Książę
Od kwadransa leżał w półśnie, z przymkniętymi oczami. Bał się je
otworzyć. Bał się, bo aż za dobrze znał ten stan. Niemal na pewno
pobudka będzie oznaczała ból - pulsujący, świdrujący, odbierający chęć
życia. Ale ta chwila zbliżała się nieuchronnie, zwłaszcza że słońce
bezczelnie nieproszone wdarło się już na poduszkę i zaczęło się skradać
w kierunku jego twarzy. Zaraz zacznie palić, a jego głowa...
eks-plo-du-je. Może i tak byłoby lepiej - pomyślał. - Ułamek sekundy i cię nie ma. Nie ma bólu, nie ma tego cyrku...
Wiedział, że jeśli nawet będzie uciekał przed słońcem, ono i tak go
dogoni, a on i tak się wybudzi. To nieuchronne... Jak wyrok.
Usiadł, spuścił nogi na podłogę, oparł łokcie o kolana, wsunął dłonie we
włosy. Długie, kędzierzawe, czarne. Lubił je. Były trochę jak zasłona -
przed światem, przed ludźmi.
Głowa bolała, ale nie tak bardzo, jak się spodziewał. Good! - pomyślał
i spojrzał na łóżko... Było wielkie. Spokojnie mogłyby się na nim wyspać
cztery osoby. Matka kazała je wyrzeźbić w drewnie jakiemuś miejscowemu
artyście. Na bank przepłaciła, ale w jej mazurskim pałacu wszystko
musiało być wyjątkowe i na "specjalne zamówienie". Zagłówek wykonany
był z powyginanych, wygładzonych i pomalowanych na wysoki połysk
gałęzi. Czasami się przydawał... Jednak teraz to pretensjonalne łoże było
puste. Tylko para poduszek - jego wygnieciona i przepocona po ciężkiej
nocy, Anki gładziutka, nietknięta, jakby dopiero co wyprasowana. Kołdra
zmierzwiona, ale nie od namiętnych uniesień, tylko jego samotnych
wysiłków podczas tych ostatnich godzin.
Nie chciał myśleć, gdzie ona jest. Wyobrażenia były nieznośne. To była
kolejna impreza, a te rządzą się swoimi prawami...
Anka lubiła imprezy, on w sumie też, ale z innego powodu. Po alkoholu i kresce białego proszku nabierał śmiałości. Nigdy nie brakowało mu
poczucia humoru, choć jego żarty bywały zbyt elokwentne dla niektórych.
Nie był przebojowy... Ona tak. Nie był piękny. Trochę za niski, figura
Polańskiego. Za to Anka jak Sharon Tate - wyższa od niego, zgrabna, choć
nie za chuda (nie lubił szczap), z kształtnym cyckiem, a nawet dwoma.
Zapłacił za nie dwadzieścia tysięcy, po dziesięć za każdy, choć te
naturalne podobały mu się. Może nawet bardziej. No, ale chciała...
Kiedy kilka dni temu byli w kinie na Pewnego razu w Hollywood, ze trzy
razy powtórzyła, że są jak Roman i Sharon. "Lepiej się do niej nie
porównuj" - odpowiedział ponuro, gdy wracali jego zabytkowym porsche do
domu. - Źle skończyła... Inaczej niż w filmie".
Wstał. Nie było źle, chociaż obraz wydawał się szybszy od myśli. Trochę
kręciło mu się w głowie, ale przeżył.
Włożył szlafrok. Ha! Nawet o ten kawałek szmaty się z nią kiedyś
pokłócił. Anka wolała go w jedwabnym. Czuł się w nim jak pedał. Kurde!
Wyglądał w nim jak pedał. Ale dla niej sprawa była prosta - jedwab jest
bardziej wytworny od czesanej bawełny czy włókna bambusowego.
Postawił na swoim, a ona, ilekroć widziała go w bambusie, nadąsana
nadymała swoje coraz większe usteczka. Bo jest takie nowe prawo w przyrodzie - wargi puchną wprost proporcjonalnie do przybywających lat.
Dość o niej!
Podchodząc do wielkich rozsuwanych szklanych drzwi do ogrodu, poczuł
przyjemne orzeźwienie. Poranne chłodne powietrze zdradzało rychły koniec
lata, ale można było jeszcze wyjść boso na trawę. Jednym ruchem
rozsunął białe muślinowe firany. Dwa kroki i poczuł zimną rosę na
stopach. Ach... Dobrze. Spojrzał w stronę jeziora. Dzieliło go od niego
jakieś pięćdziesiąt metrów. Ochroniarze kręcili się przy jego motorówce
i na molo. Widział z daleka, jak jeden z nich sprząta ją po
wczorajszych ekscesach. Na dziś też musi być gotowa. Ogarnie się trochę
i pomyśli, jak wykorzystać kolejny dzień urlopu. To były pracowite
miesiące, ale było warto... Teraz trzeba odpocząć.
- Cześć, szefie! - Najpotężniejszy z ochroniarzy dostrzegł go i zamachał
na powitanie. Kumple mówili na niego Hulk. Faktycznie, gdyby miał
zieloną skórę, byłby wypisz, wymaluj jak z komiksów Marvela.
- Cześć! Pamiętasz, o której wczoraj wróciliśmy?
- Ha, ha! Film się szefowi urwał, co? - Hulk najwyraźniej dobrze się
bawił.
- Tylko bez takich!
- No, skoro szef pyta, to odpowiadam. Osobiście położyłem szefa do łóżka
około trzeciej w nocy. I kołderką przykryłem. Ha, ha! Dobrze, że pani
Ani nie było, bobyśmy ją obudzili...
Ostatnie zdanie wskazywało, że wszyscy wiedzą, że między nim a Anką nie
jest najlepiej. Naigrawają się. Pewnie się cieszą. Wiadomo, ludzie
nienawidzą bogaczy. Do czasu... Do czasu, kiedy potrzebują pieniędzy.
Wtedy nagle bogacz jest dobry i wyciąga się do niego rękę.
Wszyscy ochroniarze są do wymiany. Czuł to już od dawna, ale nie miał
kiedy się tym zająć. Produkcja najnowszego programu zajmowała ostatnio
większość jego myśli. Ale wiedział, że zrobił hit. Takiego show jeszcze
w Polsce nie widzieli. Jesienią wszyscy będą o tym mówić...
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk esemesa. Sięgnął do kieszeni szlafroka.
Zanim jeszcze spojrzał na ekran, poczuł dreszcz podniecenia, bo ten
dźwięk zarezerwowany był dla niej. Nie dla Anki.
Karczma Biały Szkwał: "Obudziłam się i pomyślałam o Tobie...".
Karczma Biały Szkwał. Pracowała tam jako kelnerka, więc tak ją zapisał.
Zmyłka, na wypadek gdyby Anka
miała mu kiedyś grzebać w telefonie. Nie robiła tego nigdy, ale...
"Co sobie pomyślałaś, piękna?" - odpisał szybko.
Karczma Biały Szkwał: "Coś takiego, że mi się zrobiło ciepło... Tam,
niżej".
"Nie pytaj, co u mnie się dzieje teraz tam, niżej".
Karczma Biały Szkwał: "Pytam".
"Nie pytaj, tylko bierz!"
Karczma Biały Szkwał: "Do ust?".
"Do gardła".
Karczma Biały Szkwał: "Dziś?".
"Dziś! Muszę Cię w końcu mieć... Swoją drogą jak mnie zapisałaś w telefonie?"
Karczma Biały Szkwał: "No wiadomo! Książę. He, he. Wszyscy tak na Ciebie
mówią".
"To może skoro wszyscy tak mówią, to nie jest to najlepszy pomysł?
Zmień na jakiegoś Adama. Bez odbioru. I skasuj tę konwersację. Od razu".
"Książę". Kurde! Słyszał, że ludzie tak o nim mówią, i strasznie go to
wkurzało. Zawsze wszyscy będą go mieć za synalka bogatego tatusia. W sumie "bogatego" to mało powiedziane. Jego ojciec trząsł mediami w tym
kraju. Stacje telewizyjne, radiowe, internet, gazety. Czwarta władza.
Czwarta? Ojciec od lat był drugi lub trzeci na liście najbogatszych
Polaków. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Nie potrafił jednego -
sprawić, żeby o jego synu nie mówili, że wszystko kupił, załatwił,
ułatwił mu tatuś.
Ten program, który teraz zrobił, zamknie wszystkim usta. Sam go
wymyślił, wyprodukował, wyreżyserował. Za dużo ludzi przy tym pracowało
i widziało, jak harował po dwadzieścia godzin na dobę, żeby ktokolwiek
mógł mieć wątpliwości. Jeżeli ktoś tu komuś coś załatwił, to jedynie on
Ance...
Kiedy się poznali, była aktorką. Wziętą. Niezłą, ale nie taką, którą
angażuje się do poważnych filmów. Serialową. Dużo pracowała. Nawet na
randki trudno było się z nią umawiać. Kiedy się jej oświadczył,
zastrzegł, że jako jego żona ma mniej pracować. Spodziewał się awantury,
wrzasków, że zrujnuje jej karierę. Tymczasem... Anka z uśmiechem
powiedziała: "Kochanie, dla ciebie wszystko". Następnego dnia
oświadczyła producentom, że odchodzi z serialu. Wynegocjowali z nią, że
scenarzyści wyślą jej bohaterkę za granicę. I tak Malwina z Prawdziwej
miłości wyjechała do Ameryki Południowej w poszukiwaniu swojego
biologicznego ojca, a Anka wreszcie miała czas... Na masaże, treningi,
ostrzykiwanie twarzy i zakupy w najlepszych sklepach na świecie.
- Może chciałabyś trochę popracować, pokazać się znowu ludziom? Zapomną
w końcu o tobie. Poprowadzisz mój program. To będzie mocny powrót -
zaproponował jej któregoś dnia.
- W sumie... - odpowiedziała bez przekonania. - Ale pozwolisz mi potem
pojechać ze znajomymi na trzy miesiące na Seszele. I wszystko opłacisz.
Okej? - Usiadła mu na kolanach i zaczęła czule całować jego twarz i bawić się jego włosami.
- Dobrze. Może też do was dojadę? - odpowiedział. - Najważniejsze, że
mam już z głowy sprawę prowadzącej. Bo stale wciskają mi różne dziunie.
A jak powiem, że ty prowadzisz, zamknę temat. No bo kto zrobi to lepiej
od ciebie? Jesteś the best, babe.
- To przy okazji promocji programu postaraj się dla mnie o okładkę w "Playboyu". Dobrze? Pochwaliłabym się nowymi cyckami. - Ujęła swoje dwa
atuty w dłonie i podsunęła mu pod usta. Zanurzył się w nich z rozkoszą.
Chwycił ją mocno za biodra, wstał i rzucił na łóżko...
Gdy miała dobry humor, potrafiła być dla niego bardzo miła.
Marek
- Czterdzieści jeden, czterdzieści dwa, czterdzieści trzy... - Pompował
jak zawzięty. Ramiona już go paliły, ale nie odpuszczał. Nie żeby był
jakimś kulturystą, po prostu trener personalny musi wyglądać. Jednak
teraz przede wszystkim chciał wyglądać dla niej. Wiedział, że gdy się ma
trzydzieści trzy lata na karku, to figura łatwo może
się posypać. On postanowił sobie wyglądać zawsze jak Adonis. Najwyżej
nie będzie żarł, ale brzuszyska nie zapuści!
Pot spływał mu po twarzy, zalewał oczy. Wpatrywał się w powiększającą
się pod nim kałużę na wysokości jego głowy. Powoli zaczął w niej widzieć
swoją twarz...
- Sześćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt sześć... - Lubił liczyć na głos.
Łatwiej było mu wtedy kontrolować oddech.
Ona spała jeszcze głębokim snem. Trudno się dziwić. Wymęczył ją
dzisiejszej nocy... Ta dziewczyna ma możliwości fizyczne. Zresztą od roku
sam o to dbał.
Trzy razy w tygodniu spotykali się na sali treningowej. Prywatnej.
Wielkie okna z widokiem na ogród... Nie, nie ogród. Podwarszawską
rezydencję otaczał park. Najlepszy, kompletnie niewykorzystany sprzęt, o jakim mogliby pomarzyć zawodowi sportowcy. No i intymność. Pozorna. Nie
mieli dużo swobody. Już podczas pierwszego treningu Anka mrugnęła do
niego i niby zażartowała, ale tak naprawdę to było ostrzeżenie:
"Gratuluję, właśnie dostałeś się, Marku, do domu Wielkiego Brata.
Pamiętaj, to pomieszczenie naszpikowane jest kamerami, które
zarejestrują każdy twój ruch i każde twoje słowo".
Doskonale pamięta tamten dzień. Miała na sobie pomarańczowe legginsy i czarny stanik, który opinał kształtny, choć wtedy jeszcze niewielki
biust. Podobała mu się, nawet bardzo, ale od razu wiedział, co trzeba
poprawić w jej figurze. Ujędrnić tyłek i brzuch, popracować nad plecami.
Cycki mogłaby mieć większe... - pomyślał.
Miał ochotę jej dotknąć. Po raz pierwszy zrobił to, gdy walczyła z hantelkami - korekta toru ruchu. Lekko się wzdrygnęła. Jednak w końcu to
naturalne, że trener pilnuje, by prawidłowo wykonywać ćwiczenie. Nie
wszystko da się wytłumaczyć słowami...
Bardziej intymnie zrobiło się, kiedy doszli do rozciągania.
- Połóż się na plecach, jedną nogę zegnij w kolanie, drugą unieś
wyprostowaną. Podociskam cię trochę.
Nie oponowała. Najpierw trochę się śmiała, ale w końcu zorientowała się,
że Marek ma poważną minę i napierając torsem na jej udo, ze skupieniem
patrzy jej prosto w oczy.
- Dlaczego tak patrzysz?
- Patrzę, jak reagujesz. Muszę kontrolować swoje ruchy. Nie chciałbym ci
zrobić krzywdy...
Bariera bliskości fizycznej została przełamana. Potem wymyślił treningi
outdoorowe i od tej pory jedyną barierą, której oboje nie mogli
lekceważyć, było to, ile trwały te ich spotkania. Anka zawsze
punktualnie wracała do domu. Pilnowała tego...
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk budzika. Wyłączył go szybko. Chciał ją
obudzić łagodnie. Tak jak lubiła - pocałunkami.
Wiedział, że nie mają już dużo czasu. Zaraz będzie trzeba się zbierać.
Nienawidził jej oddawać. Nienawidził, kiedy wracała do swojego
prawdziwego świata. Problem w tym, że ten jej prawdziwy świat był jak
bajka i że nigdy nie zrezygnuje z tego, co udało jej się zdobyć. Noc czy
dwie w drewnianym domku na campingu potrafiła wytrzymać, ale gdyby miała
zamieszkać z nim na pięćdziesięciu metrach przy ruchliwej ulicy w Warszawie, to sielanka szybko by się
skończyła.
Jak to jest żyć bez trosk? To znaczy bez zmartwień o kasę, o to, że
trzeba iść do pracy, o to, że frank podskoczył i trzeba jakoś na ratę uzbierać. On miał tego typu zmartwienia. Ona za to miała męża.
Księciunio pieprzony! - Na samą myśl o tym gościu wzbierała w nim
agresja. Gość nic mu nie zrobił, w sumie nawet go dobrze nie znał, ale
miał Ankę tak, jak on nigdy jej mieć nie będzie. Wiedział, jaka jest.
Kocha kasę, kocha wygodę. Tymczasem intercyza mówiła jasno: jeśli rozwód
będzie z jej inicjatywy lub winy, nie dostanie NIC. Chcesz odejść?
Pakujesz to, z czym przyszłaś, i do widzenia.
Nie zdążył jej obudzić. Kiedy wszedł do sypialni, była już ubrana. Stała
przy oknie, robiąc szybki makijaż. Wyglądała pięknie, choć jej strój zupełnie nie pasował do tej pory dnia.
Czarne skórzane spodnie i srebrna brokatowa bluzka na cienkich
ramiączkach. Taką ją porwał wczoraj
z imprezy, którą urządził Księciunio.
Nie próbowała ukryć, że nie jest już siksą. Była od niego starsza.
Kręciło go to. Trudno było jej zaimponować, czymś ją zaskoczyć, a on
lubił wyzwania. To dodawało pieprzu ich relacji. Solą zaś było to, jak
reagowały na siebie ich ciała. Nie potrzebowali słów.
- Mareczku, podwieziesz mnie do Gośki i razem z nią wrócę do siebie.
Powiem, że spałam u niej.
- I on w to uwierzy? - zapytał. W jego głosie wyczuwało się kpinę.
Zawsze szokowało go, jak Anka umie kłamać, kombinować, kręcić. Była
naprawdę niezłą aktorką.
- Wiesz, w końcu to była impreza. Znasz nasz układ. Romanse to coś
innego niż imprezowe, jednorazowe incydenty pod wpływem. Ja też nie
wnikam, z kim on spędził dzisiejszą noc.
- Jestem więc "incydentem"?
- Ty jesteś romansem. W tym problem. - Spoważniała i popatrzyła na niego
w milczeniu. - Dużo ryzykuję - dodała po chwili.
- Chcę ciebie. Ale nie tak jak teraz. Chcę ciebie codziennie. Kocham
cię, Anka. - Podszedł do niej, nachylił się do jej szyi, ale ona zrobiła
unik.
- Przecież wiesz, że straciłabym wszystko.
- A gdyby on chciał rozwodu?
- Dostaję naszą rezydencję w Podkowie i dożywotnie comiesięczne
alimenty.
- Ile by tego było? - Nigdy wcześniej o to nie pytał. Bał się poruszać
ten temat. Wiedział, że usłyszy kwoty, przy których poczuje się malutki.
- Dwadzieścia tysięcy! Wyobrażasz sobie? Przecież za to nawet bym tej
chałupy nie utrzymała.
- Myślałem, że majątek dzieli się na połowę.
- Tylko w przypadku śmierci innej niż samobójstwo... - Anka, wypowiadając
te słowa, malowała usta. Nie towarzyszyły jej żadne emocje. Dla niej to
była tylko teoria, jakieś punkty z intercyzy, które wykuła na pamięć.
Skoncentrowana była jedynie na tym, by równo nałożyć szminkę.
Dla Marka słowo "śmierć" było tak samo naturalne jak "życie". Jeszcze
pięć lat temu służył w wojsku. Misja w Afganistanie. Pokojowa. Brzmi to
tak gładko i pięknie, ale widział tam różne rzeczy. Złe. Straszne. Nigdy
z nikim się tym nie dzielił. Ale jedno wiedział na pewno: człowieka
zabija się łatwiej niż krowę. Jest lżejszy, słabszy. A uczucia? Jakie
uczucia? Zabijanie to kwestia rutyny.
Czarna owca
Trudno było sobie wyobrazić lepszy moment. Ten był wprost idealny. W tym
przypadku liczył się każdy szczegół, każdy pieprzony szczegół, na który
zapracowała. Czekała na to latami. Jednak było warto...
Siedziała w salonie swojego własnego apartamentu
w Monte Carlo. Dwieście pięćdziesiąt metrów, ostatnie piętro z widokiem
na port. Ten port, do którego swoimi luksusowymi jachtami przypływają
najbogatsi ludzie świata, politycy, gwiazdy showbiznesu. A potem
zapuszczają się wieczorami w uliczki miasta, w którym ona mieszkała.
Przegrywali w kasynie pieniądze, a dla otarcia łez wstępowali do salonu
Prady, który ona odwiedzała niemal codziennie - wystarczyło, że zjechała
windą na parter.
I kto tu ma lepsze życie? Stojąc przy portefen?tre ozdobionym
rzeźbioną balustradą, wzięła głęboki oddech... Zapach kwiatów. To ją
wprost urzekło. Nie znała drugiego takiego miejsca na świecie, gdzie
powietrze pachniałoby jak w perfumerii. Bliskość słynnego ogrodu
botanicznego znacznie podnosiła cenę apartamentów. Tu nawet gdyby
polizać ścianę, poczułoby się smak luksusu. Ale ona była już
przyzwyczajona do luksusu. Nie on wprawiał ją tego dnia w tak dobry
humor.
Tak, to był idealny moment. Ile lat na to czekała? Kiedy uciekła z domu,
miała siedemnaście. Przed tygodniem zmieniła "system operacyjny" na 4.0.
No to ładny prezent zrobił jej Księciunio... Choć nie bardzo się śpieszył.
Uśmiechnęła się do siebie, wzięła łyk szampana
i jeszcze raz spojrzała na ekran iPada. Tytuł artykułu przyprawiał ją o dreszcze: "Syn znanego miliardera wyprodukował nowy program. To będzie
rewolucja
w telewizji".
- Ha, ha! - Choć była sama i nikt jej nie słyszał, śmiała się głośno i powtarzała: - "Syn znanego miliardera, syn znanego miliardera"... -
Dawało jej to satysfakcję. - Tym właśnie jesteś, braciszku, "synem
znanego miliardera". I tylko nim pozostaniesz na zawsze. Bez imienia,
nazwiska...
Wiedziała oczywiście, że w Polsce zrobiło się głośno
o produkcji jej przyrodniego brata. W tym grajdołku podniecą się byle
gównem, byle tylko śmierdziało pieniędzmi. I właśnie takie gówno zrobił
jej brat. Była o tym przekonana. Ale dobrze, niech mówią, niech piszą.
Przecież czekała na właśnie taki idealny moment, kiedy w końcu będzie
mogła odegrać się za te wszystkie lata upokorzeń, jakie jej zgotowali -
on i ich wspólna mamusia.
Od lat nie myślała o niej jak o matce. To nawet nie był już jej świat.
Jednak do pełni szczęścia potrzebowała smaku zemsty.
I właśnie wybiła godzina zero.
Wszystko to miało wydarzyć się znacznie wcześniej - jakieś dziesięć lat
temu. Jednak jak na złość "syn znanego miliardera" został kopnięty w dupę przez poprzednią narzeczoną. Śliczna Ola była piosenkarką, również
córeczką bogatych rodziców. Oczywiście nie ma co porównywać tych dwóch
fortun, ale sroce spod ogona nie wypadła.
Kochali się, za rączki trzymali. Ona tak w niego zapatrzona... Do
momentu, gdy "Życie na Szczycie" nie opublikowało trzech ciekawych
zdjęć:
1. Śliczna Ola na zapleczu sceny, na której chwilę wcześniej
występowała, w namiętnym pocałunku z gitarzystą ze swojego zespołu.
2. Czyżby Ola lewą ręką chwyciła za krocze swojego kolegę?
3. Resztę wieczoru oboje spędzili na tylnym siedzeniu hummera
gitarzysty.
Ciacho było z niego, że palce lizać: długie dredy, ręce
w tatuażach i twarz Chrystusa. Taki święty diabeł. No i wodził jak
diabeł Oleńkę na pokuszenie. A w całej tej historii najzabawniejsze było
to, że to nie Książę ją kopnął w dupsko, tylko ona jego. Zupełnie jakby
ucieszyły ją te zdjęcia. Najwyraźniej były tej małej kurewce na rękę.
"Syn znanego miliardera" leczył się z tej traumy kilka lat. Z nikim się
nie wiązał, przynajmniej oficjalnie. Tymczasem by zemsta była naprawdę
słodka, potrzebna była kobieta. Jednak nie jakiś przelotny romansik.
Żona. Żeby bardziej bolało. I żeby wstyd był większy.
Wszystko byłoby dobrze, tylko ta Anka trochę nie pasowała do profilu
wybranki serca Księcia. Zastanawiała się nawet, jak to się stało, że
padło akurat na nią. Była ładna, to fakt. Była znana. Być może o to
właśnie chodziło? Może jej braciszek dodaje sobie w ten sposób kilka
centymetrów... wzrostu. Nawet z charakterów jacyś tacy niepodobni... Czasem
zastanawiała się, czy to możliwe, żeby Anka naprawdę go kochała.
Wpatrując się w zbierające się nad portem chmury, pomyślała, że jest
ostatnią osobą, która cokolwiek wie o miłości i może kogokolwiek
oceniać. Apartament, pieniądze na koncie - wszystko, co miała, zarobiła,
udając może nie wielką miłość, ale przywiązanie i oddanie. Być może
nawet nie do końca było to udawanie, bo kiedy myślała o Filipie, robiło
jej się ciepło na sercu. Jednak trochę razem przeżyli, mają synka.
Starał się być szarmancki. To jednak był układ, a nie prawdziwy związek.
Musiała się zgadzać na wiele rzeczy, na które nie miała ochoty. Kiedyś
przyprowadził do domu jakiegoś faceta - nigdy wcześniej ani nigdy
później go nie widziała. Podali jej narkotyki. Wzięła dobrowolnie. Po
przebudzeniu niczego nie pamiętała. Filip leżał obok niej, był w dobrym
nastroju. Gdy spojrzała na niego pytająco, powiedział tylko, że spisała
się na medal. Nie rozwijał tematu, a ona nie pytała.
Kiedy go poznała, miała osiemnaście lat... Nie uczyła się, pracowała w McDonaldzie. Mieszkała kątem u swojego chłopaka - studenta polonistyki,
który wynajmował pokój w obskurnym mieszkaniu w starej kamienicy na
Pradze. Wracała po pracy do domu, śmierdząc frytkami. Nawet po kąpieli
czuła ich zapach we włosach. Nie chciała tak żyć. Wiedziała, że nie
potrafi dziadować. Musiała jak najszybciej dostać się do kasty, z której
się wywodziła,
w której żyła przez kilka ostatnich lat. Zawsze zastanawiała się, jak
jej mamie - górniczej wdowie - udało się zdobyć jednego z najbogatszych
ludzi w Polsce. Najważniejsze, że zabrał je ze śląskiego familoka wprost
do swojego wiejskiego pałacu na Mazurach...
W ciasnym pokoju, w którym mieszkali z Mikołajem, nie mieli nawet łóżka.
Stary, wygnieciony dwuosobowy materac wciśnięty był w kąt przy
kaloryferze. Trzeba było uważać, żeby się nie uderzyć. Nie liczyła już,
ile guzów sobie o niego nabiła.
Któregoś poranka, gdy Mikołaj wyszedł, wpadła w rozpacz. Miała dość
tego całego syfu, kajzerek z najtańszym pasztetem na śniadanie i kłótni
o to, kto w tym miesiącu płaci za czynsz. Potrzebowała choć odrobiny
luksusu...
Wykąpała się. Włożyła sukienkę od Chanel, którą dostała na poprzednie
urodziny, i szpilki. Mikołaj nie lubił jej w tym stroju. Mówił, że
wygląda w nim jak stara ciotka. Rzeczywiście, patrząc w lustro, widziała
dwudziestotrzylatkę. I na tyle się czuła. W tym wydaniu było jej lepiej
niż w wojskowej kurtce i glanach... Zajrzała do portfela. Dwadzieścia
złotych musiało jej wystarczyć na przyjemności. Ma być miło!
Tramwajem dojechała do centrum i poszła na spacer Nowym Światem, a potem
Krakowskim Przedmieściem do hotelu Bristol. Plan był prosty: zamówić
herbatę
i posiedzieć z książką, porozkoszować się zapachem belgijskiej
czekolady, pysznych ciast, na które nie było jej stać, i poudawać kogoś,
kim już nie jest...
Żeby nie zwariować, fundowała sobie odtąd taką przyjemność raz w tygodniu. Któregoś dnia zobaczyła, że przy stoliku obok siedzi Filip.
Znała go z telewizji. Wszyscy go znali. Były piłkarz, teraz deweloper. W Wiadomościach mówili, że buduje najdroższy apartamentowiec w Polsce...
Uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił uśmiech. Podczas kolejnego
spotkania zapłacił za jej kawę, zaproponował obiad i ciastko na deser.
Tak to się zaczęło. Czuła się przy nim trochę jak córka, ale
odpowiadało jej to. Swojego taty prawie nie pamiętała. Zginął w kopalni. Wybuch metanu. Po czterech tygodniach ratownicy dotarli do
miejsca zawału. Mamie powiedzieli, że to była szybka śmierć. Wierzyły w to, że nie cierpiał.
A ojczym milioner? Nigdy nie zapomni ich pierwszego spotkania. Ani razu
nie spojrzał jej w oczy. I później też nigdy tego nie robił. Chyba nie
zdarzyło jej się
z nim porozmawiać tak po prostu - o szkole, o chłopakach, o czymkolwiek. Akceptował ją, tolerował to, że jego żona ma taką
"broszkę". Jednak w kwestii listów nie zrobił nic...
Listy przychodziły raz w tygodniu, od kiedy skończyła szesnaście lat.
Błękitna papeteria, adres napisany na starej maszynie do pisania.
Wysyłane były z poczty
w Węgorzewie, a pokojówka - zgodnie z zasadami panującymi w domu -
kładła je na biurku w jej pokoju. Co zawierały? Wyznania...
"Drogi Kopciuchu,
podoba ci się to przezwisko? Doskonale pasuje do córki górnika, prawda?
Wydaje ci się, że jesteś teraz księżniczką, ale nic z tego, z czego
teraz korzystasz, ci się nie należy.
I osobiście dopilnuję, żebyś zwróciła każdą pieprzoną złotówkę, którą
przejadasz w tym pałacu. Obiecuję ci, że nadejdzie dzień, kiedy wszystko
sobie odbiorę. Głupia pokrako, szukaj już sobie bogatego gacha. Nie mogę
się doczekać dnia, w którym znikniesz...
Pełen uczuć
Twój Brat
PS Jeśli komukolwiek pokażesz ten list, wszystkiego się wyprę. Zresztą
chyba wszyscy doskonale wiedzą, kto w tej rodzinie jest czarną jak
węgiel owcą".
To był pierwszy list. Każdy kolejny był gorszy. Czuła coraz większy
niepokój. Miała wrażenie, że jest obserwowana. Przestała ufać znajomym.
A on non stop jej groził, naśmiewał się z jej kompleksów, których jak
większość nastolatek miała wiele. Brzydził się biedą. Ona najwyraźniej
uświadamiała mu, skąd wywodzi się ich matka. Tak to sobie tłumaczyła.
Nikt nie wiedział, jaki Książę jest naprawdę. Miał przecież zaledwie
dwanaście lat, gdy zaczął ją dręczyć, zamieniając jej życie w piekło.
Po roku postanowiła powiedzieć o wszystkim mamie. Dostała w twarz za
oczernianie brata. Ojczym też jej nie uwierzył. Zarzucili jej, że
spreparowała te listy.
Do torby treningowej, którą dostała na urodziny wraz z pakietem lekcji
tenisa, zapakowała trochę ubrań i kosmetyków. Z portfela mamy ukradła
trzysta złotych. Na swoim biurku zostawiła całą korespondencję od
Księcia i karteczkę: "Dłużej nie wytrzymam. Nie chcę Was znać". Mikołaj
czekał na nią pod bramą rezydencji. Kiedy biegli razem
w kierunku PKSu, śmiała się, nareszcie wolna...
Uciekła z domu i rzeczywiście stała się czarną owcą rodziny. Kiedy
znajomi o nią pytali, matka i ojczym mówili, że wyjechała do szkoły za
granicę. I odebrała szkołę... Życia.