ROZDZIAŁ 3
W poniedziałkowe przedpołudnie ruch był niewielki, więc po półtoragodzinnej jeździe dotarła do Humleg?rden, nieco za Slagelse. Kiedyś była to zapewne elegancka posiadłość rodzinna; obecnie w tym miejscu można było ukryć grupę ludzi tak, by nie przeszkadzali zwykłym mieszkańcom swoją obecnością na ulicach i nie prowokowali wyborców do głosowania na skrajną prawicę.
Od czasu gdy Nora relacjonowała wojny i konflikty na Bałkanach, jeżyła się za każdym razem, gdy ktoś używał sformułowania "uchodźcy z wygodnictwa". Widziała ludzi uciekających przed wojną w dramatycznych okolicznościach. Wyrywali całe swoje życie z korzeniami i zostawiali domy, zamieszkane przez ich rodziny od dziesiątek lat, żołnierzom z płonącymi pochodniami. Biegli przez góry w samych skarpetkach, by uratować życie swoje, swoich dzieci i starzejących się rodziców, a potem stali na granicy przed funkcjonariuszem, unikającym ich spojrzenia. Jeśli bycie uchodźcą miało coś wspólnego z wygodnictwem, Nora nigdy się tego nie dopatrzyła.
Zaparkowała samochód na żwirowanym spłachetku ziemi przed tablicą informującą, że znajduje się tu ośrodek dla uchodźców Czerwonego Krzyża. Następnie odszukała komórkę i karteczkę z numerem telefonu, który dostała od Kraba. Odebrano po dwóch sygnałach.
- Mówi Kirsten - odezwał się po drugiej stronie spokojny głos.
- Tu Nora Sand. Przyjechałam odwiedzić Manasha...
- Tak, oczekiwaliśmy pani. On też na panią czeka. Proszę dać mi sekundkę, już idę - obiecał głos.
Nora wysiadła z samochodu i przeciągnęła się. Przeklęta noc. Wzięła torebkę i zamknęła samochód. Nadal nie rozumiała, dlaczego znany poeta poprosił o rozmowę właśnie ją. Nim zdążyła się w to zagłębić, stała przed nią jasnowłosa kobieta, wyciągając rękę.
- Kirsten Isager - powiedziała.
Nora przedstawiła się.
Kobieta się uśmiechnęła.
- Jesteśmy bardzo dumni, mogąc gościć w ośrodku tak wybitnego poetę - rzekła.
Poszły wąską, wyłożoną płytkami ścieżką, prowadzącą do bramy osadzonej w wysokim metalowym płocie. Kirsten odszukała klucz i otworzyła.
- Wysoki poziom zabezpieczeń - zauważyła Nora.
- Owszem - odparła Kirsten. - Czasami nie wiem, czy ze względu na tych, co znajdują się w środku, czy tych, co są na zewnątrz - powiedziała, wskazując kciukiem za siebie.
Przecięły dziedziniec. Kirsten wskazała na budynek główny, walący się biały dom, którego na oko Nory pędzel malarski nie tknął od początku wieku.
- Tu odbywa się większość czynności administracyjnych. Mamy też pokoje dla kobiet z małymi dziećmi, które potrzebują szczególnej opieki.
- Ile właściwie jest tu ludzi?
- Pierwotnie przewidywano tu miejsce dla 85 dorosłych i 20 dzieci. W praktyce mamy 92 dorosłych i 25 dzieci. Mieszkańcy pochodzą głównie z regionów objętych wojną i gdy tu przybywają, często są głęboko straumatyzowani. Ale hola, przecież musimy pilnować, żeby nie było im tu za dobrze; tak najwyraźniej myślą rządzący. Jeszcze nabraliby chęci, by tu zostać, w poczuciu bezpieczeństwa - powiedziała Kirsten, nie kryjąc goryczy.
Po krótkiej pauzie nastąpiło nieuniknione uzupełnienie:
- Dla porządku powiem, że to nie jest wypowiedź do zacytowania.
Nora grzecznie skinęła głową, a Kirsten poprowadziła ją wzdłuż głównego budynku do czegoś, co kiedyś musiało być ogrodem. Stało tam osiem brzydkich, białych baraków, przypominających przyczepy na budowach. Nacisk położono tu na funkcjonalność i tymczasowość, i to do tego stopnia, że Nora nie zetknęła się z podobnym brakiem estetyki od czasu swojej wizyty na platformie wiertniczej na wschód od Aberdeen.
- Od jak dawna właściwie Ishmail tu jest? - spytała Nora.
- Od dwóch tygodni. Ale był w głębokiej depresji; dopiero teraz czujemy, że jest w stanie z kimś porozmawiać. Pytał o panią. Wie pani właściwie dlaczego? - spytała Kirsten z ciekawością, nim powróciła do roli przewodniczki.
Nora pokręciła głową, a Kirsten kontynuowała, niezrażona:
- Kobiety śpią po tej stronie, mężczyźni po drugiej. Mamy za mało segmentów rodzinnych i zawsze są pozajmowane.
W miarę jak zbliżały się do celu, Nora dostrzegła grupkę mężczyzn, siedzących przed jednym z białych baraków i rozmawiających półgłosem. Zdecydowana większość miała na sobie dresy. Nie było wśród nich Manasha Ishmaila.
Przez okno dochodził zapach cebuli skwierczącej na patelni i Nora poczuła, jak burczy jej w brzuchu. W przejściu między barakami dostrzegła grupę pielących kobiet. Były wśród nich i młode, i stare, a Norze przypomniał się letni dzień na Bałkanach, kiedy została obdarzona uśmiechem przez prawie bezzębną babcię w ciemnogranatowej spódnicy i z chustką na głowie.
- Przydzielamy im zadania związane z uprawą ziemi. Stanowi to dla nich dodatek do wyżywienia i pozwala zająć się czymś sensownym podczas oczekiwania na decyzję. I co najważniejsze, praca z ziemią i widok kiełkujących roślin uzdrawia ich dusze - wyjaśniła Kirsten, zanim przystanęła przed przedostatnim barakiem i zapukała do drzwi.
Otworzył je około sześćdziesięcioletni mężczyzna z okazałym wąsem i spojrzał na nich brązowymi oczami, które wyglądały, jakby przed chwilą lały łzy.
- Cześć, Sanjit. Przyszłyśmy odwiedzić Manasha - powiedziała Kirsten.
Mężczyzna cofnął się bez słowa, wpuszczając je do kuchenki, w której smażył cebulę. Na blacie kuchennym leżała zielona papryka pokrojona w kostkę, a przy rozklekotanym stoliku turystycznym siedział drugi mężczyzna, krojąc pomidory. Gdy uniósł wzrok, Nora natychmiast rozpoznała go ze zdjęć. Atramentowoczarne oczy pod niesforną grzywką, wygięte usta, próbujące ułożyć się w coś na kształt uśmiechu, który jednak nie pojawił się w oczach. Jego smutek przypominał wielką, dławiącą płachtę, nieprzepuszczającą żadnego światła.
Wyciągnął chusteczkę z kieszeni znoszonych, ciemnych spodni, które wyglądały na świeżo wyprasowane, wytarł dłonie i podał Norze rękę.
- Nora Sand?
- Tak - odarła Nora, ściskając jego dłoń.
- Czekałem na panią - powiedział krótko, ale przyjaźnie angielszczyzną żywcem wziętą ze starych, zakurzonych książek. - Mamy do omówienia dwie ważne sprawy, ale najpierw zjemy. Akurat zdążyła pani na lunch - rzekł Manash Ishmail głosem nieznoszącym sprzeciwu. Machnął ręką w stronę składanego krzesła po przeciwnej stronie stołu.
- Sanjit jest wegetarianinem, więc będzie omlet. Czy to jakiś problem?
- Absolutnie żaden - odparła Nora z uśmiechem. Wydawało jej się, że słyszy, jak jej skurczony żołądek odśpiewuje "alleluja" w oczekiwaniu na zbliżającą się pożywną strawę.
Milczący Sanjit wrzucił paprykę na patelnię i poczekał, aż zrobi się miękka i słodka pod wpływem oleju. Dodał pomidory, duszone na małym ogniu, po czym ubił w misce całe opakowanie jajek i rozmieszał je z garścią siekanych listków mięty i pokruszoną fetą. Pachniało niebiańsko.
Wynieśli talerze na metalowe schodki przed domem, usiedli i jedli w słońcu.
Przyszedł do nich ciemnoszary kot i zaczął ocierać się bezwstydnie o nogi Nory. Nigdy nie rozumiała, o co chodzi z tymi kotami. I może właśnie dlatego, że była wobec nich obojętna, wyglądało na to, że tym bardziej ją wielbią. Ile to już razy jako dziecko stała z Davidem, słysząc, jak nawołuje "kici-kici-kici", by zwierzę przyszło i dało się pogłaskać, po czym aroganckie kocisko zaczynało łasić się do Nory, rozwlekając sierść po jej całym ubraniu.
W roztargnieniu podrapała burasa między uszami, obserwując Manasha. Schudł, odkąd zrobiono mu zdjęcie do "Daily Telegraph". Biała koszula na nim wisiała. Więzienie i tortury wpływa tak na większość ludzi, pomyślała Nora.
Ale było coś jeszcze. Ramiona miał napięte, jakby znajdował się w ciągłej gotowości, i wyglądał na kogoś, kogo trapi wielki smutek. Kogoś udręczonego. Gdyby Nora miała opisać go jednym słowem, wybrałaby właśnie to.
Instynktownie wyczuła, że nie powinni jeszcze rozmawiać o artykule. Gawędzili więc o ogrodzie, o zbiorach i klimacie. Sanjit nadal milczał. Gdy talerze były już puste, wszedł do środka i wrócił z wytłaczanymi szklaneczkami wypełnionymi słodką kawą z kardamonem. Nora poczuła, jak cukier i kofeina rozchodzą się po komórkach jej ciała, i zaczęła powątpiewać, czy kiedykolwiek uda jej się jeszcze zasnąć.
Manash opróżnił swoją szklaneczkę i zwrócił się do Nory:
- Proszę, chodźmy do ogrodu - powiedział.
Poprowadził ją obok pracujących kobiet i gąszczu ostów aż do starego, powalonego dębu. Swobodnie wdrapał się po gałęziach i usadowił na pniu, po czym podał Norze rękę i podciągnął tak, by usiadła naprzeciwko.
- Przychodzę tu co wieczór - wyjaśnił. - Siedzę tu sam, patrzę na zachodzące słońce i rozmyślam o Aminie.
Dostrzegła drgnienie przy jego dolnej wardze, gdy wypowiadał imię kobiety, której mężem był przez większą część swego dorosłego życia.
- Nie ma jej tu z panem? - spytała Nora ze zdziwieniem. Z góry przyjęła, że ta dwójka wszystko ze sobą dzieli. Jeśli czytało się choćby kilka wierszy miłosnych Manasha, dedykowanych kobiecie jego życia, nietrudno było sobie wyobrazić, jak wielką tęsknotę musi odczuwać.
Pokręcił głową; Nora widziała, ile wysiłku wymaga od niego zapanowanie nad sobą i swoim głosem. Zaczęła szperać w torebce w poszukiwaniu swego iPhone'a, gotowa, by zacząć wywiad. W tym momencie Manash pochylił się i chwycił jej ręce z gwałtownością, która wydaje się zupełnie naturalna na Bliskim Wschodzie, gdzie wszystko, od gorąca po suszę oraz pragnienie, jest intensywne. Spojrzał jej prosto w oczy.
- Noro Sand. Wezwałem panią, bo musi mi pani pomóc.
- Tak, tak, bardzo chętnie pomogę opowiedzieć pana historię. Muszę tylko...
- Proszę zapomnieć o mojej historii, ona jest nieważna. Ale jeśli to ma pomóc, to ją pani usłyszy. Poprosiłem tu panią, bo musi mi pani pomóc znaleźć moją żonę. Moją ukochaną Aminę.
Nora przełknęła ślinę i spojrzała na niego. Był śmiertelnie poważny.
- Dlaczego akurat ja? W czym według pana mogę pomóc? - spytała z wahaniem.
Wtedy nadszedł czas na opowieść. O tym, jak uciekli z Iranu. Jak przemytnicy ze Stambułu, wbrew jego gwałtownym protestom, uparli się przy przewożeniu ich osobno w różnych ciężarówkach, by zminimalizować ryzyko schwytania. Według planu mieli trafić razem do Londynu, gdzie jego brytyjski wydawca obiecał im pomoc w znalezieniu jakiegoś lokum.
Ciężarówka, w której ukrywał się Manash, została zatrzymana podczas akcji przeszukiwania w Holandii. Udało mu się umknąć, wybiegając na zewnątrz i chowając się w lesie wraz z trzema innymi mężczyznami z tego samego transportu. Rozdzielili się, a policja dysponowała tylko jednym psem. Manash zakradł się do przypadkowej ciężarówki na parkingu, gdzie przez dwa dni żywił się chłodzonymi jabłkami, aż w końcu wycieńczony i oszołomiony dotarł na parking przy Netto w duńskim Padborgu. Tu ujęła go straż graniczna i odesłała do ośrodka dla uchodźców nieopodal Slagelse.
- Zaraz po podłączeniu komórki odsłuchałem na poczcie głosowej wiadomość od niej, że dotarła w dobrej kondycji. Że jest w Leicester i wybiera się do Londynu. Wiadomość była sprzed trzech dni. Od tej pory zupełnie jakby zapadła się pod ziemię. Setki razy do niej dzwoniłem. Telefon jest wyłączony.
Nora zmarszczyła brwi.
- Z kim się pan kontaktował?
- Próbowałem dodzwonić się do mojego wydawcy w Londynie, bo umawialiśmy się, że Amina ma go o wszystkim informować, ale on nie oddzwania. Kirsten kontaktowała się przez Czerwony Krzyż z brytyjskimi służbami imigracyjnymi. W żadnym ośrodku dla uchodźców nie widziano Aminy. Mówią, że ona nie istnieje - powiedział łamiącym się głosem.
- Kto jest pana wydawcą? Mogę z nim porozmawiać? - rzuciła Nora.
- Tom Craven z Brown & Barley.
- Jest pan pewien, że w ogóle dojechała?
- Tak. Nie okłamałaby mnie. Nigdy - powiedział Manash z naciskiem.
- Ale może ją zmuszono?
- Tylko dlaczego?
Nora wzruszyła ramionami.
- To jedna z opcji, tylko tyle.
Manash Ishmail zniżył nieco głos, tak jakby samo mówienie o władzach było na tyle niebezpieczne, że trzeba było mówić ciszej.
- Próbowałem skontaktować się z jej bratem, który jest jedynym żyjącym członkiem jej rodziny. Użyłem wszystkich kontaktów, jakie miałem w kraju. Nikt nie widział jej w Teheranie. Jeśli władze ją mają, będą chcieli się nią posłużyć, by wywrzeć na mnie presję. Zmusić mnie do powrotu do kraju i zabrania jej stamtąd. W przeciwnym wypadku to nie ma żadnego sensu. Ale nie dotarły do mnie żadne sygnały - powiedział ze smutkiem.
- Ale co ja mam zrobić?
- Trafiłem na panią, gdy wasza redaktorka z działu kultury, Viola, skontaktowała się ze mną w sprawie wywiadu. Sprawdziłem "Globalt" i dowiedziałem się, że macie w Londynie korespondentkę. Panią.
Westchnął głęboko.
- Proszę mi wierzyć, niczego nie pragnę bardziej niż pojechać z panią do Londynu i ją odszukać. Przecież musi gdzieś być. Ale zabrali mi paszport. Nie wolno mi pojechać do Londynu, by szukać żony. Nazywają to "zabezpieczeniami motywującymi" - rzekł zasmucony.
Spojrzał na pola, po czym znów utkwił wzrok w Norze.
- Dostanie pani ode mnie, czego chce. Udzielę pani wielogodzinnego wywiadu, opowiem wszystko, co wiem. To będzie jedyny wywiad, jakiego kiedykolwiek udzielę. Może pani przysłać fotografa i porobić zdjęcia, jakie pani zechce. Tylko proszę znaleźć dla mnie Aminę - poprosił żarliwie.
Wyciągnął z kieszeni portfel i podał jej wyblakłe zdjęcie w przejaskrawionym, pomarańczowym odcieniu.
- Nasze zdjęcie ślubne. Jedna z niewielu rzeczy, jakie ze sobą zabrałem. - Wskazał na twarz Aminy. - Widzi pani jej kolczyki?
Nora zmrużyła oczy. Miały piękne, niebieskie kamienie i wyglądały na drogie.
- Dostała je ode mnie w prezencie ślubnym. Kosztowały mnie dwie tygodniówki, ale zasłużyła na to. Nie zdejmuje ich od dnia ślubu.
W kąciku jego oka pojawiła się łza, która lada chwila musiała spłynąć.
- Noro Sand. Musi ją pani znaleźć. Nie potrafię bez niej żyć. Tak po prostu.