Rozdział 8
Rozdział 8
Wizyta mamy
Tulipan nie żyje. Już od pewnego czasu.
Myślę, że umarł, kiedy byłem w Cenarii, żeby zabić lady Jadwin. Nic, co
zrobiłem, nie zdołało go ożywić. Pewnie do tej pory i tak by umarł.
Powinienem go wyrzucić. Codziennie, kiedy nie mogę już ich dłużej
znieść, wypełzam spod skotłowanych koców na podłodze i staje przede mną
on, radośnie ususzony, jedyna ozdoba moich agresywnie ascetycznych
czterech kątów.
Logan chciał mi podarować rezydencję w swojej nowej stolicy, chciał mnie
uhonorować na sto sposobów po bitwie pod Czarnym Wzgórzem. To dobry
człowiek. Myślę, że jest nawet dobrym królem mimo fatalnego gustu w doborze przyjaciół. Nie chciałem zaszczytów. Nie chciałem wielkiego
domu, bo nie chciałem służby. Nie chciałem być do niczego przywiązany.
Wszelcy ludzie w moim życiu byliby przeszkodą. Narażałbym ich na
niebezpieczeństwo. Sam stanowiłbym dla nich zagrożenie.
Po tym, jak odmówiłem, dał mi zamiast tego ten budynek, wysoki na sześć
pięter, wypełniony luksusowymi mieszkaniami dla wizytujących dyplomatów,
zamożnych kupców i lordów, którzy złazili się zewsząd, żeby rozkręcić
interesy w nowej stolicy najwyższego króla. Logan zadbał o obsługę i ochronę, wyznaczył godnego zaufania kasztelana (budynek jest zbyt
elegancki, żeby zajęła się nim zwykła gospodyni), który pobiera czynsz
i... robi to wszystko, czym tacy ludzie się zajmują. Podobno moje zyski są
odkładane na konta u licznych rodzin bankowych w mieście. Nie wiem, nie
sprawdzałem tego.
Ja sam zajmuję obszerne najwyższe piętro. Mam własne wejście. Mam
bezpieczne wyjścia przez dach, gdybym ich potrzebował. Nikt już nie
zawraca mi głowy.
Doszło do kilku zamachów na moje życie w pierwszych paru miesiącach. Nic
poważnego.
Jednakże dziś rano mam wrażenie, że coś jest nie tak. Odzywa się we mnie
jakiś instynkt. Wyczuwam zagrożenie.
Udaję nieświadomość, rozluźniam napięte mięśnie i przecieram zaspane
oczy, rzucając szybkie spojrzenia po pustym pomieszczeniu.
Nic.
Sprawdzam pole rażenia z okien, zanim się ruszę, na wypadek gdyby gdzieś
czaił się strzelec. A potem robię to co zwykle: sprawdzam pułapki i machinalnie napełniam brzuch sucharem i suszonym mięsem. Może to
fałszywy alarm. Zdarza się. Kiedyś gołąb uruchomił jedną z moich pułapek
z potykaczem i przez pół nocy siedziałem w zasadzce gotowy zaskoczyć
napastników, którzy się nie pojawili.
Zostawiam koce zrzucone na stos, nie zmieniam ubrania ani go nie piorę.
Jaki to ma sens? Potem będę w nim trenował. Nie golę ciemnego,
niechlujnego zarostu. Nie mogę rozczesać dłonią nieposłusznych włosów,
kiedy próbuję je odgarnąć z oczu. Nie dość, że sterczą na wszystkie
strony, to zaczynają się kołtunić; jeśli nie umyję ich wkrótce, to będę
musiał je ściąć. Zabawne, że jestem teraz bogaty, a pewnie lepiej
wyglądałem, gdy mieszkałem na ulicy.
Lewą ręką podnoszę martwego tulipana w białej doniczce i wystawiam na
balkon, żeby zapewnić mu trochę słońca. Kwiatek jest zwiędły i paskudny,
liście są żółte i brązowe. Powinienem się poddać. Wiem. Wiem, jak dbać o dziesiątki najpowszechniejszych roślin trujących, ale nic, czego
próbowałem, nie ożywiło mojego tulipana.
Gdyby to była zwykła roślina, poddałbym się. To jednak nie jest
zwyczajny kwiatek. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, i co mogłoby go
ożywić, to magia.
Niestety znalezienie kogoś, kto mógłby posłużyć się tego typu magią,
oznacza wyjście z mieszkania. Rozmowę z drugim człowiekiem. Zaufanie, że
ktoś nie zniszczy ostatniej pamiątki, jaka mi po niej została.
Ledwie zacząłem pracę z linami z porannej części mojego treningu, a ktoś
puka do drzwi. Serce mi zamiera, opadam bezszelestnie na podłogę i ląduję na palcach.
Ludzie nie powinni być w stanie dostać się na moją prywatną klatkę
schodową.
- Kylar? - rozlega się kobiecy głos.
Podchodzę do drzwi. Jest w nich wizjer, ale nie korzystam z niego.
- To ty - mówię, otwierając. Wyszło bardziej obcesowo, niż chciałem,
więc staram się to złagodzić, dodając: - Jakim cudem wyglądasz młodziej
za każdym razem, gdy cię widzę?
- Przymknij się i zejdź mi z drogi - odpowiada Mama K i przepycha się
obok mnie, jakbym był krnąbrnym dzieckiem.
Daje znać swoim ochroniarzom, żeby zostali na zewnątrz. Wypełniają
polecenie bez słowa.
Jej perfumy wypełniają mi nozdrza: nuty głowy to gorzka pomarańcza,
maté, nasiona piżmianu, nuty serca to jaśmin, kwiat pomarańczy i może
gardenia, a baza to cedr, czarny ootai i może kasztan? Zamykam za nią
drzwi jak odźwierny. To nowe perfumy, równie drogie jak jej dawny
zapach, ale bardziej królewskie.
- Proszę wejść, Wasza Książęca Mość - mówię sarkastycznie do jej pleców.
Rozgląda się po moim mieszkaniu z nietajoną niechęcią, a potem patrzy na
mnie i niesmak ustępuje rozczarowaniu.
Kobieta znana jako Gwinvere Kirena Thorne, duchessa Thorne lub po prostu
Mama K - dla nas, dawnych szczurów z gildii i dzieciaków z rynsztoka,
nigdy nie wygląda gorzej niż wspaniale, ale dzisiaj stanowi
ucieleśnienie chłodu w luźnej, prostej sukni z chabrowego jedwabiu,
która pewnie kosztowała więcej, niż wszyscy moi lokatorzy razem wzięci
płacą czynszu. Smukła i pełna wdzięku, o spojrzeniu przenikliwym jak
noże, którymi od dawna kierowała, wygląda na może czterdzieści lat,
chociaż jest o co najmniej dekadę starsza.
- Uprzedzono mnie, ale nie sądziłam, że upadniesz tak nisko - mówi,
pociągając nosem na mój widok.
- Może to ucieszy Waszą Książęcą Mość, że jeszcze nawet nie zacząłem
upadać - odpowiadam, pochylając się w wyrafinowanym dworskim ukłonie.
Mama K nauczyła mnie wszystkich dworskich manier, jakie jeszcze
posiadam, i ukłon skutkuje tak, jak można się było spodziewać.
Patrzy na mnie beznamiętnie, ale ja już nie jestem ulicznikiem trzęsącym
się w jej salonie.
- Przyniosłam ci prezent, ale nie dlatego tu jestem. Próbowałam tego
uniknąć przez wzgląd na nas oboje, ale tak naprawdę przyszłam, żeby cię
wynająć.
- Świetnie! Miałem nadzieję, że to będzie krótka rozmowa.
- Masz u mnie dług.
Zaciskam usta.
- Znajdź sobie kogoś innego.
- Próbowałam. To niemożliwe zadanie.
- Nie ma niemożliwych zadań, są tylko niemożliwe ceny - odpowiadam
odruchowo.
- Dokładnie to samo mawiał Durzo, zaraz przed tym, jak mnie kantował. -
Uśmiecha się rozbawiona i chłód w pokoju rozprasza się, ale moje
odrętwienie osłania mnie nawet przed jej wpływem.
- To dlaczego jemu nie dasz tego zadania? - pytam.
Odwraca wzrok i widzę, jak kciukiem obraca pierścionek na palcu.
Drobiazg, tylko z jednym białym opalem. Przy rubinach, które nosi
dzisiaj, pierścionek jest wręcz komicznie mały i skromny. Może to ma być
ślubna obrączka?
- Jest... nieuchwytny - odpowiada z wysilonym uśmiechem.
Życie na ulicy sprawiło, że bezbłędnie wyczuwam, kiedy ktoś może stać
się agresywny, ale ceną za to jest nieumiejętność rozpoznawania innych
emocji, a Mama K jest utalentowanym kłamcą i nie powinienem był się
zorientować, że uśmiech był wysilony, o ile nie chciała, żebym to
zauważył. No, chyba że jej ból jest tak wielki, że nie potrafi go ukryć.
Domyślam się, że chodzi jednak o manipulację. Chce, żebym zapytał o Durzo. A jeśli jednak jej ból jest prawdziwy, to pewnie zamierza
wykorzystać go, żebym wykonał zadanie dla niej, bez względu na to, na
czym polega.
- Szkoda - odpowiadam. - Dzięki, że wpadłaś.
Podchodzę do drzwi, żeby wskazać jej wyjście.
A ona wychodzi na mój balkon.
Czuję się jak nadąsany dzieciak, ale nie idę za nią. Wracam do lin i już
mam wrócić do ćwiczeń, kiedy widzę, że znalazła sobie zajęcie na
balkonie.
Wpadam tam w okamgnieniu.
- Odłóż to!
Stoi do mnie plecami. Nóż błyska w jej dłoniach, brązowy liść opada na
ziemię. Jeden, a potem drugi. I trzeci.
Mój tulipan. Mimo to nie jestem w stanie nawet drgnąć, żeby ją
powstrzymać.
- To nie morderstwo - odpowiada.
- Co? Mówisz o kwiatku? Przestań!
Wzdycha, jakby spodziewała się po mnie czegoś więcej.
- Zlecenie. Każdy, kto by się go podjął, musiałby przy okazji zabić paru
ludzi. Niewinnych ludzi. A jeśli się zawahamy, niewinni i tak stracą
życie. Tylko ty możesz załatwić to czysto. Jeden mały skok, Kylarze.
Może ocalić Loganowi życie. A może coś więcej. Znacznie więcej.
- Skok? To się nigdy nie sprawdza. I dlaczego ja? Jestem siepaczem, nie
złodziejem. - Ona wie, co czuję w związku z Loganem. Nie chcę, żeby
bardziej to wykorzystała. - Do diabła, nawet tym już nie jestem.
- Skok nie różni się aż tak bardzo od zamachu, prawda? Może się udać,
jeśli nie przekombinujesz. Zrób to samo, co w posiadłości lorda
Repha'ima, z pominięciem tortur, morderstwa i tego, że jak skończony
amator dałeś się zauważyć.
Nawet nie próbuję zaprzeczać. Nie zamierzam rozmawiać o tym zadaniu.
- Mówię po raz ostatni...
Mama K wskazuje miasto.
- Zastanawiałeś się nad konsekwencjami zbudowania miasta na magicznie
zachowanym polu starożytnej bitwy?
Ta zmiana tematu zbija mnie z tropu.
- Nie zawracałem sobie tym głowy.
- A ja owszem. Kopuła i magia, które trzymały ludzi z dala od tego
miejsca przez stulecia, uchroniły także inne rzeczy, ukryte we wnętrzu.
Oczywiście większość tego, co ludzie przynieśli ze sobą przy okazji
tamtej ostatniej bitwy, dawno się rozpadła, zwłaszcza magiczne
przedmioty, ale niektóre przetrwały. Część natychmiast rozkradziono,
zanim zdałam sobie sprawę, że nikt nie rozmieścił tam straży, i postanowiłam zrobić to sama. Widzisz, uważam, że wszystko, co wydobyto z Czarnego Wzgórza, należy do naszego nowego najwyższego króla. Chcę te
rzeczy odzyskać. Wszystkie.
- To miłe - odpowiadam.
Nie cierpi, kiedy mówię do niej takim tonem.
- Kłopot w tym, że ludzie, których wysłałam, żeby odnaleźli potężne lub
intrygujące magiczne przedmioty, sami są...
Nie kończy zdania, żebym sam odgadł koniec.
- Magami - niechętnie podejmuję jej grę. Wiem, dokąd to zmierza, więc
dodaję: - A magowie to dokładnie ci ludzie, którzy mogą najwięcej
zyskać, zatrzymując to, co znajdą.
- Widzisz? Oto umysł, który kocham. Lotny jak kura w rosole.
- Czekaj no...
- Właśnie. Postaraj się teraz nadążyć. Zajmując się wszystkim, co
niezbędne, żeby pokierować stworzeniem nie jednego, ale czterech
królestw, musiałam zaufać ludziom, a potem musiałam zaufać innym
ludziom, że będą czuwać nad tamtymi pierwszymi. Kłopot w tym, że nie
wszyscy są godni zaufania.
- To musiało być szokujące odkrycie dla dawnej szefowej półświatka -
odpowiadam. - Ale nie podoba mi się, dokąd zmierza ta rozmowa. Wygląda
na to, że przy okazji tego zlecenia jednak trzeba też kogoś sprzątnąć.
Mama K nigdy nie traktowała zdrady z pobłażaniem. Zanim przeszła na
drugą stronę prawa, Durzo pracował dla niej i wykonał dla niej mnóstwo
zleceń.
- Nikomu się to nie podoba - odpowiada uprzejmie. - Wszyscy powinniśmy
po prostu współpracować. Powinniśmy zgodzić się, że Logan jest
najlepszym królem, jakiego ktokolwiek z nas ujrzy w ciągu najbliższych
stu lat. Powinniśmy służyć mu bez wahania. Czy to nie jest miłe, kiedy
ludzie widzą, co powinni robić, i robią to bez ponaglania? - mówi
słodko, ale ze zniecierpliwieniem.
- Nie ma takiej potrzeby - odpowiadam. Jestem urażony, a co gorsza,
zdradza to mój ton.
- Chcemy tego samego, Kylarze.
- Chcę, żebyś zostawiła mnie w spokoju.
- Z radością. Ale oboje chcemy, żeby Logan był bezpieczny.
- Chcę tego, bo w niego wierzę. Ty chcesz tego, bo nie dość, że jest
jedynym arystokratą, który kiedykolwiek zaryzykował i ci zaufał, to
nadal ci ufa. Dbasz o bezpieczeństwo Logana, bo on zapewnia ci
bezpieczeństwo i władzę. Jeśli on odejdzie, to ty także.
Mama K wzdycha.
- Nadal masz w sobie ten uporczywy szlachetny idealizm, co? Nawet po tym
wszystkim. Pytanie brzmi: i co z tego? Co z tego, jeśli robię to z czysto egoistycznych pobudek?
To mnie zaskakuje, bo prawdę mówiąc, wiem, że zachowuję się jak dupek.
Normalnie powiedziałbym wam, że Mama K jest tak twarda, jak wymagają
tego okoliczności. Udaje, że wszystko robi dla własnej korzyści. Prawda
jest taka, że szlachetne odruchy też przedstawia jak przejaw dbania o własne interesy. Karmienie, dawanie schronienia i ratowanie życia
dzieciakom z ulicy? Nigdy nie umiała przyznać, że nie cierpi widoku
przymierających głodem, dręczonych dzieci. Nie, tłumaczyła, że to po
prostu inwestycja, bo dzisiejsze dzieci z ulicy będą w przyszłości
przestępcami. Zdobądź ich lojalność, a - jak mawiała - najlepsi z nich
zostaną ci wierni na zawsze.
Sięga do kieszeni i rzuca mi srebrną bransoletkę.
Łapię ją. Sądząc po wadze, jest to białe złoto, nie srebro. Zdobi ją
głęboki ryt w kształcie nieskończonego węzła w jakimś pradawnym stylu,
którego nie potrafię umiejscowić.
- To prezent dla mnie? - pytam. - Biżuteria? Nie trzeba było. Mówię
serio.
- To nie jest mój prezent. To świecidełko. W każdym razie tyle
powiedział Durzo, kiedy poprosił, żebym ci to przekazała. Utrzyma
ka'kari, kiedy zechcesz, żeby było blisko, ale nie dotykało twojej
skóry. Powiedział, że za dekadę, może dwie powinieneś się zorientować,
kiedy coś takiego ci się przyda.
Auć. To rzeczywiście brzmi jak słowa Durzo.
- Magiczna?
Mama K prycha.
- Też o to zapytałam. Powiedział, że nie, po prostu platyna opiera się
pożarciu. Próby rzeczywiście wykazały, że bransoletka nie jest magiczna.
- Aha.
Platyna, nie białe złoto. I oczywiście Mama K sama ją sprawdziła.
- A skoro mowa o ka'kari... - dodaje.
- Rozmawiamy o ka'kari? - pytam. - Myślałem, że rozmawiamy o prezencie,
który masz dla mnie?
- Nie. O ka'kari. Kylarze, masz najpotężniejsze ka'kari ze wszystkich.
Wiem, że kilka pozostałych jest bezpieczne w Lesie Ezry, ale... O, teraz
wreszcie zacząłeś słuchać.
Nawet tego nie zauważyłem, ale nabrałem powietrza w płuca i przygotowałem się na najgorsze, kiedy powiedziała "kilka pozostałych".
- Masz wieść o następnym ka'kari? Ukrytym tutaj? - pytam.
- Krążą plotki. Same zwietrzałe tropy. Opowieści o wypaczonej magii.
Góra Tenji plująca ogniem i popiołem przez sto dni po bitwie. Zapadający
się Wir Tlaxini. Morskie węże w Czarnych Wodach przy wybrzeżu Friaku.
Pływy na Gandu i na Jedwabnym Wybrzeżu. Wypaczona magia. Omeny.
Przerażeni kapłani. Cały ten typowy harmider. Jednak największe
niebezpieczeństwo dla Logana i nas wszystkich, jakie potrafię sobie
wyobrazić, wypływa z ka'kari. Magowie sugerują, że nadchodzą złe czasy.
Proponuję ci długofalową rozgrywkę, Kylarze, niesłychanie ważną. Jedna
potyczka w długiej walce na setce frontów. Moim zadaniem jest
przewidywać zagrożenia dla człowieka, o którym mówisz, że tak bardzo go
kochasz.
Człowieka, o którym mówię, że tak bardzo go kocham? To mnie irytuje, ale
widzę haczyk, pułapkę, manipulację. Mama K sprowokuje mnie do rozmowy o Loganie, a potem o tym, co jestem mu winny, i wreszcie o tym, w jaki
sposób mogę mu służyć: służąc jej. Dlatego przełykam gniew, ignoruję
przynętę.
- Mam polować na plotki? To nie skok, to robota dla szpiega.
- Skradziono starożytny artefakt. W tłumaczeniu jego nazwa brzmi
"Pomroczny Kompas".
- Że co proszę?
Mama K wzdycha.
- Kompas Półmroku, jeśli tak wolisz; chodzi o czas przed porankiem albo
przed nocą. Może działa tylko o tej porze. Może jest jakoś szczególnie
mroczny. Nie wiem. Liczy się to, że go potrzebujemy. Pomoże nam
dowiedzieć się, kto ma ka'kari... A przynajmniej kto je miał ostatni.
- Jak działa?
- Kompas ma jeszcze inną nazwę. Nazwę, którą powinieneś uznać za
nadzwyczaj intrygującą. Jego jedyna moc sprowadza się do tego, że pomaga
znajdować ludzi. Podobno trzeba zrobić to, co konieczne, żeby go
aktywować, a potem wypowiadasz imię nadane określonej osobie po
urodzeniu i kompas wskazuje drogę. Nie mówi, jak daleko znajduje się ta
osoba ani nawet czy żyje. Po prostu wskazuje kierunek. To przedmiot o bardzo ograniczonej mocy, ale...
Marszczę brwi.
- Ograniczonej? Mógłbym wymyślić tysiąc sposobów wykorzystania takiego
przedmiotu. Zwłaszcza w moim fachu.
Mama K uśmiecha się do mnie ze szczerą czułością i - jeśli się nie mylę
- radością, jaka wiąże się z faktem, że ktoś cię rozumie.
- Ja też - przyznaje. - I pewnie stąd się wzięła druga nazwa tego
przedmiotu. Od imienia półbogini, córki samej Matki Nocy; była wczesnym
wcieleniem karzącej sprawiedliwości. Ta, która podąża: nieprzejednana,
bezlitosna, bezwzględna, niepowstrzymana w swoim pościgu za winnym. Coś
ci to przypomina?
Nie pyta, czy znam imię tej bogini. Ma na myśli to, że bogini bardzo
przypomina Anioła Nocy. Według niektórych opowieści była pierwszą
spośród nas.
Ignoruję dreszcz, jaki przebiega mi po plecach.
- Przypomina mi przesąd, który Durzo przy pewnej okazji wyśmiał.
- Durzo może pozwolić sobie na śmianie się z rzeczy, których my
powinniśmy się obawiać. To jednak nie jest istotne. Nawet jeśli Nemezis
nigdy nie istniała, nawet jeśli ten przedmiot nie ma z nią żadnego
związku, wierzę, że Kompas Nemezis naprawdę istnieje. Nie stać nas na
zachowanie się, jakby było inaczej. Już sama możliwość, że istnieje,
mówi mi, że zasługuje na bardzo duży wysiłek, żeby dopilnować, by nikt
inny go nie znalazł. Rozumiesz?
Rozumiem. Lepiej, niżby chciała. Widzę teraz, jak precyzyjnie
przygotowała to przemówienie. Powiązanie z Aniołem Nocy, magia, strach
przed utratą czegoś potężnego na rzecz wroga.
- To brzmi jak naprawdę ważne zlecenie, ale ja już mam ważną robotę -
mówię. - Jestem teraz gospodarzem.
Prycha z rozbawieniem.
- Gdybyś zamierzał przejść na emeryturę, to już byś to zrobił. Nie
wykonałbyś tej roboty w posiadłości Repha'ima. Niektórzy z moich
najlepszych agentów wykonują dla mnie "swoje ostatnie zadanie" od
dwudziestu lat. Prawda jest taka, że ludzie tacy jak my nie znajdują
nowej pracy. Mamy szczęście, jeśli trafią nam się nowi przełożeni, mamy
tysiąckrotnie większe szczęście niż większość, kiedy naszym panem
zostaje ktoś taki jak Logan. Bez względu na to, jak bardzo sam siebie
okłamujesz, dasz się z powrotem wciągnąć do tego życia, a im dłużej
czekasz ze zrobieniem tego, co konieczne, tym więcej bólu sprawisz
wszystkim wokół siebie.
- Cieszę się, że znalazłaś zajęcie, które pozwala ci spać w nocy -
wchodzę jej w słowo. - Gratuluję. - Milknę. - Z drugiej strony nieczyste
sumienie nigdy nie dawało ci się we znaki, co? Bez względu na wszystko.
To chyba tylko ja tak mam, to moja słabość.
Przez chwilę widzę rozbłysk prawdziwego gniewu w jej oczach, ale potem
zerka na słońce i chowa swój mały nożyk.
- Wybacz mi, proszę. Otrzymałam rozkaz i mam stawić się dzisiaj u króla.
Wiedziałam, że arystokraci wystąpią przeciwko mnie: stara dziwka miałaby
nimi zarządzać? Wiedziałam, że to będzie dla nich nie do zniesienia, ale
nie spodziewałam się tego tak szybko. Czeka mnie sąd z powodu drobnego
nadużycia władzy i morderstwa. Zatem albo lord Repha'im jest głupcem,
albo... Cóż, przekonamy się, prawda?
- Morderstwo? Ty? Jakie morderstwo?
- Tak, Kylarze. Nie wyobrażałeś sobie chyba, że rozwiązujesz jakieś
problemy, przeprowadzając ten swój mały wyczyn, co? - Wreszcie odwraca
się do mnie. - Lord Repha'im twierdzi, że Trudana Jadwin została
zamordowana z mojego polecenia. Cenaria to moje miasto. Mój teren, moja
odpowiedzialność.
Wręcza mi doniczkę, którą biorę oniemiały. Goła brązowa łodyga wystaje z gołej brązowej ziemi. Tylko tyle zostało.
- Może udało mi się uratować cebulkę przed zgnilizną, która już ją
zaatakowała, ale przekonasz się dopiero za rok - odpowiada, jakby nie
oznajmiła mi właśnie, że czeka ją proces z powodu morderstwa, które
popełniłem. - W ogrodnictwie śmierć wymaga zarządzania. Nie można jej
ani ponaglać, ani zbyt długo odwlekać. Popełniłeś oba błędy, ale może
tulipan jeszcze zakwitnie.
- Odpowiedź nadal brzmi: nie.
Mama K wyjmuje chusteczkę i wyciera ręce. Nigdy nie waha się ich
zabrudzić, ale nie można pojawić się na dworze z rękami upaćkanymi
ziemią.
- Kylarze, nie masz pojęcia, ile kosztuje Logana chronienie ciebie,
kiedy ty dąsasz się jak smarkacz. Nie stać go na to. Zetnij łodygę za
kilka tygodni - radzi, poklepując mnie po policzku. Twardość jej
spojrzenia zadaje kłam matczynej czułości tego gestu. - Tak czy inaczej,
nie będzie mnie tutaj, żebym to za ciebie załatwiła.
- Ej - odzywam się. - Chyba mówiłaś, że coś dla mnie masz. Gdzie to
jest?
- Nie to. On. Stoi na korytarzu. Właściwie to jest dobrym przykładem
ostatniej rzeczy, jaką chciałam ci powiedzieć. - Mruży oczy z niesmakiem, patrząc mi w twarz. - Rób coś dobrze albo nie rób tego w ogóle. To dotyczy także zapuszczania brody.
- Dlaczego tego po prostu nie powiesz?
- A co chcesz, żebym powiedziała? - pyta, jakby nie wiedziała.
Traktowanie mnie, jakbym był głupi, zawsze łatwo doprowadzało mnie do
furii.
- Powiedz to! "Ona nie żyje, Kylarze!". "Pogódź się z tym, Kylarze. Żyj
dalej". "Miałeś już czas na żałobę".
Patrzy na mnie, jakbym był zagadką do rozwiązania.
- Nie powiem tego, ponieważ nie mówię idiotyzmów. Nigdy nie przebolejesz
straty Elene. I albo twój charakter, albo okoliczności zmuszą cię, żebyś
znowu zaczął żyć. To wszystko. A ona nie ruszy razem z tobą, bo już jej
nie ma. I to będzie bolało. A potem zaczniesz od czasu do czasu o niej
zapominać. I to też będzie bolało. Potem zaczniesz zapominać o niej na
coraz dłużej i to będzie bolało jeszcze bardziej. Nie będziesz potrafił
przypomnieć sobie dobrze jej twarzy i będziesz to odbierał jak własną
zdradę. I tak dalej. Nikt nie twierdzi, że nie ma bólu. Ból to część
umowy. Może cała umowa sprowadza się do bólu.
- To fatalna umowa - mówię, chociaż jak na mój gust ta rozmowa za bardzo
przypomina inną, którą odbyliśmy dawno temu.
- Nie ma innej - odpowiada cicho. - Dlatego dorośnij, do diabła.
Wychodzi i wkurza mnie tym, że nie ma nawet dość przyzwoitości, by
trzasnąć drzwiami.
Rozdział 9
Rozdział 9
Brzemię cieni
Uczone z Oratorium zakładają istnienie trzech typów nieśmiertelności.
Tylko sam Bóg Jedyny - o ile taki potwór istnieje - mógłby posiadać
najwyższy rodzaj: absolutną niezniszczalność, której nie może naruszyć
ani czas, ani miecz. Szczebel niżej plasują się elshaddim: nigdy się nie
starzeją, ale ucieleśnieni są częściowo wrażliwi na miecz. Chociaż ich
esencja nie umiera, ciało można zabić i taka śmierć uniemożliwia im
ponownie przyjęcie cielesnej postaci. Najwyższy rodzaj nieśmiertelności,
na jaki może mieć nadzieję człowiek, nawet dzięki najpotężniejszej
magii, jest najniższym typem z tych trzech. "Nie nazywajcie tego życiem
wiecznym" - mówią uczone w wyważonych słowach. "Nazywajcie to życiem
wydłużonym na czas nieokreślony, w którym starzenie jest tak
spowolnione, że być może całkowicie się zatrzymuje, ale poza tym
wszystko inne wygląda tak jak wcześniej".
Mówią o tym wszystkim z wielkim przekonaniem typowym dla kogoś, kto
całkowicie się myli.
Wiem to, bo jestem tym, co ich zdaniem nie może istnieć. Nie tylko
jestem niewrażliwy na działanie cierpliwych noży czasu, ale jeśli dać mi
dość czasu, to moje ciało wyleczy się ze wszystkiego, nawet ze śmierci.
Oczywiście jest w tym haczyk. Nawet kilka. Nikt nie wyjaśnił mi, jak to
działa, i musiałem zapłacić cenę w postaci życia kilku osób, zanim
wreszcie zrozumiałem najgorsze: za każdym razem, gdy umieram, bez
względu na przyczynę, umiera za mnie ktoś, kogo kocham.
Czuję głód sprawiedliwości, którego nie potrafię stłumić. Wszystkie
moje talenty służą przemocy. Dorastałem na ulicach, gdzie wytrenowano
mnie na legendę. Wszystko, czym jestem, zostało ukształtowane z myślą o szybkim i śmiercionośnym działaniu.
Dokądkolwiek się udam, widzę cierpienie domagające się moich
umiejętności, ale czy istnieje coś, co mogę zmienić, a co byłoby warte
powolnej śmierci wszystkich, na których mi zależy? Jeśli popełnię błąd,
umrze za mnie ktoś niewinny. Moje porażki już kosztowały mnie utratę
jedynego światła w moim świecie ciemności.
Dlatego muszę być doskonały. Dlatego muszę odkryć, co spowodowało tę
klątwę, którą noszę, i jak położyć jej kres.
Nazywam się Kylar Stern. Jestem Aniołem Nocy, a to jest brzemię cieni.
Powyższe słowa zostały zapisane pieczołowitym, skrupulatnym charakterem
pisma, ale potem całą stronicę Kylar przekreślił gniewnym krzyżem.
Poniżej szybszym, swobodniejszym pismem dopisał:
Nie wiem, jak opowiedzieć tę przeklętą historię. Wszystko, czego
próbuję, jest kłamstwem. Opowieść to obietnica, prawda? To nie jest
opowieść o tym, jak próbowałem zakończyć swoje przekleństwo. Może
powinna być. Przypomnijcie mi, żebym wrócił i spróbował czegoś innego.
To wszystko wyszło na opak.
Viridiana odetchnęła powoli. Raz, potem drugi. Zamrugała, żeby
powstrzymać powódź uczuć, których nie potrafiła nazwać.
Kylar nie wrócił, żeby to naprawić. Nie spróbował później czegoś innego.
Wiedziała dlaczego.
Rozdział 10
Rozdział 10
Wrak Króla-Boga
- Spóźniłeś się - mówi mężczyzna, wchodząc.
Jego słowa grzechoczą w zardzewiałym gardle. Nosi wspaniałą, schludnie
przyciętą czarną brodę, która łagodzi kanciaste rysy jego twarzy. W tej
chwili nie wygląda na szaleńca.
Z drugiej strony nie wygląda też jak były król. "Prezent" od Mamy K to
nikt inny jak Dorian Ursuul, niegdyś znany jako uzdrowiciel i mag, a później jako Król-Bóg Fresunk, władca Khalidoru i Lodricaru. To
człowiek, który zakłócił moje życie więcej niż raz.
Ubranie ma piękne, ale w nieładzie, jakby w nim spał. Zamiast jak
zdetronizowany król albo szaleniec wygląda jak dzieciak, któremu coś się
upiekło i jest z tego powodu bardzo z siebie zadowolony. Czarne włosy ma
zmierzwione, ale nie brudne, nie widzę również ściągniętych rysów
głodzonego człowieka, co podpowiada mi, że niedawno uciekł swoim
strażnikom.
Na ile się orientuję, Dorian spędza większość czasu w katatonii,
przesiadując to w jednym kącie zamku, to w drugim i na nic nie reagując.
Przeżuwa i przełyka podawane mu jedzenie, daje znać, kiedy potrzebuje
skorzystać z latryny, i idzie tam, dokąd się go zaprowadzi, ale to
byłoby tyle.
Logan kazał go przebadać wszelkim magicznym i medycznym autorytetom,
jakie znalazł, a one jednomyślnie stwierdziły, że Dorian bynajmniej nie
symuluje choroby, na czymkolwiek ona polega. Nie próbuje też uniknąć
odpowiedzialności za złe rządy w tych krótkich chwilach, kiedy odzyskuje
zdrowe zmysły.
Surowszy król, może mądrzejszy król, kazałby go stracić.
Dorian jest prorokiem, chociaż nie ma zgody co do tego, co to właściwie
znaczy.
Nosi teraz długą brodę, a jego lodowate błękitne oczy stają się
szkliste, powoli tracą skupienie, kiedy patrzy na mnie.
- Miło widzieć, że miewasz się dobrze, Dorianie - odpowiadam.
Powraca gwałtownie do teraźniejszości.
- Chcesz powiedzieć, że jestem przy zdrowych zmysłach?
- Tak - przyznaję. - Na co się spóźniłem?
Splata palce i mocno je wykrzywia.
- Wyglądasz całkiem sprawnie - mówi. - Wszystko w tobie wygląda wręcz
lepiej niż wcześniej...
- Ryzyko zawodowe. Trenuję całymi...
- ...poza twoimi oczami.
Zaciskam zęby.
- Jesteś jedną z tych powolnych ofiar wojny, co? - mówi niezrażony. - A nie możesz sobie na to pozwolić. Jak sprawimy, żebyś ruszył z miejsca?
- To ty jesteś prorokiem. Na pewno znasz odpowiednią sztuczkę.
Rozbłysk irytacji przepływa przez jego twarz.
- Wiesz, nie mogę się do tego przyzwyczaić, że traktuje się mnie tak,
jakbym mógł zaoferować tylko jedną rzecz. Jakbym ja, Dorian, nie był
niczym więcej niż mój najbardziej niewygodny talent. Ja, który byłem
uzdrowicielem, królem, uczniem i mistrzem wielu najtrudniejszych
rodzajów magii na świecie, zostałem zredukowany w oczach wszystkich do
szalonego proroka.
- Na co się spóźniłem, Dorianie? - pytam po raz drugi.
- Opowiedz mi o chłopcu.
- Jakim chłopcu?
- Tym, którego nie zabiłeś.
- Myślisz, że zabijam dzieci tak często, że to ułatwi mi skojarzenie?
Patrzy na mnie beznamiętnie.
- Nie mam na to całego dnia.
- Jeśli wiesz dość, żeby zapytać, to wiesz wszystko.
- Nie. Czarne ka'kari zakłóca moje wizje. Umykają mi szczegóły na twój
temat. Przegapiam je.
- Och, nareszcie dobra nowina. Mówisz mi, że mogę jednym źródłem
irytacji zablokować drugie? Chociaż muszę przyznać, że to trochę
przypomina przywdzianie peleryny z komarów, żeby odpędzić rój pszczół.
- Dlaczego nie zabiłeś chłopca?
- Straciłem zimną krew.
Mruży oczy, patrząc na mnie, jakby zastanawiał się, czy kłamię.
- Wiem, nawaliłem. Ile to będzie mnie kosztować? - pytam.
Dorian spogląda w dal. Nie wiem, czy znowu odpłynął i już mam się
odezwać, kiedy mówi:
- Może lepiej uratować jedno dziecko niż cały świat.
- Cały świat? Tylko tyle? - pytam. - Rety. I to przypadkowy dzieciak z ulicy. Co za moc!
- O ile sobie przypominam, ty też byłeś przypadkowym dzieciakiem z ulicy.
- Wiesz, na czym polega problem z proroctwami, Dorianie? - pytam coraz
bardziej poirytowany.
- Trochę się orientuję - odpowiada beznamiętnie. - Ale, proszę, poucz
mnie w tym temacie.
- Kłopot z proroctwami sprowadza się do proroków.
- Och, nie zapędzajmy się w abstrakcje. Chcesz powiedzieć, że kłopot z moimi proroctwami stanowi moja osoba. Cóż, tak, z pewnością nie spełniam
oczekiwań - przyznaje.
Jednakże nie ma w nim teraz ani krztyny słabości czy skruchy.
- Nie, nie, nie. Ludzie zakładają, że prorok jest zaledwie naczyniem dla
wiadomości; że nie zmienia jej, by skierować wydarzenia na tory, jakie
mu odpowiadają. Widziałem jednak, co robisz, kiedy posiadasz wiedzę,
jakiej inni nie mają. Wiedziałeś, że Logan żyje, kiedy uwiodłeś Jenine.
Pozwoliłeś oblubienicy w żałobie myśleć, że jej mąż nie żyje, żeby
samemu ją poślubić. Nie będę zaprzeczał, że starałeś się też czynić
dobro, ale jesteś ostatnią osobą, jakiej zawierzyłbym "sekretną wiedzę".
Dorian patrzy na mnie spod ciężkich powiek.
- Moje wady przesłaniają mój przekaz. Tak. O tym właśnie wspomniałem.
Oskarżasz mnie o coś, do czego sam się przyznałem.
Fakt.
- To co tu robisz? Pomagasz Mamie K? Ewidentnie masz jakiś plan, żeby
wmanipulować mnie w zrobienie czegoś, czego zrobić nie chcę.
Melancholia zbyt głęboka, żeby wyrazić ją słowami, otacza człowieka,
którego kiedyś uważano za boga.
- Nie, Kylarze - odpowiada. - Cała moja moc zda się na nic. Mój syn mnie
potrzebuje.
Jest coś dziwnego w sposobie, w jaki to mówi.
- Syn? Tylko jeden z nich cię potrzebuje?
- Istnieje tylko jeden. Zapytaj Vi, jeśli nadal nie rozumiesz. Nie mam
czasu na wyjaśnienia. Jenine i ja jesteśmy przynajmniej w tej jednej
kwestii zgodni. Nasz syn nas potrzebuje i nie możemy go ocalić. Wiem, że
wszystkie nasze wysiłki pójdą na marne, a mimo to nie możemy nie
spróbować.
- Zamierzasz skłonić mnie do czegoś podstępem.
W jego oczach pojawia się błysk. Mówi powoli, jakby tłumaczył coś
imbecylowi.
- Nie, bo wtedy miałbym moc, żeby coś zmienić. Co się nie uda, jak już
wspomniałem. Nie chcesz mnie nawet wysłuchać?
Chcę coś powiedzieć, ale wchodzi mi w słowo:
- Pozwól, że spróbuję inaczej: grałeś kiedyś w łuzy?
- Owszem. - Gładki stół, bile z kości, kij i, jak się można domyślać,
łuzy, które są celem. - I na ile się orientuję, to kolejny pretekst dla
arystokratów, żeby uprawiać hazard.
- Wyobraź sobie, że inaczej niż w grze w łuzy reguły nie są znane i jednakowe, kule są różnych wielkości, nie znasz liczby graczy ani nawet
lokalizacji wszystkich łuz. Wyobraź sobie, że stół wiecznie się zmienia,
czasem pojawiają się tam rowki albo wypukłości ukryte pod filcem, a wszyscy gracze uderzają jednocześnie i raz za razem. Aha, i bile
potrafią czasem zmieniać kierunek ruchu; niektóre nawet zmieniają
wielkość, tocząc się. To jest gra, w którą jestem skazany grać, Kylarze,
tak jak my wszyscy. W całym wolnym i rozległym wszechświecie proroctwo
to raptem zdolność zobaczenia odrobinę większego kawałka stołu, niż
potrafi to większość pozostałych ludzi.
- Aha, jasne. Nadal nie obstawiałbym przeciwko tobie.
- Wszystkie moje moce to oddech wobec wichury.
- Możesz udawać, co zechcesz. - Unoszę ręce wnętrzem dłoni na zewnątrz.
- Nadal tu jesteś. Wymachujesz kijem, żeby walnąć w moje bile.
- Kylarze, wiesz, co się dzieje, gdy człowiek żyje zbyt długo w izolacji?
- Co... ?
- Ja wiem.
Mrużę oczy.
- Ty... wiesz?
Sfrustrowany Dorian zaciska usta w wąską linię. A potem oddycha ciężko.
Nieruchomieje. Przechyla nagle głowę, jakby usłyszał coś dostępnego
tylko dla jego uszu.
- Niestety nie ma już czasu na dalsze wyjaśnienia. Została mi tylko
chwila przy zdrowych zmysłach, akurat, żeby zliczyć do dziesięciu.
Nie chcę mu przerywać ani nawet go ponaglać. Nie chcę robić wrażenia
chętnego. To wszystko jest manipulacją. Tu chodzi tylko o władzę. Zawsze
tak jest w przypadku tych ludzi.
I chociaż nie uwierzę w ani jedno słowo płynące z jego ust, to wbrew
sobie jestem ciekawy, co powie.
Chwile upływają, a on patrzy na mnie hardo, jakby prowokował mnie, żebym
wrzasnął na niego i zmarnował resztki jego czasu.
W końcu mówi:
- Anioł Nocy osądza, ale kto osądza jego? Prawda jest taka, że nie
jestem tu po to, by zmienić twoją drogę. Jestem tu, byś pamiętał, że
kiedy tego nie zrobisz, to postąpisz tak z własnego wyboru. Moją zemstą
jest to, że sam siebie osądzisz.
Jego oczy staję się szkliste. Szalony prorok znowu jest szalony,
zamknięty w samotnej celi własnej czaszki; to, co patrzy teraz na mnie
spomiędzy prętów jego przeszłych decyzji, nie ma w sobie niczego z boskiej iskry. To puste naczynie w pustej celi.
Rozdział 11
Rozdział 11
Zasadzka na nieodpowiedniego człowieka
Po tym, jak ludzie Mamy K zabierają Doriana z jego pustką w oczach,
potrzebuję kilku minut, żeby odświeżyć się w misce, doprowadzić włosy do
względnego porządku, ubrać się i - otworzywszy kilka zamków jeden po
drugim - zajrzeć w końcu do mojej szafy z bronią.
- Różne bitwy wymagają różnej broni, prawda, mistrzu? - pytam.
Ostatnio często mówię do siebie. Nie z powodu samotności; to po prostu
inaczej porusza zapadkami w zamkach mojego umysłu. W dźwięczących pustką
kanionach własnego mózgu możesz powtarzać myśl tysiąc razy, nie móc
przed nią uciec i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Jeśli zaczniesz
robić to na głos, dość szybko zdasz sobie sprawę, że gadasz jak wariat.
Mam nadzieję, że przekazywanie wszystkiego ka'kari w taki sposób jak
teraz pozwoli mi zerwać z tym nawykiem.
Wybieram jeden nóż i gladius, którego główną zaletą jest to, że jego
ozdobiona klejnotami pochwa pasuje do arystokratycznych fatałaszków,
jakie będę musiał włożyć. Kiedy wybierasz się gdzieś, gdzie będziesz
musiał pozwolić się rozbroić, nie zabieraj broni, której nie chciałbyś
stracić.
Dwie minuty później na ulicy pytam portiera pracującego w budynku:
- Powóz?
- Od godziny nie ma żadnych wolnych powozów, z powodu tego wszystkiego,
co dzieje się na zamku. Mogę przyprowadzić konia mojego brata. Dziesięć
minut?
Zaczynam biec.
Można by się spodziewać, że będę miał własnego konia, ale to tylko
kolejna rzecz, o którą trzeba zadbać, albo kolejny kontrakt, który
trzeba opłacić. Tak czy inaczej, byłoby to kolejne powiązanie, którym
ktoś mógłby się posłużyć, żeby mnie znaleźć. Zagrożenie. Utrzymanie w sekrecie kilku kryjówek, środka transportu, a nawet broni, wymaga
pewnego wyrafinowania i nieustannej troski.
Wyrafinowania mi nie brakuje.
Mój dawny mistrz wytknąłby mi, że mieszkam w jednym miejscu, otwarcie,
pod własnym idiotycznym nazwiskiem. Jakim dodatkowym zagrożeniem byłoby
posiadanie konia?
Żadnym. Zatem jestem niekonsekwentny nawet w łamaniu własnych reguł. W porządku.
Przebiegam obok scenki napadu.
To nietypowe tak blisko zamku i w tym mieście. Fakt, nie wychodziłem za
dużo z domu, ale obecność szumowin pozwalających sobie na napad wydaje
mi się z jakiegoś powodu dziwna.
Biednych ludzi nie stać na to, żeby migrować do nowego miasta w pierwszej fali. Pojawią się tu z czasem. Czym byłoby miasto bez ubogich?
Na razie jednak mamy tu szumowiny z lepszej klasy. Może więc właśnie o to chodzi. Trzech mężczyzn dręczy sklepikarza. Wymuszenie? Noszą jednak
takie same peleryny, podobnie jak buty. Wyglądają raczej na kompanię
najemniczą niż na zwykłych oprychów.
Z drugiej strony nawet kompanie najemnicze muszą jeść. Może przybyli do
miasta w poszukiwaniu pracy i niczego nie znaleźli.
Dwie przecznice dalej w zaułku między wysokimi murami dwóch rezydencji,
którym biegnę, żeby skrócić sobie drogę, widzę trzy kobiety bijące
mężczyznę.
Dorastałem w Cenarii. Widziałem agresywne kobiety, a te tutaj są
upiornie ciche, tylko jedna coś mówi. Wszystkie natychmiast mnie
zauważają. To dziwne. Wśród mężczyzn czasem zapada prymitywne milczenie,
kiedy odwołują się do przemocy, ale wśród kobiet rzadko. A bez względu
na płeć, grupowej przemocy nigdy nie towarzyszy cisza.
Wszystko w tej sytuacji aż błaga, żebym przyjrzał jej się uważniej.
- Pomocy, błagam! - krzyczy mężczyzna, zasłaniając zakrwawioną twarz
rękami.
Ja jednak nie patrzę na jego twarz. Nosi takie same buty jak wcześniejsi
najemnicy. I jak te kobiety.
Jedna z nich, w głębi, podnosi palce do ust, żeby zagwizdać.
Zasadzka.
A odpowiedź na zasadzkę brzmi: "Nie".
Zanim pułapka się zamknie, trwa pełna niepewności chwila, kiedy
napastnicy czekają jak zamrożeni, aż ofiara zrobi jeden krok za daleko.
Myśliwi opowiadają sobie o tym, co ich zwierzyna zrobi, wierząc, że
strach i zaskoczenie przezwyciężą racjonalny umysł i ofiara ucieknie
prosto w paszczę większego niebezpieczeństwa, jakie dla niej
przygotowali.
Nie.
Pędzę naprzód, osiągam maksymalną prędkość już po kilku wzmocnionych
Talentem krokach i sięgam dłonią do drugiej sakiewki, którą mam przy
sobie: sakiewki pełnej stalowych kul.
Kobiety wytrzeszczają oczy, gdy atakuję. Cofają się, sięgają po omacku
po broń, którą mają pod ręką, ale ukrytą.
Ciskam garść kul przed siebie.
Kobiety są w trakcie wyciągania broni, kiedy coś - nie wiedzą co
właściwie - leci w ich kierunku. Odruchowo próbują się uchylić.
Dopadam je chwilę potem, gladius pojawia się w mojej ręce w ostatnim
momencie. Tnę w dół i na zewnątrz, głęboko rozcinając udo pierwszej
kobiety. Daję nura przez odsłoniętą przestrzeń pod ich uniesionymi
ostrzami, turlam się za drugą z kobiet i zaledwie przeciągam krótkim
mieczem przez mięso jej pośladków.
Paruję włócznię ostatniej lewą ręką i przyszpilam ją do budynku. Wbijam
klingę w brzuch, o włos omijając kręgosłup.
Ona jednak nie pada ani nie próbuje wyrwać mi włóczni. Zamiast tego
dzielnie podnosi palce do ust, żeby zagwizdać.
I zagwizdałaby, gdyby gladius nie pozbawił jej palców, a potem nie
powstrzymał wszelkiego krzyku, jaki mógłby dobyć się z jej gardła, gdy
zakrwawiony metal korkuje tchawicę.
Pozostałe jęczą na ziemi: pierwsza pewnie umiera, druga może umrzeć.
Żadna nie zachowuje dostatecznej przytomności umysłu, żeby krzyknąć.
Pozostali uczestnicy zasadzki muszą znajdować się w miejscu, z którego
nie widzą zaułka, stąd konieczność sygnału dźwiękowego.
Dopiero teraz mężczyzna, którego udawały, że biją, prostuje się. Strach
i gniew walczą w jego czach.
Czuję wzbierającą w nim moc. To mag.
Nie. Wymierzam cios zabraną włócznią, którą mam w lewej ręce.
Grot wbija się w jego pierś i wychodzi bokiem. Mężczyzna skręca się,
wyrywa mi w ten sposób włócznię, bo trzymam ją tylko jedną ręką.
Znikam za rogiem. Nie ma czasu na dobijanie. Reszta ludzi z zasadzki
może się zjawić lada chwila.
A potem skaczę z klamki na rzygacz i dalej na szczyt muru wokół
rezydencji.
Na głównej drodze dziesięć koni czeka pod strażą dwóch mężczyzn. To
niweczy moje nadzieje na kradzież zwierzęcia, żeby szybciej dotrzeć do
zamku. Nie mogę zabić dwóch kolejnych ludzi.
To znaczy mógłbym to zrobić.
Ale nie powinienem. Nie na głównej drodze, gdzie ktoś może mnie zobaczyć
i będzie to wyglądało na niczym niesprowokowany atak.
Przeskakuję przez zaułek, ląduję na szczycie muru kolejnej posiadłości,
zeskakuję na jej teren, przecinam uroczy ogród, obmywam miecz z krwi w bulgoczącej fontannie, budzę dość dużego psa i wyskakuję na następną
ulicę, zanim psisko zdąży mnie capnąć za pięty.
Zanim dotarłem zadyszany do głównej bramy Zamku Gyre, mój umysł dopiero
zaczynał mocować się ze wszystkimi oczywistymi pytaniami.
Czy to była pułapka na dowolnego arystokratę kierującego się do zamku,
czy konkretnie na mnie? Większości band najemników nie stać na usługi
maga. Magowie nie powinni robić czegoś, co mogłoby popsuć reputację ich
szkół, a napad na arystokratów nowego najwyższego króla musiał liczyć
się jako Coś, Z czym Naprawdę Nie Chcemy Zostać Powiązani.
Z drugiej strony ludzie muszą jeść. Nawet najemnicy. A to, że jestem
taki, ach, nadzwyczajny, nie oznacza, że każda dziwna rzecz w mieście ma
związek ze mną.
Z pewnością, gdyby to była kolejna próba zamachu na mnie - szósta, o ile
się nie mylę - to byliby ostrożniejsi.
To wszystko wygląda jak jeszcze jeden dobry powód, żeby na stałe wynieść
się z tego miasta w diabły. Co zyskam, pozostając w Elenei?
Nie tak postępuje Anioł Nocy. Miałbym siedzieć z tarczą strzelniczą
wymalowaną na plecach i czekać? Komu to pomoże?
Byłem pasywny przez wiele miesięcy. Zdecydowanie zbyt długo. Wystarczy.
Wkrótce wychodzę na rozległy dziedziniec zamkowy.
Trochę wytrąca mnie z równowagi. Durzo nauczył mnie omijać tego typu
miejsca: setki ludzi, dziesiątki dziesiątek kierunków, z których można
zaatakować i nie da się wszystkich mieć na oku. A ja tu wchodzę pod
własnym nazwiskiem. Wrażenie odsłonięcia i narażenia na atak jest tak
przenikliwe, że przewraca mi się żołądek.
Wiem, że są lordowie, którzy życzą mi śmierci. Niektórzy z nich mają
nawet ku temu dobre powody. Większość jest zwyczajnie zazdrosna, ale
ukrywa nienawiść pod maską fałszywości. Dla nich każdy, kto stoi bliżej
najwyższego króla niż oni, jest kimś, kto ich odpycha. Prowadzą
rozgrywki, które w ogóle mnie nie obchodzą i do których w żadnej mierze
nie zamierzam się wtrącać, ale to może ściągnąć na mnie śmierć.
Co ja tu robię?
Co mówi na mój temat to, że tu przyszedłem? Jakim głupcem jestem?
Nie potrafię na to odpowiedzieć. Jeśli jednak trzeba zapłacić cenę za
śmierć lady Trudany Jadwin, to nie pozwolę, żeby ktoś zrobił to za mnie.
Mimo wszystkich polukrowanych słów, które dźgają jak noże, i ukrytych
intryg Mama K nie ściągnęła mnie tu za pomocą swoich sztuczek, chociaż
tak właśnie pomyśli. Mogłaby po prostu powiedzieć: "Zrzucają na mnie
winę za twoją mokrą robotę. Jeśli nie powiesz im prawdy, zawisnę".
Nie mam nic przeciwko zabijaniu tych, którzy na to zasługują. Prawdę
mówiąc, w przypadku pewnego typu złych ludzi owszem, zabijanie wręcz
sprawia mi przyjemność.
Jednakże śmierć kogoś niewinnego, żebym ja mógł żyć?
Mowy nie ma. Zaliczyłem dość takich sytuacji na kilka żywotów z górką.
Koniec z tym. Nigdy więcej. Bez względu na to, ile mnie to będzie
kosztowało.
Rozdział 12
Rozdział 12
Jeden złoczyńca na dworze, a może dwóch
Jeśli słuchasz tego, to zapewne znasz Zamek Gyre, więc nie będę ci
opisywać każdej błyszczącej kopuły ani przypory. Przede wszystkim, kiedy
przewodnicy wycieczek za dwa miedziaki zaczynają rozwodzić się na temat
portfenetrów, clerestoriów i architrawów, to naprawdę nie mam pojęcia, o czym mówią. Jasne, mam oczy. Widzę, kiedy jedna wykwintna rzecz znajduje
się na drugiej wykwintnej rzeczy na narożniku, i potrafię zauważyć,
kiedy są zrobione z artystycznym wyczuciem, ale zasadniczo większość
tych rzeczy nie ma dla mnie znaczenia, dopóki nie muszę się po nich
wspinać.
M o g ę c i p o m ó c z e s ł o w n i c t w e m , j e ś l i c h c e s z .
Nie będę prosił lewego półdupka ciemności, żeby definiował mi słowa.
I p o c o t a d r a ż l i w o ś ć ?
To powiedziawszy, dodam tylko, że ci, którzy nazywają Zamek Gyre jednym
z cudów świata, nie kłamią. Chociaż mam pełną świadomość, że mogę
zmierzać na spotkanie własnej śmierci, a co bardziej prawdopodobne - jak
znam Logana - banicji, czuję niechętny podziw.
Na każdym kroku widzę biały marmur z czerwonymi żyłkami, wielgachne
okna, witraże, barwne mozaiki i bezmierne gobeliny. Już w samym holu
wejściowym spokojnie kręci się teraz z tysiąc ludzi, część uwija się w tę i we w tę, już niewrażliwa na swoje otoczenie po paru krótkich
miesiącach. Inni rozglądają się od czasu do czasu, jakby nadal nie
wierzyli, że się tu znajdują, albo że ten zamek znajduje się tutaj.
Wziąłem udział w powstaniu tego miejsca. Maleńki. Mój Talent razem z Talentami około tuzina najpotężniejszych magów na świecie zostały razem
zaprzęgnięte i wzmocnione przez Curocha i Iuresa - Miecz Mocy i Kostur
Prawa - żeby to wszystko stworzyć. Mówiąc "to wszystko", nie mam na
myśli jedynie zamku, lecz całe miasto. Dorian pokierował tą magią. W głównej mierze. I w ten sposób uszkodził swój umysł.
Nie jestem pewien, czy my, pozostali, wyszliśmy z tego w dużo lepszym
stanie. Kiedy ostatni raz go widziałem, Durzo sprawiał wrażenie
nietkniętego. Vi też. Jednakże niektórzy z innych magów byli zniszczeni
- magicznie, psychicznie albo na oba te sposoby naraz. Mój własny umysł
sprawia wrażenie... Cóż, nie rozmawiajmy o tym w tej chwili.
Dorian twierdził, że ten zamek i większość miasta, które powstały na
szczycie szczątków Czarnego Wzgórza, nie narodziły się po prostu w jego
wyobraźni. Powiedział, że zwyczajnie odtworzył to, co czuł, że już tam
było, jak echo unoszące się powietrzu z dawnych czasów. Do tego czegoś
niewyobrażalnie starego magia wplotła także okruchy i strzępki każdego z nas, świadome i nieświadome, skrawki naszej wyobraźni, nadziei, rzeczy
ukrytych w naszej psychice.
Mam nadzieję, że nie dodała niczego ode mnie. Z pewnością nie próbowałem
świadomie dodać od siebie niczego poza swoją mocą, pozwalając
silniejszym i mądrzejszym kierować całym procesem. Nie potrafię sobie
wyobrazić, jaka zgroza czaiłaby się w tym mieście, gdyby magia
pokierowała się tym, co znalazła w ciemnych ślepych zaułkach mojego
mózgu.
Niemniej nowy zamek i nowe miasto zaoferowały naszemu nowemu najwyższemu
królowi nowy początek, miejsce oderwane od zepsucia i defektów Cenarii,
śmiercionośnych intryg Khalidoru i Lodricaru oraz nieustanych wojen
klanowych Ceury.
Wielkie drzwi do sali audiencyjnej są dzisiaj zamknięte, a pedantyczni
strażnicy z halabardami nie znają mnie z widzenia. Naprawdę na zbyt
długo wypadłem z obiegu.
- Muszę wejść do środka. W tej chwili - mówię. - Czy Mama K już tu jest?
Gdzie plasuje się jej sprawa na wokandzie?
Nie są pod najmniejszym wrażeniem moich słów.
- Kim pan mówi, że jest? - pyta jeden z nich.
- Słuchaj... - zaczyna drugi - ... pilnuj języka. Będziesz miał dwa razy
poważniejsze kłopoty, niż duchessa ma w tej chwili, jeśli nie będziesz
tytułował jej stosownie. Ma mnóstwo przerażających przyjaciół, którzy
nie odniosą się życzliwie do kogokolwiek, kto nazywa ją starym imieniem.
- Ach! Racja. Miałem na myśli duchessę Thorne. Jestem... Jak by to ująć?
Jestem jednym z tych jej przerażających przyjaciół. Nazywam się Kylar
Stern. Pozwolicie?
Jeden z nich prycha.
- Nieprawda - odpowiada drugi. - Widziałem lorda Sterna na własne oczy,
z tak bliska, że prawie mogłem go dotknąć. Jest wyższy od samego
najwyższego króla i promieniuje taką mocą, że masz szczęście, jeśli
nabierzesz pół oddechu, przebywając z nim w jednej sali. A moc, jaką
posiada? Czujesz ją w piersi z odległości pięćdziesięciu kroków.
Ci dwaj przypominają mi, dlaczego nie lubię ludzi.
- Serio? Przez niego trudno się oddycha? - pytam. - Tylko dlatego, że
przebywa w tej samej sali? Niezbyt to subtelne. Nie powinien być
dyskretny?
Unoszę ręce - szeroki gest, żeby przyciągnąć spojrzenie, dzięki czemu
mogę dyskretnie naprzeć magią na ich przepony. Zaczynam naciskać,
początkowo delikatnie.
- Pewnie potrafi być dyskretny... - mówi strażnik, który twierdzi, że mnie
już widział, i łapie płytki wdech - ...ale korzysta z tego, kiedy chce.
Wiesz, jako Anioł Nocy i w ogóle. To... hmm. - Krzywi się.
Drugi masuje brzuch.
A potem, kiedy obaj wypuszczają powietrze z płuc, przekonują się, że nie
mogą zrobić następnego wdechu.
Gdy konsternacja zamienia się w strach, mówię:
- Przyprowadźcie admisjonariusza, biurokratora, czy jak ich Logan
postanowił nazwać, dobrze?
Jeden otwiera usta i wytrzeszcza oczy, bo nadal nie może oddychać.
Puszczam ich, zanim ogarnie ich panika. Możliwe, że także, nim zaczęli
rozumieć, bo obaj łapią kilka razy powietrze, patrząc na siebie
nawzajem.
Stoję ze skrzyżowanymi rękami, zgarbiony, na nierozstawionych stopach,
starając się nie wyglądać groźnie.
- Ty jesteś... jesteś...
- Tak. Już o tym rozmawialiśmy. A czy teraz możecie pójść po kogoś, kto
każe wam otworzyć te drzwi?
Patrzą po sobie, jeden blednie, a drugi zielenieje.
Po dwóch minutach krągła kobieta o stalowoszarych włosach związanych w kok i z ogromnym urzędowym kluczem wiszącym na szyi wprowadza mnie nie
przez główne drzwi, ale do bocznej poczekalni.
- Jeszcze raz proszę o wybaczenie, lordzie Stern - mówi. - Mamy bardzo
dużo nowych twarzy wśród służby. Jedna połowa z nich uważa, że jest pan
duchem, druga, że olbrzymem. To się więcej nie powtórzy.
- Nie, nie sądzę - odpowiadam chłodno.
Chociaż nie z takiego powodu, jaki ona ma na myśli, ale dlatego, że za
jakieś dziesięć minut zostanę skazany na banicję albo coś jeszcze
gorszego.
- Czy duchessa Thorne została już wezwana?
- Gdzie pan był? - pyta zdumiona. - Zaczęło się już wczoraj. W tej
chwili są na etapie końcowych rekapitulacji i mowy obrończej.
- Mowy obrończej?
Jednym z licznych zadań Logana była decyzja, jaką tradycję prawniczą
wybierze jego nowy kraj. Wszystko tu opiera się na zapożyczonych
tradycjach, zapożyczonych tytułach i zapożyczonych korzeniach. Bez
względu na siłę, bez względu na przemyślane wybory, czy nowe imperium
wyczarowane z niczego, ma szansę przetrwać, czy też od początku jest
skazane na porażkę?
- Po tym, jak powód przedstawi swoją wersję wydarzeń, obrona ma ostatnią
szansę na odparcie zarzutów albo, jeśli położenie oskarżonego jest
tragiczne, może błagać o łaskę.
Próbuję sobie wyobrazić Mamę K, jak błaga. Wstrzyknąłem jej kiedyś
śmiertelną truciznę, a ona nawet nie poprosiła o antidotum. Nie będzie
błagać. Nigdy. Nie powiedziała mi nawet, że proces się zaczął. Czy to
możliwe, że właśnie przemawia?
- Możesz dać jej znać, że tu jestem? - pytam.
- Nie. Najwyższy król rozkazał, że ma nie być żadnych niespodzianek.
Życzy sobie, żeby pierwszy królewski proces tej wagi był sprawiedliwy i zorganizowany. Żadnych póz i pompy, tak powiedział.
- A możesz powiedzieć królowi, że tu jestem?
- Oczywiście. Po wznowieniu posiedzenia. Inaczej bym pana tu nie
przyprowadziła.
- Pytam, czy możesz powiedzieć mu teraz.
Zamiera w pół kroku w korytarzu i obraca się, żeby mi się przyjrzeć. Jej
spojrzenie jest równie ostre, jak figura krągła.
- Jestem tu z jego rozkazu - dodaję.
Kobieta ściąga brwi i zaciska usta.
- Jeśli to prawda, to sam pośle po pana.
- Pośle po mnie, jeśli mu powiesz, że tu jestem.
W jej oczach pojawia się smutek, który zaraz zamienia się w lód.
- Byliście przyjaciółmi, prawda?
- Jesteśmy przyjaciółmi. Najlepszymi.
Powoli kręci głową.
- Przyjaciel byłby przy nim podczas tych ostatnich potwornych miesięcy.
Co ona, u diabła, ma na myśli?
Prowadzi mnie do strzeżonych drzwi. Królewscy gwardziści otwierają je,
nie czekając na jej słowo.
W sali jest paru lordów i kilka dam, większość rozmawia cicho ze swoimi
doradcami lub między sobą, przegląda dokumenty, ucząc się na ostatnią
chwilę szczegółów swoich spraw, albo słucha ukradkiem procesu, który
odbywa się w sąsiedniej sali.
Nikogo nie rozpoznaję.
Niedobrze.
Admisjonariuszka pośpiesznie wraca do sali królewskiego sądu, żeby
sprawdzić, co przegapiła, kiedy wyszła po mnie.
- No, dotarłeś. Fatalnie. - Rosły, przystojny arystokrata z elegancką
czarną bródką i bladoniebieskimi oczami odzywa się do mnie.
Nie rozpoznaję go. Siedzi, nogi opiera na stoliku, krzyżując je w kostkach, w jednej ręce trzyma otwarty tomik - uosobienie młodej
lordowskiej gnuśności. Jednak spojrzenie ma bystre. Wygląda na
Khalidorczyka, ale kto może mieć pewność w dzisiejszych czasach? Ja też
mam ciemne włosy i jasnoniebieskie oczy.
- Znamy się? - pytam.
Jest w nim coś znajomego.
- Na szczęście spóźniłeś się i domyślam się, że pozwoliłeś mi
zaoszczędzić wydatków.
Jego słowa zaskakują mnie, więc taksuję go wzrokiem ponownie. To
potężnie zbudowany mężczyzna, nie tak młody, jak uznałem w pierwszej
chwili; należy do tych atletycznych łajdaków, którzy sprawiają wrażenie,
że wiecznie są w kwiecie wieku. Nie znam go, a już wiem, że go nie
lubię.
- Słucham?
- Najemnicy, których wynająłem, żeby cię spowolnili. Teoretycznie mieli
w ogóle uniemożliwić ci przybycie tutaj. A ponieważ ewidentnie zawiedli,
mam nadzieję, że wszyscy byli na tyle uprzejmi, żeby umrzeć, próbując
cię zatrzymać? W ten sposób zaoszczędzę drugą połowę ich zapłaty.
Drzwi na salę sądową otwierają się. Krągły herold o dudniącym głosie
woła:
- W sprawie zarzutu o opłacenie zabójstwa przeciwko duchessie Thorne
Jego Królewska Mość osobiście wysłucha powodów, zanim wyda wyrok.
Lordzie Repha'im, wystąp!
- Proszę o wybaczenie - mówi arystokrata, wstając. Jest o wiele wyższy,
niż myślałem, kiedy garbił się na krześle. - To ja.
I teraz, poniewczasie, rozpoznaję głos z posiadłości. Repha'im odrzuca
książkę na bok.
- Niedługo wrócimy do tej rozmowy.
Rozdział 13
Rozdział 13
O śmiercionośnej sztuce dyplomacji
Proces to musiał być pierwszy raz, kiedy mojemu życiu zagrażało
bezpośrednie niebezpieczeństwo, a ja się nudziłem.
Później zdałem sobie sprawę, że nudziłem się z powodu własnej
ignorancji.
Chciałbym przedstawić wam w pięć minut pełną relację z tego, jak Logan
uratował mnie, Mamę K i całe swoje królestwo, ale nie potrafię.
Zwracałem uwagę na wszystkie niewłaściwe rzeczy, a przegapiłem te
właściwe.
Kiedy oglądam pojedynek mistrzów sztuk walki, nawet jeśli sam tych sztuk
nie trenowałem, potrafię w kilka chwil z grubsza ocenić poziom
zaawansowania walczących. Jednakże osoba niewyszkolona potrzebuje skali,
porównania, musi zobaczyć, jak mistrz niszczy innych wojowników, żeby
się zorientować, że jest mistrzem. A nawet tu kryje się haczyk:
wytrenowany wojownik roznoszący w proch niewytrenowanych przeciwników
może wyglądać tak samo jak mistrz pokonujący tych wytrenowanych.
Fartowne trafienie można pomylić z umiejętnością.
Dla niewyszkolonego oka początkowe manewry trzech mistrzów, szukanie
słabości przeciwnika, wstępne ataki, które są przerywane natychmiast po
niepomyślnym kontrataku - to wszystko wygląda jak stanie, szuranie,
podchodzenie, zatrzymywanie się, krążenie, przystawanie - taniec
pozbawiony piękna typowego dla tańca. Nudy.
Kiedy oglądasz mistrzów i mrugniesz w niewłaściwym momencie, walka może
się skończyć, a ty nawet nie będziesz wiedział, co się stało i dlaczego
ludzie klaszczą.
Naprawdę nie mam nawet szczególnie dobrej wymówki. U Mamy K zostałem
trochę podszkolony w dworskiej sztuce dialektyki i ostrych jak brzytwa
słów, a nawet w kruczkach prawnych. Może więc kiedy zorientowałem się,
że tak się nudzę, że całkiem się zgubiłem... może wtedy właśnie pogrążyłem
się we własnym świecie bardziej, niż myślałem.
" M o ż e " ?
Przymknij się.
Mama K... ehm, znaczy... Duchessa Thorne (trudno nazywać kogoś nowym
imieniem po tym, jak całe życie znałeś go pod starym) jest mistrzynią
tych sztuk, ale miała najgorszą pozycję w całej trójce. Wydawało się, że
lord Repha'im polega tylko na agresji i grał tak, jakby jego pozycja
była silniejsza, niż sądziłem. Mylnie, jak się okazało.
Wyolbrzymiał obrazę, jaką był mój atak na jego posiadłość, żądając
sprawiedliwości za nieudany zamach na jego życie. Logan grał słabszego,
niżbym się spodziewał - w końcu był najwyższym królem. Sprawiał wrażenie
albo rozkojarzonego, albo wyczerpanego, a może żonglował zbyt wieloma
sprzecznymi żądaniami, by móc całkowicie skupić się na tej sprawie.
(Wszystko to było prawdą. Najwyraźniej nadal znam mojego przyjaciela).
Starałem się być widoczny spoza halabard strażników, które odcinały mnie
od Komnaty Wiatrów, ale stałem bardzo z boku i - o ile się zorientowałem
- Logan w ogóle nie zerknął w moją stronę.
To znaczy aż do samego końca, kiedy admisjonariuszka zaszła mnie od tyłu
i powiedziała cicho:
- Jego Wysokość prosi, żeby posłużył się pan magią w sposób subtelny,
ale niedający się z niczym pomylić, kiedy pana wezwie.
Spojrzałem na nią.
- Co na przykład mam zrobić? Rozmawiałaś z nim?
- Przesłał mi wiadomość.
- Teraz? Podczas tego wszystkiego? - Nie widziałem, żeby Logan choćby
szepnął do swojej prawej ręki przez cały ten czas, kiedy patrzyłem. -
Powiedział coś jeszcze?
***
Vi potarła oczy. To się okazało o wiele bardziej skomplikowane, niż
początkowo się spodziewała. Drugi albo trzeci raz Kylar ewidentnie
cofnął się i dodał coś albo poprawił wcześniejszą relację, ale nic nie
wskazywało na to, żeby tekst uległ zmianie, nie dołożono dodatkowych
stron na dodatkowe słowa. W pewnym momencie Kylar zmienił zdanie i zamiast przygotowywać relację tylko dla hrabiego Drake'a, zaczął
opowiadać historię dla siebie (a przynajmniej tak powiedział), ale też
dla kogoś innego - dla kogo? Kilka razy odwołał się do oczekiwań
słuchaczy, nie czytelników. Ile z tego, co czytała, było oryginalną
relacją? Czy przepadło coś ważnego?
***
- Lord Kylar Stern - ogłasza Logan.
Ma wspaniały głos, mocny i wyraźny, który niesie się po sali bez jego
najmniejszego wysiłku. To cenniejszy talent, niż myślicie, w przypadku
dowódcy albo władcy. Z drugiej strony Logan zawsze był we wszystkim
doskonały: wysoki, przystojny, genialny, odważny, silny pod każdym
względem. Jeśli ktoś miałby sprawić, że to nowe królestwo będzie
działać, jak należy, to właśnie Logan.
- Wystąp.
Strażnicy odsuwają halabardy.
Do licha, i co ja mam teraz zrobić? Mój mistrz uczył mnie subtelności,
trenowałem ją do upadłego. Podszkolił mnie nawet nieco w magii, mimo
moich początkowych trudności. Magia zawsze miała jednak dopełniać
subtelność, a nie ją osłabiać.
Jednakże jak przystało na młodocianego przestępcę, który lubi się
popisać, wbrew rozsądkowi trenowałem też trochę na boku.
Wychodzę naprzód.
Pomożesz mi w tym czy jestem zdany na siebie? - pytam ka'kari.
Z p r z y j e m n o ś c i ą p o m o g ę .
Obrys mojej sylwetki rozmazuje się czasem, gdy idę, drobniutkie smużki
ciemności rozciągają się na zewnątrz, strzelają maleńkimi błękitnym
płomykami, gdy poruszam rękami przy każdym kroku. To dostatecznie
subtelne, żeby wyglądało jak błękitna opalizacja cekinów rozbłyskujących
w świetle, tyle że nie ma światła, cekinów ani błękitu.
Cisza zalega w ogromnym tłumie w sali audiencyjnej. Ludzie zastanawiają
się, czy właśnie widzieli to, co im się wydaje, że widzieli, ale ja
patrzę tylko na króla.
Kiwa głową, jakby mówił: "Tak. Więcej".
Dlatego między jednym krokiem a drugim znikam, zamieniając się w rozmazaną plamę ciemności... i pojawiam się przed następnym krokiem.
Na twarzy Logana rozbłyskuje przelotny uśmiech, kiedy szepty niosą się w tłumie jak rozpędzona woda rozpływająca się na wszystkie strony, gdy
fala uderzy w brzeg. Zaraz potem oblicze króla nieruchomieje.
Kiedy zatrzymuję się przed nim, nie zwraca się do mnie. Zamiast tego
mówi:
- Lady Trudana Jadwin była zdrajczynią i morderczynią. Jak wszyscy
dowiedzieliśmy się poniewczasie, osobiście zabiła księcia Gundera,
wspierając inwazję ze strony Khalidoru i przyczyniając się do upadku
naszego ukochanego ojczystego królestwa. Potem służyła naszym wrogom i brała bezpośredni lub pośredni udział w zamordowaniu co najmniej
dwudziestu naszych poddanych, w tym szlachetnie urodzonych dzieci,
takich jak córki lorda Drake'a, Serah i Magdalyn, syn lady Eveline,
Draccos, Coreen Bellmont i bliźnięta Korran i Karin Vashiel. W swojej
deprawacji dopuściła się zbezczeszczenia ciał zmarłych, po czym
wystawiła je na pokaz. Po naszym zwycięstwie uciekła przed królewską
sprawiedliwością i się ukryła. - Logan kieruje wzrok na lorda Repha'ima.
- W twoim domu. Gdzie ją chroniłeś.
Dopiero teraz widzę, co Logan robi. Zamiast bronić jednego ze swoich
doradców, przeszedł do ataku.
- Mam tylko nadzieję, lordzie Repha'im... - ciągnie, zanim tamten odezwie
się choć słowem - ...że jako nowy i naiwny przybysz jakimś cudem nie byłeś
świadomy rozlicznych zbrodni lady Jadwin ani naszych nakazów jej
aresztowania. Na razie decydujemy się w to uwierzyć i oczekujemy w przyszłości dowodów, że okazujesz nam swoją absolutną lojalność, pragnąc
naprawić przeszłe błędy w osądzie. Wracając zaś do aktualnej sprawy... W kwestii zabójstwa lady Jadwin duchessa Gwinvere Thorne twierdzi, że jest
niewinna. Wiem, że to prawda...
- Wasza Królewska Mość, mam świadków, którzy... - próbuje wtrącić
Repha'im.
- Doskonale wiem, że jest niewinna... - odzywa się głośno Logan i kiedy
przyciąga uwagę do swoich słów, dociera do mnie, że nie pomylił się,
mówiąc w liczbie pojedynczej, zamiast posłużyć się królewskim "my" -
...ponieważ osobiście wysłałem Kylara, żeby wykonał wyrok śmierci na
Trudanie Jadwin.
W Komnacie Wiatrów musi się teraz znajdować ze dwa tysiące ludzi i myślę, że na chwilę wszyscy, co do jednego, wstrzymują oddech. Logan
mówi "wykonał wyrok śmierci", a nie zamordował. W nietrywialny sposób
balansuje pomiędzy swoją publiczną personą a prywatną wiedzą i ledwie
jestem w stanie za tym nadążyć.
- Nie w taki sposób pragnąłem załatwić tę sprawę, ale odkryłem, że ją
ukrywasz... - podejmuje. - To znaczy, że zatrzymała się u ciebie, może pod
fałszywym nazwiskiem?... W swoim domu już po tym, jak rozesłałem na
wszystkie krańce naszego królestwa powszechną amnestię. Proszę was,
wszyscy dobrzy ludzie, jacy się tu zgromadziliście, o wyrozumiałość,
ponieważ sytuacja ta przedstawiała dla mnie nieznośny dylemat: z jednej
strony nie możemy pozwolić, aby nasza królewska amnestia objęła
nikczemną zdrajczynię, której nigdy z założenia nie miała dotyczyć, z drugiej zaś mogłoby się wydać, że zaprzeczamy własnemu postanowieniu,
stawiając lady Jadwin przed sądem po tym, jak amnestia została
ogłoszona. Wszyscy zaczęliby się zastanawiać, czy zamierzamy dotrzymywać
naszego królewskiego słowa w przyszłości. Dlatego rozkazałem Kylarowi
wymierzyć królewską sprawiedliwość zdrajczyni, zanim amnestia objęła
Cenarię. I tak właśnie uczynił. Jej wstrętna obecność została usunięta z naszych oczu, plama na naszych królestwach zmazana. Wymierzono jej
sprawiedliwość przed ogłoszeniem amnestii. Raptem o włos przed jej
ogłoszeniem, przyznaję; to margines daleki od komfortu. Dlatego właśnie,
dobrzy ludzie, uznaliśmy, że zasługujecie na pełne i publiczne
przedstawienie naszych powodów, abyście nie obawiali się naszej
sprawiedliwości. Niech lękają się jej tylko złoczyńcy.
Nie wiem, ilu słuchaczy zdawało sobie sprawę, jak subtelnie wyraził się
Logan. Twierdził, że amnestia miała zacząć obowiązywać nie od chwili jej
podpisania przez niego, ale od chwili jej ogłoszenia w różnych zakątkach
jego królestwa.
Kiedy człowiek, który pisze prawo, mówi ci, jakie miał przy tym
intencje, to trudno ci się z nim spierać, że jego intencja była całkiem
inna.
Jednakże Logan nie daje nikomu czasu na wyrażenie sprzeciwu. Nadążam za
nim tylko dzięki temu, że musiałem rozmyślać dokładnie nad tym samym
problemem przez cały czas, kiedy polowałem na lady Jadwin. Postanowiłem
zinterpretować sytuację w dokładnie taki sam sposób - nie wiem, jak
Logan wpadł na to bez rozmowy ze mną. Najwyraźniej jest w tym równie
dobry. On albo Mama K.
- Informuję cię, lordzie Repha'im... - kontynuuje Logan - ...że rozkazałem
Kylarowi zabić tylko lady Jadwin, jeśli to będzie możliwe, ale rozkaz
był tak sformułowany, że gdyby uznał kogoś za przeszkodę w wymierzeniu
zdrajczyni sprawiedliwości w jej pełnym wymiarze, miał prawo zająć się
nim w taki sposób, jaki uzna za konieczny. Zatem możesz zacząć swoje
nowe życie po ogłoszeniu amnestii, dziękując mu za okazaną ci łaskę.
Na sali robi się bardzo, bardzo cicho.
- T-tak, Wasza Królewska Mość - odpowiada Repha'im po długiej chwili.
Zaciska zęby, w jego oczach widać napięcie i drży. Nie ze strachu. Z wściekłości.
- Mamy na myśli... żebyś zrobił to teraz - wywarkuje Logan.
- Tak, Wasza Królewska Mość - mówi Repha'im. Jego język jak mały różowy
wąż śmiga, żeby zwilżyć wargi. - Dziękuję ci za twoją łaskę, lordzie
Stern - mówi głośno i wyraźnie i nagle bez śladu urazy, jakby dziękował
mi za to, że podałem mu dzban z winem.
Nawet na mnie nie patrzy, tylko na Logana.
- I możesz także podziękować nam za łaskę - mówi Logan. - Ponieważ
gdybyśmy wiedzieli, że ukrywasz zdrajczynię, mogłoby się zdarzyć, że nie
zdołałbyś wnieść tej niepoważnej sprawy do królewskiego sądu. A tak
możesz uznać się za szczęściarza, że twoje skandaliczne postępki zostały
okryte szeroką płachtą naszej amnestii i nie cofniemy ochrony i łaski,
jaką niesie ona dla ciebie.
Przelotne skrzywienie kącika usta ujawnia pogardę, jaką lord Repha'im
czuje do Logana.
- Dziękuję, Wasza Królewska Mość - mówi. - Jesteś doprawdy słownym
człowiekiem.
W postawie i w tonie Repha'ima nie ma śladu przegranej ani upokorzenia.
Nie sprawia nawet wrażenia, jakby rozumiał, jak bardzo to go rani.
Widzi, że na niego patrzę, i uśmiecha się. Kolejny nadęty arystokrata
urodzony na szczycie góry, który uważa, że piękne widoki zawdzięcza
własnym umiejętnościom wspinaczki. Sprawia wrażenie, że nie tylko nie
zdaje sobie sprawy, że obraził Logana, człowieka słynącego z łaski,
kiedy tylko może jej udzielić. Zaatakował także Mamę K, kobietę, która
wspięła się na szczyty z miejsc znacznie bardziej śliskich, niż on nawet
potrafi sobie wyobrazić. Przez całe życie była niedoceniana przez
bystrzejszych i bardziej bezwzględnych mężczyzn. I wszyscy oni są teraz
karmą dla robaków. Mam tylko nadzieję, że będą miał okazję zobaczyć
chwilę, gdy nadejdzie dla niego stosownie brutalne przebudzenie.
Odpowiadam mu uśmiechem.
Rozdział 14
Rozdział 14
Przyjaciel w potrzebie
- Mam mały ambaras - mówi Logan.
Jego kamerdyner szczotkuje mu smoking i wykłada dla niego strój
wieczorowy, ale poza tym jesteśmy sami w schludnej gotowalni Logana.
- Tyci? - pytam, nie do końca pewny, czy dobrze użyłem tego słowa.
- Większy.
- Mówimy o niepokoju czy zmartwieniu?
- Bardziej o frasunku niż utrapieniu - odpowiada. Rzuca mi przelotny
uśmiech.
To gra, w którą zdarzało nam się grać: ja przyłapuję Logana i droczę się
z nim z powodu jego nawyku posługiwania się słowami rzadszymi i dłuższymi niż dziób brzytwodzioba, a Logan robi, co w jego mocy, żeby
przebić samego siebie.
- Zgryzoty? - pytam.
- Raczej turbacja.
- Dlaboga, wygrałeś. Nie znam tego.
- "Dlaboga"? - powtarza. Jednak jego uśmiech natychmiast gaśnie. - Na
pewno słyszałeś plotki. Nie są... bardzo nieścisłe.
- Nie słyszałem żadnych plotek. - Żołądek mi się zaciska.
Logan zamiera w połowie zdejmowania koszuli z pięknie wyrzeźbionego
ciała, a potem kończy się rozbierać i odrzuca ją na krzesło.
- Nie słyszałeś nic o Jenine? - pyta z pewnym niedowierzaniem w głosie.
Wtedy widzi moją minę i zaczyna mi wierzyć.
- Fakt, że nie znasz intymnych szczegółów z mojego życia, powinien być
miłą odmianą, zważywszy, w jakim panoptykonie żyję, ale...
Zanim został królem, nie mówił z takimi długimi pauzami. Teraz można
odnieść wrażenie, że ważenie słów stało się jego drugą naturą. Nawet w rozmowie ze mną.
Przyjaciel byłby przy nim, jak powiedziała mi admisjonariuszka.
Co takiego złego się działo?
- Co się dzieje z Jenine? - pytam.
Logan dużą dłonią pociera wciąż wolne od zmarszczek czoło. Wkłada świeże
ciemne spodnie i białą, lnianą koszulę. Większość krawców musi ubierać
klientów tak, żeby minimalizować ich słabe strony i podkreślać atuty.
Krawcy Logana muszą być rozpuszczeni, mając zbyt wielki wybór, gdy
decydują, ile z jego atutów powinien ujawniać strój na daną okazję. Jest
smukły, muskularny, wysoki, długonogi i barczysty - myślę, że Logan
lepiej wyglądał wygłodzony, brudny i w więziennych łachmanach, niż ja
wyglądałbym we wszystkich jedwabiach Ladeshu.
Kiedy kamerdyner kończy się uwijać przy guzikach, Logan odprawia go
gestem, który tamten natychmiast odczytuje.
- Przyślę fryzjerkę za pięć minut, Wasza Królewska Mość?
- Za dziesięć.
Kamerdyner zatrzymuje się przy wielgachnych drzwiach zdobionych
błyszczącym mosiądzem i zrobionych z jakiegoś egzotycznego prążkowanego
drewna, może z cyprzynu, a może z drewna tygrysiego. Luksus tych wnętrz
jest oszałamiający, a kamerdyner w białych rękawiczkach i Logan
doskonale tu pasują.
- Wasza Królewska Mość prosił, żeby mu przypomnieć, że nie chce się dziś
spóźnić i obrazić szefa kuchni Vaydena po raz trzeci w tym tygodniu.
Logan mruczy coś pokonany.
- Dziesięć minut, ale przyślę wszystkie panie naraz? - proponuje
kamerdyner.
Logan wyraża pomrukiem zgodę.
- Dziękuję, Arixusie.
- A pani Brises przypomina o delikatności macicy perłowej i prosi, żeby
Wasza Królewska Mość nie próbował sam zasznurować alloreańskich butów.
- Tak, tak, idź już sobie! - odpowiada Logan.
Służący szybko wychodzi, ale nie okazuje strachu. Ciężkie drzwi zamykają
się za nim bez skrzypnięcia zawiasów.
Po jego wyjściu Logan mówi:
- Każę im mówić mi różne rzeczy, a potem wrzeszczę na nich, gdy mi o tym
mówią. Zaczynam myśleć, że jedyna rzecz gorsza od bycia królem to
służenie królowi.
Uśmiecham się.
- Czy to ten moment, kiedy zapewniam cię, że służenie tobie nie jest
takie złe, co płynnie prowadzi do tego, że ty prosisz, abym służył ci w jakiś nowy i uciążliwy sposób? - pytam. - A ja czuję się zobowiązany,
żeby się zgodzić, bo przecież powiedziałem, że służenie ci nie jest
takie złe?
- I ty twierdzisz, że nie jesteś dobry w te gierki. - Logan siada
ciężko. - Ale mniej więcej do tego się to sprowadza. Ostatnimi czasy
manipuluję przyjaciółmi nawet wtedy, gdy tego nie zamierzam.
- Spodziewałem się, że skażesz mnie dzisiaj na wygnanie, o ile nie na
śmierć - odpowiadam. - Możesz zwyczajnie poprosić.
Przygląda mi się, nie tylko mojemu ubraniu, ale też patrzy mi w oczy.
- Naprawdę zmusiłeś mnie do ciężkiej pracy, żebym mógł cię uratować.
Jego przystojna twarz rozpromienia się i widzę, że jest dumny z tego,
jak sobie poradził, szybko podejmując decyzje.
Jednak czas ucieka.
- To nie w twoim stylu tak krążyć wokół tematu - zauważam.
Uśmiech mu rzednie. Znowu masuje czoło.
- Boisz się czasem, że gdy już coś wyrazisz słowami, to będziesz
zobowiązany do określonych działań? Jakby to nie działo się naprawdę,
dopóki nie wypowiesz tego na głos, ale gdy już powiesz, nie będzie można
się cofnąć?
- Co się dzieje z Jenine?
Nie patrzy mi w oczy i nie odpowiada przez całą minutę. Milczę.
- Ciąża z bliźniętami była dla niej ciężka. Nie tylko, ehm, dla jej
ciała. Kiedy zwyciężyliśmy w bitwie, wszędzie pulsowała magia, a ona
znajdowała się bardzo blisko waszej dwunastki i tego, co zrobiliście...
Jest przekonana, że to w jakiś sposób wpłynęło na chłopców.
- W jakiś sposób wpłynęło na chłopców? - powtarzam.
Pociera twarz rękami.
- To szaleństwo, Kylarze. - Wzdryga się, może z powodu użycia słowa
"szaleństwo".
- Posłużyliśmy się tak wielką mocą, że udało się zniszczyć całą armię i wybudować to miasto - podsuwam mu. - Nie wiem jak, ale nie zdziwiłbym
się, gdyby ta magia dokonała czegoś jeszcze. Nawet czegoś dziwnego.
- Jenine mówi, że wtedy wszystko zmieniło się w jej ciąży; że chłopcy
szybciej dojrzeli podczas zalewu magią. Ona... obawia się, że Dorian coś
im zrobił.
- O ile pamiętam, Dorian był dość zajęty.
Dorian nie stracił zdrowych zmysłów do końca walki. Poświęcił swój
umysł, żeby pomóc nam wygrać, cofnąć całe spowodowane zło, jakiego był
częścią - umyślnie bądź nie.
- Czy był szalony, czy nie, Dorian nie jest potworem, który skrzywdziłby
dziecko.
- Nie mówię, że jej wierzę! - warczy Logan. Mina mu rzednie. -
Próbowałem jej uwierzyć. Rozmawiałem z akuszerkami, medykami, cyrulikami
i z pół tuzinem szarlatanów. Wszyscy ci, którzy nie próbowali mi czegoś
sprzedać, powiedzieli, że wysiłek związany z porodem potrafi zranić
umysł kobiety na pewien czas, ale że Jenine najpewniej wkrótce powróci
do zdrowia. Sprowadziłem też najlepsze uzdrowicielki z Oratorium. One
również się z tym zgodziły. Tyle że ona... Kocham ją, wiesz przecież, ale
myślę, że jej stan się pogarsza. Mówi mi o snach, które miewa, a ja
wiem, że sny często, bardzo często, bywają cudaczne, prawda? Ale tej jej
sny... One nie są normalne. Nie wiem, jak w ogóle może cokolwiek śnić, tak
niewiele sypia.
- Ile czasu upłynęło od narodzin chłopców? Dwa miesiące? Czy nie jest
jeszcze za wcześnie, żeby cokolwiek przesądzać? Może z czasem...
- Jej stan się pogarsza, zamiast się poprawiać. Obawiam się, że może...
nie, nie mogłaby...!
Cierpienie na jego twarzy przenika mnie do szpiku kości. Nie chce tego
powiedzieć, nie potrafi, więc ja kończę za niego. Czasem, kiedy
przyjaciel nie ma dość odwagi, musisz go zastąpić:
- Boisz się, że mogłaby skrzywdzić chłopców?
- Nie! Tak. Albo siebie. To tylko obawy. To niemożliwe... To bardzo mało
prawdopodobne, sam rozumiesz. Wystarczy jednak, żebym uznał, że
powinienem zapobiec takiej ewentualności.
Nie potrafi spojrzeć mi w oczy. Jest naprawdę wielkim człowiekiem,
równie potężnym pod względem fizycznym, jak i politycznym, ale teraz
wydaje się mały, jakby skurczył się w sobie.
- Okropnie mi przykro, Loganie.
Nie sprawia wrażenia, jakby mnie słyszał.
- Niektóre z jej snów, Kylarze, są apokaliptyczne. Paranoiczne. Kiedy
uzdrowicielki z Oratorium ją zbadały, natychmiast wezwały wsparcie. To
nie może być dobry znak, prawda? Kiedy wreszcie porozmawiały ze mną, ich
słowa były przeciwieństwem pociechy. Magia często leczy ciało, ale
prawie nigdy nie leczy duszy.
A myślałem, że ja jeden noszę rany na duszy po naszym wielkim triumfie.
Pośród całego świętowania uwierzyłem, że tylko ja jestem w żałobie.
- Jak mogę pomóc?
Pytam bez zastanowienia, ale kiedy tylko wypowiadam te słowa, dociera do
mnie, że to może być rozwiązanie dla mnie. Może moja rozpacz zmaleje,
kiedy skupię się na pomaganiu komuś innemu pogrążonemu w rozpaczy.
Logan chwyta się tego. Widzę, że ma plan.
- Moje nowe imperium wzbudziło strach wszędzie na świecie. Wszyscy
spodziewają się, że muszę być agresywny, skoro tak szybko zagarnąłem
trzy królestwa, że muszę pragnąć nowych ziem. Bez względu na to, co
twierdzą, połowa dyplomatów, którzy nas odwiedzają, ma jeden jedyny cel:
zorientować się, dokąd pomaszeruję w następnej kolejności. Nie, czy
pomaszeruję, ale dokąd. Na razie tylko Alitaeranie mają szansę w jakikolwiek sposób temu zaradzić.
- To dobra nowina, prawda? Alitaera jest bardzo daleko.
- Tak, ale przy całej ich potędze, jeśli Alitaeranie postanowią jednak
coś z nami zrobić, to nikt ich nie powstrzyma, a już na pewno nie my.
Postanowiłem wybrać się na południe, żeby zawrzeć z nimi traktat.
- Podróż? Na pewno nie musisz wybierać się tam osobiście?
- Czy muszę? Nie. Mogę zrobić to, co podsuwają mi wszyscy doradcy, i wysłać paru zręcznych dyplomatów, żeby się tym zajęli.
- To czemu tak nie zrobisz?
- Nie chcę wojny.
- Wiem, że nie chcesz, ale...
- Każdy władca będzie oczekiwał, że mój dyplomata przybędzie i powie
wszystko to, co należy. Od tego są dyplomaci. Dyplomata powie to samo
bez względu na to, czy naprawdę nie zamierzam zaatakować, czy też
planuję atak na jutro. Każdy to wie. Jeśli jednak przybędę osobiście...
- Jeśli przybędziesz osobiście, to cię uwiężą! To idiotyczny pomysł.
Rzuca mi szybki uśmiech.
- Moi doradcy wyrazili się bardziej oględnie, ale nie mylisz się. Mam
jednak parę asów w rękawie.
- Mianowicie?
- Gdybym ci powiedział, to nie byłyby już w moim rękawie, prawda?
Nie wiem, czy się ze mną droczy, czy nawet teraz martwi się tym, że ktoś
może podsłuchiwać. Tak czy inaczej, sprawa jest zamknięta. Jest królem.
- Narażasz własne życie dla poddanych - mówię po chwili. - Tak jak
zawsze szanuję twoją odwagę i motywację.
- I uważasz, że jestem głupcem.
- Nie głupcem, ale zachowujesz się niemądrze, owszem.
Uśmiecha się smutno.
- Widzisz, jeszcze mógłby być z ciebie dyplomata!
- Już to widzę: ja spotykający królów i cesarzowe. Na pewno świetnie by
mi szło.
Logan ma dziwny wyraz twarzy, jakbym właśnie podsunął mu jakiś pomysł.
- Oficjalne wysłanie najlepszego zabójcy na świecie jako swojego
emisariusza...
- Siepacza - poprawiam go. - I wcale nie jestem najlepszy...
Zbywa to machnięciem ręki, jakbym był po prostu skromny.
- Najsłynniejszego. Wystarczy. Wysłanie go oficjalnie wywołałoby nie
lada reakcję. Trzeba by wybrać ci odpowiednie stanowisko...
- Droczysz się ze mną - mówię i zniżam głos. - Bo droczysz się, prawda?
Uśmiecha się nagle i przez chwilę widzę dawnego, chłopięcego,
przystojnego, niespożycie pewnego siebie Logana.
- Zwlekam, zanim powiem ci coś więcej.
Młodość w nim ulega starości na moich oczach.
- Jest aż tak źle?
- Potrzebuję, żeby Jenin pojechała ze mną. Jej siła wzmacnia moją. Ona
widzi rzeczy, których ja nie dostrzegam, a ludzie mówią jej rzeczy,
jakich mi nie powiedzą.
- Myślałem, że jest zbyt krucha na podróż.
- Ona nie. Bliźniaki tak. Przynajmniej na podróż tak szybką, jak
planuję. Wysłałem już przodem konie na kolejne przystanki, żebym mógł je
szybko zmieniać; pojechać i wrócić najszybciej, jak się da.
- Czekaj, zamierzasz zabrać Jenine, ale zostawić dzieci? Mają dopiero
dwa miesiące. Co ona myśli o tym planie?
- Ona... jeszcze nic nie wie.
- Zamierzasz oddzielić zrozpaczoną świeżo upieczoną matkę od dzieci?
Czy nikt nie mówi naszemu nowemu najwyższemu królowi, kiedy wpada na
wybitnie idiotyczne pomysły?
Logan zniża głos.
- Nie mogę jej zostawić. Jeśli ona zostanie, to nawet gdybym zdecydował
się urazić ją na zawsze poprzez wyznaczenie regenta, który rządziłby pod
moją nieobecność, Jenine nadal będzie królową. Kto stanie między królową
a jej dziećmi? Jeżeli pojedzie ze mną, może ocalić dziesiątki tysięcy
ludzi. Jeśli zostanie... - Zniża głos jeszcze bardziej. - Narazi życie
trojga ludzi.
Drzwi otwierają się i kamerdyner Logana, Arixus, zagląda do środka.
Pokazuje dwa palce i znika, zamykając za sobą drzwi. Dwie minuty.
Logan wzdycha.
- Cały czas tak jest? - pytam.
- Zawsze. I tak pozostanie, dopóki nie umieszczę odpowiednich ministrów
na odpowiednich stanowiskach. Wtedy, zamiast podejmować wszelkie
decyzje, będę zajmował się tylko tymi najtrudniejszymi. O, radości.
Czas skończyć z owijaniem w bawełnę.
- Zatem czego ode mnie oczekujesz? Mam jechać z tobą i zadbać o twoje
bezpieczeństwo? Wiesz, że żaden ze mnie ochroniarz, ale... twoje życzenie
jest dla mnie rozkazem.
- Nie. To znaczy normalnie zabrałbym cię bez chwili wahania. Byłoby
cudownie mieć cię przy sobie, nawet gdyby nie groziło mi
niebezpieczeństwo. Ale nie. Paranoja Jenine... Wydaje jej się, że chłopcom
grozi niebezpieczeństwo. Uważa, że miała wizję kogoś, kto ich wykradnie,
zabije czy coś takiego.
- Więc... co właściwie? Chcesz, żebym zajął się dziećmi?
- Ty miałbyś się zająć dziećmi? Ha! Nie zrozum mnie źle, ale nie znam
drugiego faceta, który miałby mniej zadatków na ojca.
Rechoczę, jakby to była dobroduszna szpilka, bo takie były intencje
Logana.
Nie wie, co mówi.
Nie wie, że Elene była w ciąży, gdy umarła; że cały mój świat zmieniał
się wtedy na moich oczach. Nie mogłem dłużej być dzieciakiem; byłem
mężem. Miałem zostać ojcem. Tatą.
Wie, że ją straciłem. Uważa, kiedy tylko porusza temat bliski jej
osobie. A to? Nie mogę winić go za jątrzenie rany, o której istnieniu
nie wie. W końcu to ja mu nigdy o tym nie powiedziałem.
Najlepszy przyjaciel? Dobry przyjaciel byłby przy Loganie. Dobry
przyjaciel pozwoliłby, żeby Logan był przy nim. Podzieliłby się z nim
swoją raną.
Jestem nieudacznikiem pod każdym względem.
Z wyjątkiem zabijania. W tym jestem dobry. Myślałem kiedyś, że uciekam
przed objęciami cienia, ale cień lgnie do mnie, gdziekolwiek się ruszę.
- Chcę, żebyś czuwał dla mnie nad nimi - mówi Logan. - Wiem, że nie
jesteś ochroniarzem ani niańką. Zapewnię dzieciom jedno i drugie. Chcę,
żebyś kręcił się tutaj, sprawdzał drogi, które sam byś wybrał, gdybyś
chciał skrzywdzić albo porwać dzieci. Nic się nie stanie, ale będę mógł
powiedzieć Jenine o tobie, żeby ją uspokoić. Niech wie, że robię
wszystko dla zapewnienia im bezpieczeństwa.
- Loganie, ona zwariuje z tego powodu. - Logan się wzdryga, a ja zdaję
sobie sprawę, jak fatalnie dobrałem słowa, więc szybko dodaję: - Jak
każda matka na jej miejscu. Nie możesz oddzielić jej od dzieci. Poczekaj
parę miesięcy. Wyślij przodem dyplomatów, a kiedy sytuacja trochę się
uspokoi, pojedź osobiście. Te parę miesięcy może stanowić kluczową
różnicę.
- Wtedy jednak będzie już za późno. Za kilka tygodni cesarzowa Caelestia
i jej dwór opuszczą wschodnią stolicę Alitaery. Po zabawach na Wyspach
Letnich wylądują na Zamku Sztormów, skąd pożeglują na zachód z niesamowitą szybkością, niesieni Wielkim Sztormem. Gdy już znajdą się w Borami, cesarzowa będzie przez sześć miesięcy nadzorowała rządy swojego
nowego króla, zanim wróci lądem na wschód i powtórzy cały proces. Rzecz
w tym, że gdy już opuści Skone, znajdzie się poza zasięgiem. Borami
znajduje się za daleko, zbyt wielu wrogów minęlibyśmy po drodze. Nawet
gdyby podróż była bezpieczna, wyjazd potrwałby zdecydowanie zbyt długo.
To jednak nie wszystko. Kylarze, czytałem podręczniki historii. Szpiedzy
Gwinvere przekazali mi przemowy innych władców. Widzę oznaki. Nagle
władcy Midcyru nakładają nowe podatki na wystawne przedsięwzięcia:
pomniki, rozbudowę pałaców i tym podobne.
- Tym właśnie zajmują się monarchowie w czasach pokoju i prosperity,
prawda?
- Owszem, ale w nie taki sposób. Niewielu władców jest dość cierpliwych,
żeby zebrać pieniądze na nowy pałac i zapłacić za wszystko naraz.
Zbierają małą sumę, żeby ufundować początek prac, płacą za roboty ziemne
i kamień. W następnym roku nakładają nowy podatek, żeby zapłacić
murarzom i cieślom. To mniej irytuje arystokratów i sprawia, że
natychmiast zaczynasz przedsięwzięcie. A tu jest inaczej. To są kraje,
które zbierają dużo pieniędzy i nie wydają ich. Dlaczego? Bo pieniądze
to środek wymiany. Przebiegły władca może zbierać pieniądze i nie
sprawiać wrażenia, że przygotowywuje się do wojny, a potem w ostatniej
chwili może wziąć te fundusze i kupić broń dla armii, jedzenie i wszystko inne, co jest potrzebne, żeby wymaszerować. Dlatego muszę
jechać. I muszę zrobić to teraz. A obecność Jenine może być kluczowym
elementem, który zmieni porażkę w sukces. W przeciwnym wypadku, kiedy
cesarzowa wymaszeruje z zachodniej stolicy Borami w przyszłym roku, to
może iść na czele armii.
- Miałem nadzieję, że to już koniec wojen - powiedziałem.
Zabić morderczynię i zdrajczynię to jedno, zabić jakiegoś nastolatka,
którego jedynym grzechem jest to, że maszeruje pod niewłaściwą chorągwią
w przekonaniu, że stanowisz zagrożenie dla jego rodziny, to całkiem co
innego.
- To mój obowiązek - mówi ponuro Logan. - Pomagać mojemu krajowi
rozkwitać. Chronić moich poddanych. Dopilnować, żeby to był koniec
wojen, jeśli nie na zawsze, to na tak długo, jak to możliwe. Moje
zadanie jest zbyt ważne, żebym był takim ojcem, jakim powinienem być.
Albo mężem. Jestem królem. Życie moich poddanych jest ważniejsze od
mojego szczęścia.
- A szczęście twojej żony?
Nie chciałem powiedzieć tego na głos, ale Logan mi wybacza.
- Urodziła się jako księżniczka, wychowano ją w świadomości, że pewnego
dnia zostanie królową. Znała potencjalną cenę swojej pozycji wcześniej
niż ja.
Jestem pewien, że to prawda, ale cieszę się, że nie będę obecny, kiedy
będą rozmawiać o tym we dwoje.
- Zrobię, co trzeba, Wasza Królewska Mość - mówię, ruszając do drzwi. -
I... dzięki, że nie skazałeś mnie na banicję. Albo na coś gorszego.
Prosiłem się o to, ale... Nie mogłem sobie tego odpuścić, wiesz?
- Mnie też brakuje Mags - mówi. Odwraca wzrok. - I Serah. I księcia
Aleine'a z jego wszystkimi dziwactwami. I pozostałych. Trudana musiała
zginąć. Gdybyś zapytał, sam bym cię posłał.
Jest w tym zdaniu nutka oskarżenia, urazy. Dlaczego nie poprosiłem go o pozwolenie.
- Dowiedziałem się, gdzie przebywa tego samego dnia, kiedy usłyszałem o amnestii. Myślałem, że dotrę tam pierwszy. - Prawie na tym poprzestaję,
na tej półprawdzie. Prawie. - Poza tym... oddaliłem się od twojego dworu.
Nie wiedziałem, co byś powiedział. Nie sądziłem, że będę w stanie cię
posłuchać, jeśli mi zakażesz.
Logan uśmiecha się smutno.
- Tacy właśnie obaj jesteśmy, co? Mężczyźni, którzy zawsze robią to, co
uważają za słuszne, bez względu na to, co mówią inni. Chciałbym tylko,
żebyśmy zawsze byli zgodni w tej ocenie.
- Jesteś lepszym przyjacielem, niż na to zasługuję.
- To nie ma nic wspólnego z byciem twoim przyjacielem. Byłbym głupim
królem, gdyby wygnał swoją tajną broń.
Uśmiecha się i obaj wiemy, że kłamie, ale nie do końca. Władza Logana
jest integralną częścią tego, kim teraz jest. Chociaż najczęściej
kierują nim najwyższe ideały, to, żeby przeżyć, musi zawsze myśleć o przejmowaniu i podtrzymywaniu wpływów.
- Będziesz nam towarzyszył podczas kolacji?
Odchrząkuję.
- Myślę, że wolę zamiast tego... ehm... podtrzymywać otaczającą mnie aurę
tajemniczości. Dzięki.
- Nie zmienisz zdania nawet, jeśli ci powiem, że będzie tam gość, który
cię szczególnie zainteresuje?
- Będę dla ciebie lepszą tajną bronią, jeżeli będziesz mnie wyciągał
tylko wtedy, gdy jestem potrzebny. - Otwieram drzwi i do środka
wmaszerowuje sznureczek służących. - Jeśli to naprawdę ważne, możesz
przysłać go do mnie po kolacji.
- Jego?
- Tego gościa?
- To nie on. To ona - odpowiada Logan. - I jeśli nie przyjdziesz, jestem
pewien, że sama cię znajdzie.
Ściska mnie w żołądku.
Rozdział 15
Rozdział 15
Miłość nie wystarcza
Nie wiem, dlaczego wszyscy kłamią na ten temat: noworodki nie są
słodkie.
Nowo narodzone zwierzątka owszem. Mogę gruchać i cmokać, nie ustępując w tym najlepszym, nad szczeniakiem albo malutkim krokodylkiem,
czymkolwiek. Ale ludzkie noworodki? Te ich pomarszczone buzie i kompletny brak świadomości otoczenia?
Może jeden na sto rzeczywiście jest słodki. Chociaż wątpię.
A ta dwójka? Nie. Wybaczcie. Daleko im do tego.
- Są prześliczne! - mówię z takim entuzjazmem, na jaki mnie stać.
- Prawda? - mówi Logan, unosząc jednego z synów wysoko, aż niańka
zaczyna się denerwować. - A ja? Ja należę do tych mężczyzn, którzy nie
uważają każdego dziecka za słodkie. Chcesz go potrzymać?
- Nie, nie, dzięki. Po prostu wiem, że zrobię to nie tak, jak trzeba.
Logan rzuca mi pieluchę.
- Przerzuć ją przez ramię. Nigdy nie wiesz, kiedy coś z nich wytryśnie
jednym końcem albo drugim.
Śmieje się, jakby to też było zachwycające.
Trudno było mu się oprzeć, zanim został królem, ale teraz osobowość
Logana - gdyby porównać ją do konia bojowego - otrzymała pełną uprząż i solidnego klapsa w zad.
Zmuszam się do uśmiechu, ale nie wkładam w to serca.
- Naprawdę wystarczy mi...
Podaje mi małą, wiotką, senną parówkę. Tę, która ma rzadki ciemny meszek
na przydużej czaszce.
Logan przekrzywia z dezaprobatą głowę, widząc, jak trzymam dziecko, ale
nic nie mówi.
A potem nagle dzieciak się wierci i gigantyczna czaszka grozi, że
spadnie z pozbawionej mięśni szyi.
- Główka! - mówi Logan. - Chłopie, podtrzymaj Kiernowi głowę!
Rozkładam dłonie, jakbym trzymał drogocenny przedmiot. Nie, to coś
gorszego. Ten mały tłuścioch to książę.
- Przytul go do piersi. Postaraj się go nie zabić, dobrze? Jakbyś
pierwszy raz w życiu trzymał dziecko na ręku...
- No bo trzymam pierwszy raz.
- Serio? - Patrzy na mnie zdumiony. - Och, racja. Przepraszam. Nie
zdawałem sobie sprawy, jak beztrosko powierzam w twoje ręce przyszłość
mojego królestwa.
- No co ty, poradzimy sobie. Jak jedno popsuję, to jeszcze mamy drugie,
nie?
Logan śmieje się i pomaga mi ułożyć dziecko prawidłowo. Nagle czuję się
niezręcznie. Jakbym trzymał oklapłą, nadzwyczaj delikatną kluskę.
Czuję mrowienie w miejscu, gdzie główka dziecka dotyka skóry na mojej
piersi i szyi. Nie wiem, czy odzywa się we mnie uśpiony instynkt
ojcowski, czy po prostu to świadomość, że trzymam przyszłego najwyższego
króla.
Tak czy inaczej, to mi się nie podoba.
- Hmm... wyglądają różnie - mówię. Oczywiście nie odróżniłbym jednej z tych pomarszczonych śliwek od drugiej, ale ta, którą trzymam, ma ciemne
włosy. - Myślałem, że Kiern i... ehm... Jak się nazywa ten drugi?
Logan chowa twarz w dłoniach. Nie wiem, która z głupot, jakie palnąłem,
jest tego przyczyną. Zanim się odezwie, podchodzi jego doradca i szepcze
mu do ucha.
Zostaję więc sam z Jego Królewską Pulchnością. Patrzę w dół i widzę, że
ziewa.
No dobra, to ziewnięcie jest nawet urocze. Odrobinę.
Bogowie. To się budzi. Zaczynam nim podrzucać, tak jak widziałem, że
ludzie to robią. Śpij dalej, błagam, śpij dalej.
Czy ktokolwiek kiedyś trzymał mnie w ten sposób? Czy ktoś widział we
mnie małą zgrozę, miał nadzieję, że zdoła się mnie pozbyć przy
najbliższej okazji?
W końcu jestem sierotą. Przynajmniej porzucono mnie dość wcześnie, żebym
nie pamiętał żadnego z rodziców. Ale nie za wcześnie. Nie przetrwałbym
na ulicy, gdybym był za mały. Gangi nie przyjmują nikogo tak małego, za
duży z tym kłopot.
Czy sam wyrzuciłbym siebie jak śmiecia?
Kiern otwiera niebieskie oczy. Patrzę w nie i w gardle rośnie mi gula
tak szybko, jakby ten smarkacz wsadził mi tam własną piąstkę.
- Co? Czy nie mówiłeś... - odpowiada doradcy Logan.
Przeklina pod nosem, a ja cieszę się, że mam pretekst, żeby oderwać
wzrok od dziecka. Logan patrzy na mnie, potem na drzwi, jakby musiał
podjąć jakąś potworną decyzję, chociaż wygląda na to, że tylko
zastanawia się, czy zabrać ode mnie syna.
Zaciska zęby i zmusza się do opuszczenia rąk.
- Co się stało? - pytam.
Chyba za późno.
Wtedy domyślam się, co nadciąga, bo drzwi otwierają się, zanim zdążę
oddać dziecko.
Najwyższa królowa Jenine Gyre widziała wiele w swoim życiu. Urodziła się
jako księżniczka Gunder z Cenarii, poślubiła Logana i myślała, że został
zamordowany w tym samym czasie, co cała jej rodzina. Została porwana, a potem "uratowana" przez Doriana, który poślubił ją, zrobił z niej
królową Khalidoru, Lodricaru i Cenarii, po czym (kiedy była w ciąży z dziećmi Doriana) dowiedziała się, że Logan wciąż żyje, a jej mąż Dorian
wiedział o tym od początku. Zostawiła Doriana, anulowała ich małżeństwo
i znów zeszli się z Loganem, który adoptował jeszcze nienarodzone dzieci
Doriana i Jenine.
I mimo tej burzliwej przeszłości Jenine nie ma jeszcze nawet dwudziestu
lat. Kiedy widziałem ją ostatni raz, wyglądała jeszcze młodziej.
To się zmieniło.
Ma ciemne sińce pod oczami. Opuchniętą twarz.
Zamiera na mój widok.
Jednak tylko na chwilę.
- Nie on! - krzyczy, wytykając mnie palcem. Jak wcielona furia porywa
dziecko z moich oszołomionych objęć. - Jak mogłeś, Loganie?
- Kochanie, nic się nie...
- Nie! Jak możesz pozwolić, żeby coś takiego dotykało naszego dziecka?!
- wrzeszczy. - Powiedziałeś mi, przyznałeś, że to najbardziej
niebezpieczny człowiek w całym królestwie. Coś ty sobie myślał, żeby tu
go przyprowadzać?!
- To mój najlepszy przyjaciel, Jenine! On...
- Tacy jak on nie mają przyjaciół! Oni mają tylko cele!
- Jenine, najdroższa...
- Żadnych "najdroższych"! - warczy Jenine, cała się trzęsąc.
- To nieprawda - odzywam się.
Jenine zamiera.
- Tacy jak ja nie mają "celów". Zabójcy mają cele, bo celu można chybić.
Siepacze mają truposzy, bo kiedy siepacz zawiera umowę, śmierć wskazanej
osoby jest tylko kwestią czasu. Proszę jednak mówić dalej.
Jenine zachowuje się jak przestraszone dziecko i to zaczyna mnie
wkurzać.
- Truposze? Truposze! - mówi.
- Kylar... - odzywa się błagalnie Logan.
- Powinienem już iść - oznajmiam, narzucając kaptur na głowę. -
Zastosuję się do woli Waszej Królewskiej Mości. Widzę, że wy dwoje
macie...
Kiedy kaptur opada na swoje miejsce, Jenine wytrzeszcza oczy jeszcze
bardziej, jakby zobaczyła mnie po raz pierwszy.
I zaczyna lamentować.
Serce zaciska mi się z żalu, nie tylko z jej powodu, ale też przez
wzgląd na mojego przyjaciela, bo kocha kobietę, której umysł stracił
wszelki kontakt z rzeczywistością.
Widzę, że służąca podbiega do drzwi i czeka na pozwolenie, żeby wejść.
Trzyma kielich, w którym widzę brązowe ziarenka maku w winie.
Mieli to już przygotowane. Nie pierwszy raz Jenine zachowuje się w taki
sposób.
Twarz Logana miga mi po raz ostatni, kiedy wychodzę, żeby oszczędzić mu
dalszego wstydu; skrzy się stoicką determinacją człowieka, którego czeka
bitwa. Wie, że nie może w niej wygrać, a jedynie ją przetrzymać. To mina
człowieka dźwigającego brzemię tak ciężkie, że nie wie, jak je nieść,
ale nie może go odrzucić.
Nasze spojrzenia krzyżują się i jakąś cząstka mnie myśli, że powinienem
zostać. Powinienem zostać przez wzgląd na przyjaciela, którego kocham,
czy wyjść przez wzgląd na kobietę, którą on kocha? Moja obecność
najwyraźniej pogarsza stan Jenine.
Odwracam się, żeby odejść.
- Stój, Bezimienny! - krzyczy Jenine.
Zamieram. Nie z powodu rozkazu królowej, tylko dlatego, że ostatnią
osobą, która tak mnie nazwała, była sama Biała Serafina, a przed nią
Wilk. I właściwie żadnego z nich nie nazwałbym osobą.
- Myślisz, że zwariowałam - mówi do Logana tonem, który sprawia, że
wszyscy w pomieszczeniu niewątpliwie tak uważają. - Chcesz, żebym
dowiodła, że to nieprawda?
- Nigdy tak nie twierdziłem - odpowiada łagodnie Logan.
- Nigdy! - warczy Jenine.
- Nie uważam, że zwariowałaś - mówi Logan, a ja mu wierzę.
Myli się, ale ja mu wierzę.
- Przyjdzie tu człowiek z wiadomością dla ciebie - warczy Jenine. - I będziesz musiał wyjść.
Logan zerka na mnie, zażenowany tym, że kłócą się przy mnie.
- Skarbie... to się dzieje setki razy dziennie. To żaden...
Dworzanin wchodzi do sali i Logan gwałtownie milknie. Przywołuje
mężczyznę gestem. Dworzanin przeprasza krótko i wręcza mu wiadomość.
- Nie ten człowiek - mruczy Jenine i na jej twarzy maluje się
zakłopotanie, ale myślę, że tylko ja ją słyszę.
Logan odczytuje wiadomość, a potem kręci głową i odsyła dworzanina.
- Widzisz? Zostaję...
- Nie ten człowiek - powtarza Jenine.
Logan rozkłada ręce.
- Mówiłam ci sto razy. W każdym razie próbowałam mówić - mówi Jenine. -
Dorian naprawdę coś zrobił tamtego dnia. Nie tylko z chłopcami, ale i ze
mną.
Głos jej się łamie przy ostatnich słowach. Krzywi się, ale udaje jej się
nie rozpłakać.
- Nie chcę więcej słyszeć o Dorianie! - warczy Logan.
- Nie miałam rozstępów na brzuchu aż do tamtego dnia, Loganie! Czułam,
jak chłopcy wiją się w moim łonie. Tak jakby nagle podwoili się w rozmiarach i sile. Może byli za mali, za słabi, żeby przeżyć, a on ich
uzdrowił. Był jednym z największych uzdrowicieli z Hoth'salaru, przecież
wiesz. Jednym z największych uzdrowicieli wszech czasów. Krążą legendy
na jego temat, ale mówię ci: myślę, że niechcący przekazał też...
- Przestań! Przestań! - krzyczy Logan. - Chłopcom nic nie jest!
- Ja go znam. Nie skrzywdziłby ich celowo, ale było tam tyle magii...
- Ty go znasz? Dorian powiedział ci, że nie żyję! Wszystko, co ci
powiedział, było kłamstwem!
- Nie, Loganie, to nieprawda.
Loganowi rzednie mina, kiedy nagle przygląda jej się z niedowierzaniem.
- Na bogów... - szepcze. - Ty nadal go kochasz.
Nie wiem, jak do tego doszedł, ale widzę poczucie winy malujące się na
twarzy Jenine.
Logan zerka wtedy na mnie, a ja widzę na jego obliczu tysiąc myśli i bagno kotłujących się uczuć.
Nie mogę uciec. Jestem intruzem w tej nieznośnie trudnej chwili,
obserwuję, jak grunt ich małżeństwa pęka, pojawia się linia uskoku i grozi trzęsieniem ziemi, rozniesieniem na strzępy całego ich wspólnego
życia, wyrzuceniem samych fundamentów rządów Logana w powietrze.
Widzę jego zawstydzenie, że jestem świadkiem takiej chwili, jego
bezradność wobec skali problemu, ale widzę też pewne zadowolenie, że ze
wszystkich ludzi to jestem właśnie ja.
Logan niełatwo wpada w gniew na tych, których kocha. A kocha Jenine jak
nikogo innego. Jednak...
A jeśli miłość nie wystarcza? Czy miłość może uratować umysł przed
pochopną, niezważającą na szkody ucieczką od rzeczywistości, umysł
wzdragający się ze strachu przed najdelikatniejszą, najsilniejszą i najpewniejszą dłonią?
W bezradnym Loganie budzi się gniew. Czerwienieje mu jasna skóra. Ból,
poczucie zdrady splatają się w nim w węzeł. Logan dał Jenine tak wiele,
a ona odpłaca mu się w ten sposób, że wciąż kocha mężczyznę, który zajął
jego miejsce? Człowieka, który podstępem skłonił ją do bigamii, uwiódł
ją, zapłodnił. Człowieka, który przez cały czas wiedział, że Logan żyje
i umiera z głodu w lochu. Jak śmiała go kochać?
Jenine musiała ostrożnie stąpać w przeszłości, ale teraz przy mnie
zachowuje się nierozważnie.
Zanim Logan zdąży się odezwać, mówi:
- Wiem, że zamierzasz zmusić mnie, żebym pojechała z tobą do Skone.
To sprawia, że z Logana uchodzi całe powietrze.
Patrzę w stronę drzwi, zastanawiając się, czy zdołam wyjść dyskretnie.
Albo niedyskretnie.
- Co takiego? Skąd o tym wiesz?
Jenine milczy.
- Kto ci powiedział? - dopytuje się Logan.
- Sny...
- Wiecznie te sny! - ryczy Logan, jakby uradowany, że znalazł coś, na co
może się bezpiecznie wściec.
- To nie ma znaczenia, skąd wiem! Oddzielenie mnie od chłopców to
najgłupsza rzecz, jaką możesz w tej chwili zrobić. Przepraszam. Nie
najgłupsza. Najmniej przemyślana. Oni mnie potrzebują. A ja potrzebuję
ich. Tylko dzięki nim jakoś się trzymam.
- Przez nich się rozpadasz.
- Błagam cię. Nie odbieraj mi dzieci. Proszę.
Jenine nagle wygląda nędznie, jakby dopadło ją sto bezsennych nocy
naraz. Podczas ciąży i wcześniej była młoda, pełna energii, przepełniona
życiem, ale w tej chwili nie ma w niej krztyny tego wszystkiego. Zapadłe
policzki, przekrwione oczy, zgarbione ramiona.
- Moja pani, ile czasu upłynęło, odkąd spałaś? - odzywam się, próbując
załagodzić sytuację.
Patrzy na mnie jadowitym wzrokiem.
- Milcz, żmijo.
- Jenine... - odzywa się cicho Logan.
- Pojadę. Pojadę z tobą, ale, proszę... zabierzmy twojego wilczarza.
- Już wpadłem na lepszy pomysł.
- Jeśli ten morderca zostanie na zamku, stanie się coś złego pod naszą
nieobecność - upiera się Jenine. - Musisz mi uwierzyć.
- Jeżeli ma zdarzyć się coś złego, on najprędzej może temu zapobiec -
odpowiada Logan.
Drzwi otwierają się i do komnaty wchodzi dworzanin. Szepcze coś Loganowi
do ucha.
- To ten człowiek - mówi Jenine z westchnieniem. - To on.
Wątpię jednak, żeby Logan ją słyszał.
- Muszę się tym zajęć - oznajmia po chwili. - Porozmawiamy... później. -
Patrzy na Jenine, a potem na mnie. - Kylarze, możesz... ehm... odejść.
Wychodzi szybko, a zanim ja docieram do drzwi, odzywa się Jenine:
- Nie, ty masz zostać.
W swoim życiu musiałem stawić czoło najprawdziwszym potworom, ale
wątpię, żebym bał się tak jak teraz, kiedy odwracam się do drobnej,
nieszczęśliwej matki.
- Widziałam cię już wcześniej. Wiesz, przed tym wszystkim, kiedy
udawałeś krewnego Sternów. Ale ja cię znam - mówi z szalonym błyskiem w oku. - Ja cię znam.
Nie mam jej nic do powiedzenia. Albo zwariowała, albo nie. Tak czy
inaczej, nie przegadam królowej.
- Jesteś gorszym człowiekiem, niż myśli Logan. On widzi w ludziach to,
co najlepsze, a chociaż nie jest już tak naiwny jak kiedyś, nadal ma do
ciebie słabość. Będzie wierzył w ciebie bez względu na wszystko. Bo tego
potrzebuje. Nie mogę być dla niego wszystkim. Wiem. Rozpaczliwe walczy o przetrwanie na dworze i potrzebuje kogoś dobrego w swoim życiu, żeby był
jego przyjacielem, a zamiast tego dostaje ciebie. - Praktycznie wypluwa
te słowa z odrazą. - Nienawidzę cię. Spróbowałabym cię zabić tu i teraz,
gdybym uważała, że mam najmniejszą szansę.
Cofam się o krok. Ostatnie, czego mi trzeba, to bronić się przed
królową. Co by się stało, gdyby tuzin królewskich gwardzistów wparował
do sali i zobaczył, jak odpieram atak kobiety, naprawdę z nią walczę?
To mogłoby skończyć się dla mnie znacznie gorzej, niż Jenine myśli.
- Dlatego zrozum, jak bardzo mnie to boli, gdy to powiem... - Wykrzywia
usta. A potem klęka. - Błagam cię, Kylarze. Błagam. Nie rób tego. Nie
rób tego. Masz wybór. Nieważne, co myślisz. Masz wybór. - Wyciąga się na
podłodze przede mną i zaczyna płakać. - Proszę... proszę...
Wszelkie myśli o wycofaniu się z godnością znikają. Uciekam.
Opryskliwa służąca z kielichem wina mija mnie w przelocie, żeby zająć
się obłąkaną królową.
Rozdział 16
Rozdział 16
Nadąsane milczenie nastoletnich chłopców
- Miałem zeszłej nocy pewien nadzwyczaj niepokojący sen - mówię do
ka'kari.
Nie odpowiada. Wzdycham, zdając sobie sprawę, że go nie dotykam. Kładę
na nim jeden palec i powtarzam.
S ł y s z ę c i ę . M o j e g r a t u l a c j e .
- Zatem słyszysz mnie, kiedy jesteś w odległości głosu, ale nie możesz
odpowiadać mi w mojej głowie, jeśli cię nie dotykam.
Zabieram palec, czekam kilka chwil i znowu dotykam ka'kari.
- Ach, nie możesz też słyszeć moich myśli, jeśli cię nie dotykam.
~ Niech zgadnę: właśnie pomyślałeś głośno coś, co miałeś nadzieję, że
będzie dla mnie obraźliwe i sprowokuje moją reakcję. Strasznie mnie
ciekawi, co mnie ominęło. ~
- Taki ton jest zupełnie niepotrzebny. Porozmawiajmy.
B o t o n a m z a w s z e ś w i e t n i e w y c h o d z i .
- Kto cię stworzył? Co potrafisz? Dlaczego czasem mi pomagasz, a czasem
nie? Jak mogę sprawić, żeby częściej móc liczyć na twoją pomoc? Dlaczego
twój wybór padł na mnie?
Zadaję wszystkie te pytania i parę innych w ciągu następnej godziny, na
wszelkie sposoby, jakie przychodzą mi do głowy. Na próżno.
Ka'kari głównie milczy. Wreszcie mówi:
M a m t e g o d o ś ć .
Czasem zachowuje się jak nabzdyczony nastolatek, który lubi pogrążać się
w nadąsanym, nieprzeniknionym milczeniu.
Co powiesz na moje ostatnie słowa? - pytam.
~ "Nadąsane, nieprzeniknione milczenie". Po raz kolejny twój geniusz
przeszywa mnie z subtelnością młota kowalskiego, mój panie. Od razu
czuję, że ta wyrafinowana manipulacja skłoniła mnie do wyjawienia ci
wszystkiego. ~
Wzdycham. Właściwie od początku wiedziałem, że nic z tego nie będzie.
Wybacz.
T e r a z p r ó b u j e s z p o d e j ś ć m n i e d o b r o c i ą ?
Bez względu na to, jaki cel jest mi pisany, ka'kari nie pomoże mi go
znaleźć. Zastanawiam się, czy takie były intencje tego, kto je stworzył,
czy to Durzo skaził je swoim wpływem, nosząc je tak długo. Z drugiej
strony odrzuciłem drogę Durzo, słusznie czy nie. Czy potraktowałbym
poważnie wskazówki, których udzieliłoby mi ka'kari?
Może ja też nie pomógłbym sobie. Może niczego nie da się mnie nauczyć,
może docierają do mnie tylko brutalne lekcje. Może ka'kari to wie. A może za wiele się spodziewam po przedmiocie, który, nawet jeśli jest
wytworem pradawnej i potężnej magii, to jednak tylko magii. Jego stwórca
ewidentnie zawarł w nim pewną instrukcję. Wygląda na to, że muszę zrobić
coś określonego, coś ukrytego i nieopisanego, żeby ka'kari zareagowało.
Kiedy je związałem, minęły miesiące, zanim wreszcie w ogóle się do mnie
odezwało, a było to pojedyncze słowo, próba uratowania mi życia.
W ka'kari kryje się echo albo imitacja osobowości, ale na ile się
zorientowałem, nie jest to prawdziwa osobowość. Domyślam się, że Stwórca
takiego przedmiotu mógł zaprojektować go tak, żeby nie odzywał się do
nowego właściciela przez kilka miesięcy. Stwórca mógłby się martwić tym,
że ktoś niegodny weźmie ka'kari i natychmiast uzyska dostęp do
wszystkich jego mocy, do całej jego wiedzy.
To coś, co łatwiej mi sobie wyobrazić i co bardziej pasuje do tego,
czego doświadczyłem, niż pomysł z prawdziwą osobowością u ka'kari. Nawet
Durzo nie byłby w stanie siedzieć w milczeniu i patrzeć dzień po dniu,
jak popełniam błędy, i miesiąc po miesiącu, jak szukam po omacku.
Zwłaszcza po wielu latach (całej dekadzie?), jakie ka'kari spędziło w izolacji, bo Durzo stracił z nim więź.
Osobowość byłaby głodna rozmowy po tak długim czasie. To nie może być
to. To magiczny konstrukt kierujący się zasadami, które muszę poznać.
Czego chcesz? Jakie są twoje zasady?
C h c ę , ż e b y ś s t a ł s i ę p r a w d z i w y m A n i o ł e m N o c y .
W porządku! Wreszcie do czegoś dochodzimy! Co to znaczy?
Milczenie.
Robiłem to dostatecznie dużo razy, żeby wiedzieć, że ka'kari nie odezwie
się pierwsze. Jego milczenie mogłoby być równie dobrze wrzaskiem
rodzica: "Koniec rozmowy!".
- Zatem ten sen, który miałem, trochę mną wstrząsnął - odzywam się. -
Jakbym włożył przymałą kurtkę i teraz nie mogę wyciągnąć rąk z rękawów.
To jeden z tych snów, które wydają się naprawdę realistyczne. Widziałem
siebie, jak wbijam szpikulec w kamienną ścianę, szpikulec połączony z łańcuchem, który łączył się z okowami zakrywającymi całe moje
przedramię. Pewnie nie umiesz interpretować snów, co?
Wzdycham. Bo ka'kari nie odpowie. Wiedziałem, że nie odpowie.
- Nie wiem, czy jesteś najlepszym rozmówcą na świecie, czy najgorszym.
Zważywszy, że nie jesteś żywą osobą. Z drugiej strony jesteś moim
jedynym towarzystwem.
Do diabła, to naprawdę jest przygnębiające.
Nie chcę o tym myśleć.
Sam nie wiem. Nie ma sensu, żebym dłużej opowiadał. I tak nie mam z kim
się podzielić tą opowieścią. Koniec z tym.
Rozdział 17
Rozdział 17
Łyk wina ze starym przyjacielem
Tej nocy przegapiłem coś ważnego i próbuję to sobie przypomnieć, ale
lepiej byłoby, gdybym mógł odtworzyć minione wydarzania krok po kroku,
tak jak ich doświadczyłem.
Zatrute wino mnie nie zabiło. Jak widać. Gdyby mnie zabiło, nie
słuchalibyście tego. Słuchali? Czytali? Czy minstrel napisze kiedyś
muzykę do tej kroniki? Czy kopiści będą ślęczeć nad każdą linijką i bazgrolić na marginesach?
Pewnie pochlebiam sobie, w ogóle to rozważając. Ta opowieść nie jest
dość heroiczna. W ogóle nie jest heroiczna. Nie z mojej strony.
Po wyjeździe Logana i Jenine do Skone siedziałem na dachu. Zacząłem
przygotowywać tę relację, żeby opowiedzieć hrabiemu Drake'owi, jak
pomściłem jego córki. On jednak nie życzył sobie tej zemsty, a ponieważ
świat poszarzał, odkąd zabrakło Elene, nie widziałem sensu, żeby dalej
się wysilać, więc przestałem przekazywać swoje spostrzeżenia ka'kari. To
jednak był błąd. Gdybym opisywał wszystko, co widziałem tamtej nocy,
mógłbym wychwycić coś, co mogłoby mi teraz pomóc. Dlatego teraz to nie
jest dla Drake'a ani dla nikogo innego. Robię to dla siebie.
W porządku, schrzaniłem sprawę. Najlepsze, co mogę zrobić, to
opowiedzieć tyle, ile teraz pamiętam z tego, co się wydarzyło.
~ Nieustanna narracja skierowana do mnie to twoje rozwiązanie? Za jakie
grzechy zasługuję na ten dar? ~
Żadnych takich.
Wygląda na to, że jedyna gorsza rzecz od spisywania tej kroniki to
skorzystanie z "pomocy".
A c h c i a ł b y ś s p r ó b o w a ć t o r o b i ć b e z m o j e j p o m o c y ?
A chcesz wrócić do swojego pudełka?
Ka'kari milknie na bardzo długi czas.
Jestem zasadniczo nieśmiertelny, a ono jest zasadniczo niezniszczalne,
więc zabawa w to, kto kogo przetrzyma, może w naszym wypadku ciągnąć się
naprawdę, naprawdę długo.
W każdym razie to była jedna z tych nocy podczas nowiu, kiedy lśniący
płaszcz nieba rozpościerał się szeroko, bóstwa nad nami tańczyły i mrugały, posłańcy przecinali przestworza od horyzontu po horyzont, wolno
albo szybko, wielkie planetarne potęgi lśniły w całej swojej chwale. To
była noc, podczas której człowiek czynu filozofuje, ale oszczędzę wam
moich dalszych mentalnych deliberacji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Rozdział 1
Niezawiniona śmierć
Jest młody i najpewniej niewinny, a ja żałuję, że to niczego nie
zmienia. Jeśli dzieciak nie ruszy się w ciągu następnych trzech minut,
będzie musiał umrzeć.
Większość ludzi nie rozumie mojej pracy: myśli, że tą trudną częścią
jest morderstwo.
Może na początku owszem - kiedy masz czternaście lat, chowasz się pod
łóżkiem, dyszysz głośno, zaciskasz ręce na stali tak, że bieleją ci
palce, oczy masz przekrwione od łez, które przelejesz następnego dnia, i słyszysz zbliżające się kroki.
Jednakże nawet wtedy to nie przyszłe ofiary nastręczały największych
trudności; najgorsi byli żywi. Oni nigdy nie trzymają się planu. Żywi
zawsze pchają się, depczą po piętach tym, którym pisane jest umrzeć,
jakby zamierzali skinąć głową na powitanie Śmierci, kiedy już ją
spotkają, i pójść dalej swoją drogą.
Moim pierwszym razem była zamkowa pokojówka. Przyszła zajrzeć do swojego
nic niewartego kochanka, którego polecono mi zabić. Zamierzał ją
porzucić, a tak ona dołączyła do niego w wieczności. Wtedy pierwszy raz
zabiłem kogoś niewinnego.
A teraz napatoczył się ten dzieciak.
Co o tej porze robi tu dzieciak grający w piłkę? Dlaczego musiał
przyleźć akurat tutaj?
Mam wrażenie, że smarkacz znajduje się tysiąc kroków ode mnie, maleńki
punkt po drugiej stronie przepaści doświadczenia, podczas gdy ja siedzę
samotnie na szczycie urwiska, chociaż tak naprawdę to on stoi na ziemi,
a ja po prostu siedzę na dachu po drugiej stronie zaułka.
Ustawił sobie kilka kamieni, żeby zaznaczyć, gdzie ma celować. Kiedy go
obserwuję, wymija wyimaginowanego obrońcę, odbija piłkę raz, a potem
kopniakiem posyła ją w mur rezydencji.
Bęc, bęc, bach.
Raz za razem. Unosi ręce i wydaje z siebie odgłos, jakby tłum ryczał z zachwytu. Mały gówniarz, ma ze dwanaście lat, chodząca głupota i wielkie
marzenia. Może myśli, że pewnego dnia wydostanie się z tych slumsów.
K o g o ś c i p r z y p o m i n a ?
Udaję, że nie słyszę ka'kari odzywającego się w mojej głowie. Kiedy
chce, potrafi być naprawdę pomocne i tylko dlatego nie wywaliłem już
dawno temu tego przeklętego dziadostwa najdalej, jak się da.
Przedświt jest jak żarzący się lont i wkrótce słońce wybuchnie
nieubłaganie na horyzoncie, ujawniając wszystko, co zrobiłem i co
pozostawiłem niedokończone. Jednak nadal czekam, mając nadzieję, że
znajdę trzecie rozwiązanie.
Bęc, bęc, bach.
To tylko dzieciak. Niestety nie przestaje trenować.
Wiedząc, co to może znaczyć, czy naprawdę to zrobię?
Tak, zrobię. Ona jest tego warta. Ci ludzie zasługują na
sprawiedliwość.
W porządku, trzeba działać. Nadchodzi ranek. Czas kończy się dla nas
obu.
Ruszam. Opadam bezszelestnie z dachu w głębsze cienie zaułka.
Bęc, bęc, ba...
Wypadam znikąd i łapię lecącą piłkę. I to lewą ręką. Może rozminąłem się
ze swoim powołaniem? Mógłbym być mistrzem gry w piłkę.
Chłopak rozdziawia usta, wręcz komicznie wytrzeszcza oczy na mój widok.
To odrobinę satysfakcjonujące, o ile można być dumnym z tego, że się
nastraszy dzieciaka. Czy to jest jedna z tych mrocznych przyjemności
płynących z siły, przed którymi ostrzegał mnie hrabia Drake? Nie ubrałem
się dzisiaj tak, żeby robić wrażenie. Tej nocy, a właściwie tego ranka,
mam na sobie cętkowany szaro-czarny strój z kapturem i maską na twarz,
schowany łuk bez założonej cięciwy i czarny miecz w pochwie na plecach,
który wysuwa się automatycznie pod naciskiem dłoni.
W t e j p i ł c e k r y j e s i ę c o ś c i e k a w e g o .
Patrzę na nią. Skóra na nadmuchanym kozim pęcherzu, pozszywana tak, że
tworzy niemal idealną kulę. Dzieciaki z tej okolicy zwykle zadowalają
się kłębem szmat związanych sznurkiem.
- Poproszę cię o przysługę, smyku - warczę. - Nie mam nic do ciebie,
więc proszę, żebyś odszedł. Cicho. Z łaski swojej. Rozumiesz? Tej nocy
jest tu człowiek, który zabił dziecko.
Milknę na dość długo, żeby mógł się zastanowić, czy mówię o sobie, czy o szlachetnie urodzonej gnidzie, która żyje w posiadłości za tym murem.
Właśnie, żyje, ale może uda mi się temu zaradzić.
- On ci to dał? - pytam, obracając piłkę na jednym palcu, a potem na
drugim. - Lord Repha'im?
Dzieciak zamiera i nie jest w stanie nawet skinąć głową, ale wiem, że
mam rację. Podobne podarki to tani sposób na kupienie sobie lojalności w takich slumsach jak te.
- Jesteś Aniołem Nocy - udaje się wykrztusić smarkaczowi. - Ty jesteś
Kylar Stern.
Piłka obraca się, zatrzymuje, ale nadal opiera się na moim palcu.
Ludzie wiedzą, że wróciłem do miasta. Lord Repha'im wie, że nadchodzę.
To tłumaczyłoby magiczne pułapki kłębiące się nad jego murami,
uniemożliwiające mi po prostu wspięcie się na nie i przejście. A skoro
ten dzieciak o mnie wie...
- Pracujesz dla niego - mówię, biorąc piłkę w rękę. - To dlatego grasz
tutaj o tej porze. Jesteś czujką.
A c h . T o k o m p l i k u j e s y t u a c j ę .
Myślałem, że może przepłoszę go, pokazując się, i dzięki temu zyskam
pretekst, żeby darować mu życie. Jednak jako czujka jest zbyt
niebezpieczny, żeby mu odpuścić, prawda?
Dzieciak znowu przełyka ślinę, ale jego chciwy wzrok natychmiast pada na
piłkę. Powinien właśnie uciekać, ale ja trzymam jego skarb, a on nie
jest w stanie go porzucić. Straci życie dla durnej piłki.
- Smyku, jak nazywa się niewinnego człowieka, który pomaga złym ludziom,
choćby troszeczkę? Jak nazywa się kogoś niewinnego, kto swoim działaniem
sprawia, że giną niewinni ludzie?
Nie odpowiada. I nadal nie ucieka.
M a m l e p s z e p y t a n i e . J a k t y n a z y w a s z k o g o ś t a k i e g o , K y l a r z e ?
Dzisiaj? Dzisiaj kogoś takiego nazwę stratą do przyjęcia.
Granice zaczynają się zacierać. Oto do czego sprowadza się mój fach.
Dlatego właśnie go nie cierpię prawie tak samo mocno, jak kocham.
- Dali ci coś, żebyś mógł wysłać sygnał - mówię. - Jakąś racę albo coś
podobnego, żebyś dał znać, kiedy mnie zobaczysz? Będę z tobą szczery.
Jeśli ich uprzedzisz, umrzesz.
Chłopak blednie, ale znowu zerka na piłkę. Jego skarb.
Jeśli będę musiał go zabić, to świat nie stanie się uboższy z powodu
utraty geniusza.
- Smyku, dysponuję mocą tak wielką, że samego mnie to przeraża. Mocą tak
wielką, że trzeba ją spętać. Mógłbym stać się czymś gorszym niż ludzie,
których zabiłem. Może już się stałem. Jednak teraz się staram. Staram
się być dobry, rozumiesz? Dlatego pracuję nad wprowadzeniem kilku zasad.
Właśnie je testuję. Oto jedna z nich: nigdy nie pozwól, żeby ktoś ujrzał
twoją twarz, bo będzie musiał umrzeć.
Jeśli pozwolę mu odejść, pomyśli, że już się nim nie interesuję i całą
uwagę skupiam na tym, jak dostać się do posiadłości. Wtedy mógłby wrócić
i ostrzec domowników. Jeżeli jednak ucieknie, mogę wyciągnąć ostrze i pobiec za nim. Nie ma pojęcia, jak długo będę go ścigał. Pewnie nie
przestanie biec aż do południa.
Zdejmuję maskę.
- Co powiesz na to?
Dzieciak piszczy, ale nie ucieka. Twardy gówniarz. A może po prostu
tępy.
- Wiem, jak to jest, smyku, pracować dla tego rodzaju ludzi. Znam te
klimaty. Dorastałem niedaleko stąd, w takiej części Nor, przy której to
miejsce wygląda przyjemnie. Ulice nie oferują większości dzieciakom zbyt
wielu szans. Wiem to. Nienawidzę tego. Dlatego ja każdemu daję szansę.
Jedną. Jedyną. A potem mój osąd jest ostateczny. Najpierw, jeśli mogę,
oferuję łaskę, a potem wymierzam sprawiedliwość, bezwzględną i szkarłatną.
Nie ucieka, nie korzysta z drogi ucieczki, którą mu podsuwam. Co
oznacza, że poślę jeszcze jedno białe ciało z nurtem kwaśnej, brązowej
od nieczystości rzeki.
Chyba że... Dostrzegam coś. Trzecia droga. Być może.
Odwracam się i kopię piłkę do bramki. Pudłuję minimalnie. Do licha.
Jeszcze nie jestem moim mistrzem. Piłka jednak odbija się do dziecka,
które spazmatycznie porywa swój mały skarb.
Odwracam się do muru i jaśniejącego nieba i zakładam z powrotem maskę,
odcinając się od smrodu rzeki i slumsów. Pytam cicho:
- Zatem powiedz mi: co wybierasz?
Nie pada żadna odpowiedź, ale słychać ciche skrzypnięcie butów na bruku.
Dzieciak czmychnął. Nareszcie.
Wyciągam ostrze i warcząc, biegnę za nim. Ogląda się, znikając za
zakrętem, blednie, wytrzeszcza oczy, potyka się na śmieciach
wysypujących się z zaułka. Kiedy ucieka pełnym pędem, ja chowam broń,
spowijam się w cienie i ścigam go bezszelestnie jak chodzący koszmar.
Mam truciznę. Pozbawia przytomności dorosłego człowieka. Mógłbym
załatwić nią dzieciaka, dobierając dawkę do jego wagi. Istnieje jednak
ryzyko, że to zabiłoby gnojka. Nigdy nie wiadomo.
W mokrej robocie błąd może oznaczać śmierć dziecka. Jeśli nie możesz
tego przełknąć, to wybrałeś sobie niewłaściwy zawód.
Po kilku szybkich zakrętach dzieciak rusza ulicą równoległą do
posiadłości, a ja zaczynam myśleć, że może jednak zmądrzał i ucieka do
domu. A potem śmiga w szparę między rozpadającym się sklepikiem a nieskazitelnym murem rezydencji. Tu, pośród próchniejącego drewna i sypiącej się zaprawy, znika.
Pierś mi się zaciska.
Znajduję dziurę tylko dzięki szmerowi, gdy dzieciak się czołga. Ruszam
za nim.
W tunelu cuchnie zwierzęcą sierścią i kocimi sikami. Nic miłego, ale to
dobry znak. Gdyby było tam czysto, wiedziałbym, że tunel zbudował ktoś
dorosły, kto o niego dba. Mimo to zwalniam. Nie z powodu klaustrofobii.
Ciasne miejsca przerażają tylko wtedy, gdy czujesz się w nich bezsilny,
a kiedy byłem mały, ciasne miejsca zapewniały mi ochronę przed starszymi
dzieciakami. Także napierająca ciemność nie jest powodem, dla którego
zwalniam. Odkąd związałem czarne ka'kari, ciemność otwiera się dla moich
oczu.
Nie, zwalniam, bo właśnie tu założyłbym prawdziwą pułapkę, gdybym na
siebie polował.
Duża pułapka, którą właśnie omijam, wchodząc tędy do posiadłości,
znajduje się w murach rezydencji i nad nimi. Wisi niewidzialna w postaci
magicznych sideł i wygląda na dzieło co najmniej trzech różnych magów.
Robota dwóch z nich jest subtelna, trzeci to mag ognia.
Magowie ognia zwykle nie są mistrzami subtelności.
Nie wiem, jak działają niewidzialne haki, pręty i włączniki nad murami,
sam nie jestem magiem, ale wiem, że kiedy widzisz pułapkę na
niedźwiedzia, to nie sprawdzasz jej, wkładając w nią nogę.
Piłka, dociera do mnie.
Na piłkę rzucono zaklęcie, prawda? - pytam ka'kari. A ty słowem się
nie odzywasz!
~ Jesteś już dużym chłopcem, Kylarze. Nie muszę ci wszystkiego tłumaczyć
jak dziecku. ~
To właśnie było dziwne w piłce, nie tylko to, że jest za droga jak na
dzieciaka z ulicy. Sama piłka była ostrzegawczą racą dla czujki. Pewnie
miał ją przerzucić przez mur, kiedy mnie zobaczy.
Przeciskam się przez ciasny tunel tak szybko, jak się odważę. A potem
zatrzymuję się przy wyjściu osłoniętym przez duży głaz, który opiera się
o budynek gospodarczy. Samą dziurę zarasta wysoka trawa. Wyjście jest za
małe, żeby przecisnął się tędy dorosły. Nawet dzieciak ledwie daje radę.
To dobra wiadomość. To znaczy, że to nie jest awaryjna droga ucieczki z rezydencji. To znaczy, że lord Repha'im może nie wiedzieć o jej
istnieniu.
Zła wiadomość jest taka, że psy z posiadłości znają to miejsce i wygląda
na to, że wszystkie co do jednego wykorzystały ten zakątek do oznaczania
terenu i opróżniały tu kiszki.
Słyszę w oddali walenie do drzwi i podniesiony głos dzieciaka. Krzyczy.
Muszę się pośpieszyć.
Drapię twardą ziemię gołymi rękami, poszerzając wyjście. Ka'kari mogłoby
mi pomóc, ale tego nie robi, a ja nie będę się prosił. Magia ka'kari
mogłaby też osłabić smród świeżego psiego gówna, w które wlazł dzieciak
i wszędzie rozniósł, wyłażąc z tunelu, ale tego też nie robi.
Dlaczego w tej robocie to zawsze są ścieki albo nagie skalne ściany nad
głębokimi na tysiąc kroków przepaściami? Dlaczego mój fach nie oznacza
luksusowych rejsów wycieczkowych z pięknymi kobietami, drogim alkoholem
i muzyka kameralną?
Udaje mi się wyjść. Omijam ostrożnie wszystkie psie ekskrementy. Nie ma
znaczenia, że twoje własne ciało nie wydziela zapachu - tak jak moje -
jeśli cuchniesz tym, w co wdepnąłeś. Mój mistrz zawsze mi powtarzał, że
to właśnie przez takie drobiazgi się umiera.
Poważnymi rzeczami też się martwił. I pośrednimi. I przez połowę czasu
garścią rzeczy, co do których jestem pewien, że je sobie uroił.
W tym gorzkim fachu paranoja to piekło.
Przemykam od cienia do cienia, oddalając się od wyjścia z tunelu.
Zastanawiam się, czy nie wspiąć się na dach niskiego budynku
gospodarczego, ale pozostaję na dole, żeby moja sylwetka nie rzucała się
w oczy na tle nieba, i szybko wyjmuję z plecaka łuk bez cięciwy. Opieram
jego dolny koniec o ziemię, zakładam cięciwę na najniższy karb,
przechodzę, wyginam i zakładam cięciwę na drugi karb. Sprawdzam po
omacku strzały, a potem zakładam na cięciwę taką z szerokim grotem z zadziorami.
Chłopiec jest łatwym celem. Stoi dwadzieścia kroków ode mnie; przestał
dobijać się do drzwi, bo wrzeszczący najemnicy już pędzą do niego z wyciągniętą bronią. Trzyma cenną piłkę niezręcznie pod pachą,
jednocześnie próbując unieść ręce.
Trzeba strzelić teraz, zanim go otoczą. Wybrałem właśnie taki grot, bo
gdy się trafi kogoś w pierś, to strzała wskazuje dokładnie lokalizację
łucznika. A ja planuję znacznie trudniejszy strzał. Jeśli zadrasnę
dzieciaka w szyję szerokim grotem, to strzała poleci dalej i zniknie w ciemności. Rozlegnie się tylko szept lecącego pocisku, tryśnie
niepokojąca fontanna krwi z tętnicy i chłopak padnie, uciszony, nim za
bardzo utrudni mi robotę, a jednocześnie nie będzie wyraźnych wskazówek,
skąd nadeszła jego śmierć.
Powiedziałem mu, jaka jest cena. Dałem mu wybór. To on wybrał śmierć,
nie ja.
Przyciągam cięciwę do ust. Nie ma wiatru. Dzieciak zamarł ze strachu na
widok najemników i stoi nieruchomo. Dam radę.
Nie wiem, czy kiedykolwiek strzelaliście z łuku refleksyjnego, ale nie
zostały one pomyślane tak, żeby trzymać je długo napięte. Mimo to
czekam.
To dziecko.
Dziecko, które chroni potwora. Strata do przyjęcia.
Myślę o hrabim Drake'u. Rejestruję to dla niego, przekazując wszystko
ka'kari. Nigdy nie poprosiłby, żebym wykonał tę robotę. Powiedziałby mi,
że narażam własną duszę. Zapytałby, czy jestem pewien, że robię to w imię sprawiedliwości.
Jestem pewien.
Jednak jak mam mu spojrzeć w oczy i powiedzieć, że zabiłem dziecko?
Mogę powiedzieć, że dzieci giną na wojnach, a nasza wojna jeszcze się
nie skończyła i nie może się skończyć, dopóki sprawiedliwości nie stanie
się zadość.
Strażnik jak zwalista bestia wychodzi naprzód. Za dwa mgnienia oka
zasłoni mi cel.
Za jedno.
Powoli zmniejszam napięcie cięciwy. Opuszczam łuk, nie strzeliwszy. Klnę
w duchu, zdejmuję cięciwę i chowam broń.
Drzwi się otwierają, wychodzi zamożnie odziany mężczyzna. Ginie mi z oczu, kiedy znowu ruszam. Słyszę tylko urywki rozmowy, pytania rzucane w tę i z powrotem. Dostrzegam przelotnie gwałtowną gestykulację, kiedy
dowodzący mężczyzna przesłuchuje pozostałych.
Nie, strażnicy nie widzieli umówionego sygnału, więc w czym problem?
Nie, nie znają dzieciaka, ale są nowi, więc nie kojarzą tu mnóstwa
ludzi.
A kiedy zbliżam się na tyle, żeby słyszeć wyraźnie jego słowa, ton głosu
przywódcy się zmienia. Jedną ręką łapie dzieciaka za przód koszuli,
drugą przytrzymuje piłkę.
- Chcesz mi powiedzieć, że Anioł Nocy rozmawiał z tobą?! A ty nie dałeś
nam sygnału?!
Strażnicy patrzą po sobie, niektórzy z niedowierzaniem, inni z nagłym
strachem.
Kiedy mężczyzna wypuszcza dzieciaka, widzę czerwone znaki, które
zapalają się na jego łysej czaszce.
Ach, czerwony mag. Pewnie ten sam, którego dzieło widziałem nad murem
posiadłości.
- Nie chciałem stracić piłki - odpowiada płaczliwie dzieciak.
Mag z rykiem ciska piłkę za mur do slumsów.
Kiedy ta przelatuje przez fale nad murem, głębokie czerwone światło
pulsuje nad całą posiadłością. Macki czerwonego blasku płoną jakby
wzdłuż strug rozlanego oleju, do każdego okna i drzwi rezydencji, które
też zaczynają pulsować taką samą czerwienią. Szczękowi zwyczajnych
zamków, które się zatrzaskują, towarzyszy wibracja aktywowanej magii,
zamykającej całą posiadłość.
- Moja piłka! - wrzeszczy smarkacz.
W powietrzu pojawia się smuga niebieskiej magii i rozlega się mięsisty
chrzęst. Najbliżsi strażnicy wzdrygają się, myśląc, że to atak. Wszyscy
się odwracają i widzą nietoperza, który spada na ziemię pod postacią
paru zakrwawionych strzępów; brutalnie przerwano mu polowanie o brzasku.
Czerwony mag warczy na dzieciaka:
- Nie wszedłeś przez mur. I nie wszedłeś bramą. Jak się tu dostałeś?
- Ja, ja...
- Nieważne. - Czerwony mag odwraca się gwałtownie i wpatruje się w ciemność. - Ty mały kretynie, wprowadziłeś go do środka. Anioł Nocy już
tu jest.
Rozdział 2
Rozdział 2
Księga umarłego
Vi oderwała wzrok od stronicy i zgarbiła się na krześle. Odmierzała
oddechy, żeby nie zdradzić faktu, że jej pierś stała się szaloną kuźnią,
jeśli oceniać to po biciu serca. Charakter pisma niewątpliwie wyglądał
jak pismo Kylara, ale Vi wychowała się w cenaryjskim półświatku Sa'kagé
i wiedziała, że nigdy nie można odrzucić możliwości fałszerstwa. Nie
była fachowcem. Dałaby się zwieść. A im ważniejszy jest dokument, tym
więcej sceptycyzmu powinno się okazać.
Siostry traktowały tę księgę, jakby była bardzo, bardzo ważna.
Wezwały Vi, odrywając ją od lekcji. Spodziewała się tego. Jej
przyjaciółka Gwaen życzyła jej szczęścia, ale jej uśmiech zdradzał
napięcie. Vi wiedziała, że prędzej czy później zostanie ukarana, ale
surowa, milcząca Siostra nie zaprowadziła jej przed jakiś trybunał,
tylko do tej przytulnej biblioteki położonej wysoko w Białej Serafinie:
pomieszczenia z paroma stołami z pobliźnionego czarnego orzecha i setkami ksiąg i zwojów. Nie zechciała odpowiedzieć na żadne z pytań Vi,
posadziła ją przy stole, na którym leżała jedna, nieszczególnie
imponująca rękopiśmienna książka, na oko oprawiona w zwykłą kozią skórę,
podniszczoną i ufarbowaną na czarno. Na okładkach wytłoczono kilka
geometrycznych wzorów, zamiast ozdobić je złotem, krawędzie też nie były
złocone ani karbowane. A mimo to leżała na pulpicie ze złotymi
podpórkami, pod oprawionym w złoto szklanym kloszem.
Wymawiając zaklęcie tak, żeby Vi nie słyszała, Siostra przesunęła
dźwignię po jednej stronie klosza. Rozległ się syk powierza i wewnątrz
zapulsowało fioletowe światło. Siostra ostrożnie uniosła klosz.
- Ta książka zostaje w bibliotece. Tak samo jak ty. Nie dotykaj jej
magią. Masz tylko czytać.
Po tych słowach Siostra wyszła.
Książka nie wyglądała na wartą takich zabezpieczeń. Przypominała księgę
rachunkową podróżującego kupca albo pamiętnik - była w sam raz takiej
wielkości, żeby mieściła się w dużej kieszeni, i wyglądała na tyle
zwyczajnie, żeby nie kusić złodziei. Vi otworzyła ją z niepokojem, ale
nie nastąpił żaden magiczny wybuch.
Nie znalazła też żadnej inskrypcji, która wyjaśniałaby, do kogo książka
należała i czym właściwie jest. Przeczytała kilka akapitów, zanim zdała
sobie sprawę, dlaczego pismo wydaje jej się znajome. A potem natychmiast
nabrała wątpliwości. Dziennik? Kylara?
Jednakże w miarę jak czytała, jej wątpliwości się rozwiewały. W tekście
bez wątpienia słyszała głos Kylara. Rozpoznawała jego sposób mówienia
równie wyraźnie, jakby widziała jego twarz. Jednak czym była ta książka?
Jak wpadła w ręce Sióstr?
Starając się naśladować bezstronne zainteresowanie swoich nauczycielek,
spojrzała na jedną z najmniej lubianych przez nią osób na świecie -
dowódczynię Zespołu do Zadań Specjalnych i Taktyki, siostrę Ayayah
Meganah.
- Co to właściwie ma być?
- Zatem potrafisz to przeczytać? - zapytała Siostra, unosząc podbródek.
Mówiła tonem, który sugerował, że Vi jest czymś obrzydliwym.
- Oczywiście, że potrafię! - warknęła Vi. - Myślisz, że nie potrafię
czytać? Sądzisz, że od powrotu spędziłam tyle godzin w bibliotece tylko
po to, żeby przekonać się, ile minie czasu, nim rozpłaszczy mi się du...
tyłek?
Tyle, jeśli idzie o zachowanie spokoju.
Zamknęła oczy. W starym życiu posłużyłaby się znacznie większą liczbą
przekleństw i co najmniej kilkoma słowami obraźliwymi, ale siostra
Ayayah nie była skłonna pochwalić jej za tę powściągliwość.
Białe zęby Ayayah ociekały protekcjonalnością jak posocznik trucizną,
gdy dowódczyni dawnego zespołu Vi powiedziała:
- Nie pytam, czy "potrafisz czytać", młodsza siostro...
Zanim trafiła do Oratorium, Viridiana nigdy nie doceniała tego, na jak
wiele sposobów można powiedzieć do kogoś "młodsza siostro". Nauczycielki
wyjaśniły jej, że to określenie ma być przyjaznym przypomnieniem dla
pełnoprawnych Sióstr, aby z wielkodusznością podchodziły do braków u mniej doświadczonych kobiet, które się tu uczyły.
W wykonaniu tej żylastej starszej kobiety od jakiegoś czasu nie było w tych słowach nawet śladu życzliwości. Nie dla Vi. Nie od czasu Zamku
Sztormów, a już w szczególności od ich powrotu do Oratorium po fiasku,
jakim były ich działania na sztormostatku. Powoli, jakby Vi była
wyjątkowo tępa, siostra Ayayah powiedziała:
- Pytałam, czy potrafisz to odczytać. Spójrz.
Miała krótko przycięte ciemne włosy i nosiła wielkie koła w uszach, ale
poruszała się z tak dostojną powolnością, że jej kolczyki nie kołysały
się ani nie podskakiwały. Równie dobrze mogłaby być wyrzeźbionym z hebanu posągiem głodnej Oyuny.
Z wdziękiem i irytacją podpłynęła do stołu Viridiany, na którym leżał
otwarty tomik.
Vi zastanawiała się, dlaczego wcześniej Ayayah stała tak daleko. Teraz
zrozumiała. Kiedy tylko się zbliżyła, słowa na stronie się poplątały.
Vi nie potrafiła nawet zorientować się, czy litery nadal układają się w prawdziwe wyrazy. Widząc jednak zaciśnięte usta siostry Ayayah,
domyśliła się, że nie.
- Co... co to jest? - zapytała cicho, zapominając o swojej urazie.
- Zakładam, że nawet ty nie jesteś tak głupia, żeby pytać, czy to jest
magiczna książka. Zatem zakładam, młodsza siostro, że pytasz: "Czym jest
ta magiczna książka, którą czytam? Dlaczego pozwala się odczytać mnie, a nie innym, lepszym ode mnie?". I w przeciwieństwie do twojego pierwszego
pytania, to jest w rzeczy samej naprawdę dobre.
Vi zamknęła usta. Słyszała bardziej obraźliwe słowa w poprzednim życiu,
ale siostra Ayayah szybko się zorientowała, że nazywanie Vi głupią
raniło ją bardziej niż inne obelgi. Siostra Ayayah uwielbiała dźgać ją w to czułe miejsce, zawsze twierdząc, że robi to dla dobra Vi - pomaga jej
dorobić się tam grubej skóry.
- Ta książka to odpadki - cedziła słowa siostra Ayayah. - To śmieci.
Pewnie w ogóle nie ma nic wspólnego z Kylarem. Z pewnością ten chłopak
nie miał dość wiedzy, żeby posłużyć się taką magią. Teraz jednak z radością mogę powiedzieć, że ta książka zniszczy twoją karierę tak, jak
prawie zniszczyła moją.
- Co?
Siostra Ayayah kontynuowała, jakby Vi w ogóle się nie odezwała:
- Ponieważ z jakiegoś powodu, mimo że jesteś przygłupia i brakuje ci
wyrafinowania, a może właśnie dlatego, ta książka daje ci się odczytać.
Na razie, na ile się orientujemy, nie pozwala na to nikomu innemu. Wobec
tego na mnie padło, żeby cię poinformować, że Rada Pokoju daje ci trzy
dni na przeczytanie całości, znalezienie wszelkich możliwych wskazówek,
a następnie przygotowanie raportu.
Vi miała wrażenie, że to powrót do dawnych, złych czasów, kiedy
zwyrodnialcowi, który był jej mistrzem, zdarzało się zaczynać trening od
tego, że przywalał jej w nos, a potem atakował brutalnie, zmuszając ją
do obrony mimo oszołomienia, oślepienia płynącymi łzami i fontanny krwi
tryskającej z nosa.
- Dlaczego zwołano naradę wojenną? - zdołała wykrztusić. - I jakie
wskazówki? Na temat czego?
- Musimy znaleźć... Wybacz, ty musisz... - Siostra Ayayah uśmiechnęła się z okrucieństwem, jakby po tym, jak sama zawiodła w tym niewdzięcznym
zadaniu, teraz odkrywała radość zrzucenia go na kogoś innego. - Ty
musisz odkryć, gdzie jest ciało Kylara.
- Na podstawie tej książki? Przecież sama powiedziałaś, że nawet nie
wiecie, co w niej jest, więc skąd wiemy, że...?
- Tak, na podstawie tej książki. Nie każ mi powtarzać. Przez to
sprawiasz wrażenie jeszcze głupszej niż zwykle.
Oddychaj. Powoli. Vi zamrugała, odwracając wzrok. Potrzebowała tylko
jednego wdechu, żeby nad sobą zapanować.
- Ale... dlaczego? Kogo to obchodzi? Kylar nie zdobył tu sobie przyjaciół.
Nie ma mowy, żeby Rada przejmowała się nim na tyle, by wysłać ekspedycję
do Alitaery tylko po to, żeby zapewnić mu godny pochówek. Z pewnością
nie po tym, jak sprawy się ułożyły.
Siostra Ayayah zacisnęła usta.
- Byłaś kiedyś zabójczynią. Czy to nie jest oczywiste? Kiedy ktoś
usłyszy, że osoba tak potężna jak Kylar Stern nie żyje, to zawsze jest
gotowy zapłacić, żeby zobaczyć ciało na własne oczy.
- Nie będzie żadnego ciała! Już ci mówiłam. Nie ma szansy, żeby dotarł
do...
- Mamy powody wierzyć, że mu się udało. Przynajmniej na krótko.
- Ale... ale, myślałam, że magia jasnowidzenia potwierdziła, że Kylar był
martwy. Jest martwy.
W przypadku Kylara między tymi ostatnimi dwoma zdaniami ziała potężna
czeluść, ale Vi miała nadzieję, że siostra Ayayah tego nie dostrzegła.
Ayayah Meganah nagle odwróciła wzrok.
- W porządku. Miał coś przy sobie, rzekomo przedmiot obdarzony potężną
magią. Mamy powody wierzyć, że przez cały czas go skrywał. Wiedziałaś o tym?
- Nie. Czyli chcecie znaleźć ten przedmiot. Nie obchodzi was tak
naprawdę ciało.
Vi spostrzegła, że to prawda, ale siostra Ayayah nie zamierzała dać jej
tej satysfakcji i przyznać racji.
- Ale przecież ciebie obchodzi, prawda? - odwarknęła. - Możesz innym
wmawiać, co zechcesz, z nadzieją, że ci uwierzą, ale widziałam, jak na
niego patrzyłaś.
Tym razem Vi przekonała się, że z łatwością jest w stanie przybrać
beznamiętny wyraz twarzy, wyrażający czystą, siostrzaną nienawiść.
- Jeśli go znajdę, będę mogła go pochować?
- Och, mała Viridiano. Widziałaś Siostry przybywające ze wszystkich
stron świata. Zwołano powszechny Synod, żeby omówić alitaerański
bałagan. Za trzy dni przegłosujemy, co teraz zrobimy. Jako twoja
przełożona będę usilnie rekomendować, żeby nie pozwolono ci wziąć
udziału w tej ani w żadnej innej misji w najbliższych latach. Zatem
twoje zadanie zaczyna się i kończy z twoim tyłkiem rozpłaszczonym na tym
krześle. Zważywszy, jak katastrofalnie zawaliłaś sprawę na pokładzie
sztormostatku, jeśli znowu nas zawiedziesz, będzie to miało konsekwencje
dla twojej pozycji w zakonie. Masz trzy dni, Viridiano - powiedziała
siostra Ayayah z nieprzyjemnym uśmieszkiem. - A dzisiejszy liczy się
jako pierwszy.
Rozdział 3
Rozdział 3
Wyścig z amnestią
Czepiam się ściany najwyższej wieży rezydencji lorda Repha'ima pod
rzędem zakratowanych okien i czekam, aż strażnik się ruszy.
Już sknociłem tę robotę. Powinienem był wycofać się, kiedy tylko słowa
"Anioł Nocy" padły z ust tamtego dzieciaka. A już na pewno, kiedy nazwał
mnie Kylarem Sternem. Nie ma dobrego powodu, żebym nie mógł zaczekać i podjąć się zadania za miesiąc, pół roku albo dwa lata.
Nie ma dobrego powodu, jeśli pominąć dekret najwyższego króla.
Czarne ka'kari pokrywa mi skórę i ukrywa moją obecność przed wszystkimi,
którzy posługują się magią. Powiedziało mi, że mogę wybrać
niewidzialność dla zwykłych oczu albo niewidzialność dla magicznego
wzroku, ale nie mogę mieć obu rzeczy naraz. Z drugiej strony jest też
możliwe, że ka'kari mnie okłamuje, żeby utrudnić mi życie.
J a i k ł a m s t w o ?
Ze względu na obecnych tu magów dokonałem wyboru. Teraz więc wciskam się
w ciemne kąty, zerkam co pewien czas na strażnika za oknem i na niebo.
Różane palce jutrzenki drapią już horyzont po grzbiecie.
Gdybym powiedział, że jestem tu, żeby zabić kogoś dla mojego przyjaciela
najwyższego króla, to wyobrażalibyście sobie, że wiecie, co mam na
myśli. Jednak to jest bardziej skomplikowane. Trudniejsze. Mam nadzieję
zabić kogoś bez rozkazu, może nawet wbrew rozkazom, ale nadal zachować
przyjaźń króla.
Jeśli zostawię w tym budynku tylko jednego martwego potwora, Logan może
mi wybaczy. Jeżeli zamorduję tuzin mężczyzn, bez względu na to, jak
bardzo na to zasługują, Logan mnie skreśli. Pewnie wyśle własnych ludzi,
żeby mnie aresztowali, a potem każe mnie stracić.
Czy rozkazałby zabić swojego najlepszego przyjaciela?
Powiedzmy tylko, że mam dobre powody, żeby uznać, że owszem.
Nadal mogę przerwać tę robotę. Pod pewnymi względami dysponuję
nieograniczonym czasem.
Potworni ludzie zawsze mają mnóstwo wrogów i nikt nie może wiecznie żyć
w stanie najwyższej czujności. Truposze stają się niecierpliwi. Przez
jakiś czas się ukrywają, ale w końcu zaczynają się nudzić i uznają, że
niebezpieczeństwo minęło, więc wychodzą.
I wtedy właśnie mój mistrz ich zabija. To jest mądre podejście. Tak
właśnie powinienem postąpić.
Tyle że jeśli zdołam dokończyć robotę tej nocy, to najwyższy król wciąż
może mi to wybaczyć. Jeżeli załatwię to dziś w nocy, to nadal będzie
można uwierzyć, że nie słyszałem o wielkiej amnestii. Wyprzedziłem
posłańców, żeby dotrzeć tu przed nimi. Niestety heroldowie obwieszczą
amnestię z samego rana.
Jednakże tak naprawdę nie z tego powodu tu jestem i obaj dobrze to
wiemy, prawda, hrabio Drake?
Prawda jest taka, że nie potrafię sobie odpuścić. Za późno już, żeby
uratować moje przybrane siostry. Nie jest jednak za późno, żeby się
zemścić.
Chciałem powiedzieć: wymierzyć sprawiedliwość.
Pocieram oczy ręką. Nie spałem dobrze od miesięcy, od ostatniej bitwy
pod Czarnym Wzgórzem, a przez ostatnią noc czy dwie w ogóle nie
zmrużyłem oka. Niedobrze. Mój Talent nie zdoła skompensować osłabionego
refleksu ani przytępionego osądu.
Wreszcie strażnik odchodzi. Patrzę na pręty w oknie. Ka'kari potrafi
pożreć małe kawałeczki stali i przeciąć w ten sposób pręty, ale już jest
przepełnione mocą. To tak, jakby spróbować napełnić lampę olejową z pełnym zbiorniczkiem: olej tylko wyleje się z lampy, a to nie jest
rozsądne, kiedy masz do czynienia z ogniem. Na tej samej zasadzie
przecięcie krat za pomocą ka'kari byłoby w tej chwili jak zapalenie racy
widocznej zarówno w zwykłym, jak i magicznym spektrum.
Zerkam w dół na dziedziniec. Mag - ten pomocnie nosi niebieskie szaty -
patroluje teren. Mogę posłużyć się magią wewnątrz ciała, na przykład
wzmocnić mięśnie do skoku, i nie zostanę zauważony, ale jeśli posłużę
się nią na zewnątrz, to równie dobrze mógłbym pomachać pochodnią w ciemności. Może mag niczego nie zauważy, jeśli będę dostatecznie szybki.
Jeśli wybiorę chwilę, kiedy się odwróci...
Nie, nie warto tak ryzykować. Ktoś inny może mnie spostrzec.
Podciągam się, żeby zerknąć przez okno. Strażnik nadal się oddala, idzie
do przeciwległego okna i stojącego tam mężczyzny. Jeśli tamten odwróci
się, żeby przywitać podchodzącego, kiedy będę wchodził przez okno,
będzie po mnie.
Jest zwyczajnie zbyt wiele par oczu, które mogą skierować się na mnie, i zbyt wiele sposobów, w jakie mogę się ujawnić, jeśli będę miał zwykłego
pecha.
Trzeba zaryzykować. No to jazda.
Czuję mrowienie ka'kari na opuszkach palców, kiedy wchłania pot i łój,
żeby mój chwyt był pewniejszy. Jak już wspomniałem, potrafi być bardzo
pomocne, kiedy tylko zechce.
Zdobione kroksztyny podpierają wystający poza lico wieży płaski dach
nade mną. Żadnej magii, na dodatek okna i przewieszka oznaczają, że moją
największą szansą jest szybka seria dynamicznych ruchów. Znowu jestem
wdzięczny za lata spędzone bez Talentu. Starając się nadążyć za moim
mistrzem, musiałem dobrze nauczyć się wspinać.
Jednakże w tamtych latach wiele razy spadłem, żeby zawisnąć na końcu
liny, a nigdy nie próbowałem czegoś równie głupiego jak teraz. I tym
razem nie mam żadnej liny, która by mnie uratowała.
Wyobrażam sobie właściwe ruchy: szybki bieg po murze, skok z półobrotem,
złapanie się gargulca pod przewieszką, obrót wokół niego, żeby saltem do
tyłu wskoczyć na dach.
Żaden problem, nie? Dam radę.
Umrę.
Zerkam do środka i widzę, że jeden ze strażników wskazuje kciukiem moje
okno. Drugi zerka w tym kierunku i kiwa głową. Któryś z nich lada chwila
tu podejdzie.
Teraz!
Wzmocniony Talentem podciągam się na parapet i przesuwam rękami po
prętach w oknie, jakby to była drabina. Za nimi ruszają moje stopy,
wspinając się szybko. Odwracam głowę od ściany i skaczę w pustkę.
Moje ciało obraca się w tej krótkiej chwili, gdy nie ma żadnego oparcia
i jest otoczone tylko przez powietrze. A potem dłońmi trafiam na
wybałuszone kamienne okrągłe ślepia gargulca wyrzeźbionego na
kroksztynie nade mną. Obracam się wokół niego tak, jak akrobata
obróciłby ciało wokół słupa, żeby pęd cisnął mną w stronę budynku.
Kiedy jednak się podciągam, jedno z kamiennych oczu odpada i zostaje mi
w dłoni, psując moją trajektorię.
Moje ciało leci w górę, ale nie dość wysoko i nie dość daleko w głąb
dachu.
Kiedy kończę salto, uderzam w kamień kolanami zamiast stopami i ląduję
ledwie na krawędzi dachu. Zbyt szybko tracę pęd, a moje ciało osiąga ten
przyprawiający o mdłości moment w apogeum skoku, kiedy przestaje się
wznosić.
Mój środek ciężkości nadal znajduje się poza krawędzią dachu.
Wyciągam ręce do tyłu, żeby złapać się blanek po obu stronach przerwy,
ale są za bardzo od siebie oddalone. Nie ma szansy, żebym nie spadł.
Wtedy jednak rozkładam szeroko nogi, robię szpagat i zahaczam jedną nogą
o blankę, dzięki czemu zdecydowaną większość mojego ciężaru utrzymują
teraz moje pachwiny.
A potem, ponieważ nie mam się czego złapać, zsuwam się.
Powstrzymuję upadek tylko dzięki temu, że łapię się brzegu dachu jedną
ręką, a wyciągniętą stopą zapieram o otwarty pysk gargulca, który ledwie
wystaje spod przewieszki.
Przez kilka chwil ledwie mogę się ruszyć, z trudem nawet oddycham. Jest
coś mistycznego w bólu w kroczu. Można jednak nauczyć się go znosić i zrobić to, co konieczne.
Chcecie zgadnąć, jak mój mistrz nauczył mnie ignorować tego typu ból?
Śmiało, zgadujcie, ponieważ ja nie zamierzam o tym mówić.
Dzięki Talentowi trzymanie się zimnej, ziarnistej ściany, dysponując
jednym słabym chwytem i jednym wątłym podparciem, jest możliwe, chociaż
niełatwe. Zapieram się, a następnie podskakuję na jednej stopie, żeby
drugą rękę przerzucić przez krawędź dachu. Potem to już kwestia
podciągnięcia się, o ile brzeg wieży wytrzyma.
Wytrzymuje. Klapię ciężko na dach i turlam się z dala od brzegu.
Nareszcie bezpieczny. Obracam się na bok i zwijam w pozycji płodowej jak
przystało na dorosłego mężczyznę.
C o z a s z c z ę ś c i e !
- Szczęście? - udaje mi się wychrypieć.
~ Oko gargulca, które oderwałeś, spadło w krzaki, a strażnik akurat
znajdował się dostatecznie daleko, żeby tego nie usłyszeć. ~
Mogę tylko jęknąć.
Ale ze mnie szczęściarz.
Ledwie wstałem i otrzepałem ręce i tunikę, usłyszałem dobiegający z dołu
krzyk:
- Stern! Kylarze Stern, wiem, że tu jesteś!
Świadom tego, że bełt kuszy albo magiczny wybuch mogą tylko czekać,
żebym wystawił głowę na widok, zbliżam się do krawędzi ostrożnie, ale
wołający mężczyzna nie zaplanował zasadzki. Stoi na krytym patio niemal
dokładnie pode mną. To może być tylko sam lord Repha'im. Musi stać
wciśnięty między ochroniarzy, którzy nie są zadowoleni z faktu, że
wyszedł na zewnątrz, nie wspominając już o magach, bo widzę małe kule
różnobarwnego światła wylatujące z patio, znikające w cieniach, polujące
na mnie.
Zaraz powie, żebym wyszedł i walczył z nim jak mężczyzna.
- Stern! - krzyczy znowu. Przycichł nieco, ale nadal słyszę go bez
wysiłku. Jego głos należy do tych, które niosą się daleko. - Myślisz, że
wiesz, jak to się skończy. Mylisz się.
Jarzące się kule zataczają ostatnie kółko i znikają. Słyszę, jak drzwi
zamykają się z hukiem przy wtórze głośnego zgrzytu zwykłych i magicznych
sztab wsuwanych na swoje miejsce.
Mylę się, co? - myślę sobie, przelewając czarne ka'kari do dłoni.
Chyba się wkrótce przekonamy.
Wstaję i kiedy cała wieża bezpiecznie zasłania magię ka'kari przed
oczami ludzi na dole, zwyczajnie przecinam zamek w drzwiach.
Daję sobie chwilę na zebranie sił przed okropnością tego, co mnie czeka.
Odpowiedzialność spoczywa tylko na mnie. Moja wina jest niezmierzona,
nieunikniona, niewysłowiona, ale nie spoczywa tylko i wyłącznie na mnie.
Ty i twoja rodzina przyjęliście mnie do swojego domu jak syna, hrabio
Drake. To moja wina, że moja siostra nie żyje. Jednak to nie ja
zepchnąłem ją z balkonu. Nie ja sprofanowałem jej ciało. Sam nie zapłacę
za to, co się stało, ale tej nocy dopilnuję, żeby zapłacił ktoś inny.
Owijam wyciszającymi falami powietrza zawiasy, żeby nie zaskrzypiały, i zakradam się do środka, żeby zabić.
Rozdział 4
Rozdział 4
Dogodny potwór
Wydaje się, że to marnowanie wysiłku: wspiąć się na sam szczyt
najwyższej wieży w posiadłości tylko po to, żeby potem zejść aż do
dobrze chronionej piwnicy, prawda? Zwłaszcza że w tej wieży jest mnóstwo
przewężeń, które z łatwością utrzymałby jeden zdyscyplinowany strażnik,
już nie wspominając o magu.
W tej wieży lord Repha'im rozstawił straże co kilka poziomów. Rozmieścił
takie drużyny na każdej możliwej trasie prowadzącej do jego sanktuarium.
W co najmniej pięciu z tych drużyn strażnikowi towarzyszy mag.
To mnóstwo magów jak na nowego lorda znikąd. A wszyscy oni, zarówno
strażnicy, jak i magowie, są teraz w najwyższym stanie gotowości.
Zupełnie jakby ten człowiek, poza tym, że jest bogaty, był na dodatek
bystry i ostrożny. Jakby nie chciał umrzeć.
Nic nie szkodzi. Obrona lorda Repha'ima nie będzie stanowiła problemu.
Uczyłem się na siepacza. A to oznacza, że jestem superzabójcą, który
potrafi chodzić po ścianach, zabija, kogo zechce, i znika, zanim zwłoki
uderzą o ziemię, prawda?
Ach, racja. Wynajmowałeś siepaczy, zanim mnie przygarnąłeś, prawda,
hrabio Drake? Zanim się zmieniłeś.
Dwoje drzwi prowadzi z wąskiej centralnej klatki schodowej do
apartamentów na najwyższym poziomie wieży: wejście dla służby i elegantsze drzwi dla lorda lub jego gości. Waham się w ciemności,
zastanawiając się, jak dźwięk będzie się niósł w dół kręconych schodów.
Niewiele wiem na temat lorda Repha'ima, ale wiem mnóstwo na temat
Cenarii. Dorastałem w slumsach, a tutejsze dwory są równie bezwzględne i niewiele czystsze. Nikt nie przybywa do Cenarii, jeśli nie chce się
pobrudzić. A już na pewno nikt tu nie przybywa i nie wzbogaca się
szybko, o ile nie jest bardzo dobry w byciu bardzo złym.
Możecie więc nazwać mnie cynikiem, ale idę o zakład, że lord Repha'im
nie ma czystego sumienia.
Oczywiście tak naprawdę to on w ogóle nie ma sumienia, ale wiecie, co
mam na myśli.
Na poziomie poniżej mnie urządzono swego rodzaju salon podzielony na
dwie części wysokimi regałami na książki, z wielkimi oknami z widokiem
na miasto po obu stronach. Już wcześniej podczas wspinaczki odnotowałem,
że stacjonują tam strażnik z magiem, ale nie zauważyłem, że spiralne
schody kończą się tam i zaczynają po drugiej stronie pokoju.
To naprawdę świadczy o wręcz denerwującym poziomie paranoi. Jeśli twoi
wrogowie zajęli cały zamek z wyjątkiem najwyższej wieży, to i tak już
przegrałeś. Jednak pomijając niewygodę tego rozwiązania dla mnie,
oznacza ono zapewne, że mam rację.
Nie zabiłem dzieciaka zaraz po tym, jak wskazał mi drogę wejścia do
posiadłości, nie dlatego, że jestem miłym człowiekiem, ale ponieważ
jestem cynikiem. Nie miałem czasu, by dostatecznie dobrze przygotować
się przed tą robotą, więc założyłem kilka rzeczy z góry: zbrukany
arystokrata, nieczyste sumienie, strach, ostrożność, egotysta.
Dodałem to wszystko i uznałem, że taki arystokrata zafundował sobie
bezpieczny pokój niemal nie do sforsowania.
Widzicie jednak, to nie jest problem. To jest rozwiązanie.
Zabójca włamuje się do silnie ufortyfikowanej posiadłości - i co wtedy?
Wszyscy gromadzą się wokół szefa, bo wszyscy zakładają, że zabójca
przyszedł zabić szefa.
I w tym wypadku wszyscy się mylą.
Alarm skierował prawie wszystkich strażników na swoje miejsca, z których
mogą chronić człowieka, który w ogóle mnie nie interesuje.
Lord Repha'im pewnie zasługuje na śmierć. Nie wiem. Nie przyszedłem tu
po niego. Zjawiłem się, żeby zabić jednego z jego gości. Tego, który -
jak uważam - znajduje się w tym pokoju.
Jeśli Repha'im jest dobrym człowiekiem, to pewnie zabrał swoich gości
razem ze sobą do zabezpieczonego pokoju. Jeśli jest złym, to zostawił
ich na pastwę losu. Może dał im jednego, dwóch strażników. Takich jak ta
dwójka w salonie.
To jest niepewny element w tej układance, bo nie znam Repha'ima. Mój
mistrz nigdy nie zaryzykowałby w podobny sposób. Jednak ja? W tej
chwili? Muszę.
Fakt, że nadal są tu strażnicy, podpowiada mi, że pewnie mam rację. To,
że ich nie odwołano, sugeruje, że coś cennego kryje się w apartamentach
na górze. Coś - albo ktoś, mam nadzieję.
Włamanie do apartamentu może wiązać się z hałasem. To, co zrobię potem w środku, niewątpliwie będzie głośne, więc najpierw muszę zająć się tą
dwójką.
Nie zabiję ich. Żadnych rzezi przez wzgląd na Logana. Ręka mi się
trzęsie. Mrugam pod wpływem tego nagłego przypomnienia o swoim
wyczerpaniu.
Słyszę, jak mężczyźni rozmawiają, ale nie rozumiem żadnych słów. To
znaczy, że zaraz zamienią się posterunkami, chociaż straciłem poczucie
czasu i nie wiem, ile go minęło, odkąd wspinałem się obok okna. Mój
mistrz Durzo wiedziałby dokładnie, kogo teraz zobaczy. Wiedziałby także,
w jaki sposób strażnicy powinni podnieść alarm - czy to będzie coś tak
zwyczajnego jak gwizdek, czy coś równie skomplikowanego jak magiczna
flara, jaką można uruchomić na tuzin różnych sposobów, z których parę
jest bardzo trudno powstrzymać.
Ta robota coraz bardziej wygląda na potworną pomyłkę.
Nawet teraz mogę się jeszcze wycofać.
Jednakże tu jest Trudana Jadwin. Jej zdrada nie porusza mnie tak bardzo
jak fakt, że pomagała tym, którzy zamordowali moją przybraną siostrę
Magdalyn, i wykorzystała jej ciało do czegoś, co nazywa "sztuką" -
zamieniła je w posąg z nieulegających rozkładowi zwłok, który wygląda
jak żywy, i wystawiła go na widok publiczny ku makabrycznej uciesze
innych.
Jeśli się wycofam, duchessie ujdzie to na sucho. Jej zbrodnie zostaną
wybaczone w ramach ogłoszonej po wojnie przez najwyższego króla Logana
amnestii. Ukrywała się od ostatniej bitwy, ale po dzisiejszym dniu
będzie mogła wyjść z tej wieży i powrócić na łono społeczeństwa. I to
bynajmniej nie na jego dno - od razu wskoczy w rejony blisko samego
szczytu.
Nie pozwolę na to. Rozumiesz to, hrabio Drake, prawda? Myśl o tym, że
wybierzesz się na dwór i zobaczysz ją, jak się śmieje i pije wino z przyjaciółmi? Ona należy do tych ludzi, którzy będą szukali spotkania z tobą; będzie się chełpić, wiedząc, że przysięgałeś nie stosować
przemocy.
Rozumiem, dlaczego porzuciłeś przemoc, ale świat potrzebuje ludzi
gotowych na noc wilkołaka, którzy będą brodzić we krwi, żeby powstrzymać
zło. Ludzi takich jak ja.
Zdejmuję pas z bronią i plecak, chowam je na schodach. Otwieram dwie
puszki. Najpierw nakładam ochronną warstwę tłuszczu na palce, a potem
nabieram dwie dawki trucizny pozbawiającej przytomności. Każę ka'kari
wsiąknąć w moją skórę i zostaję nagi.
Waham się chwilę w cieniach na schodach. Zeszłej nocy wydawało mi się,
że to całkiem dobry pomysł.
Widzę, że mężczyzna po mojej stronie salonu to mag, więc wzywam ka'kari,
żeby na wszelki wypadek ukryło mój Talent przed jego wzrokiem.
- Pssst - syczę.
Mężczyzna stoi przy oknach i patrzy na świt nadciągający nad miasto.
Jest znacznie większy, niż mi się wydawało. Będę musiał poświęcić na
niego obie dawki.
Jakim cudem przegapiłem coś takiego?!
- Pssst! - odzywam się głośniej. Garbię się i krzyżuję ręce, żeby zakryć
swoją nagość. Wszystko we mnie świadczy o bezbronności.
Odwraca się.
- Co jest, u...?
Macham na niego jedną ręką, zawstydzony.
- Dannil? - odzywa się, ale niezbyt głośno. To musi być imię drugiego
strażnika.
Kręcę głową, jakby zakłopotany swoją nagością, błagalnie.
Podchodzi do mnie.
- Co tu robisz? - pyta niezbyt cicho.
- Ciszej, proszę - mówię. - Stracę pracę, jeśli mój mistrz się dowie.
Próbowałem wydostać się stąd, odkąd podniesiono alarm.
- Co tu robisz? - powtarza, mrużąc oczy. Trzyma delikatną szklaną bańkę
w prawej ręce, naciskając ją wielkim kciukiem.
- Byłem w nocy... z... no wiesz... - Kiwam głową w stronę schodów. Trudana
Jadwin słynie z kolosalnego apetytu seksualnego i z tego, że najchętniej
wybiera sobie mężczyzn o połowę od niej młodszych, czyli takich w moim
wieku. - Kiedy rozległ się alarm, wykopała mnie ze swoich komnat! Nie
chce mnie wpuścić z powrotem. A tam jest moje ubranie!
Mężczyzna parska. Widzę, że uchodzi z niego całe napięcie. Ledwie
powstrzymuje śmiech.
- Błagam! - szepczę. Mag nosi rękawiczki. Ma bardzo niewiele odsłoniętej
skóry, którą mógłbym potraktować trucizną kontaktową. - Musisz mi pomóc.
Masz pojęcie, jak poniżające rzeczy kazała mi robić minionej nocy? Co mi
zrobiła? Spędzę resztę tygodnia w wannie, próbując zmyć z siebie... fuj! A jeśli jeszcze na dodatek stracę pracę? Błagam, panie.
Padam przed nim na kolana i wyciągam ręce, żeby ująć jego dłoń.
Rozsmarowuję truciznę kontaktową na zewnętrznej i wewnętrznej stronie
jego nadgarstka, a potem błagalnie ściskam mu rękę obiema dłońmi, żeby
nie wyczuł niczego podejrzanego.
To stara sztuczka kieszonkowców. Łatwo wyczuć jedno dotknięcie, ale
przelotny, krótki dotyk może umknąć zmysłom, jeśli zagłuszy go
mocniejszy, bardziej zdecydowany dotyk tuż przed lub zaraz po.
- Dannil! - woła głośniej, rozbawiony. - Chodź to zobaczyć!
- Och, daj spokój - jęczę, nadal klęcząc. - Naprawdę?
Zabiera rękę z niesmakiem i chowa szklane urządzenie alarmowe.
- Powinieneś wiedzieć, że nie należy zadawać się z lepszymi od siebie,
chłopcze.
A potem mruga.
- Co jest? - pyta strażnik po drugiej stronie.
Wielki mag znowu mruga i się zatacza.
Staję za nim i uderzam go pięściami pod kolana.
Pada w moje wyciągnięte ramiona, a ja go przyduszam, żeby na pewno
pozostał cicho. Wiotczeje, więc natychmiast go wypuszczam. Nie mogę zbyt
długo odcinać dopływu krwi do głowy, bo to może skończyć się śmiercią, a poza tym chcę, żeby trucizna dotarła do mózgu.
Robię salto nad niskim regałem, kiedy wychodzi zza niego strażnik.
Wyobrażam sobie, że ostatnie, czego się spodziewał, to nagi mężczyzna,
który skacze w powietrze. Roztrącam mu ręce szeroko na boki, prawą
dłonią trafiam go w ramię, lewą tuż pod prawą pachę, nie tam, gdzie
planowałem. Udaje mi się jednak ściągnąć jego głowę w dół, a ponieważ
spadam na niego całym ciężarem, obaj padamy na podłogę. Uderzam w nią
ręką, żeby amortyzować upadek, a on ląduje nade mną na czworakach. Udaje
mu się wstać, gdy oplatam go nogami; ma nadzieję, że mnie uniesie i ciśnie mną o podłogę. Ja jednak blokuję mu piętę, kiedy próbuje złapać
równowagę, dźwigając ciężar nas obu.
Potyka się, upada na tyłek, a ja zaciskam nogi wokół jego głowy. I to
wszystko.
Od chwili, kiedy mnie zobaczył, zaczął walczyć i padł nieprzytomny,
minęło mniej czasu, niż potrzeba na policzenie do dziesięciu. Nawet nie
przyszło mu do głowy, żeby posłużyć się swoją najgroźniejszą bronią:
głosem.
Wypuszczam go szybko. Zbyt łatwo można zabić człowieka niechcący.
Zabieram mu broń i znajduję w jego kieszeni włącznik magicznego alarmu,
a potem przywołuję ka'kari na skórę, żeby znowu odziało mnie jako Anioła
Nocy. Nie sposób powiedzieć, jak długo przyduszony człowiek pozostanie
nieprzytomny.
W tym przypadku zdecydowanie nie dość długo. Zamiast zamrugać powiekami,
dając znać, że przytomnieje, otwiera oczy gwałtownie i całkowicie.
Nie taki był plan. Nie chcę tego, ale coś - może bliskość naszych
twarzy, może strach w jego oczach - w każdym razie coś uruchamia moje
moce. Anioł Nocy - czymkolwiek, u diabła, jest, czymkolwiek, u diabła,
ja teraz jestem - może czasem spostrzec zbrodnie człowieka w jego oczach
jak nieusuwalną plamę bezpośrednio na jego duszy. Nikt inny jej nie
zobaczy. Ja nie mogę jej nie zauważyć.
Szybko odwracam wzrok. Wcale nie miałem takiego zamiaru, ale pokonuję
dzielącą nas przestrzeń, przyszpilam go kolanem, obracam mu głowę jedną
ręką, drugą wyciągam ostrze i jestem gotowy do zadania ostatecznego
ciosu. Zaciskam szczęki, szczerzę zęby, maska Anioła Nocy osłania moją
twarz, dym wylewa mi się z oczu jak niebieskie płomienie potępienia.
Przesuwam wzrok i oglądam jego liberię. Jakimś cudem wcześniej to
przegapiłem.
Nie nosi herbu Repha'ima. Obaj mężczyźni noszą barwy Jadwin. Ten brał
udział w porwaniu Mags i... nie wiem, w czym jeszcze. Odwróciłem wzrok,
kiedy tylko zobaczyłem, jak ją pobił.
Nie mogę go zabić.
Nie mogę!
- Magdalyn Drake - warczę do mężczyzny pod sobą.
Moja maska Anioła Nocy jest zrobiona z ka'kari, tak samo jak reszta
mojego stroju, jednak zamiast przywierać ciasno do rysów twarzy,
przedstawia złowieszczo puste oblicze sprawiedliwości. Usta to ledwie
sugestia grymasu, oczy są zasłonięte, czasem wypełniają się iluzorycznym
niebieskim blaskiem dla ciekawskich, ale teraz za sprawą odruchu
zapalają się czerwonym ogniem, ułudny dym bucha z piekielnych płomieni
czekających na potępieńców.
- Nigdy jej nawet nie tknąłem!
To jest kłamstwo, ale ledwie to powie, widzę, że on nawet nie zdaje
sobie z tego sprawy. Zapomniał, że ją pobił?
Moje moce czasem mi to robią - przedstawiają pozornie sprzeczne
informacje. Pewnie mówiąc "nigdy jej nie tknąłem", ma na myśli to, że
jej nie zgwałcił. Jednocześnie widziałem w jego oczach, jak złapał ją za
pierś i ją wykręcił, jak śmiał się z jej bólu i przerażenia, gdy
krzyknęła w obawie, co zrobi potem. Ale jej nie zgwałcił. Nie miał w sobie takiego głodu...
Nie mogę tego robić. Nie mogę go osądzać. Nie tu. Nie teraz. Nie mogę
ryzykować, że zacznę grzebać zbyt głęboko. Wiem, że jeśli zobaczę
pewnego rodzaju winę, to zabiję go wbrew wszystkiemu, zapominając o konsekwencjach.
- Co jest, u diabła, z twoimi oczami? - pyta, wiercąc się pode mną.
Podnoszę wzrok i patrzę mu w oczy.
Ten człowiek uwielbia zastraszać, uwielbia krzywdzić. Jedyna muzyka,
jaka go porusza, to perkusja ciosów wymierzonych w ciało, narastające
okrzyki bólu; odwrócony wzrok upokorzonych porusza go tak jak wstydliwe
przekomarzanie się, a łzy są lepsze od...
Zmuszam się, żeby patrzeć na jego gardło zamiast w oczy. Drżę, napinam
ciało, kiedy chęć uprzątnięcia tego... śmiecia narasta.
W ogóle się mnie nie boi, ale byłoby błędem uznać go za odważnego.
Widuję strach w swoim fachu, dobrze go znam. Tak jak wszystko inne, tak
i strach może się zepsuć i wypaczyć na tym świecie. Niektórzy ludzie nie
rozumieją strachu, nie czują go. Można by uznać, że to dar. Nieprawda.
We właściwym miejscu właśnie strach jest darem. Strach to dowód
istnienia duszy, świadczy o tym, że człowiek coś ceni. Taki człowiek jak
ten będzie ci kłamał prosto w oczy, nie dlatego, że jest cwany, tylko
dlatego, że się nie boi, że przyłapiesz go na kłamstwie. Albo nie
rozumie konsekwencji, albo nie potrafi się nimi przejąć.
Teraz, kiedy już wiem, z czym mam do czynienia, staję się zimny.
- Potrafisz pisać? - pytam, rozcinając mu rękaw od nadgarstka po ramię
cienką, ostrą klingą.
- Czy co potrafię? - pyta zdumiony, kiedy odcinam mu rękaw.
- Pisać. Litery, człowieku. Znasz litery?
- Skądże, nie umiem pisać. Wyglądam na takiego gładkiego wypierdka, co
niucha książki jak ty?
- Świetnie - mówię. - Więc ujdziesz z życiem.
Zwijam rękaw.
- Gdzie ujdę?
- Nie zdołasz im powiedzieć nic więcej na mój temat, niż już wiedzą.
- Że co?
Chowam mój delikatny nóż i zabieram broń strażnikowi: szerokie, ciężkie
ostrze.
- Nie masz jaj, żeby mnie zabić - mówi. - Bo już byś to zrobił. Myślisz,
że tak mnie nastraszysz, że nic nie powiem?
Kręcę głową i znowu odwracam wzrok. Może uzna, że tracę odwagę.
- Co mnie powstrzyma przed powiedzeniem im wszystkiego, hm? - dopytuje
się.
- Nie to.
Z gwałtownością, jakiej się nie spodziewa, łapię go za rękę, prostuję ją
i jego własnym ciężkim ostrzem odcinam mu dłoń.
Zanim krzyknie, ja już trzymam zwinięty rękaw, żeby go nim zakneblować i stłumić okrzyk, a potem wrzask, który mu się wyrywa, kiedy ka'kari
płonie czerwienią i przypala kikut, żeby gość się nie wykrwawił. Cuchnie
jak... Cóż, nie potrzebujecie takich szczegółów, żeby wam się obijały
później po głowie.
- Byłeś człowiekiem, który żeruje na słabych, więc skazuję cię na
słabość - mówię. - Przetrwasz tylko dzięki współczuciu innych albo w ogóle nie przeżyjesz. Jednakże ludzie współczujący to ludzie narażeni na
zranienie, a nie wypuszczę cię jak wilka między owce. Dlatego odbiorę ci
zdolność krzywdzenia innych.
***
W porządku, wróciłem tu później. Zdałem sobie sprawę, że zanim pójdę
dalej, powinniśmy pewnie porozmawiać o naszej umowie.
Tak, o twojej i mojej, słuchaczu, czytelniku, czy kim tam jesteś.
Okazuje się, że to nie będzie prywatna opowieść tylko dla uszu hrabiego
Drake'a, tak jak początkowo planowałem, więc musisz zrozumieć kilka
rzeczy.
Przy paru okazjach, kiedy zaproponowałem, że opowiem część mojej
historii, ludzie zawsze mówili, że chcą poznać całość.
Nie, wcale tego nie chcą. Nie tak naprawdę. I ty także tego nie
chcesz.
Ej, ja to rozumiem: słuchasz płatnego zabójcy, jak opowiada swoją
historię, więc spodziewasz się historii płatnego zabójcy, nie? Może
zaczynasz od pytania, które uwielbia każdy, kto kiedykolwiek zabił:
"Jakie to uczucie, zabić człowieka?".
Jakby zabijanie zawsze wywoływało takie samo uczucie. Jakby zabijanie
człowieka zawsze wywoływało jakieś uczucia.
Rozumiem jednak, może naprawdę wierzysz, że jesteś inny, że to
przełkniesz, że naprawdę możesz usłyszeć wszystko.
Cóż, nie ufam ci. Zechcesz usłyszeć kilka dodatkowych krwawych
szczegółów, kiedy moi truposze będą wyjątkowo źli. Jednak kiedy przy
okazji zabiję jakiegoś nieszczęśnika próbującego zarobić na kawałek
mięsa dla dzieci raz w tygodniu, służąc dobremu człowiekowi, który służy
dobremu człowiekowi, który służy złemu człowiekowi, którego mam zabić,
to będziesz życzyć sobie dla niego szybkiej, łatwej śmierci. Zgadza
się?
Tak jakby świat działał w taki sposób.
Jeśli chcesz się dobrze poczuć z tym, co robię, to schrzaniaj stąd.
Jeśli jesteś tu po to, żeby rozkoszować się morderstwami z drugiej ręki,
to wynoś się i idź porządnie przyjrzeć się swojemu odbiciu w lustrze,
przyjacielu.
Jeżeli jednak naprawdę ciekawi cię to, co robię? To rozumiem. Sam swego
czasu odczuwałem tę ciekawość. Byłem jednak smarkaczem. Nie miałem dość
rozumu.
To powiedziawszy... Jeśli masz w miarę mocny żołądek, możesz mi zaufać.
Powiem ci wszystko, co musisz wiedzieć, żeby zrozumieć, jak wylądowałem
na tej krawędzi przepaści o krok od... od tego, co zamierzam zrobić.
Ale wszystko, co wykracza poza szczegóły konieczne dla odmalowania
klarownego obrazu? To ja zadecyduję, ile musisz usłyszeć na temat
okropności. Jeśli to ci się nie podoba, mój panie, moja pani, czy kim, u diabła, jesteś, możesz przestać słuchać w tej chwili. Albo przestań
czytać, jeśli moje słowa trafią kiedyś na stronice książki. Uwierz mi,
powiem ci dostatecznie dużo, żeby nasycić twoją ciekawość i nieco
więcej, a kiedy zrobi się zbyt brutalnie - a zrobi się - to powiem ci,
kiedy odwrócić wzrok.
Dość tych przerywników. Wracajmy do Dannila i niezbędnej jatki.
***
Reszta tego nie-mordu nie jest godna uwagi. Dość powiedzieć, że
mężczyzna szybko traci przytomność.
Teraz patrzę przez chwilę na ścinki, które rozrzuciłem po sali jak
nastolatek rozrzucający ubrania po swojej sypialni.
To nie w porządku zostawiać tu taką jatkę, więc zbieram jego oczy, ręce
i przednią część każdej stopy (uznałem, że powinien móc stać, ale nie
biegać albo kopać). Jednak za nic na świecie nie mogę znaleźć języka.
Gdzie, u diabła, podziewa się ten przeklęty ozór?
Poddaję się. Jego przyjaciel mag nie pozostanie wiecznie nieprzytomny, a jeśli obudzi się, kiedy tu będę, to przysporzy mi znacznie więcej
trudności. Postanawiam zająć się moim głównym celem.
Mój wzrok pada na stosik części ciała. Zamierzałem wszystkie
skrupulatnie poskładać, jak stolarz, który zamiata trociny, albo kucharz
sprzątający kuchnię po pracy.
Niestety schludny stos sprawia inne wrażenie. Przypaliłem rany, ale nie
końce odciętych części. Mam tu więc stos zakrwawionych strzępów.
Naprawdę nie chcę, żeby zabrzmiało to makabrycznie, ale co można zrobić
z gałkami ocznymi?
Skierować je w przeciwne strony, żeby wyglądały jak rozbieżny zez? To
niestosowne. Ku sobie, żeby wyglądały na zez zbieżny? Jeszcze gorzej.
Obie mają patrzeć w lewo, ku jego nieprzytomnemu ciału, jakby spoglądał
sam na siebie? Czy w drugą stronę, jakby zawstydzony nie chciał na
siebie patrzeć? "O rety, zapodziałem gdzieś oczy! Jakie to żenujące!".
Robię, co mogę, a potem przykrywam wszystko jego chusteczką.
Smaruję Dannila resztką trucizny usypiającej i wychodzę.
Ach, do diabła. Nie powinienem był wymieniać jego imienia. Nie
potrzebujecie go pamiętać. Nie pojawi się więcej, w każdym razie do tej
pory się nie pojawił, a ja nie wyobrażam sobie kaleki, jak kica na
szczyt tej góry. Jednak wymieniając jego imię, sprawiłem, że ten łajdak
stał się dla was osobą, prawda?
Nie współczujcie mu. Nie powiedziałem wam nawet połowy tego, co
widziałem w jego oczach.
W każdym razie następnym razem pominę nieistotne szczegóły. Odpuśćcie mi
trochę, jestem nowy w tym opowiadaniu wszystkiego na bieżąco. W końcu
nabiorę wprawy.
Prawdopodobnie.
Podchodzę do eleganckich drzwi i pukam.
- Lady Jadwin?! - wołam jak prawdziwy dżentelmen, który przyszedł z wizytą.
- Kto tam? - odpowiada kobieta. Mimo grubego drewna tłumiącego dźwięk
słyszę drżenie w jej nosowym głosie.
- Kylar Stern. Przyszedłem cię zabić. To zajmie tylko chwilkę.
Rozdział 5
Rozdział 5
Śmierć i artystka
Wystarczy poobserwować uważnie, a ludzie na każdym kroku zaczną was
zaskakiwać tym, jacy są głupi. Niestety Trudana Jadwin nie otworzyła mi
drzwi.
Wzdycham i otwieram je kluczem zabranym strażnikowi. Arystokraci często
są tak oderwani od życia, że ich zdaniem fakt, iż inni robią za nich
różne rzeczy, świadczy o ich własnej ważności, a Trudana Jadwin
wielokrotnie dowiodła, że jest arystokratką najgorszego sortu. Nadal
jednak zakładam, że ona także ma jedną z tych szklanych kulek, które
uruchamiają alarm.
Kiedy zamek otwiera się ze szczękiem, słyszę, jak Trudana krzyczy.
Musiała sobie już zdać sprawę, że istnieje tylko kilka sposobów, w jaki
mogłem zdobyć ten klucz, a dla niej żadna z tych możliwości nie jest
dobrą nowiną.
Na wypadek gdyby miała kuszę albo cichego, uzbrojonego towarzysza,
schodzę z linii strzału, kiedy przekręcam klamkę na wysokości ramienia i popycham drzwi.
Są zaryglowane.
Trudana śmieje się pogardliwie.
- Stern? - pyta, stojąc teraz dokładnie po drugiej stronie drzwi. -
Biedny krewny Logana Gyre z prowincji? Ten, co nosi ohydne ubrania?
Ach. Krzyk był dla żartów. Podpuszczała mnie, żeby teraz wykpić.
- Nie jestem jego krewnym - odpowiadam. - Jedynie przyjacielem.
Przyjacielem, który przywiązuje najmniejszą wagę do mody, a największą
do...
Ka'kari rozlewa się kałużą jak opalizujący czarny olej w mojej dłoni i przepływa przez szczelinę w drzwiach, zamieniając się w cieniutki łom.
Unoszę je i opuszczam kilka razy, aż w nagrodę słyszę, jak blokująca
drzwi drewniana sztaba po drugiej stronie spada z hukiem na podłogę.
- ...pielęgnowania uraz - kończę poirytowany.
Wyobrażałem sobie, że to zabrzmi o wiele bardziej złowieszczo.
Cóż, może później to naprawię.
Popycham drzwi stopą.
Rozlega się brzęk kuszy, prawie nakładający się na odgłos towarzyszący
bełtowi, który wbija się w drewno. Nie był to bardziej przenikliwy brzęk
żelaza uderzającego o kamień klatki schodowej za moimi plecami, tak jak
się spodziewałem.
Trudana nie była w stanie trafić nawet w cel wielkości otwartych drzwi z odległości - wyglądam zza drzwi z niedowierzaniem - siedmiu kroków?!
Lady Jadwin cofa się, wytrzeszcza oczy przerażona, kusza zwisa
bezwładnie w jej rękach. Nie próbuje przeładować broni. Pewnie nawet
tego nie potrafi. Potyka się o stołek i pada na jedną z licznych sztalug
rozstawionych na obwodzie pokoju. Jej dzieła sztuki zapełniają jeszcze
większą przestrzeń: szkicowniki wypełnione rysunkami walają się na
każdym biurku i stołku, cztery warstwy płócien opierają się o wszystkie
ściany, jeden kąt jest zasłany pyłem marmurowym i narzędziami
kamieniarskimi.
Nikogo więcej tu nie widać.
To jednak może być pułapka. Tracę kilka bezcennych sekund, żeby się
upewnić, że jednak nie jest pułapką.
- Patrz, co przez ciebie zrobiłam - mówi, a w jej głosie pojawia się
nowy ogień.
Upadając, zniszczyła jeden z obrazów.
Rozglądam się po pokoju i domyślam się, że wszystkie są jej dziełem.
- Jak śmiesz! - dodaje, wstając.
Ma wielki nos, naprawdę dużo większy od zwykłego nosa; Logan nazwałby go
pewnie... Jak to się nazywa?
R y j e m ?
Trąbą? Tak mi się wydaje. W każdym razie ma wielki nos, pociągłą, końską
twarz i wodniste oczy, które są owocem wyjątkowo konsekwentnego chowu
wsobnego produkującego pewien podtyp arystokratów, niestety pozbawiony
wszelkich potencjalnych walorów.
Ma za to doskonały smak. Nawet szlafrok, który nosi o tak wczesnej
porze, w idealnie komponujących się ze sobą odcieniach lawendy i jasnej
morskiej zieleni, stanowi doskonały kontrapunkt dla warstw bielizny pod
spodem i aż cuchnie rzadkim splotem bogactwa i dobrego gustu.
Jej dzieła sztuki też są piękne. Nienawidzę jej za to.
Muszę przyznać, że w najmroczniejszych chwilach fantazjowałem, jak
mógłbym stosownie ją ukarać za to, co zrobiła. Porwałbym ją, ukrył
gdzieś, karmił tylko, jeśliby dała mi obraz, rzeźbę czy co by mi tam
przyszło do głowy. Kazałbym jej w kółko robić to, czego nie cierpi. A może to, co uwielbia? Marzyłem o tym, żeby pobudzić ją do wspięcia się
na największe wyżyny Sztuki, jakie jest w stanie osiągnąć, a potem na
jej oczach zniszczyć jej dzieło, by wiedziała, że nikt nigdy nie zobaczy
tego, co stworzyła.
Zamierzałem poeksperymentować. Codziennie niszczyć jej dzieła na jej
oczach? Czy też może w jeden dzień w roku niszczyłbym wszystko, co przez
ten rok stworzyła? Co byłoby bardziej okrutne?
Wiem, takie fantazje nie są godne zawodowca.
- Przyszedłem w związku z Mags Drake.
Trudana mruży świńskie ślepka.
- Z kim?
- Magdalyn Drake. Zmieniłaś ją w jeden z tych swoich trupich posągów.
- Mówisz o tej połamanej? Nie możesz być zły z tego powodu! Dokonałam
czegoś zdumiewającego z materiałem, jaki dostałam. Skoczyła, żeby się
zabić! Ja poskładałam ją z powrotem. Oddałam światu jej urodę.
Mrugam zaskoczony. Nie powinienem się dziwić. To chyba cena za te
wszystkie bezsenne noce. Lady Jadwin wypiera się winy? Co potem? Zacznie
wytykać palcem innych?
Wreszcie dostrzega mój wyraz twarzy i wyje:
- To nie był mój pomysł! Musiałam to zrobić. On mnie zmusił. Powiedział,
że to dla badań. Powiedział...
Pocieram skronie. Co spodziewałem się tu znaleźć? Smutek z powodu
własnych zbrodni? Odrobinę zadumy nad sobą? Skruchę?
S p o k ó j d u c h a ?
Zamknij się, mówię do ka'kari.
Ta kobieta zamordowała księcia. Z zimną krwią. Po tym, jak przez pewien
czas była jego kochanką. Pomogła wyeliminować królewski ród w Cenarii i zagwarantować w ten sposób, że brutalna inwazja Króla-Boga napotka
szczątkowy opór. Miliony złych czynów na tych ziemiach miało taki czy
inny związek z tą kobietą i jej morderczymi rękami. Na pewno każdy z nich po trochu plami jej dłonie.
Mógłbym spojrzeć w jej duszę i się przekonać. Może wściekłość oślepiłaby
mnie. To by mi pomogło zrobić to, po co tu przyszedłem. Tak ciężko
pracowałem, żeby zdążyć na czas.
I nagle nie mam do tego serca.
- Po tym, jak cię zabiję, podpalę ten pokój - mówię bardzo cicho. - I przez resztę życia za każdym razem, gdy natrafię na twoje dzieło,
zniszczę je bez względu na konsekwencje. Byłoby lepiej dla świata,
gdybyś się nigdy nie urodziła. Należało cię udusić w kołysce. Ale teraz?
Świat nie może uważać, że dałaś mu jakiekolwiek piękno. Dopilnuję tego.
Twoja sztuka przeżyje cię, ale tylko o jedną chwilę. Zostaniesz
zapamiętana tylko ze swoich zbrodni.
To okrutne słowa, ale ona jest okrutną kobietą i zasługuje na to. To jej
kara.
Potrzeba jednak chwili, żeby coś takiego, co właśnie powiedziałem, do
niej dotarło, a jeszcze więcej czasu, żeby w to uwierzyła.
Podchodzę do kąta z jej rzeźbami. Jeszcze nie widać, co to ma być, ale
coś nabiera zgrubnego kształtu w czarnym marmurze, jak dziecko
kształtujące się w łonie. Mam nadzieję, że Trudana spostrzeże otwartą
drogę do drzwi i rzuci się do ucieczki. Widok uciekającej ofiary
uruchamia pierwotny instynkt drapieżcy. Chcę, żeby mi pomogła w tym, co
muszę zrobić.
Ona jednak nie ucieka.
- Mam potężnych przyjaciół - mówi. - Nie skrzywdzisz mnie.
Widzicie? Jednak miałem rację. Wystarczy poobserwować uważnie, a ludzie
na każdym kroku zaczną was zaskakiwać tym, jacy są głupi.
Niedługo zacznie mi mówić, że to mi nie ujdzie na sucho.
Zdmuchuję marmurowy pył z jej narzędzi rzeźbiarskich.
Wybieram sobie dłuto i młotek.
Rozdział 6
Rozdział 6
Podstawy fachu
Robi się ryzykownie, bo jakimś cudem zapomniałem o podstawach.
Powinienem był zabić dzieciaka. Powiedziałem, że to zrobię, jeśli ich
ostrzeże. Powinienem był posłać strzałę w jego szyję. I tak podnieśliby
alarm. Nadal skierowaliby uwagę w niewłaściwym kierunku, tak jak to
zaplanowałem, a ja mógłbym wykonać swoją robotę. Różnica polega na tym,
że teraz nie musiałbym się martwić tym, że z każdą chwilą coraz bardziej
prawdopodobne staje się przearanżowanie moich czterech liter.
Ile misji przeprowadziłem? Jak dobry jestem, tak naprawdę? Wszedłem,
zabiłem truposza i... co? Ten gość, Anioł Nocy we własnej osobie? Aha, on
właśnie. Skończył bez planu ucieczki.
To tak jakby doświadczony poławiacz pereł zapomniał nabrać powietrza
przed nurkowaniem.
Nie odważę się skorzystać z tunelu, którym tu wszedłem - nie zabiłem
dzieciaka, słyszałem, jak go pytano, w jaki sposób dostał się do środka,
więc muszę zakładać, że ustawili już magiczne pułapki w przejściu.
Dlatego teraz sprawdzam każde pomieszczenie, każdy budynek gospodarczy,
szukając słabego punktu. Tak, zgadza się. Nie poszukałem drogi ucieczki
przed wykonaniem roboty, robię to teraz, kiedy posiadłość jest zamknięta
na cztery spusty i pęka w szwach od najemników i magów, którzy mnie
szukają. Jak skończony amator.
Chcecie wiedzieć, do czego sprowadza się moja robota?
Wejdź. Zabij. Wyjdź.
Właśnie. To jest cała moja robota.
Jeśli jesteś zawodowcem, możesz wielokrotnie zawalić wejście i nadal
zrobić karierę. Prawie zawsze da się dokończyć robotę w innym terminie,
w innym miejscu.
Możesz nawet dotrzeć do truposza i od czasu do czasu zawalić samo
zabicie i wciąż znajdziesz zatrudnienie.
Jednakże jedna kwestia nie podlega negocjacjom: nigdy nie możesz zawalić
wyjścia po robocie. Ci, którzy płacą własnym życiem za życie celu, nie
są zawodowcami. To szaleńcy, zeloci, głupcy, zwykli zabójcy.
Ze wszystkich, których znam w tym fachu, z moim doświadczeniem, z moją
magią, z moim wykształceniem zdobytym pod okiem największego z nas w dziejach świata - jak mogłem aż tak nawalić?
C e l o w o ?
Ha, to nie jest zabawne. Nie jestem taki i dobrze to wiesz. Wiesz, ile
mnie to kosztuje, kiedy zostaję zabity.
T a k w i e m . C z y ż b y ś t y z a p o m n i a ł ?
W moim wypadku to nawet nie wchodzi w grę. Porażka nigdy nie wchodziła w grę, a odkąd przekonałem się, jaka jest cena mojej nieśmiertelności, ta
perspektywa stała się tysiąckrotnie gorsza. Jeśli umrę, to wracam, ale
zamiast mnie umiera ktoś, kogo kocham. Ktoś taki jak moje przyrodnie
siostry.
To ja odpowiadam za ich śmierć, chociaż wtedy o tym nie wiedziałem. Nie
uwięziłem ich. Nie sprawiłem, że Mags skoczyła, ale równie dobrze
mógłbym to zrobić. Jedna z moich śmierci spowodowała jej odejście. Nie
będę udawał, że to rozumiem, ale to potężna magia, równoważenie szal.
Żebym ja mógł ponownie żyć, ktoś musi umrzeć.
To dlatego mszczę się za nie, dlatego musiałem zabić Trudanę Jadwin. Bez
względu na to, co robię, jedna osoba odpowiedzialna za śmierć moich
sióstr - ja - odejdzie wolno. Nie pozwolę, żeby upiekło się dwóm. Na tym
polega problem. To nie było zlecenie. To była sprawa osobista, a kiedy
angażujesz się w coś z powodów osobistych, zaczynasz naciskać tam, gdzie
zawodowiec wiedziałby, że należy sobie odpuścić. Popełniasz błędy.
Będę miał szczęście, jeśli nie zapłacę za to własnym życiem.
Strażnicy są podenerwowani, wszyscy pracują w parach lub większych
grupach, starają się stać plecami do ścian - na ile to możliwe. Słońce
już wstaje, a oni nawet mnie nie widzieli. Lord Repha'im jest ewidentnie
bogatym paranoikiem, ale nawet jego nie stać na dziesiątki magów, więc
mimo licznej straży na zewnątrz w końcu docieram do kuchni.
Chociaż znajduje się w podziemiach, kuchnia ma wspólną ścianę z murem
wokół posiadłości i - tak jak miałem nadzieję, ale jak skończony głupek
nie sprawdziłem tego wcześniej - są tu dwa zsypy opałowe, jeden na
drewno, drugi na węgiel. Wychodzą pod kątem na ulicę za murem, żeby
dostarczanie opału było łatwiejsze i czystsze. Lordowie nie lubią, kiedy
przewoźnicy węgla kręcą się po ich wspaniałych domostwach. Niestety
zsypy są zamknięte. To nie stanowi dużego problemu. W tym na drewno jest
parę sągów, co już może stanowić większą przeszkodę.
Strażnicy zaglądają do kuchni co minutę albo dwie. Nie ma mowy, żebym
opróżnił zsyp, nie robiąc przy tym potwornego hałasu, żeby straże nie
podniosły wtedy alarmu i żebym ja nie musiał wtedy paru zabić.
Jednakże z każdą mijającą minutą rośnie ryzyko, że śmierć Trudany Jadwin
zostanie odkryta. Kiedy znajdą ją martwą, mogą zdać sobie sprawę, że
lord Repha'im w ogóle nie był moim celem i wielu jego osobistych
strażników może rozbiec się po posiadłości i zacząć na mnie polować.
Zsyp na węgiel jest takiej szerokości jak moja ręka od łokcia do końca
palców i, no cóż, to jest zsyp na węgiel, czarny jak smoła nawet dla
moich oczu i pełen czarnego pyłu, w którym oddychanie to męczarnia. Ale
na razie nie jest przynajmniej pełen węgla. Jednak do posiadłości tych
rozmiarów węgiel musi być dostarczany codziennie, więc nie mogę liczyć
na to, że długo pozostanie pusty.
Sprawdzam zamek, ale muszę przerwać, kiedy słyszę zbliżające się kroki
straży. Plusem podniesionego alarmu jest to, że w kuchni nie ma
pracowników. Na pewno wszyscy siedzą skuleni z przerażenia w swoich
pokojach albo czekają na zewnątrz przed zamkniętą frontową bramą. To, co
teraz robię, nie byłoby normalnie możliwe wczesnym rankiem.
Strażnicy sprawdzają kuchnię, gderając na nerwowych magów i żartując
sobie z dzieciaka, który dostanie baty za fałszywy alarm.
Amatorzy. Niczego nie zobaczyli, więc powinni bać się bardziej, a nie
mniej.
Dzięki ka'kari szybko otwieram zamek na zsypie węglowym, chowam resztkę
węgla ze środka do jednego z wielkich czarnych garów stojących nieopodal
i wyjmuję łuk z plecaka. Jestem dostatecznie giętki, żeby zmieścić się w tak wąskiej rynnie, ale nie będę brał ze sobą niczego niepotrzebnego.
Chowam łuk za jednym ze schludnych stosów drewna pod ścianą, przywiązuję
jeden koniec cięciwy do zasuwki na drzwiach zsypu, a drugi do stopy,
dzięki czemu zamknę je za sobą.
Słyszę, że strażnicy znowu idą do kuchni. Szybko.
Jakoś wciskam się do zsypu węglowego i zaczynam czołgać się nim w górę.
Jednak nie wciągnąłem jeszcze stóp do końca, nie mówiąc o tym, żeby
zamknąć za sobą drzwiczki, kiedy słyszę, jak jeden z nich mówi:
- Co to?
Wyczerpany zamieram, zamiast natychmiast zadziałać. Rzucić się z powrotem do kuchni i zacząć zabijać, czy uciekać?
- Alarm! - rozlega się drugi głos. - Morderstwo! Gdzieś na górze. Chodź!
Czekam, aż usłyszę, jak odbiegają, a potem czołgam się do przodu i zamykam za sobą drzwiczki za pomocą cięciwy uwiązanej do stopy. Otacza
mnie ciemność.
Zsyp jest dokładnie tak nieprzyjemny, jak sobie wyobrażacie, gęsto tu od
pyłu, śmierdzi nieco zgniłymi jajkami, a powierzchnia nie jest gładka.
Potrzebuję kilku minut, żeby dotrzeć do kraty na górze. Jest zamknięta
na klucz. Serio, dlaczego tutejsza służba nie może być równie
niekompetentna jak najemnicy?
To mógłby być prawdziwy problem, gdybym nie miał ka'kari, które może dla
mnie przeciąć zawiasy.
C z y ż b y ś m n i e d o c e n i ł ? N a r e s z c i e .
Ignoruję ka'kari, jak to często mi się zdarza, i wyskakuję na ulicę,
kaszląc, spluwając pyłem i dziękując za słodycz względnie czystego
powietrza.
Nie pozwalam sobie jednak na ociąganie się w zaułku. Reszta miasta nic
nie wie o tym, co właśnie się wydarzyło, zaczął się poranny ruch i jedyna różnica sprowadza się do ogromnego tłumu dostawców, którzy tkwią
przed zamkniętą frontową bramą posiadłości i dopytują się, dlaczego nikt
ich nie wpuszcza.
Wspinam się, żeby mieć widok na cały kwartał zabudowy, kiedy przenikliwy
gwizd przecina poranne powietrze. Wypłynąłem na czyste wody.
Wody może i są czyste, ale ja muszę się wykąpać w jakimś bezpiecznym
miejscu... i przespać. Posługiwanie się ka'kari i Talentem sporo mnie
kosztuje, a nie spałem od... Nie jestem pewny od jak dawna.
Może jednak teraz, kiedy Trudana nie żyje, znowu będę mógł zasnąć.
Obracam tę myśl w głowie, kiedy widzę mężczyzn dosiadających konie na
terenie posiadłości. Wyjeżdżają. Widzę, że tarcza czerwonej magii opada.
Nie. Pewnie nie. Głęboki sen nie jest pisany komuś takiemu jak ja. Mogę
jednak paść nieprzytomny na łóżko na parę godzin, zanim znowu przyjdą
koszmary. Pewnie na nic więcej nie mogę liczyć po tym, co przeszedłem.
Po tym, co zrobiłem.
Dzień to nie jest pora dla ożywionego kawałka nocy, więc już zamierzam
roztopić się i zniknąć z porannego światła, kiedy coś w zaułku na dole
przyciąga mój wzrok. To obszarpany ulicznik, na tyle mały, że w pierwszej chwili nie wiem, czy to dziewczynka, czy chłopiec. Włosy ma
krótko obcięte z powodu wszy i pcheł. Celowo chowa się za rogiem przed
większymi dzieciakami, które mogłyby mu zabrać jego zdobycz, i wyciąga
piłkę.
Nie byle jaką piłkę, ale właśnie tę piłkę. Rozpoznaję ją, widząc zachwyt
na twarzy smarkacza na widok tego nowego skarbu. Musiał ją znaleźć tam,
gdzie wylądowała, gdy mag wyrzucił ją z posiadłości godzinę temu.
Tłum przed bramą rozdziela się, dostawcy i jeźdźcy krzyczą na siebie i nagle doskonale wiem, co się zaraz wydarzy.
Nie wiem, dokąd jeźdźcy wyobrażają sobie, że jadą. Na pewno nie mogą
oczekiwać, że mnie znajdą, ale widzę, jak się rozdzielają i rozjeżdżają
w grupkach w różne strony; jest ich ze trzydziestu. Może wiozą
wiadomości do przyjaciół lub przełożonych, może mają nadzieję jakimś
cudem odciąć mi drogę ucieczki.
Lądują w ścisku porannego tłumu.
Dzieciak jest w pustej bocznej uliczce, ale właśnie dlatego grozi mu
niebezpieczeństwo. Ja to po prostu wiem. Jedna z grup szarżuje pustą
ulicą, pięciu jeźdźców jeden obok drugiego nie zostawia miejsca na
manewr. Wypadną zza rogu i...
To nie moja sprawa.
Wydostałem się. Nie zostawiłem żadnych istotnych dowodów na to, że to ja
zabiłem Trudanę Jadwin. Jeśli zejdę teraz, to wszystko przekreślę.
Poza tym mógł gnojek stamtąd zwiać. To jego wina.
K o g o p r ó b u j e s z p r z e k o n a ć ?
Już ruszam. Nie po to, żeby ratować smarkacza. Tylko żeby się zbliżyć.
Widzę, jak konie wyrywają się z tłumu i wszystko rozgrywa się dokładnie
tak, jak to przewidziałem. Konie tratują durnego pędraka, jeden
roztrzaskuje mu czaszkę.
~ To mam zapisać? Chcesz pominąć ten fragment, w którym spadasz na
ziemię jak meteoryt płonący szafirowym ogniem, przez co dwa z koni
zrzucają jeźdźców, porywasz dzieciaka i odstawiasz go bezpiecznie kilka
przecznic dalej, zanim znikniesz? ~
Tak, zamierzałem to pominąć, zgadza się.
Z a t e m ... m a m w r ó c i ć d o p o p r z e d n i e g o f r a g m e n t u o t w o j e j s z c z e r o ś c i ?
A posłuchasz mnie, jeśli ci każę zostawić to tak, jak jest?
Ka'kari nie odpowiada, a nie ma teraz czasu na sprawdzanie, kto postawi
na swoim.
W porządku. Zostaw to tak, jak sobie chcesz.
Uratowanie dzieciaka było błędem. To mnie zdradziło, potwierdziło
podejrzenia Repha'ima i przez to głowa Mamy K wylądowała na pieńku. Nie
powinienem był tego robić. Żadna z następnych rzeczy nie wydarzyłaby
się, gdybym pozwolił umrzeć durnemu smarkaczowi.
Rozdział 7
Rozdział 7
Nie ma kontraktu, nie ma zapłaty
Dach mojego budynku w Elenei znajduje się dostatecznie wysoko, żebym
mógł oddalić się od ruchliwego miasta w dole, i jest tu dość wietrznie,
żeby było niebezpiecznie. Nocne powietrze jest dostatecznie chłodne,
żeby uznać je za rześkie, i dość czyste, żeby orzeźwiało, ale ani trochę
nie pomaga mi zacząć trzeźwo myśleć.
Nie powiedziałem wam, jak ułożyła się rozmowa z hrabią Drakiem. Nie
pomyślałem o tym wcześniej. Jakie to dla mnie typowe, co? Zamierzałem
przedstawić mu relację. Spisać ją w mojej małej czarnej książce i może
podrzucić jego odźwiernemu. Nie zrobiłem tego jednak. Po prostu zjawiłem
się u niego osobiście.
Nie posiadał się z radości na mój widok, dopóki nie wyjaśniłem mu
powodów wizyty. Nie chciał, żeby ktokolwiek ginął z jego powodu,
powiedział, że już dawno temu porzucił ten fach, że nic nie stanowi
większego zagrożenia dla jego duszy.
Tak, tak, nadal uwielbia rozprawiać o swojej duszy. I mojej też, jeśli
szybko nie zmienię tematu rozmowy.
Uznałem, że to oznacza, że będzie w pewnym sensie zadowolony, że
zrobiłem to, nie czekając, aż o to poprosi. I jak głupiec powiedziałem
mu o tym. Nie powinienem był tego robić. Nie byłem w najlepszym
nastroju. Z drugiej strony ten stan trwa u mnie już dość długo.
Powiedział kilka rzeczy, z których wszystkie były sprawiedliwe,
prawdziwe i bolały jak diabli.
A ja powiedziałem kilka rzeczy, których żałuję.
Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego w ogóle pomyślałem, że chciałby
usłyszeć o tym, jak zabiłem Trudanę Jadwin. Ja, zabawiający go
historyjką jak pijany weteran, który próbuje zaimponować rekrutowi?
Zważywszy na historię Drake'a, bardziej przypominało to sytuację, w której młokos nagrzany po swojej pierwszej bitwie przechwala się przed
starym sierżantem sztabowym swoimi doświadczeniami w walce. Co ja sobie,
u diabła, wyobrażałem?
Że rozpłacze się rzewnie, bo dałem mu coś, co pozwoli mu zamknąć ten
rozdział życia, ponieważ zapewniłem sprawiedliwość jego córkom? Że
zapłakany przyzna, że odkupiłem w ten sposób wszystko, czym się stałem,
ponieważ wykorzystałem swoje umiejętności dla jego sprawy?
Że będzie pod wrażeniem?
Na bogów, chciałem, żeby mi powiedział, że dobrze się sprawiłem, prawda?
Myślałem, że po prostu wejdę z powrotem do życia Drake'ów i znowu
wszystko będzie dobrze, normalnie. Że będziemy mogli po prostu
porozmawiać.
Nie mam z kim porozmawiać.
Jak Durzo to robił, jak żył samotnie przez wszystkie te lata?
Do diabła, udało mi się popsuć stosunki nawet z nim. Pokłóciłem się z nim i odepchnąłem od siebie jedyną osobę w całym Midcyru, która naprawdę
mogła mnie zrozumieć i może nawet mi pomóc.
Może po prostu potrzebuję się wygadać. Przecież nie jestem słaby. Już
samo ujęcie tego wszystkiego w słowa, choćby skierowane do ka'kari, jest
pomocne. Dobrze jest usłyszeć siebie, dobrze jest przekonać się, co
powiedziałeś potem, żeby nie chodzić w kółko, nie ugrzęznąć we własnej
głowie. Nie mam cierpliwości do prowadzenia pamiętnika, a ka'kari może
zapisywać rzeczy na bieżąco, więc postanowiłem pozostać przy tym na
jakiś czas. Jest coś kojącego w potoku słów, nawet jeśli są moje.
W dole, w oświetlonym księżycem mieście, są ludzie, którzy z radością
przymilaliby się do bohatera wojennego, Kylara Sterna. Ludzie, którzy
chcieliby ode mnie różnych rzeczy. To zabawne, że wszyscy ci, którzy
naprawdę mnie znają, są na mnie źli, odeszli, żeby zająć się czymś
lepszym, albo nie żyją.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie potrzebuję niczego więcej. To życie jest
dostatecznie dobre. Naprawdę dobre! Mam wszystko, czego mi potrzeba. Nie
przymieram głodem. Mam ciepłe miejsce do snu. Rzeczy, które uważam za
własne. Wszystko, czego pragnąłem jako dzieciak z ulicy? Tak, mam.
Może jednak nocne powietrze oczyściło moje myśli. Coś tłucze się w mojej
piersi, puste niezadowolenie, ale może nikt nigdy nie pozbywa się tego
czegoś. Może to po prostu ból, który daje ci znać, że żyjesz. Jak
mógłbym chcieć czegoś więcej? Jest świetnie.