Nocne zwierzęta - Patrycja Pustkowiak

-
Proszę czekać

IV

I te­raz wła­śnie jest pod jego ko­ją­cym wpły­wem. Od paru go­dzin, w cza­sie któ­rych zwięk­szy­ła pro­cen­to­wy udział al­ko­ho­lu w swo­im or­ga­ni­zmie, do­da­jąc do tego lo­ka­tę w po­sta­ci ha­szy­szu, ma do­bre sa­mo­po­czu­cie.

Co wię­cej, chce te rze­czy po­mno­żyć. Od­naj­du­je w domu ko­lej­ną bu­tel­kę wina, bia­łe­go wy­traw­ne­go - już daw­no prze­sta­ła so­bie za­wra­cać gło­wę na­zwa­mi - i pró­bu­je te­raz w swo­jej staj­ni Au­gia­sza na­mie­rzyć kor­ko­ciąg. A kie­dy bu­tel­ka jest otwar­ta, nie kło­po­cze się na­wet szu­ka­niem kie­lisz­ków, tyl­ko sto­jąc na drżą­cych no­gach przy szaf­kach w kuch­ni, bie­rze z gwin­ta wiel­ki łyk i to jest jak wy­pły­nię­cie na po­wierzch­nię po dłu­go­trwa­łym, upo­rczy­wym nur­ko­wa­niu. Ta­ma­ra bie­rze wiel­ki, zwy­cię­ski haust po­wie­trza, al­ko­hol roz­le­wa się w niej do­brze zna­nym cie­płem, wy­peł­nia ją jak płód, któ­re­go aku­rat nig­dy w so­bie nie mia­ła. A po trium­fal­nej se­kun­dzie coś w niej wy­ko­nu­je w tył zwrot, jak nie­po­słusz­ny pułk woj­sko­wy, i Ta­ma­rze robi się nie­do­brze. Przez chwi­lę stoi nie­pew­nie nad zle­wem, nie wie, w ja­kim kie­run­ku po­to­czy się ży­cie: czy jej cia­ło sta­nie się in­ku­ba­to­rem dla tego al­ko­ho­lo­we­go in­tru­za, czy też zbun­tu­je się prze­ciw nie­mu i w nie­kon­tro­lo­wa­nym spa­zmie wy­rzu­ci go z po­wro­tem na po­wierzch­nię. Zno­wu jej się uda­je - wy­gry­wa z al­ko­ho­lem, po­ko­nu­je za­ci­ska­ją­ce się raz po raz na żo­łąd­ku klesz­cze tor­sji.

Bie­rze głę­bo­ki od­dech i wy­pły­wa na spo­koj­ne wody. Choć boi się, że to jej za­szko­dzi - za­pa­la pa­pie­ro­sa. I kie­dy chmu­ra dymu leci w po­wie­trze, ona, śle­dząc jej lot, uspo­ka­ja się jesz­cze bar­dziej. Po­wo­li ro­dzi się chęć na ko­lej­ny łyk al­ko­ho­lu, ale tym­cza­sem Ta­ma­ra zwra­ca swo­ją wy­mię­tą twarz ku oknu. Za­wie­sza wy­bla­kłe, mar­twe spoj­rze­nie na tym, co wi­dać przez szy­bę - zresz­tą co­raz sła­biej w tym gęst­nie­ją­cym, li­sto­pa­do­wym mro­ku.

Ta­ma­ra miesz­ka tam, gdzie sta­ry świat wal­czy z no­wym, na sty­ku - w no­wym blo­ku z wi­do­kiem na ka­mie­ni­cę prze­zna­czo­ną do wy­bu­rze­nia. Ka­mie­ni­cy z dnia na dzień uby­wa, eki­pa od­po­wie­dzial­na za roz­biór­kę stop­nio­wo ujaw­nia jej we­wnętrz­ne or­ga­ny, ob­na­ża jej tkan­ki i be­to­no­wy szkie­let. Po­dob­nie w jej przy­pad­ku - zda­rze­nia przy­cho­dzą i zdzie­ra­ją ko­lej­ne pła­ty jej skó­ry, ujaw­nia­jąc rybi, chwiej­ny i wą­tły krę­go­słup - rów­nież ten mo­ral­ny.

Za­wsze kie­dy pa­trzy w ciem­ne okna sta­rej, zni­ka­ją­cej ka­mie­ni­cy, robi jej się żal. Gdy pali pa­pie­ro­sa na bal­ko­nie i za­glą­da w te na­gie, po­zba­wio­ne szyb okna, w te bla­de - jak tru­pie cia­ło - mury, za­sta­na­wia się, kie­dy ży­cie wy­pro­wa­dzi się z niej, tak samo jak wy­pro­wa­dza się ze sta­rych do­mów. Ka­mie­ni­ca do­sko­na­le współ­gra z jej nie­co skry­wa­ną me­lan­cho­lią. Ta­ma­ra, jak wie­lu pi­ja­ków, jest bar­dzo przy­wią­za­na do prze­szło­ści. W prze­szło­ści wszyst­ko mu­sia­ło być więk­sze, lep­sze i ja­śniej­sze, na­wet je­śli sła­bo się ją pa­mię­ta. Czę­sto więc za nią tę­sk­ni i wspo­mi­na mi­nio­ny czas - jak zde­kla­so­wa­na szlach­ta albo ak­tor epo­ki kina nie­me­go po słyn­nej pre­mie­rze Śpie­wa­ka jazz­ban­du. Choć ona sama nic nig­dy nie po­sia­da­ła - ani ma­jąt­ku, ani ta­len­tu - a jej oso­bi­sta prze­szłość nie ob­fi­to­wa­ła w spek­ta­ku­lar­ne wy­da­rze­nia. Wszyst­ko, co mia­ła, to sie­bie samą i brzmia­ło to jak marsz po­grze­bo­wy.

My­śli więc, że umrze szyb­ko i spek­ta­ku­lar­nie. Może w cie­le ja­kie­goś roz­bi­ja­ją­ce­go się na au­to­stra­dzie sa­mo­cho­du - jak Jo­nasz w wie­lo­ry­bie wy­sko­czy w po­wie­trze, a po­tem roz­pad­ną się ra­zem na ty­siąc tłu­stych ka­wał­ków? To nie­zła śmierć - my­śla­ła wie­le razy - byle tyl­ko nie bo­la­ło, by­lem od razu ob­ró­ci­ła się w proch, spło­nę­ła pręd­ko jak pa­pie­ro­wa chu­s­tecz­ka. Nie po­trze­ba mi żad­nych do­go­ry­wań, le­że­nia w koł­nie­rzu or­to­pe­dycz­nym na od­dzia­le dla umar­la­ków. Stan za­wie­sze­nia mię­dzy ży­ciem a śmier­cią uwa­ża­ła za­wsze za po­dej­rza­ny. Jest zda­nia, że mię­dzy jed­nym a dru­gim win­na prze­bie­gać wy­raź­na li­nia de­mar­ka­cyj­na.

Eki­pa re­mon­to­wa nie przej­mo­wa­ła się jej po­nu­rą prze­my­śle­niów­ką. Pew­ne­go dnia, pod jej nie­obec­ność, zdję­ła dach sta­re­go bu­dyn­ku, szyb­ko i spraw­nie, jak­by był on dom­kiem dla la­lek, i ujaw­ni­ła te nie­za­miesz­ka­ne wnę­trza, w któ­rych, gdy­by do­brze się przy­pa­trzyć, z pew­no­ścią moż­na by doj­rzeć śla­dy daw­ne­go ży­cia - na­pis na­ba­zgra­ny na ścia­nie ręką daw­no nie­ży­ją­ce­go sied­mio­lat­ka, skra­wek spa­lo­ne­go ma­te­ria­łu ukry­wa­ją­cy się przez lata w ką­cie jak ucie­ki­nier z zim­ne­go kra­ju, ka­myk, któ­ry ktoś kie­dyś przy­wiózł znad mo­rza. Kie­dy Ta­ma­ra wró­ci­ła do domu i zo­ba­czy­ła te roz­be­be­szo­ne wnę­trza, po­czu­ła się tak, jak­by to jej ktoś otwo­rzył ko­pu­łę czasz­ki i zaj­rzał do środ­ka. Te­raz już do­brze wi­dać te mar­twe po­ko­je, po któ­rych bie­ga sta­do prze­ra­żo­nych mró­wek, aż pro­si się, by za­pu­ścić tam lep­ki ję­zyk, wy­skro­bać z tej dziew­czy­ny odro­bi­nę stra­chu.

Z dru­giej stro­ny świat się pa­no­szy jak chwast na grząd­ce, w ci­szy ruj­nu­je daw­ną buj­ną ro­ślin­ność i w jej miej­sce, pod osło­ną nocy, sa­dzi wła­sne, tru­ją­ce po­tom­stwo. Nowe blo­ki ota­cza­ją sta­ry bu­dy­nek jak wil­ki ofia­rę. Ta­ma­ra czu­ła, że na­pie­ra­ją i na nią, zwięk­sza­ją uścisk. Z da­le­ka ma­ja­czą wody ba­se­nu, w któ­rym pły­wa­ją są­sie­dzi, ich gło­wy mie­nią się w wo­dzie jak ra­dio­ak­tyw­ne ozdo­by cho­in­ko­we. Za roz­bie­ra­ną ka­mie­ni­cą wscho­dzi osob­ne słoń­ce - bil­bord re­kla­my Lay's, te­raz, po zdję­ciu da­chu bu­dyn­ku, już bar­dzo do­brze wi­docz­ny, jego neo­no­we świa­tło wpa­da wie­czo­ra­mi do sy­pial­ni Ta­ma­ry i oświe­tla ją sztucz­ną, cho­ro­bli­wą żół­cią.

Każ­de­go dnia, kie­dy kła­dła się spać, wpa­try­wa­ła się w są­sied­ni blok, w któ­re­go oknach ko­lej­no ga­sły świa­tła - pierw­sze, dru­gie, trze­cie, aż w koń­cu przed jej ocza­mi sta­wa­ła nie­wzru­szo­na, przy­tła­cza­ją­ca ciem­ność. Wy­da­wa­ło jej się to do­sko­na­łą me­ta­fo­rą losu. Szcze­gól­nie zaś po­do­bał jej się je­den z tych bu­dyn­ków, naj­wyż­szy z nich, tak wy­so­ki, że wy­da­wał jej się czę­sto tyl­ko do­dat­kiem dla prze­la­tu­ją­cych nad nim sa­mo­lo­tów. Ide­al­ne miej­sce do po­peł­nie­nia sa­mo­bój­stwa, któ­re pla­no­wa­ła re­gu­lar­nie i in­ten­syw­nie - jak­by była jed­no­oso­bo­wym rzą­do­wym ze­spo­łem do spraw pla­no­wa­nia sa­mo­bójstw, wciąż ule­ga­ją­cych od­ro­cze­niu przez ta­jem­ni­czą dziu­rę bu­dże­to­wą bądź z in­nych, nie­poda­nych do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści przy­czyn.

Pi­cie, szcze­gól­nie pi­cie wina, uła­twia­ło tyle spraw. Spro­wa­dza­ło jej wszyst­kie dy­le­ma­ty, nie­gdyś obej­mu­ją­ce Boga, re­li­gię, du­cho­wość, po­li­ty­kę i eko­lo­gię, do jed­ne­go: bia­łe czy czer­wo­ne? Jed­no tyl­ko ją mar­twi­ło - dla­cze­go na­wet roz­wa­ża­nia na te­mat wina mu­szą mieć bar­wy na­ro­do­we? Ale kie­dy była szczel­nie otu­lo­na al­ko­ho­lo­wą mgieł­ką, świat wy­da­wał jej się śli­zgaw­ką, po któ­rej mo­gła su­nąć żwa­wo, z lek­kim roz­ba­wie­niem, a je­dy­ne, co jej gro­zi­ło, to si­niak, gdy przez przy­pa­dek ude­rzy w słup. Na­wet sie­ją­ce gro­zę ese­me­sy zda­wa­ły się ła­god­nieć i za­miast, jak zwy­kle, prze­ra­żać, ba­wi­ły. Na przy­kład te­raz na jej ko­mór­kę przy­cho­dzi po­wia­do­mie­nie na­stę­pu­ją­cej tre­ści: "Ze snu wy­rwał mnie krzyk: po­wiedz jej, że ko­cham! Nie mogę mil­czeć i za­ta­jać praw­dy. Mu­sisz wie­dzieć, kto ko­cha cię do utra­ty tchu!".

Bez­ce­re­mo­nial­ność pra­cow­ni­ków ezo­staj­ni przy­po­mi­na­ła jej tę, z jaką trak­to­wa­li ją gi­ne­ko­lo­dzy. Choć war­tość jej ży­cia była w ich oczach ni­ska, nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­na z za­war­to­ścią ma­ci­cy, któ­ra nie­odmien­nie kla­sy­fi­ko­wa­na była jako "pu­sta", to po­dob­nie jak za­stę­py wróż­bi­tów, i oni pró­bo­wa­li wy­ge­ne­ro­wać w niej odro­bi­nę łącz­no­ści z ko­smo­sem. Naj­krót­szą z moż­li­wych dróg.

- Kie­dy pla­nu­je dzie­ci? - Gi­ne­ko­log py­ta­ła ją o to pod­czas każ­dej ru­ty­no­wej wi­zy­ty, czę­sto jesz­cze trzy­ma­jąc w niej pal­ce. Ta­ma­rze za­wsze wy­da­wa­ło się to kiep­ską oko­licz­no­ścią do po­ga­węd­ki, po praw­dzie trud­no jej było się wte­dy sku­pić, tłu­ma­czy­ła so­bie jed­nak, że gi­ne­ko­lo­dzy to od­mien­ny ro­dzaj czło­wie­ka. Rze­czy dla nich na­tu­ral­ne Ta­ma­rze wy­da­wa­ły się nie­po­ro­zu­mie­niem - już sam po­mysł, żeby w bia­ły dzień wska­ki­wać na fo­tel i roz­chy­lać nogi przed zu­peł­nie nie­zna­jo­mą oso­bą, był dla niej ab­sur­dem.

- Nie wiem, nie mam part­ne­ra - mó­wi­ła z prze­ką­sem Ta­ma­ra, kła­dąc na­cisk na tę in­try­gu­ją­cą no­wo­mo­wę, opra­co­wa­ną jej zda­niem po to, by ko­bie­tom ła­twiej było prze­łknąć opie­sza­łość, z jaką ich męż­czyź­ni po­dej­mu­ją de­cy­zję o mał­żeń­stwie. I do­da­wa­ła: - A nie sły­sza­łam, żeby mie­li wzna­wiać Rand­kę w ciem­no.

Po­ja­wia­ją­cy się w re­ak­cji na jej wy­zna­nia wzrok groź­nej gi­ne­ko­lo­ży­cy mu­siał przy­po­mi­nać ten, któ­rym w hi­tle­row­skim bun­krze ob­da­rza­li się wy­so­ko po­sta­wie­ni es­es­ma­ni po ode­bra­niu nie­we­so­łych wie­ści. Po­ra­żo­na wy­zna­niem, prze­ry­wa­ła na chwi­lę swo­je za­ję­cie, pod­no­si­ła oczy na Ta­ma­rę i wy­gła­sza­ła wy­kład o tym, jak to płod­ność ko­bie­ty spa­da o po­ło­wę po trzy­dzie­st­ce piąt­ce, a za­nie­czysz­cze­nie śro­do­wi­ska, stres i tym po­dob­ne czyn­ni­ki spra­wia­ją, że szyb­kie za­płod­nie­nie i tak jest zja­wi­skiem co­raz bar­dziej od­osob­nio­nym. Ta­ma­rze wy­da­wa­ło się wte­dy, że sły­szy sło­wa: "Wróg przedarł się przez na­sze li­nie. Uda­ło się im prze­jąć Zos­sen na po­łu­dniu", a te­raz prze­miesz­cza­ją się w kie­run­ku Stahns­dor­fu. Są na pół­noc­nych obrze­żach po­mię­dzy Froh­nau a Pan­kow. Do­tar­li do Lich­ten­ber­gu, Mahls­dor­fu i Karl­shor­stu na wscho­dzie.

- Atak Ste­ine­ra po­wi­nien nad tym za­pa­no­wać - od­po­wia­da­ła sta­now­czo nie­ugię­ta Ta­ma­ra, a tak na­praw­dę bą­ka­ła coś na te­mat swo­je­go wciąż mło­de­go wie­ku i za­let póź­ne­go ma­cie­rzyń­stwa.

- Mein Füh­rer... Ste­iner... Ste­iner nie był w sta­nie zmo­bi­li­zo­wać wy­star­cza­ją­co wie­lu lu­dzi. - Gi­ne­ko­lo­ży­ca, z po­li­to­wa­niem za­glą­da­jąc jej w twarz, do­ra­dza­ła, by nie kar­mi­ła się po­pe­li­ną z ko­lo­ro­wych ga­zet. Tym­cza­sem koń­czy­ła wy­kop­ki, osten­ta­cyj­nie zdej­mo­wa­ła gu­mo­we rę­ka­wi­ce i po­zwa­la­ła swej ofie­rze po­wstać oraz wcią­gnąć majt­ki. Ta­ma­ra po­wra­ca­ła do sta­nu jako ta­kiej god­no­ści.

- Wszy­scy poza Ke­ite­lem, Jo­dlem, Kreb­sem i Burg­dor­fem niech wyj­dą. - Tu Ta­ma­ra po­sy­ła­ła ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie po­moc­ni­cy swej gi­ne­ko­log; z bez­czel­nym, peł­nym za­in­te­re­so­wa­nia uśmiesz­kiem na twa­rzy ko­bie­ta przy­słu­chi­wa­ła się kon­wer­sa­cji, wo­dząc pal­cem po zdję­ciach swo­ich dzie­ci. Nie­ste­ty, nie była ona tak po­słusz­na jak wy­so­cy ran­gą na­zio­le i Ta­ma­ra mu­sia­ła kon­ty­nu­ować, zno­sząc jej wścib­skie spoj­rze­nia. - To był roz­kaz! Atak Ste­ine­ra był roz­ka­zem! - pod­no­si­ła głos, su­ge­ru­jąc gi­ne­ko­lo­ży­cy, że w ra­zie po­trze­by pój­dzie do ban­ku sper­my albo za­mó­wi so­bie ją przez in­ter­net i pod­da się in vi­tro. - Nasi ge­ne­ra­ło­wie to ban­da nie­kom­pe­tent­nych i nie­lo­jal­nych tchó­rzy! - wciąż pod­nie­sio­nym gło­sem in­for­mo­wa­ła le­kar­kę, że me­dy­cy­na po­win­na zro­bić wszyst­ko, by umoż­li­wić ko­bie­cie zaj­ście w cią­żę w każ­dym wie­ku. A na ko­niec, pra­wie krzy­cząc, do­da­wa­ła: - Wiel­ka zdra­da wo­bec Nie­miec, ale wszy­scy zdraj­cy zo­sta­ną uka­ra­ni! Za­pła­cą wła­sną krwią! - Te­raz le­kar­ka do­wia­dy­wa­ła się, że Ta­ma­ra pier­do­li ko­niecz­ność roz­ro­du i prę­dzej zaj­mie się ho­dow­lą ro­do­den­dro­nów niż homo sa­piens we wła­snej ma­ci­cy! A kie­dy pani gi­ne­ko­log z osłu­pia­łą miną wrę­cza­ła jej ra­chu­nek za wi­zy­tę, Ta­ma­ra mru­cza­ła już tyl­ko do sie­bie, z gnie­wem: - Prze­gra­li­śmy tę woj­nę.

A te­raz to ona ma roz­dzia­wio­ne usta i wpa­tru­je się w ko­mór­kę wzro­kiem prze­chod­nia, któ­ry na­tknął się na ofia­ry wy­pad­ku dro­go­we­go. Dra­ma­tyzm tego ese­me­sa i jego lek­sy­kal­na nę­dza spra­wia­ją, iż dziew­czy­na za­sta­na­wia się, kto za nim stoi, czło­wiek czy wód­ka. Ona do­brze zna ten pro­blem (nie ma się czym chwa­lić). Pa­mięć pi­ja­ka to kró­lik wy­ska­ku­ją­cy z ka­pe­lu­sza. Prze­szłość Ta­ma­ry była jak sta­ry, po­cię­ty na ka­wał­ki film ORWO. Pa­mię­ta­ła coś z lu­te­go 2011 roku, póź­niej na­gły skok do mar­ca na­stęp­ne­go roku. I tak da­lej. To­tal­ny eks­pe­ry­ment nar­ra­cyj­ny. Ta­ma­ra żyła tak, jak­by chcia­ła wszyst­kim udo­wod­nić, iż chro­no­lo­gia zda­rzeń jest ab­so­lut­nym prze­żyt­kiem.

W każ­dym ra­zie te­raz jest cał­kiem za­in­te­re­so­wa­na. "TAK", od­pi­su­je więc na otrzy­ma­ne­go ese­me­sa, stan środ­ków na kon­cie zmniej­sza się o 3,49 zło­te­go. Tak, owszem, Ta­ma­ra chce się do­wie­dzieć, kto ją ko­cha aż tak dra­ma­tycz­nie.

"Nie wiem, jak ci to po­wie­dzieć, ale ty je­steś bra­ku­ją­cym ele­men­tem tej ukła­dan­ki", na­pi­sa­ne jest w pierw­szej czę­ści od­po­wie­dzi. - Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­śmy prze­cho­dzi­ły na ty, pier­dol­nię­ta Aisho - mówi na głos Ta­ma­ra, ge­sty­ku­lu­jąc żywo nad te­le­fo­nem; strze­pu­je po­piół z wła­śnie za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa na swo­je nie­świe­że ubra­nie i swo­ją hand made me­li­nę, zło­żo­ną z per­ma­nent­nej nie­chę­ci oraz skład­ni­ków or­ga­nicz­nych, któ­re we­szły - jak ona - w stan roz­kła­du, i czy­ta da­lej: "Ta oso­ba wy­sy­ła bar­dzo sil­ną ener­gię, bym mo­gła ci prze­ka­zać waż­ną wia­do­mość. Czy mam te­raz zdra­dzić imię i na­zwi­sko tej oso­by?".

Drżą­cy­mi pal­ca­mi Ta­ma­ra wy­bie­ra li­ter­kę T, prze­su­wa pa­lec pod A. Chwi­la peł­na na­pię­cia, jak­by wła­śnie od­pa­la­ła ła­du­nek wy­bu­cho­wy; już za­raz się do­wie, kto ją ko­cha, choć ma po­dej­rze­nia, że je­dy­na pra­wi­dło­wa od­po­wiedź brzmi: jej di­ler. Jed­nak skąd wróż­ka mia­ła­by znać jego na­zwi­sko, sko­ro zna je tyl­ko In­ter­pol? Tym­cza­sem jed­nak wszech­świat od­da­la roz­wi­kła­nie ta­jem­ni­cy tej mi­ło­ści, oto bo­wiem te­le­fon ko­mór­ko­wy za­czy­na wi­bro­wać w ręce Ta­ma­ry tak, jak­by był prze­stra­szo­nym chrząsz­czem. Żu­kiem gno­ja­kiem, gra­na­to­wym ska­ra­be­uszem, któ­ry chciał­by za­grze­bać się w tkan­kach, ży­łach jej ręki i ryje wy­trwa­le, draż­niąc jej ner­wy, pró­bu­jąc prze­bić się do spodu, na­ru­szyć fak­tu­rę skó­ry.

Dziew­czy­na nie spo­dzie­wa­ła się ta­kie­go ob­ro­tu zda­rzeń, jej pa­ra­no­je ska­czą o jed­ną kre­skę na nie­ist­nie­ją­cej ska­li po­mia­ru pa­ra­noi. Zwłasz­cza że przy­szedł jej na myśl aku­rat ten di­ler, któ­ry był tak miły i dał jej ostat­nio na kre­skę (kre­skę na kre­skę, gwo­li ści­sło­ści), zwa­żyw­szy na dłu­go­trwa­łą zna­jo­mość, a dłu­gi u di­le­rów - wia­do­mo, co to ozna­cza. Ta­ma­ra dys­kret­nie zer­ka więc na le­żą­cą na łóż­ku po­dusz­kę, spraw­dza, czy aby nie ma na niej gło­wy ko­nia.

Cóż, te­le­fon Ta­ma­ry dzwo­nił rzad­ko, a je­śli już, to naj­czę­ściej po to, by gło­sem z au­to­ma­tu za­chę­cić ją do kup­na wszech­stron­nej go­lar­ki do nóg bądź szczo­tecz­ki do zę­bów, któ­ra po ostat­nich udo­sko­na­le­niach in­te­li­gen­cją do­rów­ny­wa­ła po­dob­no pra­cow­ni­kom Do­li­ny Krze­mo­wej.

Nie wie­dzia­ła, co ro­bić.

A za­wsze gdy nie wie­dzia­ła, co ro­bić, za­czy­na­ła pić.

Na po­cząt­ku mó­wi­ła so­bie: "A co tam, moż­na chy­ba cza­sem tro­chę się pod­je­bać!". Sęk w tym, że "cza­sem" i "tro­chę" nie szły w pa­rze ze sty­lem jej al­ko­ho­lo­wej kon­sump­cji. "Tro­chę al­ko­ho­lu" to był oksy­mo­ron, a przed­ro­stek "pod", do­da­ny do tego wul­gar­ne­go cza­sow­ni­ka, trze­ba by gwo­li ści­sło­ści w te pędy zmie­nić na "na".

I te­raz wła­śnie znów to zro­bi­ła, wy­pi­ła swój przy­dzia­ło­wy al­ko­hol i leży na pod­ło­dze, obej­mu­jąc rze­czy­wi­stość jo­giń­skim od­de­chem, a świat jest jak pa­pie­ros bez fil­tra - z każ­dym wde­chem wni­ka­ją w nią ty­sią­ce sub­stan­cji smo­li­stych. I by­ła­by da­lej tak po­dró­żo­wa­ła do wnę­trza zie­mi swo­im ma­łym, wa­żą­cym le­d­wie czter­dzie­ści osiem kilo po­jaz­dem ko­smicz­nym o na­zwie Ta­ma­ra Mor­tus, gdy­by nie ten te­le­fon. - Co jest, kur­wa? - mru­czy Ta­ma­ra gło­sem oso­by mo­czą­cej swe stru­ny gło­so­we w de­na­tu­ra­cie. Gapi się na ko­mór­kę jak na nie­zna­ny, nie­wpro­wa­dzo­ny jesz­cze do ob­ro­tu ga­dżet. Jak­by nie ro­zu­mia­ła za­sad dzia­ła­nia te­le­fo­nu: kie­dy dzwo­ni, trze­ba ode­brać. Wy­da­je jej się może, że je­śli od­bie­rze, to słu­chaw­ka opa­rzy ją w ucho, że wyj­dzie stam­tąd ja­kieś cia­ło obce i we­ssie ją do środ­ka, od ucha po­czy­na­jąc, a na sto­pach wraz z pa­znok­cia­mi koń­cząc.

Wy­świe­tla­ją­cy się nu­mer nic Ta­ma­rze nie mówi. Wy­glą­da jak do­wol­nie wy­bra­ny przez kom­pu­ter. Może to data uro­dze­nia, data pierw­sze­go po­ca­łun­ku, data ry­chłej śmier­ci. Ta­ma­ra nie ma pa­mię­ci do dat, nie ma też pro­fe­tycz­ne­go daru. Ale wy­co­fa­nie z rze­czy­wi­sto­ści po paru se­kun­dach mija. Ta­ma­ra zno­wu wie, do cze­go słu­ży te­le­fon, i po chwi­li wa­ha­nia od­bie­ra go, za­sta­na­wia­jąc się, co też jej ze­chcą wci­snąć tym ra­zem: ni­sko opro­cen­to­wa­ny kre­dyt, wie­lo­funk­cyj­ne­go ro­bo­ta ku­chen­ne­go czy może wi­bra­tor z funk­cją zdal­ne­go pi­lo­to­wa­nia stat­ków ko­smicz­nych?

Ale cze­ka ją nie­spo­dzian­ka! To nie przed­sta­wi­ciel han­dlo­wy, to ktoś oso­bi­ście jej zna­ny. Daw­ny ko­le­ga z jej by­łej pra­cy, szef dzia­łu cze­goś tam. Któ­ry to fakt ją zresz­tą za­wsze dzi­wił - bo zda­niem Ta­ma­ry jego zdol­no­ści in­ter­per­so­nal­ne oraz ce­chy cha­rak­te­ru kwa­li­fi­ko­wa­ły go ra­czej na sze­fa jed­no­oso­bo­wej bar­ki po­ła­wia­cza pe­reł po­środ­ku Oce­anu Spo­koj­ne­go. Przy tym jed­nak, trze­ba przy­znać, był on je­dy­ną oso­bą wy­ra­ża­ją­cą ja­ki­kol­wiek żal, kie­dy nie­mal rok temu "opty­ma­li­za­cja kosz­tów pro­wa­dze­nia fir­my" prze­su­nę­ła Ta­ma­rę w kie­run­ku osób, któ­rym zop­ty­ma­li­zo­wa­no za­trud­nie­nie - do zera. Nie byli jed­nak w żad­nej przy­jaź­ni. Ta­ma­ra dzi­wi się więc temu, że czu­je się on upraw­nio­ny do dzwo­nie­nia do niej w pią­tek wie­czo­rem po rocz­nym mil­cze­niu. Prze­czu­wa, że taki te­le­fon nie wró­ży nic do­bre­go - taki te­le­fon ozna­cza, że bę­dzie trze­ba ro­bić za wol­ne­go słu­cha­cza. Rze­czy­wi­ście, głos dzwo­nią­ce­go brzmi jak głos czło­wie­ka zdru­zgo­ta­ne­go. Moż­na po­dej­rze­wać tak zwa­ne ży­cio­we za­krę­ty. Ta­ma­ra nie wie, co zro­bić - dzwo­nie­nie do niej ze swo­im ży­cio­wym pro­ble­mem aku­rat te­raz, kie­dy ona sama jest zde­ze­lo­wa­na jak sta­ry cią­gnik i ma­rzy wy­łącz­nie o tym, by ktoś ją za­niósł do ser­wi­su, za­kra­wa na iro­nię losu.

- Po­my­śla­łem, że za­dzwo­nię, za­py­tam, co u cie­bie. Pa­mię­tam, jak do­brze nam się ga­da­ło przy ka­wie... - mówi smęt­ny głos w te­le­fo­nie. I da­lej pro­du­ku­je grzecz­no­ścio­we for­muł­ki, któ­re mają ukryć jego sa­mot­ność i de­spe­ra­cję. Ta­ma­ra pa­mię­ta go dość do­brze, wy­róż­niał się na tle in­nych pra­cow­ni­ków nie­mal cał­ko­wi­tym bra­kiem tak zwa­nej uro­dy oraz imie­niem. Ber­nard. Ro­dzi­ce, jak wi­dać, mie­li po­czu­cie hu­mo­ru. Nada­li imię od­po­wied­nie dla ła­god­ne­go wła­ści­cie­la pa­sie­ki lub mi­łe­go ho­dow­cy kmin­ku, gar­ba­te­mu po­kra­ce, któ­ry mógł­by sta­nąć w szran­ki z sa­mym Qu­asi­mo­do. - ...na ko­la­cję? - sły­szal­ny wręcz znak za­py­ta­nia wy­ry­wa Ta­ma­rę z roz­my­ślań. Zda­je się, że Qu­asi­mo­do chciał­by ją wy­cią­gnąć do mia­sta, żeby pod­czas opo­wie­ści o swej trau­mie ży­cio­wej mieć komu pa­trzeć w oczy. Dla­cze­go nie wie, że dla ta­kich jak on po­wsta­ły spe­cjal­ne lo­ka­le, w któ­rych na ścia­nach wi­szą wiel­kie lu­stra? Wzno­sząc ko­lej­ne to­a­sty do wła­sne­go od­bi­cia, moż­na po­czuć się tam odro­bi­nę mniej sa­mot­nym. Mia­sto nie usta­je w pró­bach po­mo­cy zbłą­ka­nym du­szom, ta­kim jak Ber­nard i, co tu dużo mó­wić, ona sama.

A jed­nak pro­po­zy­cja jest w ja­kiś spo­sób ku­szą­ca. Jest pią­tek, dzień, w któ­rym moż­li­wość od­mia­ny swo­je­go losu wy­da­je się naj­bar­dziej praw­do­po­dob­na. W piąt­ko­wym, prze­sy­co­nym sub­stan­cja­mi psy­cho­ak­tyw­ny­mi po­wie­trzu wi­bru­je za­po­wiedź cze­goś no­we­go. Los, do tej pory przy­po­mi­na­ją­cy nie­czyn­ną, sto­ją­cą w za­jezd­ni lo­ko­mo­ty­wę, zmie­nia się w TGV. Sy­gnał ocze­ki­wa­nia na zmia­nę prze­zna­cze­nia zo­sta­je włą­czo­ny.

Oczy­wi­ście od­mia­na losu jest czymś w ro­dza­ju Go­do­ta, któ­ry ra­czej się nig­dy nie po­ja­wi, choć, pro­szę bar­dzo, moż­na na nie­go cze­kać. Praw­da wy­cho­dzi na jaw w oko­li­cach nie­dziel­ne­go kaca: pią­tek jest za­wsze czymś w ro­dza­ju ma­łej śmier­ci; oto umar­łeś i pu­kasz do nie­ba bram, nie­wy­klu­czo­ne, że ci otwo­rzą.

Ta­ma­ra nie wie, jak się za­cho­wać. Kusi ją, by zo­stać w domu, bo­wiem wła­śnie przed chwi­lą zna­la­zła w in­ter­ne­cie film po­ka­zu­ją­cy sek­cję zwłok i z za­cie­ka­wie­niem przy­glą­da­ła się, jak zgrab­nie i szyb­ko moż­na po śmier­ci wy­do­być z czło­wie­ka jego treść: pa­to­log usu­nął już z tru­po­sza jego fio­le­to­wo­żół­tą za­war­tość, a te­raz prze­ciął skó­rę na szyi i wsu­nął tam dłoń, jak­by wsu­wał ją w rę­ka­wicz­kę. Nie wie­dzieć cze­mu, Ta­ma­ra wy­obra­zi­ła so­bie sie­bie na miej­scu tego nie­szczę­śni­ka, a przed sobą wszyst­kich swo­ich ko­chan­ków, za­sko­czo­nych jej na­głym prze­obra­że­niem. Po ci­chu li­czy­ła na to, że może zna­la­zł­by się ja­kiś per­wers, któ­ry wy­kradł­by jej zwło­ki, za­kon­ser­wo­wał w for­ma­li­nie i brał ostro w zi­mo­we wie­czo­ry. Mu­sia­ło­by mu to przy­po­mi­nać seks z ma­ry­no­wa­nym ka­bacz­kiem.

Jed­nak film może za­cze­kać; co in­ne­go to­wa­rzy­stwo, miły do­da­tek do dal­szej al­ko­ho­li­za­cji. Dla­te­go Ta­ma­ra de­cy­du­je się wyjść. Wzdy­cha głę­bo­ko, od­ga­nia­jąc ra­dio­ak­tyw­ną chmu­rę wła­snych my­śli, i pró­bu­je w swym al­ko­ho­lo­wo-nar­ko­tycz­nym za­mro­cze­niu wy­mam­ro­tać sło­wa wy­ra­ża­ją­ce zgo­dę na pro­po­zy­cję ko­le­gi.

III

Wła­ści­wie nie pa­mię­ta cza­su, w któ­rym nie piła. Mu­siał być taki okres w jej ży­ciu, ja­kaś mło­dość, ale Ta­ma­ra ma z nie­go wspo­mnie­nia jak ze snu - wiąz­ka dziw­nych, nie­przy­sta­ją­cych do sie­bie ob­ra­zów, ja­kieś twa­rze, cie­nie, sło­wa, czy ra­czej strzę­py słów. Gdy­by zro­bić na tej pod­sta­wie film, by­ła­by to trud­na do znie­sie­nia awan­gar­da. Zresz­tą po­dob­ne wspo­mnie­nia mia­ła, je­śli cho­dzi o dłu­go­trwa­łe re­la­cje mi­ło­sne. O tak, Berg­man mógł­by czer­pać z jej ży­cia nie­ustan­ną in­spi­ra­cję; praw­do­po­dob­nie gdy­by przy­ło­żyć do niej ucho, moż­na by usły­szeć słyn­ny, głu­chy i przej­mu­ją­cy skan­dy­naw­ski wiatr.

Nie umia­ła za wie­le po­wie­dzieć o tym, cze­go nie ma, nie umia­ła za wie­le po­wie­dzieć o bra­ku, a jed­nak to on był sza­rą emi­nen­cją jej ży­cia. Kie­dy pró­bo­wa­ła czymś wy­peł­nić te dłu­gie go­dzi­ny, któ­re dzie­li­ły prze­bu­dze­nie od za­śnię­cia, pra­wie za­wsze po­no­si­ła po­raż­kę. To zna­czy, owszem, dzia­ło się mnó­stwo, wręcz za dużo, sa­mo­cho­dy jeź­dzi­ły, po­rzu­co­ne śmie­ci prze­wa­la­ły się przez uli­ce, kom­pu­te­ry pul­so­wa­ły mi­lio­nem za­pa­lo­nych mo­ni­to­rów, w te­le­wi­zji ktoś ko­goś mor­do­wał, a na­wet ja­kiś me­te­oryt zmie­rzał nie­ubła­ga­nie ku pla­ne­cie Zie­mia, jed­nak ży­cie Ta­ma­ry po­zo­sta­wa­ło pu­ste i tyl­ko al­ko­hol wy­do­by­wał ją ze sta­nu nie­waż­ko­ści.

Przy­szłość wy­da­wa­ła jej się czar­ną wstę­gą, któ­ra prze­wią­że bu­twie­ją­ce od ja­kie­goś cza­su ży­cie. "Ja nie szu­kam, ja znaj­du­ję" - przy­po­mi­na­ła so­bie mak­sy­mę słyn­ne­go ma­la­rza na­zwi­skiem Pi­cas­so i za­sta­na­wia­ła się, jak on to, do kur­wy nę­dzy, ro­bił? U niej było na od­wrót. Wciąż szu­ka­ła, jed­nak pro­ces ten cha­rak­te­ry­zo­wał się wy­so­kim po­zio­mem bez­pro­duk­tyw­no­ści. Wszyst­ko, co uda­wa­ło jej się zna­leźć, to zu­ży­ta pre­zer­wa­ty­wa na uli­cy, po­rzu­co­na aku­rat pod jej no­ga­mi jak zło­śli­wy ko­men­tarz na te­mat jej nie­ist­nie­ją­ce­go ży­cia płcio­we­go.

"Za­wsze my­śla­łem, że w ży­ciu cho­dzi o zdo­by­wa­nie rze­czy. Te­raz wiem, że waż­niej­sza jest ich utra­ta". Od nie­daw­na au­to­ry­te­tem w dzie­dzi­nie du­cho­wo­ści był dla niej Mike Ty­son. Kie­dy usły­sza­ła w te­le­wi­zji jego sło­wa, po­my­śla­ła so­bie, że nie­po­trzeb­nie ku­pi­ła książ­kę Umysł zen, umysł po­cząt­ku­ją­ce­go i wszyst­kie czę­ści Osho. Mike po­tra­fił za­mknąć całe jej do­świad­cze­nie w dwóch zda­niach. Utra­ta to­wa­rzy­szy­ła jej w ży­ciu na każ­dym kro­ku i mia­ła róż­ne ob­li­cza. Od utra­ty pra­cy aż po utra­tę wia­ry w sie­bie. Utra­ta była czymś, z cze­go mo­gła się dok­to­ry­zo­wać, i może kie­dyś to zro­bi, na Uni­wer­sy­te­cie Trze­cie­go Wie­ku.

W su­kurs jej smut­ko­wi przy­szła ezo­te­ry­ka. Wpraw­dzie naj­lep­sze pro­gra­my ezo­te­rycz­ne nada­wa­no w nocy, ale to nie było dla Ta­ma­ry pro­ble­mem. Wręcz prze­ciw­nie, noc była wodą na jej młyn! "Spa­nie? Ja­kie spa­nie?! Już daw­no z tym gów­nem skoń­czy­łam!" - mo­gła­by po­wie­dzieć. Zwol­nie­nie z pra­cy tak wie­le umoż­li­wia. Wol­ność od jest wol­no­ścią do: pi­cia, bez­sen­no­ści, ćpa­nia, noc­nej te­le­wi­zji. "My, kur­wy, nie śpi­my w nocy!" To było ostat­nio mot­to Ta­ma­ry, oczy­wi­ście nie wy­my­śli­ła tego sama, sko­pio­wa­ła od ko­le­gi pe­da­ła.

Zresz­tą od pew­ne­go cza­su wy­da­wa­ło jej się dziw­ne, że lu­dzie mają czas na pra­cę. Prze­cież samo pi­cie tyle zaj­mu­je! Poza tym joga, me­dy­ta­cja, tre­ning oso­bi­sty, pa­le­nie fa­jek, od­sy­pia­nie kaca, ko­men­to­wa­nie wpi­sów na Fa­ce­bo­oku, czę­sto nie star­cza­ło jej dnia! Nie da się ukryć, że od kie­dy stra­ci­ła pra­cę, pa­trzy­ła na kla­sę pra­cu­ją­cą z co­raz więk­szym po­dzi­wem.

I tak spę­dza­ła dłu­gie go­dzi­ny, oglą­da­jąc wró­ża Ma­cie­ja, Ezo­te­riu­sza, ja­sno­widz­kę Ama­lę. Oglą­da­nie te­le­wi­zji uwa­ża­ła zresz­tą za for­mę kon­te­sta­cji, bo­wiem zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cy­mi tren­da­mi naj­mod­niej było te­le­wi­zo­ra nie mieć i osten­ta­cyj­nie to gło­sić. Gdzie­kol­wiek zda­rzy­ło jej się ostat­nio za­wi­tać, któ­rą­kol­wiek ga­ze­tę otwo­rzyć, wszę­dzie sły­sza­ła albo czy­ta­ła: "Do­praw­dy, to ktoś sław­ny? Ostat­nią sła­wą, jaką wi­dzia­łam w te­le­wi­zji przed wy­rzu­ce­niem od­bior­ni­ka, był Bo­rys Jel­cyn". Albo: "Od trzech lat nie mamy w domu te­le­wi­zo­ra. Zde­cy­do­wa­li­śmy się wy­cho­wy­wać Polę w kul­cie na­tu­ry. Może cia­stecz­ko? Nie, nie to! To są orze­chy pio­rą­ce!". Oraz: "Dla­cze­go bra­łem tyle ko­ka­iny? A oglą­dał pan kie­dyś ka­ba­re­ton na Dwój­ce?".

Za­tem dla Ta­ma­ry od­bior­nik te­le­wi­zyj­ny był jak ostat­ni ba­stion nie­za­leż­no­ści. Oglą­da­ła te­le­wi­zję non stop: talk-shows, ta­lent-shows, se­ria­le, ka­ba­re­to­ny, fil­my, olim­pia­da, żu­żel, cała mag­ma te­le­wi­zyj­na przy­kry­wa­ją­ca ją po sam czu­bek gło­wy, unie­ru­cha­mia­ją­ca, przy­no­szą­ca ulgę. Te­le­wi­zor był dla niej lep­szym znie­czu­la­czem niż an­ty­de­pre­san­ty - któ­re rów­nież ocho­czo bra­ła. Mimo nie­pod­wa­żal­ne­go dzia­ła­nia prze­pi­sa­nych jej kie­dyś pro­chów nic nie dzia­ła­ło wie­czo­rem tak uspo­ka­ja­ją­co jak jed­no­staj­ny, pły­ną­cy nie­mal mor­ską falą szum te­le­wi­zyj­nych ob­ra­zów: a to lam­part roz­szar­pu­ją­cy ła­nię w dzi­kim bu­szu, a to oce­an, któ­ry aku­rat po­sta­no­wił po­sze­rzyć swą prze­strzeń ży­cio­wą o ludz­kie osa­dy, a to auta wy­rzu­ca­ją­ce swo­ją pę­dzą­cą na wa­ka­cje, ro­dzin­ną za­war­tość hen, w pola zbo­ża. Nie ro­zu­mia­ła, cze­mu inni nie po­dzie­la­ją jej en­tu­zja­zmu wo­bec te­le­wi­zo­ra, jej po te­le­wi­zji się na­praw­dę do­brze spa­ło ("Co tam u cie­bie, Ta­ma­ra?" "Wszyst­ko okej, my­ślisz, że le­piej ciąć nad­garst­ki czy aor­tę?").

Pro­gra­my ezo­te­rycz­ne fun­do­wa­ły jej tyle nie­za­po­mnia­nych prze­żyć. Ile­kroć po pi­ja­ku włą­cza­ła so­bie Ezo TV, już po paru mi­nu­tach re­cho­ta­ła tak, że jej śmiech bu­dził po no­cach są­sia­dów.

- Pani Ama­lo, czy do­sta­nę eme­ry­tu­rę?

- Nie.

- A to dzię­ku­ję bar­dzo.

- Pa­nie Ezo­te­riu­szu, czy zaj­dę w cią­żę?

- Już, już pusz­czam w ruch wa­ha­deł­ko. Oj, coś tu się nie do koń­ca po­ja­wia. Nie naj­lep­sza aura. Ale czy to wina pani czy pani part­ne­ra? I już wi­dzę, że to part­ner, jego nie­mra­we plem­nicz­ki, trze­ba zmie­nić die­tę. I tu już wi­dzę sa­łat­ki!

- Pani Isa­do­ro Mayo Anak­me, co jesz­cze cze­ka mnie w ży­ciu?

- Chwi­lecz­kę, już roz­kła­dam kar­ty. Cze­ka pa­nią mię­śniak ma­ci­cy. Moż­li­wa ope­ra­cja. Wi­dzę pro­ble­my w le­wym jaj­ni­ku. Miaż­dży­ca. Czy­rak. Oste­opo­ro­za. Prze­rzut mó­zgu do ko­ści, wie­lo­krot­ne prze­miesz­cze­nie się nóg i ra­mion w ob­rę­bie ca­łe­go cia­ła. Dzię­ku­ję za te­le­fon, dro­dzy pań­stwo, dzwoń­cie! Je­ste­śmy tu do wa­szej dys­po­zy­cji całą dobę!

Ta­ma­ra za­dzwo­ni­ła­by, ale sto­pień al­ko­ho­lo­we­go upo­je­nia mógł­by utrud­nić jej wy­bra­nie nu­me­ru. Za­miast tego rzu­ca więc tyl­ko do te­le­wi­zo­ra:

- Pa­nie Ma­cie­ju, na­je­ba­łam się. Czy będę mieć ju­tro kaca?

Lecz ezo­te­ry­ka nie była w sta­nie za­peł­nić pust­ki jej ist­nie­nia. W do­dat­ku coś, co mia­ło nieść po­cie­sze­nie, za­stra­sza­ło ją, i moż­na by w tym upa­try­wać po­nu­rej zło­śli­wo­ści losu. Od dłuż­sze­go cza­su z roz­ma­itych ezo­te­rycz­nych por­ta­li i te­le­wi­zji przy­cho­dzi­ły do niej ese­me­sy. Dzia­ło się to z re­gu­lar­no­ścią i per­fi­dią god­ną naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nych tor­tur. Ese­me­sy te cha­rak­te­ry­zo­wa­ły się za­dzi­wia­ją­cym dra­ma­ty­zmem lek­sy­kal­nym. Brzmia­ły tak, jak­by re­da­go­wał je co­pyw­ri­ter wy­spe­cja­li­zo­wa­ny w re­da­go­wa­niu ulo­tek po­świę­co­nych koń­co­wi świa­ta: "WPAD­NIESZ W PU­ŁAP­KĘ, bo nie prze­wi­dzisz, cze­go się nie spo­dzie­wasz! To bę­dzie szok i ogrom­na stra­ta, po­pły­ną smut­ne łzy!". Inne dzia­ła­ły jak to­ta­li­tar­ne wła­dze, na­ka­zu­jąc peł­ną lęku czuj­ność: "Ob­ser­wuj pole bi­twy. Wła­śnie ktoś wy­słał do cie­bie swo­ich po­słań­ców. Waż­na wróż­ba, lek­ce­wa­że­nie ozna­cza punkt dla dru­giej stro­ny". Jesz­cze inne ope­ro­wa­ły po­ety­ką ro­dem z an­tycz­nej tra­ge­dii: "GRZECH PO­KO­LEŃ - to po­wód two­je­go pe­cha i trud­no­ści! Grzech po­ko­leń blo­ku­je szczę­ście i od­bie­ra ci mi­łość, zdro­wie i pie­nią­dze!".

Ta­ma­ra się na­wet tą całą klą­twą prze­ję­ła. My­śla­ła, by ją z sie­bie zdjąć. Cała spra­wa nie była w koń­cu taka dro­ga - zdję­cie klą­twy pro­po­no­wa­no po roz­sąd­nej ce­nie trzech zło­tych od ese­me­sa, osta­tecz­nie jed­nak Ta­ma­ra nie zde­cy­do­wa­ła się na to roz­wią­za­nie. Zde­cy­do­wa­ła się na inne, nie­co droż­sze, choć dużo bar­dziej sku­tecz­ne, wręcz nie­za­wod­ne. Trze­ba bo­wiem do­dać, że jest na tym świe­cie coś, co nie pod­le­ga utra­cie, za­wsze obec­ne i do­stęp­ne, przy­cho­dzą­ce na we­zwa­nie, o ile za­wcza­su za­dba się o za­ku­py - al­ko­hol.

I

Na zło­dzie­ju czap­ka gore, mó­wią. Ale je­śli cho­dzi o Ta­ma­rę, od kil­ku go­dzin świe­żo upie­czo­ną mor­der­czy­nię, rze­czy mają się zgo­ła in­a­czej. Nic nie gore na niej ani w niej - Ta­ma­ra jest jak la­tar­nia mor­ska, któ­ra ule­gła awa­rii. Sie­dzi na brze­gu swo­je­go wła­sne­go łóż­ka jak ma­ne­kin z ga­bi­ne­tu fi­gur wo­sko­wych, nie­ru­cho­ma, otę­pia­ła i bez czu­cia. Jej ręce, któ­re za­le­d­wie go­dzi­nę temu trzy­ma­ły na­rzę­dzie zbrod­ni, te­raz wi­szą bez­wład­nie po obu stro­nach cia­ła i na­wet nie mają siły się­gnąć po pa­pie­ro­sa. Zresz­tą nie ma chy­ba po co się­gnąć - w jej domu nie ma już pa­pie­ro­sów. Są tyl­ko nie­do­pał­ki, wy­pa­lo­ne jak ona. Nie ma żaru, jest po­piół.

I rze­czy­wi­ście, gdy­by ro­zej­rzeć się po tym po­ko­ju, któ­ry w bla­dym świe­tle wpeł­za­ją­ce­go przez okno świ­tu ujaw­nia swo­je po­nu­re kształ­ty, nie do­strze­gło­by się ni­cze­go, co na­da­je się do uży­cia. Wszyst­ko jest zu­ży­te, zje­dzo­ne i prze­two­rzo­ne - jak ona. To, co sie­dzi tu na łóż­ku, owo opa­ko­wa­nie po prze­szłym czło­wie­ku, nie jest na­wet w po­ło­wie tak atrak­cyj­ne jak do­szczęt­nie wy­żar­ta za­war­tość.

Na­sza mor­der­czy­ni sie­dzi na łóż­ku za­sła­nym gra­na­to­wą na­rzu­tą i ob­ser­wu­je ten świt peł­zną­cy po pod­ło­dze aż pod jej brud­ne, wczo­raj­sze sto­py. Sto­py Chry­stu­sa w go­dzi­nę po Dro­dze Krzy­żo­wej. Świt prze­dzie­ra się z ga­dzim mo­zo­łem przez nie­szczel­ne za­sło­ny, pod­cho­dzi co­raz bli­żej, na pal­cach, jak po­twór. Z ciem­no­ści wy­ła­nia­ją się pierw­sze kształ­ty - ko­mo­da, sto­lik noc­ny, te­le­wi­zor. Nie da się ukryć, że są to za­ra­zem kształ­ty ostat­nie - je­śli cho­dzi o wy­strój wnętrz, pa­nu­je tu ab­so­lut­ny mi­ni­ma­lizm, na­to­miast dia­beł, ten ulu­bio­ny przez wszyst­kich, epi­zo­dycz­ny bo­ha­ter, jak zwy­kle tkwi w szcze­gó­łach. To one, roz­pa­no­szo­ne po ca­łym po­ko­ju ni­czym śre­dnio­wiecz­na za­ra­za, ro­bią tu­taj za wy­strój wła­ści­wy, tak zwa­ną kwin­te­sen­cję. To z nich moż­na od­two­rzyć tryb ży­cia na­szej Ta­ma­ry z pre­cy­zją do­rów­nu­ją­cą tej, z jaką na­ukow­cy od­twa­rza­ją ja­dło­spis i in­ten­syw­ność ży­cia ero­tycz­ne­go di­no­zau­rów na pod­sta­wie ich ko­ści.

Co my tu mamy? Brud­ne ubra­nia. Zmar­łe mu­chy i ko­ma­ry. Dwie pu­ste bu­tel­ki po wi­nie, jed­ną po wód­ce. Parę opa­ko­wań po pa­pie­ro­sach. Po­piel­nicz­kę wy­peł­nio­ną pe­ta­mi. Fif­kę do pa­le­nia ha­szu i ma­ri­hu­any. Dwa opa­ko­wa­nia po le­kach prze­ciw­bó­lo­wych. Reszt­ki sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych na lep­kiej od bru­du pod­ło­dze. Jej po­kój przy­po­mi­na po­ko­je ho­te­lo­we gwiazd - te, w któ­rych znaj­du­je się je mar­twe.

Jest tu mnó­stwo rze­czy, lecz wie­lu też nie ma. Na przy­kład wy­rzu­tów su­mie­nia. Gdy­by Ta­ma­rze zro­bić test na ich obec­ność, wy­nik był­by ujem­ny. Brak też ze­wnętrz­nych oznak zde­ner­wo­wa­nia - na jej twa­rzy nie po­ja­wia się naj­mniej­szy gry­mas. Inna spra­wa, że po dwu­dnio­wym im­pre­zo­wym ma­ra­to­nie, w któ­rym bra­ła udział, jej twarz mo­gła­by z po­wo­dze­niem zdo­bić pla­kat wstrzą­sa­ją­cej kam­pa­nii an­ty­nar­ko­ty­ko­wej. Do­mi­nu­ją w niej sza­rość i fio­let, źre­ni­ce są roz­sze­rzo­ne, wło­sy po­tar­ga­ne i wzbo­ga­co­ne czymś w ro­dza­ju kra­jo­bra­zu cmen­tar­ne­go: ze­schły­mi li­ść­mi, bło­tem, ku­rzem, pa­ję­czy­ną, krwią, śla­do­wy­mi ilo­ścia­mi wszyst­kie­go, co moż­na zna­leźć w świe­cie, szcze­gól­nie w jego noc­nych po­wia­tach. Ma­ki­jaż na­le­ży do ka­te­go­rii wczo­raj­szych wspo­mnień, a z si­nia­ków, za­dra­pań i cie­ni wy­stę­pu­ją­cych na jej cie­le moż­na by ją le­piej od­czy­tać niż z li­nii pa­pi­lar­nych. Je­śli cho­dzi o uro­dę tej dziew­czy­ny, to z całą pew­no­ścią po­pro­si­ła ona dzi­siaj o L4 - gdy­by dziś było Hal­lo­we­en, to Ta­ma­ra mo­gła­by prze­brać się za samą sie­bie i wy­grać kon­kurs.

Jed­nak jej cia­ło to nie tyl­ko znisz­cze­nia i ubyt­ki - na­wet w tej stre­fie zero coś się wy­bi­ja. Są to frag­men­ty in­ne­go cia­ła. Odro­bi­na za­bi­tej dziew­czy­ny kry­je się pod pa­znok­ciem Ta­ma­ry, w po­sta­ci strzę­pu na­skór­ka, a gdzieś na jej ubra­niu zna­la­zło­by się rów­nież parę na­le­żą­cych do de­nat­ki wło­sów. W niej na­to­miast znaj­du­je się czy­jaś sper­ma. Te­raz wła­śnie wy­pły­wa z Ta­ma­ry, struż­ką po jej udach pły­nie ża­ło­sne wspo­mnie­nie po kimś, kto nie­pro­szo­ny wpadł w go­ści. Zda­je się, że Ta­ma­ra, to zna­czy jej cia­ło, znów była to­ra­mi dla tego słyn­ne­go tram­wa­ju zwa­ne­go mę­skim po­żą­da­niem. Obiek­tem jej po­żą­da­nia zaś były nar­ko­ty­ki twar­de - w toku ba­dań tok­sy­ko­lo­gicz­nych z pew­no­ścią moż­na by stwier­dzić w jej or­ga­ni­zmie obec­ność ko­ka­iny, me­fe­dro­nu, ke­ta­mi­ny i al­ko­ho­lu, a może i cze­goś jesz­cze. Ta­ma­ra sta­no­wi­ła­by duże wy­zwa­nie dla stu­den­tów che­mii. Mimo to nie czu­je się po­bu­dzo­na, prze­ciw­nie - jest dziw­nie opa­no­wa­na. Wpraw­dzie nie może za­snąć, ale jest to ra­czej spo­wo­do­wa­ne sku­pie­niem, ja­kie­go do­świad­cza­ją wy­ćwi­cze­ni w prak­ty­kach me­dy­ta­cyj­nych mni­si, a nie za­ży­ty­mi środ­ka­mi. Ta­ma­ra ma wra­że­nie, jak­by w jej cie­le za­cu­mo­wał gi­gan­tycz­ny trans­atlan­tyk. Wzbu­rzo­ne wody wy­gła­dzi­ły się. Nie ma nic poza lo­do­wa­tym opa­no­wa­niem, poza pust­ką.

Po­dej­rze­wa, że tru­pa jesz­cze nie od­kry­to. Jest na to za wcze­śnie. Tak oto śmierć za­ra­zem sta­ła się fak­tem i nie sta­ła - za­bi­ta jest te­raz czymś w ro­dza­ju kota Schrödin­ge­ra. Cho­ciaż umar­ła, to wciąż jesz­cze żyje w umy­słach lu­dzi nie­świa­do­mych jej śmier­ci. Do­pó­ki ktoś nie znaj­dzie zwłok, nie za­wia­do­mi po­li­cji, do­pó­ki wieść nie roz­prze­strze­ni się jak na­sio­na dmu­chaw­ca - bę­dzie trwał stan przej­ścio­wy mię­dzy ży­ciem a śmier­cią.

Może za parę go­dzin ktoś wej­dzie do po­ko­ju, któ­ry był miej­scem zbrod­ni, za­nie­po­koi się le­żą­cą w nim nie­ru­cho­mo trzy­dzie­sto­lat­ką, zdej­mie z jej twa­rzy po­dusz­kę i za­kry­je usta dło­nią. Swo­je usta. Oso­ba nie­ży­ją­ca za­wsze wzbu­dza w ży­ją­cych pa­ni­kę.

II

W ży­ciu umie­ra­nie jest nie­odwo­łal­ne i jed­no­ra­zo­we, "a kto umarł, ten nie żyje", jak to mó­wią. Tru­py wy­stę­pu­ją tu wy­łącz­nie jako por­tre­ty tru­mien­ne lub ma­ne­ki­ny w wi­zji lo­kal­nej, tyl­ko ci żywi są żywi na­praw­dę, cze­go do­wo­dem ich nie­usta­ją­ce czyn­no­ści ży­cio­we: od po­chła­nia­nia i wy­da­la­nia po mi­łość, bu­do­wę do­mów, dba­łość o lo­ka­ty oszczęd­no­ścio­we. Tym­cza­sem po­wieść nie zna ta­kich ogra­ni­czeń. Tu moż­na so­bie po­zwo­lić na wię­cej wo­bec tak przy­krych fak­tów jak śmierć i jej na­stęp­stwa.

Bo oto mamy pią­tek, dwa dni wcze­śniej. Za­pa­da zmierzch, sza­re mgły wscho­dzą nad War­sza­wą, tym udrę­czo­nym mia­stem - jeń­cem wo­jen­nym, któ­re­go toż­sa­mość w wy­ni­ku roz­licz­nych przy­kro­ści zo­sta­ła roz­dar­ta na ka­wał­ki i na­pręd­ce skle­co­na na nowo z tego, co było pod ręką. To mia­sto od­pa­la nad gło­wa­mi swo­ich miesz­kań­ców race bez­względ­no­ści, wy­cią­ga po nich ręce ro­sną­ce szyb­ko jak pędy fa­so­li. Gdzieś po tym mie­ście krą­ży dziew­czy­na, któ­ra za dwa dni prze­obra­zi się w zwło­ki, tym­cza­sem ta, któ­ra ją za­bi­je - Ta­ma­ra Mor­tus - leży na pod­ło­dze w swo­im miesz­ka­niu i czu­je się jak wrak ma­łe­go sa­mo­lo­tu, na­mie­rzo­ny gdzieś w prze­stwo­rzach i strą­co­ny w prze­paść przez nie­zna­nych spraw­ców. Za­wi­ja dłu­gie wło­sy na drżą­cych pal­cach, za­pa­la pa­pie­ro­sa, po­zwa­la, by dym le­ciał w górę, nie­mal pod sam su­fit, i ma wra­że­nie, że jest uło­żo­ny­mi na sto­sie zwło­ka­mi.

Ta­ma­ra wciąż żyje - wbrew swe­mu na­zwi­sku i temu, co robi, by mu spro­stać. Od daw­na już ko­la­bo­ru­je ze śmier­cią, pro­wa­dzi z nią ne­go­cja­cje w spra­wie ry­chłej fu­zji. Kar­tą prze­tar­go­wą jest al­ko­hol oraz używ­ki in­ne­go typu; to za nie Ta­ma­ra jest skłon­na od­dać śmier­ci swo­je udzia­ły, ta jed­nak wciąż się nie zja­wia, cią­gle kpi z jej wy­sił­ków.

Dziś znów, od po­łu­dnia, Ta­ma­ra pro­wa­dzi z nią roz­mo­wy. Zdą­ży­ła już, do osiem­na­stej, któ­ra wy­bi­ja na ze­ga­rach, wy­pić trzy duże cy­try­nów­ki i bu­tel­kę wina, a ca­łość do­pra­wić odro­bi­ną ha­szu. Przed ocza­mi ma ob­raz jak z płó­cien im­pre­sjo­ni­stów - sta­do mi­go­czą­cych, róż­no­barw­nych pla­mek. Mówi się, że al­ko­ho­lik nie pije z byle kim. Ta­ma­ra my­śli więc, że pi­jąc sa­mot­nie, nig­dy nie bę­dzie al­ko­ho­licz­ką.

Upew­ni­ła się, że ma w domu so­lid­ny za­pas sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych: chce bo­wiem prze­by­wać w nim (w domu, jak i w bło­go­sła­wio­nym sta­nie upo­je­nia) jak naj­dłu­żej, naj­le­piej przez cały, wła­śnie roz­po­czy­na­ją­cy się week­end, na któ­ry - tak się od paru lat skła­da - nie ma żad­nych to­wa­rzy­skich pla­nów. Je­dy­nym to­wa­rzy­szem, a za­ra­zem świad­kiem jej upad­ku, jest to mia­sto, War­sza­wa. Jego wiel­kie ciel­sko po­prze­ty­ka­ne cią­giem ko­lumn, ka­mie­nic, wie­żow­ców z wiel­kiej pły­ty, roz­ja­śnio­ne ty­sią­cem mi­ga­ją­cych neo­nów. Sto­sun­ki na li­nii Ta­ma­ra-War­sza­wa przy­po­mi­na­ją te mię­dzy ki­bi­ca­mi zwa­śnio­nych klu­bów spor­to­wych. Mimo to dziew­czy­na nie umie stąd wy­je­chać, nie wia­do­mo, jak to wy­tłu­ma­czyć, to ro­dzaj uza­leż­nie­nia, syn­drom sztok­holm­ski. Jesz­cze ja­kiś czas temu Ta­ma­ra wy­szła­by z domu i otwo­rzy­ła się na roz­le­głą pro­po­zy­cję mia­sta, na wszyst­kie jego guzy, zro­sty, wy­rzut­nie i za­pad­nie, na te miej­sca, w któ­rych ono od­sta­je od nor­my, wska­zu­je pod­wyż­szo­ne, cho­ro­bo­we mar­ke­ry. W te wła­śnie miej­sca chcia­ła­by dojść, zli­zać z nich całą sól nocy, tak jak zwie­rzę­ta zli­zu­ją ją w zi­mie z ulic. Jed­nak od dłuż­sze­go cza­su tego nie robi. Za­miast wyjść do mia­sta, woli wyjść po wino.

V

Dwie go­dzi­ny póź­niej jest na Sta­rów­ce - tej czę­ści sto­li­cy, któ­rej nie cier­pi chy­ba naj­bar­dziej. Wie­dza hi­sto­rycz­na w ni­czym nie po­ma­ga: war­szaw­skie Sta­re Mia­sto przy­po­mi­na jej ma­kie­tę wy­ho­do­wa­ną w umy­śle szur­nię­te­go ar­chi­tek­ta i po­wo­du­je, że jej roz­brat z rze­czy­wi­sto­ścią sta­je się jesz­cze bar­dziej doj­mu­ją­cy.

Oczy­wi­ście w dziel­ni­cy, w któ­rej miesz­ka, nie jest le­piej, ale przy­najm­niej nę­dza sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich jest tu au­ten­tycz­na i ade­kwat­na do per­fek­cyj­nie jed­na­ko­wych, przy­tła­cza­ją­cych roz­mia­rem bu­dyn­ków miesz­kal­nych. Nikt nie pró­bu­je jej prze­ła­mać lu­kro­wa­ną otocz­ką róż­no­ko­lo­ro­wych dom­ków z pu­de­łek od za­pa­łek. To wszyst­ko spra­wia, że Ta­ma­ra przy­najm­niej nie spraw­dza co­dzien­nie rano przed lu­strem, czy nie zmie­ni­ła się w Smer­fet­kę.

Za­wsze za­sta­na­wia­ła się, cze­mu tak źle się czu­je, spa­ce­ru­jąc po Sta­rów­ce - bo prze­cież w prze­szło­ści spa­ce­ro­wa­ła, snu­ła się tymi sy­mu­lu­ją­cy­mi przy­tul­ność ulicz­ka­mi, sa­mot­nie, czło­wiek wid­mo w wy­mar­łym mie­ście. I wresz­cie to od­kry­ła - jej nie­chę­cią rzą­dzi­ła za­sa­da po­do­bień­stwa. Przez dłu­gi czas Ta­ma­ra, tak jak Sta­rów­ka, pre­zen­to­wa­ła swo­ją fa­sa­dę, jak umia­ła naj­le­piej, byle ktoś się na to na­brał. Jak wszyst­kie dziew­czy­ny w new­ral­gicz­nym wie­ku, wie­ku ge­ne­ru­ją­cym naj­więk­sze po­trze­by sek­su­al­ne, wsłu­cha­na w pieśń brzmią­cej jak Enya ma­ci­cy, za­sta­wia­ła wny­ki na tych, któ­rzy byli skłon­ni uczest­ni­czyć w tym tań­cu go­do­wym. Do cza­su kie­dy po­czu­ła do tego tak głę­bo­ki wstręt, że nie mo­gła już pa­trzeć na sie­bie in­a­czej niż jak na miesz­kań­ca kra­iny sko­ru­pia­ków, któ­re urzą­dza­ją swo­im od­wło­kom kon­kurs pięk­no­ści. De­cy­zja przy­szła wte­dy, gdy po­czu­ła, że jej cipa przy­po­mi­na ron­do de Gaul­le'a w go­dzi­nach szczy­tu. Ogło­si­ła mo­ra­to­rium na swo­je sek­su­al­ne usłu­gi.

Co chcia­ła zdzia­łać tą śmia­łą po­sta­wą? Praw­do­po­dob­nie z jed­nej stro­ny mia­ła na­dzie­ję ogra­ni­czyć swój wła­sny mi­ło­sny mar­ke­ting ba­zu­ją­cy na nie­złom­nym prze­ko­na­niu, że za ro­giem cze­ka na nią jesz­cze ko­rzyst­niej­sza ofer­ta, więc nie war­to po­prze­sta­wać na obec­nej, z dru­giej zaś kie­ro­wał nią wy­uz­da­ny po­mysł, ja­ko­by za­ka­za­ny owoc miał sma­ko­wać le­piej. Była na­uczo­na tego, że za każ­dym suk­ce­sem stoi od­po­wied­nia stra­te­gia, ale jako że - od­czu­wa­jąc głów­nie pust­kę, go­rycz i roz­cza­ro­wa­nie - za cho­le­rę nie wie­dzia­ła, czym jest dla niej suk­ces, po­prze­sta­ła na ra­zie na stra­te­gii.

Nie­ste­ty, po­my­li­ła się - ta­kie sztucz­ki dzia­ła­ły może za cza­sów pra­mat­ki Ewy i pra­oj­ca Ada­ma, ale na pew­no nie w cza­sach szyb­kie­go łą­cza z nie­li­mi­to­wa­nym trans­fe­rem w go­dzi­nach noc­nych. Te­le­fon prze­stał dzwo­nić. Je­śli ktoś miał dar­mo­we mi­nu­ty, na pew­no nie wy­ko­rzy­stał ich na Ta­ma­rę. Skrzyn­ka mej­lo­wa po­wo­li za­peł­nia­ła się wia­do­mo­ścia­mi o moż­li­wo­ści prze­dłu­że­nia pe­ni­sa i ra­ba­tach na Tele Piz­zę. Po grom­kiej ci­szy, z jaką na Fa­ce­bo­oku ob­cho­dzo­no jej uro­dzi­ny, Ta­ma­ra ze wsty­dem usu­nę­ła stam­tąd swój pro­fil. W jej ży­ciu to­wa­rzy­sko-sek­su­al­nym za­pa­no­wa­ła ci­sza jak na polu bi­twy po za­koń­cze­niu dzia­łań wo­jen­nych.

Od­kry­cie, że po­sia­da nie­za­prze­czal­ną uro­dę, sta­ło się dla niej kulą u nogi. Kie­dy cia­ło ma wy­so­ki sto­pień atrak­cyj­no­ści, zu­peł­nie nie wia­do­mo, jak z nim po­stę­po­wać - oto były re­flek­sje Ta­ma­ry na nowy wiek, któ­re chcia­ła spi­sać jak naj­prę­dzej w for­mie ese­ju i wy­słać do od­po­wied­nich re­dak­cji. Kie­dy w oko­li­cach osiem­na­ste­go-dzie­więt­na­ste­go roku ży­cia od­kry­ła, że upodo­ba­nie do jej tka­nek jest po­wszech­ne i może prze­bie­rać w ofer­tach sek­su­al­nych ni­czym w ulę­gał­kach, po­czu­ła się oszo­ło­mio­na jak Ko­lumb do­bi­ja­ją­cy do wy­brze­ży Ame­ry­ki. Ta świa­do­mość otwo­rzy­ła pusz­kę Pan­do­ry, w któ­rej do tej pory szczel­nie upchnię­te było jej ży­cie. Te­raz wy­bu­chło, z sy­kiem, i roz­la­ło jej się pod no­ga­mi. Nowe od­kry­cie spo­wo­do­wa­ło, że uro­cza gim­na­sty­ka z kor­ko­cią­giem do wina, jaką upra­wia­ła co week­end, a póź­niej już co dru­gi dzień, zmie­ni­ła się w gim­na­sty­kę bar­dziej na­ma­cal­ną, sprzy­ja­ją­cą utrzy­ma­niu od­po­wied­niej wagi cia­ła. Seks sprzy­ja do­brej fi­gu­rze, owszem, spraw­dzi­ła to. Jej oczy, jej wło­sy, jej cały układ kost­ny i mię­śnio­wy, wszyst­ko, co two­rzy się w ło­nie mat­ki, a cza­sem zo­sta­je przed­wcze­śnie roz­po­zna­ne jako pa­to­lo­gicz­na zmia­na i wy­cię­te - mały po­twór z wło­sa­mi i skó­rą - po­do­ba­ło się bar­dzo i Ta­ma­ra mo­gła z tego do woli ko­rzy­stać, pró­bu­jąc róż­nych po­zy­cji z Ka­ma­su­try.

Po la­tach, do­bi­ja­jąc do trzy­dziest­ki, prze­ra­żo­na tym, że ma już go­to­wy ma­te­riał do re­wo­lu­cyj­ne­go pod­ręcz­ni­ka Jak prze­le­cieć ar­mię Woj­ska Pol­skie­go w ty­dzień, za­mknę­ła swe po­dwo­je, ale nie przy­spo­rzy­ło jej to ani fa­nów, ani ra­do­ści. Znu­dzo­na bez­ru­chem w in­te­re­sie i za­chę­ca­na przez pod­ręcz­ni­ki dla wy­trwa­łych jo­gi­nów do tego, by wpro­wa­dzać w swe ży­cie har­mo­nię, wpa­dła więc na po­mysł cof­nię­cia na­ło­żo­ne­go na cip­kę em­bar­go. Ścią­gnie na nowo sim­loc­ka i znów udo­stęp­ni kod do swo­jej wa­gi­ny, któ­ra te­raz sta­ła smęt­nie w por­cie jak nie­uży­wa­na, rdze­wie­ją­ca bar­ka. Brak sek­su zmie­niał ją w więd­ną­cą ro­śli­nę ogro­do­wą - po­żół­kłą, ze­schnię­tą, zmur­sza­łą. Nie­chęt­ną wszyst­kie­mu, obo­jęt­ną. Z dru­giej stro­ny, kie­dy jej cipa pę­dzi­ła na zła­ma­nie kar­ku za każ­dym co oka­zal­szym by­wal­cem mę­skich bok­se­rek, wca­le nie było le­piej. Wte­dy czu­ła się zu­ży­ta ni­czym wzię­ta w le­asing sztucz­na szczę­ka. Ni­jak nie po­tra­fi­ła roz­su­płać tego wę­zła gor­dyj­skie­go, słyn­ny zło­ty śro­dek w po­sta­ci tak po­żą­da­ne­go spo­łecz­nie związ­ku mi­ło­sne­go nie był dla niej żad­nym roz­wią­za­niem.

Kie­dy tak su­nę­ła z opo­ra­mi przez te roz­le­głe prze­strze­nie wy­peł­nio­ne ludź­mi, pta­ka­mi, ro­śli­na­mi w róż­nych ko­lo­rach, ma­ły­mi chiń­ski­mi fi­li­żan­ka­mi, fo­te­la­mi obi­ty­mi skó­rą, au­ta­mi o róż­nym prze­bie­gu i dro­ga­mi łą­czą­cy­mi wszyst­kie, naj­bar­dziej od­le­głe za­kąt­ki glo­bu, mia­ła wra­że­nie, że ży­cie jest nie­upo­rząd­ko­wa­nym pa­sem star­to­wym, a ona wiel­ką, sta­lo­wą ma­szy­ną lot­ni­czą, o któ­rą to wszyst­ko się roz­bi­ja i gi­nie gdzieś w dole, pod ma­ły­mi ko­ła­mi. Wszyst­ko, co nie było nią, ob­le­wa­ło ten bez­na­mięt­ny, sza­ry ka­dłub, któ­rym była, i roz­stę­po­wa­ło się przed nim jak masy go­rą­ce­go po­wie­trza. I wciąż upar­cie śpie­wa­ło tę gro­te­sko­wą pio­sen­kę: Otwórz te za­la­ko­wa­ne drzwi, za­bierz na po­kład ja­kichś pa­sa­że­rów. Chce­my do cie­bie przy­wrzeć jak cie­płe usta do umar­łej oso­by. A ona, ta ma­szy­na, któ­rą była, su­nę­ła da­lej nie­wzru­sze­nie w stro­nę drwią­cej z niej pla­my słoń­ca.

Ta­ma­ra stoi w umó­wio­nym miej­scu, pró­bu­je przy­po­mnieć so­bie ja­kieś ha­sła, któ­rych uczo­no jej na tre­nin­gach roz­wo­ju oso­bi­ste­go, ja­kieś afir­ma­cje, coś, co ma moc roz­pra­sza­nia mro­ku. Szu­ka w gło­wie ja­kie­goś wy­ima­gi­no­wa­ne­go włącz­ni­ka świa­tła, ale nie może go zna­leźć. Wciąż na­tra­fia na na­gie, zim­ne ścia­ny, po któ­rych śli­zga się jej naga świa­do­mość. Two­je my­śli two­rzą rze­czy­wi­stość - przy­po­mi­na się Ta­ma­rze, mu­sia­ła to prze­czy­tać w ja­kimś pod­ręcz­ni­ku do na­uki zwięk­sza­nia wła­snej aury oraz pod­no­sze­nia wi­bra­cji. I wi­dzi na­gle swo­ją rze­czy­wi­stość jako skle­jo­ną brył­kę bru­nat­nych od­cho­dów, to­czo­ną pod górę przez żuka gno­ja­ka. Oczy­wi­ście bez więk­szych suk­ce­sów, sy­zy­fo­we pra­ce.

Dziew­czy­na jed­nak po­cie­sza się, że mimo bra­ku uro­ku oso­bi­ste­go, mimo sa­mo­po­czu­cia pa­cjen­ta za­kła­du psy­chia­trycz­ne­go po se­rii elek­trow­strzą­sów oraz spo­ko­ju żoł­nie­rza prze­dzie­ra­ją­ce­go się przez wiet­nam­ską dżun­glę, chy­ba wciąż jesz­cze jako tako wy­glą­da. Choć oczy­wi­ście me­try­kal­nie jest już cia­stem z za­kal­cem, ry­czą­cą trzy­dziest­ką. Co­kol­wiek mó­wi­ły­by na ten te­mat ga­ze­ty, oto nad­cho­dzi mi­tycz­ny kry­zys wie­ku śred­nie­go. Rze­czy, któ­re nie mia­ły mieć wpły­wu na two­je zdro­wie, były nie­win­ną roz­ryw­ką mło­dzie­ży, na­gle oka­zu­ją się za­gro­że­niem - na przy­kład pa­le­nie. Kil­ka mie­się­cy temu Ta­ma­ra do­wie­dzia­ła się od le­kar­ki, że ma czter­dzie­sto­let­nie płu­ca. W oszo­ło­mie­niu wo­dzi­ła wzro­kiem po kar­tecz­ce z wy­ni­kiem ba­dań. Owszem, od pięt­na­stu lat ro­bi­ła so­bie zdro­wot­ne in­ha­la­cje z ni­ko­ty­ny, a raz na­wet z he­ro­iny, ale prze­cież lu­dzie po­stę­pu­ją tak la­ta­mi i nic im się nie dzie­je. Umie­ra­ją na coś zu­peł­nie in­ne­go. Na przy­kład na mar­skość wą­tro­by.

Ży­cie jest nie­spra­wie­dli­we - Ta­ma­ra od­kry­ła głę­bo­ką praw­dę, na któ­rej mo­gła­by zbić for­tu­nę, gdy­by tyl­ko opu­bli­ko­wa­ła ją w for­mie książ­ki.

Ko­le­ga wy­ła­nia się zza rogu, na­gle. Spa­da na Ta­ma­rę ni­czym klą­twa. Nie­ste­ty, w jego nie­źle za­pa­mię­ta­nej przez Ta­ma­rę kon­tro­wer­syj­nej uro­dzie nie na­stą­pił ża­den pro­gres. Jego nos da­lej przy­po­mi­na abs­trak­cyj­ną rzeź­bę wy­ko­na­ną przez nie­zdol­ne­go ar­ty­stę, brzu­cho­wi przy­by­ło do­dat­ko­wych parę cen­ty­me­trów, a wło­sy, jak to zwy­kle bywa, zde­cy­do­wa­ły się na ma­so­wy exo­dus z oko­lic gło­wy, by do­ko­nać de­san­tu na ni­cze­go nie­prze­czu­wa­ją­ce brwi i uszy. Cały wy­glą­da jak kar­to­fel wy­grze­ba­ny z zie­mi w nie­od­po­wied­nim cza­sie. Jed­nak do­da­je so­bie ani­mu­szu fir­mo­wym płasz­czem. Tani Ar­ma­ni? - za­sta­na­wia się Ta­ma­ra.

Nie wie, czy się ro­ze­śmiać, czy roz­pła­kać. To coś w jej środ­ku, co po­win­no być cia­łem sta­łym, roz­pły­wa się jak tłuszcz na roz­grza­nej pa­tel­ni, Ta­ma­ra czu­je, że pod jej no­ga­mi for­mu­je się cie­pła ka­łu­ża jej roz­beł­ta­nych resz­tek. Chce, by jej cia­ło mia­ło umie­jęt­ność roz­pusz­cza­nia się, jak zwło­ki w kwa­sie. Jed­nak jest za póź­no, sput­nik na­mie­rzył cel, ata­ku­je wi­dzia­ną na ce­low­ni­ku pla­ne­tę z całą siłą swe­go uzbro­je­nia.

Ber­nard pod­cho­dzi do Ta­ma­ry i ca­łu­je ją w po­li­czek. Kie­dy to robi, ta czu­je kro­pel­ki potu na jego skó­rze. Wpra­wia ją to w lek­kie obrzy­dze­nie. Znów drę­twie­je, ale nie wie, co zro­bić, po­zwa­la mu do­koń­czyć przy­wi­ta­nie. Wciąż musi do­pro­wa­dzać się do po­rząd­ku - mimo nie­zno­śne­go ner­wo­we­go na­pię­cia zna prze­cież obo­wią­zu­ją­ce w świe­cie za­sa­dy po­stę­po­wa­nia i wie, co gro­zi za ich zła­ma­nie. Mimo wszyst­ko nie może opa­no­wać sil­ne­go drże­nia. Ber­nard robi sto­sow­ną do swo­je­go imie­nia minę mni­cha za­tro­ska­ne­go o do­bro ludz­ko­ści:

- Chłod­no ci? Chodź­my szyb­ko do lo­ka­lu, za­re­zer­wo­wa­łem sto­lik tu w knaj­pie obok.

Ta­ma­ra zga­dza się, cóż jej po­zo­sta­je. Idzie za nim jak ba­ran na rzeź. Ta­kie ma też sa­mo­po­czu­cie.

Kie­dy już mosz­czą się na swo­ich krze­słach w cał­kiem przy­tul­nej, choć spre­pa­ro­wa­nej na po­trze­by tu­ry­stów war­szaw­skiej re­stau­ra­cji, robi jej się ciut le­piej. Oczy­wi­ście dla­te­go, że na sto­le lą­du­je al­ko­hol. Już pierw­szy kie­li­szek wina, któ­ry Ta­ma­ra wy­pi­ja nie­mal hau­stem, spra­wia, że mrok zo­sta­je roz­ja­śnio­ny o je­den od­cień. We­wnętrz­ne na­pię­cie sta­je się mniej do­kucz­li­we, odro­bi­nę.

Po kwa­dran­sie kul­tu­ral­nych roz­mów o ni­czym znów robi się nie­bez­piecz­nie. Ber­nar­do­wi wy­raź­nie zbie­ra się na zwie­rze­nia. Od­czu­wa po­trze­bę wy­rzu­ce­nia z sie­bie na­gro­ma­dzo­nych lę­ków, roz­cza­ro­wań, fru­stra­cji. Na nie­szczę­ście Ta­ma­ry nie chce już dłu­żej tłu­mić swo­ich emo­cji. Bie­rze więc głę­bo­ki wdech, upi­ja łyk swo­je­go wina, a na jego twa­rzy po­ja­wia się taki wy­raz, jak­by cała jego ro­dzi­na przed se­kun­dą zgi­nę­ła w wy­pad­ku dro­go­wym.

Ta­ma­ra za­sta­na­wia się, czy nie wyjść do to­a­le­ty i nie uciec przez znaj­du­ją­cy się tam luf­cik, wi­dzia­ła coś ta­kie­go wie­le razy na ame­ry­kań­skich fil­mach. Oba­wia się, że nie znie­sie jego wy­znań, nie na­dą­ży z do­star­cza­niem swo­jej twa­rzy od­po­wied­nio za­tro­ska­ne­go wy­ra­zu - przy stop­niu jej obec­ne­go emo­cjo­nal­ne­go wy­drą­że­nia trud­no so­bie na­wet przy­po­mnieć, jak wy­glą­da­ją te peł­ne em­pa­tii miny. Dla­te­go chce uciec. Ta myśl po­cią­ga ją tak moc­no, jak ma­kle­ra gieł­do­we­go po­cią­ga ry­zy­kow­na ope­ra­cja fi­nan­so­wa. W mó­zgu Ta­ma­ry wy­twa­rza­ją się en­dor­fi­ny. Czu­je się tak, jak­by przed chwi­lą wzię­ła kre­skę kok­su, ale taką prze­do­brzo­ną, dłu­go­ści Muru Chiń­skie­go.

Kur­czo­wo za­ci­ska dłoń na trzy­ma­nej pod sto­łem to­reb­ce. Bie­le­ją jej kost­ki, wil­got­nie­ją dło­nie, ale nie zwal­nia uści­sku. Ża­łu­je, że to nie nóż - wy­obra­ża so­bie, jak ten po­wo­li wcho­dzi w jej cia­ło, jak robi co­raz głęb­sze na­cię­cie, jak krew po­wo­li za­czy­na ka­pać na pod­ło­gę, for­mu­jąc pod ich sto­li­kiem wiel­ką, czer­wo­ną ka­łu­żę.

Mija może mi­nu­ta - tak wie­le wy­da­rzy­ło się w wy­obraź­ni, rze­czy­wi­stość jak zwy­kle po­zo­sta­ła na nią obo­jęt­na. Ber­nard, nie­świa­do­my tego mil­czą­ce­go dra­ma­tu, jaki ro­ze­grał się w gło­wie Ta­ma­ry, za­czy­na tłu­ma­czyć, co leży mu na wą­tro­bie. Otóż od­krył zdra­dę swo­jej żony i w związ­ku z tym od­czu­wa duży dys­kom­fort. Tak wła­śnie mówi, duży dys­kom­fort, jak­by zdra­da była czymś w ro­dza­ju świą­du sro­mu.

- Boję się - kon­ty­nu­uje - że stra­cę twarz w oczach mo­ich pod­wład­nych, roz­wód za­wsze wy­glą­da źle. W koń­cu po­ka­zu­jesz wte­dy in­nym, że nie po­wio­dło ci się w ży­ciu, że nie po­tra­fisz na­wią­zać trwa­łych re­la­cji. Tym­cza­sem trwa­łość jest kwe­stią klu­czo­wą, rów­nież je­śli cho­dzi o bu­do­wę so­lid­ne­go, zwar­te­go dzia­łu pra­cow­ni­ków, trwa­łość sta­no­wi fun­da­ment, ele­ment kon­sty­tu­tyw­ny - z ust Ber­nar­da pada jesz­cze mnó­stwo słów jak z tek­stu na­uko­we­go dla stu­den­tów pierw­sze­go roku do­wol­ne­go kie­run­ku.

Ta­ma­ra, sku­pio­na na swo­im wi­nie, za­sta­na­wia się, czy nie pod­rzu­cić mu jesz­cze paru okre­śleń: "trans­cen­do­wać", "po­stre­flek­syj­ny", "fe­no­me­no­lo­gicz­no-eg­zy­sten­cjal­ny" czy wresz­cie - "od­sy­ła­ją­cy do he­ideg­ge­row­skiej ana­li­ty­ki Da­se­in w in­ter­pre­ta­tyw­nym pro­ce­sie my­ślą­ce­go je­ste­stwa".

Tym­cza­sem on prze­ry­wa i pa­trzy na nią wzro­kiem peł­nym smut­ku.

Ta­ma­ra przez chwi­lę nie wie, co po­wie­dzieć. Ko­mo­ra ma­szy­ny lo­su­ją­cej jest pu­sta. "Żona cię zdra­dza? Tak strasz­nie mi z tego po­wo­du wszyst­ko jed­no" - chce mu oznaj­mić, ale wie, że to nie­ład­nie, więc mil­czy. Za­czy­na się za­sta­na­wiać, czy to jest wzrok uży­wa­ny do pa­trze­nia na żonę w mo­men­cie, gdy już wiesz, że z erek­cji nici, i pró­bu­jesz uspra­wie­dli­wić brak po­cią­gu do sta­rze­ją­ce­go się cia­ła ja­kąś obiek­tyw­ną przy­czy­ną typu zmę­cze­nie czy nie­po­wo­dze­nia w pra­cy. Na­gle na­cho­dzi ją strasz­na myśl, że może on chce wła­śnie tego - wzbu­dzić w niej li­tość, by pójść z nią do łóż­ka. To dla­te­go umó­wił się z nią wła­śnie tu­taj, w jed­nej z naj­bar­dziej ja­ło­wych czę­ści tego mia­sta, w któ­rej peł­no dro­gich ho­te­li.

Wy­obra­ża so­bie, jak Ber­nard de­li­kat­nie ca­łu­je jej war­gi, głasz­cze opusz­ka­mi pal­ców jej wło­sy i ma­te­riał jej su­kien­ki - oglą­dał to z żoną ty­siąc razy na fil­mach ro­man­tycz­nych i wi­dział, że żona re­ago­wa­ła en­tu­zja­stycz­nie, a za­tem tak wła­śnie na­le­ży, to część stra­te­gii uwo­dze­nia.

Te­raz praw­da do­cie­ra do niej z całą mocą: wszyst­ko się zga­dza - dro­ga re­stau­ra­cja, czer­wo­ne wino, świe­ce i miły kel­ner. Kie­dy to so­bie uświa­da­mia, ogar­nia ją doj­mu­ją­cy strach. Czy wy­tłu­ma­czyć mu, że seks ją brzy­dzi, że od dłuż­sze­go cza­su, od oko­ło trzech lat go nie upra­wia i nie wy­obra­ża so­bie, że mo­gła­by zno­wu za­cząć? Nie wy­obra­ża so­bie tego, że mo­gła­by znów brać do rąk te cia­sto­wa­te, bia­łe człon­ki, wkła­dać je w usta i inne czę­ści cia­ła, wy­ko­ny­wać te ża­ło­sne ru­chy, słu­cha­jąc czy­je­goś od­de­chu. Nie wy­obra­ża so­bie wy­po­wia­da­nia tych idio­tycz­nych for­mu­łek, wy­mie­nia­nia się ni­ko­mu nie­po­trzeb­ny­mi nu­me­ra­mi te­le­fo­nów, na któ­re na­tra­fiasz przy­pad­kiem wie­le mie­się­cy póź­niej i nie mo­żesz ich sko­ja­rzyć z żad­ną re­al­nie ist­nie­ją­cą oso­bą.

No nic, my­śle­niem bom­by nie roz­bro­isz. Dla­te­go Ta­ma­ra de­cy­du­je się coś po­wie­dzieć, żeby prze­rwać ci­szę, od­go­nić to sek­su­al­ne za­gro­że­nie. Od­zy­wa się jej skłon­ność do teo­re­ty­zo­wa­nia - za­czy­na więc tłu­ma­czyć Ber­nar­do­wi, że roz­wód to dziś po­wszech­ne zja­wi­sko, czy Ber­nard wie na przy­kład, że już po­ło­wa mał­żeństw za­war­tych w USA koń­czy się roz­wo­dem? Przy­ta­cza dane zna­le­zio­ne w ja­kimś ma­ga­zy­nie obok in­te­re­su­ją­ce­go ar­ty­ku­łu z za­kre­su ajur­we­dy.

- Uczu­cia są czymś, co pod­le­ga wy­czer­pa­niu, jak środ­ki na kon­cie - mówi to gło­sem peł­nym prze­ko­na­nia, choć czu­je się jak si­lą­cy się na dow­cip eks­pert z te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej. Cho­ciaż to do niej nie­po­dob­ne, roz­pę­dzi­ła się i nie może prze­stać: - Jesz­cze w cza­sach li­ce­al­nych to wszyst­ko może się udać, mogą się po­ja­wić te przy­sło­wio­we mo­ty­le w brzu­chu, póź­niej ze wszyst­kich or­ga­ni­zmów ży­ją­cych w ludz­kim cie­le moż­na li­czyć głów­nie na grzy­by, droż­dża­ki i ple­śnie. Nuda i roz­cza­ro­wa­nie, oto para współ­cze­snych ko­chan­ków, ko­pu­lu­ją­cych przez łą­cza in­ter­ne­to­we - do­rzu­ca ze spo­rym za­pa­łem i choć z jed­nej stro­ny wsty­dzi się tego, co mówi, z dru­giej jest to wy­zwa­la­ją­ce; oto rze­czy, któ­re w tym klasz­to­rze Sha­olin, zwa­nym tak­że Ży­ciem, prze­ka­zał jej wiel­ki mistrz Oso­bi­sta Au­top­sja.

Wresz­cie spo­glą­da na twarz ko­le­gi - ten słu­cha jej z kom­plet­nym bra­kiem zro­zu­mie­nia, z na­ra­sta­ją­cym zdzi­wie­niem, jak­by tłu­ma­czy­ła mu teo­rie bu­do­wy ato­mu.

- Prze­ży­łem z żoną dzie­sięć lat - pro­te­stu­je - rzad­ko się kłó­ci­li­śmy, mamy dwój­kę dzie­ci. Owszem, mał­żeń­stwo jest trud­ne - mówi - mał­żeń­stwo to kom­pro­mi­sy i wy­rze­cze­nia, ale też dą­że­nie do kon­sen­su­su. Cały sęk w tym - kon­ty­nu­uje - by spra­wiać ko­muś co­dzien­nie małe przy­jem­no­ści, by nie za­po­mi­nać o part­ne­rze. W toku ży­cia nie stra­cić go z oczu. Jego i jego po­trzeb.

Ta­ma­ra po peł­nej na­pię­cia chwi­li kon­ster­na­cji wzma­ga tem­po pi­cia. Koń­czy ko­lej­ny kie­li­szek, niby na­tu­ral­nym ru­chem dło­ni na­le­wa so­bie na­stęp­ny. W bu­tel­ce po­ja­wia się mało ocze­ki­wa­ne dno - tak się skła­da, że pra­wie wszyst­ko wy­pi­ła sama, Ber­nard mę­czy się wciąż z pierw­szym kie­lisz­kiem.

Ale Ta­ma­ra jest z sie­bie za­do­wo­lo­na - sko­ro już ma wy­słu­chi­wać tych bzdur, to cho­ciaż się upi­je za cu­dze pie­nią­dze. Nie­ste­ty, ma pew­ne oba­wy w związ­ku z tym ca­łym rów­no­upraw­nie­niem, któ­re sta­no­wi za­gro­że­nie dla jej port­fe­la. Mimo nie­po­ko­ju fi­nan­so­we­go (wpraw­dzie ma jesz­cze ja­kieś pie­nią­dze, reszt­ki oszczęd­no­ści, kar­tę kre­dy­to­wą z przy­zna­nym nie­gdyś, za cza­sów pro­spe­ri­ty, na wy­rost li­mi­tem, de­bet w in­nym ban­ku, ale nie chce ich tra­cić w tak głu­pi spo­sób, jako wol­ny słu­chacz pod­sta­rza­łe­go idio­ty), słu­cha go da­lej z uda­wa­ną uprzej­mo­ścią, zdo­by­wa­jąc się na­wet raz po raz na coś w ro­dza­ju peł­ne­go zro­zu­mie­nia uśmie­chu.

- Uwa­żam na­sze mał­żeń­stwo za uda­ne - kon­ty­nu­uje Ber­nard - mie­li­śmy po­dob­ne za­in­te­re­so­wa­nia, cele. No i dzie­ci, prze­cież mamy dzie­ci, przede wszyst­kim łą­czą nas dzie­ci! To skan­dal, że ona zde­cy­do­wa­ła się tak po pro­stu odejść i za­brać mi dzie­ci, bo wia­do­mo, że dzie­ci zo­sta­ną z nią, w tym wzglę­dzie sądy są ta­kie stron­ni­cze. Do tego za parę mie­się­cy wa­len­tyn­ki, na­sza rocz­ni­ca ślu­bu.

Ta­ma­ra przez chwi­lę nie jest pew­na, czy do­brze usły­sza­ła. Trud­no jej sa­mej stwier­dzić, na któ­rym eta­pie cho­ro­by al­ko­ho­lo­wej się znaj­du­je, a czy­ta­ła gdzieś, że na któ­rymś po­ja­wia­ją się oma­my słu­cho­we.

- Wa­len­tyn­ki? - mówi nie­pew­nie, jak­by była le­ka­rzem pró­bu­ją­cym za­chę­cić pa­cjen­ta do zwie­rzeń na te­mat prze­by­tych cho­rób we­ne­rycz­nych.

Ber­nard kiwa gło­wą w mil­cze­niu.

Ta­ma­ra wpa­da w na­głą we­so­łość. Sy­tu­acja wy­da­je jej się ab­sur­dal­na, za­czy­na się czuć jak Bro­ni­sław Ma­li­now­ski ba­da­ją­cy zwy­cza­je sek­su­al­ne dzi­kich. Zbie­ra jej się na dow­cip, dla­te­go opa­no­wu­je znu­dze­nie, przy­bie­ra pozę mę­dr­ca, na­su­wa na nos wy­ima­gi­no­wa­ne oku­la­ry i mówi z po­wa­gą, pro­fe­sor­skim to­nem:

- Wa­len­tyn­ki. Nie­wie­lu lu­dzi wie, że wa­len­tyn­ki tak na­praw­dę wy­my­ślił ra­dziec­ki ba­dacz, my­śli­ciel i eko­no­mi­sta, Va­len­tiej Va­len­tie­jew Va­len­ty­no­wicz, któ­ry jako pierw­szy, pod­czas mroź­nej zimy 1918 roku, wy­słał Le­ni­no­wi wy­ra­zy uzna­nia i uwiel­bie­nia na czer­wo­nej kart­ce pocz­to­wej. Moda prze­do­sta­ła się na Za­chód, do Mek­sy­ku, wraz z ucie­ka­ją­cy­mi troc­ki­sta­mi, jed­nak w zde­rze­niu z lo­kal­ną kul­tu­rą i tra­dy­cją re­li­gij­ną zmie­ni­ła nie­co for­mę i roz­po­wszech­ni­ła się jako ob­cho­dy dnia świę­te­go Wa­len­te­go... pa­tro­na umy­sło­wo cho­rych.

Ber­nard re­agu­je do­pie­ro po mi­nu­cie kon­ster­na­cji. Tłu­ma­czy Ta­ma­rze, że może się śmiać, może kpić, ale pew­ne­go dnia sama zro­zu­mie, jak trud­no po­go­dzić się z tym, że mi­łość umie­ra, że ta świe­ca ga­śnie. A lu­dzie prze­cież stwo­rze­ni są, by spo­glą­dać w jej pło­mień. Upi­ja jesz­cze łyk wina i pa­trzy przed sie­bie z me­lan­cho­lij­nym wy­ra­zem twa­rzy. A co do po­cho­dze­nia świę­ta wa­len­ty­nek, do­sko­na­le wie, iż jest ono an­glo­sa­skie.

Ta­ma­ra kiwa gło­wą, uda­jąc zro­zu­mie­nie, choć tak na­praw­dę oba­wia się, że jej mózg robi so­bie z niej żar­ty i każe jej sły­szeć sło­wa, któ­re nie mo­gły być wy­po­wie­dzia­ne poza mu­ra­mi za­kła­du dla obłą­ka­nych. Za­czy­na my­śleć, że sła­bo zna­ła Ber­nar­da, te­raz wi­dzi, iż jest on oso­bą, któ­ra nie tyl­ko na­zbyt czę­sto musi go­oglo­wać sie­bie, on musi go­oglo­wać Go­ogle.

Ner­wo­wo wy­pi­ja ostat­ni łyk wina, zer­ka­jąc na kel­ne­ra. Czy nie mógł­by znów po­dejść, za­in­te­re­so­wać się lo­sem kie­lisz­ków? Nie­ste­ty, tak się nie dzie­je, kel­ner jest za­ję­ty in­nym sto­li­kiem, może pań­stwo za­mó­wi­li wię­cej żu­ra­wi­ny, wię­cej pe­stek z dyni, wię­cej gril­lo­wa­nych ka­ra­lu­chów w so­sie z pa­ję­czy­ny.

Na kur­sach me­dy­ta­cji uczy­li Ta­ma­rę, żeby kon­cen­tro­wać się na da­nym za­gad­nie­niu, na tym, co chcesz do sie­bie przy­cią­gnąć. Więc Ta­ma­ra my­śli: al­ko­hol, al­ko­hol, wino, wino, wód­ka! Robi to tak in­ten­syw­nie, że jej my­śli aż od­bi­ja­ją się echem po ca­łym lo­ka­lu. Nie­ste­ty, nikt ich nie sły­szy, nie ma tu żad­nych dy­plo­mo­wa­nych me­diów, wę­drów­ki w za­świa­ty się nie po­wio­dą. Cóż więc. Ta­ma­rze po­zo­sta­je pysk tego dzwon­ni­ka z No­tre Dame, tego mni­cha od sied­miu bo­le­ści; o nie, po jed­nej se­kun­dzie wa­ha­nia Ta­ma­ra już wie, że nie da rady, wbi­je mu nóż ku­chen­ny w dłoń, nie znie­sie go bez al­ko­ho­lu.

- Może ja­kiś al­ko­hol? - mówi.

Ci­sza, jaka za­pa­da, przy­po­mi­na tę, jaka spa­da na mia­sta po kur­tu­azyj­nym bom­bar­do­wa­niu ich przez pań­stwa wro­gie. Nie usły­szysz na­wet mu­chy.

- Na­tu­ral­nie - mówi w koń­cu Ber­nard. Ale jego sło­wa są ja­kieś nie­osta­tecz­ne. Jak­by mie­rzył do celu, ale jesz­cze nie na­ci­snął na spust, do­pie­ro opu­ki­wał go spo­co­nym pal­cem. Po­wie, że za­trzy­mał się w po­bli­skim ho­te­lu, ob­sta­wia Ta­ma­ra. Zda­je się, że już bra­ła udział w tym te­le­tur­nie­ju.

- A wiesz, za­trzy­ma­łem się w po­bli­skim ho­te­lu - mówi Ber­nard.

Ta­ma­ra my­śli: mia­łam nie­daw­no moż­li­wość za­miesz­ka­nia w miesz­ka­niu na je­de­na­stym pię­trze ze spa­dem na be­ton, dla­cze­go nie sko­rzy­sta­łam?

My­śli nad in­ny­mi, pręd­ki­mi spo­so­ba­mi sa­mo­bój­stwa, ta­ki­mi in­stant. W jed­nej se­kun­dzie ży­jesz, a w na­stęp­nej woda się za­go­to­wa­ła, za­le­wasz pro­dukt i już ba­wisz w świe­cie uprzy­wi­le­jo­wa­nych wzglę­dem ży­wych tru­po­szy. Ale nie przy­po­mi­na so­bie ta­kich, za­wsze są ja­kieś atrak­cje: rzy­ga­nie, śpiącz­ka. Ode­chcie­wa jej się. Może za­truć się kal­ma­ra­mi? - my­śli. Na pew­no mają nie­świe­że. Kal­ma­ry w War­sza­wie! Kal­ma­ry z po­bli­skiej Wi­sły! Ra­dio­ak­tyw­ne kal­ma­ry w so­sie z ry­bie­go gów­na i sa­łat­ką z wi­śla­ne­go bło­ta, spécia­li­té de la ma­ison. El se­cre­to de la casa.

Ta­ma­ra my­śli, że chy­ba bę­dzie rzy­gać. Czu­je, że ten kom­post, któ­ry za­jął miej­sce jej wnętrz­no­ści, bę­dzie się do­ma­gał wy­bi­cia na nie­pod­le­głość. Ale ten tani Ar­ma­ni, ten gar­ni­tur Ber­nar­da ją po­wstrzy­mu­je, co on po­wie w pral­ni? Z ja­kim nie­od­po­wie­dzial­nym to­wa­rzy­stwem był na mie­ście? Po­wstrzy­mu­je więc na­pie­ra­ją­ce rzy­gi, my­śli: bądź grzecz­na, ju­tro też jest dzień, avio­ma­rin. Rów­nież lu­dzie sło­nie mają pra­wo do bez­rzy­go­wych ko­la­cji na mie­ście, w kul­tu­ral­nej re­stau­ra­cji.

- Je­steś ślicz­na - mówi Ber­nard i nie py­ta­jąc o zgo­dę, prze­sia­da się na miej­sce obok Ta­ma­ry, chy­ba za­chę­co­ny tym ca­łym jed­nym kie­lisz­kiem wy­pi­te­go wina. Aż po­czer­wie­niał na twa­rzy. Te­raz wy­glą­da już nie jak kar­to­fel, ale jak bu­rak wy­ko­pa­ny z zie­mi. - Nie chcia­ła­byś przejść się ze mną na spa­cer? - pyta. - Strasz­nie tu go­rą­co. Poza tym mo­że­my się jesz­cze na­pić w moim po­ko­ju ho­te­lo­wym. Bę­dzie moż­na spo­koj­nie po­ga­dać.

Ta­ma­rę za­wsze dzi­wi­ło, że męż­czyź­ni - na­wet wy­glą­da­ją­cy jak ofia­ry no­wa­tor­skiej ku­ra­cji pe­sty­cy­da­mi - nig­dy nie mie­li pro­ble­mów z wy­su­wa­niem pro­po­zy­cji sek­su­al­nych. Jak­by ku­tas w gar­ści zda­wał im się tak cen­nym do­brem, że przy­ćmi wszel­kie nie­do­stat­ki uro­dy i cha­rak­te­ru.

- Może tu się jesz­cze na­pi­je­my? - z ust Ta­ma­ry wy­do­by­wa się coś zdła­wio­ne­go, głu­che­go, coś co przy­po­mi­na od­głos kau­czu­ko­wej pi­łecz­ki to­czą­cej się po bla­cie.

Ber­nard zda­je się jej nie sły­szeć. Pa­trzy na nią na poły ża­ło­snym, na poły prze­ję­tym wzro­kiem. Ta­ma­ra nie wie, co ro­bić, nie wy­pa­da jej zo­stać sa­mej w re­stau­ra­cji, tym­cza­sem Ber­nard już pod­no­si się od sto­łu, ścią­ga jej płaszcz z wie­sza­ka i sta­je obok, by za­rzu­cić go jej na ra­mio­na, dżen­tel­men w każ­dym calu. Wi­dać, że spę­dził lata dzie­więć­dzie­sią­te na oglą­da­niu ko­me­dii ro­man­tycz­nych z VHS-ów.

- Chodź­my, bę­dzie­my mo­gli spo­koj­nie po­ga­dać - po­wta­rza. Prysz­cze świe­cą mu na twa­rzy jak ra­dio­ak­tyw­ny od­pad.

Ta­ma­ra się­ga do za­so­bów swo­jej wy­obraź­ni. Przed ocza­mi sta­je jej jego bia­łe, tłu­sta­we cia­ło, krę­co­ne, ciem­ne wło­sy na rę­kach, no­gach, klat­ce pier­sio­wej, jego wy­kroch­ma­lo­ne spe­cjal­nie na dzi­siej­szą oka­zję ka­le­so­ny, na co dzień za­stę­po­wa­ne bie­li­zną sza­ra­wą, przy­bru­dzo­ną, na któ­rej od­cho­dy po­zo­sta­wi­ły róż­no­ra­kie, abs­trak­cyj­ne wzo­ry.

Jest pew­na, że nie mo­gła­by się zmu­sić do tego, by wziąć do ręki ten ża­ło­sny ka­wa­łek skó­ry wy­peł­nio­ny mię­sem. Chy­ba od­wio­zło­by ją po­go­to­wie na sy­gna­le, po­kry­tą wła­sny­mi wy­mio­ci­na­mi. Strach po­my­śleć, że jej po­chwa sta­no­wi­ła nie­gdyś ide­ał de­mo­kra­cji - wpusz­cza­ła na swój po­kład wszyst­kich pa­sa­że­rów, nie py­ta­jąc o wiek, ko­lor skó­ry i na­ro­do­wość. Dziś Ta­ma­ra sła­bo pa­mię­ta nie tyl­ko tych męż­czyzn, ale na­wet ich człon­ki.

Lecz za­raz czu­je, jak płaszcz opa­da jej na ra­mio­na, ni­czym wie­ko trum­ny na umar­łe­go. Ten sto­ją­cy za nią to gra­barz, sęp.

I na­gle wzbie­ra w niej ja­kiś po­tok nie­na­wi­ści. Czu­je, jak­by uak­tyw­ni­ła się w niej ja­kaś ist­nie­ją­ca do tej pory w sta­nie uta­jo­nym ko­mór­ka. Dla­cze­go temu gno­mo­wi w ogó­le przy­cho­dzi do gło­wy, że mógł­by ją ze­rżnąć? Bu­dzi się w niej agre­sja wy­wo­ła­na ja­kimś dziw­nym ro­dza­jem pod­le­gło­ści, upo­ko­rze­nia. Jak­by przy­szła na wiel­ką fie­stę, cho­ler­nie głod­na, ale i cho­ler­nie spóź­nio­na, a na sto­le, nie­gdyś ob­fi­tym jak uda arab­skiej tan­cer­ki, zo­sta­ły głów­nie pla­my po wi­nie i ogry­zio­ne, ża­ło­sne szcząt­ki kur­cza­ka. Gdy pa­trzysz na to dłu­żej, zda­je ci się, że to ja­kaś kosz­mar­na fa­ta­mor­ga­na, czu­jesz się, jak­byś wstą­pił na cmen­tarz dla zwie­rza­ków - wszę­dzie tyl­ko ko­ści, bia­łe reszt­ki, szpik i mar­ny ka­wa­łek wą­trób­ki, na któ­ry rzu­casz się wy­głod­nia­ły ni­czym ofia­ra po­li­ty­ki Sta­li­na i wte­dy oka­zu­je się, że to ktoś zro­bił ci psi­ku­sa, bo to, co wy­lą­do­wa­ło w two­ich ustach, to - jak do­kład­nie po­zna­jesz po za­pa­chu, sma­ku i fak­tu­rze - wca­le nie ku­rza wą­trób­ka, ale po­spo­li­te psie od­cho­dy.

I kie­dy tak sto­isz z rę­ka­mi wi­szą­cy­mi po obu stro­nach jak bez­wład­ne ga­łę­zie, śmier­dzą­ca maź wy­cie­ka ci z sze­ro­ko otwar­tych ust, a inni na twój wi­dok śmie­ją się do roz­pu­ku, to to jest wła­śnie upo­ko­rze­nie.

Za­ci­ska dło­nie w pię­ści. Pa­trzy na le­żą­cy na sto­le nóż. Ma nie­od­par­tą po­trze­bę się­gnię­cia po nie­go, od­wró­ce­nia się i wbi­cia go w tęt­ni­cę tego tłu­ste­go po­two­ra, a po­tem pa­trze­nia z sa­tys­fak­cją, jak na bie­lo­ne ścia­ny luk­su­so­wej re­stau­ra­cji try­ska fon­tan­na krwi, wszy­scy klien­ci są w tej krwi ską­pa­ni jak w fi­na­ło­wej sce­nie fil­mu Car­rie. Wszy­scy ele­ganc­cy pań­stwo w tocz­kach, fu­ter­kach, fra­kach na­gle wi­dzia­ni przez czer­wo­ny filtr. Ufaj­da­ni po­so­ką od stóp do głów, taki po­mysł na szyb­ki ma­ki­jaż syl­we­stro­wy. A póź­niej, gdy będą za­ję­ci swo­ją zło­ścią, prze­ra­że­niem, mo­cze­niem swych cen­nych ubrań w soli ce­lem wy­wa­bie­nia plam, pod­cho­dzi­ła­by do każ­de­go i pod­ci­na­ła gar­dło, szyb­ko i z pre­cy­zją, a może i nie­któ­rych po­trak­to­wa­ła­by z więk­szą fan­ta­zją i wy­rwa­ła­by im krtań.

Ta­ma­ra krę­ci so­bie ten miły film okiem mi­nia­tu­ro­wej, za­in­sta­lo­wa­nej w gło­wie ka­me­ry. W jej żo­łąd­ku za­ci­ska się pięść, ści­ska ją od we­wnątrz, dła­wi wszyst­kie na­rzą­dy we­wnętrz­ne. Te­raz wła­śnie przy­da­ła­by jej się joga, me­dy­ta­cja lub choć­by szyb­ki te­le­fon do po­wia­to­we­go guru.

Tym­cza­sem Ber­nard już zdą­żył za­pła­cić i po­py­cha Ta­ma­rę de­li­kat­nie, acz sta­now­czo, do wyj­ścia. I kie­dy tyl­ko szkla­ne drzwi re­stau­ra­cji za­my­ka­ją się za nią, nie­mal ude­rza­jąc ją w ple­cy, a Ber­nard niby-na­tu­ral­nym ru­chem pró­bu­je umo­ścić swo­ją nie­zgrab­ną dłoń na jej ra­mie­niu, Ta­ma­ra nie wy­trzy­mu­je, od­wra­ca się do nie­go z im­pe­tem i sy­czy, nie­wy­raź­nie, pi­ja­na, swo­imi usta­mi upstrzo­ny­mi czer­wo­nym wi­nem:

- Dla­cze­go my­ślisz, że mo­gła­bym się ru­chać z kimś tak ob­le­śnym jak ty?! Nie wi­dzisz, jak wy­glą­dasz?! Wy­glą­dasz jak wa­rzy­wo wy­wle­czo­ne z ciem­nej piw­ni­cy! Je­steś ob­le­śny, ro­zu­miesz?! Ob­le­śny i głu­pi! Nic dziw­ne­go, że żona cię nie chce!

Ber­nard robi się czer­wo­ny na twa­rzy. Przez chwi­lę wy­glą­da, jak­by się miał roz­pła­kać, po­tem jak­by był na skra­ju ja­kie­goś ner­wo­we­go za­ła­ma­nia, wy­bu­chu, wy­cią­gnię­cia ka­ra­bi­nu i wy­strze­la­nia wszyst­kich prze­chod­niów wko­ło. Ko­lo­ry na jego twa­rzy zmie­nia­ją się jak świa­tło stro­bo­sko­pu na dys­ko­te­ce. Otwie­ra usta i po chwi­li je za­my­ka.

- No co, pa­nie sfla­cza­ły ku­ta­sie? - do­rzu­ca Ta­ma­ra. - Po­trzeb­ny ci nu­mer do bur­de­lu?! A w ogó­le to den­ty­sta się py­tał o cie­bie! - Tu pije do jego zę­bów usta­wio­nych po ca­łych ustach z ułań­ską fan­ta­zją, przy­po­mi­na­ją­cych po­wo­jen­ną za­bu­do­wę War­sza­wy.

Ber­nard od­zy­sku­je wła­dzę w swo­im cie­le, za­sy­sa w płu­ca ogrom­ny haust po­wie­trza.

- Co ty so­bie wy­obra­żasz? - pyta. - Że kim niby je­steś? Wszy­scy wie­dzą, że je­steś al­ko­ho­licz­ką i ćpun­ką, my­ślisz, że dla­cze­go wy­pier­do­li­li cię z pra­cy? Po­win­naś za­pła­cić za tę ko­la­cję! Po­wi­nie­nem cię zo­sta­wić z ra­chun­kiem, szma­to!

- Ha, może i po­wi­nie­neś - mówi Ta­ma­ra - ale po­dob­nie jak twój ku­tas, je­steś fra­je­rem!

Ber­nard waha się przez chwi­lę, po czym bie­rze wiel­ki za­mach i ude­rza Ta­ma­rę pro­sto w twarz, na od­lew. Ta­ma­ra prze­wra­ca się pod re­stau­ra­cją, w któ­rej klien­ci wła­śnie lek­kim ru­chem ręki do­ma­wia­ją ko­lej­ne wina, fry­ka­sy. Ele­ganc­ką at­mos­fe­rę lo­ka­lu pod­kre­śla wy­strój - la­wen­do­we ob­ru­sy, świe­ce w ko­lo­rze zga­szo­nej obe­rży­ny. Dys­kret­ne, cie­płe świa­tło oświe­tla peł­ne spo­ko­ju i za­do­wo­le­nia twa­rze klien­tów. Ich tocz­ki, fu­tra, fra­ki wi­szą grzecz­nie na wie­sza­kach. Zda­rza się, że cza­sem spad­ną na nie drob­ne, nie­wi­docz­ne go­łym okiem czą­stecz­ki ku­rzu.