2
EDITH
Monachium, NiemcyWrzesień 1939
Edith Becker miała nadzieję że zebrani wokół stołu mężczyźni nie widzą, jak trzęsą się jej ręce.
W każdy inny czwartek Edith siedziałaby przed sztalugą w swojej pracowni konserwatorskiej na parterze, mając na nosie okulary powiększające, w których wyglądała jak wielki owad. Tam, w ciszy i spokoju, mogła stracić poczucie czasu, pochłonięta zadaniem naprawy rozdarcia kilkusetletniego obrazu, usuwania warstwy brudu narosłej przez dziesięciolecia albo uzupełniania ubytków złocenia na starej, poobtłukiwanej ramie. Jej praca polegała na ratowaniu dzieł sztuki, jednego po drugim, przed rozpadem i zniszczeniem. To był jej zawód, jej powołanie. Dzieło jej życia.
Tymczasem przez ostatnie pół godziny oczy ludzi najważniejszych w Alte Pinakothek, jednym z najwspanialszych monachijskich muzeów, zwrócone były na Edith. Przyglądali się, jak rozwiązuje tasiemki każdej z teczek i wyjmuje jedną po drugiej karty reprezentujące obrazy z prywatnych kolekcji należących do rodzin w całej Polsce.
- Tożsamość mężczyzny na tym portrecie jest nieznana - powiedziała, puszczając w obieg faksymile portretu autorstwa malarza włoskiego renesansu Rafaela Santi. Patrzyła, jak ich wzrok przesuwa się po podobiźnie mężczyzny o puszystych włosach, przytrzymującego zarzucony na ramię futrzany płaszcz i patrzącego z ukosa na widza.
Edith była zadowolona, że zamieniła swoją codzienną sukienkę w kolorze wyblakłej szarości i konserwatorski kitel na najelegantszy ubiór, jaki miała, brązową tweedową spódnicę i żakiet. Poświęciła trochę czasu, żeby ułożyć włosy wijące się symetrycznie po obu stronach twarzy i dopilnowała, żeby szwy pończoch z tyłu były proste. Mężczyźni obdarzyli ją niepodzielną uwagą: kustosz starożytności, prezes zarządu muzeum, nawet sam dyrektor muzeum, Ernst Buchner, sławny uczony, z którym Edith nigdy do tej pory nie rozmawiała bezpośrednio.
- Jest kilka koncepcji co do tożsamości modela - mówiła dalej. - Niektórzy uważają nawet, że może to być autoportret artysty.
Edith była jedyną kobietą w sali pełnej pracowników muzeum sprawujących funkcje kierownicze. Wolałaby, żeby nie prosili jej o opuszczenie spokojnej pracowni konserwatorskiej, gdzie od kilku tygodni pracowała nad przywróceniem pierwotnego wyglądu dużej scenie bitewnej XVI-wiecznego monachijskiego malarza Hansa Werla. W którymś momencie, w XIX wieku, inny konserwator przemalował postacie ludzkie i konie na obrazie. Teraz, pracując żmudnie w niemiłosiernie powolnym tempie, Edith usuwała przemalowania za pomocą szmatki nasączonej rozpuszczalnikiem. Z entuzjazmem obserwowała żywe barwy, jakie wyszły spod pędzla artysty, ukazujące się na płótnie centymetr po centymetrze. Wolałaby, żeby pozwolili jej wrócić do pracy, zamiast skupiać na niej całą uwagę.
Jej wzrok nerwowo omiatał siedzących przy stole, aż w końcu zatrzymał się na Manfredzie, muzealnym archiwiście, którego znała od dawna. Manfred spojrzał na nią znad swoich małych, okrągłych okularów i uśmiechem zachęcał ją do kontynuowania. Chyba tylko on jeden w tej sali rozumiał, jak trudno jest jej występować przed zgromadzonymi tu osobami.
Edith zdała sobie sprawę, że Manfred jako jedyny spośród jej kolegów z pracy wiedział coś o jej życiu poza muzeum. Rozumiał trudności, z jakimi się boryka, opiekując się ojcem, z którego umysłem i pamięcią było z dnia na dzień coraz gorzej. Manfred i jej ojciec studiowali razem w Akademii Sztuk Pięknych i to dzięki Manfredowi skrupulatna i sumienna córka Herr Beckera została zatrudniona w dziale konserwacji. Edith wiedziała, że jeśli ma utrzymać posadę, a co dopiero odnieść zawodowy sukces, musi chronić swoje życie prywatne przed ludźmi. Uchwyciła się uśmiechu Manfreda, który dodawał jej otuchy i pomagał opanować drżenie rąk.
- Arcydzieło - stwierdził prezes zarządu, ostrożnie trzymając w rękach faksymile obrazu Rafaela. - Widzę, że rodzina Czartoryskich miała ambicję zgromadzić imponującą kolekcję włoskiego malarstwa.
- Rzeczywiście - Edith również była zaskoczona, dowiadując się o skarbach zamkniętych w zamkach, klasztorach, muzeach i domach prywatnych na ziemiach wschodnich. W Polsce znajdowały się obszerne kolekcje rodzinne, gromadzone przez wieki. Sama kolekcja książąt Czartoryskich stanowiła ciche repozytorium o niepoliczalnej wartości.
Teraz Edith zaczynała rozumieć cel wszystkich tych godzin, dni i tygodni spędzonych w muzealnych archiwach i wśród bibliotecznych półek. Poinstruowano ją, że ma wyszukać i uporządkować informacje o obrazach w polskich kolekcjach dla zarządu muzeum. Dopiero teraz stało się to dla niej oczywiste. Ktoś chciał zdobyć te obrazy. Kto i dlaczego?
- A to jest ostatni - zapowiedziała, wyciągając ostatnią kartę ze stosu reprodukcji obrazów z kolekcji Czartoryskich.
- Ten, na który czekamy - powiedział Herr Direktor Buchner. Jego brwi sięgały na boki do kępek ciemnych, rozwichrzonych włosów, które nad wysokim czołem zaczesane były do góry.
- Tak - potwierdziła Edith. - Około roku 1800, jednocześnie z Portretem młodzieńca Rafaela zakupionym od włoskiej rodziny, Adam Jerzy Czartoryski nabył Damę z gronostajem Leonarda da Vinci. Przywiózł te obrazy z Włoch do domu, do swojej rodzinnej kolekcji we wschodniej Polsce.
- I ona tam pozostaje? - chciał wiedzieć kustosz starożytności, zawieszając w powietrzu dłoń z piórem, jakby to był papieros. Dał o sobie znać dawny nawyk kustosza z czasów sprzed wprowadzonego ostatnio zakazu palenia w budynkach instytucji państwowych. Edith uświadomiła sobie, że zaledwie kilka miesięcy temu pomieszczenie byłoby pełne dymu.
- Nie - odparła Edith, czując ulgę, że przed spotkaniem przejrzała swoje notatki. - Portret Damy z gronostajem często podróżował w ciągu ostatnich stu lat. W latach 30. XIX wieku, po wkroczeniu wojsk rosyjskich, rodzina dla bezpieczeństwa zawiozła go do Drezna. Potem przywieźli obraz z powrotem do Polski, ale ponieważ czasy wciąż były niespokojne, ukryli go w należącym do rodu pałacu w Pełkiniach. Kiedy się uspokoiło, przenieśli go do swoich prywatnych apartamentów w Paryżu, gdzie znajdował się w latach 40. XIX wieku.
- A potem wrócił do Polski?
- W końcu tak. Rodzina sprowadziła go z powrotem w latach 80. XIX wieku. Został z wielką pompą wystawiony publicznie. Wielu ludzi dopiero wtedy dowiedziało się o jego istnieniu, a historycy rozpoczęli badania. Kilku ekspertów od razu rozpoznało w nim dzieło Leonarda, ludzie spekulowali na temat tożsamości modelki. I tak to się skończyło - wskazała stos kart - obraz jest powszechnie publikowany i reprodukowany.
- Kim ona jest? - spytał Buchner, bębniąc grubymi palcami o blat stołu.
- Przyjmuje się, że to jedna z kochanek księcia Mediolanu, Cecilia Gallerani, pochodząca z rodziny sieneńskiej. Prawdopodobnie miała około szesnastu lat, kiedy Ludovico Sforza poprosił Leonarda o namalowanie jej portretu.
Przyglądała się, jak faksymile obrazu przechodzi z rąk do rąk wokół stołu. Mężczyźni analizowali inteligentną twarz dziewczyny, jej nastrój, trzymane przez nią w ramionach zwierzątko i jego białe futro.
- Podczas Wielkiej Wojny obraz znów znalazł się w Niemczech - Edith podjęła swoją opowieść. - Dla bezpieczeństwa był przechowywany w Gemäldegalerie w Dreźnie, ale ostatecznie wrócił do Krakowa.
- Niezwykłe, że obraz przetrwał to wszystko, jeśli wziąć pod uwagę, jak często był przenoszony z miejsca na miejsce - zauważył Manfred.
- Rzeczywiście - zgodził się Herr Direktor Buchner, oddając Edith faksymile. Włożyła je do grubej teczki i zaczęła zawiązywać tasiemki. - Fräulein Becker, należy się pani pochwała za tak gruntowną i wnikliwą pracę badawczą na potrzeby tego projektu.
- Starszy kustosz nie zrobiłby tego lepiej - dodał kustosz sztuki zdobniczej.
- Danke schön - wykrztusiła w końcu Edith. Miała nadzieję, że teraz pozwolą jej wrócić do pracowni konserwacji. Czekała, kiedy wreszcie będzie mogła włożyć kitel i wziąć się za stabilizowanie francuskiego obrazu, którego rama została uszkodzona przez wodę, kiedy niefortunnie umieszczono go pod rurą kanalizacyjną w magazynowym boksie.
Generaldirektor Buchner wstał. - A teraz - zaczął, biorąc głęboki wdech - chciałbym coś ogłosić. W tych dniach złożył mi wizytę sam Marszałek Rzeszy Göring we własnej osobie, który, jak może wiecie, został włączony przez naszego Führera w poszukiwanie arcydzieł takich jak te oglądane tutaj przed chwilą. Powstaje nowe muzeum w Linzu. Zostało w całości ufundowane przez naszego Najwyższego Wodza, który jak wiecie, jest osobiście zainteresowany wielką sztuką i jej ochroną. Muzeum w Linzu, gdy zostanie ukończone, będzie repozytorium zapewniającym bezpieczeństwo wszystkim ważnym dziełom sztuki - przerwał, aby potoczyć wzrokiem po twarzach przy stole - na świecie.
Rozległ się zbiorowy stłumiony okrzyk. Edith zaczekała, aż to do niej dotrze. Adolf Hitler właśnie otworzył Dom Sztuki Niemieckiej, kilka kroków od jej miejsca pracy. Poszli z Manfredem zobaczyć twórczość oficjalnie zaakceptowanych współczesnych rzeźbiarzy i malarzy. Ale teraz... Wszystkie ważne w historii sztuki dzieła z całego świata pod jednym dachem, wszystkie pod opieką Rzeszy. To było trudne do wyobrażenia, niemal nie do pomyślenia.
- Jak możecie sobie wyobrazić - mówił dalej Buchner, jakby ożywiając myśli Edith - ta nowa wizja naszego Führera będzie potężnym przedsięwzięciem. My wszyscy, uprawiający zawody związane ze sztuką, jesteśmy włączeni jako opiekunowie w służbę ochrony tych dzieł. Skoro sytuacja staje się bardziej... niebezpieczna... każdy z nas musi robić co do niego należy i we wspólnym wysiłku zmierzać do tego celu.
- Przecież to szaleństwo! - obruszył się kustosz starożytności. - Wszystkie ważne dzieła sztuki na świecie? Niemcy będą zarządzać kulturowym dziedzictwem świata? Kim my jesteśmy, żeby być strażnikami takiej spuścizny? I kim my jesteśmy, żeby zabierać ją z miejsc, w których się obecnie znajduje?
W sali zapadła cisza niemal nie do zniesienia i Edith zastanawiała się, czy biedny kustosz już żałuje swojego wybuchu. Widziała, jak Manfred mocno przyciska pióro do kartki, kreśląc esy-floresy, a drugą dłonią zakrywa usta, jakby się powstrzymywał przed odezwaniem się.
Prezes zarządu muzeum przerwał ciszę.
- Nie, Hansie. To działanie w słusznej sprawie. Mam niezbite dowody, że Amerykanie chcą zabrać cenne europejskie obrazy i umieścić jej w żydowskich muzeach w Ameryce. W przeciwieństwie do tego idea Führermuseum... jest genialna. Zresztą, musisz zdać sobie sprawę, że to dopiero początek. Przygotowujemy również spisy ważnych niemieckich dzieł sztuki wywiezionych przez Francuzów i Anglików w minionych stuleciach. Wrócą one do Niemiec w stosownym czasie.
Edith przyglądała się uważnie twarzy dyrektora. Herr Buchner, ignorując komentarz, stał wyprostowany i kontynuował przemowę, chociaż Edith zdawało się, że zauważyła u niego drganie mięśni szyi. - Wszyscy otrzymamy rozkazy od funkcjonariuszy w Braunes Haus. Będziemy współpracować z najlepszymi niemieckimi artystami, historykami, kuratorami i krytykami. Każdemu z was zostanie przydzielone zadanie odpowiadające jego specjalności. Wielu z nas, ze mną włącznie, będzie podróżować po terenach, aby gromadzić dzieła, które zostaną sprowadzone do naszych magazynów albo do innych niemieckich muzeów.
- Ale co z naszą pracą tutaj? - to pytanie wyrwało się Edith mimowolnie. - Laboratorium konserwatorskie...
- Obawiam się, że nasze aktualnie realizowane projekty zostaną w większości zawieszone. Co do samego muzeum, już zaczęliśmy przeorganizowywać nasze zbiory w magazynie, aby przyjąć dzieła przychodzące do nas, załatwiliśmy też dodatkowe pomieszczenia poza muzeum.
- Dokąd pojedziemy? - spytał kustosz starożytności.
- Konkretne przydziały otrzymamy jeszcze w tym tygodniu - odparł dyrektor. - Fräulein Becker, podejrzewam, że jest duże prawdopodobieństwo skierowania pani do Polski - wskazał teczki pełne skompletowanych przez nią faksymiliów.
Polska.
Edith poczuła, jak ściska jej się żołądek.
- Z... z pewnością... - zająknęła się - z pewnością nie będzie się od nas oczekiwać...
- Na jak długo? - przerwał jej bezceremonialnie asystent kustosza.
Buchner wzruszył ramionami, a Edith znów dostrzegła drgnienie jego mięśni szyi. - Do czasu, aż praca zostanie wykonana. Tak długo, jak będzie trzeba. Mamy wojnę.
To powiedziawszy, dyrektor zebrał teczki, skinął głową na pożegnanie i wyszedł z sali. Muzealny personel podążył za nim.
Edith dołączyła na końcu do idących jeden za drugim mężczyzn. Po dojściu do znajomych drzwi łazienki dla pań, pchnęła je, po czym zamknęła za sobą. Rzuciła teczkę z dokumentacją na podłogę, usiadła na sedesie i przycisnęła dłonie do twarzy. Brakowało jej powietrza, czuła się, jakby miała zemdleć.
Do Polski? Na czas nieokreślony? Jak sobie da radę? Kto się zaopiekuje ojcem? Co z jej planami małżeńskimi, wreszcie, po tylu latach nadziei? Czy naprawdę została powołana na front? Grozi jej, że straci życie?
Po dłuższej chwili Edith wstała i zimną wodą z kranu ochlapała twarz i ręce. Kiedy wyszła z łazienki, natknęła się na Manfreda, który chodził w tę i z powrotem w korytarzu.
- Wszystko w porządku? - spytał szeptem, biorąc ją za rękę.
- Ja... nie jestem pewna, jeśli chcesz znać prawdę. Och, Manfredzie... - z westchnieniem przystanęła, opierając się plecami o chłodne kafelki, jakimi wyłożone były ściany korytarza. - Co za wiadomość. Trudno mi w to uwierzyć - jej ręce nie przestawały się trząść.
- Myślę, że wszyscy jesteśmy w szoku - zauważył. - Nawet ci z nas, którzy... przewidywali, że tak się stanie.
Edith ścisnęła jego przedramię. Niewiele wiedziała o życiu Manfreda poza muzeum, wiedziała jednak, że zorganizował w Monachium grupę znaną ze sprzeciwu wobec polityki Rzeszy. Ich idee były rozpowszechniane za pomocą ulotek na papierze przebitkowym, zostawianych na ławkach w parku albo na pustych siedzeniach w tramwaju.
- Wiedziałeś, co oni planują?
Manfred przytaknął, zaciskając usta.
- Generaldirektor już zakupił kilka ciężarówek obrazów skonfiskowanych żydowskim kolekcjonerom w całej Bawarii. Jeśli mi nie wierzysz, wejdź na trzecie piętro. W moim biurze jest tyle obrazów, że ledwo mogę dojść do biurka.
Usta Edith same się otworzyły ze zdumienia. - Trudno mi to sobie wyobrazić. Ale ty... Dokąd ty pojedziesz?
- Założę się, że będą mnie trzymać tutaj, żebym katalogował wszystko, co przychodzi. Poza tym jestem już stary - wzruszył ramionami i zmusił się do uśmiechu. - Mogło być gorzej. Poza linią ognia. Ale ty, moja droga... Jak sobie poradzisz? Twój ojciec...
Edith znów przycisnęła dłonie do twarzy. - Nie mam pojęcia - przyznała. - Heinrich. Mój narzeczony. Jego też wysyłają do Polski.
- Ach! - Manfred przewrócił oczami. - W takim razie przynajmniej jedziecie w to samo miejsce.
- Tak, ale... Heiliger Strohsack! - wyrzuciła z siebie głośnym szeptem. - Nie tego się spodziewałam.
- Chciałbym móc powiedzieć to samo, moja droga Fräulein Konservator. Jesteś za młoda, żeby pamiętać początek poprzedniej wojny. I znów jesteśmy w tym samym miejscu. Wszystko to samo, cóż możemy zrobić? Kiedy Führer wzywa, raczej nie mamy wyboru. Wydadzą nam karty powołania. Odmowa nie wchodzi w grę, dopóki...
Manfred wskazał na okno na końcu korytarza, które wychodziło na plac, gdzie żydowskie sklepy brutalnie zamknięto albo nawet spalono w ostatnich miesiącach. Edith wiedziała, że teraz żydowskie rodziny wsiadają do wagonów - albo z wyboru, albo z przymusu - wiozących w miejsce przesiedlenia, gdzie wyznaczono im los, którego nie była w stanie przewidzieć. Nusbaumowie, małżeństwo z dwojgiem małych dzieci, mieszkający w tej samej co ona kamienicy, wyjechali kilka tygodni temu. W korytarzu na parterze, pod bacznym okiem ich portiera, Edith patrzyła, jak Frau Nusbaum ładuje zniszczone skórzane torby i worki na zboże pełne ich najcenniejszych rzeczy na zdezelowane taczki.
Wiedziała, że Manfred ma rację, kiedy mówi, że odmowna odpowiedź na wezwanie Führera nie wchodzi w grę, ale jej umysł pracował na najwyższych obrotach, szukając wyjścia z tej kłopotliwej sytuacji. Czy prosi o zbyt wiele, chcąc wrócić do swojej pracowni konserwatorskiej, do swojego skromnego mieszkania, do ojca, do nowego życia z mężem?
- Cóż - powiedział Manfred z wymuszonym, bladym uśmiechem. - Polska! Może to ma i dobrą stronę. Będziesz mogła zobaczyć te wszystkie arcydzieła, którym poświęciłaś tyle czasu.