Rozdział 2
Nora odnosiła wrażenie, że dekret stanowiący o tym, iż kwiecień jest oficjalnie miesiącem wiosennym, nie dotarł do Yorkshire. Gdy kilka minut po dwunastej wysiadła na stacji, zimny, siekący deszcz zmoczył jej twarz, dobitnie dając jej do zrozumienia, że doznania w towarzystwie Mona i jego bawołu przypadły w udziale komuś innemu. Sand poczuła się tak, jakby wkroczyła prosto w pierwszą linijkę swojego ulubionego poematu, Ziemia jałowa, zawierającą twierdzenie, że kwiecień jest najokrutniejszym miesiącem ze wszystkich. Nora pamiętała dokładnie, jak bardzo poemat T.S. Elliota ją poruszył, gdy przeczytała go po raz pierwszy jako nastolatka. Pamiętała, jak zanurzyła się w świat, w którym nazwano po imieniu beznadziejną tęsknotę towarzyszącą jej jak cień bez względu na to, czy obracała się za siebie czy nie. Otrząsnęła się z tych myśli i pojechała taksówką do Standardu - hotelu, w którym nocleg zarezerwowała sobie w pociągu.
Na podłodze pokoju na drugim piętrze leżał dywan kojarzący się z hotelem z Lśnienia Stanleya Kubricka. Duże, prostokątne kształty zdążyły spłowieć przez lata i wesołe barwy podstawowe, królujące na dywanie w jego pierwotnej wersji, były teraz tylko smutnym wspomnieniem.
Okno wychodziło na park, gdzie na ławce siedziały dwie uczennice, odpalając jednego papierosa od drugiego. Deszcz przestał padać i Nora domyśliła się, że dziewczyny musiały dać nogę z monumentalnego budynku z piaskowca zlokalizowanego tuż przy parku. Widniejący na froncie gmachu napis głosił, że mieści się w nim szkoła dla dziewcząt św. Heleny. Po chwili jedna z dziewczyn wstała i podejrzenie Nory, że obie panie są wagarowiczkami, wzięło w łeb, gdy nastolatka wyjęła dziecko z wózka, który Nora dopiero teraz zauważyła.
Położyła komputer na wąskim stoliku pod oknem, próbując pogodzić się z myślą, że już nie znajduje się w Tajlandii. Gdy dzisiejszego poranka dotarła do mieszkania na Belsize Park w północnej części Londynu, jedyne, na co miała ochotę, to położyć się we własnym łóżku i rozprostować kości po długich godzinach spędzonych w samolocie. Nadludzkim wysiłkiem posortowała jednak pocztę, podlała usychające rośliny pustynne oraz sukulenty i zabrała się do pakowania walizki na weekendowy wyjazd: ciepłe ubrania i ostatnia partia czystej bielizny, która pozostała w mieszkaniu. Komputer powędrował do torebki w towarzystwie pliku na wpół zapisanych notesów.
Na stacji King's Cross kupiła gazety i kawę z tyloma szotami espresso, ile się dało zmieścić w kubku. Dopiero po wypiciu połowy zawartości znalazła w sobie siłę, by zadzwonić do Kraba i zameldować się pod sztandarami "Globalt" ku niekłamanej radości szefa.
Andreas nie odpowiedział na jej mejl; Nora obiecała sobie solennie, że napisze do niego z pociągu, ale zaraz po zajęciu miejsca zapadła w głęboki sen, przerwany przez kontrolera, który nie wykazał najmniejszego zrozumienia dla faktu, iż jedna z jego pasażerek nadal funkcjonuje w czasie tajskim i wygonił ją z pociągu w Sheffield, by zdążyła na przesiadkę do Toppingham.
Wciąż odczuwała zmęczenie i jetlag, więc z wdzięcznością powitała cywilizowany brytyjski zwyczaj uznający za prawo człowieka możliwość zrobienia sobie herbaty nawet w najobskurniejszym hotelu.
Sprawdziła w internecie "Mercury'ego". W pośpiechu nie zdążyła wziąć numeru ani od Joego, ani od Cathy, ale przecież wiedziała, gdzie pracują, a to już był jakiś punkt zaczepienia.
Numer telefonu Joego znajdował się pod jego zdjęciem na stronie gazety; zachęcał wszystkich dysponujących ciekawym materiałem z Toppingham i okolic do pisania lub dzwonienia bezpośrednio do niego. Nie ma nieistotnych historii! Wszystkie zgłoszenia traktowane są z pełną dyskrecją - zaręczał.
- Joe Foster - odebrał telefon. Początkowo w jego głosie słychać było zaskoczenie, a sam Joe sprawiał wrażenie zajętego, ale gdy Nora wyjaśniła, że przebywa obecnie w Toppingham, kolega się rozpogodził.
- Muszę jeszcze skończyć artykuł, ale może wypijmy piwo za parę godzin przy fajrancie? - zaproponował i podał jej nazwę pubu położonego pięć minut spacerem od hotelu.
Po skończonej rozmowie Nora odszukała numer jednego z informatorów, do których się czasem zwracała przy okazji spraw związanych z Państwem Islamskim. Victor Grunch pracował kiedyś w brytyjskim wywiadzie, gdzie specjalizował się w dżihadystach, ale od tamtej pory minęło sporo lat. Teraz posiadał własną firmę i utrzymywał się dzięki prywatnym spółkom z całego świata, które potrzebowały porad z zakresu bezpieczeństwa. Za każdym razem, gdy dzwonił do niego dziennikarz, postrzegał to jako możliwość dodatkowej reklamy dla Grunch Security Solutions i nigdy nie omieszkał przypomnieć Norze, że ma wymienić nazwę firmy, jeśli będzie go cytowała w "Globalt". Nora na to przystawała, bo facet naprawdę znał się na rzeczy. Poznała go na konferencji o bojownikach ISIS, którzy wrócili do domów; był tam jednym z głównych prelegentów. W przeciwieństwie do większości ekspertów w prawdziwej służbie bezpieczeństwa, Grunch nie należał do ludzi ukrywających się za zagadkowymi sformułowaniami i niedopowiedzeniami. Jego wnioski były równie jednoznaczne, co szerokie, czerwone szelki, które stały się jego znakiem firmowym.
Gdy tylko odebrał telefon, Nora usłyszała, że jest zajęty.
- Grunch. Z kim rozmawiam?
Sand się przedstawiła.
- Ta-ak, pamiętam panią. Siedzę w samochodzie, ma pani pięć minut, proszę mówić - zachęcił.
- ISIS w Toppingham? Jak to rozumieć?
- Dwie opcje: albo bojownik, który wrócił z Syrii, albo jeden z pozostałych.
- Pozostałych?
- Tak. Taki, któremu w ogóle nie pozwolono wyjechać. Potrafią być równie groźni.
- Jak to?
- Młodzi ludzie radykalizujący się online. Ich rodzice sądzą, że są bezpieczni, bo siedzą w domu i nie zadają się z gangami czy z radykalnymi imamami, a tymczasem ich dzieci w swoich pokojach oglądają wideo z Daesh, w których gloryfikuje się świętą wojnę. Pokazują tam, jak Państwo Islamskie pomaga Syryjczykom, którzy doznali tortur i przemocy ze strony bojówek Baszszara al-Asada. Bojownicy świętej wojny rozdający jedzenie i słodycze osieroconym dzieciom.
- Ale chyba istnieją jakieś granice tego, jaki wpływ może wywrzeć na człowieka oglądanie filmów online? Dlaczego rodzice tych dzieciaków niczego nie dostrzegają?
- Zdziwiłaby się pani, jak to potrafi szybko pójść i czego może dokonać sprawnie przeprowadzona propaganda. Kiedy któryś z ich "łowców talentów" zagnie na kogoś parol, to często bitwa jest już przegrana. Ci ludzie są szkoleni do przebywania w samotności i izolowania innych ludzi od otoczenia. Sprawiają, że dzieciaki czują się ważne, a poczucie konspiracji tylko wzmacnia to poczucie: zostałeś przez nas wybrany. Nie wolno ci rozmawiać z innymi o twoim świętym zadaniu dla Allaha. Atak terrorystyczny w Londynie trzy lata temu, pamięta go pani?
Nora aż za dobrze pamiętała ten potworny wieczór, kiedy na jednym z licznych londyńskich mostów samochód dostawczy wjechał w tłum ludzi.
- Za atakiem stał 21-letni chłopak. Rok wcześniej zamierzał wyjechać do Ar-Rakki i wziąć udział w wojnie. Ale jego młodsza siostra zaczęła coś podejrzewać i porozmawiała z imamem, który wykazał się przytomnością umysłu i skontaktował się z miejscową policją w Leicester, gdzie mieszkał ten młody człowiek. Zawrócono go na granicy i wydawało się, że później zachowywał się już spokojnie. W każdym razie wystarczająco długo, by nikogo nie zastanowiła jego przeprowadzka do Londynu. Wtedy zemścił się na społeczeństwie, które udaremniło mu karierę bojownika.
- Co podpowiada panu doświadczenie? Czy tego policjanta zamordował ktoś, kto wrócił do Anglii, czy raczej ktoś, kto musiał w niej zostać?
Nastąpiła pauza, podczas której Nora słyszała głośne klikanie kierunkowskazu w samochodzie Gruncha. Potem nastała cisza, bo jej rozmówca wyłączył silnik.
- Dotarłem na miejsce - oznajmił.
- Ale tak na szybko?
- Pani Sand, nie widziałem tego nagrania. Nie jest dostępne w całości dla zwykłych śmiertelników. Kiedy je obejrzę, a mój fach niestety prędzej czy później mnie do tego zmusi, przyjrzę mu się pod kątem następujących aspektów: co znajduje się w tle? Jakie jest ukryte przesłanie? Kto mówi na nagraniu i co w ogóle zostaje powiedziane? Czy to profesjonalna likwidacja, to znaczy ktoś, kto sprawia wrażenie, jakby już to kiedyś robił? Proszę zwrócić uwagę na sposób poruszania się delikwenta. Jak się dobrze przyjrzeć, prawie zawsze widać po ludziach, czy przeszli trening wojskowy. Ale jeśli chce pani na szybko usłyszeć moje zdanie, to nie sądzę, by to było Państwo Islamskie. Nie ma to sensu pod względem strategicznym. Okej? Muszę lecieć - powiedział Grunch i się rozłączył.
Nora uchyliła okno, odsunęła telewizor na bok, by zrobić miejsce na komputer, i usiadła, by zrobić notatki. Potem zabrała się za research na temat syryjskich bojowników. W raporcie napisanym półtora roku temu przez pewien think tank utrzymywano, że w przypadku załamania Państwa Islamskiego nawet czterystu byłych bojowników będzie próbowało wrócić do Wielkiej Brytanii, gdzie się urodzili i wychowali.
Nora stwierdziła, że nie jest to wyłącznie problem Brytyjczyków. Według raportu około dwóch tysięcy eksbojowników mogło obierać kurs powrotny na Europę po pobycie w Syrii lub Iraku. Dane szacunkowe dla Danii podawały liczbę około stu pięćdziesięciu osób, które potencjalnie mogłyby wrócić do kraju.
Raport zawierał konkluzję, że praktycznie niemożliwe jest rozróżnienie zatwardziałych dżihadystów od młodych, naiwnych ludzi zwiedzionych obietnicami rajskiego kalifatu i wielkiej chwały, którzy na miejscu zastali bezmyślną brutalność i chcieli wrócić do normalnego życia na Zachodzie.
Niektórzy eksperci uważali, że resocjalizacja tych młodych ludzi byłaby możliwa, inni jednak twierdzili, że to beznadziejne zadanie.
Francuski minister oświadczył, że gdyby to zależało od niego, to byłoby najlepiej, by ludzie, "którzy postanowili walczyć w Syrii po stronie islamistów, również w Syrii ginęli", a amerykański rzecznik do spraw wojskowych wyznał amerykańskiej gazecie, że zgodnie z wytycznymi żołnierze mieli rozkaz strzelania do sił ISIS bez względu na to, czy znajdują się w nich obywatele europejscy czy nie.
W Wielkiej Brytanii rząd zaczął odbierać obywatelstwo osobom, o których było wiadomo, że dołączyły do Państwa Islamskiego, tym samym uniemożliwiając im powrót do domu. Raport nie podawał, ilu ludziom udało się wrócić do Wielkiej Brytanii.
Nora zadzwoniła do think tanku po aktualny komentarz na ten temat, ale trafiła na automatyczną sekretarkę. Potem zrobiła rozeznanie w ośrodkach islamskich w Toppingham. Może ktoś mógłby rzucić światło na to, dlaczego ISIS postanowiło uderzyć właśnie tutaj, a nie na przykład w Londynie. Może policja w stolicy miała większą świadomość na temat bezpieczeństwa niż miasto w południowym Yorkshire zamieszkane przez ćwierć miliona ludzi. Ale dlaczego właśnie tu? Dlaczego nie w Sheffield, Manchesterze, Birmingham czy choćby w Brighton? Nora zgadywała, że sprawca musiał mieć z tym miejscem jakiejś powiązania, bez względu na to, czy był w Syrii czy nie.
Zadzwoniła do ośrodka muzułmańskiego sprawiającego wrażenie największego w mieście; telefon odebrał mężczyzna, który przedstawił się jako Abu Wahid. Gdy usłyszał, że Nora jest dziennikarką, zaczął mówić zwrotami, które brzmiały, jakby odczytywał je prosto z kartki.
- Potępiamy każdą formę przemocy. Islam jest religią pokojową. Nikt z naszego miasta nie mógłby się do czegoś podobnego posunąć - wyrecytował i ciągnął dalej: - Odcinamy się od tego czynu, który stoi w sprzeczności z naukami Mahometa.
Nora kilkakrotnie próbowała przerwać jego monolog, ale mężczyzna był zaprawiony w bojach i najwyraźniej nie musiał nabierać powietrza między zdaniami. W końcu udało jej się wtrącić:
- Mogę przyjść jutro, by z państwem porozmawiać?
- Nie wiem, czemu miałoby to służyć - odparł Abu Wahid.
- Chciałabym poznać wasze zdanie na temat tej tragedii.
- Wszyscy tak mówią, ale nikt nie jest zainteresowany, by rzeczywiście nas wysłuchać - powiedział Abu Wahid ze zmęczeniem.
- Ja jestem - zapewniła Nora.
- Dlaczego miałaby pani być inna niż pozostali dziennikarze?
- Bo rzeczywiście chciałabym się spotkać i z panem porozmawiać?
Abu Wahid westchnął.
- Nie widzę sensu - odparł i odłożył słuchawkę.
Nora uznała, że tak łatwo mu nie odpuści. Może będzie mu trudniej odmówić, gdy pojawi się u niego osobiście. A nawet jeśli ją spławi, pewnie uda jej się zamienić słówko z innymi ludźmi z ośrodka.
Sand zerknęła na łóżko. Poduszki sprawiały wrażenie wyjątkowo miękkich i Nora poczuła, jak znów ogarnia ją zmęczenie. Wiedziała jednak, że musi zacisnąć zęby i porzucić myśli o spaniu; w przeciwnym razie później za to zapłaci. Wstawiła więc wodę w czajniku elektrycznym, zrobiła sobie filiżankę kawy z dwóch małych torebek neski i dolała do niej mleka o długim terminie spożycia z plastikowego kubka przypominającego element domku dla lalek.
Zaczęło się ściemniać i deszcz przybrał na sile do tego stopnia, że zdawało się, iż chce się wryć w ziemię. Nora pomyślała tęsknie o parasolu pozostawionym w domu w Londynie. Pijąc kawę, dostrzegła taksówkę stojącą na zgaszonych światłach na skraju parku. Dziewczyny z wózkiem dawno sobie poszły, ale Sand zauważyła ruch między drzewami w zapadającym zmroku. Zastanowiło ją, jakim trzeba być desperatem, by przebywać na dworze przy takiej pogodzie. Trudno było cokolwiek dojrzeć między gałęziami drzew; może po prostu taksówkarz musiał udać się na stronę.
Wzięła głęboki wdech i wysłała SMS do Andreasa.
"Możesz rozmawiać?"
Kilka sekund później zadzwonił.
- Cześć - powiedział.
Głos miał zdarty i zmęczony. Wystarczyło to jednosylabowe słowo, by Nora się zorientowała, że Andreas jest bardziej wyczerpany, niż był kiedykolwiek. Obiecała sobie, że zadzwoni tylko jako przyjaciółka, ale to jedno słowo przedarło się przez jej mechanizmy obronne, już i tak nadszarpnięte zmęczeniem, i z ukłuciem wbiło w jej serce maleńką flagę.
- Andreasie, co się dzieje?
- Viola jest w szpitalu. Robią jej wszystkie możliwe badania, ale nie mogą dojść do tego, co jej jest. Ma wysoką gorączkę i niestabilny rytm serca. - Andreas zaczerpnął powietrza.
- Och, coś potwornego.
- Mówią, że jej życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo, ale było blisko - powiedział łamiącym się głosem.
- Gdzie teraz jesteś? - spytała Nora.
- Właśnie wychodziłem do apteki. Muszę coś ze sobą zrobić. Birgitte i jej mama siedzą z Violą na sali.
- Ach, Andreasie, tak mi przykro. Czy Birgitte dobrze się czuje? Musi przeżywać katusze.
- Znosi to lepiej niż ja - odparł Andreas.
Nora usłyszała skrzypienie drzwi wahadłowych i skrzeczący w tle komunikat nadawany przez głośniki.
- Muszę lecieć. Dzięki, że mnie wysłuchałaś. Nie wiem, dlaczego, ale chciałem ci to powiedzieć.
- Andreasie, zawsze możesz do mnie zadzwonić.
- Dziękuję. Cześć.
Nora ledwie zarejestrowała, że podczas rozmowy usiadła na łóżku; teraz padła na materac, zamknęła oczy i poczuła, jak ogarnia ją sen, miękki jak koc, który można naciągnąć na głowę i z miejsca zapomnieć o policjantach z odrąbanymi głowami, bojownikach ISIS i o bliskim łez Andreasie, stojącym teraz gdzieś w Kopenhadze. Powieki same się zamknęły i Nora zdążyła pogrążyć się w ciemności, gdy telefon przywołał ją z powrotem do pokoju hotelowego. Dzwonił Tom. Nora nie odebrała i po trzydziestu sekundach dostała SMS z informacją o nowej wiadomości głosowej nagranej na jej poczcie. Nic z tym nie zrobiła, nie mając siły się zastanawiać, jakie miejsce w jej życiu zajmuje aktualnie ciemnowłosy wydawca z Soho. Dowie się tego po powrocie do Londynu. Na razie zmusiła się do wstania z łóżka i wzięła gorący prysznic.
***
Trzy kwadranse później znalazła się w barze The Maiden's Head, który bynajmniej nie wysyłał mylnych sygnałów co do swojej natury. Był to mianowicie lokal działający od dekad w mieście szczycącym się tradycjami w przemyśle stalowym. Teraz jednak ledwie wiązał koniec z końcem z uwagi na wysoki odsetek bezrobocia, który jakoś nie chciał się zmniejszyć. Jedynym elementem sygnalizującym, że rok 1975 już się skończył, był telewizor płaskoekranowy w kącie lokalu, nadający krykieta z miejsca, gdzie pogoda wyglądała na znacznie lepszą niż w Toppingham.
Nora rzuciła okiem na beczkę coli z dyskontu ustawioną za ladą i zamówiła pół litra piwa u uśmiechniętej barmanki o srebrnych cieniach na powiekach i sztucznych rzęsach. Gdy Sand szukała w torebce pięciofuntówki, od tyłu zaszedł ją Joe i postukał w ramię.
- Cześć, Noro, dobrze cię widzieć. Siedzimy tam - powiedział, wskazując na stolik w głębi lokalu, blisko migającego flippera. Siedziało przy nim trzech innych mężczyzn, których Joe pospiesznie przedstawił: - Matt, pracuje w redakcji sportowej, o ile w ogóle chce mu się ruszyć palcem. Greg, który ma pecha dzielić ze mną biurko. A ten potężny gość z wąsami to mój brat Chris. Nora jest kickboxerką z Danii. Poznałem ją w Tajlandii.
Sand skinęła głową do wszystkich po kolei i usiadła ze swoim piwem naprzeciwko Chrisa. Dwaj dziennikarze pogrążeni byli w sprzeczce, która - jeśli Nora dobrze rozumiała - dotyczyła tego, czy podboje seksualne jednego z graczy drużyny narodowej powinny skończyć się dyskwalifikacją, czy jego umiejętności na boisku przyćmiewają wszystko inne. Nie trzeba było długo czekać, by Joe do nich dołączył.
Chris pił piwo z kufla dużymi łykami, oglądając mecz krykieta i raz po raz zerkając na Norę. Najwyraźniej nie zamierzał zaczynać rozmowy, więc Sand postanowiła zrobić pierwszy krok.
- Joe mówi, że jesteś z policji?
Skinięcie.
- I bardzo dobrze znałeś Crowa?
Kolejne potaknięcie.
- Jak myślisz, co się z nim stało?
Chris odwrócił się do niej ze zmrużonymi oczami.
- Chyba oglądałaś wiadomości? Czy nie?
Nora się skuliła.
- Owszem, pytam tylko, czy...
- On był moim przyjacielem, większość dzisiejszego dnia przesiedziałem przy jego żonie... przy wdowie po nim, Mary. Mają czteroletniego syna, dla którego jestem ukochanym wujkiem Chrisem. Jak mam mu w ogóle wyjaśnić, co się stało z jego tatą? - powiedział ze wzrokiem utkwionym w ekran telewizora.
Nora ujęła go łagodnie za ramię i zmusiła, by się do niej odwrócił, po czym poczekała, aż spojrzy jej w oczy.
- Rozumiem doskonale, jakie to straszne. Chodzi mi tylko o to, czy jesteście na sto procent pewni, że wideo nie zostało wyreżyserowane? W końcu nikt nie znalazł jego ciała. Może po prostu został porwany, a to nagranie to ściema obliczona na maksymalne wystraszenie ludzi.
Chris pokręcił głową, przesuwając otwartą dłonią po ustach, jakby chciał zapobiec wydostaniu się z nich kolejnych słów.
- Widziałem całe nagranie. Nie ma cienia wątpliwości, że Ed nie żyje. Uwierz mi, cienia.
- Jak to możliwe, że je widziałeś?
- Akurat pełniłem dyżur, gdy przesłano je na komendę w Toppingham. Wysłano je zbiorczo do całego personelu z tytułem: "Dostał to, na co zasłużył". Szybko otrzymaliśmy komunikat, by skasować ten mejl, więc to zrobiłem, ale przedtem zdążyłem obejrzeć nagranie.
Chris opróżnił kufel jednym gorzkim haustem i spojrzał na Norę, jakby dopiero ją dostrzegł.
- Też jesteś dziennikarką, prawda?
Sand potwierdziła.
- Owszem. Przykro mi, jeśli Joe o tym nie wspomniał, ale tak, jestem.
- Te pytania są do artykułu?
- Tak. Ale jeszcze nie wiem, co napiszę.
Chris spojrzał na nią spode łba, więc Nora uniosła dopiero co opróżniony przez niego kufel.
- Jeszcze jedna kolejka?
Jej rozmówca skinął głową i znów odwrócił się do meczu krykieta. Na zewnątrz zapadła ciemność, a z pubu zaczęli powoli wychodzić ludzie, którzy wpadli tu na jedno piwo po pracy. Ich miejsce zajmowali ci, którzy zamierzali tu zostać przez resztę wieczoru.
Gdy Nora wróciła z tacą zastawioną pięcioma kuflami piwa Iron & Steel, napełnionych czułą ręką barmanki o srebrzystym spojrzeniu, Chris nieco złagodniał. Wziął kufel i wzniósł toast z wszystkimi zebranymi przy stole. Rozmowa Joego i jego kompanów zeszła już na wady i zalety nowego trenera kadry narodowej w stosunku do jego poprzednika, którego nieudolności nikt nie kwestionował. Nora wyłapała, że problematyczne będzie okiełznanie Rooneya, więc znów skierowała uwagę na Chrisa.
- Masz całkowitą pewność, że na nagraniu był Ed Crow?
- Tak. Byliśmy przyjaciółmi od czasu pierwszych przejażdżek na podrasowanych motorowerach i popijania po kryjomu piwa z puszki jego ojca. Głos Eda rozpoznałbym wszędzie.
- Czyli to był głos Eda?
Chris przełknął ślinę.
- Tak, błagał o litość. Mówił o synu i żonie, których bardzo kochał. Człowiek z tą szablą nie wyglądał jednak, jakby jego słowa go jakkolwiek ruszyły. To było takie zimne.
- Profesjonalne?
Chris wzruszył ramionami.
- Obejrzałem to nagranie jako jeden z pierwszych. Akurat sprawdzałem mejle w poniedziałek wieczorem. Potem już tylko siedziałem, patrząc przed siebie. Nie potrafiłem pojąć, co właśnie obejrzałem.
Jego głos znów się załamał. Policjant wziął łyk piwa.
- Pamiętasz jakieś szczegóły na temat tego człowieka?
Chris wzruszył ramionami.
- Miał na sobie coś w rodzaju munduru wojskowego. Kominiarkę. Jego oczu właściwie nie było widać. Pewnie to samo, co można obejrzeć na urywku nagrania w wiadomościach.
- Tło?
- Białe ściany, na suficie naga żarówka. Nic charakterystycznego. To mógł być jakiś magazyn czy garaż. Cokolwiek.
- Czy w tle widać było flagę ISIS czy coś w tym rodzaju?
- Z tego, co widziałem, nie. Tylko czarna płachta, białe ściany i mocne, rażące światło.
Nora czekała, pijąc piwo małymi łykami. Wiedziała, że nastąpi ciąg dalszy.
- Kiedy Ed skończył mówić, tamten poderżnął mu gardło bułatem. Jakby dokonywał rytualnego zarżnięcia kozy.
Chris nieświadomie wykonał na szyi gest ręką od lewej do prawej strony.
Nora poczuła, jak przewracają się jej wnętrzności. Powodem było nie tylko zmęczenie, ale też fakt, że piła właśnie drugie piwo na pusty żołądek. Ale Chris jeszcze nie skończył.
- Ed wrzasnął, a potem zamilkł. Na wszystkie strony tryskała krew wielkimi strumieniami, aż w końcu przestała płynąć. Wtedy tamten zabrał się za odpiłowywanie głowy. Zajęło to więcej czasu, niż można sobie wyobrazić. Przecięcie tchawicy, kości i tym podobnych za pomocą bułatu, nawet naostrzonego, to ciężka praca. Nie widziałem, co dokładnie robił, bo kamerę ustawiono na statywie, a on jej nie przestawił podczas pracy. Ale było słychać, że to trudne zadanie - powiedział bezbarwnym głosem.
Wziął płytki oddech i na nowo podjął opowieść, jakby w transie.
- Nie wiem, dlaczego wtedy nie wyłączyłem wideo. Dlaczego nie odwróciłem wzroku, nie wyłączyłem dźwięku lub po prostu nie odszedłem. Ale nie potrafiłem.
Nora miała ochotę poprosić go, by przestał mówić, ale etap rozmowy, w którym można było zwolnić i zaczerpnąć powietrza, Chris miał już za sobą. Zmierzał do gorzkiego finału, który czekał tuż za rogiem.
- Pod koniec trzymał w ręku głowę Eda. Podniósł ją do góry za włosy. Oczu Eda nie było widać, były zaciśnięte, ale usta miał jakby wykrzywione. Jakby nigdy nie miał umilknąć.
Chris zrobił krótką przerwę.
- Czy właśnie takie rzeczy chciałaś usłyszeć? Pasują do twojego artykułu? - spytał z goryczą.
Nora nie zdążyła odpowiedzieć, bo zadzwonił telefon Joego.
Sand dostrzegła, jak dziennikarz blednie i wstaje, by oddalić się od gwaru.
- Policja już tam jest? - spytał.
Krótko potem zakończył połączenie i nawiązał kontakt wzrokowy z Norą.
- Znaleźli go? - spytała.
- Wszystko na to wskazuje. Jadę tam.
- Jadę z tobą - poinformowała go Nora.
Włożyła sweter i wyszła na ulicę, by wezwać taksówkę, podczas gdy Joe żegnał się z bratem. Po chwili usiadł na przednim siedzeniu i podał kierowcy adres na Mulberry Road.
- Kto dzwonił? - spytała Sand.
- Tommy.
- Kim jest Tommy?
- Chodziliśmy razem na piłkę nożną. Parę razy uratowałem mu tyłek przed kilkoma starszymi chłopakami. Teraz mieszka w jednej z niezbyt eleganckich dzielnic miasta i często daje mi cynk na różne tematy. Mówi, że przy kompleksie garaży jest duże poruszenie. Plotka głosi, że znaleźli tam zwłoki, które mogą należeć do Eda.
***
Dziesięć minut później skręcili w Mulberry Road. Migające niebieskie światła zaparkowanego samochodu policyjnego już z daleka wysyłały sygnał do okolicznych bloków, że przy podupadającym kompleksie garaży wydarzyło się coś niezwykłego.
Nora kuliła się w deszczu, kłującym ją w policzki lodowatymi igłami, Joe tymczasem płacił za taksówkę.
Znajdujący się za metalowym ogrodzeniem kompleks składał się z czterech długich budynków z czerwonej cegły. Nora naliczyła po dwanaście garaży w każdym ciągu, wszystkie wyposażone w zardzewiałe, spuszczane drzwi. Cała okolica przypominała przedmieścia Czarnobyla - była opuszczona i źle utrzymana, podobnie jak tabliczka informująca o tym, że mieści się tu Wynajem Garaży Osborne'a.
Umundurowany policjant siedział w aucie i w skupieniu mówił coś do krótkofalówki, a jego kolega walczył z wiatrem, mocując niebiesko-białą plastikową taśmę przestrzegającą otoczenie, że zabrania się wstępu na teren kompleksu garaży. Nora zobaczyła za nim na wpół otwarte drzwi do jednego z nich.
- Dlaczego nie ma tu żadnych techników ani śledczych? - spytała Nora.
Joe wzruszył ramionami.
- Pewnie dopiero jadą. W piątek wieczorem skrzyknięcie ludzi zajmuje trochę czasu, bo wszyscy zdążyli już wyjść na piwo. Niektórzy muszą dojechać z Sheffield, o ile w ogóle będą mogli sami prowadzić - wyjaśnił.
Nora podeszła do garażu, oglądając się na Joego.
- Wchodzisz?
Zawahał się, po czym ruszył za nią.
Gdy się zbliżyli, policjant w mundurze szybko uniósł wzrok, ale nic nie powiedział.
Joe skinął do niego.
- Czy to Crow? - spytał.
Nieznaczne kiwnięcie głową.
- Możemy się szybko rozejrzeć, Collins? - spytał.
Collins namyślał się kilka sekund.
- Macie dwie minuty, potem znikacie. I nie wchodźcie do środka ani niczego nie dotykajcie. Będziesz mi winien przysługę - odparł kwaśno.
Nora już zdążyła dostrzec czerwonobrązową plamę rozmywaną przez deszcz i rozlewającą się rdzawą kałużą w szparze w asfalcie.
Deszcz łagodził odór śmierci, ale i tak nie dało się go z niczym pomylić. Słodkawy i przyprawiający o mdłości. Dokładnie taki, jak ostatnio, gdy Norę wysłano, by relacjonowała skutki trzęsienia ziemi. Wtedy całymi tygodniami spod ruin zawalonych domów wyciągano ciała ofiar.
Ukucnęła, by zajrzeć do garażu, ale ciemność uniemożliwiała jakikolwiek podgląd.
Na drzwiach widniały resztki zupełnie nieprzystającej do sytuacji naklejki w radosnym, żółtym kolorze z pochyloną palmą i literami SUNSH.
- Kto go znalazł? - spytała Collinsa, mocując się z latarką w komórce.
- Nie wiem, myślę, że jeden z wynajmujących. Zgłoszenie było anonimowe, ale mówił o dziwnym zapachu i nalegał, byśmy się tym zajęli. Gdy zadzwonili z centrali, nasz patrol po prostu znajdował się najbliżej.
Tymczasem Joe znalazł w kieszeni kurtki małą latarkę i na próbę skierował cienką strużkę żółtego światła w głąb garażu. Snop światła przesunął się po stole, krześle i czarnych, cienkich metalowych nóżkach statywu, na którym nie było kamery. Na podłodze leżał tobołek wielkości ciała dorosłego mężczyzny, wokół którego widniał zakrwawiony trencz. Wtedy snop światła dotarł do stołu ustawionego, jak się wydawało, pośrodku pomieszczenia. Na jego blacie leżała głowa Eda Crowa. Oczy miał zaciśnięte, skóra nabrała biało-żółtej barwy.
- Jak on... - zdążyła powiedzieć Nora, nim poczuła na ramieniu żelazny uścisk.