1 Dziupla
Na Foothill Freeway, mniej więcej godzinę jazdy w głąb lądu od Los Angeles, niespodziewaną granicę przedmieść wyznacza łańcuch górski, który majaczy nad ciągnącymi na północ sznurami samochodów. Ta dzika kraina to południowa ściana gór San Bernardino, "ciągu wysokich, stromych zboczy" - zgodnie z opisem agencji United States Geological Survey1. Stanowi część formacji, która zaczęła się wypiętrzać jedenaście milionów lat temu wzdłuż uskoku San Andreas i wypiętrza do dziś, po kilka milimetrów rocznie, w wyniku ścierania się płyty pacyficznej z północnoamerykańską2. Góry zdają się jednak rosnąć znacznie szybciej, kiedy jedziesz w ich kierunku. Na ten widok lekko prostujesz plecy i czujesz, że coś w tobie wzbiera, jakby klatkę piersiową wypełniał ci hel, i kto wie, czy zaraz nie ulecisz w powietrze.
Linda May ściska kierownicę i spogląda na zbliżające się góry przez dwuogniskowe okulary w różowych oprawkach. Siwe włosy, spięte przy twarzy plastikową wsuwką, opadają jej poniżej ramion. Zjeżdża z Foothill Freeway na drogę stanową numer 330, zwaną także City Creek Road. Przez kilkanaście kilometrów droga jest szeroka i płaska. Później zwęża się w jednopasmową serpentynę i pnie w stronę San Bernardino National Forest.
Sześćdziesięcioczteroletnia Linda prowadzi jeepa grand cherokee laredo. Odkupiła go z parkingu depozytowego, gdzie trafił po poważnej stłuczce. Kontrolka silnika płata czasem figle - mruga, chociaż nic złego się nie dzieje - a przy bliższych oględzinach widać, że maska, odmalowana w miejscu, gdzie odpadł lakier, delikatnie różni się odcieniem bieli od reszty karoserii. Ale grunt, że po miesiącach napraw pojazd wreszcie jest zdatny do użytku. Mechanik zainstalował w nim nowy wałek rozrządu i popychacze. Linda domowymi metodami odnowiła, co się dało; wypucowała na przykład zmatowiałe reflektory koszulką spryskaną płynem na owady. Teraz po raz pierwszy jeep ciągnie dom Lindy: bladożółtą przyczepkę, którą właścicielka nazywa Dziuplą (jeśli goście nie załapią od razu, skąd ta nazwa, gospodyni woła: "Ciasno tu jak w dziupli, ale się zmieścimy!", i śmieje się, ukazując głębokie zmarszczki mimiczne). Wykonana z włókna szklanego przyczepa to zabytkowy model hunter compact II z 1974 roku, reklamowany wówczas jako "triumf technologii w dziedzinie turystyki", który "po otwartej drodze śmiga za tobą jak kocię, w trudnych warunkach trzyma trop jak tygrys"3. Czterdzieści lat później Dziupla przywodzi na myśl uroczo staroświecką kapsułę ratunkową - zaokrąglone krawędzie i pochyłe boki kształtem przypominają styropianowy pojemnik z baru z hamburgerami. Wewnątrz ma trzy metry długości, czyli mniej więcej tyle, ile kryty wóz, którym ponad sto lat temu przemierzała kraj prapraprababcia Lindy. W oczy rzucają się elementy wystroju typowe dla lat siedemdziesiątych: kremowe obicia ścian i sufitu z pikowanego skaju i wzorzyste musztardowo-zielone linoleum. Dach jest na tyle wysoko, żeby Linda mogła się wyprostować. Kiedy kupiła przyczepę na licytacji za tysiąc czterysta dolarów, napisała na Facebooku: "Przyczepka ma metr sześćdziesiąt wysokości. Ja - metr pięćdziesiąt siedem. Pasuje idealnie".
Linda holuje Dziuplę w stronę Hanna Flat, dużego kempingu w sosnowym lesie na północny zachód od jeziora Big Bear. Jest maj, a ona zamierza zostać tam do września. Ale w przeciwieństwie do tysięcy urlopowiczów, którzy co roku ciągną do San Bernardino National Forest - dzikiego obszaru o powierzchni większej niż cały stan Rhode Island - Linda jedzie tam do pracy. Już po raz trzeci zatrudniła się na lato do obsługi kempingu, co znaczy, że jest równocześnie dozorczynią, kasjerką, konserwatorką terenu, stróżem i komitetem powitalnym. Cieszy się na to zajęcie i na coroczną podwyżkę dla powracających pracowników, dzięki której jej stawka godzinowa, wynosząca dziewięć dolarów i trzydzieści pięć centów, podskoczy o dwadzieścia centów (minimalna stawka w Kalifornii w tamtym momencie to dziewięć dolarów). I choć wszyscy członkowie personelu pracują według umowy bez gwarancji zatrudnienia, co oznacza, że można ich zwolnić "w dowolnym momencie bez podania przyczyny", to Lindzie obiecano pracę tydzień w tydzień, w pełnym, czterdziestogodzinnym wymiarze.
Część nowych pracowników spodziewa się płatnych wakacji w raju. Trudno ich winić. W anonsach pełno jest zdjęć błyszczących potoków i tonących w kwiatach dzikich łąk. W broszurce California Land Management, prywatnego pośrednika, który zatrudnia Lindę, siwowłose kobiety uśmiechają się radośnie nad słonecznym brzegiem jeziora, pozując pod ręce niczym para przyjaciółek na koloniach. "Ciesz się pięknem przyrody i zarabiaj!" - kusi baner American Land & Leisure, innej firmy zatrudniającej obsługę kempingów. Pod spodem widnieją opinie personelu: "Emerytura nigdy wcześniej nie sprawiała mi tyle frajdy", "Znaleźliśmy tu przyjaciół na całe życie", "Czujemy się najlepiej od lat"4.
Nowicjusze często stają okoniem - a czasem nawet rezygnują - w obliczu mniej sielankowych aspektów tej pracy: gdy przychodzi im niańczyć pijanych, hałaśliwych letników, wygarniać łopatą z palenisk góry popiołu i odłamków szła (rozochoceni obozowicze lubią wrzucać butelki do ognia, żeby eksplodowały) albo trzy razy dziennie czyścić wychodki. Choć mycie toalet to najbardziej uprzykrzone zajęcie większości pracowników, Linda nie ma z nim problemu, a wręcz szczyci się swoją dokładnością. "Chcę, żeby były czyste, bo używają ich moi letnicy - mówi. - Nie boję się zarazków. Zakładam gumowe rękawice i do roboty".
W miarę jak Linda zbliża się do łańcucha San Bernardino, zachwycający krajobraz nabiera lekko niepokojącego charakteru. Ścieżka wzdłuż szosy jest tak wąska, że trudno nawet nazwać ją poboczem. Zdarzają się odcinki, na których za przytuloną do zbocza wstążką asfaltu jest już tylko pusta przestrzeń. Pojawiają się tablice ostrzegawcze: "Zagrożenie osuwiskowe" i "Groźba przegrzania silnika - przez następne 20 km nie włączaj klimatyzacji". Linda jednak pozostaje niewzruszona. Prawie dwadzieścia lat temu przez pewien czas prowadziła tiry i dziś żadna trasa jej niestraszna.
Jadę kamperem kawałek przed nią. Od półtora roku widuję się z Lindą w ramach mojej pracy dziennikarskiej. Pomiędzy wizytami rozmawiamy przez telefon - tak często, że ilekroć dzwonię, jeszcze zanim odbierze, w uszach dźwięczy mi jej znajome powitanie. Melodyjne "halooo", wymawiane tonem, jakim odzywamy się do dziecka, bawiąc się z nim w "A kuku".
Linda May i jej suczka Coco
Poznałyśmy się, kiedy przygotowywałam artykuł o coraz liczniejszej subkulturze amerykańskich nomadów, ludzi będących w ciągłej podróży[1]. Wielu spośród tych wędrowców, podobnie jak Linda, ucieka przed paradoksem ekonomicznym polegającym na wzroście cen przy wciąż tak samo niskich płacach, na zderzeniu niepowstrzymanej siły z nienaruszalną przeszkodą. Ludzie mają wrażenie, że tkwią w jakimś imadle, poświęcając cały swój czas na wyczerpującą, żmudną pracę, która z trudem pozwala im pokryć koszt czynszu lub kredytu, bez jakichkolwiek widoków na lepszą przyszłość ani szans na emeryturę.
To poczucie wyrasta z surowej rzeczywistości. Wysokość zarobków i koszty mieszkaniowe rozeszły się tak dalece, że dla coraz większej grupy Amerykanów marzenie o spokojnym, w miarę dostatnim życiu jest już nie tyle trudne do zrealizowania, ile całkowicie nieosiągalne. W chwili gdy piszę te słowa, tylko w kilkunastu hrabstwach i jednym obszarze metropolitalnym pełnoetatowy pracownik otrzymujący minimalną pensję może sobie pozwolić na wynajem mieszkania z jedną sypialnią. Trzeba zarabiać co najmniej szesnaście dolarów i trzydzieści pięć centów na godzinę - czyli ponad dwukrotność najniższej stawki krajowej - żeby móc wydawać na mieszkanie mniej niż trzydzieści procent wypłaty5. Konsekwencje bywają tragiczne, zwłaszcza dla co szóstego gospodarstwa domowego, w którym koszty te pożerają przeszło połowę zarobków6. Dla wielu uboższych rodzin oznacza to brak pieniędzy na jedzenie, leki i inne niezbędne rzeczy.
Wielu moich rozmówców zbyt długo brało udział w tej nierównej grze. Aż w końcu znaleźli sposób, aby oszukać system. Zrezygnowali z idei tradycyjnych czterech ścian, wyrywając się z pęt czynszów i kredytów. Zamieszkali w busach, kamperach i przyczepach i podróżują z miejsca na miejsce, zawsze tam, gdzie jest dobra pogoda, chwytając się dorywczych prac, żeby zarobić na paliwo. Linda także należy do tego plemienia. Od pewnego czasu towarzyszę jej w wędrówce po zachodnich stanach.
Gdy zaczyna się stroma droga w górę zbocza, mój zachwyt nad widokiem odległych szczytów blednie. Nagle zaczynam się bać. Wizja manewrowania topornym kamperem na wąskich serpentynach odrobinę mnie przeraża. Widok rozklekotanego jeepa ciągnącego za sobą Dziuplę przeraża mnie bardzo. Kiedy ruszałyśmy, Linda puściła mnie przodem. Dlaczego? Czyżby uznała, że mocowanie przyczepy może nie wytrzymać i Dziupla stoczy się po zboczu? Nigdy się tego nie dowiedziałam.
Tuż po wjeździe do San Bernardino National Forest za Dziuplą wyrasta lśniąca cysterna z olejem. Kierowca wygląda na zniecierpliwionego i podjeżdża trochę zbyt blisko akurat w chwili, kiedy seria ostrych zakrętów sprawia, że Linda znika mi z oczu. Usilnie wypatruję jej w lusterku wstecznym. Wreszcie wyjeżdżam na prostą, ale jeep się nie pojawia. Cysterna mija mnie i dalej pnie się w górę zbocza, tymczasem Lindy wciąż nie widać.
Zjeżdżam na pobocze, wybieram jej numer i czekam na znajome "halooo". Rozbrzmiewa sygnał, a po chwili włącza się poczta głosowa. Gaszę silnik, wyskakuję i zaczynam drobić nerwowo tam i z powrotem obok drzwi kierowcy. Próbuję zadzwonić jeszcze raz. Bez skutku. Kilka innych samochodów zdążyło już wyjechać zza zakrętu i minąć moje pobocze. Staram się powstrzymać zawroty głowy, czując, jak z każdą minutą strumień adrenaliny przeradza się w falę paniki. Dziupla zniknęła.
Lindę od miesięcy korciło, żeby ruszyć w drogę i zacząć pracę na kempingu. Ugrzęzła w Mission Viejo, miasteczku osiemdziesiąt kilometrów na południowy wschód od Los Angeles, w wynajętym domu, z córką Audrą, zięciem Collinem i trójką ich nastoletnich dzieci. Mieli za mało pokoi, więc wnuk Lindy Julian spał w otwartym kąciku jadalnym obok kuchni (i tak było im wygodniej niż w poprzednim mieszkaniu, gdzie mała garderoba służyła także za pokój jednej z dziewczynek).
Lindzie przypadło ostatnie wolne miejsce: kanapa obok frontowych drzwi. To była samotna wyspa. Mimo że Linda uwielbiała swoją rodzinę, czuła się tam jak wyrzucona na mieliznę, zwłaszcza odkąd jeep utknął w warsztacie. Ilekroć pozostali wychodzili gdzieś bez niej, musieli minąć jej kanapę. Zaczęło się robić niezręcznie. "Może mają wyrzuty sumienia, że spędzają czas beze mnie?" - martwiła się Linda. Poza tym tęskniła za niezależnością.
- Wolę być królową w swoim domu, niż żyć pod czyimiś rządami, nawet własnej córki - powiedziała mi.
Do tego dochodziły kłopoty zdrowotne członków rodziny, które mocno dawały im w kość - emocjonalnie i finansowo - przez co Lindzie było jeszcze trudniej korzystać ze wsparcia bliskich. Przez jakieś tajemnicze zaburzenia układu nerwowego jej wnuczka Gabbi od ponad trzech lat to była osłabiona, to leżała w łóżku. Dopiero po dłuższym czasie zdiagnozowano u niej chorobę autoimmunologiczną pod nazwą zespół Sjögrena. Julian zmagał się z cukrzycą typu pierwszego. Audra cierpiała na artretyzm. Jakby tego było mało, nawracające migreny i zawroty głowy zmusiły Collina, głównego żywiciela rodziny, do rezygnacji z posady w biurze.
W pewnym momencie Linda rozważała zgłoszenie się do magazynu Amazona przez program CamperForce, w ramach którego koncern zatrudnia wędrownych pracowników. Tyle że rok wcześniej nabawiła się tam urazu od używania ręcznego czytnika kodów kreskowych. Został jej po tym widoczny ślad, guzek wielkości winogrona na prawym nadgarstku. Jeszcze gorsze było to, co niewidoczne: ból, który promieniował od kciuka przez nadgarstek, łokieć i bark aż do szyi. Wystarczyło, że sięgnęła po kubek z kawą albo garnek, żeby ramię przeszyła piekąca iskra. Linda była pewna, że cierpi na ostre zapalenie ścięgien, ale ta świadomość nie pomagała jej pozbyć się schorzenia. A póki go nie wyleczy, nie będzie mogła wrócić do pracy w magazynie.
Spłukana i uwięziona na kanapowej wysepce, starała się skoncentrować na swojej przyszłości - właścicielki i jedynej lokatorki Dziupli. Przed zatrzymaniem się u rodziny jeździła od zlecenia do zlecenia ośmioipółmetrowym kamperem marki El Dorado z 1994 roku, który żarł paliwo jak szalony i powoli zaczynał się rozpadać. W związku z tym przenosiny do małej przyczepki wydawały się dobrym rozwiązaniem, nawet jeśli Dziupla wymagała remontu. Poprzedni właściciele trzymali ją na słonym powietrzu oregońskiego wybrzeża i niektóre metalowe części zardzewiały - przez kadłub z włókna szklanego ciągnęły się pomarańczowe smugi. Linda zaczęła poświęcać wolny czas na drobne naprawy w swoim nowym mobilnym domu. Pierwsze zadanie polegało na sporządzeniu środka do usuwania plam rdzy; tajnym składnikiem były zblendowane skorupki jajek. Następnie urządziła sobie przytulne legowisko. Pod tylną ścianą przyczepy był mały kącik jadalny z dwiema ławkami i stolikiem. Linda wymontowała stolik i wycięła z kartonu szablon pasujący do zewnętrznych krawędzi ławek. Ze śmietnika sąsiadów wyłowiła duży i miękki materac, na oko całkiem nowy. Rozcięła go i wyciągnęła sprężyny niczym rybak filetujący pokaźną zdobycz. Wyjęła piankowe wypełnienie, obrysowała je pisakiem według szablonu i przycięła nożykiem do dywanów. Dopasowała pokrowiec, po czym całość zszyła, wypełniła pianką i elegancko wykończyła. Powstał idealny materacyk o wymiarach sto osiemdziesiąt na dziewięćdziesiąt centymetrów.
- Uznałam, że na węższym nie będzie mi wygodnie z tą tu koleżanką - wyjaśniła, wskazując na Coco, suczkę rasy cavalier king charles spaniel. - Wymierzyłam dziewięćdziesiąt centymetrów, żebyśmy się obie zmieściły.
Dzień przed tym, jak Linda wyruszyła do Hanna Flat, zapytałam ją, czy się cieszy. Spojrzała na mnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- No jasne! - odparła. - Wcześniej byłam bez samochodu. Bez pieniędzy. Tkwiłam na kanapie.
Zamierzała przeżyć do pierwszej wypłaty dzięki emeryturze z federalnego funduszu ubezpieczeń społecznych Social Security wynoszącej pięćset dwadzieścia cztery dolary miesięcznie[2]. Chciała poczuć, że świat znów staje przed nią otworem, po tym jak skurczył się do rozmiarów kanapy. Zbyt długo brakowało jej wolności, nadziei na przyszłość i pędu ku nowej przygodzie. Przyszedł czas, żeby ruszyć w drogę.
Ranek 6 maja był ciepły i pochmurny. Linda uściskała bliskich.
- Zadzwonię, jak dojadę - obiecała.
Wsadziła Coco do jeepa i ruszyła do warsztatu, gdzie dopompowała opony - były popękane, łysiejące i każda z innej parafii. Zapasowej nie miała. Później zatrzymała się na stacji Shella. Napełniła bak i weszła do środka, zapłacić i kupić kilka paczek czerwonych marlboro setek. Młody ekspedient potakiwał, kiedy opowiadała mu, że jako nastolatka za litr benzyny płaciła sześć centów, czyli nic w porównaniu z obecną ceną wynoszącą około dolara.
- Za dolara to można było jeździć cały dzień - dodała, kręcąc głową z uśmiechem.
Nic nie było w stanie zepsuć jej humoru, nawet to, że kiedy wróciłyśmy na parking, jeep był zamknięty, a kluczyki leżały w środku. Coco merdała ogonem, stojąc na tylnych łapach, oparta o drzwi po stronie kierowcy. "Pewnie nastąpiła na blokadę" - domyśliła się Linda. Na szczęście szyba nie była do końca zasunięta. Wcisnęłam rękę w szparę i odblokowałam zamek znalezioną w kamperze długą zapalarką do grilla.
Dziupla czekała w przechowalni na obrzeżach miasta Perris, po drugiej stronie gór Santa Ana, jednego z pasm oddzielających wybrzeże Kalifornii od jej surowszej, pustynnej części. Aby się tam dostać, musiałyśmy pojechać Ortega Highway. To jedna z najniebezpieczniejszych tras w całym stanie, na której, jak pisał dziennikarz "Los Angeles Timesa", "czołowo zderzają się ze sobą trzy problemy: rozrastające się miasta, złe nawyki kierowców i przestarzałe metody budowania dróg"7. Kręta jezdnia często jest zapchana autami kursującymi między Orange County a Inland Empire, jednak w południe ruch na szczęście był niewielki. Linda dość szybko przejechała na drugą stronę i zaczęła mijać postoje przyczep, uczepione zachodniego brzegu jeziora Elsinore niczym kolonie pąkli. Trzy lata temu mieszkała tu, na Shore Acres, popękanym pasie asfaltu między szosą a nabrzeżem, gdzie parkowanie przyczepy kosztowało sześćset dolarów miesięcznie.
W Targecie Linda zaopatrzyła się w zapasy, które miały jej wystarczyć na tydzień, do kolejnego czeku z Social Security. Kupiła duże pudło płatków owsianych, półtora tuzina jajek, mieloną wołowinę, mortadelę, bułki do hamburgerów, serowe krakersy w kształcie rybek, ciasteczka z masłem orzechowym, pomidory, musztardę i dwa litry mleka. Choć pracę zaczynała dopiero za kilka dni, zadzwoniła z parkingu do przyszłego szefa. Chciała pokazać, że jest odpowiedzialna i traktuje sprawę poważnie. Poinformowała go, że jest już w drodze i powinna dotrzeć do Hanna Flat przed zmrokiem.
Dziupla czekała po północnej stronie drogi stanowej numer 74, na parkingu ogrodzonym siatką z drutem kolczastym i wyblakłymi od słońca amerykańskimi flagami. Lindę powitał mechanik Rudy, chudzielec z siwą bródką. Dowcipkowali sobie, kiedy Linda szykowała przyczepę do drogi, starając się pamiętać o wszystkim, co ma do zrobienia.
- Ja to mam umysł jak twierdza: nic nie wchodzi do środka i nic się nie wydostaje - żartował Rudy.
Wciąż gawędzili, kiedy Linda zbyt energicznie wyszła z przyczepy. Pojazd zachybotał się na pojedynczej osi, przechylił do tyłu i z hukiem uderzył o ziemię.
- Było nie jeść rano tej drożdżówki, co nie? - zaśmiał się mechanik.
Linda złapała równowagę.
- Ale się zlękłam! - zawołała.
Na szczęście nie połamała się ani ona, ani nic w Dziupli. Poprawiła mocowanie dziewięciokilogramowych butli z gazem do zasilania lodówki, kuchenki i małego piecyka. Na koniec z pomocą Rudy'ego przymocowała Dziuplę do jeepa. Uruchomiła silnik i niepewnie ruszyła przed siebie. Machając mechanikowi na pożegnanie, minęła bramę. Tak jak zapewniała ulotka reklamowa, przyczepa "śmigała jak kocię".
Linda wciąż nie wyłaniała się zza pierwszej serii zakrętów w górach San Bernardino, tymczasem w mojej głowie przewijały się czarne scenariusze. Może zgasł jej silnik. Może złapała kapcia albo, co gorsza, wybuchła jej opona - fatalna sprawa dla kogoś, kto jeździ bez koła zapasowego. Miałam coraz mroczniejsze myśli. A jeśli Dziupla odczepiła się i potoczyła w dół? Albo jeep nie wyrobił się na zakręcie i runął do kanionu niczym w remake'u kulminacyjnej sceny Thelmy i Louise?
Właśnie uruchamiałam silnik, żeby zawrócić, kiedy zadzwonił telefon.
- Zaraz będę - odezwał się głos Lindy.
Na jej widok poczułam ulgę, niestety krótkotrwałą. Linda zatrzymała się na poboczu i pokazała mi coś dziwnego: uchwyty z przodu przyczepy były puste. Obie butle z gazem wypadły z zacisków. Jedna ciągnęła się za Dziuplą na gumowym wężu, podskakując na asfalcie, przez co w powłoce z włókna szklanego powstała dziesięciocentymetrowa szczerba. Druga odczepiła się i poturlała po szosie niczym łatwopalny biegacz pustynny. Kierowca cysterny skręcił gwałtownie, żeby ominąć przeszkodę, po czym przyśpieszył - na szczęście Linda w porę dostrzegła kawałek pobocza. Uciekająca butla zatrzymała się po przeciwnej stronie drogi. Linda oceniła sytuację - przycupnięta na zewnętrznej krawędzi ślepego zakrętu była niewidoczna dla nadjeżdżających samochodów - i oparła się chęci przebiegnięcia przez jezdnię, żeby odzyskać zgubę. "Butla kosztuje dwadzieścia dolarów, a ja jestem bezcenna!" - pomyślała. Odkręciła wąż od tej, która została, i załadowała ją do przyczepy.
Nieszczęście zostało zażegnane i Linda ruszyła dalej pod górę. Przejechała przez Arrowbear Lake i Running Springs, gdzie zimą strome stoki przyciągają narciarzy i snowboardzistów, teraz zaś rowerzystów górskich i piechurów. Minęła stuletnią tamę na jeziorze Big Bear, sztucznym zbiorniku zasilanym wodą z topniejącego śniegu, i jechała dalej, wzdłuż północnego brzegu, przez rezerwat bielika. Wkrótce znalazła się nad zatoką Grout, w maleńkim miasteczku Fawnskin, nazwanym tak na początku XX wieku przez budowniczych, którzy uznali, że miejsce o nazwie Grout (czyli "cement") nie przyciągnie turystów8. W tamtejszym sklepie wielobranżowym sprzedawano wszystko, co może być potrzebne amatorowi wypraw na łono natury: sprzęt wędkarski, schładzacze do puszek, tobogany, łańcuchy na koła, śpiwory, parasole przeciwsłoneczne oraz pamiątkowe alkohole w butelkach w kształcie strzelb ("Tequila na lufki" - żartował sprzedawca). W pobliskim parku figury z włókna szklanego przedstawiały mężczyzn w charakterystycznych strojach, między innymi baseballisty, wodza indiańskiego, kowboja, strażaka, pilota myśliwców, pirata i policjanta drogówki. Postacie wyglądały, jakby zaraz miały zaśpiewać Y.M.C.A.
- Spójrz na nich! Czemu tu w ogóle nie ma kobiet? - zawołała Linda podczas jednej z późniejszych wizyt w Fawnskin. Po chwili zauważyła inną rzeźbę, parę wołów zaprzęgniętych do krytego wozu. Stwierdziła, że to pewnie samice, ponieważ nie miały widocznych genitaliów i jako jedyne wykonywały jakąś pracę. Od tamtego czasu, ilekroć mijała park, krzyczała do nich: "Heeej, dziewczyny!".
Na Rim of the World Drive Linda minęła prywatną posiadłość z niepasującym do otoczenia zadbanym trawnikiem, ledwie widocznym zza ciężkiej bramy i znaków zakazu wstępu. Zwolniła i skręciła w Coxey Truck Trail. Asfalt ustąpił lekko pofałdowanej nieutwardzonej drodze. Po obu stronach spomiędzy kamieni wyrastały żółte wiechcie pszonaków i krzaczki mącznicy pokryte różowymi kwiatami o kieliszkowatym kształcie. Widać było też skutki pożaru Butler II z 2007 roku: zwęglone pnie drzew sterczały z zarośli niczym wielkie kolce jeżozwierza. Płomienie pochłonęły prawie pięć tysięcy sześćset hektarów lasu, włącznie z Hanna Flat, który zamknięto na dwa lata z powodu remontu9. Bliżej kempingu Linda znów zwolniła, starannie omijając koleiny w twardej ziemi. Dziupla z łoskotem podskakiwała na wybojach.
Biały jeep wjechał na kemping o szóstej po południu. Wciąż jeszcze było jasno. Hanna Flat leżał dwa tysiące sto metrów nad poziomem morza, czyli mniej więcej dwa tysiące metrów wyżej niż Mission Viejo, z którego wyruszyła tego ranka. Powietrze było tu rzadsze i bardziej rześkie. Linda dostrzegła tablicę z ogłoszeniami i wysiadła z jeepa. Komunikaty upominały gości, żeby uważali na węże, dogaszali ogniska ("DO OSTATNIEJ ISKRY") i nie znosili na kemping drewna z pasażerami na gapę: owadami, takimi jak opiętek złotoplamkowy, lub agresywnymi mikroorganizmami powodującymi raka sosny czy nagłe obumieranie dębów. Duża mapa wskazywała drogę wijącą się przez osiemdziesiąt osiem ponumerowanych parceli, gdzie rozbicie obozowiska kosztowało dwadzieścia sześć dolarów za noc. Druga ścieżka, bez numerów, znajdowała się tak blisko wjazdu, że Linda widziała ją z punktu, w którym stała. Było tam kilka udogodnień: brukowany parking, podłączenia do wody i prądu, a także plac piknikowy z paleniskiem pośrodku. Z przodu, nieopodal próchniejącego pniaka skolonizowanego przez mrówki ogniste, widniała tablica z napisem "PERSONEL KEMPINGU".
Miejsce to miało stać się domem Lindy na najbliższe cztery miesiące.
Oprócz perspektywy rozpoczęcia pracy było jeszcze coś, co sprawiało, że Linda odliczała dni: spotkanie z przyjaciółką. Sześćdziesięcioletnia Silvianne Delmars nigdy wcześniej nie pracowała na kempingu, ale cieszyła się, że będzie miała okazję spróbować.
- Z Lindą May mogę stawić czoła całej armii - oznajmiła kilka miesięcy wcześniej.
Silvianne mieszkała w fordzie e350 econoline super club wagon rocznik 1990, którym przewożono kiedyś seniorów, a potem transportowano więźniów do pracy. Gdy kupiła go na portalu Craigslist, miał uszkodzoną uszczelkę pod głowicą i zepsute hamulce, popękane przewody hydrauliczne i zużyte opony, a z rozrusznika dochodziło złowieszcze zgrzytanie. Czasem promienie słońca padające ukośnie na drzwi po stronie pasażera wydobywały zamalowany dawno temu napis "Stowarzyszenie Seniorów w Holbrook".
Dwie koleżanki podrzuciły jej pomysły na imię: Królowa Maria i Esmeralda. Silvianne nie potrafiła się zdecydować, więc ostatecznie nazwała pojazd Królowa Maria Esmeralda. Wewnątrz rozwiesiła bajecznie kolorowe apaszki i lampki choinkowe, ułożyła haftowane poduszki i postawiła ołtarzyk ze świecą ozdobioną wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe i figurką egipskiej bogini Sechmet z głową lwicy. Przed wyjazdem Silvianne spotkała cała seria niepowodzeń: ukradziono jej samochód, złamała nadgarstek (nie miała ubezpieczenia zdrowotnego), a do tego nie mogła sprzedać domu w Nowym Meksyku.
- Kiedy pierwszy raz śpisz w samochodzie w środku miasta, czujesz się jak straszna nieudacznica albo jak bezdomna - powiedziała. - Ale to właśnie jest wspaniałe w ludziach, że do wszystkiego umieją się przystosować.
Silvianne poznała Lindę półtora roku temu, na nocnej zmianie w magazynie Amazona, tam gdzie Linda uszkodziła sobie nadgarstek. Silvianne - która wcześniej pracowała w prywatnej przychodni, cateringu, a także jako kelnerka, sprzedawczyni i akupunkturzystka - była tarocistką i z czasem uznała ciąg zdarzeń, który spowodował jej przeprowadzkę do busa, za rezultat wpływu bogini, która skierowała ją na wędrowniczą ścieżkę. (Na swoim blogu Silvianne przedstawiała się tak: "Prawie emerytka z pokolenia baby boomers. Porzuciła dawną górniczą chatę, a wraz z nią trzy niepełne etaty i przywiązanie do iluzji bezpieczeństwa, jaką strzępy amerykańskiego snu dawały jej umęczonej duszy. Cel: ruszyć w nieznane, ku pełnemu przygód nomadycznemu przeznaczeniu tarocistki, szamanki, astrolożki i rzeczniczki kosmicznej zmiany"10).
Silvianne w Królowej Marii Esmeraldzie
Silvianne napisała piosenkę, którą nazwała hymnem nomadów. Pierwszy raz zaśpiewała mi ją, kiedy siedziałyśmy w zaparkowanej przed Burger Kingiem Królowej Marii Esmeraldzie, obierając z panierki nuggetsy z kurczaka i karmiąc nimi zielonooką kotkę Laylę, która inaczej by ich nie tknęła. Ułożona na melodię przeboju country King of the Road piosenka była kilkukrotnie poprawiana, odkąd Silvianne zaczęła ją pisać, podróżując samotnie drogą międzystanową numer 95 przez Arizonę. A ostatnia wersja brzmi tak:
Stary obity grat,
Z puszki konserw oglądam świat.
Bez mężczyzn, reguł, czynszu spłat,
Wolna jak ptak.
Latem mam chłodny las,
Zimą pustyni brzask.
Przed sobą marzeń głos,
Królowa szos!
Znajomi śmieją się,
Ale ich szare życie nudzi mnie.
Choć czasem śpiewam bluesa
Za nic nie oddam mojego busa.
Święta jest ziemia wokół nas,
Rozejrzyj się i sprawdź,
Kiedyś znajdę nowy dom.
Królowa szos!
W zachodnich stanach znam już każdy kąt.
Błękitne niebo i powietrza prąd.
Każdą mieścinę tutaj znam.
I co z tego, że żółwie tempo ma
Moja żarłoczna wierna buda.
Strach przychodzi czasem, ale nigdy nuda.
Bo wreszcie uwolniłam się
Wybrałam "być", oni wybrali "mieć".
Moja kotka Layla, kiedy jest mi źle,
Przy zmysłach trzyma mnie.
Może to nie lwica, ale nie głaszcz jej pod włos.
Królowe szos!11
Kiedy Linda dojechała do Hanna Flat, Silvianne była wciąż dwie godziny drogi na południe, w Escondido. Parkowała przed apartamentowcem, w którym mieszkał jej znajomy, dzięki czemu miała dostęp do pralni i wanny z gorącą wodą (w slangu nomadów nazywa się to surfowaniem po podjazdach). Na koncie zostało jej czterdzieści dolarów i czekała, aż przyjdzie do niej pocztą karta kredytowa, której nie miała od dziesięciu lat.
Pierwsze dni Lindy na kempingu przebiegały spokojnie. W okolicy widywano kojoty, pojawiły się też plotki o pumie. Spadło kilka centymetrów śniegu, Linda włączyła więc sobie w Dziupli grzejnik. Kupiła nową butlę z gazem. Do drzwi lodówki przyczepiła magnes z napisem: "Żyj tak, jakby patrzyła na ciebie ciotka Bee", opatrzonym fotografią gosposi z The Andy Griffith Show, a obok przykleiła odę do życia nomady zatytułowaną A Full Set of Stuff [Mam tyle, ile trzeba] autorstwa Randy'ego Vininga, znanego jako Mobile Kodger. Wiersz zaczynał się słowami: "Moje życie stało się wieczną podróżą. / Mam tyle, ile trzeba, nie za mało, nie za dużo"12. Poza tym czytała. Znajoma nomadka poleciła jej Woodswoman. Living Alone in the Adirondack Wilderness [Kobieta z lasu. Samotne życie w głuszy Adirondack], a Linda pochłonęła rzecz na jednym wdechu, zachwycona niezależnością i ascetyzmem autorki, ekolożki Anne LaBastille, która zainspirowana Waldenem Thoreau, wybudowała sobie chatkę z bali za sześćset dolarów13. W poradniku Realizacja genialnych pomysłów. Jak sprawić, by nie skończyło się na gadaniu Linda szukała wskazówek, jak zbudować sobie udaną przyszłość14. Poza tym obejmowała Coco, która wtulała się w swoją panią na wspólnym materacu i od czasu do czasu podrywała łebek, żeby z zapałem wylizać jej twarz.
- Całuski, całuski! - przemawiała Linda do psa. - Bo sobie język zetrzesz. Trzeba go będzie reperować, a kto za to zapłaci?
Przed przyjazdem Silvianne, w niedzielę wybrała się do najbliższych pryszniców w chłodnych boksach z pustaków na kempingu Serrano, osiem kilometrów dalej, nad brzegiem jeziora Big Bear. W ramach oszczędności woda leciała tylko przez kilka chwil, więc żeby się wykąpać, trzeba było ciągle wciskać chromowany guzik. Wróciwszy na parking, Linda rozczesała w słońcu swoje długie włosy i zarzuciła nimi jak w reklamie szamponu.
- Błyszczą już? - spytała.
Silvianne zjawiła się po południu, ubrana w musztardowożółtą koszulkę z Fridą Kahlo, powiewną patchworkową spódnicę, różowe legginsy i zamszowe mokasyny. Uściskała Lindę, po czym zajrzała do Dziupli.
- Na zdjęciach wyglądała na większą! - orzekła.
Wysoka i smukła Silvianne nosiła grzywkę, a resztę siwiejących brązowych włosów niedbale spięła klamrą. Żeby wejść do przyczepy, musiała się schylić. Linda opowiedziała jej, jak bardzo lubi mieszkać w Dziupli. Jedyne wygody, za którymi tęskniła po wyprowadzce z kampera, to prysznic i toaleta. Tę ostatnią zastąpiła wiadrem i na razie nie narzekała.
Pokryta śniegiem Dziupla na kempingu Hanna Flat
Dwudniowe szkolenie personelu kempingu zaczęło się w poniedziałek o ósmej trzydzieści w Big Bear Discovery Center, ośrodku edukacyjnym prowadzonym przez Służbę Leśną Stanów Zjednoczonych. W nagrodę za udział przełożeni z California Land Management rzucili każdemu z kursantów po ciasteczku w folii. Ludzie cieszyli się głównie na darmowy lunch: pierwszego dnia podano hot dogi, drugiego kurczaka z El Pollo Loco. Oprócz posiłku każdy dostał bordową teczkę z trzystupięćdziesięciostronicowym regulaminem, po czym prowadzący wygłosili szczegółową pogadankę o obowiązkach pracowników kempingu. Zachęcano ich do przeczesywania terenu w poszukiwaniu mikrośmieci - kawałków celofanowych owijek, skrawków folii, niedopałków i innej drobnicy - oraz do usuwania z parceli "przedmiotów grożących potknięciem się", takich jak szyszki wielkości grejpfruta, które spadały z górujących nad lasem sosen Jeffreya. Przytaczano też opowieści ku przestrodze. Raz jakiś pechowiec zapomniał sprawdzić, czy w palenisku, z którego wygarniał popiół, nic się już nie żarzy, i niechcący podpalił meleks. "Nie bierzcie z niego przykładu" - pouczono kursantów. Innym razem jedna z pracownic złamała żebro, kiedy wspinała się na śmietnik, żeby naprawić zerwany łańcuch chroniący przed niedźwiedziami.
- To byłam ja! - zawołała Linda, ku irytacji przełożonych, którzy opowiedzieli tę historię bez świadomości, że ofiara jest w sali. (Wypadek zdarzył się zeszłego lata, kiedy Linda pracowała w Mammoth Lakes. Przez jakiś czas wszystko sprawiało jej ból: oddychanie, zamiatanie, jazda meleksem po wybojach, schylanie się, a nawet śmiech, gdy żartowała z letnikami. Znajomi i rodzina zmusili ją do wizyty u lekarza. Ten potwierdził złamanie żebra i nalegał, by w trakcie zrastania nie dźwigała niczego, co waży więcej niż cztery i pół kilo).
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.