąż siedział z kubkiem w ręku i gapił się przed siebie.
- I nie odezwał się w ciągu tych dwóch tygodni, które upłynęły od waszej rozmowy? - Trine przerwała jej rozmyślania.
Nora pokręciła głową.
- Nie. Dzwoniłam kilka razy, ale nie oddzwonił. Niech i tak będzie.
- Ale co z dzieckiem? Nie boisz się, że coś się jej stanie, jeśli tego nie zgłosisz?
- Sama słyszałaś, jak zareagował Andreas. Mam pójść na policję, do jego kolegów, pomijając Andreasa, i wyjaśnić, dlaczego chowałam się w szafie w Szpitalu Królewskim?
Zanim Trine zdążyła odpowiedzieć, po drugiej stronie budynku rozległo się pukanie do drzwi kuchennych.
- Halo? Czy ktoś jest w domu?
- Proszę wejść, siedzimy tutaj! - zawołała Trine.
Była to Victoria Melville-Henley.
Podczas gdy Nora i Trine siedziały przy śniadaniu, ona najwyraźniej zdążyła się wykąpać, perfekcyjnie ułożyć sięgające do ramion, rozjaśnione włosy i ubrać się w jasną lnianą sukienkę z gatunku tych, których Nora nigdy nie nosiła, bo w okamgnieniu pogniotłaby ją do tego stopnia, że wyglądałaby, jakby przespała w niej całą noc.
Gdy Victoria zauważyła Norę, przedstawiła się.
- Już się spotkałyśmy. W Londynie - odparła Nora, kiwając głową.
Victoria spojrzała na nią pytająco.
- Nazywam się Nora Sand i pracuję w duńskim czasopiśmie "Globalt". Poznałyśmy się kilka lat temu na świątecznym drinku w ambasadzie.
Victoria uśmiechnęła się zdawkowo, acz grzecznie.
- Chyba sobie przypominam. Czy to nie tamtego wieczoru ten potwornie nadęty tenor usiadł przy fortepianie i odśpiewał wszystkie zwrotki Piękne jest błękitne niebo?
Nora zaśmiała się przy tym wspomnieniu.
- Właśnie. Wydaje mi się, że ambasador specjalnie to zaaranżował, byśmy wyszli o czasie.
- I tak w lepszym stylu, niż to zrobił jego poprzednik, który podszedł do kontaktu i zaczął nim pstrykać, kiedy impreza dobiegła końca - wtrąciła Victoria.
Trine potrząsnęła termosem.
- Zostało kawy na jedną filiżankę. Poczęstujesz się?
Victoria przycupnęła na brzegu krzesła.
- To może malutką filiżankę. Właściwie to przyszłam się dowiedzieć, czy działa ci wi-fi? - zwróciła się do Trine.
- Tak, bez zarzutu. Czemu pytasz?
- U mnie zupełnie padło. Nie potrafię go uruchomić, a dałam sobie spokój z dzwonieniem do firmy telekomunikacyjnej. Tyle że muszę wysłać ważny mail. Mogę to zrobić stąd? - spytała.
- Oczywiście, że tak. Ale chyba sieć komórkowa jeszcze działa?
- Owszem, ale wiadomość, którą mam na komputerze, jest duża, więc przez komórkę się nie uda.
- Jasne. Przynieś po prostu laptopa, a ja tymczasem odszukam kod do wi-fi.
- Dzięki. Za chwilę wybieram się na lunch z przyjaciółką, więc jeśli wolno, przyszłabym po południu?
Trine kiwnęła głową.
- Szefuje pani nadal tej komisji śledczej, powołanej przez rząd? - spytała Nora.
Victoria spojrzała na nią z zaskoczeniem.
- Tak. Przyjechałam tu właśnie po to, by spokojnie popracować. W ciągu najbliższych paru tygodni zamierzałam opublikować wniosek częściowy, ale teraz pojawiły się nowe informacje.
- Jakie nowe informacje?
Victoria pokręciła głową i uśmiechnęła się uprzejmie do Nory.
- Na pewno pani rozumie, że nie mogę jej tego zdradzić - ani, rzecz jasna, nikomu innemu. To bardzo wrażliwe informacje, a mnie naturalnie obowiązuje tajemnica służbowa.
- W takim razie wnioski się opóźnią?
Po chwili milczenia Victoria odpowiedziała:
- Muszę poprosić eksperta, by przejrzał materiały, w których posiadanie weszłam. Jeśli zostaną zweryfikowane, to...
W tym miejscu urwała zdanie.
- No dobrze, nie ma powodów, by się w to zagłębiać. I, oczywiście, proszę mnie nie cytować - podkreśliła.
- Czy będę mogła przeprowadzić z panią wywiad, kiedy będą już jakieś konkluzje? O tym, jak trudno było zdobyć informacje i jak ciężko uzyskać pomoc od kluczowych osób? - spytała Nora.
- Być może. Nie przepadam za takimi rzeczami, zobaczymy - odparła Victoria, spojrzała na zegarek i wstała.
- Muszę lecieć. Zajrzę po południu.
Trine się uśmiechnęła.
- W porządku. Jeśli nas nie zastaniesz, będziemy po prostu na plaży.
Chwilę później zobaczyły, jak srebrne BMW Victorii jedzie zakurzoną żwirową drogą w kierunku Gilleleje.
Nora pomogła Trine sprzątnąć ze stołu i, jakby się umówiły, nie wracały już do tematu Andreasa. Nora była wykończona ciągłym zastanawianiem się nad tym, czy dobrze postąpiła. Czy powinna powiadomić opiekę społeczną, ryzykując, że dziecko zostanie im siłą odebrane? Wydało jej się to niewłaściwe. Ale czy będzie potrafiła żyć z myślą, że Birgitte może podtruwać dziewczynkę lub szkodzić jej w inny sposób, a Nora nie próbuje jej powstrzymać?
To był jeden z leniwych dni; Trine rzuciła się na trawnik w ogrodzie ze stosem starych numerów pisma "Alt for Damerne" i chichocząc, czytała listy do kącika porad, które w dość smętny sposób dowodziły, że kobiety w 1984 roku martwiły się mniej więcej tym samym, co dziś. Choć przynajmniej obecnie udało im się porzucić getry, fryzury a la pudel i kwadratowe poduszki na ramionach.
Raz po raz chodziły nad wodę, by się ochłodzić, i wracały. Żadnej z nich nie chciało się przygotowywać lunchu.
Nora leżała na hamaku i próbowała przebrnąć przez tekst irlandzkiego naukowca próbującego wyjaśnić mechanizmy, które niechybnie doprowadzą do twardego brexitu. Jego styl był jednak tak suchy, że na zmianę przysypiała i nachodziło ją pragnienie, by napić się soku rabarbarowego.
Po kolejnej mikrodrzemce obudziła się raptownie na dźwięk syren karetki. Z domu wyszła Trine.
- Co się dzieje?
Dźwięk się zbliżał, aż na koniec stał się wręcz nie do zniesienia. Nora wyskoczyła z hamaka, by sprawdzić, co się stało. Początkowo pomyślała, że na plaży musiało dojść do jakiegoś wypadku, ale karetka nie pojechała w tę stronę. Pomknęła natomiast dalej po żwirowej drodze i skręciła przy dużej willi Victorii Melville-Henley.