Nocne zwierzęta - Patrycja Pustkowiak

Reflow text when sidebars are open.
I teraz właśnie jest pod jego kojącym wpływem. Od paru godzin, w czasie których zwiększyła procentowy udział alkoholu w swoim organizmie, dodając do tego lokatę w postaci haszyszu, ma dobre samopoczucie.
Co więcej, chce te rzeczy pomnożyć. Odnajduje w domu kolejną butelkę wina, białego wytrawnego - już dawno przestała sobie zawracać głowę nazwami - i próbuje teraz w swojej stajni Augiasza namierzyć korkociąg. A kiedy butelka jest otwarta, nie kłopocze się nawet szukaniem kieliszków, tylko stojąc na drżących nogach przy szafkach w kuchni, bierze z gwinta wielki łyk i to jest jak wypłynięcie na powierzchnię po długotrwałym, uporczywym nurkowaniu. Tamara bierze wielki, zwycięski haust powietrza, alkohol rozlewa się w niej dobrze znanym ciepłem, wypełnia ją jak płód, którego akurat nigdy w sobie nie miała. A po triumfalnej sekundzie coś w niej wykonuje w tył zwrot, jak nieposłuszny pułk wojskowy, i Tamarze robi się niedobrze. Przez chwilę stoi niepewnie nad zlewem, nie wie, w jakim kierunku potoczy się życie: czy jej ciało stanie się inkubatorem dla tego alkoholowego intruza, czy też zbuntuje się przeciw niemu i w niekontrolowanym spazmie wyrzuci go z powrotem na powierzchnię. Znowu jej się udaje - wygrywa z alkoholem, pokonuje zaciskające się raz po raz na żołądku kleszcze torsji.
Bierze głęboki oddech i wypływa na spokojne wody. Choć boi się, że to jej zaszkodzi - zapala papierosa. I kiedy chmura dymu leci w powietrze, ona, śledząc jej lot, uspokaja się jeszcze bardziej. Powoli rodzi się chęć na kolejny łyk alkoholu, ale tymczasem Tamara zwraca swoją wymiętą twarz ku oknu. Zawiesza wyblakłe, martwe spojrzenie na tym, co widać przez szybę - zresztą coraz słabiej w tym gęstniejącym, listopadowym mroku.
Tamara mieszka tam, gdzie stary świat walczy z nowym, na styku - w nowym bloku z widokiem na kamienicę przeznaczoną do wyburzenia. Kamienicy z dnia na dzień ubywa, ekipa odpowiedzialna za rozbiórkę stopniowo ujawnia jej wewnętrzne organy, obnaża jej tkanki i betonowy szkielet. Podobnie w jej przypadku - zdarzenia przychodzą i zdzierają kolejne płaty jej skóry, ujawniając rybi, chwiejny i wątły kręgosłup - również ten moralny.
Zawsze kiedy patrzy w ciemne okna starej, znikającej kamienicy, robi jej się żal. Gdy pali papierosa na balkonie i zagląda w te nagie, pozbawione szyb okna, w te blade - jak trupie ciało - mury, zastanawia się, kiedy życie wyprowadzi się z niej, tak samo jak wyprowadza się ze starych domów. Kamienica doskonale współgra z jej nieco skrywaną melancholią. Tamara, jak wielu pijaków, jest bardzo przywiązana do przeszłości. W przeszłości wszystko musiało być większe, lepsze i jaśniejsze, nawet jeśli słabo się ją pamięta. Często więc za nią tęskni i wspomina miniony czas - jak zdeklasowana szlachta albo aktor epoki kina niemego po słynnej premierze Śpiewaka jazzbandu. Choć ona sama nic nigdy nie posiadała - ani majątku, ani talentu - a jej osobista przeszłość nie obfitowała w spektakularne wydarzenia. Wszystko, co miała, to siebie samą i brzmiało to jak marsz pogrzebowy.
Myśli więc, że umrze szybko i spektakularnie. Może w ciele jakiegoś rozbijającego się na autostradzie samochodu - jak Jonasz w wielorybie wyskoczy w powietrze, a potem rozpadną się razem na tysiąc tłustych kawałków? To niezła śmierć - myślała wiele razy - byle tylko nie bolało, bylem od razu obróciła się w proch, spłonęła prędko jak papierowa chusteczka. Nie potrzeba mi żadnych dogorywań, leżenia w kołnierzu ortopedycznym na oddziale dla umarlaków. Stan zawieszenia między życiem a śmiercią uważała zawsze za podejrzany. Jest zdania, że między jednym a drugim winna przebiegać wyraźna linia demarkacyjna.
Ekipa remontowa nie przejmowała się jej ponurą przemyśleniówką. Pewnego dnia, pod jej nieobecność, zdjęła dach starego budynku, szybko i sprawnie, jakby był on domkiem dla lalek, i ujawniła te niezamieszkane wnętrza, w których, gdyby dobrze się przypatrzyć, z pewnością można by dojrzeć ślady dawnego życia - napis nabazgrany na ścianie ręką dawno nieżyjącego siedmiolatka, skrawek spalonego materiału ukrywający się przez lata w kącie jak uciekinier z zimnego kraju, kamyk, który ktoś kiedyś przywiózł znad morza. Kiedy Tamara wróciła do domu i zobaczyła te rozbebeszone wnętrza, poczuła się tak, jakby to jej ktoś otworzył kopułę czaszki i zajrzał do środka. Teraz już dobrze widać te martwe pokoje, po których biega stado przerażonych mrówek, aż prosi się, by zapuścić tam lepki język, wyskrobać z tej dziewczyny odrobinę strachu.
Z drugiej strony świat się panoszy jak chwast na grządce, w ciszy rujnuje dawną bujną roślinność i w jej miejsce, pod osłoną nocy, sadzi własne, trujące potomstwo. Nowe bloki otaczają stary budynek jak wilki ofiarę. Tamara czuła, że napierają i na nią, zwiększają uścisk. Z daleka majaczą wody basenu, w którym pływają sąsiedzi, ich głowy mienią się w wodzie jak radioaktywne ozdoby choinkowe. Za rozbieraną kamienicą wschodzi osobne słońce - bilbord reklamy Lay's, teraz, po zdjęciu dachu budynku, już bardzo dobrze widoczny, jego neonowe światło wpada wieczorami do sypialni Tamary i oświetla ją sztuczną, chorobliwą żółcią.
Każdego dnia, kiedy kładła się spać, wpatrywała się w sąsiedni blok, w którego oknach kolejno gasły światła - pierwsze, drugie, trzecie, aż w końcu przed jej oczami stawała niewzruszona, przytłaczająca ciemność. Wydawało jej się to doskonałą metaforą losu. Szczególnie zaś podobał jej się jeden z tych budynków, najwyższy z nich, tak wysoki, że wydawał jej się często tylko dodatkiem dla przelatujących nad nim samolotów. Idealne miejsce do popełnienia samobójstwa, które planowała regularnie i intensywnie - jakby była jednoosobowym rządowym zespołem do spraw planowania samobójstw, wciąż ulegających odroczeniu przez tajemniczą dziurę budżetową bądź z innych, niepodanych do publicznej wiadomości przyczyn.
Picie, szczególnie picie wina, ułatwiało tyle spraw. Sprowadzało jej wszystkie dylematy, niegdyś obejmujące Boga, religię, duchowość, politykę i ekologię, do jednego: białe czy czerwone? Jedno tylko ją martwiło - dlaczego nawet rozważania na temat wina muszą mieć barwy narodowe? Ale kiedy była szczelnie otulona alkoholową mgiełką, świat wydawał jej się ślizgawką, po której mogła sunąć żwawo, z lekkim rozbawieniem, a jedyne, co jej groziło, to siniak, gdy przez przypadek uderzy w słup. Nawet siejące grozę esemesy zdawały się łagodnieć i zamiast, jak zwykle, przerażać, bawiły. Na przykład teraz na jej komórkę przychodzi powiadomienie następującej treści: "Ze snu wyrwał mnie krzyk: powiedz jej, że kocham! Nie mogę milczeć i zatajać prawdy. Musisz wiedzieć, kto kocha cię do utraty tchu!".
Bezceremonialność pracowników ezostajni przypominała jej tę, z jaką traktowali ją ginekolodzy. Choć wartość jej życia była w ich oczach niska, nierozerwalnie związana z zawartością macicy, która nieodmiennie klasyfikowana była jako "pusta", to podobnie jak zastępy wróżbitów, i oni próbowali wygenerować w niej odrobinę łączności z kosmosem. Najkrótszą z możliwych dróg.
- Kiedy planuje dzieci? - Ginekolog pytała ją o to podczas każdej rutynowej wizyty, często jeszcze trzymając w niej palce. Tamarze zawsze wydawało się to kiepską okolicznością do pogawędki, po prawdzie trudno jej było się wtedy skupić, tłumaczyła sobie jednak, że ginekolodzy to odmienny rodzaj człowieka. Rzeczy dla nich naturalne Tamarze wydawały się nieporozumieniem - już sam pomysł, żeby w biały dzień wskakiwać na fotel i rozchylać nogi przed zupełnie nieznajomą osobą, był dla niej absurdem.
- Nie wiem, nie mam partnera - mówiła z przekąsem Tamara, kładąc nacisk na tę intrygującą nowomowę, opracowaną jej zdaniem po to, by kobietom łatwiej było przełknąć opieszałość, z jaką ich mężczyźni podejmują decyzję o małżeństwie. I dodawała: - A nie słyszałam, żeby mieli wznawiać Randkę w ciemno.
Pojawiający się w reakcji na jej wyznania wzrok groźnej ginekolożycy musiał przypominać ten, którym w hitlerowskim bunkrze obdarzali się wysoko postawieni esesmani po odebraniu niewesołych wieści. Porażona wyznaniem, przerywała na chwilę swoje zajęcie, podnosiła oczy na Tamarę i wygłaszała wykład o tym, jak to płodność kobiety spada o połowę po trzydziestce piątce, a zanieczyszczenie środowiska, stres i tym podobne czynniki sprawiają, że szybkie zapłodnienie i tak jest zjawiskiem coraz bardziej odosobnionym. Tamarze wydawało się wtedy, że słyszy słowa: "Wróg przedarł się przez nasze linie. Udało się im przejąć Zossen na południu", a teraz przemieszczają się w kierunku Stahnsdorfu. Są na północnych obrzeżach pomiędzy Frohnau a Pankow. Dotarli do Lichtenbergu, Mahlsdorfu i Karlshorstu na wschodzie.
- Atak Steinera powinien nad tym zapanować - odpowiadała stanowczo nieugięta Tamara, a tak naprawdę bąkała coś na temat swojego wciąż młodego wieku i zalet późnego macierzyństwa.
- Mein Führer... Steiner... Steiner nie był w stanie zmobilizować wystarczająco wielu ludzi. - Ginekolożyca, z politowaniem zaglądając jej w twarz, doradzała, by nie karmiła się popeliną z kolorowych gazet. Tymczasem kończyła wykopki, ostentacyjnie zdejmowała gumowe rękawice i pozwalała swej ofierze powstać oraz wciągnąć majtki. Tamara powracała do stanu jako takiej godności.
- Wszyscy poza Keitelem, Jodlem, Krebsem i Burgdorfem niech wyjdą. - Tu Tamara posyłała ostrzegawcze spojrzenie pomocnicy swej ginekolog; z bezczelnym, pełnym zainteresowania uśmieszkiem na twarzy kobieta przysłuchiwała się konwersacji, wodząc palcem po zdjęciach swoich dzieci. Niestety, nie była ona tak posłuszna jak wysocy rangą naziole i Tamara musiała kontynuować, znosząc jej wścibskie spojrzenia. - To był rozkaz! Atak Steinera był rozkazem! - podnosiła głos, sugerując ginekolożycy, że w razie potrzeby pójdzie do banku spermy albo zamówi sobie ją przez internet i podda się in vitro. - Nasi generałowie to banda niekompetentnych i nielojalnych tchórzy! - wciąż podniesionym głosem informowała lekarkę, że medycyna powinna zrobić wszystko, by umożliwić kobiecie zajście w ciążę w każdym wieku. A na koniec, prawie krzycząc, dodawała: - Wielka zdrada wobec Niemiec, ale wszyscy zdrajcy zostaną ukarani! Zapłacą własną krwią! - Teraz lekarka dowiadywała się, że Tamara pierdoli konieczność rozrodu i prędzej zajmie się hodowlą rododendronów niż homo sapiens we własnej macicy! A kiedy pani ginekolog z osłupiałą miną wręczała jej rachunek za wizytę, Tamara mruczała już tylko do siebie, z gniewem: - Przegraliśmy tę wojnę.
A teraz to ona ma rozdziawione usta i wpatruje się w komórkę wzrokiem przechodnia, który natknął się na ofiary wypadku drogowego. Dramatyzm tego esemesa i jego leksykalna nędza sprawiają, iż dziewczyna zastanawia się, kto za nim stoi, człowiek czy wódka. Ona dobrze zna ten problem (nie ma się czym chwalić). Pamięć pijaka to królik wyskakujący z kapelusza. Przeszłość Tamary była jak stary, pocięty na kawałki film ORWO. Pamiętała coś z lutego 2011 roku, później nagły skok do marca następnego roku. I tak dalej. Totalny eksperyment narracyjny. Tamara żyła tak, jakby chciała wszystkim udowodnić, iż chronologia zdarzeń jest absolutnym przeżytkiem.
W każdym razie teraz jest całkiem zainteresowana. "TAK", odpisuje więc na otrzymanego esemesa, stan środków na koncie zmniejsza się o 3,49 złotego. Tak, owszem, Tamara chce się dowiedzieć, kto ją kocha aż tak dramatycznie.
"Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale ty jesteś brakującym elementem tej układanki", napisane jest w pierwszej części odpowiedzi. - Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodziły na ty, pierdolnięta Aisho - mówi na głos Tamara, gestykulując żywo nad telefonem; strzepuje popiół z właśnie zapalonego papierosa na swoje nieświeże ubranie i swoją hand made melinę, złożoną z permanentnej niechęci oraz składników organicznych, które weszły - jak ona - w stan rozkładu, i czyta dalej: "Ta osoba wysyła bardzo silną energię, bym mogła ci przekazać ważną wiadomość. Czy mam teraz zdradzić imię i nazwisko tej osoby?".
Drżącymi palcami Tamara wybiera literkę T, przesuwa palec pod A. Chwila pełna napięcia, jakby właśnie odpalała ładunek wybuchowy; już zaraz się dowie, kto ją kocha, choć ma podejrzenia, że jedyna prawidłowa odpowiedź brzmi: jej diler. Jednak skąd wróżka miałaby znać jego nazwisko, skoro zna je tylko Interpol? Tymczasem jednak wszechświat oddala rozwikłanie tajemnicy tej miłości, oto bowiem telefon komórkowy zaczyna wibrować w ręce Tamary tak, jakby był przestraszonym chrząszczem. Żukiem gnojakiem, granatowym skarabeuszem, który chciałby zagrzebać się w tkankach, żyłach jej ręki i ryje wytrwale, drażniąc jej nerwy, próbując przebić się do spodu, naruszyć fakturę skóry.
Dziewczyna nie spodziewała się takiego obrotu zdarzeń, jej paranoje skaczą o jedną kreskę na nieistniejącej skali pomiaru paranoi. Zwłaszcza że przyszedł jej na myśl akurat ten diler, który był tak miły i dał jej ostatnio na kreskę (kreskę na kreskę, gwoli ścisłości), zważywszy na długotrwałą znajomość, a długi u dilerów - wiadomo, co to oznacza. Tamara dyskretnie zerka więc na leżącą na łóżku poduszkę, sprawdza, czy aby nie ma na niej głowy konia.
Cóż, telefon Tamary dzwonił rzadko, a jeśli już, to najczęściej po to, by głosem z automatu zachęcić ją do kupna wszechstronnej golarki do nóg bądź szczoteczki do zębów, która po ostatnich udoskonaleniach inteligencją dorównywała podobno pracownikom Doliny Krzemowej.
Nie wiedziała, co robić.
A zawsze gdy nie wiedziała, co robić, zaczynała pić.
Na początku mówiła sobie: "A co tam, można chyba czasem trochę się podjebać!". Sęk w tym, że "czasem" i "trochę" nie szły w parze ze stylem jej alkoholowej konsumpcji. "Trochę alkoholu" to był oksymoron, a przedrostek "pod", dodany do tego wulgarnego czasownika, trzeba by gwoli ścisłości w te pędy zmienić na "na".
I teraz właśnie znów to zrobiła, wypiła swój przydziałowy alkohol i leży na podłodze, obejmując rzeczywistość jogińskim oddechem, a świat jest jak papieros bez filtra - z każdym wdechem wnikają w nią tysiące substancji smolistych. I byłaby dalej tak podróżowała do wnętrza ziemi swoim małym, ważącym ledwie czterdzieści osiem kilo pojazdem kosmicznym o nazwie Tamara Mortus, gdyby nie ten telefon. - Co jest, kurwa? - mruczy Tamara głosem osoby moczącej swe struny głosowe w denaturacie. Gapi się na komórkę jak na nieznany, niewprowadzony jeszcze do obrotu gadżet. Jakby nie rozumiała zasad działania telefonu: kiedy dzwoni, trzeba odebrać. Wydaje jej się może, że jeśli odbierze, to słuchawka oparzy ją w ucho, że wyjdzie stamtąd jakieś ciało obce i wessie ją do środka, od ucha poczynając, a na stopach wraz z paznokciami kończąc.
Wyświetlający się numer nic Tamarze nie mówi. Wygląda jak dowolnie wybrany przez komputer. Może to data urodzenia, data pierwszego pocałunku, data rychłej śmierci. Tamara nie ma pamięci do dat, nie ma też profetycznego daru. Ale wycofanie z rzeczywistości po paru sekundach mija. Tamara znowu wie, do czego służy telefon, i po chwili wahania odbiera go, zastanawiając się, co też jej zechcą wcisnąć tym razem: nisko oprocentowany kredyt, wielofunkcyjnego robota kuchennego czy może wibrator z funkcją zdalnego pilotowania statków kosmicznych?
Ale czeka ją niespodzianka! To nie przedstawiciel handlowy, to ktoś osobiście jej znany. Dawny kolega z jej byłej pracy, szef działu czegoś tam. Który to fakt ją zresztą zawsze dziwił - bo zdaniem Tamary jego zdolności interpersonalne oraz cechy charakteru kwalifikowały go raczej na szefa jednoosobowej barki poławiacza pereł pośrodku Oceanu Spokojnego. Przy tym jednak, trzeba przyznać, był on jedyną osobą wyrażającą jakikolwiek żal, kiedy niemal rok temu "optymalizacja kosztów prowadzenia firmy" przesunęła Tamarę w kierunku osób, którym zoptymalizowano zatrudnienie - do zera. Nie byli jednak w żadnej przyjaźni. Tamara dziwi się więc temu, że czuje się on uprawniony do dzwonienia do niej w piątek wieczorem po rocznym milczeniu. Przeczuwa, że taki telefon nie wróży nic dobrego - taki telefon oznacza, że będzie trzeba robić za wolnego słuchacza. Rzeczywiście, głos dzwoniącego brzmi jak głos człowieka zdruzgotanego. Można podejrzewać tak zwane życiowe zakręty. Tamara nie wie, co zrobić - dzwonienie do niej ze swoim życiowym problemem akurat teraz, kiedy ona sama jest zdezelowana jak stary ciągnik i marzy wyłącznie o tym, by ktoś ją zaniósł do serwisu, zakrawa na ironię losu.
- Pomyślałem, że zadzwonię, zapytam, co u ciebie. Pamiętam, jak dobrze nam się gadało przy kawie... - mówi smętny głos w telefonie. I dalej produkuje grzecznościowe formułki, które mają ukryć jego samotność i desperację. Tamara pamięta go dość dobrze, wyróżniał się na tle innych pracowników niemal całkowitym brakiem tak zwanej urody oraz imieniem. Bernard. Rodzice, jak widać, mieli poczucie humoru. Nadali imię odpowiednie dla łagodnego właściciela pasieki lub miłego hodowcy kminku, garbatemu pokrace, który mógłby stanąć w szranki z samym Quasimodo. - ...na kolację? - słyszalny wręcz znak zapytania wyrywa Tamarę z rozmyślań. Zdaje się, że Quasimodo chciałby ją wyciągnąć do miasta, żeby podczas opowieści o swej traumie życiowej mieć komu patrzeć w oczy. Dlaczego nie wie, że dla takich jak on powstały specjalne lokale, w których na ścianach wiszą wielkie lustra? Wznosząc kolejne toasty do własnego odbicia, można poczuć się tam odrobinę mniej samotnym. Miasto nie ustaje w próbach pomocy zbłąkanym duszom, takim jak Bernard i, co tu dużo mówić, ona sama.
A jednak propozycja jest w jakiś sposób kusząca. Jest piątek, dzień, w którym możliwość odmiany swojego losu wydaje się najbardziej prawdopodobna. W piątkowym, przesyconym substancjami psychoaktywnymi powietrzu wibruje zapowiedź czegoś nowego. Los, do tej pory przypominający nieczynną, stojącą w zajezdni lokomotywę, zmienia się w TGV. Sygnał oczekiwania na zmianę przeznaczenia zostaje włączony.
Oczywiście odmiana losu jest czymś w rodzaju Godota, który raczej się nigdy nie pojawi, choć, proszę bardzo, można na niego czekać. Prawda wychodzi na jaw w okolicach niedzielnego kaca: piątek jest zawsze czymś w rodzaju małej śmierci; oto umarłeś i pukasz do nieba bram, niewykluczone, że ci otworzą.
Tamara nie wie, jak się zachować. Kusi ją, by zostać w domu, bowiem właśnie przed chwilą znalazła w internecie film pokazujący sekcję zwłok i z zaciekawieniem przyglądała się, jak zgrabnie i szybko można po śmierci wydobyć z człowieka jego treść: patolog usunął już z truposza jego fioletowożółtą zawartość, a teraz przeciął skórę na szyi i wsunął tam dłoń, jakby wsuwał ją w rękawiczkę. Nie wiedzieć czemu, Tamara wyobraziła sobie siebie na miejscu tego nieszczęśnika, a przed sobą wszystkich swoich kochanków, zaskoczonych jej nagłym przeobrażeniem. Po cichu liczyła na to, że może znalazłby się jakiś perwers, który wykradłby jej zwłoki, zakonserwował w formalinie i brał ostro w zimowe wieczory. Musiałoby mu to przypominać seks z marynowanym kabaczkiem.
Jednak film może zaczekać; co innego towarzystwo, miły dodatek do dalszej alkoholizacji. Dlatego Tamara decyduje się wyjść. Wzdycha głęboko, odganiając radioaktywną chmurę własnych myśli, i próbuje w swym alkoholowo-narkotycznym zamroczeniu wymamrotać słowa wyrażające zgodę na propozycję kolegi.
Właściwie nie pamięta czasu, w którym nie piła. Musiał być taki okres w jej życiu, jakaś młodość, ale Tamara ma z niego wspomnienia jak ze snu - wiązka dziwnych, nieprzystających do siebie obrazów, jakieś twarze, cienie, słowa, czy raczej strzępy słów. Gdyby zrobić na tej podstawie film, byłaby to trudna do zniesienia awangarda. Zresztą podobne wspomnienia miała, jeśli chodzi o długotrwałe relacje miłosne. O tak, Bergman mógłby czerpać z jej życia nieustanną inspirację; prawdopodobnie gdyby przyłożyć do niej ucho, można by usłyszeć słynny, głuchy i przejmujący skandynawski wiatr.
Nie umiała za wiele powiedzieć o tym, czego nie ma, nie umiała za wiele powiedzieć o braku, a jednak to on był szarą eminencją jej życia. Kiedy próbowała czymś wypełnić te długie godziny, które dzieliły przebudzenie od zaśnięcia, prawie zawsze ponosiła porażkę. To znaczy, owszem, działo się mnóstwo, wręcz za dużo, samochody jeździły, porzucone śmieci przewalały się przez ulice, komputery pulsowały milionem zapalonych monitorów, w telewizji ktoś kogoś mordował, a nawet jakiś meteoryt zmierzał nieubłaganie ku planecie Ziemia, jednak życie Tamary pozostawało puste i tylko alkohol wydobywał ją ze stanu nieważkości.
Przyszłość wydawała jej się czarną wstęgą, która przewiąże butwiejące od jakiegoś czasu życie. "Ja nie szukam, ja znajduję" - przypominała sobie maksymę słynnego malarza nazwiskiem Picasso i zastanawiała się, jak on to, do kurwy nędzy, robił? U niej było na odwrót. Wciąż szukała, jednak proces ten charakteryzował się wysokim poziomem bezproduktywności. Wszystko, co udawało jej się znaleźć, to zużyta prezerwatywa na ulicy, porzucona akurat pod jej nogami jak złośliwy komentarz na temat jej nieistniejącego życia płciowego.
"Zawsze myślałem, że w życiu chodzi o zdobywanie rzeczy. Teraz wiem, że ważniejsza jest ich utrata". Od niedawna autorytetem w dziedzinie duchowości był dla niej Mike Tyson. Kiedy usłyszała w telewizji jego słowa, pomyślała sobie, że niepotrzebnie kupiła książkę Umysł zen, umysł początkującego i wszystkie części Osho. Mike potrafił zamknąć całe jej doświadczenie w dwóch zdaniach. Utrata towarzyszyła jej w życiu na każdym kroku i miała różne oblicza. Od utraty pracy aż po utratę wiary w siebie. Utrata była czymś, z czego mogła się doktoryzować, i może kiedyś to zrobi, na Uniwersytecie Trzeciego Wieku.
W sukurs jej smutkowi przyszła ezoteryka. Wprawdzie najlepsze programy ezoteryczne nadawano w nocy, ale to nie było dla Tamary problemem. Wręcz przeciwnie, noc była wodą na jej młyn! "Spanie? Jakie spanie?! Już dawno z tym gównem skończyłam!" - mogłaby powiedzieć. Zwolnienie z pracy tak wiele umożliwia. Wolność od jest wolnością do: picia, bezsenności, ćpania, nocnej telewizji. "My, kurwy, nie śpimy w nocy!" To było ostatnio motto Tamary, oczywiście nie wymyśliła tego sama, skopiowała od kolegi pedała.
Zresztą od pewnego czasu wydawało jej się dziwne, że ludzie mają czas na pracę. Przecież samo picie tyle zajmuje! Poza tym joga, medytacja, trening osobisty, palenie fajek, odsypianie kaca, komentowanie wpisów na Facebooku, często nie starczało jej dnia! Nie da się ukryć, że od kiedy straciła pracę, patrzyła na klasę pracującą z coraz większym podziwem.
I tak spędzała długie godziny, oglądając wróża Macieja, Ezoteriusza, jasnowidzkę Amalę. Oglądanie telewizji uważała zresztą za formę kontestacji, bowiem zgodnie z obowiązującymi trendami najmodniej było telewizora nie mieć i ostentacyjnie to głosić. Gdziekolwiek zdarzyło jej się ostatnio zawitać, którąkolwiek gazetę otworzyć, wszędzie słyszała albo czytała: "Doprawdy, to ktoś sławny? Ostatnią sławą, jaką widziałam w telewizji przed wyrzuceniem odbiornika, był Borys Jelcyn". Albo: "Od trzech lat nie mamy w domu telewizora. Zdecydowaliśmy się wychowywać Polę w kulcie natury. Może ciasteczko? Nie, nie to! To są orzechy piorące!". Oraz: "Dlaczego brałem tyle kokainy? A oglądał pan kiedyś kabareton na Dwójce?".
Zatem dla Tamary odbiornik telewizyjny był jak ostatni bastion niezależności. Oglądała telewizję non stop: talk-shows, talent-shows, seriale, kabaretony, filmy, olimpiada, żużel, cała magma telewizyjna przykrywająca ją po sam czubek głowy, unieruchamiająca, przynosząca ulgę. Telewizor był dla niej lepszym znieczulaczem niż antydepresanty - które również ochoczo brała. Mimo niepodważalnego działania przepisanych jej kiedyś prochów nic nie działało wieczorem tak uspokajająco jak jednostajny, płynący niemal morską falą szum telewizyjnych obrazów: a to lampart rozszarpujący łanię w dzikim buszu, a to ocean, który akurat postanowił poszerzyć swą przestrzeń życiową o ludzkie osady, a to auta wyrzucające swoją pędzącą na wakacje, rodzinną zawartość hen, w pola zboża. Nie rozumiała, czemu inni nie podzielają jej entuzjazmu wobec telewizora, jej po telewizji się naprawdę dobrze spało ("Co tam u ciebie, Tamara?" "Wszystko okej, myślisz, że lepiej ciąć nadgarstki czy aortę?").
Programy ezoteryczne fundowały jej tyle niezapomnianych przeżyć. Ilekroć po pijaku włączała sobie Ezo TV, już po paru minutach rechotała tak, że jej śmiech budził po nocach sąsiadów.
- Pani Amalo, czy dostanę emeryturę?
- Nie.
- A to dziękuję bardzo.
- Panie Ezoteriuszu, czy zajdę w ciążę?
- Już, już puszczam w ruch wahadełko. Oj, coś tu się nie do końca pojawia. Nie najlepsza aura. Ale czy to wina pani czy pani partnera? I już widzę, że to partner, jego niemrawe plemniczki, trzeba zmienić dietę. I tu już widzę sałatki!
- Pani Isadoro Mayo Anakme, co jeszcze czeka mnie w życiu?
- Chwileczkę, już rozkładam karty. Czeka panią mięśniak macicy. Możliwa operacja. Widzę problemy w lewym jajniku. Miażdżyca. Czyrak. Osteoporoza. Przerzut mózgu do kości, wielokrotne przemieszczenie się nóg i ramion w obrębie całego ciała. Dziękuję za telefon, drodzy państwo, dzwońcie! Jesteśmy tu do waszej dyspozycji całą dobę!
Tamara zadzwoniłaby, ale stopień alkoholowego upojenia mógłby utrudnić jej wybranie numeru. Zamiast tego rzuca więc tylko do telewizora:
- Panie Macieju, najebałam się. Czy będę mieć jutro kaca?
Lecz ezoteryka nie była w stanie zapełnić pustki jej istnienia. W dodatku coś, co miało nieść pocieszenie, zastraszało ją, i można by w tym upatrywać ponurej złośliwości losu. Od dłuższego czasu z rozmaitych ezoterycznych portali i telewizji przychodziły do niej esemesy. Działo się to z regularnością i perfidią godną najbardziej wyrafinowanych tortur. Esemesy te charakteryzowały się zadziwiającym dramatyzmem leksykalnym. Brzmiały tak, jakby redagował je copywriter wyspecjalizowany w redagowaniu ulotek poświęconych końcowi świata: "WPADNIESZ W PUŁAPKĘ, bo nie przewidzisz, czego się nie spodziewasz! To będzie szok i ogromna strata, popłyną smutne łzy!". Inne działały jak totalitarne władze, nakazując pełną lęku czujność: "Obserwuj pole bitwy. Właśnie ktoś wysłał do ciebie swoich posłańców. Ważna wróżba, lekceważenie oznacza punkt dla drugiej strony". Jeszcze inne operowały poetyką rodem z antycznej tragedii: "GRZECH POKOLEŃ - to powód twojego pecha i trudności! Grzech pokoleń blokuje szczęście i odbiera ci miłość, zdrowie i pieniądze!".
Tamara się nawet tą całą klątwą przejęła. Myślała, by ją z siebie zdjąć. Cała sprawa nie była w końcu taka droga - zdjęcie klątwy proponowano po rozsądnej cenie trzech złotych od esemesa, ostatecznie jednak Tamara nie zdecydowała się na to rozwiązanie. Zdecydowała się na inne, nieco droższe, choć dużo bardziej skuteczne, wręcz niezawodne. Trzeba bowiem dodać, że jest na tym świecie coś, co nie podlega utracie, zawsze obecne i dostępne, przychodzące na wezwanie, o ile zawczasu zadba się o zakupy - alkohol.
Na złodzieju czapka gore, mówią. Ale jeśli chodzi o Tamarę, od kilku godzin świeżo upieczoną morderczynię, rzeczy mają się zgoła inaczej. Nic nie gore na niej ani w niej - Tamara jest jak latarnia morska, która uległa awarii. Siedzi na brzegu swojego własnego łóżka jak manekin z gabinetu figur woskowych, nieruchoma, otępiała i bez czucia. Jej ręce, które zaledwie godzinę temu trzymały narzędzie zbrodni, teraz wiszą bezwładnie po obu stronach ciała i nawet nie mają siły sięgnąć po papierosa. Zresztą nie ma chyba po co sięgnąć - w jej domu nie ma już papierosów. Są tylko niedopałki, wypalone jak ona. Nie ma żaru, jest popiół.
I rzeczywiście, gdyby rozejrzeć się po tym pokoju, który w bladym świetle wpełzającego przez okno świtu ujawnia swoje ponure kształty, nie dostrzegłoby się niczego, co nadaje się do użycia. Wszystko jest zużyte, zjedzone i przetworzone - jak ona. To, co siedzi tu na łóżku, owo opakowanie po przeszłym człowieku, nie jest nawet w połowie tak atrakcyjne jak doszczętnie wyżarta zawartość.
Nasza morderczyni siedzi na łóżku zasłanym granatową narzutą i obserwuje ten świt pełznący po podłodze aż pod jej brudne, wczorajsze stopy. Stopy Chrystusa w godzinę po Drodze Krzyżowej. Świt przedziera się z gadzim mozołem przez nieszczelne zasłony, podchodzi coraz bliżej, na palcach, jak potwór. Z ciemności wyłaniają się pierwsze kształty - komoda, stolik nocny, telewizor. Nie da się ukryć, że są to zarazem kształty ostatnie - jeśli chodzi o wystrój wnętrz, panuje tu absolutny minimalizm, natomiast diabeł, ten ulubiony przez wszystkich, epizodyczny bohater, jak zwykle tkwi w szczegółach. To one, rozpanoszone po całym pokoju niczym średniowieczna zaraza, robią tutaj za wystrój właściwy, tak zwaną kwintesencję. To z nich można odtworzyć tryb życia naszej Tamary z precyzją dorównującą tej, z jaką naukowcy odtwarzają jadłospis i intensywność życia erotycznego dinozaurów na podstawie ich kości.
Co my tu mamy? Brudne ubrania. Zmarłe muchy i komary. Dwie puste butelki po winie, jedną po wódce. Parę opakowań po papierosach. Popielniczkę wypełnioną petami. Fifkę do palenia haszu i marihuany. Dwa opakowania po lekach przeciwbólowych. Resztki substancji psychoaktywnych na lepkiej od brudu podłodze. Jej pokój przypomina pokoje hotelowe gwiazd - te, w których znajduje się je martwe.
Jest tu mnóstwo rzeczy, lecz wielu też nie ma. Na przykład wyrzutów sumienia. Gdyby Tamarze zrobić test na ich obecność, wynik byłby ujemny. Brak też zewnętrznych oznak zdenerwowania - na jej twarzy nie pojawia się najmniejszy grymas. Inna sprawa, że po dwudniowym imprezowym maratonie, w którym brała udział, jej twarz mogłaby z powodzeniem zdobić plakat wstrząsającej kampanii antynarkotykowej. Dominują w niej szarość i fiolet, źrenice są rozszerzone, włosy potargane i wzbogacone czymś w rodzaju krajobrazu cmentarnego: zeschłymi liśćmi, błotem, kurzem, pajęczyną, krwią, śladowymi ilościami wszystkiego, co można znaleźć w świecie, szczególnie w jego nocnych powiatach. Makijaż należy do kategorii wczorajszych wspomnień, a z siniaków, zadrapań i cieni występujących na jej ciele można by ją lepiej odczytać niż z linii papilarnych. Jeśli chodzi o urodę tej dziewczyny, to z całą pewnością poprosiła ona dzisiaj o L4 - gdyby dziś było Halloween, to Tamara mogłaby przebrać się za samą siebie i wygrać konkurs.
Jednak jej ciało to nie tylko zniszczenia i ubytki - nawet w tej strefie zero coś się wybija. Są to fragmenty innego ciała. Odrobina zabitej dziewczyny kryje się pod paznokciem Tamary, w postaci strzępu naskórka, a gdzieś na jej ubraniu znalazłoby się również parę należących do denatki włosów. W niej natomiast znajduje się czyjaś sperma. Teraz właśnie wypływa z Tamary, strużką po jej udach płynie żałosne wspomnienie po kimś, kto nieproszony wpadł w gości. Zdaje się, że Tamara, to znaczy jej ciało, znów była torami dla tego słynnego tramwaju zwanego męskim pożądaniem. Obiektem jej pożądania zaś były narkotyki twarde - w toku badań toksykologicznych z pewnością można by stwierdzić w jej organizmie obecność kokainy, mefedronu, ketaminy i alkoholu, a może i czegoś jeszcze. Tamara stanowiłaby duże wyzwanie dla studentów chemii. Mimo to nie czuje się pobudzona, przeciwnie - jest dziwnie opanowana. Wprawdzie nie może zasnąć, ale jest to raczej spowodowane skupieniem, jakiego doświadczają wyćwiczeni w praktykach medytacyjnych mnisi, a nie zażytymi środkami. Tamara ma wrażenie, jakby w jej ciele zacumował gigantyczny transatlantyk. Wzburzone wody wygładziły się. Nie ma nic poza lodowatym opanowaniem, poza pustką.
Podejrzewa, że trupa jeszcze nie odkryto. Jest na to za wcześnie. Tak oto śmierć zarazem stała się faktem i nie stała - zabita jest teraz czymś w rodzaju kota Schrödingera. Chociaż umarła, to wciąż jeszcze żyje w umysłach ludzi nieświadomych jej śmierci. Dopóki ktoś nie znajdzie zwłok, nie zawiadomi policji, dopóki wieść nie rozprzestrzeni się jak nasiona dmuchawca - będzie trwał stan przejściowy między życiem a śmiercią.
Może za parę godzin ktoś wejdzie do pokoju, który był miejscem zbrodni, zaniepokoi się leżącą w nim nieruchomo trzydziestolatką, zdejmie z jej twarzy poduszkę i zakryje usta dłonią. Swoje usta. Osoba nieżyjąca zawsze wzbudza w żyjących panikę.
W życiu umieranie jest nieodwołalne i jednorazowe, "a kto umarł, ten nie żyje", jak to mówią. Trupy występują tu wyłącznie jako portrety trumienne lub manekiny w wizji lokalnej, tylko ci żywi są żywi naprawdę, czego dowodem ich nieustające czynności życiowe: od pochłaniania i wydalania po miłość, budowę domów, dbałość o lokaty oszczędnościowe. Tymczasem powieść nie zna takich ograniczeń. Tu można sobie pozwolić na więcej wobec tak przykrych faktów jak śmierć i jej następstwa.
Bo oto mamy piątek, dwa dni wcześniej. Zapada zmierzch, szare mgły wschodzą nad Warszawą, tym udręczonym miastem - jeńcem wojennym, którego tożsamość w wyniku rozlicznych przykrości została rozdarta na kawałki i naprędce sklecona na nowo z tego, co było pod ręką. To miasto odpala nad głowami swoich mieszkańców race bezwzględności, wyciąga po nich ręce rosnące szybko jak pędy fasoli. Gdzieś po tym mieście krąży dziewczyna, która za dwa dni przeobrazi się w zwłoki, tymczasem ta, która ją zabije - Tamara Mortus - leży na podłodze w swoim mieszkaniu i czuje się jak wrak małego samolotu, namierzony gdzieś w przestworzach i strącony w przepaść przez nieznanych sprawców. Zawija długie włosy na drżących palcach, zapala papierosa, pozwala, by dym leciał w górę, niemal pod sam sufit, i ma wrażenie, że jest ułożonymi na stosie zwłokami.
Tamara wciąż żyje - wbrew swemu nazwisku i temu, co robi, by mu sprostać. Od dawna już kolaboruje ze śmiercią, prowadzi z nią negocjacje w sprawie rychłej fuzji. Kartą przetargową jest alkohol oraz używki innego typu; to za nie Tamara jest skłonna oddać śmierci swoje udziały, ta jednak wciąż się nie zjawia, ciągle kpi z jej wysiłków.
Dziś znów, od południa, Tamara prowadzi z nią rozmowy. Zdążyła już, do osiemnastej, która wybija na zegarach, wypić trzy duże cytrynówki i butelkę wina, a całość doprawić odrobiną haszu. Przed oczami ma obraz jak z płócien impresjonistów - stado migoczących, różnobarwnych plamek. Mówi się, że alkoholik nie pije z byle kim. Tamara myśli więc, że pijąc samotnie, nigdy nie będzie alkoholiczką.
Upewniła się, że ma w domu solidny zapas substancji psychoaktywnych: chce bowiem przebywać w nim (w domu, jak i w błogosławionym stanie upojenia) jak najdłużej, najlepiej przez cały, właśnie rozpoczynający się weekend, na który - tak się od paru lat składa - nie ma żadnych towarzyskich planów. Jedynym towarzyszem, a zarazem świadkiem jej upadku, jest to miasto, Warszawa. Jego wielkie cielsko poprzetykane ciągiem kolumn, kamienic, wieżowców z wielkiej płyty, rozjaśnione tysiącem migających neonów. Stosunki na linii Tamara-Warszawa przypominają te między kibicami zwaśnionych klubów sportowych. Mimo to dziewczyna nie umie stąd wyjechać, nie wiadomo, jak to wytłumaczyć, to rodzaj uzależnienia, syndrom sztokholmski. Jeszcze jakiś czas temu Tamara wyszłaby z domu i otworzyła się na rozległą propozycję miasta, na wszystkie jego guzy, zrosty, wyrzutnie i zapadnie, na te miejsca, w których ono odstaje od normy, wskazuje podwyższone, chorobowe markery. W te właśnie miejsca chciałaby dojść, zlizać z nich całą sól nocy, tak jak zwierzęta zlizują ją w zimie z ulic. Jednak od dłuższego czasu tego nie robi. Zamiast wyjść do miasta, woli wyjść po wino.
Dwie godziny później jest na Starówce - tej części stolicy, której nie cierpi chyba najbardziej. Wiedza historyczna w niczym nie pomaga: warszawskie Stare Miasto przypomina jej makietę wyhodowaną w umyśle szurniętego architekta i powoduje, że jej rozbrat z rzeczywistością staje się jeszcze bardziej dojmujący.
Oczywiście w dzielnicy, w której mieszka, nie jest lepiej, ale przynajmniej nędza stosunków międzyludzkich jest tu autentyczna i adekwatna do perfekcyjnie jednakowych, przytłaczających rozmiarem budynków mieszkalnych. Nikt nie próbuje jej przełamać lukrowaną otoczką różnokolorowych domków z pudełek od zapałek. To wszystko sprawia, że Tamara przynajmniej nie sprawdza codziennie rano przed lustrem, czy nie zmieniła się w Smerfetkę.
Zawsze zastanawiała się, czemu tak źle się czuje, spacerując po Starówce - bo przecież w przeszłości spacerowała, snuła się tymi symulującymi przytulność uliczkami, samotnie, człowiek widmo w wymarłym mieście. I wreszcie to odkryła - jej niechęcią rządziła zasada podobieństwa. Przez długi czas Tamara, tak jak Starówka, prezentowała swoją fasadę, jak umiała najlepiej, byle ktoś się na to nabrał. Jak wszystkie dziewczyny w newralgicznym wieku, wieku generującym największe potrzeby seksualne, wsłuchana w pieśń brzmiącej jak Enya macicy, zastawiała wnyki na tych, którzy byli skłonni uczestniczyć w tym tańcu godowym. Do czasu kiedy poczuła do tego tak głęboki wstręt, że nie mogła już patrzeć na siebie inaczej niż jak na mieszkańca krainy skorupiaków, które urządzają swoim odwłokom konkurs piękności. Decyzja przyszła wtedy, gdy poczuła, że jej cipa przypomina rondo de Gaulle'a w godzinach szczytu. Ogłosiła moratorium na swoje seksualne usługi.
Co chciała zdziałać tą śmiałą postawą? Prawdopodobnie z jednej strony miała nadzieję ograniczyć swój własny miłosny marketing bazujący na niezłomnym przekonaniu, że za rogiem czeka na nią jeszcze korzystniejsza oferta, więc nie warto poprzestawać na obecnej, z drugiej zaś kierował nią wyuzdany pomysł, jakoby zakazany owoc miał smakować lepiej. Była nauczona tego, że za każdym sukcesem stoi odpowiednia strategia, ale jako że - odczuwając głównie pustkę, gorycz i rozczarowanie - za cholerę nie wiedziała, czym jest dla niej sukces, poprzestała na razie na strategii.
Niestety, pomyliła się - takie sztuczki działały może za czasów pramatki Ewy i praojca Adama, ale na pewno nie w czasach szybkiego łącza z nielimitowanym transferem w godzinach nocnych. Telefon przestał dzwonić. Jeśli ktoś miał darmowe minuty, na pewno nie wykorzystał ich na Tamarę. Skrzynka mejlowa powoli zapełniała się wiadomościami o możliwości przedłużenia penisa i rabatach na Tele Pizzę. Po gromkiej ciszy, z jaką na Facebooku obchodzono jej urodziny, Tamara ze wstydem usunęła stamtąd swój profil. W jej życiu towarzysko-seksualnym zapanowała cisza jak na polu bitwy po zakończeniu działań wojennych.
Odkrycie, że posiada niezaprzeczalną urodę, stało się dla niej kulą u nogi. Kiedy ciało ma wysoki stopień atrakcyjności, zupełnie nie wiadomo, jak z nim postępować - oto były refleksje Tamary na nowy wiek, które chciała spisać jak najprędzej w formie eseju i wysłać do odpowiednich redakcji. Kiedy w okolicach osiemnastego-dziewiętnastego roku życia odkryła, że upodobanie do jej tkanek jest powszechne i może przebierać w ofertach seksualnych niczym w ulęgałkach, poczuła się oszołomiona jak Kolumb dobijający do wybrzeży Ameryki. Ta świadomość otworzyła puszkę Pandory, w której do tej pory szczelnie upchnięte było jej życie. Teraz wybuchło, z sykiem, i rozlało jej się pod nogami. Nowe odkrycie spowodowało, że urocza gimnastyka z korkociągiem do wina, jaką uprawiała co weekend, a później już co drugi dzień, zmieniła się w gimnastykę bardziej namacalną, sprzyjającą utrzymaniu odpowiedniej wagi ciała. Seks sprzyja dobrej figurze, owszem, sprawdziła to. Jej oczy, jej włosy, jej cały układ kostny i mięśniowy, wszystko, co tworzy się w łonie matki, a czasem zostaje przedwcześnie rozpoznane jako patologiczna zmiana i wycięte - mały potwór z włosami i skórą - podobało się bardzo i Tamara mogła z tego do woli korzystać, próbując różnych pozycji z Kamasutry.
Po latach, dobijając do trzydziestki, przerażona tym, że ma już gotowy materiał do rewolucyjnego podręcznika Jak przelecieć armię Wojska Polskiego w tydzień, zamknęła swe podwoje, ale nie przysporzyło jej to ani fanów, ani radości. Znudzona bezruchem w interesie i zachęcana przez podręczniki dla wytrwałych joginów do tego, by wprowadzać w swe życie harmonię, wpadła więc na pomysł cofnięcia nałożonego na cipkę embargo. Ściągnie na nowo simlocka i znów udostępni kod do swojej waginy, która teraz stała smętnie w porcie jak nieużywana, rdzewiejąca barka. Brak seksu zmieniał ją w więdnącą roślinę ogrodową - pożółkłą, zeschniętą, zmurszałą. Niechętną wszystkiemu, obojętną. Z drugiej strony, kiedy jej cipa pędziła na złamanie karku za każdym co okazalszym bywalcem męskich bokserek, wcale nie było lepiej. Wtedy czuła się zużyta niczym wzięta w leasing sztuczna szczęka. Nijak nie potrafiła rozsupłać tego węzła gordyjskiego, słynny złoty środek w postaci tak pożądanego społecznie związku miłosnego nie był dla niej żadnym rozwiązaniem.
Kiedy tak sunęła z oporami przez te rozległe przestrzenie wypełnione ludźmi, ptakami, roślinami w różnych kolorach, małymi chińskimi filiżankami, fotelami obitymi skórą, autami o różnym przebiegu i drogami łączącymi wszystkie, najbardziej odległe zakątki globu, miała wrażenie, że życie jest nieuporządkowanym pasem startowym, a ona wielką, stalową maszyną lotniczą, o którą to wszystko się rozbija i ginie gdzieś w dole, pod małymi kołami. Wszystko, co nie było nią, oblewało ten beznamiętny, szary kadłub, którym była, i rozstępowało się przed nim jak masy gorącego powietrza. I wciąż uparcie śpiewało tę groteskową piosenkę: Otwórz te zalakowane drzwi, zabierz na pokład jakichś pasażerów. Chcemy do ciebie przywrzeć jak ciepłe usta do umarłej osoby. A ona, ta maszyna, którą była, sunęła dalej niewzruszenie w stronę drwiącej z niej plamy słońca.
Tamara stoi w umówionym miejscu, próbuje przypomnieć sobie jakieś hasła, których uczono jej na treningach rozwoju osobistego, jakieś afirmacje, coś, co ma moc rozpraszania mroku. Szuka w głowie jakiegoś wyimaginowanego włącznika światła, ale nie może go znaleźć. Wciąż natrafia na nagie, zimne ściany, po których ślizga się jej naga świadomość. Twoje myśli tworzą rzeczywistość - przypomina się Tamarze, musiała to przeczytać w jakimś podręczniku do nauki zwiększania własnej aury oraz podnoszenia wibracji. I widzi nagle swoją rzeczywistość jako sklejoną bryłkę brunatnych odchodów, toczoną pod górę przez żuka gnojaka. Oczywiście bez większych sukcesów, syzyfowe prace.
Dziewczyna jednak pociesza się, że mimo braku uroku osobistego, mimo samopoczucia pacjenta zakładu psychiatrycznego po serii elektrowstrząsów oraz spokoju żołnierza przedzierającego się przez wietnamską dżunglę, chyba wciąż jeszcze jako tako wygląda. Choć oczywiście metrykalnie jest już ciastem z zakalcem, ryczącą trzydziestką. Cokolwiek mówiłyby na ten temat gazety, oto nadchodzi mityczny kryzys wieku średniego. Rzeczy, które nie miały mieć wpływu na twoje zdrowie, były niewinną rozrywką młodzieży, nagle okazują się zagrożeniem - na przykład palenie. Kilka miesięcy temu Tamara dowiedziała się od lekarki, że ma czterdziestoletnie płuca. W oszołomieniu wodziła wzrokiem po karteczce z wynikiem badań. Owszem, od piętnastu lat robiła sobie zdrowotne inhalacje z nikotyny, a raz nawet z heroiny, ale przecież ludzie postępują tak latami i nic im się nie dzieje. Umierają na coś zupełnie innego. Na przykład na marskość wątroby.
Życie jest niesprawiedliwe - Tamara odkryła głęboką prawdę, na której mogłaby zbić fortunę, gdyby tylko opublikowała ją w formie książki.
Kolega wyłania się zza rogu, nagle. Spada na Tamarę niczym klątwa. Niestety, w jego nieźle zapamiętanej przez Tamarę kontrowersyjnej urodzie nie nastąpił żaden progres. Jego nos dalej przypomina abstrakcyjną rzeźbę wykonaną przez niezdolnego artystę, brzuchowi przybyło dodatkowych parę centymetrów, a włosy, jak to zwykle bywa, zdecydowały się na masowy exodus z okolic głowy, by dokonać desantu na niczego nieprzeczuwające brwi i uszy. Cały wygląda jak kartofel wygrzebany z ziemi w nieodpowiednim czasie. Jednak dodaje sobie animuszu firmowym płaszczem. Tani Armani? - zastanawia się Tamara.
Nie wie, czy się roześmiać, czy rozpłakać. To coś w jej środku, co powinno być ciałem stałym, rozpływa się jak tłuszcz na rozgrzanej patelni, Tamara czuje, że pod jej nogami formuje się ciepła kałuża jej rozbełtanych resztek. Chce, by jej ciało miało umiejętność rozpuszczania się, jak zwłoki w kwasie. Jednak jest za późno, sputnik namierzył cel, atakuje widzianą na celowniku planetę z całą siłą swego uzbrojenia.
Bernard podchodzi do Tamary i całuje ją w policzek. Kiedy to robi, ta czuje kropelki potu na jego skórze. Wprawia ją to w lekkie obrzydzenie. Znów drętwieje, ale nie wie, co zrobić, pozwala mu dokończyć przywitanie. Wciąż musi doprowadzać się do porządku - mimo nieznośnego nerwowego napięcia zna przecież obowiązujące w świecie zasady postępowania i wie, co grozi za ich złamanie. Mimo wszystko nie może opanować silnego drżenia. Bernard robi stosowną do swojego imienia minę mnicha zatroskanego o dobro ludzkości:
- Chłodno ci? Chodźmy szybko do lokalu, zarezerwowałem stolik tu w knajpie obok.
Tamara zgadza się, cóż jej pozostaje. Idzie za nim jak baran na rzeź. Takie ma też samopoczucie.
Kiedy już moszczą się na swoich krzesłach w całkiem przytulnej, choć spreparowanej na potrzeby turystów warszawskiej restauracji, robi jej się ciut lepiej. Oczywiście dlatego, że na stole ląduje alkohol. Już pierwszy kieliszek wina, który Tamara wypija niemal haustem, sprawia, że mrok zostaje rozjaśniony o jeden odcień. Wewnętrzne napięcie staje się mniej dokuczliwe, odrobinę.
Po kwadransie kulturalnych rozmów o niczym znów robi się niebezpiecznie. Bernardowi wyraźnie zbiera się na zwierzenia. Odczuwa potrzebę wyrzucenia z siebie nagromadzonych lęków, rozczarowań, frustracji. Na nieszczęście Tamary nie chce już dłużej tłumić swoich emocji. Bierze więc głęboki wdech, upija łyk swojego wina, a na jego twarzy pojawia się taki wyraz, jakby cała jego rodzina przed sekundą zginęła w wypadku drogowym.
Tamara zastanawia się, czy nie wyjść do toalety i nie uciec przez znajdujący się tam lufcik, widziała coś takiego wiele razy na amerykańskich filmach. Obawia się, że nie zniesie jego wyznań, nie nadąży z dostarczaniem swojej twarzy odpowiednio zatroskanego wyrazu - przy stopniu jej obecnego emocjonalnego wydrążenia trudno sobie nawet przypomnieć, jak wyglądają te pełne empatii miny. Dlatego chce uciec. Ta myśl pociąga ją tak mocno, jak maklera giełdowego pociąga ryzykowna operacja finansowa. W mózgu Tamary wytwarzają się endorfiny. Czuje się tak, jakby przed chwilą wzięła kreskę koksu, ale taką przedobrzoną, długości Muru Chińskiego.
Kurczowo zaciska dłoń na trzymanej pod stołem torebce. Bieleją jej kostki, wilgotnieją dłonie, ale nie zwalnia uścisku. Żałuje, że to nie nóż - wyobraża sobie, jak ten powoli wchodzi w jej ciało, jak robi coraz głębsze nacięcie, jak krew powoli zaczyna kapać na podłogę, formując pod ich stolikiem wielką, czerwoną kałużę.
Mija może minuta - tak wiele wydarzyło się w wyobraźni, rzeczywistość jak zwykle pozostała na nią obojętna. Bernard, nieświadomy tego milczącego dramatu, jaki rozegrał się w głowie Tamary, zaczyna tłumaczyć, co leży mu na wątrobie. Otóż odkrył zdradę swojej żony i w związku z tym odczuwa duży dyskomfort. Tak właśnie mówi, duży dyskomfort, jakby zdrada była czymś w rodzaju świądu sromu.
- Boję się - kontynuuje - że stracę twarz w oczach moich podwładnych, rozwód zawsze wygląda źle. W końcu pokazujesz wtedy innym, że nie powiodło ci się w życiu, że nie potrafisz nawiązać trwałych relacji. Tymczasem trwałość jest kwestią kluczową, również jeśli chodzi o budowę solidnego, zwartego działu pracowników, trwałość stanowi fundament, element konstytutywny - z ust Bernarda pada jeszcze mnóstwo słów jak z tekstu naukowego dla studentów pierwszego roku dowolnego kierunku.
Tamara, skupiona na swoim winie, zastanawia się, czy nie podrzucić mu jeszcze paru określeń: "transcendować", "postrefleksyjny", "fenomenologiczno-egzystencjalny" czy wreszcie - "odsyłający do heideggerowskiej analityki Dasein w interpretatywnym procesie myślącego jestestwa".
Tymczasem on przerywa i patrzy na nią wzrokiem pełnym smutku.
Tamara przez chwilę nie wie, co powiedzieć. Komora maszyny losującej jest pusta. "Żona cię zdradza? Tak strasznie mi z tego powodu wszystko jedno" - chce mu oznajmić, ale wie, że to nieładnie, więc milczy. Zaczyna się zastanawiać, czy to jest wzrok używany do patrzenia na żonę w momencie, gdy już wiesz, że z erekcji nici, i próbujesz usprawiedliwić brak pociągu do starzejącego się ciała jakąś obiektywną przyczyną typu zmęczenie czy niepowodzenia w pracy. Nagle nachodzi ją straszna myśl, że może on chce właśnie tego - wzbudzić w niej litość, by pójść z nią do łóżka. To dlatego umówił się z nią właśnie tutaj, w jednej z najbardziej jałowych części tego miasta, w której pełno drogich hoteli.
Wyobraża sobie, jak Bernard delikatnie całuje jej wargi, głaszcze opuszkami palców jej włosy i materiał jej sukienki - oglądał to z żoną tysiąc razy na filmach romantycznych i widział, że żona reagowała entuzjastycznie, a zatem tak właśnie należy, to część strategii uwodzenia.
Teraz prawda dociera do niej z całą mocą: wszystko się zgadza - droga restauracja, czerwone wino, świece i miły kelner. Kiedy to sobie uświadamia, ogarnia ją dojmujący strach. Czy wytłumaczyć mu, że seks ją brzydzi, że od dłuższego czasu, od około trzech lat go nie uprawia i nie wyobraża sobie, że mogłaby znowu zacząć? Nie wyobraża sobie tego, że mogłaby znów brać do rąk te ciastowate, białe członki, wkładać je w usta i inne części ciała, wykonywać te żałosne ruchy, słuchając czyjegoś oddechu. Nie wyobraża sobie wypowiadania tych idiotycznych formułek, wymieniania się nikomu niepotrzebnymi numerami telefonów, na które natrafiasz przypadkiem wiele miesięcy później i nie możesz ich skojarzyć z żadną realnie istniejącą osobą.
No nic, myśleniem bomby nie rozbroisz. Dlatego Tamara decyduje się coś powiedzieć, żeby przerwać ciszę, odgonić to seksualne zagrożenie. Odzywa się jej skłonność do teoretyzowania - zaczyna więc tłumaczyć Bernardowi, że rozwód to dziś powszechne zjawisko, czy Bernard wie na przykład, że już połowa małżeństw zawartych w USA kończy się rozwodem? Przytacza dane znalezione w jakimś magazynie obok interesującego artykułu z zakresu ajurwedy.
- Uczucia są czymś, co podlega wyczerpaniu, jak środki na koncie - mówi to głosem pełnym przekonania, choć czuje się jak silący się na dowcip ekspert z telewizji śniadaniowej. Chociaż to do niej niepodobne, rozpędziła się i nie może przestać: - Jeszcze w czasach licealnych to wszystko może się udać, mogą się pojawić te przysłowiowe motyle w brzuchu, później ze wszystkich organizmów żyjących w ludzkim ciele można liczyć głównie na grzyby, drożdżaki i pleśnie. Nuda i rozczarowanie, oto para współczesnych kochanków, kopulujących przez łącza internetowe - dorzuca ze sporym zapałem i choć z jednej strony wstydzi się tego, co mówi, z drugiej jest to wyzwalające; oto rzeczy, które w tym klasztorze Shaolin, zwanym także Życiem, przekazał jej wielki mistrz Osobista Autopsja.
Wreszcie spogląda na twarz kolegi - ten słucha jej z kompletnym brakiem zrozumienia, z narastającym zdziwieniem, jakby tłumaczyła mu teorie budowy atomu.
- Przeżyłem z żoną dziesięć lat - protestuje - rzadko się kłóciliśmy, mamy dwójkę dzieci. Owszem, małżeństwo jest trudne - mówi - małżeństwo to kompromisy i wyrzeczenia, ale też dążenie do konsensusu. Cały sęk w tym - kontynuuje - by sprawiać komuś codziennie małe przyjemności, by nie zapominać o partnerze. W toku życia nie stracić go z oczu. Jego i jego potrzeb.
Tamara po pełnej napięcia chwili konsternacji wzmaga tempo picia. Kończy kolejny kieliszek, niby naturalnym ruchem dłoni nalewa sobie następny. W butelce pojawia się mało oczekiwane dno - tak się składa, że prawie wszystko wypiła sama, Bernard męczy się wciąż z pierwszym kieliszkiem.
Ale Tamara jest z siebie zadowolona - skoro już ma wysłuchiwać tych bzdur, to chociaż się upije za cudze pieniądze. Niestety, ma pewne obawy w związku z tym całym równouprawnieniem, które stanowi zagrożenie dla jej portfela. Mimo niepokoju finansowego (wprawdzie ma jeszcze jakieś pieniądze, resztki oszczędności, kartę kredytową z przyznanym niegdyś, za czasów prosperity, na wyrost limitem, debet w innym banku, ale nie chce ich tracić w tak głupi sposób, jako wolny słuchacz podstarzałego idioty), słucha go dalej z udawaną uprzejmością, zdobywając się nawet raz po raz na coś w rodzaju pełnego zrozumienia uśmiechu.
- Uważam nasze małżeństwo za udane - kontynuuje Bernard - mieliśmy podobne zainteresowania, cele. No i dzieci, przecież mamy dzieci, przede wszystkim łączą nas dzieci! To skandal, że ona zdecydowała się tak po prostu odejść i zabrać mi dzieci, bo wiadomo, że dzieci zostaną z nią, w tym względzie sądy są takie stronnicze. Do tego za parę miesięcy walentynki, nasza rocznica ślubu.
Tamara przez chwilę nie jest pewna, czy dobrze usłyszała. Trudno jej samej stwierdzić, na którym etapie choroby alkoholowej się znajduje, a czytała gdzieś, że na którymś pojawiają się omamy słuchowe.
- Walentynki? - mówi niepewnie, jakby była lekarzem próbującym zachęcić pacjenta do zwierzeń na temat przebytych chorób wenerycznych.
Bernard kiwa głową w milczeniu.
Tamara wpada w nagłą wesołość. Sytuacja wydaje jej się absurdalna, zaczyna się czuć jak Bronisław Malinowski badający zwyczaje seksualne dzikich. Zbiera jej się na dowcip, dlatego opanowuje znudzenie, przybiera pozę mędrca, nasuwa na nos wyimaginowane okulary i mówi z powagą, profesorskim tonem:
- Walentynki. Niewielu ludzi wie, że walentynki tak naprawdę wymyślił radziecki badacz, myśliciel i ekonomista, Valentiej Valentiejew Valentynowicz, który jako pierwszy, podczas mroźnej zimy 1918 roku, wysłał Leninowi wyrazy uznania i uwielbienia na czerwonej kartce pocztowej. Moda przedostała się na Zachód, do Meksyku, wraz z uciekającymi trockistami, jednak w zderzeniu z lokalną kulturą i tradycją religijną zmieniła nieco formę i rozpowszechniła się jako obchody dnia świętego Walentego... patrona umysłowo chorych.
Bernard reaguje dopiero po minucie konsternacji. Tłumaczy Tamarze, że może się śmiać, może kpić, ale pewnego dnia sama zrozumie, jak trudno pogodzić się z tym, że miłość umiera, że ta świeca gaśnie. A ludzie przecież stworzeni są, by spoglądać w jej płomień. Upija jeszcze łyk wina i patrzy przed siebie z melancholijnym wyrazem twarzy. A co do pochodzenia święta walentynek, doskonale wie, iż jest ono anglosaskie.
Tamara kiwa głową, udając zrozumienie, choć tak naprawdę obawia się, że jej mózg robi sobie z niej żarty i każe jej słyszeć słowa, które nie mogły być wypowiedziane poza murami zakładu dla obłąkanych. Zaczyna myśleć, że słabo znała Bernarda, teraz widzi, iż jest on osobą, która nie tylko nazbyt często musi googlować siebie, on musi googlować Google.
Nerwowo wypija ostatni łyk wina, zerkając na kelnera. Czy nie mógłby znów podejść, zainteresować się losem kieliszków? Niestety, tak się nie dzieje, kelner jest zajęty innym stolikiem, może państwo zamówili więcej żurawiny, więcej pestek z dyni, więcej grillowanych karaluchów w sosie z pajęczyny.
Na kursach medytacji uczyli Tamarę, żeby koncentrować się na danym zagadnieniu, na tym, co chcesz do siebie przyciągnąć. Więc Tamara myśli: alkohol, alkohol, wino, wino, wódka! Robi to tak intensywnie, że jej myśli aż odbijają się echem po całym lokalu. Niestety, nikt ich nie słyszy, nie ma tu żadnych dyplomowanych mediów, wędrówki w zaświaty się nie powiodą. Cóż więc. Tamarze pozostaje pysk tego dzwonnika z Notre Dame, tego mnicha od siedmiu boleści; o nie, po jednej sekundzie wahania Tamara już wie, że nie da rady, wbije mu nóż kuchenny w dłoń, nie zniesie go bez alkoholu.
- Może jakiś alkohol? - mówi.
Cisza, jaka zapada, przypomina tę, jaka spada na miasta po kurtuazyjnym bombardowaniu ich przez państwa wrogie. Nie usłyszysz nawet muchy.
- Naturalnie - mówi w końcu Bernard. Ale jego słowa są jakieś nieostateczne. Jakby mierzył do celu, ale jeszcze nie nacisnął na spust, dopiero opukiwał go spoconym palcem. Powie, że zatrzymał się w pobliskim hotelu, obstawia Tamara. Zdaje się, że już brała udział w tym teleturnieju.
- A wiesz, zatrzymałem się w pobliskim hotelu - mówi Bernard.
Tamara myśli: miałam niedawno możliwość zamieszkania w mieszkaniu na jedenastym piętrze ze spadem na beton, dlaczego nie skorzystałam?
Myśli nad innymi, prędkimi sposobami samobójstwa, takimi instant. W jednej sekundzie żyjesz, a w następnej woda się zagotowała, zalewasz produkt i już bawisz w świecie uprzywilejowanych względem żywych truposzy. Ale nie przypomina sobie takich, zawsze są jakieś atrakcje: rzyganie, śpiączka. Odechciewa jej się. Może zatruć się kalmarami? - myśli. Na pewno mają nieświeże. Kalmary w Warszawie! Kalmary z pobliskiej Wisły! Radioaktywne kalmary w sosie z rybiego gówna i sałatką z wiślanego błota, spécialité de la maison. El secreto de la casa.
Tamara myśli, że chyba będzie rzygać. Czuje, że ten kompost, który zajął miejsce jej wnętrzności, będzie się domagał wybicia na niepodległość. Ale ten tani Armani, ten garnitur Bernarda ją powstrzymuje, co on powie w pralni? Z jakim nieodpowiedzialnym towarzystwem był na mieście? Powstrzymuje więc napierające rzygi, myśli: bądź grzeczna, jutro też jest dzień, aviomarin. Również ludzie słonie mają prawo do bezrzygowych kolacji na mieście, w kulturalnej restauracji.
- Jesteś śliczna - mówi Bernard i nie pytając o zgodę, przesiada się na miejsce obok Tamary, chyba zachęcony tym całym jednym kieliszkiem wypitego wina. Aż poczerwieniał na twarzy. Teraz wygląda już nie jak kartofel, ale jak burak wykopany z ziemi. - Nie chciałabyś przejść się ze mną na spacer? - pyta. - Strasznie tu gorąco. Poza tym możemy się jeszcze napić w moim pokoju hotelowym. Będzie można spokojnie pogadać.
Tamarę zawsze dziwiło, że mężczyźni - nawet wyglądający jak ofiary nowatorskiej kuracji pestycydami - nigdy nie mieli problemów z wysuwaniem propozycji seksualnych. Jakby kutas w garści zdawał im się tak cennym dobrem, że przyćmi wszelkie niedostatki urody i charakteru.
- Może tu się jeszcze napijemy? - z ust Tamary wydobywa się coś zdławionego, głuchego, coś co przypomina odgłos kauczukowej piłeczki toczącej się po blacie.
Bernard zdaje się jej nie słyszeć. Patrzy na nią na poły żałosnym, na poły przejętym wzrokiem. Tamara nie wie, co robić, nie wypada jej zostać samej w restauracji, tymczasem Bernard już podnosi się od stołu, ściąga jej płaszcz z wieszaka i staje obok, by zarzucić go jej na ramiona, dżentelmen w każdym calu. Widać, że spędził lata dziewięćdziesiąte na oglądaniu komedii romantycznych z VHS-ów.
- Chodźmy, będziemy mogli spokojnie pogadać - powtarza. Pryszcze świecą mu na twarzy jak radioaktywny odpad.
Tamara sięga do zasobów swojej wyobraźni. Przed oczami staje jej jego białe, tłustawe ciało, kręcone, ciemne włosy na rękach, nogach, klatce piersiowej, jego wykrochmalone specjalnie na dzisiejszą okazję kalesony, na co dzień zastępowane bielizną szarawą, przybrudzoną, na której odchody pozostawiły różnorakie, abstrakcyjne wzory.
Jest pewna, że nie mogłaby się zmusić do tego, by wziąć do ręki ten żałosny kawałek skóry wypełniony mięsem. Chyba odwiozłoby ją pogotowie na sygnale, pokrytą własnymi wymiocinami. Strach pomyśleć, że jej pochwa stanowiła niegdyś ideał demokracji - wpuszczała na swój pokład wszystkich pasażerów, nie pytając o wiek, kolor skóry i narodowość. Dziś Tamara słabo pamięta nie tylko tych mężczyzn, ale nawet ich członki.
Lecz zaraz czuje, jak płaszcz opada jej na ramiona, niczym wieko trumny na umarłego. Ten stojący za nią to grabarz, sęp.
I nagle wzbiera w niej jakiś potok nienawiści. Czuje, jakby uaktywniła się w niej jakaś istniejąca do tej pory w stanie utajonym komórka. Dlaczego temu gnomowi w ogóle przychodzi do głowy, że mógłby ją zerżnąć? Budzi się w niej agresja wywołana jakimś dziwnym rodzajem podległości, upokorzenia. Jakby przyszła na wielką fiestę, cholernie głodna, ale i cholernie spóźniona, a na stole, niegdyś obfitym jak uda arabskiej tancerki, zostały głównie plamy po winie i ogryzione, żałosne szczątki kurczaka. Gdy patrzysz na to dłużej, zdaje ci się, że to jakaś koszmarna fatamorgana, czujesz się, jakbyś wstąpił na cmentarz dla zwierzaków - wszędzie tylko kości, białe resztki, szpik i marny kawałek wątróbki, na który rzucasz się wygłodniały niczym ofiara polityki Stalina i wtedy okazuje się, że to ktoś zrobił ci psikusa, bo to, co wylądowało w twoich ustach, to - jak dokładnie poznajesz po zapachu, smaku i fakturze - wcale nie kurza wątróbka, ale pospolite psie odchody.
I kiedy tak stoisz z rękami wiszącymi po obu stronach jak bezwładne gałęzie, śmierdząca maź wycieka ci z szeroko otwartych ust, a inni na twój widok śmieją się do rozpuku, to to jest właśnie upokorzenie.
Zaciska dłonie w pięści. Patrzy na leżący na stole nóż. Ma nieodpartą potrzebę sięgnięcia po niego, odwrócenia się i wbicia go w tętnicę tego tłustego potwora, a potem patrzenia z satysfakcją, jak na bielone ściany luksusowej restauracji tryska fontanna krwi, wszyscy klienci są w tej krwi skąpani jak w finałowej scenie filmu Carrie. Wszyscy eleganccy państwo w toczkach, futerkach, frakach nagle widziani przez czerwony filtr. Ufajdani posoką od stóp do głów, taki pomysł na szybki makijaż sylwestrowy. A później, gdy będą zajęci swoją złością, przerażeniem, moczeniem swych cennych ubrań w soli celem wywabienia plam, podchodziłaby do każdego i podcinała gardło, szybko i z precyzją, a może i niektórych potraktowałaby z większą fantazją i wyrwałaby im krtań.
Tamara kręci sobie ten miły film okiem miniaturowej, zainstalowanej w głowie kamery. W jej żołądku zaciska się pięść, ściska ją od wewnątrz, dławi wszystkie narządy wewnętrzne. Teraz właśnie przydałaby jej się joga, medytacja lub choćby szybki telefon do powiatowego guru.
Tymczasem Bernard już zdążył zapłacić i popycha Tamarę delikatnie, acz stanowczo, do wyjścia. I kiedy tylko szklane drzwi restauracji zamykają się za nią, niemal uderzając ją w plecy, a Bernard niby-naturalnym ruchem próbuje umościć swoją niezgrabną dłoń na jej ramieniu, Tamara nie wytrzymuje, odwraca się do niego z impetem i syczy, niewyraźnie, pijana, swoimi ustami upstrzonymi czerwonym winem:
- Dlaczego myślisz, że mogłabym się ruchać z kimś tak obleśnym jak ty?! Nie widzisz, jak wyglądasz?! Wyglądasz jak warzywo wywleczone z ciemnej piwnicy! Jesteś obleśny, rozumiesz?! Obleśny i głupi! Nic dziwnego, że żona cię nie chce!
Bernard robi się czerwony na twarzy. Przez chwilę wygląda, jakby się miał rozpłakać, potem jakby był na skraju jakiegoś nerwowego załamania, wybuchu, wyciągnięcia karabinu i wystrzelania wszystkich przechodniów wkoło. Kolory na jego twarzy zmieniają się jak światło stroboskopu na dyskotece. Otwiera usta i po chwili je zamyka.
- No co, panie sflaczały kutasie? - dorzuca Tamara. - Potrzebny ci numer do burdelu?! A w ogóle to dentysta się pytał o ciebie! - Tu pije do jego zębów ustawionych po całych ustach z ułańską fantazją, przypominających powojenną zabudowę Warszawy.
Bernard odzyskuje władzę w swoim ciele, zasysa w płuca ogromny haust powietrza.
- Co ty sobie wyobrażasz? - pyta. - Że kim niby jesteś? Wszyscy wiedzą, że jesteś alkoholiczką i ćpunką, myślisz, że dlaczego wypierdolili cię z pracy? Powinnaś zapłacić za tę kolację! Powinienem cię zostawić z rachunkiem, szmato!
- Ha, może i powinieneś - mówi Tamara - ale podobnie jak twój kutas, jesteś frajerem!
Bernard waha się przez chwilę, po czym bierze wielki zamach i uderza Tamarę prosto w twarz, na odlew. Tamara przewraca się pod restauracją, w której klienci właśnie lekkim ruchem ręki domawiają kolejne wina, frykasy. Elegancką atmosferę lokalu podkreśla wystrój - lawendowe obrusy, świece w kolorze zgaszonej oberżyny. Dyskretne, ciepłe światło oświetla pełne spokoju i zadowolenia twarze klientów. Ich toczki, futra, fraki wiszą grzecznie na wieszakach. Zdarza się, że czasem spadną na nie drobne, niewidoczne gołym okiem cząsteczki kurzu.