Nocny portret - Laura Morelli

Kup ebooka

49.40 zł
43.47 zł (41,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

EDITH

Mo­na­chium, NiemcyWrze­sień 1939

Edith wal­czyła wła­śnie z zam­kiem w drzwiach miesz­ka­nia, kiedy usły­szała krzyk ojca.

Włosy sta­nęły jej na gło­wie, a wzdłuż krę­go­słupa prze­szedł prąd jak w trak­cji tram­wa­jo­wej pod na­pię­ciem. Ni­gdy jesz­cze nie sły­szała, by tak prze­raź­liwy dźwięk wy­do­był się z jego ust. Za­częła wa­lić w drzwi z ca­łej siły. - Tato!

Wresz­cie klucz za­sko­czył w zamku i drzwi się otwo­rzyły. Edith nie­mal wpa­dła do miesz­ka­nia. Zrzu­ciła z ra­mie­nia torbę, z któ­rej wy­pa­dły przy­nie­sione z pracy książki o sztuce i teczki. Za­kładki i od­ręczne no­tatki roz­sy­pały się po wy­dep­ta­nej drew­nia­nej pod­ło­dze. Edith po­bie­gła ko­ry­ta­rzem w kie­runku głosu do­bie­ga­ją­cego z na­sta­wio­nego na cały re­gu­la­tor ra­dia. Spi­ker ogła­szał, że nie­miec­kie od­działy prze­kro­czyły Wi­słę na po­łu­dniu Pol­ski. W po­koju od frontu za­stała ojca, który sie­dząc w swoim fo­telu, bro­nił się chu­dymi rę­kami i no­gami przed po­chy­la­jącą się nad nim drobną ko­bietą.

- Herr Bec­ker! - Elke, ko­bieta, która opie­ko­wała się oj­cem, kiedy Edith była w pracy, usi­ło­wała zła­pać starca za przed­ra­miona. Włosy miała w nie­ła­dzie, bo wy­mknęły się szpil­kom przy­trzy­mu­ją­cym je na czubku głowy. Jej twarz wy­krzy­wiał gry­mas. Dłu­gie nogi ojca Edith znów wy­ko­ny­wały sztywne i nie­sko­or­dy­no­wane ru­chy w kie­runku go­leni Elke.

Wtem do Edith do­tarła od­ra­ża­jąca woń uryny i eks­kre­men­tów, ręce jej opa­dły.

- Nie chce pójść do to­a­lety! - Elke w końcu pu­ściła Herr Bec­kera i od­wró­ciła się do Edith. - Nie mogę go zmu­sić, żeby wstał z tego fo­tela!

- W po­rządku - po­wie­działa Edith, sta­ra­jąc się pa­no­wać nad gło­sem. - Pro­szę mi po­zwo­lić z nim po­roz­ma­wiać.

Elke z iry­ta­cją mach­nęła rę­kami i wy­co­fała się do kuchni. Edith prze­szła przez po­kój, żeby wy­łą­czyć ra­dio i uci­szyć pełną pa­tosu ty­radę spi­kera.

- Tato - uklę­kła na dy­wa­nie przy fo­telu ojca, tak samo jak wtedy, kiedy była małą dziew­czynką, która bar­dzo chciała usły­szeć jesz­cze jedną z opo­wia­da­nych przez ojca hi­sto­rii o ksią­żę­tach i księż­nicz­kach z daw­nych cza­sów. Kwia­towe wzory na pod­ło­kiet­ni­kach fo­tela wy­bla­kły, ma­te­riał po­prze­cie­rał się, sie­dzi­sko było tak za­pad­nięte, że na pewno nie było już dla tego me­bla ra­tunku. Edith z ca­łej siły sta­rała się nie zwra­cać uwagi na fe­tor.

- Ta ko­bieta... - po­wie­dział oj­ciec, jego oczy roz­sze­rzone z po­wodu fu­rii stały się męt­nymi gał­kami w żół­tych ob­wód­kach. Z kuchni do­cho­dził szum wody i trza­ska­nie garn­ków.

Szorst­kie białe włosy ster­czały na jego bro­dzie. Edith wy­obra­żała so­bie, jak Elke go­dzi­nami wal­czyła z oj­cem. Sta­wało się to co­dzien­no­ścią - Herr Bec­ker od­ma­wiał udziału w naj­prost­szych czyn­no­ściach, czy cho­dziło o za­ło­że­nie czy­stej ko­szuli, czy o go­le­nie. Na­mó­wie­nie go na ką­piel było nie­mal nie­moż­liwe, w ostat­nich ty­go­dniach za­czął prze­ja­wiać nie­wy­tłu­ma­czalny strach przed wodą. Edith żal było Elke, a jed­no­cze­śnie czuła się sfru­stro­wana, że żadna z cią­gle zmie­nia­ją­cych się opie­ku­nek, które za­trud­niała, nie ro­zu­miała, jak na­leży po­dejść do jej ojca, żeby go skło­nić do współ­pracy. Mu­siała przy­znać, że wy­ma­gało to ogrom­nej cier­pli­wo­ści i odro­biny sprytu.

Ze szpary mię­dzy obi­ciem a ramą fo­tela Edith wy­do­była Maxa, sfa­ty­go­wa­nego plu­szo­wego psa, który na­le­żał do niej, gdy była dziec­kiem. Te­raz Max był sta­łym to­wa­rzy­szem jej ojca, a jego białe fu­tro ule­gło zmierz­wie­niu i po­bru­dze­niu.

- Już do­brze, tato - po­wie­działa uspo­ka­ja­jąco Edith, kła­dąc dłoń na jego przed­ra­mie­niu, na któ­rego cien­kiej, po­marsz­czo­nej skó­rze wi­doczne były ciem­niej­sze plamy. Drugą ręką oj­ciec przy­ci­snął mocno plu­szo­wego zwie­rzaka do swo­jego boku. Z tyłu za nimi gło­śno ty­kał szwaj­car­ski ze­gar. Książki o sztuce le­żały w bez­ład­nych ster­tach wzdłuż ścian, pa­ski pa­pieru wy­sta­wały w róż­nych miej­scach z każ­dego tomu. Za­ku­rzone, po­żół­kłe strony ka­ta­lo­gów i cza­so­pism na­uko­wych, które jej oj­ciec kie­dyś po­chła­niał, te­raz po­pa­dły w za­po­mnie­nie.

- Może cię umy­jemy? Coś mi się wy­daje, że bę­dziesz mieć go­ścia.

Oczy ojca roz­bły­sły, kiedy do­tarł do niego sens jej nie­win­nego kłam­stwa, a ją prze­szyło bo­le­sne po­czu­cie winy. Ża­den z przy­ja­ciół ojca nie przy­cho­dził z wi­zytą. Kiedy prze­stał roz­po­zna­wać ich twa­rze i nie mógł so­bie przy­po­mnieć imion, wy­kru­szyli się je­den po dru­gim. Edith pa­trzyła bez słowa i nie mo­gła tego po­wstrzy­mać.

Oj­ciec stra­cił orien­ta­cję w cza­sie, ale Edith wie­działa, że mi­nęły mie­siące od wi­zyty ostat­niego go­ścia, nie li­cząc jej na­rze­czo­nego, He­in­ri­cha. A te­raz na­wet to miało się skoń­czyć. He­in­rich wkrótce wsią­dzie do po­ciągu do Pol­ski, z przy­dzia­łem do nowo for­mo­wa­nej dy­wi­zji pie­choty We­hr­machtu. Gdy tylko wkro­cze­nie do Pol­ski zo­stało ogło­szone w ra­dio i ga­ze­tach nie­całe dwa ty­go­dnie temu, Edith wstrzy­mała od­dech i za­częła się mo­dlić, ale ofi­cjalny roz­kaz dla He­in­ri­cha nad­szedł i tak.

Te­raz jed­nak nie chciała o tym my­śleć.

W ła­zience pod­sta­wiła dłoń pod kran i cze­kała, aż woda zrobi się cie­pła. Ni­gdy nie przy­szłoby jej do głowy, że ba­riera wstydu mię­dzy oj­cem a córką może tak cał­ko­wi­cie znik­nąć. A co in­nego mo­głaby zro­bić? Kiedy opie­kunki, które wy­naj­mo­wała, nie­uchron­nie re­zy­gno­wały z uże­ra­nia się z jej upar­tym oj­cem, komu in­nemu, jak nie jego je­dy­nej córce za­le­ża­łoby, żeby zdjąć mu spodnie, de­li­kat­nie ob­myć go wil­gotną szmatką, ostroż­nie po­pro­wa­dzić brzy­twę po jego szczęce? Matka Edith zmarła pra­wie pięć lat temu i w chwi­lach ta­kich jak ta tę­sk­nota za nią była od­czu­walna bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

- Gu­ten Abend!

Wy­chy­liw­szy głowę zza drzwi ła­zienki, Edith zdą­żyła zo­ba­czyć, że do miesz­ka­nia wszedł He­in­rich i le­dwo przy­wi­tał się z Elke, a nie­bie­ski płaszcz prze­ciw­desz­czowy i ka­pe­lusz pie­lę­gniarki mi­gnęły i już jej nie było.

Po­ja­wie­nie się na­rze­czo­nego pod­nio­sło Edith na du­chu, ale jed­no­cze­śnie pod­ła­mało ją czmych­nię­cie Elke. Ju­tro znowu bę­dzie mu­siała od­wie­dzić agen­cję w po­szu­ki­wa­niu ko­lej­nej pie­lę­gniarki, żeby móc na­dal pra­co­wać w mu­zeum i za­ra­biać na ży­cie.

He­in­rich po­spiesz­nie po­ca­ło­wał Edith w usta. - Co tu się stało? Cuch­nie jak gno­jówka na wsi.

Edith wtu­liła twarz w szyję He­in­ri­cha i przez chwilę chło­nęła jego za­pach. - Będę go te­raz myła. Prze­pra­szam. Nie wiem, czy Elke w ogóle wzięła się za ro­bie­nie obiadu. Zo­bacz w kuchni.

Głos na­rze­czo­nego córki w ko­ry­ta­rzu wy­wa­bił Herr Bec­kera z fron­to­wego po­koju. Sta­nął oparty o fra­mugę drzwi, w ob­wi­słych spodniach, z nie­pew­nym uśmie­chem na twa­rzy.

- Czo­łem żoł­nie­rzu! - He­in­rich uśmiech­nął się do swo­jego przy­szłego te­ścia i po­spie­szył, żeby go po­de­przeć. Edith wi­działa, z ja­kim wy­sił­kiem oj­ciec pró­buje mocno uści­snąć dłoń He­in­ri­cha. - Wy­gląda na to, że czeka cię go­le­nie i zrobi to ta śliczna pani. Szczę­ściarz z cie­bie!

Z wdzięcz­no­ścią i ulgą pa­trzyła, jak He­in­rich umie­jęt­nie pod­pro­wa­dza Herr Bec­kera do drzwi ła­zienki. Po­tem sta­rała się jak mo­gła, żeby go umyć, oka­zu­jąc mu tyle cier­pli­wo­ści i współ­czu­cia, ile była w sta­nie zna­leźć w so­bie. Kiedy wy­szli z ła­zienki, oj­ciec był ubrany w czy­stą pi­żamę. Edith zo­ba­czyła, że He­in­rich przy­su­nął za­bru­dzony fo­tel do otwar­tego okna, żeby się wie­trzył i po­sta­wił na stole przy­nie­sioną z kuchni mi­skę z owo­cami i chleb. Te­raz zbie­rał pa­piery i książki, które roz­sy­pały się jej przy drzwiach wej­ścio­wych.

Przez mo­ment przy­glą­dała się He­in­ri­chowi klę­czą­cemu nad jej teczką w przy­ćmio­nym świe­tle ko­ry­ta­rza. Był jak nie­wzru­szona la­tar­nia mor­ska pod­czas sztormu. Miał na so­bie szarą ba­weł­nianą ko­szulę z koł­nie­rzy­kiem, która pod­kre­ślała ja­sną sza­rość jego oczu. Nie mo­gła znieść my­śli, że bę­dzie stać na pe­ro­nie i pa­trzeć, jak on w wy­pra­so­wa­nej kurtce mun­du­ro­wej ma­cha do niej z okna po­ciągu.

- Prze­pra­szam, że nie ma obiadu - po­wie­działa, klę­ka­jąc koło niego, żeby pod­nieść z pod­łogi ostat­nie kartki.

- Mamy chleb. Mamy owoce. Mamy od­grzaną owsiankę ze śnia­da­nia, co nie zmie­nia faktu, że jest zdrowa. Na pewno mamy wię­cej niż ma wielu lu­dzi.

Edith po­mo­gła ojcu usiąść na krze­śle przy stole, tam gdzie za­wsze, i po­ło­żyła przed nim ka­wa­łek chleba. Wresz­cie ode­tchnęła głę­boko, roz­luź­nia­jąc się. Usia­dła przy stole i wy­słu­żo­nym no­żem za­częła obie­rać jabłko.

- Co to za pa­piery? - spy­tał He­in­rich.

- Do­ku­men­ta­cja. Po­pro­sili mnie, że­bym skom­ple­to­wała do­ssier ob­ra­zów sta­rych mi­strzów w pol­skich ko­lek­cjach. Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci o tym prze­sia­dy­wa­niu w bi­blio­tece w ostat­nich ty­go­dniach? Dziś mia­łam wy­stą­pie­nie przed dy­rek­to­rem.

- Przed Herr Pro­fes­so­rem Dok­to­rem Buch­ne­rem? - He­in­rich uniósł brwi.

- Tak - Edith po­czuła skurcz żo­łądka na myśl o sali peł­nej lu­dzi, o mu­zeum Füh­rera, o wia­do­mo­ści, którą nie miała po­ję­cia jak prze­ka­zać He­in­ri­chowi i ojcu.

- My­śla­łem, że trzy­mają cię za­mkniętą w ma­ga­zy­nie od tyłu, z pę­dzel­kiem i che­mi­ka­liami - po­wie­dział He­in­rich.

Przy­tak­nęła. - Tak. Za­zwy­czaj tam jest moje miej­sce, ale Herr Ku­ra­tor Schmidt po­pro­sił, że­bym to zro­biła. Po­wie­dział, że mam szcze­gólną wie­dzę o wło­skim ma­lar­stwie re­ne­san­so­wym. Wiesz, że wolę sie­dzieć scho­wana w moim ma­łym dziale na­uko­wym, za­miast wy­stę­po­wać przed pu­blicz­no­ścią.

He­in­rich od­chy­lił się w tył na swoim krze­śle i prze­kart­ko­wał kciu­kiem je­den z du­żych, ilu­stro­wa­nych to­mów, które Edith przy­nio­sła do domu z mu­ze­al­nej bi­blio­teki. Pa­trzyła na niego zde­ner­wo­wana, szu­ka­jąc słów, żeby po­wie­dzieć im obu to, co miała do po­wie­dze­nia. Ale jak im to po­wie­dzieć? Kiedy He­in­rich do­szedł do za­ło­żo­nego za­kładką, ca­ło­stro­ni­co­wego, barw­nego fak­sy­mile ob­razu z ko­bietą trzy­ma­jącą małe białe stwo­rze­nie, za­trzy­mał się.

- Le­onardo da Vinci - od­czy­tał pod­pis. - Por­tret Damy z gro­no­sta­jem - pod­niósł wzrok na Edith. - Co to jest gro­no­staj?

Edith wzru­szyła ra­mio­nami. - Damy wło­skiego re­ne­sansu trzy­mały roz­ma­ite eg­zo­tyczne zwie­rzaki. Gro­no­staj to coś w ro­dzaju fretki.

- Nie - za­pro­te­sto­wał jej oj­ciec, pod­no­sząc za­krzy­wiony pa­lec. - Jest róż­nica. Fretki są udo­mo­wione, a gro­no­staje dzi­kie. Ich fu­tro zimą robi się białe.

He­in­rich i Edith spoj­rzeli po so­bie i wy­bu­chli gło­śnym śmie­chem na tę uwagę Herr Bec­kera. Edith na­bie­rała otu­chy za każ­dym ra­zem, kiedy iskierka przy­tom­no­ści bły­skała we mgle, kiedy jej praw­dziwy oj­ciec wra­cał do niej, choćby na ulotną chwilę.

- Brawo, tato. Nie mia­łam po­ję­cia - po­wie­działa, ale chwila prze­mi­nęła i jej oj­ciec wró­cił do mie­sza­nia łyżką w wod­ni­stej owsiance. - To je­den z mo­ich ulu­bio­nych ob­ra­zów - mó­wiła da­lej. - Le­onardo na­ma­lo­wał go, kiedy był jesz­cze młody, za­nim stał się znany.

- Dziwne stwo­rze­nie - stwier­dził He­in­rich, po­kle­pu­jąc pal­cem re­pro­duk­cję ob­razu - ale piękna dziew­czyna.

Tego wła­śnie bę­dzie jej naj­bar­dziej bra­ko­wać, po­my­ślała Edith - sie­dze­nia z oj­cem i He­in­ri­chem i roz­mów o sztuce. Chciała znów słu­chać lek­cji ojca, przy­pad­ko­wych strzę­pów in­for­ma­cji, ja­kie wy­cią­gał z za­ku­rzo­nych ką­tów swo­jego umy­słu, po­zo­sta­łych po la­tach wy­kła­da­nia hi­sto­rii sztuki na uni­wer­sy­te­cie, ogromu hi­sto­rycz­nych fak­tów, które prze­ka­zy­wał swo­jej córce wraz z pa­sją do sztuki. Czy pro­siła o zbyt wiele? Chciała tylko śmiać się ze swoim oj­cem i jeść po­si­łek z męż­czy­zną, któ­rego ko­cha. Nie chciała mu­sieć or­ga­ni­zo­wać ko­lej­nej opie­kunki do po­mocy swo­jemu pra­wie zu­peł­nie bez­rad­nemu ta­cie. A po­nad wszystko nie chciała li­czyć dni po­zo­sta­łych do od­jazdu po­ciągu, do któ­rego wsią­dzie He­in­rich. Ze­pchnęła tę myśl w od­le­gły za­ka­ma­rek umy­słu, wstała i za­częła sprzą­tać ze stołu.

He­in­rich pod­su­nął do okna inny fo­tel, w któ­rym usa­dził Herr Bec­kera, żeby mógł przy­glą­dać się świa­tłom za­pa­la­ją­cym się w oknach miesz­kań przy parku. Pod­niósł Maxa z pod­łogi i po­sa­dził tego sta­rego, ob­szar­pa­nego, plu­szo­wego psa na ko­la­nach Herr Bec­kera. Po­tem Edith usły­szała, jak He­in­rich mówi ła­god­nie do ojca, opo­wia­da­jąc mu o ja­kimś za­baw­nym zda­rze­niu, które miało miej­sce w skle­pie spo­żyw­czym jego ojca, znaj­du­ją­cym się tuż obok Kau­fin­ger­strasse. Wie­działa, że po kilku mi­nu­tach oj­ciec nic z tego nie bę­dzie pa­mię­tał, ale nie to było ważne. Przy na­stęp­nej wi­zy­cie He­in­ri­cha jego miła, zna­joma twarz wy­star­czy, żeby sku­sić ojca do wsta­nia z fo­tela.

Nie tak dawno Edith sie­dzia­łaby z oj­cem po obie­dzie, słu­cha­jąc jego peł­nych emo­cji opi­nii o ak­tu­al­nych wy­da­rze­niach, jego kry­tyki chci­wo­ści i ko­rup­cji wśród urzęd­ni­ków pań­stwo­wych. Te­raz za­sta­na­wiała się, czy oj­ciec ma ja­kie­kol­wiek po­ję­cie o tym, co się dzieje poza ścia­nami ich miesz­ka­nia. Cią­głe do­nie­sie­nia o ko­rup­cji. Roz­biórka sy­na­gog. Kon­fi­skata firm i miesz­kań na­le­żą­cych do ży­dow­skich są­sia­dów. Wzmo­żony nad­zór nad miesz­kań­cami ka­mie­nicy, spra­wo­wany przez dzia­ła­czy peł­nią­cych funk­cje po­rząd­ko­wych, któ­rzy zda­wali się od­no­to­wy­wać każdy jej krok. Na­gły, nie­wy­ja­śniony wy­jazd dwóch człon­ków per­so­nelu mu­zeum. Nie­nie­miec­kie książki wy­cią­gane z bi­blio­tek i pa­lone na uli­cach. Nowe prawo ka­rzące każ­dego, kto słu­cha za­gra­nicz­nych au­dy­cji ra­dio­wych.

Przede wszyst­kim mar­twiła się znik­nię­ciem ma­łego chłopca z par­teru. We­szło w zwy­czaj, że co rano, wy­cho­dząc do pracy, szu­kała synka Nus­bau­mów. Znaj­do­wała go sie­dzą­cego w ko­ry­ta­rzu, z przy­bo­rami do ry­so­wa­nia i pa­pie­rem. Za­trzy­my­wała się, żeby się z nim przy­wi­tać, a on po­ka­zy­wał jej, co na­ry­so­wał. Chwa­liła go i za­chę­cała, żeby ry­so­wał da­lej. Ale pew­nego dnia znik­nął ze swoją nie­winną bu­zią i wy­ra­fi­no­wa­nymi ry­sun­kami. Reszta jego ro­dziny zni­kła rów­nież. Po pro­stu ode­szli, w płasz­czach na grzbie­cie i z roz­kle­ko­ta­nym wóz­kiem.

Cho­ciaż Edith sta­rała się sku­piać na spra­wach za­wo­do­wych i ży­ciu do­mo­wym, czuła głę­boki nie­po­kój, wi­dząc jak bar­dzo Mo­na­chium zmie­niło się w ostat­nich mie­sią­cach. Co wię­cej, bra­ko­wało jej ko­men­ta­rzy ojca na te­mat ak­tu­al­nej sy­tu­acji, które mo­głyby słu­żyć jej za kom­pas po­ma­ga­jący w na­wi­ga­cji przez wzbu­rzone fale wy­da­rzeń dzie­ją­cych się wo­kół.

- Edith?

Od­wró­ciła się i na­po­tkała utkwiony w niej wzrok sze­roko otwar­tych, lśnią­cych oczu ojca, jakby wła­śnie roz­po­znał jej twarz po dłu­gim cza­sie nie­wi­dze­nia się z nią.

- Tak, tato! - po­wie­działa ze śmie­chem.

Wy­cią­gnął przed sie­bie rękę z psem Ma­xem. - To chyba twoje.

Edith po­pa­trzyła w oczy z gu­zi­ków, które jej matka przy­szy­wała wie­lo­krot­nie przez lata. Max miał swoje miej­sce w jej dzie­cię­cym łó­żeczku, a kiedy pod­ro­sła, po­szedł w od­stawkę. Oj­ciec od­krył Maxa na nowo pew­nego dnia, nie­długo po śmierci matki, kiedy za­czął się za­pa­dać w so­bie, i przy­wią­zał się do niego jak do uko­cha­nego pu­pila.

- Max - Edith po­gła­skała zmierz­wioną sierść plu­szo­wego zwie­rzaka. - Ale nie chcia­ła­bym, żeby mi się zgu­bił - wci­snęła za­bawkę z po­wro­tem w ręce ojca. - Za­opie­ku­jesz się nim?

Oj­ciec po­sa­dził znisz­czo­nego plu­szo­wego psa na ko­la­nach.

- Do­brze - obie­cał nie­pew­nie.

- Tak bar­dzo cię ko­cham, tato - Edith ści­snęła dło­nie ojca, sta­ra­jąc się pa­no­wać nad gło­sem.

Kiedy oj­ciec zdrzem­nął się w fo­telu, do­łą­czyła do He­in­ri­cha w kuchni. Wy­cie­rał na­czy­nia wy­strzę­pioną ścierką i usta­wiał je na drew­nia­nych pół­kach nad zle­wem.

- Ona nie wróci, prawda? Ta ko­bieta w płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym.

Edith wes­tchnęła. - Oba­wiam się, że nie. Z sa­mego rana mu­szę za­dzwo­nić do agen­cji. Pro­blem w tym, że on się zro­bił taki uparty! To mają niby być pro­fe­sjo­nalne pie­lę­gniarki, a nie umieją go zmu­sić do naj­prost­szych rze­czy! Nie wiem, co ro­bić.

Po­czuła na ple­cach dłoń He­in­ri­cha. Za­mil­kła, od­wró­ciła się i przy­ci­snęła czoło do jego piersi. Jego ręce prze­su­nęły się na jej bio­dra i tam po­zo­stały. Stali tak przy­tu­leni przez długi mo­ment.

- Nie mam prawa ob­cią­żać cię tym, kiedy masz więk­sze zmar­twie­nia. Prze­pra­szam - po­wie­działa, wtu­la­jąc twarz w jego ba­weł­nianą ko­szulę, pod którą wy­czu­wała szczu­pły, twardy tors. Wdy­chała jego czy­sty, mę­ski za­pach i słu­chała gło­śnego ty­ka­nia ze­gara w przed­po­koju. Jak mia­łaby mu po­wie­dzieć, że nie tylko on ma ofi­cjalne roz­kazy?

- Edith... - za­czął ła­god­nie. - Po­dali mi datę. Mam się za­mel­do­wać na Haupt­bahn­hof za dwa ty­go­dnie. - Mu­siał wy­czuć, że jej ciało ze­sztyw­niało w jego ra­mio­nach, bo prze­rwał. - Chcę tylko, że­byś wie­działa, że co­kol­wiek się sta­nie...

- Ciiii - po­ło­żyła mu pa­lec na ustach i po­krę­ciła głową. Jej ja­sno­brą­zowe loki do­tknęły po­licz­ków. - Jesz­cze nie. Nie mo­żemy po pro­stu spra­wić, żeby to trwało tro­chę dłu­żej?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

EDITH

Mo­na­chium, NiemcyWrze­sień 1939

Edith Bec­ker miała na­dzieję że ze­brani wo­kół stołu męż­czyźni nie wi­dzą, jak trzęsą się jej ręce.

W każdy inny czwar­tek Edith sie­dzia­łaby przed szta­lugą w swo­jej pra­cowni kon­ser­wa­tor­skiej na par­te­rze, ma­jąc na no­sie oku­lary po­więk­sza­jące, w któ­rych wy­glą­dała jak wielki owad. Tam, w ci­szy i spo­koju, mo­gła stra­cić po­czu­cie czasu, po­chło­nięta za­da­niem na­prawy roz­dar­cia kil­ku­set­let­niego ob­razu, usu­wa­nia war­stwy brudu na­ro­słej przez dzie­się­cio­le­cia albo uzu­peł­nia­nia ubyt­ków zło­ce­nia na sta­rej, po­ob­tłu­ki­wa­nej ra­mie. Jej praca po­le­gała na ra­to­wa­niu dzieł sztuki, jed­nego po dru­gim, przed roz­pa­dem i znisz­cze­niem. To był jej za­wód, jej po­wo­ła­nie. Dzieło jej ży­cia.

Tym­cza­sem przez ostat­nie pół go­dziny oczy lu­dzi naj­waż­niej­szych w Alte Pi­na­ko­thek, jed­nym z naj­wspa­nial­szych mo­na­chij­skich mu­zeów, zwró­cone były na Edith. Przy­glą­dali się, jak roz­wią­zuje ta­siemki każ­dej z te­czek i wyj­muje jedną po dru­giej karty re­pre­zen­tu­jące ob­razy z pry­wat­nych ko­lek­cji na­le­żą­cych do ro­dzin w ca­łej Pol­sce.

- Toż­sa­mość męż­czy­zny na tym por­tre­cie jest nie­znana - po­wie­działa, pusz­cza­jąc w obieg fak­sy­mile por­tretu au­tor­stwa ma­la­rza wło­skiego re­ne­sansu Ra­fa­ela Santi. Pa­trzyła, jak ich wzrok prze­suwa się po po­do­biź­nie męż­czy­zny o pu­szy­stych wło­sach, przy­trzy­mu­ją­cego za­rzu­cony na ra­mię fu­trzany płaszcz i pa­trzą­cego z ukosa na wi­dza.

Edith była za­do­wo­lona, że za­mie­niła swoją co­dzienną su­kienkę w ko­lo­rze wy­bla­kłej sza­ro­ści i kon­ser­wa­tor­ski ki­tel na na­je­le­gant­szy ubiór, jaki miała, brą­zową twe­edową spód­nicę i ża­kiet. Po­świę­ciła tro­chę czasu, żeby uło­żyć włosy wi­jące się sy­me­trycz­nie po obu stro­nach twa­rzy i do­pil­no­wała, żeby szwy poń­czoch z tyłu były pro­ste. Męż­czyźni ob­da­rzyli ją nie­po­dzielną uwagą: ku­stosz sta­ro­żyt­no­ści, pre­zes za­rządu mu­zeum, na­wet sam dy­rek­tor mu­zeum, Ernst Buch­ner, sławny uczony, z któ­rym Edith ni­gdy do tej pory nie roz­ma­wiała bez­po­śred­nio.

- Jest kilka kon­cep­cji co do toż­sa­mo­ści mo­dela - mó­wiła da­lej. - Nie­któ­rzy uwa­żają na­wet, że może to być au­to­por­tret ar­ty­sty.

Edith była je­dyną ko­bietą w sali peł­nej pra­cow­ni­ków mu­zeum spra­wu­ją­cych funk­cje kie­row­ni­cze. Wo­la­łaby, żeby nie pro­sili jej o opusz­cze­nie spo­koj­nej pra­cowni kon­ser­wa­tor­skiej, gdzie od kilku ty­go­dni pra­co­wała nad przy­wró­ce­niem pier­wot­nego wy­glądu du­żej sce­nie bi­tew­nej XVI-wiecz­nego mo­na­chij­skiego ma­la­rza Hansa We­rla. W któ­rymś mo­men­cie, w XIX wieku, inny kon­ser­wa­tor prze­ma­lo­wał po­sta­cie ludz­kie i ko­nie na ob­ra­zie. Te­raz, pra­cu­jąc żmud­nie w nie­mi­ło­sier­nie po­wol­nym tem­pie, Edith usu­wała prze­ma­lo­wa­nia za po­mocą szmatki na­są­czo­nej roz­pusz­czal­ni­kiem. Z en­tu­zja­zmem ob­ser­wo­wała żywe barwy, ja­kie wy­szły spod pędzla ar­ty­sty, uka­zu­jące się na płót­nie cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Wo­la­łaby, żeby po­zwo­lili jej wró­cić do pracy, za­miast sku­piać na niej całą uwagę.

Jej wzrok ner­wowo omia­tał sie­dzą­cych przy stole, aż w końcu za­trzy­mał się na Man­fre­dzie, mu­ze­al­nym ar­chi­wi­ście, któ­rego znała od dawna. Man­fred spoj­rzał na nią znad swo­ich ma­łych, okrą­głych oku­la­rów i uśmie­chem za­chę­cał ją do kon­ty­nu­owa­nia. Chyba tylko on je­den w tej sali ro­zu­miał, jak trudno jest jej wy­stę­po­wać przed zgro­ma­dzo­nymi tu oso­bami.

Edith zdała so­bie sprawę, że Man­fred jako je­dyny spo­śród jej ko­le­gów z pracy wie­dział coś o jej ży­ciu poza mu­zeum. Ro­zu­miał trud­no­ści, z ja­kimi się bo­ryka, opie­ku­jąc się oj­cem, z któ­rego umy­słem i pa­mię­cią było z dnia na dzień co­raz go­rzej. Man­fred i jej oj­ciec stu­dio­wali ra­zem w Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych i to dzięki Man­fre­dowi skru­pu­latna i su­mienna córka Herr Bec­kera zo­stała za­trud­niona w dziale kon­ser­wa­cji. Edith wie­działa, że je­śli ma utrzy­mać po­sadę, a co do­piero od­nieść za­wo­dowy suk­ces, musi chro­nić swoje ży­cie pry­watne przed ludźmi. Uchwy­ciła się uśmie­chu Man­freda, który do­da­wał jej otu­chy i po­ma­gał opa­no­wać drże­nie rąk.

- Ar­cy­dzieło - stwier­dził pre­zes za­rządu, ostroż­nie trzy­ma­jąc w rę­kach fak­sy­mile ob­razu Ra­fa­ela. - Wi­dzę, że ro­dzina Czar­to­ry­skich miała am­bi­cję zgro­ma­dzić im­po­nu­jącą ko­lek­cję wło­skiego ma­lar­stwa.

- Rze­czy­wi­ście - Edith rów­nież była za­sko­czona, do­wia­du­jąc się o skar­bach za­mknię­tych w zam­kach, klasz­to­rach, mu­ze­ach i do­mach pry­wat­nych na zie­miach wschod­nich. W Pol­sce znaj­do­wały się ob­szerne ko­lek­cje ro­dzinne, gro­ma­dzone przez wieki. Sama ko­lek­cja ksią­żąt Czar­to­ry­skich sta­no­wiła ci­che re­po­zy­to­rium o nie­po­li­czal­nej war­to­ści.

Te­raz Edith za­czy­nała ro­zu­mieć cel wszyst­kich tych go­dzin, dni i ty­go­dni spę­dzo­nych w mu­ze­al­nych ar­chi­wach i wśród bi­blio­tecz­nych pó­łek. Po­in­stru­owano ją, że ma wy­szu­kać i upo­rząd­ko­wać in­for­ma­cje o ob­ra­zach w pol­skich ko­lek­cjach dla za­rządu mu­zeum. Do­piero te­raz stało się to dla niej oczy­wi­ste. Ktoś chciał zdo­być te ob­razy. Kto i dla­czego?

- A to jest ostatni - za­po­wie­działa, wy­cią­ga­jąc ostat­nią kartę ze stosu re­pro­duk­cji ob­ra­zów z ko­lek­cji Czar­to­ry­skich.

- Ten, na który cze­kamy - po­wie­dział Herr Di­rek­tor Buch­ner. Jego brwi się­gały na boki do kę­pek ciem­nych, roz­wi­chrzo­nych wło­sów, które nad wy­so­kim czo­łem za­cze­sane były do góry.

- Tak - po­twier­dziła Edith. - Około roku 1800, jed­no­cze­śnie z Por­tre­tem mło­dzieńca Ra­fa­ela za­ku­pio­nym od wło­skiej ro­dziny, Adam Je­rzy Czar­to­ry­ski na­był Damę z gro­no­sta­jem Le­onarda da Vinci. Przy­wiózł te ob­razy z Włoch do domu, do swo­jej ro­dzin­nej ko­lek­cji we wschod­niej Pol­sce.

- I ona tam po­zo­staje? - chciał wie­dzieć ku­stosz sta­ro­żyt­no­ści, za­wie­sza­jąc w po­wie­trzu dłoń z pió­rem, jakby to był pa­pie­ros. Dał o so­bie znać dawny na­wyk ku­sto­sza z cza­sów sprzed wpro­wa­dzo­nego ostat­nio za­kazu pa­le­nia w bu­dyn­kach in­sty­tu­cji pań­stwo­wych. Edith uświa­do­miła so­bie, że za­le­d­wie kilka mie­sięcy temu po­miesz­cze­nie by­łoby pełne dymu.

- Nie - od­parła Edith, czu­jąc ulgę, że przed spo­tka­niem przej­rzała swoje no­tatki. - Por­tret Damy z gro­no­sta­jem czę­sto po­dró­żo­wał w ciągu ostat­nich stu lat. W la­tach 30. XIX wieku, po wkro­cze­niu wojsk ro­syj­skich, ro­dzina dla bez­pie­czeń­stwa za­wio­zła go do Dre­zna. Po­tem przy­wieźli ob­raz z po­wro­tem do Pol­ski, ale po­nie­waż czasy wciąż były nie­spo­kojne, ukryli go w na­le­żą­cym do rodu pa­łacu w Peł­ki­niach. Kiedy się uspo­ko­iło, prze­nie­śli go do swo­ich pry­wat­nych apar­ta­men­tów w Pa­ryżu, gdzie znaj­do­wał się w la­tach 40. XIX wieku.

- A po­tem wró­cił do Pol­ski?

- W końcu tak. Ro­dzina spro­wa­dziła go z po­wro­tem w la­tach 80. XIX wieku. Zo­stał z wielką pompą wy­sta­wiony pu­blicz­nie. Wielu lu­dzi do­piero wtedy do­wie­działo się o jego ist­nie­niu, a hi­sto­rycy roz­po­częli ba­da­nia. Kilku eks­per­tów od razu roz­po­znało w nim dzieło Le­onarda, lu­dzie spe­ku­lo­wali na te­mat toż­sa­mo­ści mo­delki. I tak to się skoń­czyło - wska­zała stos kart - ob­raz jest po­wszech­nie pu­bli­ko­wany i re­pro­du­ko­wany.

- Kim ona jest? - spy­tał Buch­ner, bęb­niąc gru­bymi pal­cami o blat stołu.

- Przyj­muje się, że to jedna z ko­cha­nek księ­cia Me­dio­lanu, Ce­ci­lia Gal­le­rani, po­cho­dząca z ro­dziny sie­neń­skiej. Praw­do­po­dob­nie miała około szes­na­stu lat, kiedy Lu­do­vico Sfo­rza po­pro­sił Le­onarda o na­ma­lo­wa­nie jej por­tretu.

Przy­glą­dała się, jak fak­sy­mile ob­razu prze­cho­dzi z rąk do rąk wo­kół stołu. Męż­czyźni ana­li­zo­wali in­te­li­gentną twarz dziew­czyny, jej na­strój, trzy­mane przez nią w ra­mio­nach zwie­rzątko i jego białe fu­tro.

- Pod­czas Wiel­kiej Wojny ob­raz znów zna­lazł się w Niem­czech - Edith pod­jęła swoją opo­wieść. - Dla bez­pie­czeń­stwa był prze­cho­wy­wany w Ge­mäl­de­ga­le­rie w Dreź­nie, ale osta­tecz­nie wró­cił do Kra­kowa.

- Nie­zwy­kłe, że ob­raz prze­trwał to wszystko, je­śli wziąć pod uwagę, jak czę­sto był prze­no­szony z miej­sca na miej­sce - za­uwa­żył Man­fred.

- Rze­czy­wi­ście - zgo­dził się Herr Di­rek­tor Buch­ner, od­da­jąc Edith fak­sy­mile. Wło­żyła je do gru­bej teczki i za­częła za­wią­zy­wać ta­siemki. - Fräu­lein Bec­ker, na­leży się pani po­chwała za tak grun­towną i wni­kliwą pracę ba­daw­czą na po­trzeby tego pro­jektu.

- Star­szy ku­stosz nie zro­biłby tego le­piej - do­dał ku­stosz sztuki zdob­ni­czej.

- Danke schön - wy­krztu­siła w końcu Edith. Miała na­dzieję, że te­raz po­zwolą jej wró­cić do pra­cowni kon­ser­wa­cji. Cze­kała, kiedy wresz­cie bę­dzie mo­gła wło­żyć ki­tel i wziąć się za sta­bi­li­zo­wa­nie fran­cu­skiego ob­razu, któ­rego rama zo­stała uszko­dzona przez wodę, kiedy nie­for­tun­nie umiesz­czono go pod rurą ka­na­li­za­cyjną w ma­ga­zy­no­wym bok­sie.

Ge­ne­ral­di­rek­tor Buch­ner wstał. - A te­raz - za­czął, bio­rąc głę­boki wdech - chciał­bym coś ogło­sić. W tych dniach zło­żył mi wi­zytę sam Mar­sza­łek Rze­szy Göring we wła­snej oso­bie, który, jak może wie­cie, zo­stał włą­czony przez na­szego Füh­rera w po­szu­ki­wa­nie ar­cy­dzieł ta­kich jak te oglą­dane tu­taj przed chwilą. Po­wstaje nowe mu­zeum w Linzu. Zo­stało w ca­ło­ści ufun­do­wane przez na­szego Naj­wyż­szego Wo­dza, który jak wie­cie, jest oso­bi­ście za­in­te­re­so­wany wielką sztuką i jej ochroną. Mu­zeum w Linzu, gdy zo­sta­nie ukoń­czone, bę­dzie re­po­zy­to­rium za­pew­nia­ją­cym bez­pie­czeń­stwo wszyst­kim waż­nym dzie­łom sztuki - prze­rwał, aby po­to­czyć wzro­kiem po twa­rzach przy stole - na świe­cie.

Roz­legł się zbio­rowy stłu­miony okrzyk. Edith za­cze­kała, aż to do niej do­trze. Adolf Hi­tler wła­śnie otwo­rzył Dom Sztuki Nie­miec­kiej, kilka kro­ków od jej miej­sca pracy. Po­szli z Man­fre­dem zo­ba­czyć twór­czość ofi­cjal­nie za­ak­cep­to­wa­nych współ­cze­snych rzeź­bia­rzy i ma­la­rzy. Ale te­raz... Wszyst­kie ważne w hi­sto­rii sztuki dzieła z ca­łego świata pod jed­nym da­chem, wszyst­kie pod opieką Rze­szy. To było trudne do wy­obra­że­nia, nie­mal nie do po­my­śle­nia.

- Jak mo­że­cie so­bie wy­obra­zić - mó­wił da­lej Buch­ner, jakby oży­wia­jąc my­śli Edith - ta nowa wi­zja na­szego Füh­rera bę­dzie po­tęż­nym przed­się­wzię­ciem. My wszy­scy, upra­wia­jący za­wody zwią­zane ze sztuką, je­ste­śmy włą­czeni jako opie­ku­no­wie w służbę ochrony tych dzieł. Skoro sy­tu­acja staje się bar­dziej... nie­bez­pieczna... każdy z nas musi ro­bić co do niego na­leży i we wspól­nym wy­siłku zmie­rzać do tego celu.

- Prze­cież to sza­leń­stwo! - ob­ru­szył się ku­stosz sta­ro­żyt­no­ści. - Wszyst­kie ważne dzieła sztuki na świe­cie? Niemcy będą za­rzą­dzać kul­tu­ro­wym dzie­dzic­twem świata? Kim my je­ste­śmy, żeby być straż­ni­kami ta­kiej spu­ści­zny? I kim my je­ste­śmy, żeby za­bie­rać ją z miejsc, w któ­rych się obec­nie znaj­duje?

W sali za­pa­dła ci­sza nie­mal nie do znie­sie­nia i Edith za­sta­na­wiała się, czy biedny ku­stosz już ża­łuje swo­jego wy­bu­chu. Wi­działa, jak Man­fred mocno przy­ci­ska pióro do kartki, kre­śląc esy-flo­resy, a drugą dło­nią za­krywa usta, jakby się po­wstrzy­my­wał przed ode­zwa­niem się.

Pre­zes za­rządu mu­zeum prze­rwał ci­szę.

- Nie, Han­sie. To dzia­ła­nie w słusz­nej spra­wie. Mam nie­zbite do­wody, że Ame­ry­ka­nie chcą za­brać cenne eu­ro­pej­skie ob­razy i umie­ścić jej w ży­dow­skich mu­ze­ach w Ame­ryce. W prze­ci­wień­stwie do tego idea Füh­rer­mu­seum... jest ge­nialna. Zresztą, mu­sisz zdać so­bie sprawę, że to do­piero po­czą­tek. Przy­go­to­wu­jemy rów­nież spisy waż­nych nie­miec­kich dzieł sztuki wy­wie­zio­nych przez Fran­cu­zów i An­gli­ków w mi­nio­nych stu­le­ciach. Wrócą one do Nie­miec w sto­sow­nym cza­sie.

Edith przy­glą­dała się uważ­nie twa­rzy dy­rek­tora. Herr Buch­ner, igno­ru­jąc ko­men­tarz, stał wy­pro­sto­wany i kon­ty­nu­ował prze­mowę, cho­ciaż Edith zda­wało się, że za­uwa­żyła u niego drga­nie mię­śni szyi. - Wszy­scy otrzy­mamy roz­kazy od funk­cjo­na­riu­szy w Brau­nes Haus. Bę­dziemy współ­pra­co­wać z naj­lep­szymi nie­miec­kimi ar­ty­stami, hi­sto­ry­kami, ku­ra­to­rami i kry­ty­kami. Każ­demu z was zo­sta­nie przy­dzie­lone za­da­nie od­po­wia­da­jące jego spe­cjal­no­ści. Wielu z nas, ze mną włącz­nie, bę­dzie po­dró­żo­wać po te­re­nach, aby gro­ma­dzić dzieła, które zo­staną spro­wa­dzone do na­szych ma­ga­zy­nów albo do in­nych nie­miec­kich mu­zeów.

- Ale co z na­szą pracą tu­taj? - to py­ta­nie wy­rwało się Edith mi­mo­wol­nie. - La­bo­ra­to­rium kon­ser­wa­tor­skie...

- Oba­wiam się, że na­sze ak­tu­al­nie re­ali­zo­wane pro­jekty zo­staną w więk­szo­ści za­wie­szone. Co do sa­mego mu­zeum, już za­czę­li­śmy prze­or­ga­ni­zo­wy­wać na­sze zbiory w ma­ga­zy­nie, aby przy­jąć dzieła przy­cho­dzące do nas, za­ła­twi­li­śmy też do­dat­kowe po­miesz­cze­nia poza mu­zeum.

- Do­kąd po­je­dziemy? - spy­tał ku­stosz sta­ro­żyt­no­ści.

- Kon­kretne przy­działy otrzy­mamy jesz­cze w tym ty­go­dniu - od­parł dy­rek­tor. - Fräu­lein Bec­ker, po­dej­rze­wam, że jest duże praw­do­po­do­bień­stwo skie­ro­wa­nia pani do Pol­ski - wska­zał teczki pełne skom­ple­to­wa­nych przez nią fak­sy­mi­liów.

Pol­ska.

Edith po­czuła, jak ści­ska jej się żo­łą­dek.

- Z... z pew­no­ścią... - za­jąk­nęła się - z pew­no­ścią nie bę­dzie się od nas ocze­ki­wać...

- Na jak długo? - prze­rwał jej bez­ce­re­mo­nial­nie asy­stent ku­sto­sza.

Buch­ner wzru­szył ra­mio­nami, a Edith znów do­strze­gła drgnie­nie jego mię­śni szyi. - Do czasu, aż praca zo­sta­nie wy­ko­nana. Tak długo, jak bę­dzie trzeba. Mamy wojnę.

To po­wie­dziaw­szy, dy­rek­tor ze­brał teczki, ski­nął głową na po­że­gna­nie i wy­szedł z sali. Mu­ze­alny per­so­nel po­dą­żył za nim.

Edith do­łą­czyła na końcu do idą­cych je­den za dru­gim męż­czyzn. Po doj­ściu do zna­jo­mych drzwi ła­zienki dla pań, pchnęła je, po czym za­mknęła za sobą. Rzu­ciła teczkę z do­ku­men­ta­cją na pod­łogę, usia­dła na se­de­sie i przy­ci­snęła dło­nie do twa­rzy. Bra­ko­wało jej po­wie­trza, czuła się, jakby miała ze­mdleć.

Do Pol­ski? Na czas nie­okre­ślony? Jak so­bie da radę? Kto się za­opie­kuje oj­cem? Co z jej pla­nami mał­żeń­skimi, wresz­cie, po tylu la­tach na­dziei? Czy na­prawdę zo­stała po­wo­łana na front? Grozi jej, że straci ży­cie?

Po dłuż­szej chwili Edith wstała i zimną wodą z kranu ochla­pała twarz i ręce. Kiedy wy­szła z ła­zienki, na­tknęła się na Man­freda, który cho­dził w tę i z po­wro­tem w ko­ry­ta­rzu.

- Wszystko w po­rządku? - spy­tał szep­tem, bio­rąc ją za rękę.

- Ja... nie je­stem pewna, je­śli chcesz znać prawdę. Och, Man­fre­dzie... - z wes­tchnie­niem przy­sta­nęła, opie­ra­jąc się ple­cami o chłodne ka­felki, ja­kimi wy­ło­żone były ściany ko­ry­ta­rza. - Co za wia­do­mość. Trudno mi w to uwie­rzyć - jej ręce nie prze­sta­wały się trząść.

- My­ślę, że wszy­scy je­ste­śmy w szoku - za­uwa­żył. - Na­wet ci z nas, któ­rzy... prze­wi­dy­wali, że tak się sta­nie.

Edith ści­snęła jego przed­ra­mię. Nie­wiele wie­działa o ży­ciu Man­freda poza mu­zeum, wie­działa jed­nak, że zor­ga­ni­zo­wał w Mo­na­chium grupę znaną ze sprze­ciwu wo­bec po­li­tyki Rze­szy. Ich idee były roz­po­wszech­niane za po­mocą ulo­tek na pa­pie­rze prze­bit­ko­wym, zo­sta­wia­nych na ław­kach w parku albo na pu­stych sie­dze­niach w tram­waju.

- Wie­dzia­łeś, co oni pla­nują?

Man­fred przy­tak­nął, za­ci­ska­jąc usta.

- Ge­ne­ral­di­rek­tor już za­ku­pił kilka cię­ża­ró­wek ob­ra­zów skon­fi­sko­wa­nych ży­dow­skim ko­lek­cjo­ne­rom w ca­łej Ba­wa­rii. Je­śli mi nie wie­rzysz, wejdź na trze­cie pię­tro. W moim biu­rze jest tyle ob­ra­zów, że le­dwo mogę dojść do biurka.

Usta Edith same się otwo­rzyły ze zdu­mie­nia. - Trudno mi to so­bie wy­obra­zić. Ale ty... Do­kąd ty po­je­dziesz?

- Za­łożę się, że będą mnie trzy­mać tu­taj, że­bym ka­ta­lo­go­wał wszystko, co przy­cho­dzi. Poza tym je­stem już stary - wzru­szył ra­mio­nami i zmu­sił się do uśmie­chu. - Mo­gło być go­rzej. Poza li­nią ognia. Ale ty, moja droga... Jak so­bie po­ra­dzisz? Twój oj­ciec...

Edith znów przy­ci­snęła dło­nie do twa­rzy. - Nie mam po­ję­cia - przy­znała. - He­in­rich. Mój na­rze­czony. Jego też wy­sy­łają do Pol­ski.

- Ach! - Man­fred prze­wró­cił oczami. - W ta­kim ra­zie przy­naj­mniej je­dzie­cie w to samo miej­sce.

- Tak, ale... He­ili­ger Stroh­sack! - wy­rzu­ciła z sie­bie gło­śnym szep­tem. - Nie tego się spo­dzie­wa­łam.

- Chciał­bym móc po­wie­dzieć to samo, moja droga Fräu­lein Kon­se­rva­tor. Je­steś za młoda, żeby pa­mię­tać po­czą­tek po­przed­niej wojny. I znów je­ste­śmy w tym sa­mym miej­scu. Wszystko to samo, cóż mo­żemy zro­bić? Kiedy Füh­rer wzywa, ra­czej nie mamy wy­boru. Wy­da­dzą nam karty po­wo­ła­nia. Od­mowa nie wcho­dzi w grę, do­póki...

Man­fred wska­zał na okno na końcu ko­ry­ta­rza, które wy­cho­dziło na plac, gdzie ży­dow­skie sklepy bru­tal­nie za­mknięto albo na­wet spa­lono w ostat­nich mie­sią­cach. Edith wie­działa, że te­raz ży­dow­skie ro­dziny wsia­dają do wa­go­nów - albo z wy­boru, albo z przy­musu - wio­zą­cych w miej­sce prze­sie­dle­nia, gdzie wy­zna­czono im los, któ­rego nie była w sta­nie prze­wi­dzieć. Nus­bau­mo­wie, mał­żeń­stwo z dwoj­giem ma­łych dzieci, miesz­ka­jący w tej sa­mej co ona ka­mie­nicy, wy­je­chali kilka ty­go­dni temu. W ko­ry­ta­rzu na par­te­rze, pod bacz­nym okiem ich por­tiera, Edith pa­trzyła, jak Frau Nus­baum ła­duje znisz­czone skó­rzane torby i worki na zboże pełne ich naj­cen­niej­szych rze­czy na zde­ze­lo­wane taczki.

Wie­działa, że Man­fred ma ra­cję, kiedy mówi, że od­mowna od­po­wiedź na we­zwa­nie Füh­rera nie wcho­dzi w grę, ale jej umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach, szu­ka­jąc wyj­ścia z tej kło­po­tli­wej sy­tu­acji. Czy prosi o zbyt wiele, chcąc wró­cić do swo­jej pra­cowni kon­ser­wa­tor­skiej, do swo­jego skrom­nego miesz­ka­nia, do ojca, do no­wego ży­cia z mę­żem?

- Cóż - po­wie­dział Man­fred z wy­mu­szo­nym, bla­dym uśmie­chem. - Pol­ska! Może to ma i do­brą stronę. Bę­dziesz mo­gła zo­ba­czyć te wszyst­kie ar­cy­dzieła, któ­rym po­świę­ci­łaś tyle czasu.

Ty­tuł ory­gi­nału: The Ni­ght Por­trait
Text co­py­ri­ght ? 2020 by Laura Mo­relli
Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion ? Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o., War­szawa 2023
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie ani po­wie­lana gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie czy me­cha­nicz­nie, w tym za po­mocą ko­pio­wa­nia, na­gry­wa­nia, ani prze­cho­wy­wana w in­for­ma­tycz­nej ba­zie da­nych bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Pro­simy o prze­strze­ga­nie praw twór­ców do ich wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej i nie­udo­stęp­nia­nie tre­ści książki w sieci.
Tłu­ma­cze­nie: Anna Ci­cho­wicz
Re­dak­cja: Mar­ga­rita Kar­dasz
Ko­rekta: Mał­go­rzata Stal­mier­ska
Pro­jekt okładki: 3oko Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Szur
ISBN 978-83-213-5264-0
CIP - Bi­blio­teka Na­ro­dowa
Mo­relli, Laura
Nocny por­tret / Laura Mo­relli ; [tłu­ma­cze­nie:
Anna Ci­cho­wicz]. Wy­da­nie I. - War­szawa : Le­Tra, 2023
Wy­da­nie I, 2023, Sym­bol 5317/R
Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 50/51 e-mail: info@ar­kady.eu, www.ar­kady.eu Fa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Ar­kady, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two.ar­kady Fa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Le­tra, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two­_le­tra księ­gar­nia fir­mowa tel. 22 444 86 61 e-mail: ksie­gar­nia@ar­kady.eu księ­gar­nia wy­sył­kowa tel. 22 444 86 97 www.ar­kady.info
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

1

LE­ONARDO

Flo­ren­cja, Wło­chyLuty 1476

Ciemny szyb w zbo­czu. Wi­dzę go oczyma wy­obraźni. W głębi dłu­giego ko­ry­ta­rza, w za­po­mnia­nej kry­jówce pod for­ty­fi­ka­cjami mia­sta, przy­glą­dam się, jak lu­dzie za­kła­dają ła­dunki czar­nego pro­chu.

Naj­lepsi ro­bot­nicy do tego za­da­nia, jak my­ślę, na co dzień pra­cują w ko­palni. Ci lu­dzie są przy­zwy­cza­jeni ha­ro­wać w roz­rze­dzo­nym po­wie­trzu, w ciem­no­ści, umieją się ob­cho­dzić z po­chod­nią i ki­lo­fem. Ich palce i po­liczki są cią­gle czarne, ich por­tki sztywne od ziemi i miału wę­glo­wego. Ja­kie mo­głoby dla nich być lep­sze za­ję­cie niż w służ­bie przy ob­lę­że­niu?

Dziel­nie po­su­wają się do przodu w ciem­no­ści, wy­soko trzy­ma­jąc lampy. Po ci­chu, nie wzbu­dza­jąc po­dej­rzeń, roz­miesz­czają czarny proch w naj­dal­szych za­kąt­kach szybu. Kiedy wy­cho­dzą, ka­no­nier bez­gło­śnie ob­raca ko­łem prze­kładni zę­ba­tej i wta­cza ma­chinę do ko­ry­ta­rza. Miesz­kańcy roz­pierz­chają się w cha­osie, wśród eks­plo­zji plu­ją­cych ka­mie­niami. Nie­ba­wem ata­ku­jący będą już mieć wroga w gar­ści.

Oczy­wi­ście pro­jekt żyje je­dy­nie w mo­jej wy­obraźni. Mu­szę to przy­znać. Jed­nak cią­gnie mnie, żeby go prze­lać na pa­pier. Te my­śli, te ma­chiny. Trzy­mają mnie przy ży­ciu jesz­cze długo po go­dzi­nie, w któ­rej słońce za­mie­nia Arno w złoto, a po­tem chowa się za wzgó­rzami. Te wy­na­lazki wy­peł­niają moje sny. Bu­dzę się spo­cony, pra­gnąc za wszelką cenę uchwy­cić ob­razy na pa­pie­rze, za­nim roz­płyną się jak pierw­sza po­ranna mgła nad rzeką.

W rze­czy­wi­sto­ści znaj­duję się w swoim sta­rym po­koju, z ko­min­kiem, na któ­rym tli się ogień, w oto­cze­niu chy­bo­tli­wych stert per­ga­mi­nów na stole, ka­ła­ma­rzy z ich me­ta­licz­nym za­pa­chem, lamp ole­jo­wych o zwę­glo­nych kno­tach i ko­tów wy­le­gu­ją­cych się w co­raz to in­nych po­zach. Za­ło­ży­łem na drzwi że­la­zną za­suwę, aby znie­chę­cać tak zwa­nych przy­ja­ciół, któ­rzy mo­gliby mnie wy­wa­bić do go­spody. Niech so­bie idą sami.

Mam waż­niej­sze za­da­nia do wy­ko­na­nia. Je­śli nie prze­niosę ich na stro­nice mo­ich no­te­sów, od­lecą jak barwne mo­tyle tuż poza za­się­giem mo­jej siatki.

Mniej­sza o tę kło­po­tliwą de­skę na szta­lu­dze, która roz­pra­sza moją uwagę. Oto moja nie­udolna próba uchwy­ce­nia po­do­bi­zny po­spo­li­tej córki kupca. Spo­gląda na mnie z dru­giego końca po­koju. Jest nie­za­do­wo­lona i ma do tego pełne prawo. Jej oj­ciec pro­sił mnie, bym zro­bił z niej pięk­ność, za­nim wy­śle por­tret pre­ten­den­towi do jej ręki, z Um­brii. Nie mam do tego serca, szcze­rze przy­znaję, ale też nie mam nic prze­ciwko wy­na­gro­dze­niu. Za­pew­nia chleb i wino na moim stole. Tym­cza­sem tem­pe­rowe pig­menty na to­po­lo­wej de­sce dawno już wy­schły. Na­cią­gam na por­tret za­słonę, by kar­cący wzrok dziew­czyny już mnie nie roz­pra­szał. Nie mogę się do­cze­kać, żeby wró­cić do mo­jego ry­sunku. Gdy­bym tylko umiał prze­ko­nać klienta, żeby za­pła­cił mi za ma­chiny wo­jenne za­miast za po­wie­le­nie pro­filu jego córki.

Mam swój udział w nie­ukoń­czo­nych dzie­łach mo­jego mi­strza. Anioł i pej­zaż w chrzcie Chry­stusa. Mnisi mie­sią­cami na­ga­by­wali mi­strza Ver­roc­chia. Ma­donna z dzie­ciąt­kiem - ba­nalna, je­śli mam być szczery wo­bec sie­bie sa­mego - dla szla­chet­nej damy w po­bliżu Santa Ma­ria No­vella. Przy­słała mi ko­lejny list z za­py­ta­niem, kiedy do­star­czę.

Jak mogę so­bie po­zwo­lić na ta­kie bła­hostki, kiedy tyle mam do prze­la­nia z mo­jej wy­obraźni? Wra­cam do swo­ich no­te­sów.

Dla­czego tu­nele? Będą mnie py­tać ci lu­dzie, któ­rzy my­ślą o woj­nie tak jak ja. Ale ja to już prze­my­śla­łem. Jak za­sko­czony może być wróg, kiedy prze­ciw­nik wyj­dzie spod ziemi, żeby go po­ko­nać! Zo­ba­czą, że wał na­pę­dza­jący ma­szynę po­zwala jej prze­miesz­czać się płyn­nie i bez wy­siłku krę­tymi ko­ry­ta­rzami pod zie­mią, nie ro­biąc ha­łasu. A je­śli te ko­pal­nie nie zo­staną wy­sa­dzone, ja­kie skarby mogą być w nich ukryte - przed tymi, któ­rzy mo­gliby ze­chcieć je ukraść - głę­boko w pod­zie­miach, tam gdzie jest miedź, wę­giel i sól?

Wroga trzeba trzy­mać bli­sko. Tak mó­wią.

Ale co ja tam wiem? Je­stem tylko kimś, kto wy­obraża so­bie ta­kie fan­ta­styczne rze­czy i prze­lewa je na pa­pier. Kimś, kto wie­rzy, że cza­sami sztuka musi być użyta w służ­bie woj­nie.

Biorę do ręki swój srebrny ry­sik i za­czy­nam znów ry­so­wać.