Stał przy komodzie i wzrokiem przeczesywał niewielką kolekcję czarno-białych zdjęć. Raczej z nudów niż z jakiejkolwiek ciekawości porzucił swoją lekturę, którą się tak naprawdę nie potrafił do końca zachwycić, wstał z fotela i zaczął chodzić po przestronnej sypialni. Spędził w niej ostatnie dni właśnie na czytaniu. Między ciepłym od wielogodzinnego siedzenia fotelem a oknem ukrytym za powiewającą w letniej bryzie firanką stała potężna komoda. Mebel jeszcze z czasów, kiedy wyrobem sprzętów domowych zajmowali się prawdziwi eksperci i nie nazywano fachu "produkcją", tylko "rzemiosłem" – trudziły się nim całe rodziny od wielu pokoleń.
Za każdym razem, gdy przechodził obok tego poważnego elementu wyposażenia i mijał go rutynowo, udając się w inne miejsce, zastanawiał się nad procesem tworzenia mebli. Nie tylko komody, ale ogólnie nad procesem tworzenia czegoś praktycznego i estetycznie ujmującego z desek, klajstru i gwoździ, w sumie z niczego. W każdym razie z niczego, co w stanie pierwotnym zdradzałoby swoje przeznaczenie – późniejszy wygląd i zastosowanie. Może była to po prostu tęsknota za dawnymi czasami, za czasami, których osobiście nie doświadczył i nie pamiętał, bo z racji swojego dostojnego co prawda, ale niewystarczającego w tym wypadku wieku pamiętać nie mógł. Nie dlatego, że był wtedy za młody, aby cokolwiek rozsądnie zapamiętać, tylko dlatego, że go wtedy w ogóle nie było, bo czasy te nieodwracalnie minęły już dawno temu. Jest to tęsknota za przeszłością, skonstatował w myślach, ale trudno tęsknić za czymś, czego się nie zna.
Przechodził obok komody, jak zwykł to robić kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt tysięcy razy w ciągu ostatnich czterech lat, czyli odkąd się wyprowadził ze swojego imponującego mieszkania w charlottenburskiej kamienicy do tej, nie potrafił tego inaczej ująć, nory. Swym wyglądem i wielkością swobodnie konkurować mogła z pierwszą lepszą kawalerką w Szanghaju lub podobnej megametropolii, której nazwy za granicami Imperium nikt nie znał (chyba że pojawiała się w związku z jakąś katastrofą ekologiczną), o poprawnej wymowie tej nazwy już nie wspominając. Rozmiary i wyposażenie wspomnianych mieszkań znane były z tego, że stanowiły konsekwencję, mówiąc oględnie, realsocjalistycznej powściągliwości architektów. Dlatego właśnie, ze względu na skromne mieszkanko i może trochę z powodu tęsknoty za przeszłością, czyli czymś nieznanym, jak to musiał w końcu przyznać, pielęgnował uzależnienie – jeśli nie nałóg – podchodzenia do okna i wglądania przez nie na ulicę. Spoglądał na sąsiednie budynki, apartamentowce nieróżniące się od tego, w którym sam mieszkał, klatki udające eleganckie drapacze chmur, na zaśnieżone skrzyżowanie, na samochody, jadące i transportujące siłę roboczą, wciąż te same lub bardzo do siebie podobne, które zdawały się nieustannie przemieszczać z punktu A do B, z G do H lub z jakiegokolwiek innego punktu w przestrzeni do drugiego, pod warunkiem, że jest to punkt inny i nie stoi się bezczynnie w miejscu. Bezruch jest wrogiem miast.
Podszedł do okna i odsunął firankę, jak inni włączają telewizor, ciekawi, co też takiego puszczają na kanale, który jeszcze został z poprzedniego oglądania, tylko że za oknem program nigdy nie pozostawał ten sam. Przysłowiowe "okno na świat" w tym wypadku literalnie nim było, było prawdziwą i jedyną dla niego formą kontaktu z autentycznym, zmieniającym się nieprzerwanie ogromnym światem między szarozielonymi wieżowcami Stolicy.
Bywały jednak dni, kiedy nie interesowała go teraźniejszość i nie ciekawiła rzeczywistość zewnętrzna. Nie chciało mu się wtedy podchodzić do małego okna z wąskim parapetem, nie czuł już przyjaźni między sobą a swobodnym odsłonięciem firanki, wciąż niedopranej, lepkiej i szydzącej z przykrego nałogu obserwatora rzeczy nieodwołalnie martwej. Nie potrafił w takich momentach dotykać jej i chytrze gapić się na cudze życie, na zdarzenia, które zawsze pozostawały poza jego wpływem, na ludzi obojętnych wobec jego istnienia. Podglądacz łakomy.
Dziwnie to brzmi, pomyślał, ale jednak jest to ciekawa myśl, ponadprzeciętna, tego był pewien. Przyszło mu do głowy dosłownie w chwilę po podjęciu decyzji o pozostawieniu firanek w stanie nienaruszonym – po raz pierwszy od lat, może nawet po raz pierwszy w życiu – że jego nałóg numer jeden, ten z oknem i teraźniejszością, oraz jego nałóg numer dwa, ten z przeszłością i ogólną tęsknotą za nią, to tak naprawdę jedna i ta sama mania. Dwa symptomy tego samego schorzenia, dwie strony jednego medalu, dwie krople wody, które istnieją równolegle i tak samo smakują. Dumny był ze swojej zdolności do tak głębokiej autorefleksji, z posiadania – w jego oczach niepospolitego – potencjału analitycznego, umożliwiającego drogę do bolesnej, ale i uwalniającej samokrytyki, do której osoba pogrążona w nałogu nie byłaby zdolna, chyba że to quasi-narkotykowa skłonność do autorefleksji...
Praktykując tę zdolność, próbował, jeśli nie przede wszystkim, to przynajmniej między innymi, usprawiedliwić się przed samym sobą. Przed swoim odbiciem w oknie zimowej nocy, ponieważ wiedział, że jeżeli on sam nie będzie zdolny do zaakceptowania siebie i to w całym pakiecie, w pełnym tego ciężkiego słowa znaczeniu – ze wszystkimi tak zwanymi zaburzeniami, z tym całym bagażem, jaki się uzbierał w przeciągu ostatnich czterdziestu lat jego życia na tej planecie, jeżeli ze wszystkim się nie pogodzi i nie postara o szczerą harmonię duszy i ciała, to będzie się czuł sobą tylko częściowo, a niezaakceptowana reszta będzie w nim czymś lub kimś obcym. W konsekwencji w jego ciele będą żyły nie jedna, a dwie osoby o różnych życiorysach i odmiennych osobowościach.
Z drugiej strony wiedział, że było to typowe usprawiedliwienie alkoholika, który bagatelizuje swoją chorobę, przyznając się do niej, w myśl doktryny, że rzeczy nazwane po imieniu przestają być groźne. Jeśli się do czegoś przyznasz, mawiał w duchu, to czyny twoje staną się mniej przerażające, przyznanie się niweluje ingredient moralnie negatywny. Usprawiedliwienie jego polegało na tym, że wpakowawszy swoje dolegliwości w tabelę z dokładną terminologią i ułożywszy każdy ich element w odpowiedniej kolejności, sprawiał, że diabeł przestawał być taki straszny, jak go malują, bo malowaniem, a tego był pewien, trudzą się zazwyczaj ci, którzy diabła nigdy na oczy nie widzieli. To oni snują owe baśnie niesłychane o niebezpieczeństwach, jakie czyhają na podążających ścieżką nałogu, o zgubie, jaka czeka na pogrążonych w innej rzeczywistości, odrealnionej i zaabsorbowanej pogonią za spełnieniem najskrytszych marzeń, tu i teraz, za wszelką cenę.
On go jednak widział, wiele razy wychodził diabłu na spotkanie, podawał mu rękę, witał się z nim czule. O wieczny mój panie, rozmawiał z nim w myślach. Wstawał z fotela, podchodził ciężkim krokiem do okna, jakby za karę – nie mógł inaczej – i ze łzami w oczach odsuwał firankę, by obserwować teraźniejszość. Kiedy jednak nadchodził czas przeszłości, faza aktualna, nie miał ochoty na świat na zewnątrz. Kiedyś było inaczej, pomyślał, kiedyś był inny świat, ten sam, ale inny.
Odwrócił się od okna i jeszcze raz podszedł do komody, gdzie stały stare zdjęcia, niektóre w z pewnością kosztownych ramkach, nie znał się na tym, inne zaś w zwyczajnych antyramach – te na pewno kosztowne nie były, lub po prostu oparte o ścianę, pod którą wylegiwał się dostojny mebel. Zdjęć tych nie dałoby się wpakować do jednej szuflady z jedną nazwą lub chociażby jednym hasłem wskazującym na ich pochodzenie, powiązania tematyczne, fotografa bądź na samych sfotografowanych. Niewielka kolekcja nie podlegała prawu definitywnej kategoryzacji. Była mozaiką zdjęć nowszych oraz starszych, z zasady monochromatycznych, dużych i małych, ładniejszych i brzydszych. Mimo wszystkich różnic oraz skojarzeń, jakie powstawały lub ginęły w świadomości obserwatora w pierwszym momencie ich ujrzenia, mimo wszystkich dyferencji w przedstawionych na nich motywach oraz wieku istniała jedna cecha wspólna, coś, co oprócz trywialnego faktu, że wszystkie były fotografiami, nadawało im wspólny smak, wspólny głos, którym przemawiały. Wszystkie bowiem przedstawiały innych ludzi lub inaczej: żadna nie przedstawiała ich właściciela, stojącego przy komodzie. Stał, wodząc wzrokiem po fotografiach, i myślał. Rozmyślał tak przez dłuższą chwilę, po czym doszedł do wniosku, jaki nasuwał mu się za każdym razem, kiedy znajdował się w podobnej sytuacji, czyli sytuacji patrzenia na kadr z czyjegoś życia, na prostokątne karteczki za szkiełkiem.
Stare fotografie są jak podróż w czasie. To był jego wniosek, zarazem właśnie ten drugi nałóg, druga strona medalu, kropla wody o tym samym smaku. Inna, ale równie niesmaczna. Zerkając na odbicie jednego osieroconego momentu przeszłości, ujęcia jak najbardziej prawdziwego, żywego, lecz bez duszy, jałowego i ukrytego w obcej, a zarazem znajomej aranżacji barw i obiektów czasów minionych, w czarno-białej i wyblakłej rzeczywistości, nieaktualnej już i na wieki martwej, widzimy to, co było. Przeszłość zlewa się z teraźniejszością, jest częścią naszego świata, pomyślał. Bo czym innym jest podróż w czasie, nasza rzeczywistość teraz, wczoraj, pięćdziesiąt lub sto lat temu? Czym innym jest wszystko to wokół nas, pytał sam siebie, jeśli nie pospolitą aranżacją barw i obiektów, świateł, cieni, rysów i kątów, rzeczy lepiej lub gorzej znanych, mniej czy bardziej lubianych, pożądanych i znienawidzonych – martwych, ale ważkich skupisk atomów, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić, od których stronimy, z którymi pragniemy spędzić resztę życia?
"Rzeczywistość – zaczął mówić na głos – to ogół pojedynczych sytuacji, które dzieją się w dowolnym momencie i miejscu. To chwile połączone ze sobą czasem, jego upływem, ulotki z definicji podlegające przedawnieniu, obróceniu w nicość i zapomnieniu. Ustępują one chwilom nowym, przepadają zastąpione. Czym? Czymś innym, nowym, lepszym, gorszym, tym samym, lecz zawsze nowym? Teraźniejszość jest produktem sprzeczności między przeszłością a tym, co ma nastąpić. Proszę mnie źle nie zrozumieć – krzyknął nagle. – Jak każdy rozsądny człowiek wierzę w czas i przemijanie, życie oraz śmierć, w naturalne prawo następstwa młodego pokolenia – formacji, która będzie trwała, gdy my odejdziemy. Zastąpi nas i kontynuując, co rozpoczęliśmy, spowoduje, że połączymy się w jeden łańcuch, sięgający od pierwszego człowieka do nieskończoności. Tak oto tworzy się jeden ciąg i gdyby przedstawić powyższe twierdzenie na schemacie, to każdy z nas miałby styczność z Justynianem albo i Kleopatrą, oraz z innymi bohaterami ludzkości, jeszcze starszymi. Oczywiście przez pośredników, ale chodzi tu przecież tylko o schemat. Życie człowieka, jak i dzieje ludzkości całej, to nie pojedyncze wysepki na morzu nicości. Przeszłość to nieprzerwany ciąg zdarzeń. Wierzę w to i niepodobna mnie od tej wiary odwieść, bo są to rzeczy istotne, może nawet dla istnienia najistotniejsze, a w coś wierzyć trzeba – westchnął. – Świat jest, bo jest człowiek. Świat się dzieje, bo człowiek się dzieje. Bez człowieka nie ma świata, nie ma życia. Proszę mi nie przerywać! – uderzył pięścią w komodę, aż podskoczyły ramki, leciutko tylko, mężczyzna tego nawet nie zauważył. – Bez człowieka nie ma świata, nie ma naszej planety, naszej ukochanej Ziemi – matka Gaja nie istnieje" – kontynuował.
"Proszę nie myśleć, że nie znam się na nauce – powiedział, trzymając w ręku jedno ze zdjęć. –Nie myślę, że w momencie, w którym umrze ostatni człowiek, gdy pewne będzie, że ludzkość dokonała ostatniego, ostatecznego czynu i rozwiązała byt swój, planeta Ziemia zniknie z Układu Słonecznego, z galaktyki o nic nieznaczącej nazwie, z nieskończonego i stale rosnącego wszechświata. Że wszystko, co znamy, o czym się uczyliśmy i o czym myślimy, nagle przestanie istnieć. Nie wiem, czy nic by się nie zmieniło – powiedział. –Ziemia może by istniała, ale kogo by to obchodziło?".
***
"Wyobraźmy sobie świat, którego nie ma. Nie było takiego w przeszłości, nie ma go teraz i nigdy nie będzie. Nie ma go, bo nie istnieje, a nie istnieje, bo sytuacje, z których się składa, nigdy nie miały miejsca i nikt ich w ten sposób, w jaki się składają na ów świat, nie doświadczył i nigdy nie doświadczy. Świat ten czerpie swoją rację bytu z prostego faktu, że może być przedmiotem opisu. Zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to dziwnie – zawył mężczyzna – a zarzut, że nie da się opisać czegoś, co nie istnieje, pozostaje nieodparty i nie musi się martwić o swoje uzasadnienie. Co jasne, to jasne! Istnieje jednak wyjątek od tej zwykle niepodważalnej reguły, a może nie tyle wyjątek, co, powiedziałbym, obwodnica, którą omija się miasto sceptyków". Mężczyzna wziął inne zdjęcie do ręki.
W zwyczajnej antyramie, jakich pełno w dowolnym przedmiejskim hipermarkecie, między czterema klamerkami z anonimowego stopu niskogatunkowych metali, za cieniutką chińską szybką może znajdować się portal do przeszłości. Nic nadzwyczajnego. Antyrama, w której – zgodnie z terminologią i wiarą najbardziej tą sprawą zainteresowanego – znajdował się ów portal, została zakupiona paręnaście lat wcześniej w jednym z hipermarketów – znaleziona przy kasie, w koszu z rolkami taśmy klejącej po promocyjnej cenie i batonikami energetycznymi. Aktualnie stała na komodzie w przedpokoju niewyróżniającego się niczym, stołecznego mieszkania. Oparta na plastikowej nodze, zwracała na siebie uwagę jedynie faktem, że znajdowało się w niej zdjęcie. Fotografia ta sama w sobie była tak interesująca, że brak jakiegokolwiek obramowania nie tylko nie powodował, że całość wyglądała prowizorycznie, ale wręcz podkreślał wagę tego, co przedstawiała. Kolorowa, lecz nie do końca naturalna, jakaś syntetyczna, blada i dziwnie dwuwymiarowa, przedstawiała parę siedzącą na ławce w parku. W tle widać było pojedyncze drzewa, między którymi niewyraźnie rysowały się samochody pędzące jednokierunkową ulicą.
Niepodobna było określić stopnia szczęścia tej pary. A przecież o tym się zawsze myśli, gdy widzi się jakąś parę, jest to dyżurne pytanie – są razem, ale czy są szczęśliwi? Tego niepodobna było stwierdzić. Natomiast można było określić stopień szczęścia każdego z bohaterów fotografii z osobna. Zacznijmy od kobiety. Na oko trzydzieści lat, opierała głowę na ramieniu siedzącego z jej lewej strony mężczyzny. Uśmiech był szczery i miał w sobie krztę dziecięcej naiwności, tego magicznego przekonania, że jeśli przeżywany moment jest piękny i wszyscy go doznający są równie (lub w podobnym stopniu) szczęśliwi, stanowi to fundament przyszłych losów, które wydarzą się również pod znakiem szczęścia. Szczęście doświadczone raz oznacza szczęście zawsze.
Mężczyzna, na oko lat trzydzieści pięć, w rzeczywistości jednak w wieku kobiety, którą obejmował prawym ramieniem, wyglądał na zaniepokojonego. Siedział obok wybranki serca, niby się uśmiechał, jak uśmiecha się normalny człowiek na zdjęciu, wyglądał niby zwyczajnie – jego wygląd nie odbiegał od normy. Człowiek znikąd, jednocześnie zewsząd. Jak fotografie na komodzie nie podlegał żadnej kategoryzacji. Jednak człowiek człowiekowi zawsze patrzy w oczy. W tej sytuacji odzież, na przykład, pozostaje na drugim planie. Również ławka, na której mężczyzna siedział, mimo że była zadbana i zabytkowa, oraz inne rzeczy, powiedzmy, naturalne, jak pięknie kwitnące kwiaty po obu stronach ławki, niesamowita zieleń dębów za bohaterami fotografii lub, bardziej neutralne, samochody, parkujące za ławką i lśniące w wiosennym słońcu, nie grają tu pierwszych skrzypiec. Prawda jest taka, że najmłodszy nawet przedstawiciel gatunku homo sapiens, aby poznać nastawienie bliźniego, patrzy mu w oczy i, niezależnie od innych bodźców z otoczenia, ocenia i podejmuje decyzję, czy jest on nastawiony doń wrogo czy przyjaźnie. Jest to prosta i tylko dwuwymiarowa dystynkcja. Z wiekiem, a co za tym idzie – z rosnącym doświadczeniem, człowiek staje się wiecznym podróżnikiem po uniwersalnym spektrum emocji i charakterów, zaczyna rozpoznawać niuanse niekiedy coraz to bardziej niepokojące. Ktoś bardziej doświadczony w sprawach życiowych, a do takich uzależniony od przeszłości bohater z pewnością należał, od razu dostrzegłby w oczach mężczyzny niepokój, który zakłócał równowagę fotografii jak zadrapania na winylu z klasyczną symfonią. Tak, na twarzy mężczyzny malował się niepokój człowieka, którego przyłapano na kłamstwie i to nie na kłamstewku rangi: "To nie ja zjadłem ostatni jogurt", tylko na prawdziwym kłamstwie, za jakie w przeszłości już nieraz ucinano delikwentowi głowę.
Jan wziął zdjęcie do ręki i myślał. Zaglądamy ludziom obcym w ich przeszłość i odbieramy im część wspomnień, wydzieramy z biegu czasu element przypisanych im dziejów świata i go łakomie połykamy, trawimy, przyswajając jego właściwości. Żyjemy odtąd z nim w zgodzie lub niezgodzie, ale zawsze inaczej niż wcześniej. Elementy obce i znane, własne, niczyje oraz przysposobione, przypadkowe i zaplanowane napływają ze wszystkich stron i stapiają się w jedną świadomość.
Znał tego człowieka. Jego twarz, uśmiech, ruchy i głos. Pamiętał wspólne chwile, czas spędzony na długich spacerach po ich mieście – miejscu, gdzie obaj się urodzili, gdzie rozpoczęły się i zeszły ich drogi. Czasy te minęły. Przeszłość to nieprzerwany ciąg zdarzeń, prowadzący do teraźniejszości. Teraz już nie jesteśmy razem, pomyślał, nie jesteśmy tym nierozłącznym teamem, ludźmi bez prawa wyłączności do samych siebie, zespolonymi jak miedź i cynk, które w stopie mienią się i połyskują najszczerszym blaskiem wiecznego mosiądzu – przyjaźni. Nie oddychamy tym samym powietrzem i nie patrzymy już w dal, siną i piękną dal wspólnej przyszłości. Teraz jest teraz, a wcześniej było wcześniej. Było, minęło.
Mężczyzna na fotografii nie żył. Nie tylko dlatego, że na fotografii był jedynie odbiciem człowieka z krwi i kości, papierową kopią oryginału, bez duszy i per definitionem bez życia. Mężczyzna nie żył przede wszystkim dlatego, że skończył się jego czas na tym świecie i chociaż na zdjęciu fizycznie nadal przypominał samego siebie, to człowiek, który się niegdyś skrywał pod powłoką ze skóry, mięsa i kości, dawno już przestał istnieć. Został zastąpiony nowym, innym i obcym człowiekiem, który powstał z nieszczęścia i upadku poprzednika i zaistniał jako człowiek bez przeszłości.
Mężczyznę uchwycono na fotografii w momencie wyjątkowego nieszczęścia lub jakiegoś raptownego odcięcia od wszelkich dobrodziejstw doczesnych. Uśmiechał się do kamery lub do stojącego za nią fotografa, człowieka, który z zewnątrz uwiecznił tę chwilę i przełamując barierę ludzkiej odrębności, unieruchomił mężczyznę siedzącego na ławce w parku. Sfotografowany uśmiechał się niby zwyczajnie, ale patrzył oczami zatroskanego i osaczonego obywatela, oczami zmętniałymi od bezmiernego cierpienia, będącego cierpieniem człowieka bez przeszłości.
Jan nie wytrzymał. Odwrócił antyramę, otworzył ją i wyjął z niej złożoną kartkę.
Najdroższa Natalio!
Jeśli czytasz te słowa, oznacza to, że mi się nie powiodło, że mnie dopadli i zamordowali. Możliwe też, że mnie zamknęli w jednym z lochów, głęboko pod Stolicą, gdzie trzymają i torturują wszystkich dysydentów, pozbawionych ciepła słonecznych promieni, źródła życia, i letniego powiewu wiatru, wszystkich rzeczy przyjemnych. Myśli, szczęścia i wspomnień, ale przede wszystkim – przyszłości. A w moim przypadku także – Ciebie.
Mój aniele! Tak czy inaczej: pewne jest, że nigdy więcej się nie zobaczymy, że nawet po mojej śmierci nie będziesz miała dostępu do mojego martwego ciała, że je wrzucą do ognistej otchłani wraz z setką innych. Nigdy więcej nasze ciała się nie połączą.
Proszę Cię, nie zadawaj sobie trudu i nie pytaj się o mnie, nie szukaj i nie żądaj informacji. Nie narażaj się. Nie chciej zemsty. Wszystkiemu i tak zaprzeczą, a ty – jeśli jeszcze nie jesteś– będziesz pod stałą obserwacją. Nie zrobisz nawet najmniejszego, najbardziej bagatelnego ruchu bez ich wiedzy. Ich oczy widzą wszystko. O nie, nie uciekniesz...
Moja miłości! Jak najprędzej wyjedź ze Stolicy! To, że nie uciekniesz nigdy, nie znaczy, że nie możesz im wszystkiego utrudniać, a sobie ułatwiać. Nie poddawaj się! Ja też się nie poddałem i nie żałuję żadnej z tych wielu decyzji, które podjąłem w ciągu ostatnich tygodni. Męczących, cuchnących zgnilizną zdrady, naznaczonych konfrontacją z niezmiernym bólem, przekraczającym granice wytrzymałości ludzkiego ciała, jego tak niewielkich możliwości. Nie żałuję niczego, nawet jeśli wszystko w końcu doprowadziło do nagłego rozpadu naszego związku, do mojej zguby, do wszystkiego złego. Nie żałuję.
Żałuję tylko, że nie mieliśmy okazji się pożegnać, zanim wyruszyłem. Wybacz mi. Akcja potoczyła się tak szybko i sprawnie, bez komplikacji, imperialnie. Wszystko działo się z prędkością światła, nie nadążałem, nie wiedziałem, czego i gdzie się spodziewać oraz jak się przygotować na ostatnią konfrontację z przeznaczeniem. Tego żałuję i za to Cię przepraszam. Zrozum mnie.
Moja przyjaciółko, żono najukochańsza! Pomocy szukaj w Paryżu. Jedź tam jak najszybciej, wyruszaj zaraz po przeczytaniu tego listu. Nie pakuj się, tylko jedź i nie zawracaj z drogi! W Paryżu znajdziesz agencję reklamową "San Marco" (adres na wizytówce, zapamiętaj go i spal ją lub zjedz – nikt nie może się dowiedzieć, dokąd jedziesz). W agencji pracuje mój towarzysz broni i przyjaciel o nazwisku Melone. Znamy się dopiero od kilku dni, ale zapewniam, że możesz – musisz – mu zaufać. Zawsze mi mówiłaś, że powinienem w takich sytuacjach uważać, że jestem zbyt naiwny i zbyt szybko się spoufalam z nieznajomymi. Tym razem jest inaczej. Jesteśmy, jak to się mówi, bratnimi duszami. Tak jakby był częścią mnie, a ja częścią jego. Będziesz się z tego śmiała, ale on jest moim prawdziwym przyjacielem. Inaczej naszego związku z Melvinem nazwać się nie da. Bez niego nie przeżyłbym ostatnich, decydujących dni, nie dotarłbym do celu i nie wiedziałbym, co to znaczy iść na konfrontację z systemem, z Imperium. Bez niego bym nie istniał.
W agencji otrzymasz dalsze instrukcje. Niczego więcej nie mogę powiedzieć.
Natalio! Wiedz, że Cię ponad wszystko kocham. Nasza miłość przetrwała milenia, apokalipsy wszelkiej maści, przezwycięży nawet śmierć. Czymże jest ludzka śmierć – śmierć kruchego człowieka w porównaniu z największym i najsilniejszym uczuciem, które wywołuje wojny, przywraca pokój, przenosi góry, jednoczy, tworzy życie i je unicestwia...
Nasza miłość jest wieczna jak światło gwiazd na niebie zimowej nocy. Ona nigdy nie zgaśnie, my nigdy nie zgaśniemy.
Nie poddawaj się!
I
Klatka schodowa śmierdziała świeżym moczem, wodnistym i pijackim, resztkami tytoniowego dymu, który wydostawał się z mieszkań przez nieszczelne, podziurawione drzwi. Zza odrapanych ścian dochodziły ludzkie odgłosy, nierealne dialogi z niewidzialnego źródła, jakiegoś telewizyjnego programu lub radiowego talk-show. Od czasu do czasu słychać było przeraźliwe i bardzo rzeczywiste krzyki dziecięcych ofiar domowego wychowania, od leciutkiego płaczu po apokaliptyczne wycie konającego pisklęcia. Kulisy ledwo dyszącej egzystencji zastrzeżone dla podupadłych dzielnic Stolicy. Zapomnianych i dla reszty świata nieistniejących.
Wspinałem się po schodach. Były bardzo wydeptane, przez lata dziesiątki podobnych do mnie wspinaczy wyrzeźbiły gładkie wąwozy w środku drewnianych stopni. Skrzyp! Trzask! Reagowały na kontakt z moim ciałem, z jego ciężarem, spełniając obietnicę, którą dały swoim podniszczonym wyglądem. Krok za krokiem skrzypiały w odpowiedzi na tortury pod moim obuwiem. Na każdym półpiętrze wyjrzeć można było przez otwarte okno lub w ciekawy sposób powybijane i od dekad niemyte szyby. Widać było podwórko, zaśmiecony stalowymi ostatkami maszyn placyk, zamknięty w sobie, otoczony gołymi murami czerwonych, dawno opuszczonych gigantów, podupadłych braci kamienicy, w której się znajdowałem. Świadectwo dobrobytu minionej epoki. Jako jedyny członek ceglanej rodziny kamienica ta przetrwała rewolucję bez większych uszkodzeń. Im wyżej się wspinałem, tym dalej sięgałem wzrokiem, a mój kąt widzenia zmieniał się w taki sposób, że mogłem zobaczyć inne, otaczające podwórko budynki, drzewa i ulice, szkielet rozkładającego się giganta.
Za każdym razem, kiedy się zatrzymywałem, żeby ze wstrętem podziwiać widoki, a zatrzymywałem się na wszystkich półpiętrach, inhalowałem się gorącym oddechem lata. Powietrze pachniało suchym kamieniem i ciepłem, lekka nuta rdzy doprawiała tę olfaktometryczną symfonię. Inna atmosfera niż w centrum, inne zapachy, odmienny klimat.
Schody pokonywałem szybko, po dwa stopnie naraz. Chciałem jak najszybciej dotrzeć na samą górę, ale nie wiedziałem, ile pięter trzeba będzie się wspinać, żeby się tam znaleźć. Z zewnątrz kamienica była jak wszystkie inne w okolicy, o ile jeszcze stały, w związku z czym ósme lub dziewiąte piętro powinno być ostatnim. Nigdy tu wcześniej nie byłem. Mam na myśli nie tylko budynek, ale przede wszystkim samą dzielnicę, która już kilka lat temu, kiedy wszystko jeszcze funkcjonowało, była ohydnym pryszczem miasta. Tymczasem, po rewolucji i niemal totalnym zniszczeniu, większość starych dystryktów Stolicy przeistoczyła się w przytułek dla tego elementu społeczeństwa, o którym wszyscy zapomnieli – dla bezrobotnych, oficjalnie bezdomnych, niepasujących do systemu po transformacji. Swoiste miasto-wysypisko, dokąd nie docierały żadne promienie nowego ładu, pogrążone we własnych odchodach na skraju pochłaniającej wszystko przepaści, która poczęła wszelkie refleksje o przyszłości, pozostawiając trędowatych na pastwę czasów bezpowrotnie minionych. Nie mijający czas, tylko rozciągająca się i przybierająca na wadze i sile przeszłość zżerała ulice, drzewa, fasady budynków i kryjące się za nimi dusze.
W pewnym momencie poczułem, że wspinaczka dobiega końca i niedługo znajdę się na ostatnim piętrze. Zmieniła się akustyka, echo moich kroków już nie było takie jak jeszcze przed chwilą, a i inne odgłosy nie dobiegały już ze wszystkich kierunków, tylko z dołu. Okna stały się mniejsze i mniej zepsute. Może pociski nie dotarły aż tak wysoko? Pomyślałem, że wyjrzę na zewnątrz i popatrzę, może po raz ostatni, na moje miasto. W swoim czasie pochłonęło mnie jak legendarny wieloryb. Było jak budząca fałszywą nadzieję modlitwa do nowego bożka – obiecującego życie wieczne w dobrobycie oraz chwale – zwycięzcy i władcy ostatniego oddechu.
Myliłem się. Błędne było moje rozumowanie i bardzo się tego wstydziłem. Teraz jednak pragnąłem wszystko naprawić, przywrócić nam wszystkim autonomię myśli i suwerenność ducha. Zadanie niemożliwe, przynajmniej dla nic nieznaczącej jednostki, kropelki w oceanie bzdur, jaką byłem. Potrzebowałem pomocy kogoś sprawniejszego ode mnie, znającego system i sposoby, jak go wykiwać. Szukałem człowieka po fachu. Nie jakiegoś nowicjusza z zewnątrz, ale kogoś rozumiejącego bełkot systemu i jego licznych reprezentantów. Potrzebowałem pomocy, którą spodziewałem się znaleźć za ostatnimi drzwiami, na ostatnim piętrze tego budynku. Dokładnie takie instrukcje otrzymałem – ostatnie drzwi, ostatnie piętro. Opis nie za bardzo precyzyjny. Z pewnością nie przydałby się inżynierom Imperialnej Marynarki Wojennej, pracującym nad nowym typem łodzi podwodnej, której zadaniem byłoby sianie paraliżującego strachu w szeregach nieprzyjacielskiej floty, a ostatecznie – zwycięstwo w wojnie o hegemonię nad słoną i ciekłą częścią planety. To był jedynie przykład, oczywiście improwizowany. Nie byłem inżynierem i nie budowałem żadnej łodzi, tym bardziej podwodnej. Nie potrzebowałem dokładniejszego planu, ten mi w zupełności wystarczał – nad wejściem do kamienicy, bezpośrednio od strony zdezelowanej jezdni, namalowane były dwie białe dłonie.
Tylko kilka kroków dzieliło mnie od celu. Znajdowałem się na siódmym bądź ósmym piętrze. Nikt nie był w stanie tego stwierdzić z dokładnością charakteryzującą nowoczesne windy, bowiem kamienica była takowej pozbawiona, a gość bawiący w klatce schodowej tracił rachubę wysokości, jak i poczucie czasu, gdy znajdował się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Przystanąłem, aby może po raz ostatni spojrzeć na miejskie cmentarzysko z wysokości. Małe okienko umieszczone było wysoko, ale dało się otworzyć. Musiałem stanąć na palcach. Metalowe zawiasy nawet nie skrzypnęły, co było dziwnym zjawiskiem w tych okolicznościach, gdy wszystko było u kresu swojej funkcjonalności. Z tej perspektywy – nisko lecącego orła – miasto wyglądało zupełnie inaczej. Miejscami otwierało się mleczne niebo, chmury ustępowały błękitnym kąskom chłodnego dnia późnej jesieni. Pogoda w sam raz na podziwianie widoków.
Patrzyłem na południową część miasta, które zdawało się rosnąć z każdym uderzeniem serca. Z sekundy na sekundę powiększało swoją objętość, rozrastając się we wszystkich wymiarach, aż wreszcie moje przemęczone oczy dostosowały się do ogromnych odległości, dostrzegając szczegóły podarowane nam przez mistrzów urbanistyki, i widziały. Widziałem. Po Wielkiej Rewolucji miasto zaplanowano z wcześniej nieznanym rozmachem. Pieniądze nie grały roli. Dla Imperium wszystko! Na gruzach starego powstało nowe i sztuczne. Nie powstało w odpowiedzi na brak mieszkań, na nadmiar ludzi. Nie było wyrazem organicznego procesu zasiedlenia. Było syntetycznym surogatem czegoś, co w warunkach naturalnych nigdy by nie powstało, nie w takiej formie, nie rozrosłoby się do takich rozmiarów. Powstało w odpowiedzi na Wielką Rewolucję i jej tragiczne skutki. Na miejsce jednego zniszczonego w trakcie zamieszek budynku ślubowano postawić pięć nowych, wspanialszych. Kratery po bombach były zasypywane złomem i zaklepywane, a na powstałych w ten sposób kopcach wznoszono góry ze szkła i kamienia. Całego miasta nie sposób było objąć ludzkim okiem, tym tak kruchym instrumentem. Słabym, bo organicznym.
Szare rządowe bloczyska koncentrowały się w jednym punkcie, przerywały chropowatą linię horyzontu, nakrapianą wysokościowcami istnie imperialnych rozmiarów. Dzielnica administracyjna. Jądro tego tętniącego życiem dwudziestomilionowego megaorganizmu, w całym Imperium znanego jako Stolica. Od biura Przewodniczącego Imperium w gmachu Wielkiej Rady przy alei Zjednoczenia do najskromniejszej izby należącej do pracującej na niewolniczych trzech etatach samotnej matki trójki dzieci szeptano: "Stolica... Stolica to ostoja Imperium, wzór do naśladowania dla wszystkich miast i miasteczek, gwarant świetlanej przyszłości wszystkich obywateli. Jak będę duży, to pojadę do Stolicy. Kiedyś znajdę pracę w Stolicy. Będę tam żył i mieszkał, chodził na zakupy – będę kupował imperialne artykuły, pierwszej jakości chleb w imperialnych sklepach pierwszej klasy. Inni będą mnie podziwiać i odwiedzać. Cała prowincja skona z zazdrości. Zobaczę Przewodniczącego, ujrzę go na własne oczy i pooddycham powietrzem, którym i on oddycha, dotknę stopami ziemi, po której i on stąpać musi w drodze na służbę, najwyższą i najwspanialszą, twój i mój brat, bliźni nasz z krwi i kości".
Od centrum dzieliło mnie co najmniej osiemdziesiąt kilometrów betonu i stali, rur i kabli, szczęścia i nieszczęścia ludzi zupełnie mi obcych, starających się o dostatni byt i trochę władzy, choćby tylko urojonej. Posiadanej w swoich maleńkich czterech ścianach, niezależnie od tego, czy chodziło o lokal w luksusowych apartamentowcach Trzeciej Dzielnicy, czy o zawalone gruzami i cuchnące szczochami nory w opuszczonych schronach przeciwlotniczych na obrzeżach nowego wiecznego miasta. Tyle losów, tyle nieszczęść.
Tak, miasto było ogromne. Największe, najniebezpieczniejsze i najbardziej zasyfione na kontynencie. Stolica Imperium musiała robić wrażenie pod każdym względem. To akurat im się udało – wzbić w przestworza doskonałości pod każdym względem, stwierdziłem z niesmakiem, skupiając się na bezliku dymiących w oddali nieskazitelną bielą ekologiczną szarych i czerwonych kominów. Niczym baszty broniły przemysłowej i energetycznej samowystarczalności metropolii. Niewiele osób miało okazję spojrzeć na miasto z dystansu. Nie znałem nikogo, kto by kiedykolwiek z własnej woli odważył się przekroczyć bezpieczne progi ucywilizowanych stref. Nikt jeszcze nie odważył się pogrążyć w mrokach otchłani, jaką były slumsy. A dopiero widok z tego miejsca można było uznać za widok z dystansu, za spojrzenie na świat z tej innej perspektywy. Ach, słyszało się historie, przeróżne opowieści, sowicie zakrapiane nalewką z przesady i szpanerstwa, niewątpliwie wszystkie z lekka przegięte. Były to legendy o tych, którzy nie powrócili.
***
Po liceach krążył kiedyś mit o pewnym maturzyście z nie najlepszej, ale i tak piekielnie drogiej Piątej Dzielnicy. Na dzień przed ustnym egzaminem, po wspólnej nauce z braćmi w niedoli, ów młodzieniec postanowił nie wracać prosto do domu, jak zwykł czynić, tylko wyruszył na miasto. Podobno chciał pospacerować i porozmyślać o życiu, o przyszłości, rozdeptać paraliżującą go tremę. Po raz ostatni widziano go w pobliżu Capital Mall, jak przechodził przez jezdnię. Szedł w kierunku małych uliczek z butikami, ale nie wiadomo, czy chciał coś kupić, czy tylko pooglądać wystawy, żeby się trochę rozerwać i pomarzyć. Tam złapała go jedna z kamer stołecznego monitoringu. Chwilę później zginął w tłumie. Były to pierwsze dni nieprzyzwoitych wręcz przecen z okazji końca sezonu zimowego i pół Stolicy gnało do centrum i jego licznych sklepów bić się o najsmaczniejsze kąski. Atrakcyjna cena, jak powszechnie wiadomo, w mgnieniu konsumenckiego oka nawet nieestetycznego łacha przemieni w atrakcyjne odzienie. Ulice i deptaki były więc zapchane wyznawcami wczorajszej fashion, a ludzi tych było tak dużo, że nawet zmyślny system identyfikacji i automatycznego tropienia, w który wyposażony był miejski monitoring, po prostu zawiódł.
Na tym kończyły się fakty, a zaczynał mit. Po krótkiej przechadzce maturzysta podobno zszedł do metra i pojechał jedną z czterech linii na południe. Ten wariant pozostał jedynie hipotezą, ponieważ nie można było potwierdzić, że młody mężczyzna rzeczywiście pojawił się w metrze. Analiza nagrań z monitoringu metra okazała się niemożliwa, bo zabrakło nagrań do analizy. Po dwudziestu czterech godzinach kluczowy materiał wideo został automatycznie usunięty z serwerów Brigade Criminelle, stołecznej specjednostki policyjnej do spraw zabójstw i przestępczości zorganizowanej. Tymczasem zaginięcie syna rodzice zgłosili po kilkunastu godzinach, a nagraniami policja zainteresowała się dopiero na drugi dzień, już po rutynowym formatowaniu nośników danych.
Mit o podróży na południe żył dalej dzięki pewnemu kierowcy taksówek, który przysięgał, że tego wieczoru widział młodzieńca przy ulicy Dziewięciu Sprawiedliwych. W tym czasie zdjęcie maturzysty znane było w całej Stolicy i okolicznych gubernatorstwach. Na policję zgłosiło się kilkaset osób, które twierdziły, że widziały maturzystę. Gdyby wierzyć wszystkim, młody mężczyzna znajdował się w tym samym czasie w piętnastu miastach i zarówno zapuścił włosy, jak i je zgolił na zero. Zeznania taksówkarza były jednak najbardziej wiarygodne, ponieważ jako jedyny był w stanie opisać plecak zaginionego bez pomocy funkcjonariuszy. Media bębniły o całym incydencie jeszcze przez jakiś czas, ale krótko potem Stolica wybierała burmistrza, więc w oficjalnych kanałach temat się zwyczajnie wypalił. Nieoficjalnie szeptano zaś, że maturzysta wałęsał się pod murami Stolicy, aż został napadnięty przez jakąś bandę zdegenerowanych oprychów. Według innej znów wersji wcale nie został przez nikogo napadnięty i żył sobie spokojnie, acz niewygodnie w ruinach na tak zwanym "podmurzu", gdzie żywił się orzechami i surowymi warzywami i nie musiał się już martwić o oceny z matematyki.
Opowiadano też anegdotę o Grzegorzu R. Następne narracyjne intermezzo bezpieczniej określić mianem anegdoty, ponieważ jego treść nigdy nie została zweryfikowana, a sama substancja opowiastki z każdą jej repetycją zmieniała kształt – zawartość była dopasowywana i zmieniana wedle potrzeb i kaprysów narratora. Jedna rzecz jednak stale pozostawała bez zmian, a było nią imię tragicznego bohatera. Oto wersja, którą posłyszałem tu i ówdzie, w barze, na imprezie, w metrze, blisko stąd i daleko, od znajomych i nieznajomych.
Grzegorz R., nazwisko nieujawnione, był z wykształcenia inżynierem i pracował w elektrociepłowni w Dziesiątej Dzielnicy na stanowisku dyrektora działu human resources[1]. Zajmował się ogólną polityką personalną przedsiębiorstwa. W związku ze swoją pracą miał dużo do czynienia z ludźmi, z którymi obcował na różnych poziomach – od rozmów kwalifikacyjnych po rozmowy typu "Pan/Pani już u nas nie pracuje, proszę zamknąć drzwi od zewnątrz". Takie zadania, szczególnie to ostatnie, mogły go narazić na niechęć bliźnich, jednak oficjalnie miał tylko przyjaciół, na temat osób wrogo do niego nastawionych niczego nie było wiadomo. W każdym razie w trakcie śledztwa nic podobnego nie wyszło na jaw. Było to o tyle ważne, że w poszukiwaniu poszlak zaginięcia Grzegorza R. o kryminologicznej przydatności policja mogła wykluczyć czynnik ludzki. Przynajmniej w zakresie osób trzecich, ponieważ o jednej osobie zapomnieć niepodobna, mianowicie o samym zaginionym, jak najbardziej uwikłanym w owo niefortunne zrządzenie. Skoro już mowa o zaginięciu, przejdźmy teraz do samego serca anegdoty, czyli do faktu, że pewnego dnia swoim zachowaniem Grzegorz R. przedarł niekończącą się taśmę codziennej rutyny i nie przyszedł do pracy. Początkowo nie wzbudziło to zainteresowania podwładnych z działu HR. Przeciwnie, absencja dyrektora rozweseliła kompanię i wszystkim pracowało się tego dnia przyjemniej. Inaczej wyglądała sytuacja w biurze prezesa, gdzie począł hulać huragan wściekłości będący w stanie zburzyć nawet fundamenty długoletniej przyjaźni, gdy okazało się, że dokumenty istotne dla odbywającego się tego dnia spotkania z przedstawicielami Imperialnego Ministerstwa Energii i Rozwoju Energetycznego znajdowały się w posiadaniu Grzegorza R. Na nic nie zdały się błagalne próby wyjaśnienia braku dokumentów i obarczenia odpowiedzialnością podwładnego – w sprawozdaniu dla ministra sprawa została zanotowana ze szczególnym uwzględnieniem niekompetencji prezesa. Kompromitacja dla elektrociepłowni? Pal licho! To tylko imperialna instytucja, odczłowieczona marionetka Ministerstwa, piece, rury i kominy bez duszy, lojalne wobec każdego, kto wciśnie odpowiedni guzik. Ale kompromitacja osoby samego prezesa? Co to, to nie! Temu pobłażać nie mógł. Już chciał chwycić za telefon, by z należytą reprymendą zadzwonić do Judasza tego nikczemnego i odzyskać tym samym równowagę ducha, już byłby prawie tego dokonał, gdyby nagle do biura nie wstąpili funkcjonariusze Brigade Criminelle. Gdzie jest Grzegorz R.? Też chciałbym to wiedzieć! Czy to jest jego dowód osobisty? Na to wygląda! Kiedy widział go pan po raz ostatni? Wczoraj wieczorem, dosłownie kilkanaście godzin temu!
Po krótkim przesłuchaniu okazało się, że: a) w wagonie metra niebieskiej linii znaleziono skórzaną aktówkę; b) pasażerowie powiadomili policję, ponieważ bali się, że mogą mieć do czynienia z bombą; c) po kilku godzinach grozy i po wstępnej inspekcji niby-bomby okazało się, że w aktówce znajdowały się tylko dokumenty elektrociepłowni oraz dowód osobisty Grzegorza R. W związku z tym, że znalezione papiery dotyczyły nie jakiegoś tam kina, tylko ważnego źródła energii cieplnej Stolicy i wyglądały na poufne, policja powiadomiła Brigade Criminelle, która zdecydowała się bezzwłocznie odwiedzić prezesa. Po przejrzeniu dokumentów okazało się jednak, że większości brakuje – najważniejsze sekcje zostały po prostu wyjęte. Podejrzenie padło na zaginionego. Po analizie nagrań wideo z metra – z uwagi na powagę sprawy zostały one tym razem dość szybko zakwalifikowane jako materiał dowodowy i zapisane na dyskach Brigade Criminelle – nie można było stwierdzić z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że to Grzegorz R. wyjął dokumenty z aktówki. Pewne było tylko, że ktoś to zrobić musiał, skoro ich nie było, oraz że Grzegorz R. wysiadł na ostatniej stacji metra, na odległym południu metropolii, po czym przepadł jak kamień w wodę. Na tym kończy się anegdota.
Niesatysfakcjonujące zakończenie. Takie najlepiej pasuje do wszelakich teorii spiskowych o imperialnych konspiracjach i podziemnych mocach. Do niedoprecyzowanego zakończenia można bowiem doczepić, co się komu podoba. A podobało się wiele. Raz mówiono, że Grzegorz R. wcale nie zaginął, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, tylko że "specjalnie" uciekł z tajnymi papierami, po czym sprzedał je spiskującym anarchistom i zaszył się gdzieś w Stolicy, oczywiście z inną aparycją i pod innym nazwiskiem. Tylko skąd taki ustosunkowany człowiek miałby mieć kontakty z anarchistami? I skąd anarchiści, których oficjalnie w ogóle w Imperium nie było, mieliby tyle pieniędzy, ile byłoby trzeba mieć, aby kupić tak wysokiego urzędnika? Chyba że nie dysponowali takimi środkami. W takim razie Grzegorz R. ze skorumpowanego sługi Imperium, zwykłego sprzedawczyka, którego zachowanie dałoby się wytłumaczyć pospolitym ludzkim dążeniem do materialnego dobrobytu, przeistoczyłby się w zdrajcę ideowego, ogarniętego niechęcią do całego systemu. Możliwe było też, że anarchiści jednak byli zamożni. Oznaczałoby to, że należeli do nich reprezentanci elity pieniądza, ponieważ za śmieszne grosze nikt nie ryzykowałby życia własnego lub swojej rodziny. Tak czy inaczej, władze Imperium nie mogły sobie pozwolić na kompromitację, więc wszystko zostało pogrzebane.
Inni zaś zaklinali się, że Grzegorz R. sam był anarchistą i to nie byle jakim, tylko przywódcą grupy, która planowała zamach właśnie na elektrociepłownię. Pytanie tylko, dlaczego Grzegorz R. miałby zniknąć z dokumentami, na dodatek w dniu kluczowego spotkania, dosłownie skazując tym spisek na niepowodzenie, w sytuacji, w której powinno mu zależeć na utrzymaniu całej sprawy jak najdłużej w tajemnicy.
Mnóstwo pytań, zero odpowiedzi. Jedno tylko było pewne – zaginięcie Grzegorza R. (czytaj: poufnych dokumentów) wywołało reperkusje w całym Imperium. Im mniej informacji, tym więcej domniemań. Oto koło zamachowe fantazmatycznych anegdot – szalbierczych opowieści z perspektywy władz.
***
Te dwa przykłady przypomniały mi się, ot tak, na chybcika, gdy spoglądałem na rozpościerający się przede mną widok metropolii. To jedynie dwa z potężnego kanonu mitów o zaginionych, porwanych, o niepokornych owieczkach, które odwróciły się od swojego pasterza – od kochającego je Imperium i pochłonięte zostały przez nie-cywilizację i niebyt podmurza. Gdybym się postarał, jestem przekonany, potrafiłbym podobnymi historyjkami zapełnić cały wieczór, może nawet dwa lub trzy. Nie one jednak stanowią centrum tej opowieści. Zatem, powróćmy do tematu.
Tak zwane "podmurze", czyli slumsy, były częścią Stolicy, niebezpieczną i brzydką, ale integralną. Kto chce, niech wchodzi. Niech jedzie metrem do samego końca i zniknie jak niedoszły maturzysta. Niech kolaboruje z anarchistami jak – potencjalnie – Grzegorz R. Na własne ryzyko.
Teraz ja byłem jednym z fantastycznych śmiałków z owych pijackich opowieści. Będą o mnie rozmawiać w barach, tawernach i kawiarniach, szeptać nad biurkami najwyższych urzędów Imperium. Będę wirusem, który zamieszkał w mózgu skazańców – chował się przez wiele lat niezauważenie i oto począł kłuć, wbijać się w myśli oraz czyny niewielkiego kręgu tych, którzy uwierzyli. Odważyłem się przekroczyć próg rozsądku, bo musiałem. Teraz ja stawałem się bohaterem własnego mitu.
***
Stojąc przy oknie, patrzyłem w dal. Po chwili kontemplacji udałem się na samą górę. Troje drzwi, z każdej strony jedne, z czego dwoje zabitych spróchniałymi deskami. Na niezabitych, środkowych drzwiach przymocowany był czarną taśmą szyld z napisem:
Melvin Melone
Prywatny Detektyw
(z Imperialną Akredytacją
i Zezwoleniem do Wykonywania
Zadań Specjalnych)
Certyfikat UEI-D87/286
To on. Jak każdy bohater ja również potrzebowałem pomocy. Kogoś dysponującego wiedzą uzupełniającą moją, doświadczeniem, przy którym moje bladło – człowieka, któremu mogłem powierzyć własne życie i przyszłość. Niech służy mi w najtrudniejszych chwilach dobrą radą, pomocą, umiejętnościami, będąc obeznany w świecie, w którym miałem się pogrążyć, świecie bez cieni. Bellerofont miał swojego Pegaza, bez którego nie pokonałby Chimery. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie Perseusz, który zabijając Meduzę, przyczynił się do narodzin skrzydlatego wierzchowca. Twierdzi się niekiedy, że Archimedes zatopił rzymską flotę pod Syrakuzami, przekierowując promienie słoneczne na drewniane triremy nieprzyjaciela dzięki wielkim wypolerowanym tarczom ze srebra. Kto wie, czy bez pierwotnej pomocy Pompejusza ambicje wielkiego Gajusza Juliusza – jego późniejszego rywala – nie zostałyby zdławione w zarodku? Każdy bohater miał swojego Pegaza, który unosił go w przestworza. Teraz ja stałem przed drzwiami mojego. To on, człowiek komplementarny.
Zapukałem i nic. Dzwonka nie było. Czas uciekał. Minęło kilkanaście sekund. Zacząłem pukać mocniej, coraz mocniej, aż – zdało się – mury zadrżały i sąsiedzi z dołu na chwilę przestali się kłócić. Ucichły ich krzyki, a ciekawskie uszy nastawiły się, jak się domyślałem, na spowiedź nieproszonego gościa. Niecierpliwiłem się. Bałem się, że jeśli nikogo za drzwiami nie będzie i nikt się zaraz nie zjawi, aby mi otworzyć, to cała podjęta wyprawa, moje zwolnienie się z pracy w tym jednym celu, słowem, wszystko, co już było za mną, i to, co jeszcze mnie czekało, nie będzie mieć najmniejszego sensu, a czar historii jeszcze nienapisanej pryśnie w mgnieniu oka. Umrze, a ja wraz z nim.
Czekałem więc – nie pozostało mi nic innego. Od czasu do czasu pukałem, ale bez skutku. Usiadłem na schodach. Może po prostu nikt nie słyszy mojego pukania? Toaleta, prysznic, kuchnia, muzyka, telewizor – przecież istniało mnóstwo powodów, które mogły, razem lub oddzielnie, przyczynić się do powstania tej niesprzyjającej sytuacji. Byłem umówiony. Mój kontakt dokładnie opisał miejsce spotkania. Dzień też się zgadzał, no i ta tablica. Nie było mowy o żadnej pomyłce. W końcu wstałem, zapukałem po raz ostatni i z okrzykiem: "Wchodzę!", bo inaczej nie wypada, otworzyłem drzwi.
Drzwi nie były zamknięte na klucz! A ja siedziałem na schodach i czekałem nie wiadomo na co. Największy na świecie idiota! Wszedłem do wielkiego, pięknego salonu z wysokim sufitem i rokokową sztukaterią: kwieciste przeplatanki, stylowe esy-floresy i asymetria typu Ludwik XV, dokładnie tak, jak kiedyś tego uczyli w szkole na lekcjach plastyki. Piękno jak z podręcznika.
Na tym jednak kończyła się funkcja salonu – na urzekającym charakterze wnętrza. Całe pomieszczenie wypełniała bowiem pustka. Gołe ściany, stary parkiet, ciemne deski, nieco jaśniejsze w miejscach, gdzie wydeptane zostały ścieżki prowadzące donikąd, żadnych mebli. Całość sprawiała wrażenie, jakby ktoś się stąd na dobre wyprowadził i skrupulatnie usunął po sobie wszystkie ślady, wszelkie pozostałości niegdyś żywego domu wraz z ciepłem, jakim on emanuje.
Stałem w bezruchu i wsłuchiwałem się w ciszę, w buchające z bezgłosu ciśnienie, które wydobywało się ze ścian, sufitu i wydeptanej podłogi. Stałem i coraz bardziej czułem się jak nieproszony gość. Zmiana warunków atmosferycznych, inne powietrze. Jakbym wtargnął do mieszkania poczciwej, lecz niewidzialnej familii – ludzi skrzywdzonych moją obecnością, zmieszanych tym, że zastałem ich w intymnej chwili bycia sobą.
Wystarczyły dwa, trzy kroki w głąb salonu i już wszystko prezentowało się lepiej. Niewidzialny lokator postawił na ekscentryczną formę minimalizmu i uznał, że pomieszczenie w wystarczającym stopniu wypełnia duch epoki mniej znanego potomka nieśmiertelnego Roi Soleil, którego obecność zastępuje umeblowanie i przeistacza się w postać faktycznego lokatora tej pustki. Z duchem jednak nie mogłem porozmawiać. Niezależnie od wieku, wiedzy i mocy panującej tu potęgi, dalszych kroków mojego przedsięwzięcia nie mogłem ustalić bez człowieka.
Trzy kroki dalej w głąb pustego salonu. Gdzieś musiały być drzwi lub jakieś przejście. Nie mogłem przecież wrócić do siebie do domu, do rodziny, do pracy i błagać o przebaczenie, o wskrzeszenie mojego dawnego życia oraz wszystkiego, co pogrzebałem, udając się w to miejsce. Nie wspominając już o innych sankcjach, które mi w związku z moją ucieczką z pewnością groziły. O powrocie nie było mowy. Nie wierzyłem, że to już koniec mojej podróży, że to, co widziałem – to jedno puste, choć piękne pomieszczenie – było celem wszystkiego, ostatnim aktem dramatu pod tytułem "Moje życie".
Kolejne pięć kroków w kierunku znajdującego się na przeciwległym końcu prawego kąta. Wydreptana ścieżka prowadziła diagonalnie właśnie do tego miejsca. Na papierze prostokąt przeszywałaby idealna przekątna. Muszę to sprawdzić, zdecydowałem. Coś tam musiało być. W budynkach tego typu, w tej części Stolicy mieszkania miały po co najmniej dwa pomieszczenia mieszkalne oraz kuchnię lub aneks kuchenny, plus jeszcze toaletę albo jakąś klitkę, która spełniałaby tę podstawową funkcję. Nie widziałem jednak żadnych drzwi i nie byłem w stanie znaleźć innych pomieszczeń. Nie widziałem także żadnych rur czy instalacji cieplnej, nic.
***
Słońce zawsze świeci pod kątem. Pod kątem wpada do domów i pokoi, a wtedy na ścianach i podłogach maluje się cień, lekki, ale stanowczy jak stempel. Szyby i ramy okienne dodają mu wyrazistości, decydują o jego pozycji. Jednak nie w tej kamienicy. Podszedłem do jednego z dwóch ogromnych okien. Chciałem przez nie wyjrzeć. Co stało się z naszą jedyną gwiazdą Imperium, ostoją świetlanej przyszłości? Jak z tego punktu wygląda świat – nasza Stolica?
Okna wychodziły na drugą stronę kamienicy. Ukazał się widok tego, co niegdyś było ulicą, rozmazany, niewyraźny. Szyby były zakurzone i oblepione tłustym brudem wieloletniego zaniedbania, od lat niemyte, ramy drewniane i podwójne z niewielkim odstępem między szybami, bardzo stare i praktycznie nieuszczelnione. Niewielki odstęp między szybami służył jako masowy grób dla much lub innych nieszczęsnych owadów, które nie wiadomo jakim cudem znalazły się w tym feralnym miejscu i doczekały kresu swojego, pozbawionego z ludzkiej perspektywy głębszego sensu, żywota. Wysuszone małe kuleczki, nic nieważące i kruche. Ciała od lat pozbawione owadziego ducha kontrastowały z sędziwą bielą lepkiego kurzu. Pragnąc spełnić swoje przeznaczenie, promienie słoneczne trafiały na te mleczne szyby, ulegały dyspersji i wpadały do pokoju niczym kohorta nieokiełznanych barbarzyńskich jeźdźców, bez konkretnego kierunku zatapiały wszystko w bezcieniu.
Okna nie miały klamek. Cisza.
Nagle jakiś hałas przerwał mój trans obserwacyjny. Był to hałas głuchy, tępy i bez barwy. Komuś spadły książki, tak to zabrzmiało. Odwróciłem się w stronę domniemanego źródła dźwięku. Dochodził jakby zza ściany w kącie, do którego zmierzałem, zanim ubzdurałem sobie, że wyjrzę przez zakurzone okno. Pewnym krokiem podszedłem do miejsca, za którym ukrywała się tajemnica spadających książek. Ruszyłem wydeptanym parkietem, ścieżką, na którą padało stłumione światło słońca, aż oparłem się w końcu o ścianę. Właściwie – chciałem się oprzeć, ale ściana się otworzyła...
***
Dworskie intrygi, buteleczka z rozpuszczonym arszenikiem w ukrytej kieszeni pod kosztownym płaszczem, niekończąca się waśń i trwająca od stuleci walka o rodzinną fortunę, tajemne przejścia do sekretnych pomieszczeń z niecierpliwie czekającymi na swoją kolej w naiwnej pasji młodymi i jeszcze bardziej sekretnymi królewskimi kochankami – w takim kontekście wszystkiego bym się mógł spodziewać. Ale moja sytuacja wyglądała przecież zupełnie inaczej! Może rzeczywiście znajdowałem się w pałacu? Nie byłem postacią w powieści historycznej o rodzinie Borgiów, ale mało to dziwnych miejsc w Imperium? Pewne było tylko, że ściana, a raczej bardzo umiejętnie ukryte drzwi bez klamki, uchyliły się, pozwalając mi tym samym wejść do drugiego pomieszczenia.
Znalazłem się w brudnym przedpokoju, w powietrzu wisiał swąd odgrzewanego mięsa i bigosu ze śliwkami. Wilgoć i zaduch jak u wuja na strychu. Nad drzwiami wisiał ciemnobrązowy pawlacz, przez otwarte drzwiczki widać było stare buty i gazety. Czar wielkiego salonu prysł. Zamknąłem za sobą ścianę i wszedłem do środka. Z sąsiedniego pokoju dobiegały jakieś odgłosy, pisk opon, krzyki – prawdopodobnie z telewizora. Ktoś tu musiał być, komuś musiały spaść książki, tu znajdowali się ludzie. Tajne mieszkanie.
Czułem ludzką obecność, tak jak się czuje ściany czy przedmioty w zupełnej ciszy – bezkontaktowo, ale bezpośrednio dzięki nieznacznej i w normalnych warunkach niezauważalnej zmianie ciśnienia w uszach. Nikt się przede mną nie ukryje. Coś zaraz się stanie. Zwierzęcy instynkt szeptał, że coś jest nie tak. Nikt nie wiedział, dokąd wyruszyłem, że znajdowałem się w tym miejscu, w którym czułem się jak w miejscu zakazanym, nowym i nietutejszym. Rokokowy salon bez mebli, tajne przejście do śmierdzącego mieszkania z meblami z minionej epoki, ślady chowających się przede mną lub wciąż niewidzialnych lokatorów. Zaraz coś się stanie. Nikt by się nie dowiedział.
Zobaczyłem pokój gościnny – klasyczny główny pokój z wyeksponowanym ołtarzem: telewizor plus niezbędny osprzęt do home entertainment[2], lokalne centrum spotkań mieszkańców sąsiednich pokoi. W niczym nie przypominało salonu, przez który miałem jeszcze przed chwilą przyjemność przejść. Stara kanapa, tylko jeden fotel, za to pasujący do kanapy, trzy regały z książkami, niezliczone rzędy czasopism popularnonaukowych z poprzednich lat; ciemnobrązowe zasłony, które miały kreować przytulną atmosferę i promieniować ciepłem, ściany w modnym dwadzieścia lat temu kolorze oraz wiszące na nich liczne zdjęcia ludzi z kotami w różnych pozycjach na tle nieistniejących już placów i znanych budynków Stolicy. Psuły klimat lub cokolwiek z niego pozostało. W tym mieszkaniu czas się zatrzymał, przenikał je przedrewolucyjny duch. Wszystko zdawało się znajome. Coś mi to mieszkanie przypominało – miejsce z czasów przed wielkimi zmianami, zapomniany zakamarek mojego przeszłego życia, zwinięte w kłębek i rzucone w ciemny kąt wspomnienia innego świata. Pogrążyłem się we własnej przeszłości.
Z powodu włączonego telewizora nie wyczułem, że ktoś się do mnie zbliża. Sztuczne dźwięki stępiają zmysły, zniekształcając percepcję. W takich warunkach człowiek nie jest w stanie obserwować zmiany w pomieszczeniu i nie wyczuwa bliźniego – nie bez pomocy superczułych urządzeń. Ogłuszony tym fenomenem autoizolacji odwróciłem się. Pozbawiony byłem wszelkiego nastroju, człowiek bezbarwny, nasycony pustą nadzieją, że nic się nie zmieniło. Odwróciłem się i ujrzałem niewielkiego mężczyznę. Na głowie niewielkie wyspy ciemnego włosia, na oko góra trzydzieści lat. Ubrany był w czarne dżinsy i biały T-shirt, na który narzucony miał ciemnoszary płaszcz lub bonżurkę, dzieło wiktoriańskiej sztuki. Miał oczy w ciemnej oprawie, co zlewało się z również czarną oprawką ciężkich okularów, które jakby wrosły w tę przemęczoną twarz, tworząc jedność z solidnym nosem i pomarszczonym czołem.
– Widzę, że pan do mnie trafił – stwierdził zgodnie z prawdą.
– Zgadza się – potwierdziłem. – Jestem tutaj, stoję przed panem, a pan przede mną. – Podaliśmy sobie dłonie. Tak oto rozpoczęła się przygoda, która jest tematem tej powieści.
[1] Human resources (ang.) – Zasoby ludzkie. Dział HR – dział kadr.
[2] Home entertainment (ang.) – Rozrywka domowa.