Wszystkiemoje "nowe życia" zawsze okazywały się ciągami dalszymistarego. Postanowiłem wreszcie z tym skończyć. Urżnąłem się zradości. Rano obudził mnie głos matki: "wstawaj, pijaku,wstawaj, czas do pracy".
Idąculicą, chciałem ominąć żebraka i zderzyłem się z kimś znaprzeciwka, kto również chciał go ominąć. Tak połączyła nasserdeczna przyjaźń.
Dlaczegonieszczęścia bywają czasem źródłem zadowolenia, budującychrefleksji, a nawet pychy? Nic tak ludzi nie cieszy, jak cudzepotknięcia. Zawsze więc, ilekroć spotykam bliźnich, snujęopowieści o moich klęskach, by po chwili na ich chmurnych obliczachdostrzec promyk nadziei.
Odkrycie,którego dokonał niechcący, poraziło go: tylko w skrajnymnapięciu, a może i cierpieniu, doznawał szczęścia bycia naprawdęsobą. Sam siebie traktował jak obcą osobę, wartą wyśmiania ipogardy.
Dzisiajleczyć się musi zdrowy człowiek.
Popogrzebie Baltazara na cmentarzu zwierzęcym w K., kiedy to w trakciepodniosłej - cokolwiek zanadto - atmosfery, będąc niewątpliwiepod jej silnym wrażeniem, zdjąłem czapkę w chwili składaniazwłok tego nieodżałowanej pamięci kota do grobu, wróciłem do S.Sceny na grzebowisku, wśród kręcących się wiatraczków,płonących zniczy, maskotek, między płytami nagrobnymi psów ikotów, nam, starym prykom, pamiętającym jeszcze normalne czasy,wydawały się gorszące i niesmaczne w kontekście tego, co obecniewyrabia się z ludzkim ciałem jako rezerwuarem części zamiennych,czy nowej kultury pochówków polegających na utylizacji zmarłychjak jakichś odpadów, a nawet pomysłów, by ludzkie zwłoki służyłyużyźnianiu obszarów zdegradowanych i wyjałowionych rolniczo.Kiedy moja córka wycierała łzy z policzków, groźnym spojrzeniemkomentując mój ironiczny wyraz twarzy (nie potrafiłem tego ukryć),zadawałem sobie pytanie, czy i na pogrzebie ojca będzie równiewzruszona i cierpiąca jak na pogrzebie Baltazara.
Ө
Zaparkowałemkoło uniwersytetu medycznego. Tuż obok auta, przy krawężniku,leżała książka. Podniosłem ją. Nieznany autor, nieznanapozycja. Tytuł jednak zapamiętałem - Nogamido góry.Pieczątka nie pozostawiała wątpliwości, do kogo należyznalezisko. Mogłem ją zostawić na murku, licząc na to, że ten,kto ją zgubił, będzie jej szukał. Albo po prostu zignorować, alepostanowiłem oddać ją właścicielowi.
Bibliotekaznajdowała się przy bocznej ulicy, która kiedyś miała jakąśnazwę, a po zamknięciu całego, niegdyś wojskowego, kwartału istworzeniu tam miasteczka akademickiego stała się po prostubezimiennym pasażem. Budynek z czerwonej cegły był dość duży,czterokondygnacyjny, zwieńczony potężnym dwuspadowym dachem. Ani wpasażu, ani na małym placu przed wejściem nie było nikogo.Podobnie było wewnątrz. Wszedłem po szerokich kamiennych schodachpamiętających pewnie połowę XIX wieku na poziom parteru. Uderzyłamnie od razu ogłuszająca cisza sącząca się ze wszystkichzakamarków tego budynku, w tym także z wielkiego holu, nad którymwidniał napis "Szatnie i toalety". W czasach mojej młodości,kiedy w takim sąsiedztwie tworzono palarnie, było to miejsce chybanajbardziej gwarne. Teraz nie było tam nikogo. Wszedłem głębiej,by się upewnić. Pusty odgłos moich kroków odbił się od ścian.Nie było nawet szatniarek. Miejsce, do którego miałem się udać,znajdowało się na trzecim piętrze. Wchodząc po schodach, napierwszym i drugim piętrze minąłem przeszklone wejściawkomponowane w emanujące jasnym światłem szklane ścianybiblioteki uniwersyteckiej wydziałów prawa i administracji orazhistorii. Nie licząc regałów wypełnionych książkami, stały tamteż jednoosobowe stoliki, dla tych, którzy chcą zrobić szybkienotatki albo przeczytać coś na miejscu lub nawet napić się kawy zautomatu. Wszystkie stoliki były wolne, nie dostrzegłem równieżnikogo przy regałach. Na trzecim piętrze opatrzonym napisem:"Międzywydziałowa biblioteka filologii obcych" analogicznaprzeszklona ściana świeciła bardziej subtelnym światłem. Tuż zanią, po drugiej stronie, niczym recepcjonista w hotelu lubstróż-zakonnik w klasztorze, siedział bezbarwny, wypruty z emocji,ugrzeczniony do absurdu młody człowiek. Wyglądał tak, jakbywyciśnięto z niego wszelkie emocje. Oceniłem go może pochopnie,ale wydał mi się od razu cwaniaczkiem. Na mój widok zerwał sięjednak z miejsca, jakbym był kimś wyjątkowo ważnym, i stanął zapulpitem, lekko pochylając się w moją stronę, co odczytałem jakowyraz udawanego zadowolenia z powodu wizyty czytelnika.
- Znalazłemją na ulicy. Należy chyba do państwa? - powiedziałem.
Bibliotekarzbył wyraźnie zaskoczony, że ktoś zwraca do biblioteki książkę.Sam, być może, przechodząc obok niej, a nawet widząc pieczęćbiblioteki, minąłby ją obojętnie.
- Rzeczywiście,to nasza książka - powiedział, oglądając pierwszą stronę, naktórej widniała pieczęć i sygnatura.
- Czymogę się rozejrzeć? - zapytałem.
- Proszębardzo... - odpowiedział. Na jego twarzy nieśmiało zarysowałsię grymas drwiny.
Poprawej stronie, aż do ściany, za którą kończył się budynek,stały długie rzędy regałów z książkami, pomiędzy którymiustawiono też zielone sofy i solidne stoły. Za plecamibibliotekarza zlokalizowano księgozbiór, na który składały sięgłównie słowniki, encyklopedie, katalogi oraz archiwum prasyangielskiej, amerykańskiej, niemieckiej, francuskiej i rosyjskiej.Stamtąd również kłuła w uszy cisza. Ruszyłem w lewo. Minąłemregały z literaturą angielską i amerykańską i znalazłem się wczęści przylegającej do ściany z oknem, za którym rozciągałsię widok na jasno oświetlony porannym słońcem zupełnie pustyuniwersytecki plac i równie bezludny ogród po drugiej stroniepasażu, który kiedyś był ulicą i miał jakąś nazwę.
Wczęści biblioteki zajmowanej przez filologów obcych z pewnością,z wyjątkiem samego bibliotekarza, nie było nikogo.Najprawdopodobniej nie było nikogo również na dolnych piętrach.Podszedłem do jasnozielonej sofy stojącej obok półki, na którejustawiono w pionie książki ostatniej noblistki w dziedzinieliteratury, Annie Ernaux. Wziąłem do ręki nowiutką, pachnącąjeszcze papierem i farbą drukarską książkę i, zaginającwolumin, puściłem kartki w ruch. Kartki cicho zafurkotały. Siadłemna sofie. Była chyba nieużywana, nieskazitelnie czysta, pachniałaciągle nowością i była bardzo wygodna. Pomyślałem od razu, żemożna tu spędzać czas w komfortowych warunkach, ciszy, spokoju i wdobrym towarzystwie (uogólnienie to jednak dość ryzykowne); wkażdym razie ludzie z tego towarzystwa zamknięci już byli międzyokładkami książek. Byłem w części biblioteki z literaturąfrancuską. Przesuwając wzrok od regału do regału, zwróciłemuwagę, że książki francuskie mają zazwyczaj grzbiety białe lubbardzo jasne: szare, kremowe lub beżowe. Do rzadkości należałaczerwień lub czerń. Niemal szaleństwem było szukać wśród tychtysięcy wydawnictw pozycji z grzbietem granatowym czy zielonym.Problem był bzdurny, ale intrygujący. Doszukiwać się jednakgłębszego sensu w tym, że francuscy wydawcy wolą jasne koloryokładek (z jakich powodów? Czy ciemny grzbiet książki wpływanegatywnie na decyzje czytelników? Czerń mówi - nie czytaj mnie,biel - czytaj?) byłoby pewnie idiotyzmem, choć nie wykluczałbymtu udziału podświadomości. Zapadając się coraz głębiej (wsensie dosłownym i przenośnym) w tej uniwersyteckiej sofie, robiłemzewnętrzny przegląd publikacji epatujących bielą okładek rzadkosugerujących konkretną treść, powściągliwych i skromnych. Wprzeciwieństwie do książek polskich, których okładki częstokrzyczą, eksplodują formami, kolorami, a czasem i nawet czymśdużo bardziej dosłownym lub wulgarnym. Co nie oznacza, że niespełniają swojej roli.
Zjednej strony panowała tam cisza i spokój, z drugiej - ciszazwiastowała coś złego, wzbudzała niepokój. Jako dzieckonajbardziej bałem się nie bomby atomowej, która pali, burzy irozwala wszystko, lecz bomby neutronowej, która tylko zabija, zabijażywe organizmy, pozostawiając świat bytów nieożywionych:minerałów, metali i tworzyw (dziś powiedzielibyśmy, że równieżświat sztucznej inteligencji). Bałem się świata bez ludzibardziej może, niż samej śmierci.
Wyjąłemjedną z książek, z jasnym grzbietem oczywiście, i poprzewertowaniu kilku stron stwierdziłem, że z pewnością nikt nietylko jej nie czytał, ale nawet nie zaglądał do niej. Wziąłemnastępną. Wniosek był podobny. To samo dotyczyło trzeciej ikolejnych kilkunastu. Byłem w bibliotece książek, których niktnie czytał. To idealne miejsce dla mnie, pomyślałem. Są tuwygodne sofy w dyskretnie ukrytych za regałami boksach. Kamer jeststosunkowo niewiele i znajdują się jedynie w środkowej częścisali oraz przy wejściu i nad pulpitem bibliotekarza. Można tu więcodpocząć od zgiełku redakcji, telefonów, natrętów, wariatówprasowych i pieniaczy, a nawet zdrzemnąć się, wyciągając nogi nasofie.
Ruszyłemw stronę wejścia i stanowiska bibliotekarza, które, prawdęmówiąc, przypominało trochę hotelową recepcję.
Mijałempuste korytarze labiryntu między regałami pełnymi książek,których nikt nie czytał (a może po prostu wyciągałem zbytpochopne wnioski?), stoliki z martwymi komputerami i lampami zezwisającymi kloszami niczym kielichy kwiatów. Po prawej stronie, codwa, trzy regały, wyłaniały się rytmicznie kolejne okna na ulicęP., skąd docierał stłumiony odgłos przejeżdżającego właśnietramwaju. Nagle poczułem na sobie ciężkie i świdrującespojrzenie. A więc ktoś tu jeszcze był, nie licząc bibliotekarzai mnie. Odruchowo spojrzałem w lewo. W rogu sali, na wysokościdziału z literaturą rosyjską, na małym bibliotecznym krzesełkusiedział N. i patrzył na mnie tak samo zdziwiony mną w tym miejscujak i ja - nim. Pamiętam, że od razu przyszło mi do głowy toskojarzenie: przypominał pająka czyhającego na swoją ofiarę.
Ө
Tomniej więcej w tamtym czasie N. zaczął się dość dziwniezachowywać, choć na pierwszy rzut oka czy ucha wydawał się takijak wcześniej. Któregoś dnia, niedługo po uzyskaniu prawemerytalnych, dał człowiekowi, który żebrał koło mostu D.,prawie sto tysięcy złotych. Dał mu te pieniądze na leczeniechromej nogi, nie zdając sobie sprawy z tego, że ta noga dawałatamtemu stały dochód. Mało tego. Zdarzenie to było przyczynądwóch innych nieszczęść. Część pieniędzy powodowanyaltruizmem N. "pożyczył" z funduszu stowarzyszenia "Postęp".Drugie nieszczęście było jeszcze gorsze: człowiek z chromą nogązostał wyleczony i musiał zabrać się do uczciwej pracy.
Zciemnoszarego nieba, które jak betonowa kopuła zawisło nad S., zniewielkimi przerwami, od dwóch dni sączył się drobny deszcz,właściwie już mżawka. Zza okna dochodziły odgłosyprzejeżdżających tramwajów. Komputer, kiedy włączało sięchłodzenie, przez chwilę szumiał, po czym znowu zapadał w stanuśpienia. Niewątpliwie wymagał interwencji fachowca. Kawa stawiałamnie do pionu po prawie bezsennej nocy. Zastanawiałem się nadźródłem dziwnych zachowań czy, inaczej rzecz ujmując, nagłegoprzypływu rozsądku o nieznanej mi bliżej logice, a może po prostuzwykłego obłąkania N. Nie znajdowałem odpowiedzi na pytanie: czyN. to cyniczna świnia, czy po prostu zwyczajnie zwariował, on,szanowany dziennikarz, a później przez lata szef wydawnictwa. No imój mentor, któremu zawdzięczałem tak wiele, jeśli chodzi owarsztat pracy, wartości, etos, który tak pięknie potrafił mówićo odpowiedzialności, uczciwości i misji społecznej mediów.
Tak,wiele mu zawdzięczałem, choć to nie on nauczył mnie ABCdziennikarstwa.
Mojepierwsze artykuły - jak to mówią prześmiewcy - pisałem nakolanach. W ogóle uważałem, że dziennikarstwo jest swego rodzajudziałalnością misyjną, czymś w stylu dzielenia się ze światemdobrą nowiną. N. pewnie rozumiał to inaczej jako marksista iateista. Dziennikarstwo miało być narzędziem do rozpoznaniarzeczywistości społecznej, demaskowania wyzysku, nierówności lubdobrodziejstwa, jakim są rządy socjalistów. Nigdy nie miałemproblemów z dogadywaniem się z uczciwymi marksistami, wręczprzeciwnie, rozmowa z nimi była nawet łatwiejsza, niż zdziennikarzami uduchowionymi i amorficznymi. Swoją drogą "mistycy"okazywali się czasem dobrymi reporterami, bo szukali drugiego, amoże i trzeciego dna... Marksiści na ogół byli prości jakkonstrukcja cepa. Na ogół, co nie znaczy, że wszyscy. A może byłoto tylko iluzją, czego przykładem okazał się później on sam -N.
Napoczątku - co z pewną przesadą i autoironią mogę powiedzieć -czułem się misjonarzem, który za pierwszego dziennikarza uważałsamego Chrystusa. To on właśnie przyniósł ludzkości prawdziwenewsy. Nie wykluczam, że ojciec R., szef wiadomego radia, uznałbymoje wyznanie za bluźnierstwo, ale ja to wówczas tak widziałem.Niebawem po Zmartwychwstaniu powstały przecież ewangelie, któretraktowałem jak rodzaj mediów. Pojawiali się z czasem kolejnipionierzy dziennikarze, autorzy apokryfów. No i pierwszesprostowania, pierwsze fake newsy.
Byłto dla mnie, z pewnością, najciekawszy zawód świata. Zawód,którym zajmują się wyjątkowi ludzie, wybrańcy, a może i cilepsi, święci męczennicy wolnej prasy. Czasem śniłem o tym, byjako reporter umrzeć za wolność słowa gdzieś na pierwszej liniifrontu albo próbując rozwikłać zagadkę jakiejś zorganizowanejgrupy przestępczej czy skorumpowanych urzędników. Gotowy byłemzłożyć siebie w ofierze. Pod tym względem przypominałem neofitę:do pracy zabrałem się z nadmierną gorliwością, czyniąc niekiedywięcej zła niż dobra. Przypominałem pewnie O., drogiego i zarazempiekielnie uciążliwego O., który zamęczał nas swoimi hymnamipochwalnymi i nieustanne dziękował, że może być "dziennikarzemnajwspanialszej, ostatniej niezależnej papierowej gazety wwojewództwie, a może i w kraju".
Nieprzyszło mi wówczas do głowy, że dziennikarz coś zmyśla,naciąga, konfabuluje, kłamie czy - już nie daj Boże -wystawia na sprzedaż swoje usługi. Albo po prostu łże nazamówienie polityczne czy zaspokaja najniższe instynkty i popędyczytelników. W ogóle nie pomyślałem, że można ten zawódtraktować w kategoriach komercyjnych, a artykuły jak produkty. Jakoabsolwent polonistyki, na dodatek z epizodem antykomunistycznym wczasach słusznie minionych, uważałem, że jestem jako reporterkimś niezbędnym, strażnikiem wolności.
Kiedyokazało się, że wydawca pierwszej mojej gazety był rezydentem KGBw Dreźnie, który po upadku komuny postanowił się ustatkować w S.i tu otworzyć swój biznes, i akurat przypadkiem wydawniczy,pojawiła się pierwsza moja wątpliwość. Nadal czułem się jednakdziennikarzem z misją. Już wówczas krążyły słuchy, żeniektórzy dziennikarze mieli podwójną tożsamość.
Zanimjednak pojawiły się wątpliwości, nastąpiło bardziej radykalnezderzenie moich wyobrażeń z rzeczywistością. Mój pierwszy szef,K., pewien dysydent, który ostatnie lata przed upadkiem(pozorowanym, jak się okazało) komuny spędził w Berlinie,popatrzył na mnie, nieopierzonego młokosa tuż po magisterce, zpolitowaniem i wysłał mnie do H., bym napisał coś interesującegoo zakładzie wodociągów i kanalizacji.
Innymrazem relacjonowałem przyjazd do S. pana generała J. vel Amoroso.To był już bardziej emocjonujący temat. Wtedy jednak omal niewylądowałem na komisariacie, bo ochrona wzięła mnie za intruza, amoże i zamachowca. Na co dzień jednak wysyłano mnie na targowiska,bym spisywał ceny warzyw, albo do prosektoriów, bym wyciągał odpracowników ciekawostki na temat trupów.
Wtamtych czasach nie przyszłoby mi też do głowy, że dziennikarze iprasa mogą być wykorzystani jako narzędzie zniewolenia ipropagandy.
Zrozmyślań nad piękną przeszłością wytrącił mnie dzwonektelefonu. To był F., z którym kontakt straciłem ponad dwadzieścialat wcześniej. Niektórzy twierdzili, że był oszołomem (w tamtychczasach to było często używane słowo). Polska pełna byławówczas oszołomów, wariatów, ludzi śmiesznych, fantastów,nieodpowiedzialnych i takich, których koniecznie należy ośmieszyćz różnych powodów, dla ich własnego dobra i dla dobra kraju. Anajwiększymi oszołomami byli wówczas ci, którzy mówili "prawdę".Określenie to oznaczało człowieka dziwnego, ograniczonegofanatyka, kogoś, kogo należy wykluczyć, katolika, wariata,najczęściej - "prawicowego oszołoma". Wszyscy byliśmywówczas trochę świrami i - jak mi się wydaje - nie do końcapotrafiliśmy odróżnić to, co jest śmieszne, podłe i głupie odtego, co jest poważne, uczciwe i mądre. Takie to były czasy.
F.zapamiętałem jeszcze z jednego powodu. Zdarzało nam się razemimprezować w czasie studiów. Przed oczami stanęła mi raptemscena, gdy w pokoju na trzecim piętrze akademika trzymałem F. zaręce. Wisiał za oknem i, szukając nogami oparcia na ścianie,próbował z moją pomocą wejść przez okno do środka. Głupi,wymyślony po pijanemu pomysł, by wejść do pokoju kolegi przezdach akademika. Ale rynna i piorunochron okazały się mało pewnymiśrodkami dotarcia do celu. Spałem. W pewnym momencie obudził mniepotworny hałas i tubalny głos zza okna. To F., trzymając sięgzymsu, uderzał nogami o okno mojego pokoju. A potem zsuwał siępowoli uczepiony piorunochronu. Ale zsunął się za daleko. Wtedyzaczął krzyczeć. Kiedy otworzyłem okno, wisiał już z głową nawysokości parapetu. Zapytałem, czy może mi podać rękę. To niebyło zbyt mądre pytanie. Nie czekając na odpowiedź, mocno gochwyciłem, opierając się o ścianę i framugę okna. F. tymczasemszukał oparcia nogami. Był za ciężki, bym mógł go wciągnąć.To był wysoki facet ze sporym brzuchem. Na dodatek pijany. Wtedy,obudzony hałasem, do pokoju wbiegł G. Razem wciągnęliśmy F. dośrodka.
Byłopo pierwszej w nocy. Już nie spaliśmy do rana. Piliśmy irozmawialiśmy o tym, jak to dobrze będzie żyć po upadku komuny,która to rozkładała się na naszych oczach.
Zresztąnie był to pierwszy raz, kiedy wpraszał się niekonwencjonalnie.Innym razem odwiedził mnie nagle i niespodziewanie dekadę postudiach, już w wolnej Polsce, gdy mieszkałem w C. Spałem wówczasz siekierą koło łóżka, bo w okolicy było mnóstwo włamań dodomów, nawet podczas snu lokatorów. Przyjechał w nocy i dobijałsię do drzwi od ogrodu. To nie był dobry pomysł. Niewielebrakowało, a półprzytomny, w półśnie, z siekierą w rękurąbnąłbym go w łeb jak pospolitego przestępcę. To nie byłyspokojne czasy, a tym bardziej okolice. F. był już po rozwodzie. Natemat swojego małżeństwa nie chciał rozmawiać. Co ja właściwieo nim wiedziałem? Tak naprawdę niewiele. Ktoś mi opowiadał, żeżona wywinęła mu niezły numer. Kiedyś, kiedy wracali z jakiejśimprezy rodzinnej, zniknęła na stacji benzynowej i już więcej, ażdo rozwodu, jej nie widział.
Umówiliśmysię na spotkanie jeszcze tego samego dnia.
Tymczasemsprawa wariactwa N. nie dawała mi spokoju, jeśli to właściweokreślenie, które może opisać zachowania kolegi z firmy, który"był już śmiertelnie chory i raptem ozdrowiał", a później"nagle stracił hamulce, skrupuły i postanowił wziąć sprawy wswoje ręce". Dla części zespołu stał się po prostu zwykłą"kanalią i złodziejem". Niektórzy jednak nie mogli w touwierzyć, nadal mu ufali, nie wierząc faktom, słusznie poniekądkoncypując, że fakty nie oddają rzeczywistości. N. był przecieżprzez lata podporą firmy, autorytetem o nieskalanej niczym opinii,no może z wyjątkiem tego, że miał epizod polityczny w czasachsłusznie minionych, kiedy to w stanie wojennym wstąpił do partii.Dziwnym trafem ludzie mu tego jednak nie wypominali, uznając, żetakie to były czasy... Niektórzy mówili, że umiał kłamać jaknikt, co też można by podać w wątpliwość. Bo czy ktoś goprzyłapał na kłamstwie?
wserii kwadratukazały się:
"2008","2011", "2014", "2017", "2020" - antologiewspółczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo"Made in Roland"
MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
Wenanty Bamburowicz "Masypowietrza"
WaldemarBawołek"To co obok"
KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"
JacekBielawa "Kościelec"
Maciej Bieszczad "Ultradźwięki"
DariuszBitner"Książka"
JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa", "Zaklęty w szerszenim gnieździe"
RomanCiepliński"Diabelski młyn" , "Nogami do góry", "Ukryte myśli" ,"Schyłek", "Życie zastępcze"
TomaszDalasiński"Dzień na Ziemi", "Nieopowiadania", "Przystanek kosmos"
JerzyFranczak"Święto odległości"
KrzysztofGedroyć"Przygody K"
AdrianGleń"I"
AndrzejGrodecki"Iluzje"
BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"
LechM. Jakób"Ciemna materia"
JarosławJakubowski"Ciemna Dolina", "Koń", "Wojna"
BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"
JarosławKsiężyk"Hydra"
WojciechKlęczar"Wielopole"
BogusławaLatawiec"Ciemnia"
RyszardLenc"Chimera"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Hotel Polski", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"
MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"
JarosławMaślanek"Ferma ciał"
PiotrMichałowski"Światy równoległe", "Urbs ex nihilo"
AnnaMaria Mickiewicz"Listy z Londynu"
DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"
KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Secondlife", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"
EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"
PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sennie przyjdzie)"
PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"
GustawRajmus""Dwie Historie" i inne historie"
KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"
GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani", "Wyjście"
ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"
IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"
ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"
Michał Trusewicz "Przednówki"
AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Czasy i obyczaje","Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
EmiliaWalczak"Hey,Jude!"
MiłoszWaligórski"Ktoto widział"
Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"
MarekWarchoł"Bezdzień"
MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski wlatach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"
MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz Zubiński "Rzymskawojna"