Rozdział 2
Przewodnik ruszył z powrotem krokami wielkimi jak u bociana, a Nora szła za nim.
- Wiedziałem, że ten typ nie będzie trzymać się grupy. Widać to było na pierwszy rzut oka - prychnął.
Weszli do pogrążonych w ciemności katakumb i znaleźli Abioniego tuż przy wyjściu, opierającego się ciężko o mur.
- Przepraszam. Gorzej się poczułem - wyjaśnił przewodnikowi, któremu natychmiast włączył się tryb samarytanina i zaproponował turyście wodę oraz własny szalik.
Afrykański profesor wyglądał zdecydowanie kiepsko. Ciemna skóra przybrała zielonkawy odcień, przy linii włosów perliły się kropelki potu.
- Dobrze się pan czuje? - spytała Nora.
- Niezbyt. Kiepsko znoszę małe, zamknięte pomieszczenia - powiedział ze zbolałym uśmiechem.
Wrócili razem do reszty zwiedzających po biegnącej na ukos ścieżce, po obu stronach której ciągnęły się stojące obok siebie mauzolea, przypominając domy w zabudowie szeregowej.
Wycieczka dobiegała końca, więc Nora i Abioni znów zostali w tyle, by móc porozmawiać bez przeszkód.
- Zacznijmy od początku. W jaki sposób dowiedział się pan o tych porwaniach?
- To Maria z tym do mnie przyszła. Zabrali jej siostrzeńca i poprosiła mnie, bym zainterweniował.
- Czyli wiedziała, kto go porwał?
- To nie takie proste. Rodzice sami go tam wysłali.
- Ale powiedział pan, że został zabrany?
- Tak, przez Dzieci Boga.
- Ale skoro rodzice sami go wysłali...?
- Maria powiedziała, że ich oszukano i zmanipulowano.
- Czyli wmieszał się pan w tę sprawę, by jej pomóc?
Abioni potwierdził z goryczą.
- Tak, to był mój błąd. Nie wiedziałem, z kim mam do czynienia.
- Co ma pan na myśli?
- Dzień po tym, jak zwróciłem się do Dzieci Boga, przyszedłem jak zawsze na uniwersytet. Mój gabinet pogrążony był w chaosie. Biurko porąbano na kawałki, a komputer zniknął.
- To brzmi dramatycznie, ale może to było zwykłe włamanie?
Abioni pokręcił głową.
- Zamknąłem za sobą drzwi, próbując nie wpaść w panikę. Pomyślałem, że muszę sprawdzić, co zginęło, nim zadzwonię na policję. Ale prawie wszystko zostało zniszczone lub zabrane. Wszystkie prywatne notatki i papiery o Boko Haram. Zapiski będące owocem wieloletniej pracy. Dokumenty, których nie zabrano, podarto jak konfetti lub rzucono na ziemię i zdeptano. Na regale nie ostała się ani jedna książka. Szukali czegoś i najwyraźniej tego nie znaleźli.
- Czego mogli szukać?
- Mojego notesu.
- Dlaczego go nie znaleźli?
- Bo zabrałem go ze sobą do domu, by pracować nad nowym tropem. Dlatego nie było go w gabinecie, jak zazwyczaj. Nim zadzwoniłem na policję, ukryłem notatnik w gabinecie kolegi i okazało się, że to było mądre posunięcie.
- Co jest w tym notesie?
- Wiedza, która może kosztować życie.
Nora zerknęła na Abioniego.
- Proszę o więcej konkretów.
Skinął głową i spojrzał na przyprószone śniegiem korony drzew.
- Dam go pani do przejrzenia.
Poszli dalej. Na szerokich ścieżkach śnieg zaczął topnieć i Norze marzły nogi.
- Czyli skontaktował się pan z policją i zgłosił włamanie?
Abioni potwierdził.
- Początkowo sądziłem, że policja może pomóc, ale to był błąd.
- Co sprawiło, że zmienił pan zdanie?
- Przybyli szybciej, niż można się było spodziewać. Właściwie to zjawili się w ciągu dwóch minut, tak jakby na mnie czekali. Wyjaśnili, że dostali anonimowe zgłoszenie i dlatego przeszukali mój gabinet. Dawali mi do zrozumienia, że znaleźli w nim kompromitujące materiały, papiery świadczące o mojej współpracy z Boko Haram.
Nora spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Co takiego? Oczywiście, że ma pan w gabinecie papiery o Boko Haram. Prowadzi pan przecież badania na ich temat!
- To właśnie próbowałem im wyjaśnić, ale nie słuchali. Było ich trzech - przełożony i dwóch funkcjonariuszy, którzy wyprowadzili mnie z uniwersytetu, ostrzegając, że następnym razem zostanę zaaresztowany.
- Za co?
Abioni spojrzał w ziemię.
- Rzekomo za terroryzm. Powiedzieli, że skonfiskowali mój komputer, i zagrozili, że przez to wszystko, co się na nim znajduje, grozi mi kara śmierci.
- I tak znalazł się pan w Londynie?
Abioni kiwnął głową.
- Nie miałem odwagi zostać dłużej w kraju.
Po niecałych trzech kwadransach znaleźli się ponownie na placu, z którego rozpoczęli zwiedzanie. Przewodnik podsumował wycieczkę, podkreślił, że pracuje gratis, i zachęcił uczestników do dawania datków na utrzymanie cmentarza.
- Może pójdziemy na kawę? Muszę dowiedzieć się czegoś więcej o tej sprawie, jeśli mam o niej pisać.
Abioni się zawahał.
- Sam nie wiem, muszę zachować ostrożność...
- Bardzo pana proszę. Potrzebuję więcej informacji. Ma pan jakąś dokumentację?
- Zostały mi tylko odręczne notatki - daty, nazwiska i tym podobne. Z tym że notes ukryłem w bezpiecznym miejscu, dopóki sytuacja się nie uspokoi.
- Ale chyba może pan nakreślić mi najważniejsze daty i podać kilka nazwisk, żebym mogła już teraz ruszyć z tematem?
- Dobrze, jeśli znajdzie pani miejsce, gdzie nie będziemy zwracać na siebie uwagi i gdzie nikt nie będzie nas widzieć z ulicy ani słyszeć, o czym rozmawiamy - odparł w końcu.
- Znam kafejkę nieco dalej, na wzgórzu. Jeśli usiądzie się z tyłu, na samym końcu, to nic nie widać z zewnątrz, za to samemu można sprawdzać, kto wchodzi i wychodzi - zaręczyła Nora.
Abioni skinął głową.
- W porządku.
Grupka turystów zaczęła się rozpierzchać. Ludzie wchodzili do sklepu, by kupić pocztówki i książki. Inni przechodzili na drugą stronę ulicy, chcąc zrobić sobie selfie przed popiersiem Karola Marksa.
- Proszę tu chwilę poczekać - poprosiła Nora i skręciła za róg, gdzie, jak wiedziała od czasu poprzedniej wizyty, znajdowała się toaleta.
Ubikacja była zajęta i dziennikarka czekała całą wieczność, kuląc się z zimna i krzyżując nogi. Wreszcie straciła cierpliwość i zapukała. Za drzwiami rozległo się szuranie i ze środka wygramoliła się para Brazylijczyków, potarganych i z zaróżowionymi policzkami.
Kiedy Nora znalazła się już w toalecie, w jej torebce rozległ się charakterystyczny dźwięk Big Bena; to dzwonił Krab z właściwym dla siebie wyczuciem chwili.
- Mówi Sand - odebrała, mając nadzieję, że pogłos nie zdradzi miejsca, w którym się właśnie znajduje. Ale Krab był jak zwykle mniej zainteresowany tym, co Nora robi, a bardziej tym, co zamierzał jej zlecić w najbliższej przyszłości.
- Posłuchaj, jak w ogóle mogłaś przegapić sprawę Ninette? Inne gazety wałkują ją już w internecie, a my z Londynu nie mamy nic - powiedział oskarżycielskim tonem.
- Ninette? Chodzi o tę gwiazdę reality show? - spytała Nora z niedowierzaniem.
- Tak. O rozwód!
Nora czytała wprawdzie o paskudnym rozwodzie duńskiej gwiazdy reality show z bogatym rosyjskim oligarchą, z którym mieszkała w Londynie, ale zainteresowało ją to na równi z prognozą pogody i wynikami sportowymi. Odnotowywała, że pojawiają się w gazecie, ale z gruntu uważała te informacje za nieciekawe.
- Przecież to nie jest materiał do "Globalt". Same plotki i zdjęcia paparazzi, to nie dla nas.
Krab westchnął ostentacyjnie.
- Właśnie, że dla nas, Sand. W tym momencie konkurencja bije nas na głowę, a ty jesteś w Londynie i możesz o tym napisać znacznie lepiej niż inni.
Nora wzięła głęboki wdech.
Wkrótce trudno się będzie połapać w tym, na jakie doniesienia z Londynu ma stawiać. "Globalt" zatrudniło bowiem nowego szefa, który miał podkreślić profil czasopisma i wzmocnić jego obecność online. Gdy Steffen Halskov przystąpił do pracy, obiecał ni mniej, ni więcej, tylko rewolucję. W niecały rok za minimalną kwotę zamierzał przyciągnąć na stronę "Globalt" cztery razy więcej odwiedzających. Zarząd to łyknął niczym darmową sherry na partyjce brydża i zatrudnił Halskova szybciej niż trwa wypowiedzenie słowa clickbait.
Szkopuł w tym, że model Halskova opierał się na tym, iż dziennikarze mieli pracować dwa razy więcej za tę samą pensję.
Krab zapewnił pracowników, że wszystko pójdzie jak z płatka, o ile korespondenci wezmą się w garść i będą gotowi się dostosować. W przeciwnym razie nastąpi "racjonalizacja". Tyle że Nora nie potrafiła uzyskać jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o to, na jakie tematy ma pisać i w jakim tempie.
Krab wyrwał ją z zamyślenia.
- Na kiedy będziesz gotowa?
Dziennikarka przytrzymała telefon między brodą a ramieniem, dyskretnie myjąc ręce i wycierając je papierową serwetką.
- Może na dziś wieczorem. Mam teraz spotkanie z informatorem, tym, który zgłębia sprawę Boko Haram, pamiętasz, rozmawialiśmy o tym, że...
- To za późno - przerwał jej Krab. - Potrzebujemy tego materiału na teraz. Najpóźniej za półtorej godziny, żebyśmy zdążyli na wzmożoną popołudniową aktywność na portalu. Odwołaj tego informatora. To fajnie, że zgłębiasz takie sprawy, ale musimy myśleć o wynikach.
- Ale...
- Sand, to nie jest skomplikowany materiał. Możesz się spotkać z tym człowiekiem jutro, a tymczasem czekam na twój artykuł - powiedział Krab i się rozłączył.
Nora z wściekłością trzasnęła za sobą drzwiami do toalety, przygotowując się na powiedzenie Abioniemu, że została oddelegowana do innej pracy. Profesor na pewno jeszcze bardziej się zdenerwuje, może nawet wycofa.
Zastanawiała się, czy po prostu nie zwabić go do domu, żeby nigdzie nie uciekł. Posiedzi sobie u niej i poogląda wiadomości, podczas gdy ona będzie pisać, a potem mogą zjeść wspólnie kolację, a on jej opowie o zaginionych dzieciach.
Ale gdy skręciła za róg, plac przed żelazną bramą cmentarza świecił pustkami. Zastała tam tylko starszego pana, który właśnie zamykał wrota na klucz.
- O, dobrze, że pani przyszła, bo zamknąłbym panią na noc z tymi grobami. Zresztą nie panią pierwszą - zarechotał.
Nora rozejrzała się wokół.
- Stał tu pewien pan i na mnie czekał. Postawny, czarny mężczyzna w ciemnozielonym płaszczu. Widział go pan?
Starszy człowiek pokręcił głową.
- Nie, gdy wyszedłem, nikogo tu nie było. Ostatnie oprowadzanie dobiegło końca.
Nora przeszła pod wschodnie skrzydło cmentarza po drugiej stronie ulicy, ale zatrzymała ją kobieta z budki przy wejściu.
- Dziś już nie ma wstępu, zamykamy.
Nora opisała jej Abioniego, ale jej rozmówczyni pokręciła głową.
- Nie widziałam go, a już na pewno go nie wpuszczałam - odparła, wypraszając Norę.
Na ulicy stały dwie młode Holenderki, przeglądając telefony z aplikacją z mapą londyńskiego metra.
- Widziałyście tego pana, z którym tu byłam? - spytała Nora.
Dziewczyny synchronicznie pokręciły głowami, jakby były bliźniaczkami.
Dziennikarkę ogarnął niepokój. Zaczęła przeczesywać wzrokiem Swain's Lane, próbując się domyślić, w którą stronę poszedł Abioni. W górę czy w dół ulicy?
Wróciła na plac i do autobusów, starając się dodzwonić pod numer, z którego profesor wysłał jej SMS.
Gdy tylko usłyszała dźwięk połączenia, wydało jej się, że z odległości kilku metrów doszedł do niej terkot dzwonka. Czyżby dochodził z cmentarza?
Spojrzała na nagie drzewa w gęstniejącym zmierzchu. Minęła ją kobieta ze spacerówką, trzymająca komórkę przy uchu. Czyli to jej telefon musiała usłyszeć.
Gdy Nora zadzwoniła jeszcze raz, połączenie przerwano. Tym razem włączyła się od razu poczta głosowa.
- Mówi Nora. Gdzie pan jest? Bardzo proszę oddzwonić, nie mogę pana znaleźć.
Może znów się źle poczuł? Co się mogło stać, gdy Nora czekała na brazylijskie gołąbki? Czy Abioni by ją powiadomił, gdyby stchórzył w sprawie ich umowy? Dziennikarka zawróciła i poszła z powrotem na cmentarz, brama była już jednak zamknięta i wszyscy zdążyli pójść do domu. Szarpnęła za kraty, ale w środku panowała cisza. Rozmyślania przerwał jej telefon dyżurnego z redakcji.
- Kiedy przyślesz materiał? Zaplanowaliśmy artykuł o Ninette na wieczorny peak - powiedział.
- Wyluzuj! Dostałam to zlecenie dziesięć minut temu - syknęła.
- Dobrze już, dobrze. Chcę go dostać w ciągu godziny - odparł, nie podnosząc głosu.
Nora jeszcze raz zadzwoniła do Abioniego. Wciąż nie było odpowiedzi.
Na wszelki wypadek zostawiła na poczcie głosowej swój numer wraz z adresem i poprosiła profesora ponownie, by jak najszybciej wrócił lub do niej zajrzał. Potem potruchtała przez topniejący śnieg na przystanek i zdążyła wskoczyć do autobusu, nim ten obrał kurs na Belsize Park.