ROZDZIAŁ 2
W mieszkaniu rozdzwonił się Big Ben. Był to dźwięk, który przydzieliła w komórce swemu szefowi, Oscarowi Krebsowi. Na co dzień zwany był Krabem, bo potrafił znaleźć słaby punkt w każdej historii, ścisnąć go jak kleszczami i sprawić, że materiał się posypie lub dziennikarz pojawi się z lepszym tekstem. W każdym razie taka była jego własna interpretacja. Inni w redakcji twierdzili, że przezwisko wyjątkowo pasuje do barwy, jakiej w stresie nabierała jego twarz.
Nora szanowała jego obsesję podwójnego lub nawet potrójnego sprawdzania wszystkiego przed publikacją na łamach "Globalt". Natomiast okropnie irytowało ją, z jakim uporem Krab nie rozumie pojęcia Greenwich Mean Time. Czym innym jest bowiem zapomnieć, że u Nory zegar wskazuje godzinę wcześniej; czym innym zaś upierać się, że godzinę później. Po niezliczonych próbach wyjaśnienia, jak jest faktycznie, Nora pojęła, że istnieją na świecie rzeczy, których nie da się nauczyć żadnego szefa.
- Co tam, pewnie już od paru godzin na nogach? - zagaił rześko Krab.
Nora łypnęła na budzik, stojący na szafce nocnej. Wskazywał szóstą trzydzieści czasu brytyjskiego. Spuściła nogi z łóżka.
- Tia.
- To dobrze. Kiedy będziesz gotowa z Rwandą? Planujemy cię na siódmą stronę, dziś wczesnym popołudniem.
Wymamrotała coś na temat godziny drugiej "czasu duńskiego", odłożyła słuchawkę i chwiejnym krokiem poszła do drugiego pokoju, w którym udało jej się połączyć salon z gabinetem, biblioteką i kącikiem kuchennym. W półśnie wykonała swój codzienny poranny rytuał: włączyła komputer, włączyła bbc
News 24, nastawiła czajnik, po czym powlokła się do mikroskopijnej łazienki.
Tu rutynowe czynności dobiegły końca, gdyż nagle runęła jak długa w przedpokoju, potknąwszy się o walizkę, którą wczoraj późnym wieczorem zostawiła pod drzwiami. Zamek się odblokował, a z otwartej walizki wysypał się plik polaroidowych zdjęć. Nora usiadła na podłodze i zajęła się walizką.
Wzięła plik do ręki i przejrzała go. Wszystkie zdjęcia przedstawiały młode dziewczyny, nastolatki; samotne dziewczyny ustawione pod murem lub ścianą w podobnej pozycji. Wszystkie patrzyły prosto na fotografa.
Niektóre flirtowały z aparatem, uśmiechając się. Inne wyglądały na speszone i zakłopotane. Wnioskując po ubraniach i fryzurach, zdjęcia pochodziły z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, o czym świadczyły spodnie w stylu mc Hammera, żel na włosach i bluzy z nadrukiem "Ball" i U2 na jednej z koszulek.
Kolekcja musiała należeć do fotografa amatora. Nora czegoś się nauczyła, przebywając z Pete'em. Nie był to profesjonalny zbiór, raczej zabawny wgląd w czyjeś nieśmiałe próby w trudnej sztuce fotografii. Z pewnością był to mężczyzna, zafascynowany młodymi kobietami, ale niemający pojęcia o kompozycji czy oświetleniu i pozbawiony artystycznej smykałki. Wzruszyła ramionami, zamierzając zamknąć walizkę, gdy nagle jej wzrok padł na zdjęcie różniące się od pozostałych.
Na fotografii były dwie dziewczyny. Uśmiechnięta blondynka, nieco pulchna, ale ładna. Obok niej stała ciemnowłosa dziewczyna o szczupłej budowie ciała, patrząca na fotografa spode łba. Było lato; obie znajdywały się na białym tle, ubrane w szorty. Wnioskując po napisie "Feed The World" na spranej koszulce jednej z dziewczyn, oceniła, że zdjęcie powstało rok lub dwa po koncercie Live Aid w 1984.
Jednak to nie koszulka przykuła jej uwagę. Była to tablica znajdująca się za obiema dziewczynami, z czerwoną strzałką i napisem po duńsku: "Pokład samochodowy 2".
Odłożyła zdjęcie, poszła do łazienki, umyła zęby i ochlapała twarz wodą. Zrobiła sobie filiżankę czarnej jak smoła neski, rozjaśniła kolor mlekiem, usiadła przed komputerem i włączyła dyktafon.
Pokój wypełnił pozbawiony emocji głos Mr. Benna. Przez kolejne godziny w życiu Nory istniał tylko on i jego niegodziwości; jej palce tańczyły po klawiaturze.
Wysławszy artykuł, Nora czekała na odzew, w roztargnieniu porządkując stosy papierów na biurku. Sprawdziła zawartość lodówki, zastanawiając się, czy ma siłę na wycieczkę do Whole Foods w Kensington, by nabyć coś jadalnego. Uwielbiała spędzać długie godziny w tym trzypoziomowym sklepie z wyszukanymi produktami spożywczymi i wracała zawsze spłukana, dzierżąc włoski ser kozi, ciasteczka orkiszowe, ekologiczne jagody lub sernik z działu cukierniczego, jednak czuła, że to nie jest ten dzień.
Zdjęcie nie dawało jej spokoju. W ten sam sposób człowiek patrzy na stare zdjęcia młodych, uśmiechniętych żołnierzy, którzy uważali się za nieśmiertelnych, a o których przypominają już tylko wykute litery na omszałych granitowych pomnikach w Normandii.
Próbowała otrząsnąć się z przeczucia, że wydarzyła się jakaś tragedia. Te dwie dziewczyny na zdjęciu z pewnością zdążyły wyjść za mąż, rozwieść się i zapomnieć o wycieczce promem, na którą wybrały się kilka dekad temu.
Nora ponownie wzięła do ręki fotkę. Jasna i ciemna. Spojrzenie jasnowłosej było harde, jakby próbowała sprowokować osobę z aparatem: czego, do diabła, ode mnie chcesz? Ciemnowłosa wyglądała na skrępowaną: przechylona głowa, wzrok skierowany w dół, jakby nie miała śmiałości spojrzeć prosto w obiektyw.
Obróciła zdjęcie, na odwrocie nic nie było.
Jej myśli przerwało chrapliwy terkot domofonu.
- Tak? - spytała ostrożnie.
- Dzień dobry, policja. Otrzymaliśmy zgłoszenia o domowej awanturze - rozległ się męski głos z północnojutlandzkim akcentem.
Niech to! Zapomniała na śmierć, że umówiła się na lunch z Andreasem.
Byli kolegami w liceum i na jednej z ostatnich imprez Andreas za dużo wypił i wyznał jej miłość, wielką i skrywaną. A gdy Nora nie potrafiła odwzajemnić uczucia i zaproponowała, by pozostali przyjaciółmi, unikał jej przez ostatnie tygodnie aż do matury.
Wkrótce potem Nora wyjechała na rok do Anglii, a Andreasa przyjęto do Szkoły Policyjnej. Od tamtej pory awansował kilka razy i znalazł się w wydziale kryminalnym. Nora dyskretnie śledziła jego losy na odległość. Czas najwyraźniej uleczył zranioną dumę Andreasa, bo odszukał ją na Facebooku i wysłał wiadomość, że wybiera się na kilka tygodni do Londynu, by wziąć udział w szkoleniu na temat komórek terrorystycznych, organizowanym przez Scotland Yard.
Nora zajrzała do kalendarza, schowanego pod "Guardianem" sprzed wielu dni, raportem who
o ubóstwie dzieci i artykułem o imigracji wyrwanym z "Economista", którego bezskutecznie szukała.
Rzeczywiście, wpis brzmiał: lunch, Andreas, godzina trzynasta trzydzieści.
- To jak będzie? - spytał przez domofon.
Wcisnęła przycisk, otwierając mu.
- Wejdź na górę, zaraz będę gotowa.
Kanciaste ramiona, brązowe oczy i pszeniczne włosy, oto Andreas, jakim go zapamiętała. A jednak było widać, że lata odcisnęły piętno na jego twarzy. Stał się dorosły.
Bez słowa rozłożył ramiona, a ona zatonęła w jego przepastnych objęciach.
- Wciąż piękna jak syrena - powiedział z uśmiechem.
Nora przewróciła oczami.
- Przynajmniej nie masz policyjnego wąsika. Tego by już było za wiele.
Machnęła ręką, zapraszając go do mieszkania, które wydawało się jeszcze bardziej mikroskopijne z niemal dwumetrowym, muskularnym policjantem na pokładzie.
- Pracowałam od samego rana. Muszę jeszcze wziąć prysznic, zanim gdzieś pójdziemy. Masz ochotę na filiżankę kawy, nim będę gotowa?
- Co masz na myśli? Chcesz powiedzieć, że nie zamierzałaś jeść ze mną lunchu w szlafroku kung-fu? Nie zrobiłaś się przypadkiem nudna na stare lata? - rzekł Andreas ze śmiechem, rozglądając się.
Nora udała dotkniętą, wskazała na czajnik i potrząsnęła głową.
- Woda. Kawa. Mleko w lodówce. Idę.
Stojąc pod strumieniem ciepłej wody, Nora zastanawiała się, dokąd zabrać Andreasa. Za rogiem znajdowała się ekologiczna kawiarnia Honey Bee. A może poszliby do małego baru tapas przy stacji metra. Odrzuciła tę myśl. Zbyt egzotyczne dla Jutlandczyka z północy, którym w głębi serca był. Zdecydowała się na turecką knajpkę za supermarketem.
Wysuszyła włosy i szybko naciągnęła biały, prawie nowy T-shirt, czarne dżinsy i sandały. Kreska wokół niebiesko-zielonych oczu, odrobina błyszczyka i już była gotowa, by wyjść i z szykiem zjeść lunch.
Gdy weszła do pokoju, Andreas siedział, trzymając kawę w jednej ręce, a zdjęcie dwóch dziewcząt w drugiej.
- To sprawa, o której piszesz?
Nora pokręciła głową.
- Wczoraj kupiłam starą walizkę; zdjęcie leżało w kopercie, która wpadła za podszewkę - wyjaśniła, pokazując walizkę, która nadal leżała na podłodze w przedpokoju.
- Nie wiem, o co chodzi. Coś mnie intryguje w tym zdjęciu. I wkurza mnie, że nie mogę tego sprecyzować. Czuję się tak, jakbym powinna wiedzieć, co lub kogo ono przedstawia - odparła.
Andreas zmrużył oczy.
- Wygląda na to, że jedna z dziewczyn ma na ręce bransoletkę. Masz może lupę?
Przetrząsnąwszy kilka szuflad, Nora znalazła szkło powiększające, które zawieruszyło się w stercie agrafek, kolorowej kredy i starych ładowarek, których jeszcze nie wyrzuciła.
Wyrwała Andreasowi zdjęcie. Rzeczywiście, na nadgarstku jednej z dziewczyn widać było bransoletkę z koralików z literami. Norze wydawało się, że widzi niewyraźnie literę L. A może też E albo I?
Lene? Lise? Lisette? Lea? Żadne z imion nie pomogło jej zrozumieć, co w zdjęciu ją frapuje. Czy to, że prom, na którym zrobiono fotkę, wyglądał znajomo?
Andreas przerwał rozmyślania Nory.
- Nie wiem jak ty, ale ja nie jadłem śniadania. To jak? Zjem coś dzisiaj czy nie?
Po chwili siedzieli u Abdula, a Andreas zadziwił Norę, zamawiając posiłek ze swobodą bywalca. Kofta, tzatziki i pide; powiedział nawet teşekkür do Abdula, który na to szeroko się uśmiechnął.
Nora uniosła brwi.
- Co? - spytał Andreas szorstko. - Myślisz, że z Aalborga nie ma lotów międzynarodowych?
- Przepraszam. Po prostu zapamiętałam cię bardziej jako typ "ziemniaki plus sos". Musiałam namawiać cię godzinami, żebyś spróbował lazanii - wyznała z zażenowanym uśmiechem.
- Ludzie się przecież zmieniają - odparł, wzruszając ramionami.
Abdul przyniósł dzbanek wody z lodem, a myśli Nory znów zaczęły krążyć wokół zdjęcia dwóch dziewczyn.
- Coś mi ciągle nie daje spokoju na tej fotografii. Tak jakbym skądś znała te dziewczyny - zagaiła.
Andreas kiwnął głową.
- Mam to samo.
- ok
. Dwie dziewczyny. Imię jednej zaczyna się na L. Albo może jej chłopak ma imię na L? Na promie? Lise na promie? Linę? Lis...?
Olśnienie. Gdy Abdul postawił na stole czerwony plastikowy koszyk z ciepłym tureckim pieczywem, wszystkie elementy ułożyły się w całość.
- Lisbeth! - powiedziała, klepiąc się w czoło. - Do diabła, Andreas! "L" jak Lisbeth! Nie pamiętasz tej sprawy? Dziewczyny z promu do Anglii!
Była to jedna z tych spraw, które pojawiają się w reportażach. Nora przypomniała sobie, że gdy ostatniej wiosny przebywała z wizytą w Danii w domku letniskowym Trine, przypadkowo obejrzała po obiedzie wielkanocnym ostatnie pięć minut dokumentu, w którym kolejny raz powtarzano, że losy Lisbeth i tej drugiej dziewczyny, której imienia Nora nie pamiętała, nadal stanowią tajemnicę.
Andreas kiwnął głową, przełamując chleb i wkładając go do ust.
- Owszem, coś tam pamiętam.
Nora przetrząsnęła zasoby swego umysłu, by przypomnieć sobie, czego sprawa dotyczyła.
- Chodziło o to, że zniknęły z tego promu i nigdy nie zostały znalezione.
Andreas wzruszył ramionami.
- To stara sprawa. Obstawiam, że leżą na dnie morza i nigdy nie zostaną znalezione. Zdaje mi się, że mój wujek Svend pracuje z kimś, kto swego czasu zajmował się tą sprawą.
Gdy podano posiłek, siedzieli w milczeniu. Posiliwszy się nieco, Nora wypaliła:
- Mógłbyś zadzwonić do wujka? Po prostu muszę to wiedzieć.
Andreas odchylił się, przyglądając się Norze spod przymkniętych powiek.
- Nie sądzisz, że powinniśmy najpierw skończyć lunch?
- Daj spokój. Zamówię jeszcze kawę - kusiła.
Z lekkim westchnieniem Andreas wyciągnął komórkę.
Gdy Andreas rozmawiał z wujkiem, Nora ściągnęła spojrzeniem Abdula, dając mu sygnał, by podał kawę.
Kawę podano w miedzianym czajniczku, obok szklaneczek i dwóch tureckich czekoladek, ułożonych starannie na białej koronkowej serwetce.
Nora nalała dla siebie i Andreasa, gdy ten rozprawiał z wujkiem. Upiła łyczek mocnej kawy, po czym wrzuciła do niej kostkę cukru, by złagodzić gorzki smak.
Andreas kończył rozmowę.
- Dobrze, pozdrów Annikę.
Bez pośpiechu też upił kawy, skrzywił się i dodał cukru.
Nora patrzyła na niego niecierpliwie.
- No? Wykrztuś to wreszcie.
- Wszystko się zgadza. Mój wujek pracuje z Karlem Starkiem, który był młodym inspektorem policji w Esbjerg, gdy te dziewczyny zniknęły. Nigdy nie odpuścił tej sprawy.
- ok
, co się wydarzyło?
- Krótko mówiąc, wujek tak to pamięta: dwie dziewczyny, które zniknęły z zakładu poprawczego w pobliżu Ringk?bing. Ośmioro dzieciaków i troje dorosłych wybrało się na trzydniową wycieczkę do Londynu. Ale na promie Lisbeth i Lulu zniknęły bez śladu, jakby zapadły się pod ziemię, albo raczej pod wodę. Nigdy ich nie odnaleziono. Czarny plecak Lisbeth, znaleziony na pokładzie spacerowym, to jedyny ślad.
- A tak, ta druga miała na imię Lulu - wtrąciła Nora.
- W zeszłym roku zgłębiali tę sprawę w Niewyjaśnionych, na kanale dr
, więc pewnie to na ostatnie minuty tego programu się załapałaś - dodał Andreas.
Nora zastanowiła się przez chwilę.
- Hm. Czy twój wujek nadal mieszka w Esbjerg?
- Nie, znalazł miłość swojego życia, Annikę, i wyprowadzili się razem do domku w Drag?r. Pracuje w wydziale zabójstw w Kopenhadze, podobnie jak Karl Stark. Mam wyciągnąć od wujka jego numer telefonu?
Nora skinęła głową.
- Tak, poproszę.
Abdul nic nie powiedział i przyszedł z kolejną kawą, puszczając do Nory oko, gdy spojrzała na niego pytająco.
- Dziś szczególny dzień, Noro. Wspaniale panią widzieć niezestresowaną, nie z komórką i niebiorącą na wynos, by zjeść przy biurku. - Zaśmiał się. Andreas pokręcił głową. - Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. A może jednak? - spytał.
Po czym rozpoczęli rozmowę, której nie mogli uniknąć. O tym, co kto robi, co się dzieje z Olem, Klausem i Rudą Ritą, kto się pobrał, kto został kurą domową, a kto postawił na karierę.
- A co u ciebie? - spytała Nora ostrożnie, gdy Andreas zdążył opowiedzieć o rozwodach, posadach w sektorze publicznym i narodzinach bliźniąt u dawnych kolegów z klasy.
Oczywiście sprawdziła jego profil na Facebooku, gdy tylko się z nią skontaktował, ale informacje były lakoniczne. Nie napisał, czy ma status "w związku", czy "wolny". Jedyne, co udało jej się wywnioskować z grup, których był członkiem, to to, że chyba nadal uprawia triatlon, lubi Monty Pythona oraz Chelsea Londyn.
- Tak, co u mnie? - powtórzył Andreas.
W tym samym momencie zadzwonił telefon. To był Krab.
- Cześć! Słuchaj, bardzo dobry artykuł. Ale jednak chciałbym, żebyś go nieco przeformułowała. Wydaje mi się, że łatwo go będzie rozpoznać, wnioskując z danych geograficznych, więc trzeba je ukryć. No i trzeba skrócić trzeci akapit; facet się powtarza. Już odsyłam artykuł, masz być gotowa za pół godziny. Pa!
Nim zdążyła odpowiedzieć, odłożył słuchawkę.
Nora wyjęła z portfela banknot dwudziestofuntowy i położyła na stole.
- Przepraszam, praca - wyjaśniła.
Twarz Andreasa nawet nie drgnęła.
Nora próbowała go udobruchać.
- Na ile zostajesz?
Została obdarzona jednym z jego uśmieszków.
- Zmykaj. Zmejlujemy się.