Nocni Wypalacze Kaganków - Jola Czemiel

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czy różowe okulary mają kolor niebieski?

Przed witryną sklepu z okularami stała młoda kobieta z małą dziewczynką. Kobieta miała na głowie słomkowy kapelusz z różową wstążką, kremową, lekko rozkloszowaną sukienkę i szpilki w kolorze fuksji. Dziecko ubrane w całości na różowo wierciło się i ciągnęło ją za rękę,

- Zaczekaj, zaraz idziemy. Musimy tam wejść tylko na moment. Mamusia szybciutko przymierzy okulary i wracamy do domku.

Małej to się niezbyt podobało. Codzienne spacery z matką ograniczały się do wizyty u fryzjera - nuda, zakupów w sklepie z pieczywem - głupia ekspedientka szczypie ją w policzki, sterczenia pod blatem w kiosku - mama długo rozmawiała z panią Helenką, znajomą z dzieciństwa oraz odwiedzin u koleżanek mamy - sadzali ją przy kuchennym stole i kazali rysować. Może to i fajne, te wszystkie kredki, gumki, połamane ołówki, ale rysować to ona nie lubiła.

Dzisiaj matka odwiedziła dodatkowo aptekę i księgarnię. To naprawdę zbyt wiele, jak na małe nóżki w przyciasnych różowych pantofelkach. Dlatego w sklepie z okularami wezbrał w niej bunt. Kiedy podeszła do lady, żeby ostentacyjnie coś z niej zrzucić i zmusić matkę do wyjścia, zobaczyła leżące pod szklaną taflą niebieskie okulary. Takie malutkie okulary dla małych dziewczynek, dokładnie takich jak ona.

- Mamo, czy mogę przymierzyć? - uśmiechnęła się słodko i przymilnie. -Ty masz już trzy pary, a ja jeszcze żadnych - ciągnęła z premedytacją, układając usta w podkówkę.

Ekspedientka szybko wyciągnęła okulary i włożyła jej na nos, jakby chciała za wszelką cenę uniknąć konfrontacji z jej płaczem, na który niechybnie się zanosiło.

- Drogie dziecko, oczywiście, że możesz, to są właśnie okulary dla dzieci - oznajmiła i dopiero spojrzała na matkę. - Chyba może? - dodała niepewnie.

- Tak, tak, niech mierzy, szkoda tylko, że nie są różowe. A dla mnie proszę pokazać tamte. - Matka skinęła lekceważąco ręką i wycelowała palec w okulary, po które przyszła.

Tymczasem dziewczynka spojrzała w okno. Jasnoszare niebo zmieniło kolor na turkusowy, bezbarwni przechodnie puszyli się wszystkimi kolorami niebieskiego. Od delikatnego lazuru do ciemnego granatu. Widziała jaskrawe, szafirowe trampki, zimne, kobaltowe dżinsy, skrzące indygo-płaszczyki i sukienki w kilku odcieniach lapis lazuli. Do tego chabrowe, kosmate torebki i ultramarynowe auta.

Kiedy za szybą przemknął błękitny chłopiec na rowerze w kolorze akwamaryny, wiedziała już na pewno, że ostatni raz pozwoliła mamie wcisnąć ją w te obrzydliwe różowe ciuchy. Ostrożnie spojrzała w lustro, z nadzieją, że zmieniły kolor chociaż na błękit królewski, ale z przykrością stwierdziła, że tak, wszystko zmieniło kolor, oprócz jej sukienki, bucików i ogromnej kokardy we włosach - też różowej. Rozpięcie klamerek przy kostkach zajęło jej chwilkę, ale z ulgą ściągnęła pantofelki. Cichutko wyszła na palcach i usiadła na chodniku pod oknem. Przez wiele minut delektowała się ulubionym kolorem, aż do momentu, kiedy rozdzierający krzyk za drzwiami przerwał tę błogość. Zamknęła oczy.

Białowieski song (nie mylić z Alabama song, chociaż - kto wie, może jednak mają ze sobą wspólny wątek i nie jest to whiskey)

Wiosna. Drzewo napęczniało i zaczęło się drapać. Swędziały je szczególnie zgrubienia na gałęziach, których w żaden sposób nie mogło się pozbyć. Wystawione na słońce nabrzmiewały niczym guzy zadżumionych. Chłodne jeszcze, marcowe noce niosły ukojenie, ale kolejny miesiąc okazał się najcięższy. Guzy zrobiły się obszerniejsze, aż nagle jeden po drugim zaczęły pękać. Ze środka nie wylała się ropa ani inna cuchnąca maź, jakiej drzewo się spodziewało, za to z pęknięć wypełzły seledynowe płatki. Wiotkie i delikatne powiększały się każdego dnia. Tkwiły w ciele drzewa, ciągnąc z niego życiodajne soki i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek odejdą. Trudno, pomyślało drzewo. Dam radę. Najwyżej wcisnę nieco głębiej swoje korzenie. Przynajmniej ból minął.

Lato. Liście kołysały się na wietrze, przyjmowały skrzydlatych gości, a w upalne dni robiły przyjemny cień. Drzewo zapomniało o cierpieniu i zaprzyjaźniło się z nimi tak silnie, że nawet wichurom nie pozwoliło zerwać choćby jednego. Zakochało się w ich szeleście i z czułością podglądało ptaki, które korzystały z osłony i wiły wśród nich przepyszne gniazda.

Jesień. Tak, to musiał być listopad. Tej nocy drzewo dygotało z zimna i tuliło się do liści, które ostatnio nabierały dziwnych barw. Żółte, słoneczne, jeszcze mu się podobały. Niosły za sobą wspomnienie lata. Co innego czerwone. Fuj! Ten kolor nie należał do jego ulubionych. Kiedy zbrązowiały i skurczyły się (pewnie z zimna), zaczęły uciekać. Leciały z wiatrem, jakby wybrały się w długo planowaną podróż. Hej, dokąd lecicie? Chciało zawołać drzewo. Czy wam czegoś zabrakło? Ale nie zawołało. Zamiotło gałązkami ostatnie listki, które spadły niedaleko i czule otuliło nimi pień. Nie, nie chciało się z nimi rozstać.

Zima. Pierwsze mrozy nadeszły niespodziewanie. Drzewo marzło i powoli zapadało w letarg. Lęk przed zimą tak je paraliżował, że nawet korzenie, które ukryło głęboko pod ziemią, dygotały ze strachu. Możesz to sprawdzić przytulając się do drzewa w każdy mroźny dzień. Dopiero kiedy ponakrywa je śnieg, poczuje spokój i naprawdę zaśnie. Ale ze śniegowymi gwiazdkami nigdy nie uda mu się zaprzyjaźnić. Przecież właśnie śpi. Śni o upalnym lecie i szeleszczących liściach, a wiosną znowu zaczną swędzieć je gałęzie. I historia się powtórzy. Szkoda, że nie dla wszystkich.