Nocna przestroga - Ann-Catrin Mattsson

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Muc­cio

BO­LO­NIA, CZER­WIEC 1655

- Dość tego beł­kotu! - Po­liczki Eleny płoną, gdy mocno chwyta Ste­fana pod ra­mię i pró­buje go pod­nieść. Ale ich przy­ja­ciel jest mniej wię­cej tak chętny do współ­pracy jak wo­rek mąki. -Wy­noś się! Albo obu­dzę go­spo­da­rza!

Ste­fano, tak pi­jany, że le­dwo może sku­pić na czymś wzrok, za­ta­cza się.

- Gdzie są moje buty?

- Masz je na so­bie, ty śmier­dzący ba­rani łbie!

Ste­fano pa­trzy na nią z miną ura­żo­nego dziecka, które wła­śnie zo­stało nie­spra­wie­dli­wie zbesz­tane.

- Prze­cież się dzi­siaj ką­pa­łem.

Muc­cio po­chyla się, opiera przed­ra­miona na ko­la­nach i ob­ser­wuje scenę roz­gry­wa­jącą się na jego oczach.

Elena po­py­cha Ste­fana, by mu po­móc.

- No, da­lej, wsta­waj!

- Po­cze­kaj! Tylko do­piję. - Ste­fano unosi kie­lich z bia­łym wi­nem. - Twoje zdro­wie, ślicz­notko!

Jed­nym hau­stem wy­pija tru­nek. Ja­sny płyn spływa mu po bro­dzie i ko­szuli. Wy­ciera usta ręką i pró­buje nie­zdar­nie wstać, lecz po­now­nie osuwa się na krze­sło. Se­kundę póź­niej za­sy­pia, chra­piąc jak dzi­kie pro­się, opie­ra­jąc się na krze­śle, z od­chy­loną głową.

Elena roz­kłada ręce i zwraca się do Muc­cia:

- Je­steś ka­pi­ta­nem bandy mo­czy­gęb, wiesz o tym, prawda?

Muc­cio się uśmie­cha.

- Są na prze­pu­stce.

Elena kilka razy mocno sztur­cha Ste­fana.

- Te­raz go nie obu­dzisz - mówi Muc­cio. - Wierz mi, Ste­fano spałby, na­wet gdyby na ze­wnątrz sza­lała wojna.

Do świtu zo­stała ja­kaś go­dzina. Na znisz­czo­nych sto­łach do­ga­sają ło­jowe świece. Roz­lane wino, piwo i krew prze­lana pod­czas bó­jek za­pla­miły drew­nianą pod­łogę. Po­wie­trze jest cięż­kie od woni al­ko­holu, potu i mę­skich pi­jac­kich trosk. Elena za­myka okien­nice i ry­gluje drzwi. Muc­cio ob­ser­wuje smu­kłe dło­nie zbie­ra­jące ta­le­rze, ku­fle po pi­wie i resztki je­dze­nia.

Elena sta­wia na­czy­nia na już prze­peł­nioną tacę.

- Kiedy ru­sza­cie w drogę?

Jej głos jest spo­kojny, ale Muc­cio wy­czuwa w nim nutę smutku.

- Po­ju­trze.

Elena nie od­po­wiada, tylko kiwa głową. Sta­wia tacę na la­dzie.

Wojny ni­gdy się nie koń­czą. Na Mo­rzu Śród­ziem­nym Hisz­pa­nia cią­gle pro­wa­dzi wojnę z im­pe­rium osmań­skim, a na kon­ty­nen­cie eu­ro­pej­skim Fran­cja sta­nowi cią­gły pro­blem. Spon­so­ro­wane dzia­ła­nia pi­rac­kie, ro­snąca ko­rup­cja i go­spo­dar­cza sta­gna­cja po kosz­tow­nych kam­pa­niach wo­jen­nych do­pro­wa­dziły do dal­szego osła­bie­nia im­pe­rium hisz­pań­skiego.

Czy na­prawdę cały ten ból i śmierć mają pod­łoże re­li­gijne? Wszy­scy są dziećmi jed­nego Boga, a mimo to wy­bi­jają się na­wza­jem w imię Je­dy­nego Stwórcy. Ni­gdy nie zro­zu­mie tej sprzecz­no­ści.

Muc­cio prze­chyla głowę z boku na bok, by roz­luź­nić na­pięte mię­śnie.

- Po dro­dze za­je­dziemy do Rzymu. Mia­łem za­szczyt prze­ka­zać Ro­de­ri­cowi, że po­ju­trze ma się tam sta­wić na wie­cze­rzę.

Elena wy­ciera stół szmatką.

- Jaka ona jest, ta ba­ro­nessa, jego matka?

Muc­cio wzru­sza ra­mio­nami.

- Gdy­byś spy­tała Ro­de­rica, po­wie­działby ci, że przy niej na­wet dia­beł wy­daje się świę­tym.

Na twa­rzy Muc­cia po­ja­wia się uśmiech.

- Nie znam ni­kogo, kto gar­dziłby swoją błę­kitną krwią tak bar­dzo jak on. Twier­dzi, że ty­tuł szla­checki nie po­wi­nien być pra­wem wy­ni­ka­ją­cym z uro­dze­nia, lecz po­winny go de­fi­nio­wać czyny da­nego czło­wieka.

- Tak po­wie­dział?

- Mniej wię­cej, tro­chę to ubar­wi­łem i po­mi­ną­łem kilka prze­kleństw.

Elena się śmieje, ale za­raz po­tem jej twarz staje się po­ważna.

- Za­uwa­ży­łam, że Ro­de­ric spę­dza sporo czasu z An­drésem. My­śla­łam, że nie da­rzą się sym­pa­tią.

- Wierz mi, tak wła­śnie jest.

- Może mógł­byś na niego ja­koś wpły­nąć, żeby tego nie ro­bił? - Elena lekko drży. - Na­prawdę nie lu­bię An­drésa. Prze­cho­dzą mnie ciarki, kiedy jest w po­bliżu. Dla­czego Ro­de­ric się na to na­raża?

- Szcze­rze? - Muc­cio za­sta­na­wia się przez chwilę. - Po­dej­rze­wam, że Ro­de­ric bar­dziej boi się mocy, które są w nim sa­mym, niż ja­kie­go­kol­wiek wroga. Poza tym chce za­słu­żyć na te hi­sto­rie, które o nim pi­szą.

Elena wy­ciera ręce w far­tuch.

- Je­steś pe­wien, że nie szuka two­jego uzna­nia?

- Już je ma.

Elena ob­da­rza go ła­god­nym uśmie­chem.

- Tylko czy on o tym wie?

Muc­cio pa­trzy na swoje dło­nie spo­czy­wa­jące na ko­la­nach.

- Po­pro­sił Am­bro­gia, żeby z nim tre­no­wał.

- Am­bro­gia? Two­jego daw­nego na­uczy­ciela? - Elena pod­cho­dzi do Muc­cia i de­li­kat­nie prze­cze­suje pal­cami jego loki. - Czyż­bym wy­czu­wała lekką za­zdrość?

Muc­cio nie od­po­wiada. Tak, to go mar­twi. Bar­dziej niż chce się przy­znać. Od­pę­dza nie­chciane my­śli. Ostat­nio ma nie­po­ko­jące prze­czu­cie, że coś się wy­da­rzy, że czeka ich coś nie­uchron­nego, i doj­dzie do tego bez względu na to, jak bar­dzo by się sta­rał temu za­po­biec.

- Chodź no tu­taj. - Muc­cio obej­muje Elenę w ta­lii i przy­ciąga ją do sie­bie. - Dziś wie­czo­rem nie chcę za dużo my­śleć.

Wci­ska głowę mię­dzy jej piersi. Na Boga, chciałby ją stąd za­brać.

- Ża­łuję, że nie je­steś wdową.

Muc­cio nie­na­wi­dzi sie­bie za to, że sam się o to nie po­sta­rał. Szybki cios, szybka śmierć. Ko­lejne imię na li­ście osób, które za­bił.

- Po­wi­nie­nem był wła­sno­ręcz­nie uka­tru­pić tego dra­nia. Gar­dzisz mną z tego po­wodu?

- Wiesz, że nie.

Wszystko go boli. Jest zmę­czony. Tak cho­ler­nie zmę­czony. Nie pa­mięta, kiedy ostat­nio prze­spał całą noc.

- Kiedy wrócę z wo­jen, za­opie­kuję się tobą.

Elena od­gar­nia wil­gotny lok z jego czoła.

- I jak by to miało wy­glą­dać? Sie­dzia­ła­bym sama i cze­kała na cie­bie? Ni­gdy nie ma­jąc pew­no­ści, kiedy wró­cisz do domu?

- By­łoby le­piej niż te­raz.

Elena nie od­po­wiada. Przez te lata ich zna­jo­mo­ści mie­wał inne ko­biety, ale za­wsze do niej wraca. Muc­cio po­zwala, by jego usta ją prze­ko­nały.

Cie­pły od­dech mu­ska jego ucho, gdy Elena szep­cze:

- Bez względu na wszystko na­leżę do cie­bie, Muc­cio.

Obej­muje ją w ta­lii i sa­dza na stole. De­li­kat­nie wie­dzie pal­cem po kon­tu­rach jej pod­bródka i lekko roz­chy­lo­nych warg. Piersi Eleny uno­szą się i opa­dają, co­raz szyb­ciej. Wyj­muje wsuwki, jedna po dru­giej, a włosy spły­wają ka­skadą po jej ple­cach. Cie­płe usta ła­sko­czą jego szyję. Mięk­kie palce ba­wią się wło­skami na jego tor­sie.

Muc­cio pod­nosi jej spód­nice, war­stwa po war­stwie, roz­wią­zuje wstążki i ostroż­nie zsuwa poń­czo­chy, po czym roz­kłada jej ko­lana. Gła­dzi we­wnętrzną stronę jej ud. Wy­czuwa wil­goć. Cie­pło. Cała krew spływa w dół, do kro­cza. Elena zerka za sie­bie, na Ste­fana, który śpi na krze­śle z od­chy­loną głową i otwar­tymi ustami. Błysz­cząca nitka śliny wy­pływa z ką­cika jego ust.

Muc­cio chwyta pod­bró­dek Eleny i kie­ruje jej głowę z po­wro­tem w swoją stronę.

- Śpi.

- A je­śli się obu­dzi? - Głos jest ni­ski, lekko za­chryp­nięty, jakby do­piero co się obu­dziła.

Muc­cio ca­łuje we­wnętrzną stronę jej ud, ociera się o jej skórę szorst­kim za­ro­stem.

- Wtedy zo­ba­czy przed­sta­wie­nie, które za­pa­mięta na długo.

Ailea

PÓŁ­NOCNA AN­GLIA, LI­PIEC 1655

Na śnia­da­nie za­wsze je­dzą kleik z żyta, jęcz­mie­nia lub gro­chu. Ailea na­biera na łyżkę dużą por­cję gę­stego i po­żyw­nego kle­iku wzbo­ga­co­nego orze­chami. Stoły w ja­dalni skła­dają się z dłu­gich de­sek, które każ­dego ranka są zdej­mo­wane ze ściany i kła­dzione na ko­złach, usta­wia­nych wo­kół ław przy­mo­co­wa­nych do ścian, gdy nad­cho­dzi pora po­siłku.

Młod­sze no­wi­cjuszki dzielą ta­lerz lub je­dzą z tego sa­mego na­czy­nia, w któ­rym każda za­nu­rza swoją drew­nianą łyżkę. W dni świą­teczne do­stają kleik z ka­wał­kami su­szo­nych śli­wek lub ja­błek, ale ona naj­bar­dziej lubi ten po­da­wany z bo­rówką brusz­nicą. Matka za­wsze wkła­dała bo­rówki do du­żego garnka i za­le­wała je wodą, by prze­trwały zimę. Woda z bo­ró­wek sma­kuje cu­dow­nie, gdy drzewa są na­gie, a zimno roz­rywa płuca.

Śnia­da­nie trwa w naj­lep­sze. Po­moce ku­chenne uwi­jają się mię­dzy sto­łami. Całe go­to­wa­nie i przy­go­to­wy­wa­nie po­sił­ków od­bywa się w od­dziel­nym bu­dynku, co ozna­cza dużo bie­ga­nia, lecz dziew­cząt jest pod do­stat­kiem. Roz­le­wają do kub­ków pa­ru­jący na­pój. Wy­sta­wiają sło­iki z dże­mem, ma­sel­niczki oraz ko­szyki z chle­bem. Ja­sno­włosa po­moc ku­chenna sta­wia przed sio­strą Ju­deth ko­szyk owi­nięty czy­stą ście­reczką, a ta coś mru­czy pod no­sem. Nie lubi służby poza ku­charką. Twier­dzi, że dziew­częta, które im przy­sy­łają, są nie­udolne, na­bur­mu­szone i nie­wdzięczne, i że to tylko kwe­stia czasu, za­nim sre­bro w świą­tyni za­cznie zni­kać.

Sio­stra Ju­deth roz­wija kra­cia­stą ście­reczkę i wyj­muje z ko­szyka okrą­gły bo­che­nek. Z pre­cy­zją godną fel­czera kroi chleb tak cienko, że więk­szość osób uzna­łaby to za nie­zwy­kłą umie­jęt­ność, po czym po­daje każ­dej z dziew­cząt po kromce.

Ailea za­sta­na­wia się, dla­czego nie wolno jej usiąść przy stole sio­stry Ro­ese, gdzie por­cje chleba i ma­sła są znacz­nie hoj­niej­sze? Sma­ruje pie­czywo cienką war­stwą ma­sła, zer­ka­jąc na sio­strę Ju­deth, która za­nu­rza swoją znacz­nie grub­szą kromkę chleba w drew­nia­nym kubku, po czym za­do­wo­lona, opiera się na krze­śle, mla­ska­jąc z sa­tys­fak­cją. Na jej wą­sach osiada piana. W prze­ci­wień­stwie do na­poju dziew­cząt, jej pod­pi­wek zmie­szany z mle­kiem zo­stał wzmoc­niony jaj­kiem i przy­pra­wiony cy­na­mo­nem oraz goź­dzi­kami, ku­pio­nymi w mie­ście za wy­gó­ro­waną cenę od ni­der­landz­kich han­dla­rzy przy­praw, po­nie­waż sio­stra Ju­deth twier­dzi, że to po­maga na jej po­da­grę.

Kiedy sio­stra Ju­deth się od­wraca, Ailea od­krawa jak naj­grub­szy pla­ste­rek żół­tego sera, a na wierzch kromki kła­dzie sporą por­cję dżemu wi­śnio­wego. Otwiera usta, by wziąć kęs, gdy po­ranny spo­kój zo­staje prze­rwany prze­raź­li­wym wrza­skiem, który obu­dziłby umar­łego.

- To ohydz­two prze­bie­gło mi po sto­pie! - Oczy Sa­rah są roz­sze­rzone jak u byka idą­cego na rzeź. Łyżki lą­dują na stole, dziew­częta tło­czą się i prze­py­chają, gło­śno krzy­cząc i pró­bu­jąc zdo­być miej­sce na ławce. Ailea spo­gląda pod stół, gdzie brą­zowa mysz le­śna biega prze­ra­żona tam i z po­wro­tem, szu­ka­jąc kry­jówki. Wszystko, co robi Sa­rah, jest ta­kie te­atralne, prze­sa­dzone i dra­ma­tyczne.

- Tfu! - Sa­rah spluwa na pod­łogę. - Prze­kli­nam cię, ty brudny, mały gry­zo­niu!

- Za­milcz, dziecko! - Głos sio­stry Ju­deth świsz­cze jak bicz. - Kto po­zwo­lił ci rzu­cać prze­kleń­stwa na zwie­rzęta, które mają ta­kie samo prawo do szu­ka­nia po­ży­wie­nia jak my? - mówi sio­stra, po czym zwraca się jed­nej z po­mocy ku­chen­nych: - Wpuść tu­taj na noc kota.

Sa­rah zdej­muje buty i rzuca nimi przez ja­dal­nię.

- Nie będę no­sić ni­czego, czego do­tknęło to obrzy­dliwe stwo­rze­nie.

- Prze­stań dra­ma­ty­zo­wać. - Ailea bie­rze kęs chleba. - To tylko mała myszka, na li­tość bo­ską, nie wilk.

Sa­rah rzuca jej wy­nio­słe spoj­rze­nie.

- Pew­nie jesz­cze byś ją na­kar­miła.

Dziew­czyna sie­dząca naj­bli­żej Sa­rah par­ska śmie­chem. Po­liczki Ailei płoną. Sa­rah nie mi­nęła się z prawdą. Pew­nej wy­jąt­kowo sro­giej zimy w Ir­lan­dii Ailea kar­miła my­szy okru­chami chleba, bo było jej ich szkoda. W po­dzięce zja­dły jej naj­ład­niej­szy koc w ró­życzki i zro­biły so­bie gniazdo w jej łóżku, po czym tam miesz­kały, do­póki oj­ciec pew­nego dnia nie wy­rzu­cił śmier­dzą­cego sien­nika i nie zmu­sił Ailei do spa­nia z po­nu­rym ko­cu­rem Svar­te­nem.

- Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam w śnia­da­niu. - Po­ko­jowa lekko się ru­mieni. Brą­zowe oczy i po­pie­late włosy, zwią­zane pod sza­ro­brą­zową chustką, przy­wo­dzą Ailei na myśl wró­bla. - Woź­nica już jest. Mistrz Donne i młody Ga­briel cze­kają na was na ze­wnątrz.

Mistrz Donne. Ailea się spina. Niech to dia­bli we­zmą! Dla­czego on też musi je­chać? Nie­chęć i brak za­ufa­nia mię­dzy nimi są obu­stronne. Wo­la­łaby przez ty­dzień do­świad­czyć dzie­się­ciu plag egip­skich niż sie­dzieć z nim w jed­nym po­wo­zie przez kilka go­dzin. Wzdy­cha, szu­ka­jąc wzro­kiem po­ko­jówki.

- Dzię­kuję, Cate. Bądź tak uprzejma i prze­każ, że za­raz przyjdę.

***

So­snowy las po­woli ustę­puje miej­sca po­lom i pa­stwi­skom. Mię­dzy ni­skimi, po­ro­śnię­tymi zie­le­nią pa­gór­kami ma­ja­czy do­lina, a w niej go­spo­dar­stwa. Wcze­śniej­sza mgła za­mie­niła się w de­li­katny deszcz. Ailea chwyta za je­den z tka­nych pa­sów ozdo­bio­nych żół­tymi frędz­lami i za­sła­nia okno po­wozu.

Drogi są w opła­ka­nym sta­nie. Do­rożką mocno te­le­pie za każ­dym ra­zem, gdy na­jeż­dża na ka­mień lub gruby ko­rzeń. Mimo że wnę­trze po­wozu jest wy­godne, są w nim ta­pi­ce­ro­wane sie­dze­nia i ściany wy­ście­łane weł­nianą, in­ten­syw­nie nie­bie­ską tka­niną, Aileę bolą po­śladki od tego cią­głego pod­ska­ki­wa­nia. Zerka na śpią­cego mi­strza Donne, któ­rego głowa kiwa się na boki, a usta są pół­otwarte. Brą­zowy płaszcz, nogi chude jak pa­tyki i trój­kątna twarz z wiel­kimi czar­nymi oczami spra­wiają, że przy­po­mina gi­gan­tycz­nego pa­si­ko­nika. Cho­ciaż ma gładką skórę, wy­daje się su­cha jak pieprz, jakby był umę­czony ży­ciem.

Ailea wzdy­cha. Jesz­cze raz po­ciąga za pas. Od­sła­nia i za­sła­nia okno, i tak w kółko.

- Mo­żesz prze­stać? - Ga­briel pod­nosi wzrok znad pa­pie­rów le­żą­cych na jego ko­la­nach, z uśmie­chem błą­ka­ją­cym się w ką­ci­kach ust. - Ten dźwięk jest bar­dzo iry­tu­jący.

- Masz na my­śli to? - Ailea znowu po­ciąga za pas, a Ga­briel nie może po­wstrzy­mać śmie­chu.

Dziew­czyna wy­daje z sie­bie prze­cią­głe i gło­śne wes­tchnie­nie.

- Nu­dzę się! Cią­gle tylko czy­tasz i czy­tasz.

- Chcia­łem coś spraw­dzić na dzi­siej­szy wie­czór, ale za bar­dzo trzę­sie i nie mogę się sku­pić.

Ailea wciąga po­wie­trze no­sem.

- Co tak ład­nie pach­nie?

- Je­steś jak ogar, który wy­czuł za­jąca. - Ga­briel po­chyla się nad ko­szem sto­ją­cym na pod­ło­dze, po czym po­daje Ailei dwa ka­wałki mięk­kiego, wciąż cie­płego cia­sta. - Ku­charz piekł dziś rano. Wa­sza ku­charka nic ci nie spa­ko­wała?

- Zdą­ży­łam już wszystko zjeść - od­po­wiada Ailea z ustami peł­nymi pier­nika.

Ga­briel unosi brwi.

- Co w tym ta­kiego dziw­nego? - do­daje. - Ja­dłam z nu­dów! Co tu ro­bić w tej okrop­nej bryczce?

- Wiesz, ni­gdy nie spo­tka­łem dziew­czyny, która ja­dłaby tyle, co ty.

- A ja ni­gdy nie spo­tka­łam osoby tak cał­ko­wi­cie nie­za­in­te­re­so­wa­nej je­dze­niem jak ty.

- Je­steś gor­sza od mo­jego brata.

To nie pierw­szy raz, gdy Ga­briel po­rów­nuje ją do swo­jego brata. Nie po­doba jej się to. Bryczka na­jeż­dża na ka­mień. Mistrz Donne bu­dzi się na chwilę, ale stu­kot koń­skich ko­pyt i skrzy­pie­nie kół szybko usy­piają go z po­wro­tem.

Ailea ści­sza głos.

- Co wła­ści­wie bę­dziemy tam ro­bić?

- Ofi­cjal­nie je­ste­śmy za­pro­szeni na po­czę­stu­nek u lorda Dun­ridge'a.

- A jaki jest praw­dziwy po­wód?

- Na­wią­za­nie kon­tak­tów. Mu­simy zdo­być ich za­ufa­nie, upew­nić się, że za­in­we­stują. Je­steś świę­tym skar­bem Sto­wa­rzy­sze­nia. Pro­ro­ki­nią, w któ­rej ży­łach pły­nie krew daw­nego ludu.

- To ci nie prze­szka­dza?

Ga­briel wzru­sza ra­mio­nami.

- To się na­zywa po­li­tyka. Szkoła jest za­leżna od bo­ga­tych dar­czyń­ców, któ­rzy prze­ka­zują na nią pie­nią­dze. Trak­tuję to z hu­mo­rem. Za­wsze jest tak samo. Za­możny lord, zwy­kle ubrany w strój my­śliw­ski, dla pod­kre­śle­nia swo­jej mę­sko­ści lub hra­bina go­towa za­pła­cić for­tunę, by po­czuć się wy­jąt­kową i do­świad­czyć odro­biny ma­gii i emo­cji w swoim nud­nym ży­ciu, aby po­tem móc o tym opo­wia­dać swoim przy­ja­ciół­kom. Za­zwy­czaj ze szcze­kli­wym pie­skiem na ko­la­nach.

- Skoro to na mnie mają się ga­pić, to dla­czego je­dziesz ze mną?

- Po pierw­sze, je­stem zde­cy­do­wa­nie mil­szy od cie­bie.

- Po­tra­fię być miła.

- Po dru­gie - kon­ty­nu­uje Ga­briel, jakby jej nie sły­szał - spo­rzą­dzi­łem ho­ro­skop, który mam prze­ka­zać Lady Dun­ridge, mał­żonce lorda.

- Za­płacą ci?

- To pre­zent.

- Ale prze­cież Ko­ściół nie pa­trzy przy­chyl­nie na ta­kie rze­czy?

- To czyni je jesz­cze bar­dziej ta­jem­ni­czymi i eks­cy­tu­ją­cymi. Ko­ściół oba­wia się, że lu­dzie bar­dziej wie­rzą astro­lo­gom niż księ­żom. Zwłasz­cza te­raz, w cza­sach, gdy na­wet kró­lo­wie i kró­lowe mają swo­ich na­dwor­nych astro­lo­gów, któ­rzy spo­rzą­dzają im ho­ro­skopy przed pod­ję­ciem waż­nych de­cy­zji. Ko­ściół boi się utraty wpły­wów.

Bryczka zwal­nia. Ga­briel wy­gląda przez okno.

- Je­ste­śmy na miej­scu.

***

Dwór tętni ży­ciem, a bu­dy­nek wy­gląda tak, jakby wła­śnie zo­stał wy­bu­dzony z dłu­giego snu. W wielu po­ko­jach uwija się służba. Czy­ści krysz­ta­łowe kie­liszki, po­le­ruje srebrne sztućce, roz­kłada na sto­łach drobno tkane ob­rusy. Dziew­częta na dra­bi­nie wy­mie­niają wo­skowe świece w ogrom­nych ży­ran­do­lach. Sługa pro­wa­dzi ich przez łu­ko­wate przej­ście, obok po­koju z ma­syw­nymi re­ga­łami na książki, wy­peł­nio­nymi ciem­no­brą­zo­wymi skó­rza­nymi to­mami na wszyst­kich czte­rech ścia­nach.

Cała jest obo­lała. Woź­nica z im­po­nu­jącą pre­cy­zją tra­fiał w każdy ka­mień i dziurę na dro­gach za­la­nych wodą.

Za­rządca dworu za­trzy­muje się w mniej­szym sa­lo­niku z je­dwab­nymi ta­pe­tami w ko­lo­rze mor­skiej zie­leni oraz wy­god­nymi, mięk­kimi fo­te­lami. Pod­łogi są ozdo­bione gru­bymi per­skimi dy­wa­nami. Na środku stoją krze­sła obite czer­wo­nym ak­sa­mi­tem, usta­wione w pół­okręgu.

Za­rządca de­li­kat­nie od­chrzą­kuje, a roz­mowy cichną, dzie­sięć par oczu zwraca się ku nim.

- Lor­dzie Dun­ridge, mistrz Donne i jego go­ście przy­byli.

Lord, który stoi przy stole ob­ło­żo­nym srebr­nymi dzban­kami, por­ce­la­no­wymi fi­li­żan­kami oraz wy­so­kimi pa­te­rami z wil­got­nymi ciast­kami owo­co­wymi i słod­ko­ściami sma­żo­nymi na głę­bo­kim tłusz­czu, pod­nosi wzrok.

- Wi­taj­cie w Grey­park - mówi, wy­cie­ra­jąc ręce w czer­wo­no­nie­bie­ski strój my­śliw­ski zdo­biony zło­tymi la­mów­kami. - Moja mał­żonka nie mo­gła się do­cze­kać, aby was w końcu po­znać.

Krążą zło­śliwe plotki, że lord uwiel­bia po­lo­wa­nia na ła­bę­dzie i że sam spro­wa­dził te ptaki, po­nie­waż wo­lał je od bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych po­lo­wań na je­le­nie i dziki. Lord Dun­ridge od­wraca się do go­ści.

- De­boro, moja droga, już są.

Ga­briel lekko sztur­cha Aileę w bok, a ona musi mocno przy­gryźć wargę, by nie par­sk­nąć śmie­chem. Po­śród ca­łego tego ko­ron­ko­wego prze­py­chu i ka­pe­lu­szy ozdo­bio­nych pió­rami wy­ła­nia się ko­bieta w dłu­giej czar­nej sukni z roz­go­rącz­ko­waną miną i naj­więk­szym biu­stem, jaki Ailea kie­dy­kol­wiek wi­działa. Jej pulchne palce ozdo­bione pier­ście­niami gła­dzą psa przy­po­mi­na­ją­cego owcę, który ma ciem­no­nie­bie­ską je­dwabną wstążkę za­wią­zaną wo­kół szyi i jest u niej na rę­kach. Lady Dun­ridge ob­da­rza ich uśmie­chem peł­nym za­chwytu.

- Cie­szymy się z wa­szego przy­by­cia.

Pies na­tych­miast za­czyna szcze­kać.

- Ci­cho. Nie szcze­kaj w ten spo­sób, to nie przy­stoi. - Ko­bieta sięga po ciastko i po­daje je psu. - Adus nie lubi ob­cych.

- Piękny sa­lon - mówi Ailea.

- To za­sługa mał­żonki, urzą­dziła cały dom - od­po­wiada lord. - Gu­stuje w no­wo­cze­snym wy­stroju. - Męż­czy­zna na­kłada so­bie na ta­le­rzyk so­lidny ka­wa­łek drżą­cego pud­dingu śliw­ko­wego, po czym spo­gląda na Aileę. - Po­wia­dają, że pa­nienka ma bez­po­średni kon­takt z bo­sko­ścią, a wy... - zwraca się do Ga­briela - ... zna­cie ta­jem­nice wszech­świata, a także gwiazd?

Ga­briel kiwa głową z po­wagą, ale ona wi­dzi uśmiech w jego oczach.

- Losy lu­dzi są z góry okre­ślone przez Boga i za­pi­sane w gwiaz­dach. My je­ste­śmy tylko jego słu­gami.

Lord na­peł­nia kie­li­szek sherry.

- Na­pije się pa­nienka kie­li­sze­czek? A może wina?

- Nie­stety mu­szę od­mó­wić. My, no­wi­cjuszki, pi­jemy je­dy­nie wodę ze Świę­tego Źró­dła, aby za­cho­wać trzeź­wość umy­słu i ostrość zmy­słów.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście - bąka lord.

Ga­briel spusz­cza wzrok, żeby się nie ro­ze­śmiać.

Lady Dun­ridge, naj­wy­raź­niej nie mo­gąc się już dłu­żej po­wstrzy­mać, kła­dzie wolną rękę na ra­mie­niu mi­strza Donne.

- Czy usta­li­li­ście, kiedy naj­le­piej by­łoby mi od­być tę po­dróż?

- Po­pro­si­łem Ga­briela, aby spo­rzą­dził wam ho­ro­skop i spraw­dził, kiedy Księ­życ i pla­nety będą w naj­bar­dziej sprzy­ja­ją­cym po­ło­że­niu - od­po­wiada mistrz Donne.

- Nie jest za młody?

- Ga­briel to nie­zwy­kle uta­len­to­wany mło­dzie­niec. Sam go uczy­łem.

- Do­sko­nale!

Lady Dun­ridge bie­rze Ga­briela pod rękę i wy­pro­wa­dza go, za­nim chło­pak za­pro­te­stuje. Ailea od­pro­wa­dza ich smut­nym wzro­kiem. Nie chce, żeby od­cho­dził i zo­sta­wiał ją samą. Ga­briel zerka przez ra­mię i po­syła jej po­na­gla­jące spoj­rze­nie.

Gdy opusz­czają po­miesz­cze­nie, lord Dun­ridge zwraca się do niej:

- Niech no wam się przyj­rzę - mówi, po czym wkłada do ust por­cję pud­dingu i wska­zuje głową na po­dest usta­wiony przed rzę­dem krze­seł. - Pro­szę, stań­cie tam, chcemy zo­ba­czyć, w co in­we­stu­jemy.

Ailea się uśmie­cha, prze­ko­nana, że lord żar­tuje. Szybko spo­gląda na mi­strza Donne, który pa­trzy na nią ze zmarsz­czo­nym czo­łem i nie­za­do­wo­loną miną.

- Sły­sza­łaś lorda. Wstań.

Ailea po­słusz­nie wstaje, ale w środku aż kipi ze zło­ści. Go­ście gro­ma­dzą się wo­kół niej. Pa­trzą i szep­czą, jakby była ja­kimś eg­zo­tycz­nym zwie­rzę­ciem z da­le­kich kra­jów wy­sta­wio­nym na sprze­daż. Mistrz Donne roz­ma­wia ci­cho z męż­czy­zną w ak­sa­mit­nym zie­lo­nym płasz­czu.

Stopy i ręce drę­twieją jej od trwa­nia w bez­ru­chu. Gniew­nie prze­nosi cię­żar ciała z jed­nej nogi na drugą, by roz­luź­nić mię­śnie. Stoi w mil­cze­niu z dłońmi wil­got­nymi od potu, ale w środku się go­tuje. Cała ta sy­tu­acja jest dla niej upo­ka­rza­jąca. Ojcu by się to nie po­do­bało. Ailea nie może się po­zbyć uczu­cia, że sprze­daje się rów­nie ta­nio, co pro­sty­tutki w por­cie.

Męż­czy­zna w ak­sa­mit­nym płasz­czu staje przed nią, wy­pro­sto­wany, z jedną ręką na bio­drze i kie­lisz­kiem w dru­giej. Po­stawa świad­cząca o tym, że ni­komu nie musi się kła­niać. Za­pach sherry jest wy­czu­walny na­wet w miej­scu, w któ­rym stoi Ailea. Męż­czy­zna mla­ska ję­zy­kiem, mie­rzy ją wzro­kiem, aż w końcu spo­gląda na jej twarz.

- Więc to jest dzie­wica, w któ­rej ży­łach pły­nie krew daw­nego ludu. Może ze­chce­cie nam udo­wod­nić wasz dar? Ja­kaś mała prze­po­wied­nia? - W oczach męż­czy­zny wi­dać nie­do­wie­rza­nie.

Prze­po­wia­dam, że wkrótce do­sta­niesz kop­niaka w kro­cze, je­śli się do mnie zbli­żysz, ty świ­nio. Te słowa po­ja­wiają się w jej gło­wie, lecz nie wy­po­wiada ich na głos.

Męż­czy­zna uśmie­cha się, po­pi­ja­jąc sherry.

- Prze­pro­wa­dzi­łem małe śledz­two. Po­do­bno wa­sze matka była ir­landzką wiej­ską dziwką?

Jej palce za­ci­skają się na fał­dach sukni. Drży z wście­kło­ści. Nie mogę zro­bić sceny.

- Ba­dham - chi­cho­cze lord Dun­ridge - za­cho­wuj się.

- Mogę? - Ba­dham spo­gląda na mi­strza Donne, który kiwa głową na znak apro­baty.

Męż­czy­zna unosi pod­bró­dek Ailei, chcąc jej się le­piej przyj­rzeć. Śmier­dzi al­ko­ho­lem. Ailea ciężko od­dy­cha przez nos. Nie od­wraca wzroku. Musi przy­gryźć so­bie po­li­czek, żeby nie splu­nąć mu pro­sto w twarz. Ba­dham się uśmie­cha.

- Ir­landzka krew daje o so­bie znać. Po­do­bno wasz lud ma w so­bie dzi­kość, którą można po­skro­mić tylko krwią. Choć nie po­dzie­lam po­li­tyki Crom­wella, po­dzi­wiam jego dzia­ła­nia w wa­szej oj­czyź­nie.

- Mi­strzu. Za­czyna zmierz­chać. - Głos Ga­briela jest neu­tralny, ale jego spoj­rze­nie su­row­sze niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Chwyta Aileę za rękę i ściąga ją z po­de­stu. - Mu­simy ru­szać. Woź­nica nie lubi jeź­dzić po nocy.

Lord Dun­ridge kła­dzie rękę na ra­mie­niu mi­strza Donne'a.

- Przy­je­dzie­cie do Grey­park w przy­szłym mie­siącu, jak zwy­kle, żeby dać mi od­po­wiedź, prawda? I przy­wieź­cie ze sobą tę uro­czą młodą damę - do­daje, uśmie­cha­jąc się do Ailei. - Chcie­li­by­śmy wi­dzieć, jak się roz­wija na­sza in­we­sty­cja.

Ile­ana

RZYM, CZER­WIEC 1655

Ile­ana stuka pa­znok­ciem w de­li­katną kra­wędź szkła. Świeżo od­no­wiona ja­dal­nia ema­nuje wła­dzą. Od bo­gato zdo­bio­nych krze­seł, przez ta­pety z po­zła­ca­nej skóry, po ak­sa­mitne czer­wone za­słony oka­la­jące okna z wi­tra­żami. Lśniąca pod­łoga wy­ko­nana z trzech ga­tun­ków drewna to jej oso­bi­sty fa­wo­ryt. Rów­nie kosz­towna i no­wo­cze­sna co u eu­ro­pej­skich wład­ców.

Długi stół ugina się od pół­mi­sków ze zło­ci­stymi plac­kami, pud­din­giem ryb­nym o za­pa­chu gałki musz­ka­to­ło­wej i wil­got­nym cia­stem śliw­ko­wym. W cen­trum, pod ogrom­nym ży­ran­do­lem, który za­mó­wiła u naj­lep­szego szkla­rza w Rzy­mie, ku­charz uło­żył wie­niec z pie­czo­nych kar­czo­chów wo­kół pie­czo­nej kaczki pły­wa­ją­cej w mo­rzu sosu jabł­ko­wego. Je­dze­nie uda­jące coś, czym nie jest, to ostatni krzyk mody. Na ni­czym z Ja­me­sem nie oszczę­dzali.

Ile­ana zbliża kie­li­szek do ust i ob­ser­wuje go­ści sie­dzą­cych przy stole. Męż­czyźni nie do­ce­niają ko­biet w swoim oto­cze­niu. To ona, a nie Ja­mes, na­wią­zuje kon­takty, wrę­cza po­darki waż­nym oso­bom i dba o to, by ro­dzina ob­ra­cała się w od­po­wied­nich, wpły­wo­wych krę­gach. Ko­cha męża, mał­żeń­stwo z Ja­me­sem to jedna z jej lep­szych de­cy­zji. Oboje mo­gli za­cho­wać swoją wol­ność i ko­chan­ków bez żad­nych ogra­ni­czeń. Ile­ana marsz­czy nos. Ale Ja­mes ma skłon­ność do za­da­wa­nia się z nie­wła­ści­wymi ludźmi.

Ber­nardo Biz­zac­cheri, drę­czony ti­kami ner­wo­wymi no­wo­bo­gacki, który do­ro­bił się for­tuny na wy­do­by­ciu wę­gla, jest zno­śny. Ale ta la­dacz­nica u jego boku, w czer­wo­nej sukni z tak głę­bo­kim de­kol­tem, że wi­dać jej ro­wek mię­dzy pier­siami, tylko psuje per­fek­cyj­nie za­aran­żo­waną ko­la­cję Ile­any. Wprawne oko do­strzega wy­tarty je­dwab pod jej pa­chami i że od­pruła tań­sze ko­ronki przy gor­se­cie i nad­garst­kach, by za­stą­pić je no­wymi.

To naj­pew­niej pro­sty­tutka z Ca­sino di Ve­ne­zia. Te­atr jest miej­scem za­re­zer­wo­wa­nym dla bo­ga­tych lu­dzi. Miej­sce, gdzie za­możni i ary­sto­kra­cja mogą się spo­ty­kać, śpie­wać, tań­czyć i upra­wiać ha­zard. Mąż Ile­any spę­dza tam czę­sto całe dnie, przy sto­łach do gry, trwo­niąc ogromne sumy pod­czas gry w karty i ko­ści. Pa­łac jest wła­sno­ścią rządu, który zdał so­bie sprawę, że to do­sko­nały spo­sób na kon­tro­lo­wa­nie ha­za­rdu i zbie­ra­nie pie­nię­dzy dla pań­stwa.

- Stwo­rzy­li­ście wspa­niały dom, ba­ro­nesso - zwraca się do ba­ro­no­wej Marco, w ele­ganc­kim stroju i z do­braną do niego je­dwabną muszką pod szyją. Jego oczy błysz­czą. - Czy to...?

- Złota skóra - do­po­wiada Ile­ana.

- Zna­ko­mita.

- Tak my­śla­łam, że wam się spodoba, drogi przy­ja­cielu. - Ile­ana prze­chyla głowę z uśmie­chem. - Urzą­dze­nie tego domu kosz­to­wało for­tunę.

Marco chi­cho­cze, są­cząc wino. Bo­gaty, eks­cen­tryczny i gło­śny Marco to po­wiew świe­żo­ści, ko­lo­rowy ptak wśród tych bez­barw­nych dwor­skich kur. Czło­wiek, który jak ona sama, po­trafi się cie­szyć ży­ciem. Ale za tą lek­ko­myślną i roz­rzutną fa­sadą kryje się je­den z naj­by­strzej­szych umy­słów Rzymu. Na­wet gdy jest pod­chmie­lony, tak jak te­raz, udaje mu się za­cho­wać by­strość umy­słu. Jej wzrok prze­suwa się na starca u boku Marca. Poza tym jest ulu­bień­cem mar­kiza.

Marco omiata spoj­rze­niem mar­twe na­tury, ob­razy przed­sta­wia­jące po­staci z mi­to­lo­gii oraz pej­zaże zdo­biące ściany.

- I jak za­wsze mu­szę was po­chwa­lić za wy­bór dzieł sztuki.

Za­trzy­muje wzrok na krwa­wej sce­nie przed­sta­wia­jącą od­ważną wdowę Ju­dytę z zimną krwią od­ci­na­jącą głowę ge­ne­ra­łowi Ho­lo­fer­ne­sowi, na jego roz­dzia­wio­nych ustach uchwy­co­nych w nie­mym krzyku. Marco uwiel­bia dzi­wac­twa i dra­ma­tyzm. Ile­ana do­brała też kilka ob­ra­zów do jego re­zy­den­cji. Za­wsze kie­ruje się przy tym za­równo ser­cem, jak i ro­zu­mem, ale to je­dyne dzieło, które wy­brała wy­łącz­nie ser­cem.

Obok Ile­any, ubrany w gra­na­towy mun­dur ze zło­tymi gu­zi­kami, sie­dzi Chri­sto­bal de San­do­val, na­czelny do­wódca hisz­pań­skiej ka­wa­le­rii i bli­ski przy­ja­ciel jej brata.

Chri­sto­bal od­krawa ka­wa­łek mięsa.

- Jak się na­zywa ten ar­ty­sta? Au­tor tego dzieła?

Nóż błysz­czy w świe­tle ży­ran­doli i kan­de­la­brów.

Ile­ana wy­pija łyk wina.

- To Ar­te­mi­sia Gen­ti­le­schi.

- Ko­bieta?

- Tak, ko­bieta. Gen­ti­le­schi to jedna z naj­bar­dziej ra­dy­kal­nych i wy­ra­zi­stych ma­la­rek swo­ich cza­sów. Jej ob­razy czę­sto przed­sta­wiają sceny z Bi­blii i mi­to­lo­gii, z ko­bie­tami w roli głów­nej.

Silne i nie­za­leżne bo­ha­terki. Zu­peł­nie inne od bi­blij­nych ko­biet na ob­ra­zach męż­czyzn, czę­sto sym­bo­li­zu­ją­cych sła­bość lub ule­głość. Ko­biety prak­tycz­nie nie mają szans na zro­bie­nie ka­riery ar­ty­stycz­nej, zwłasz­cza je­śli, jak Gen­ti­le­schi, nie po­cho­dzą z wyż­szych sfer. Ona miała szczę­ście i jako pierw­sza ko­bieta zo­stała przy­jęta na Aka­de­mię Sztuk Pięk­nych we Flo­ren­cji.

Marco splata dło­nie na piersi, opiera się na krze­śle i po­dzi­wia dzieło.

- Spo­sób, w jaki używa ko­loru, by od­dać dra­ma­tyzm, jest na­prawdę wy­jąt­kowy. To nie­zwy­kle piękny ob­raz.

- Piękny? - Lu­isa de Pa­dilla, żona do­wódcy, pa­trzy na nich sze­roko otwar­tymi oczami. Za­wzię­cie wa­chluje pulchną twarz wa­chla­rzem trzy­ma­nym w dłoni ozdo­bio­nej ko­ron­kową rę­ka­wiczką. - Uwa­żam, że jest okropny. Wręcz skan­da­liczny!

Jej oczy przy­po­mi­nają oczy krowy, po­wolne i pu­ste. Ile­ana ni­gdy nie ro­zu­miała, dla­czego Chri­sto­bal oże­nił się wła­śnie z nią, cho­ciaż pew­nie dla­tego, że Lu­isa jest je­dy­na­czką, a jej oj­ciec mógł za­ofe­ro­wać ogromny po­sag.

- No do­brze. - Marco splata dło­nie. - Opo­wia­daj­cie, je­stem prze­ko­nany, że za tym wspa­nia­łym ob­ra­zem kryje się cie­kawa hi­sto­ria.

Ile­ana czeka, aż zdo­bę­dzie uwagę ca­łego stołu.

- Ho­lo­fer­nes był ge­ne­ra­łem i do­wódcą asy­ryj­skiego króla, który po­wie­rzył mu za za­da­nie pod­po­rząd­ko­wa­nie so­bie ludu Be­tu­lii. Ho­lo­fer­nes od­ciął mia­stu wodę i po dwu­dzie­stu dniach cał­kiem jej za­bra­kło. Pra­gnie­nie stało się nie do znie­sie­nia, a miesz­kańcy byli go­towi się pod­dać.

Ile­ana na chwilę za­wie­sza głos, sku­pia­jąc wzrok na ob­ra­zie i ko­bie­cie w sukni w ko­lo­rze ochry.

- Wtedy Ju­dyta po­sta­no­wiła wziąć sprawy w swoje ręce. Ra­zem ze swoją lo­jalną słu­żącą udały się do obozu Ho­lo­fer­nesa. Ocza­ro­wany jej urodą ge­ne­rał zor­ga­ni­zo­wał wielką ucztę, li­cząc na to, że uda mu się uwieść nie­wia­stę, ale po­dob­nie jak wielu męż­czyzn upił się do nie­przy­tom­no­ści. Wtedy Ju­dyta wzięła jego miecz, po­mo­dliła się do Boga o siłę i od­cięła mu głowę.

Na chwilę za­pada ci­sza, aż na­gle sły­chać, jak Lu­isa gwał­tow­nie ła­pie od­dech.

- Prze­cież to opis rzezi! Czyż nie? - Wa­chlarz świsz­czy w po­wie­trzu, a kra­sula szuka po­twier­dze­nia w oczach osób sie­dzą­cych przy stole. - Ta ko­bieta na­wet nie wy­gląda na skru­szoną - do­daje Lu­isa zde­ner­wo­wana. - Wręcz prze­ciw­nie, wy­daje się, że czer­pie z tego przy­jem­ność!

- Ju­dyta nie za­bija Ho­lo­fer­nesa z po­wo­dów oso­bi­stych - od­po­wiada Ile­ana - ani dla wła­snych ko­rzy­ści, lecz dla­tego, że to ko­nie­czne. Nikt inny nie chce tego zro­bić, więc bie­rze sprawy w swoje ręce.

Chri­sto­bal wy­ciera ser­we­tką sta­ran­nie przy­strzy­żoną szpic­bródkę. Zmarszczki mi­miczne wo­kół jego oczu się po­głę­biają.

- Ko­bieta po­do­bna do was?

Ile­ana się uśmie­cha i po­woli zbliża do ust krysz­ta­łowy kie­li­szek, wy­trzy­mu­jąc spoj­rze­nie Chri­sto­bala. Bli­zny po ospie jej nie prze­szka­dzają. Do­wódca ema­nuje mę­sko­ścią. Pa­trząc na ob­raz, Ile­ana po­woli prze­suwa pal­cem wzdłuż swo­jego oboj­czyka. Ko­bieta w peł­nej kra­sie. Bro­dawki sztyw­nieją, na­pie­rają na gor­set sukni. Czuje spoj­rze­nie Chri­sto­bala, re­je­struje sub­telną zmianę w jego od­de­chu. Chęt­nie wzię­łaby go do swo­jego łóżka, gdyby nie fakt, że on wkrótce ma zo­stać te­ściem Ro­de­rica. To zbyt ważny so­jusz, by tak ry­zy­ko­wać.

Lo­uisa śmieje się chra­pli­wie.

- Nie po­wie­si­ła­bym go w swo­jej ja­dalni.

- Cóż, nie musi się wszyst­kim po­do­bać - od­po­wiada Ile­ana.

Marco upija łyka wina.

- Chęt­nie zo­ba­czył­bym go w swo­jej ko­lek­cji. Wy­ob­raź­cie go so­bie obok mo­jej pięk­nej Ar­te­midy.

- Nie­stety, mój przy­ja­cielu, nie jest na sprze­daż.

Marco otwiera usta, by za­pro­te­sto­wać, ale Ile­ana mu prze­rywa.

- Za żadne pie­nią­dze i po­chleb­stwa.

Marco chi­cho­cze i spo­gląda na ta­lerz.

Służba po­daje ko­lejne da­nie. Wy­słu­chaw­szy cha­otycz­nego beł­kotu Ber­nar­dosa na te­mat wy­do­by­wa­nia wę­gla, Ile­ana po­sta­na­wia wy­ba­wić od niego go­ści i prosi Marco, by opo­wie­dział o swo­ich po­dró­żach na Wschód. Z kie­lisz­kiem w jed­nej ręce i cy­ga­rem w dru­giej Ja­mes po­chyla się nad sto­łem i pod­pala cy­garo od jed­nego ze świecz­ni­ków. Za­ciąga się, po czym wy­dmu­chuje małe kółka dymu. La­dacz­nica w czer­wo­nej sukni klasz­cze w dło­nie i z godną po­dziwu zręcz­no­ścią roz­lewa wino na swoją suk­nię i męż­czy­znę obok. Po­wie­trze staje się gę­ste od dymu i robi się co­raz gło­śniej, gdy do po­miesz­cze­nia wkra­cza Ro­de­ric.

- Ro­de­ricu!

Ja­mes wy­ciąga z ust cy­garo i wita się z pa­sier­bem. Ro­de­ric prze­cze­suje pal­cami ciemne włosy i ski­nie­niem głowy po­zdra­wia po­zo­sta­łych. Jego kurta jest po­kryta cienką war­stwą ku­rzu. Ile­ana ob­ser­wuje go z roz­rzew­nie­niem i dumą. Wy­soki i bar­czy­sty, uda ma­sywne i silne po wielu la­tach jazdy kon­nej. La­dacz­nica w czer­wieni śle­dzi każdy ruch jej syna, jakby był pyszną pra­liną. Je­śli o nią cho­dzi, to syn może się wy­szu­mieć, o ile to nie wpły­nie na jej in­te­resy. Ta ko­la­cja ma mu za­pew­nić przy­szłość.

Ro­de­ric staje przed Ile­aną.

- Do­bry wie­czór, matko.

Ile­ana czuje woń ko­nia i skóry, gdy syn się po­chyla i ca­łuje ją w oba po­liczki.

- Może chciał­byś się umyć, za­nim usią­dziesz do stołu? Mogę po­słać służbę z wodą do two­jego po­koju.

Ro­de­ric prze­ciera twarz dło­nią.

- Je­cha­łem konno cały dzień i umie­ram z głodu.

Ile­ana od­ciąga go na bok i ści­sza głos.

- Mam na­dzieję, że ten twój ro­mans z hra­biną i po­je­dy­nek z hra­bią to tylko zło­śliwe plotki?

Ro­de­ric się pro­stuje. Cie­płe spoj­rze­nie znika.

- Nie tkną­łem jej. Poza tym to hra­bia wy­zwał mnie na po­je­dy­nek.

Pa­trzą na sie­bie w mil­cze­niu. To są de­cy­du­jące lata, pod­czas któ­rych re­pu­ta­cja, jaką so­bie młody czło­wiek wy­pra­cuje, i kon­takty, które zdo­bę­dzie, zde­cy­dują o tym, jak wy­soko zaj­dzie w ży­ciu. Czy syn ma ją za głu­pią?

- Hra­bina i hra­bia znają wpły­wo­wych lu­dzi - sy­czy ci­cho przez za­ci­śnięte zęby. - Chcesz zruj­no­wać całą swoją ka­rierę?

- Uwiel­biam wa­sze ka­za­nia, matko. - Słowo "matka" wy­po­wiada z go­ry­czą.

Ile­ana rzuca mu su­rowe spoj­rze­nie.

- Nie po­doba mi się twój ton.

- Nie lu­bi­cie, matko, gdy ktoś kwe­stio­nuje wa­sze zda­nie.

Ile­ana pio­ru­nuje go wzro­kiem. Ma ochotę zga­sić ten aro­gancki błysk w jego oczach, lecz gry­zie się w ję­zyk, wy­gła­dza suk­nię i mówi ła­god­nym gło­sem:

- Nie kłóćmy się. Usiądź. - Kle­pie po­duszkę le­żącą na krze­śle. - Po­roz­ma­wiajmy.

Ro­de­ric ob­raca się na pię­cie i siada na­prze­ciwko, za­miast obok matki. Ten prze­klęty upór, wieczny bunt. Pod zło­to­brą­zową skórą kryje się stal, która może się rów­nać z jej wła­sną. Już jako młoda ko­bieta wie­działa, czego po­trze­bują męż­czyźni. Nie­któ­rzy wolą ją w roli uwo­dzi­cielki, inni w roli sil­nej ko­biety, a jesz­cze inni w roli dzie­wicy, którą trzeba się opie­ko­wać. Ale Ro­de­ric jest nie­moż­liwy. Od za­wsze nie­po­korny, ile­kol­wiek by gro­ziła, prze­ko­ny­wała i pró­bo­wała nim kie­ro­wać, cią­gle upiera się, by iść w drugą stronę.

Ile­ana wzdy­cha. Re­la­cja z Ga­brie­lem jest prost­sza. Choć dla oto­cze­nia po­zo­staje wielką za­gadką, nie wzbu­dza tej sa­mej wro­go­ści czy iry­ta­cji co Ro­de­ric. Ja­mes szuka jej wzroku nad sto­łem, usta ma za­ci­śnięte, a oczy po­ważne i py­ta­jące. Ile­ana kręci głową, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu, jakby wszystko było w po­rządku.

Po dru­giej stro­nie stołu Marco pro­wa­dzi ci­chą roz­mowę z Ro­de­ri­kiem, za­ję­tym ma­sa­kro­wa­niem mostka wo­ło­wego na swoim ta­le­rzu, jakby tylko ma­rzył o tym, by ko­la­cja jak naj­szyb­ciej się skoń­czyła. Jedna z pod­ku­chen­nych sta­wia na stole pół­mi­sek. Marco mówi coś, co spra­wia, że dziew­czyna się ru­mieni. Dla­czego ni­gdy się nie oże­nił i nie ma dzieci? Może woli męż­czyzn, tak jak jej mąż, lecz ni­gdy nie sły­szała ani nie wi­działa ni­czego, co by to po­twier­dzało. Nie ro­zu­mie też tej jego nie­złom­nej lo­jal­no­ści wo­bec Ashy. Są swo­imi cał­ko­wi­tymi prze­ci­wień­stwami, jak słod­kie i słone. Ale naj­wy­raź­niej stara mi­łość nie rdze­wieje.

Prze­suwa wzrok na Men­cíę sie­dzącą po dru­giej stro­nie stołu. Po­do­bno do­wódca ma sła­bość do swo­jej córki. Na szczę­ście dziew­czyna odzie­dzi­czyła po nim urodę. W prze­ci­wień­stwie do matki jest uro­cza, ma dłu­gie ciemne włosy i nie­mal nie­na­tu­ral­nie duże, brą­zowe oczy.

Ile­ana zwraca się do Chri­sto­bala.

- Men­cía wy­pięk­niała. Za każ­dym ra­zem, kiedy ją wi­dzę, jest jesz­cze ład­niej­sza. Sły­sza­łam, że zo­stała damą dworu.

Ile­ana wie, że to nic nie­zwy­kłego, że dziew­czę ta­kie jak Men­cía spę­dza kilka lat w oto­cze­niu ro­dziny kró­lew­skiej. Na­wią­za­nie waż­nych zna­jo­mo­ści przy­da­łoby się rów­nież Ro­de­ri­cowi.

- Kiedy skoń­czyła pięt­na­ście lat - od­po­wiada Chri­sto­bal. - My­ślę, że to będą dla niej po­ży­teczne lata. A jak się miewa Ro­de­ric? - pyta i unosi swój kie­li­szek. - Krążą plotki, że wkrótce zo­sta­nie awan­so­wany.

- Mój drogi brat już za­ofe­ro­wał, że kupi mu kom­pa­nię - wzdy­cha Ailea. - Ale Ro­de­ric jest uparty i chce za­słu­żyć na swoją po­zy­cję.

- Przy­po­mina Ju­ana, kiedy był młody. Wasz brat za­wsze miał na­dzieję, że pew­nego dnia po­łą­czymy na­sze ro­dziny.

Ile­ana wy­pija łyk wina.

- Ro­de­ric jest dla niego jak syn.

Chri­sto­bal do­tyka dło­nią pod­bródka.

- A co sam Ro­de­ric mówi na ten te­mat?

- Wie, czego się od niego ocze­kuje.

Ile­ana sięga po wi­no­grono i opiera się na krze­śle. Mał­żeń­stwo jej syna to sprawa ro­dzinna. Ona sama nie po­chwala ro­man­tycz­nych me­za­lian­sów. Wszystko, co robi, wszyst­kie te wy­stawne ko­la­cje, służą temu, by jej dzie­ciom było le­piej, aby miały to po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, któ­rego jej sa­mej bra­ko­wało w dzie­ciń­stwie. Ile­ana wkłada wi­no­grono do ust. I cho­ciaż to było tak dawno, wciąż to­wa­rzy­szy jej to uczu­cie nie­pew­no­ści, lęk, że wszystko zo­sta­nie jej ode­brane i że znów wy­lą­duje w rynsz­toku.

Ro­de­ric

RZYM, CZER­WIEC 1655

Wzbiera w nim złość. Prze­cho­dzi obok matki i trak­tu­jąc ją jak po­wie­trze, wy­suwa krze­sło obite czer­wo­nym ak­sa­mi­tem, po czym siada obok Marco. Za­wsze ta sama śpiewka. Je­śli nie daje jej się pro­wa­dzić na smy­czy jak po­słuszny pies, ję­zyk matki staje się ostry, a po­ucze­nia prze­ra­dzają się w lo­do­waty gniew.

Dla niej li­czą się tylko ho­nor ro­dziny i two­rze­nie so­ju­szy mię­dzy ro­dami. Za­równo męż­czyźni, jak i ko­biety są jej ma­rio­net­kami, a ona, ni­czym lal­karz, po­ciąga za sznurki, zmu­sza­jąc ich do dzia­ła­nia zgod­nie ze swoją wolą. Wy­star­czy kilka mi­nut spę­dzo­nych z matką w tym sa­mym po­miesz­cze­niu, a już za­czyna go bo­leć głowa. Ale obie­cał so­bie, że prze­trwa ten wie­czór bez kłótni. Sięga po sztućce i za­biera się do kro­je­nia mięsa. Jego zły na­strój nie po­zo­staje nie­zau­wa­żony.

Marco po­chyla się nad sto­łem i z uśmie­chem przy­gląda się krwa­wej rzezi na ta­le­rzu Ro­de­rica.

- Śmiem twier­dzić, że ten wół już dawno stra­cił ży­cie. Nie wi­dzę po­trzeby, by go po­now­nie za­bi­jać - mówi.

- Wy­bacz­cie, je­stem strasz­nie głodny - od­po­wiada Ro­de­ric.

Marco chi­cho­cze i wy­pija łyk wina. Przez sze­roko otwarte dwu­skrzy­dłowe drzwi do ich uszu do­ciera brzęk por­ce­lany. Służba, ubrana w jed­na­kowe, ciem­no­szare uni­formy oraz białe far­tu­chy, krąży ze srebr­nymi ta­cami, ser­wu­jąc jedno wy­kwintne da­nie po dru­gim: pie­czone pro­się, chru­pią­cego go­łę­bia, rybę w mig­da­łach i ro­dzyn­kach oraz pi­kantną zupę na ba­zie wina. Na za­koń­cze­nie po­daje słod­ko­ści. Jedna ze słu­żą­cych sta­wia na stole pa­ru­jącą por­ce­la­nową wazę, która wy­daje się zbyt ciężka na jej wą­tłe ra­miona.

- Pach­nie cu­dow­nie - stwier­dza Marco, pró­bu­jąc spoj­rzeć dziew­czy­nie w oczy, lecz ta spusz­cza głowę. - Po­wiedz­cie mi pa­nienko, gdy­by­ście mieli wy­brać jedno da­nie dzi­siej­szego wie­czoru, to co by to było?

Ru­mie­niąc się, dziew­czyna po­chyla głowę tak ni­sko, że nie­mal do­tyka nią piersi.

- Wzię­ła­bym ka­pu­śniak, wa­sza lor­dow­ska mość. Do­dano do niego wina i sza­franu. Sama po­ma­ga­łam go przy­go­to­wy­wać.

Kiedy pod­nosi po­krywkę, nad sto­łem roz­cho­dzi się kre­mowy, słodki za­pach. Marco na­chyla się i wdy­cha wi­ru­jące ob­łoki pary.

- Ach, sza­fran, to nie­biań­skie złoto. Mo­żemy za niego po­dzię­ko­wać na­szym mu­zuł­mań­skim przy­ja­cio­łom - mówi, skła­da­jąc ręce. - Wie­działa pa­nienka, że Alek­san­der Wielki ką­pał się w sza­fra­nie, aby le­czyć po bi­twach swoje rany?

Dziew­czyna przy­gryza dolną wargę, a jej wzrok błą­dzi.

- N-nie, nie wie­dzia­łam, wa­sza lor­dow­ska mość.

- Po­do­bno jego złote loki, to wła­śnie za­sługa sza­franu - do­daje Marco, za­nu­rza­jąc łyżkę w zło­ci­stej zu­pie. - Wy­śmie­nity! Te­raz mu­si­cie mi zdra­dzić se­kret tego ka­pu­śniaku.

Dziew­czyna na­chyla się nad nim i szep­cze mu do ucha:

- Odro­bina słod­kiego wina Ma­lva­sia, wa­sza lor­dow­ska mość.

- Będę mil­czał jak grób.

Ro­de­ric po­now­nie sku­pia się na swoim ta­le­rzu. Marco to na­prawdę dziwny czło­wiek.

- Mu­sisz za­in­we­sto­wać w pro­duk­cję je­dwa­biu. - Ja­mes czę­stuje cy­ga­rami Ber­nardo Biz­zac­che­riego, no­wo­bo­gac­kiego, który naj­wy­raź­niej do­ro­bił się ma­jątku na prze­my­śle wę­glo­wym. - Marco, prze­ko­naj go.

- Po­pyt na je­dwab nie spada. - Marco się uśmie­cha. - To je­den z naj­droż­szych i naj­bar­dziej ele­ganc­kich ma­te­ria­łów, sym­bol luk­susu i sta­tusu spo­łecz­nego. Kiedy gła­dzi się go dło­nią, tka­nina od­daje do­tyk. Na­wet pro­te­stanci z pół­nocy za­częli go ku­po­wać, mimo że uwa­żają go za coś grzesz­nego.

Ja­mes za­pala ko­lejne cy­garo i za­ciąga się dy­mem.

- Pu­ry­ta­nizm, ten trudny do po­zby­cia się strach, że ktoś, gdzieś, może przy­pad­kiem do­brze się ba­wić.

Go­ście ze­brani wo­kół stołu par­skają śmie­chem. Obok Ja­mesa sie­dzi ko­bieta w czer­wieni, Ro­de­ric już zdą­żył za­po­mnieć, jak jej na imię. Uśmie­cha się do niego, są­cząc wino, a jej wzrok wę­druje po jego ciele i za­trzy­muje się na kro­czu. Ro­de­ric po­ciera dło­nią kark. Dym z cy­gar go dusi. Czuje się nie­swojo i ma ochotę się ulot­nić.

Marco sięga po ka­rafkę i na­peł­nia kie­li­szek Ro­de­rica wi­nem de­se­ro­wym.

- Cała ta po­li­tyka mnie nu­dzi. Jak tam Ga­briel? Jak ra­dzi so­bie w szkole?

- Zdaje się, że do­brze. Wy­gląda na to, że zna­lazł swoje po­wo­ła­nie.

- Ale ty nie je­steś o tym prze­ko­nany?

Ro­de­ric wy­pija łyk słod­kiego wina.

- Wy­bacz­cie, ale nie je­stem tak za­śle­piony jak reszta mo­jej ro­dziny.

Od za­wsze tego nie­na­wi­dzi. Mi­sty­cy­zmu. Ta­jem­nic. Wspól­noty po­łą­czo­nej ry­tu­ałami, obiet­ni­cami i lo­jal­no­ścią, któ­rej nikt nie kwe­stio­nuje. Tego, że ich matka cią­gle sta­wia Sto­wa­rzy­sze­nie na pierw­szym miej­scu. I nie­na­wi­dzi, na­prawdę nie­na­wi­dzi, że Ga­briel jest w to wszystko wcią­gnięty. Uwię­ziony w ich in­try­gach i pla­nach.

Marco przy­gląda mu się z za­cie­ka­wie­niem.

- A więc nie po­dzie­lasz wiary Ga­briela w to, że można in­ter­pre­to­wać znaki na nie­bie? Że ist­nieje ukryty wy­miar rze­czy­wi­sto­ści, który można od­kryć je­dy­nie w spo­sób wy­kra­cza­jący poza fi­zyczne zmy­sły?

- Nie po­trze­buję ni­czego, czego nie mogę zo­ba­czyć, do­tknąć lub zba­dać wła­snymi rę­kami.

Marco do­lewa so­bie wina.

- Księ­życ i gwiazdy nie znikną z nieba tylko dla­tego, że nie chcesz ich do­strze­gać - oznaj­mia, a jego oczy lśnią. - Ale ro­zu­miem. Ta­jemne na­uki i mi­styczne ry­tu­ały nie są dla cie­bie, tak?

- Zga­dza się.

- Nie wie­rzysz w nie, a mimo to czer­piesz siłę z ta­li­zmanu, który no­sisz na szyi? In­te­re­su­jące.

Ro­de­ric nie za­uwa­żył, że do­tyka na­szyj­nika. Za­my­ślony opiera się na krze­śle. W tle to­czą się roz­mowy.

W gło­sie matki sły­chać znie­cier­pli­wie­nie:

- Od lat nie było god­nego me­dium. Matka tej dziew­czyny nas roz­cza­ro­wała.

- Su­rowe słowa, ba­ro­nesso.

Matka pry­cha.

- Ca­itlín była zbyt słaba. Zo­ba­czymy, czy dziew­czyna jest ule­piona z lep­szej gliny. Marco - matka zwraca ku nim twarz - po­zna­li­ście tę dziew­czynę, prawda? Ja­kie zro­biła na was wra­że­nie?

Marco są­czy wino, za­sta­na­wia­jąc się, co od­po­wie­dzieć.

- Jest wy­jąt­kowa. Nie ma co do tego wąt­pli­wo­ści. Asha uważa, że ma ogromny po­ten­cjał.

Ro­de­ric rzuca ser­we­tkę na stół. Me­dium, na które wszy­scy cze­kali. Córka, w któ­rej ży­łach pły­nie krew daw­nego ludu. Kiedy się po­jawi, zie­mia da hoj­niej­sze plony, cho­rzy zo­staną uzdro­wieni, nie­uro­dzaj zmieni się w do­bro­byt, czy inne tego typu bzdury, w które wie­rzą. Praw­do­po­dob­nie bę­dzie to ja­kaś po­bożna i po­słuszna gą­ska, którą wy­niosą na pie­de­stał i będą ste­ro­wać we­dług wła­snej woli.

Matka szuka wzroku Marca.

- Zna­li­ście jej ojca?

- Claude Du­rand? Tak, spo­tka­li­śmy się przy ja­kiejś oka­zji.

Ro­de­ric po­luje na ka­wa­łek brzo­skwini za­to­piony w so­sie wa­ni­lio­wym. Fran­cu­skie po­cho­dze­nie - to wszystko wy­ja­śnia. Na­bija brzo­skwi­nię na wi­de­lec i wkłada ją do ust. Słodki smak słońca i de­li­kat­nej wa­ni­lii pie­ści pod­nie­bie­nie. Co by nie mó­wić o matce, ma do­sko­nałe wy­czu­cie, je­śli cho­dzi o naj­lep­szych ku­cha­rzy.

- Czym jest to me­dium? - pyta Men­cía. - Czy jest jak we­stalka w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie?

- Masz na my­śli ka­płanki bo­gini We­sty? - od­po­wiada matka. - Dzie­wice, które miały za za­da­nie pil­no­wać świę­tego ognia, pło­ną­cego dniem i nocą w świą­tyni, oraz miały prawo do uła­ska­wia­nia prze­stęp­ców ska­za­nych na śmierć?

Men­cía po­ta­kuje. Matka wy­pija łyk ró­żo­wego wina.

- Ist­nieją pewne po­do­bień­stwa, ale nie, nie są świę­tymi dzie­wi­cami. W star­szych le­gen­dach były pro­ro­ki­niami i świę­tymi ka­płan­kami. Rów­no­wagą, mo­stem po­mię­dzy zie­mią a tam­tym świa­tem. Były czczone, sza­no­wane na­wet bar­dziej niż kró­lo­wie.

Ro­de­ric, który do tej pory głów­nie mil­czał, włą­cza się do roz­mowy.

- A my, zwy­kli śmier­tel­nicy, mu­simy bie­gać za nimi i wy­ko­ny­wać ich roz­kazy. Rzu­cać się na zie­mię, drżeć i skła­dać dło­nie do mo­dli­twy.

- Rów­no­waga mię­dzy świa­tami nie może zo­stać na­ru­szona. - Ton matki jest ostry i nie­przy­jemny. - Wojny, nie­uro­dzaj, zimno, to wy­raźne sy­gnały, że do tego do­szło. Jako że w ży­łach dziew­czyny pły­nie krew daw­nego ludu, jej za­da­niem jest po­świę­cić swoje dzie­wic­two w świę­tym mał­żeń­stwie. Prze­po­wied­nia mówi o jej po­łą­cze­niu z Aaro­nem. De­cy­zja o tym za­pa­dła na długo przed jej na­ro­dzi­nami.

- Zna­li­ście żonę ad­mi­rała? - pyta do­wódca. - Matkę Aarona, gdy jesz­cze żyła?

- Była mi bli­ska jak sio­stra.

Ro­de­ri­cowi chce roz­sa­dzić głowę. Wy­pił wię­cej wina niż zwy­kle, aby ja­koś prze­trwać wie­cze­rzę. Ko­bieta w czer­wo­nej sukni nie od­rywa od niego wzroku, ob­li­zuje usta, nie za­uwa­ża­jąc, że wino ka­pie jej z pod­bródka. Przez cały wie­czór prze­suwa stopą po jego no­dze, aż w końcu Ro­de­ric musi się po­chy­lić i po­pro­sić, żeby prze­stała. Gdy Ja­mes pyta, czy rano chce z nim iść na po­lo­wa­nie, Ro­de­ric uprzej­mie od­ma­wia, in­for­mu­jąc, że pla­nuje wy­je­chać o świ­cie. Że­gna się ze wszyst­kimi, krótko kła­nia­jąc się da­mom przy stole.

Men­cía od­po­wiada mu lek­kim dy­gnię­ciem.

- Do­bra­noc. Na wa­szym miej­scu za­dba­ła­bym o za­mknię­cie drzwi na noc - oznaj­mia, rzu­ca­jąc wy­mowne spoj­rze­nie w stronę ko­biety w czer­wieni. - Ma taką minę, jakby chciała was po­żreć w ca­ło­ści.

Ro­de­ric nie może po­wstrzy­mać śmie­chu.

- Dzię­kuję za ostrze­że­nie.

Idzie po scho­dach do swo­jego po­koju. Może jest do niej uprze­dzony. Ni­gdy nie był za­in­te­re­so­wany Men­cíą. Może pod tą po­bożną, słodką po­wierz­chow­no­ścią kryje się coś wię­cej.

***

Drzwi bal­ko­nowe są sze­roko otwarte, na ze­wnątrz już za­pa­dła noc. Du­chota po upal­nym dniu po­woli się wy­co­fuje. Ro­de­ric ściąga ko­szulę i wie­sza ją na opar­ciu krze­sła. Zmę­cze­nie spływa na niego jak otu­la­jąca ciem­ność. Na dole wciąż sły­chać głosy i wrzawę. Myśl o rzu­ce­niu się na łóżko, prze­spa­niu się i wy­trzeź­wie­niu jest ku­sząca.

Na to­a­letce służba usta­wiła brzy­twę, la­wen­dowe my­dło oraz dzba­nek z wodą i kilka lnia­nych ręcz­ni­ków. Ro­de­ric bie­rze świecę z ko­mody. Po­wi­nien przy­naj­mniej zmyć kurz z twa­rzy i rąk, za­nim się po­łoży. Sta­wia świecę na to­a­letce, sięga po dzba­nek i na­lewa wody do mie­dzia­nej mi­ski znaj­du­ją­cej się obok. Woda wciąż jest cie­pła, gdy za­nu­rza w niej rękę.

Już ma zdjąć amu­let przez głowę i po­ło­żyć go na stole, gdy coś przy­kuwa jego uwagę. Zmy­sły się wy­ostrzają. Woda w mi­sce za­czyna błysz­czeć sre­brzy­stym bla­skiem. Przez krótką chwilę mógłby przy­siąc, że stoi gdzieś pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem, a księ­życ jest tak wielki, że Ro­de­ric dałby radę go do­tknąć, gdyby tylko wy­cią­gnął rękę. Mi­gnię­cie ja­snych wło­sów. Oczy, duże i in­ten­sywne, w trud­nym do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia od­cie­niu zie­leni, wpa­trują się w niego przez po­wierzch­nię wody, lecz gdy mruga, ob­raz znika.

Ailea

PÓŁ­NOCNA AN­GLIA, CZER­WIEC 1655

Noc po­ma­lo­wała niebo na naj­głęb­szy od­cień błę­kitu, ochla­pała je swoim pędz­lem i ob­sy­pała ty­sią­cem gwiazd. Ogromny, lekko zło­ci­sty księ­życ w no­wiu oświe­tla ścieżkę, po któ­rej kro­czą ka­płanki. Ry­tu­ały księ­ży­cowe za­wsze od­by­wają się w świę­tym gaju za świą­ty­nią. Nie­wta­jem­ni­czeni nie mają tam wstępu. Po­chod­nie mi­go­czą, a po­wie­trze jest cięż­kie od za­pa­chu pa­lą­cego się drewna i ziół. Asha zbliża pę­czek szał­wii do ognia, a dym unosi się z sy­kiem.

- Chcę, abyś pa­trzyła i słu­chała uważ­nie, za­pa­mię­tała każdy szcze­gół, każdy krok, który zo­ba­czysz tej nocy. - Asha wkłada tlący się pę­czek ziół do na­czy­nia na ka­mien­nym stole, na któ­rym tło­czą się srebrne świecz­niki i mo­siężne misy. - Każda osoba ma do ode­gra­nia ważną rolę, nie­za­leż­nie od funk­cji, która zo­sta­nie jej po­wie­rzona.

Jed­nym z za­dań Ailei jest na­peł­nie­nie srebr­nej misy świętą wodą, co może się wy­da­wać ła­twe, ale musi być wy­ko­nane we wła­ściwy spo­sób, o kon­kret­nym cza­sie, i wy­maga opa­no­wa­nia.

Asha szuka jej wzroku.

- Prze­rwa­łaś post?

- Nie.

Głód ści­ska jej żo­łą­dek. Przed ry­tu­ałami wolno im jeść tylko owoce, wa­rzywa i odro­binę chleba. Żad­nego mięsa. Żad­nego sera. Ailea bie­rze głę­boki od­dech, wciąga w płuca dym, ciężki i du­szący. Mi­mo­wol­nie kaszle. Czuje na so­bie wzrok sio­stry Ju­deth, która przy­gląda im się przez wą­skie szparki po­wiek. Jej brwi są ścią­gnięte i two­rzą jedną li­nię, jakby tylko cze­kała, aż ktoś po­pełni błąd, a cała ce­re­mo­nia bę­dzie się mu­siała za­cząć od nowa.

Spoj­rze­nie Ailei dry­fuje w kie­runku sio­stry V nio­są­cej czarę wy­ko­naną z brązu. Wszystko w niej jest kan­cia­ste i ko­ści­ste. Od wy­łu­pia­stych czar­nych oczu po ko­ści po­licz­kowe, tak wy­ra­zi­ste, jakby zo­stały wy­rzeź­bione czy­jąś ręką. Sio­stra V zre­zy­gno­wała ze swo­jego imie­nia, a Ailea nie wie, jak się na­zy­wała, za­nim zo­stała ka­płanką świą­tyni. Zło­żyła ślub mil­cze­nia. Bę­dąc w tran­sie, po­trafi wy­sy­łać ob­razy, a na­wet wia­do­mo­ści. Po­do­bno do­bro­wol­nie dała so­bie ob­ciąć ję­zyk, by wy­ostrzyć inne zmy­sły i mieć kla­row­niej­sze wi­zje.

Pod­czas śnia­da­nia Ailea i Liz za­zwy­czaj rzu­cają nie­dy­skretne spoj­rze­nia w kie­runku sio­stry V, za każ­dym ra­zem, gdy ta wkłada do ust łyżkę kle­iku, li­cząc na to, że zo­ba­czą, czy plotki są praw­dziwe. Sio­stra V sta­wia czarę na ka­mien­nym oł­ta­rzu obok mo­sięż­nego dzbana. Jedna po dru­giej, sio­stry wcho­dzą do ka­mien­nego kręgu, by go za­mknąć. Za­wsze jest ich dwa­na­ście. Ni­gdy wię­cej ani mniej. Wszyst­kie ubrane w jed­na­kowe ja­sne, dra­po­wane szaty, z pół­dłu­gimi rę­ka­wami i o tra­dy­cyj­nym kroju.

Sio­stra Anne staje po pra­wej stro­nie Ailei, sio­stra Ro­ese po le­wej. Jej włosy, które za­zwy­czaj płoną jak ogień, te­raz są ma­towe jak mie­dziany ku­bek w zim­nym świe­tle księ­życa. Ailea czuje w pal­cach dziwne mro­wie­nie, gdy dłoń Ro­ese splata się z jej wła­sną dło­nią. Pa­nuje ab­so­lutna ci­sza, gdy Asha zaj­muje miej­sce na oł­ta­rzu.

- Wi­tamy cię, Księ­życu, który da­jesz nam moc. - Asha pod­nosi ręce ku roz­gwież­dżo­nemu niebu, a po­zo­stałe sio­stry ją na­śla­dują. - Wi­tamy cię, zie­mio, z któ­rej wszy­scy się wy­wo­dzimy i do któ­rej pew­nego dnia po­wró­cimy. - Jej dłoń do­tyka ziemi. - I wi­tamy na­sze sio­stry, które były tu przed nami.

Sio­stra Ro­ese in­to­nuje pieśń. Dźwięk jest wyż­szy, bar­dziej wi­bru­jący niż ten, który mo­głaby wy­dać harfa. Po­łowa z nich za­czyna śpie­wać. Śpiew na­ra­sta. De­li­katne bęb­nie­nie, ryt­miczne jak bi­cie serca. Głos Ro­ese wciąż wznosi się po­nad po­zo­stałe głosy. Czy­sty i wy­raźny, pro­wa­dzi je przez pieśń. Księ­ży­cowe cie­nie tań­czą w mil­cze­niu. Śpiew wpro­wa­dza Aileę w trans.

Po­zwala się pie­śni pro­wa­dzić, wy­peł­nia się nią. Tu i te­raz od­dy­cha w tym sa­mym ryt­mie co las, gwiazdy i zie­mia pod jej sto­pami. Ma mroczki przed oczami i wra­że­nie, jakby to już się kie­dyś wy­da­rzyło. W in­nym miej­scu. W in­nym cza­sie. Cho­ciaż wie, że to nie­moż­liwe. Pieśń cich­nie. Po raz pierw­szy od wej­ścia do ka­mien­nego kręgu Asha od­wraca się w jej stronę. Ailea pod­cho­dzi do oł­ta­rza, czu­jąc pul­so­wa­nie mocy, de­li­katne drże­nie ka­mieni pod sto­pami. Pod­nosi dzban i na­peł­nia Czarę Pro­roctw wodą ze Świę­tego Źró­dła. Ma wła­śnie zro­bić krok do tyłu, gdy jej pole wi­dze­nia wy­peł­nia fala czer­wieni. Czara jest pełna krwi.

Dzban wy­śli­zguje jej się z ręki i z brzę­kiem ude­rza o ka­mie­nie.

- W... wo­dzie jest krew.

- Nie, dziecko, woda ma ten sam ko­lor, co zwy­kle.

Ailea za­miera nad czarą, nie­zdolna od­wró­cić od niej wzroku z po­wodu ob­ra­zów, które do niej na­pły­wają. Zie­lone wzgó­rze wzno­szące się nad je­zio­rem. Męż­czyźni i ko­biety z wy­ma­lo­wa­nymi twa­rzami konno zmie­rzają na bi­twę, z po­wie­wa­ją­cymi cho­rą­gwiami i pod­nie­sio­nymi tar­czami. W po­wie­trzu świsz­czą strzały. Zie­mia jest cała we krwi. Niebo pło­nie. Ogień i krew zle­wają się ze sobą. Robi się ja­sno i wszystko roz­pływa się w bia­łym świe­tle.

Słodki, kwia­towy za­pach wy­piera woń spa­le­ni­zny. Ailea stoi w le­sie. Po­dob­nym, a jed­nak in­nym od wszyst­kiego, co wcze­śniej wi­działa. Drzewa i kwiaty nie rzu­cają cieni. Ko­lory są głęb­sze, bar­dziej pło­mienne, ale jed­no­cze­śnie roz­myte, jakby spo­wite po­ranną mgłą. Nie­wy­raźne strzępy wspo­mnień prze­ni­kają do jej świa­do­mość. Są tak od­le­głe, że wy­dają się snem. Czy wła­śnie prze­kro­czyła gra­nicę od­dzie­la­jącą świat lu­dzi od tam­tego świata?

- Ja­sno­widzka.

Cierp­nie jej skóra. Gdyby pół­nocny wiatr miał głos, brzmiałby jak ten. Nie­po­ko­jący, nie­prze­wi­dy­walny i lo­do­waty. A więc to nie był sen.

- Znowu się spo­ty­kamy, pta­szyno.

Ko­bieta-wil­czyca tak jak po­przed­nio ma na so­bie strój z je­le­niej skóry i jest uzbro­jona w miecz oraz włócz­nię. Ale jej ciemne włosy zo­stały zwią­zane dłu­gimi rze­my­kami.

- Co tu ro­bisz?

- A gdzie mia­ła­bym być? - Uśmie­cha się. Trudno nie za­uwa­żyć jej ostrych zę­bów przy­po­mi­na­ją­cych kły dra­pież­nika. - Ten drugi świat wciąż styka się z wa­szym w wielu miej­scach, mimo że jest ich mniej niż kie­dyś. Ka­mienny krąg w tym gaju to jedno z tych miejsc.

Ailea przy­gląda się jej w mil­cze­niu.

- My­śla­łam, że je­steś tylko snem. Czy na­prawdę się spo­tka­ły­śmy?

- Oczy­wi­ście, ja­sno­widzko, ale w świe­cie, do któ­rego zwy­kli śmier­tel­nicy nie mają do­stępu. Dla­tego wy­daje ci się, że to jest sen. - Ko­bieta wy­ko­nuje gest ręką. - Chodźmy.

Nie­które drzewa i krzewy są zna­jome: dęby, lesz­czyna i tar­nina. Ale są też drzewa i ro­śliny, któ­rych Ailea ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa. Drzewa o srebr­nej ko­rze. Ja­rzę­bina z bia­łymi kwia­tami i czer­wo­nymi owo­cami jed­no­cze­śnie, mimo że czas kwit­nie­nia w świe­cie lu­dzi jesz­cze się nie skoń­czył. Przez fa­lu­jącą, po­ły­sku­jącą mgłę, która po­krywa zie­mię, ma­ja­czą setki krwi­sto­czer­wo­nych kwia­tusz­ków. Ailea kuca. Jej nos wy­peł­nia dziwna, słodka woń, przy­po­mi­na­jąca jej za­pach, który roz­no­sił się po kuchni, gdy ro­biły z Magy po­wi­dła z przej­rza­łych śli­wek.

- Te kwiaty to krwawa sieć. - Ko­bieta-wil­czyca kiwa głową w stronę ta­jem­ni­czej ro­śliny. - Za dnia śpią, ale gdy za­pada zmrok, otwie­rają się i wy­dzie­lają wy­jąt­kowy za­pach.

Ailea wkłada rękę w je­dwa­bi­ste li­ście.

- Pięk­nie tu. Tak spo­koj­nie.

Pod­nosi głowę i na­po­tyka oczy o tej sa­mej bar­wie co le­śne je­ziorko bez dna.

- Ten świat nie­stety prze­padł we mgle. Za­częło się to jesz­cze przed eks­pan­sją ko­ścio­łów. Przed przy­by­ciem Rzy­mian.

Ailea wy­ciera ręce w spód­nicę i wstaje.

- Nie ro­zu­miem. Czego ode mnie chcesz?

Usta ko­biety-wil­czycy wy­krzy­wiają się w uśmie­chu dra­pież­nika.

- Znasz mnie od dawna, na­wet je­śli tego nie pa­mię­tasz. Mo­żesz to po­trak­to­wać jako spłatę długu. Przy­sięgę, którą zło­ży­łam ko­muś wiele, wiele lat temu.

Ko­bieta-wil­czyca robi krok do przodu. Staje bli­sko. Zbyt bli­sko. Ailei robi się go­rąco i musi się bar­dzo sta­rać, żeby się nie cof­nąć. Ko­bieta-wil­czyca de­li­kat­nie chwyta ją za włosy i nie­śpiesz­nie prze­cze­suje je pal­cami.

- Mia­łaś tyle wcie­leń, pta­szyno. - W gło­sie ko­biety jest ja­kaś in­tym­ność, która Aileę prze­raża. - Nie pa­mię­tasz? Nie je­steś tu­taj obca.

Ailea prze­łyka ślinę, chce spy­tać ko­bietę, jak jej na imię, lecz słowa wię­zną jej w gar­dle.

- Oni będą cię ści­gać.

- Kto taki?

- Uwa­żaj, komu ufasz. - Ko­bieta-wil­czyca się od­wraca. - Córko ziemi, mu­sisz wra­cać, nie wolno ci tu zbyt długo prze­by­wać, to nie­bez­piecz­nie.

- Po­cze­kaj! - Ailea chwyta ko­bietę za ra­mię. - Nie mo­żesz tak po pro­stu odejść!

- Po­wie­dzia­łam już wię­cej, niż po­win­nam. Mimo to prze­każę ci jesz­cze jedną ważną in­for­ma­cję. Po­mogę ci so­bie przy­po­mnieć. Wy­sła­łam do cie­bie sta­rego przy­ja­ciela.

- Przy­ja­ciela?

- Po­wiedzmy, że bar­dzo chciał cię po­now­nie zo­ba­czyć. Ale te­raz mu­sisz już wra­cać.

- Za­cze­kaj, ja ...

Za­nim Ailea zdą­żyła do­koń­czyć zda­nie, ko­bieta-wil­czyca do­tyka pal­cem punktu mię­dzy brwiami, który może wzmac­niać zdol­ność ja­sno­wi­dze­nia.

- Obudź się, sio­stro.

***

- Je­stem tu­taj, moje dziecko. Od­dy­chaj.

Do Ailei po­woli do­ciera, że ktoś do niej mówi. Wszystko jest roz­myte, nie­ostre, jakby pa­trzyła na świat przez dno bu­telki. Otwiera usta i pró­buje coś po­wie­dzieć, lecz dźwięk wy­do­by­wa­jący się z jej gar­dła jest tylko stłu­mio­nym chark­nię­ciem. Ktoś przy­kłada dzba­nek do jej ust. Dziew­czyna bie­rze na­czy­nie i pije, a jej twarz wy­krzy­wia się w gry­ma­sie, gdy gorzki na­pój prze­cho­dzi przez gar­dło. Nie­przy­jemny po­smak siana wy­peł­nia jej usta i pali całą drogę w dół. Ailea stara się za­pa­no­wać nad od­ru­chem wy­miot­nym. Świat po­woli od­zy­skuje ostrość. Dziew­czyna musi kilka razy za­mru­gać, za­nim wresz­cie udaje jej się sku­pić wzrok i przy­po­mnieć so­bie, gdzie się znaj­duje.

Asha stoi nad nią po­chy­lona, z za­ci­śnię­tymi ustami. Jej mil­cze­nie prze­raża. Księ­życ nad ich gło­wami prze­kro­czył śro­dek nieba. Ailea wi­dzi, że do niej mó­wią. Czuje pracę mię­śni, gdy jej usta for­mują słowa w od­po­wie­dzi, ale je­dyne, co sły­szy, to głu­che bi­cie wła­snego serca. Sio­stry się uwi­jają. Któ­raś pod­nosi srebrną czarę i wy­lewa wodę na ka­mie­nie. Ry­tuał mu­siał się za­koń­czyć. Jedna po dru­giej za­czy­nają wra­cać, aż w końcu Ailea i Asha zo­stają same. Przez jej ciało prze­pływa fala mdło­ści.

- Aileo. Pora wra­cać. - Głos Ashy prze­bija się przez ciem­ność, spra­wia, że ła­pie kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. - Ja­kaś część cie­bie wciąż ucieka. Co się stało? Ktoś cię na­wie­dził?

- Nie po­wie­działa, jak jej na imię. - Ailea waży słowa, nie­pewna, ile chce ujaw­nić. - Ale my­ślę, że na­leży do daw­nego ludu.

- Dawny lud nie może już swo­bod­nie wę­dro­wać wśród lu­dzi, więc nie przy­szłaby bez po­wodu.

Ręce jej drżą. Pot spływa po czole.

- Nie czuję się naj­le­piej, czy mogę po­być przez chwilę sama? - Ailea boi się, że nogi od­mó­wią po­słu­szeń­stwa.

- Idź do Źró­dła. Póź­niej do cie­bie zaj­rzę.

Dziew­czyna od­cho­dzi. Nad jej głową świeci księ­życ, okrą­gły i ogromny. Z wi­zji po­zo­stają tylko frag­menty i ci­che szepty. Okru­chy. Są jak wę­go­rze wy­śli­zgu­jące się z rąk.

Bosa Ailea siada na tra­wie wil­got­nej od rosy tuż przy brzegu. Kiedy wieje, źdźbła trawy miękko mu­skają jej twarz. Pa­trząc w wodę, nie po­znaje sie­bie. Ma złote szyję i czoło, a złote węże opla­tają jej ra­miona. Z tyłu do­strzega świą­ty­nię w ciem­nym za­gaj­niku.

Wiatr marsz­czy po­wierzch­nię wody. Po­ja­wia się ob­raz mło­dego męż­czy­zny o na­gim tor­sie. Na stole pali się świeca, rzu­ca­jąc na po­kój cie­płe świa­tło. Spodnie wi­szą mu ni­sko na bio­drach. Ciemne wło­ski po­ra­stają klatkę pier­siową i two­rzą wą­ską li­nię na brzu­chu. Przez ciało Ailei prze­biega silny dreszcz po­żą­da­nia. Mimo że twarz męż­czy­zny jest spo­wita mro­kiem, ma w so­bie coś zna­jo­mego. Już wi­działa tę bli­znę nad brwią. Męż­czy­zna do­tyka amu­letu, za­mie­rza zdjąć go przez głowę, ale na­gle za­miera. Spo­gląda jej pro­sto w oczy. Ailea się wzdryga, a kon­takt zo­staje ze­rwany.

Ro­de­ric

RZYM, CZER­WIEC 1655

Świa­tło po­ranka wpa­da­jące przez okna warsz­tatu za­bar­wia pod­łogę i belki stro­powe na bursz­ty­nowy ko­lor. Ro­de­ric chowa nóż do po­chwy i od­kłada go z po­wro­tem na półkę. Na ścia­nach z ciem­nego drewna wi­szą koł­czany na strzały, a obok nich skóry zwie­rzęce oraz skó­rzane pasy. Znaj­dują się tam po­chwy na noże, nie­które pro­ste, z uchwy­tami na krze­siwo, inne bar­dziej ozdobne, wy­rzeź­bione w ko­ści. Po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia roz­ciąga się długi, ni­ski stół warsz­ta­towy, za­gra­cony na­rzę­dziami, drew­nia­nymi szka­tuł­kami i nie­do­je­dzo­nym obia­dem zło­żo­nym z chleba i so­lo­nego mięsa.

Ry­marz, naj­niż­szy czło­wiek, ja­kiego Ro­de­ric kie­dy­kol­wiek wi­dział, od­suwa ko­tarę do od­dzie­lo­nego po­miesz­cze­nia.

- To było nie lada wy­zwa­nie, młody czło­wieku.

Krę­cone wło­ski prze­zie­rają przez sznu­ro­wa­nie na po­pla­mio­nej czar­nej ko­szuli opi­na­ją­cej jego brzuch. Po­tężna po­stura świad­czy o tym, że jest to czło­wiek do­brze za­ra­bia­jący na swoim rze­mio­śle. Z ra­czej prze­cięt­nym wy­glą­dem męż­czy­zny kon­tra­stują rzadko spo­ty­kane, białe zęby oraz błę­kitne oczy wy­róż­nia­jące się nie­sa­mo­witą ja­sno­ścią.

Chło­pi­sko mocno dra­pie się po gło­wie, na któ­rej krót­kie włosy już zdą­żyły się prze­rze­dzić.

- Ale to jest dzieło godne króla, nie­skrom­nie mó­wiąc.

Ostroż­nie, jakby trzy­mał nowo na­ro­dzo­nego syna, ry­marz kła­dzie na stole ka­bury. Skóra lśni jak świeżo wy­po­le­ro­wany ma­hoń. Duma męż­czy­zny jest w pełni uza­sad­niona. Wziął pro­sty szkic Ro­de­rica i za­mie­nił go w ar­cy­dzieło.

Ry­marz prze­ciera szmatką czoło.

- Za­równo po­chwa na szty­let, jak i na miecz mają drew­niany rdzeń, wzmoc­niony war­stwą lnu, a po­tem skóry. Szwy są wy­ko­nane wo­sko­waną lnianą ni­cią, naj­lep­szą, jaką można do­stać. Gło­wicę i czu­bek po­zwo­li­łem so­bie ozdo­bić pa­su­ją­cymi brą­zo­wymi oku­ciami.

- Pulchne palce do­ty­kają przed­miotu. - Te de­tale zo­stały ufar­bo­wane spe­cjalną farbą. To naj­lep­sza skóra w mie­ście, rę­czę za nią.

Ro­de­ric wie, że gar­bo­wa­nie skór to brudna i cza­so­chłonna ro­bota. Naj­pierw trzeba je oczy­ścić i na­mo­czyć. Ze­skrobki oczy­wi­ście śmier­dzą, ale nie bar­dziej niż ka­dzie z cuch­ną­cymi garb­ni­kami, w któ­rych są mo­czone, by skóra nie gniła i była mniej po­datna na dzia­ła­nie wody.

Ro­de­ric bie­rze po­chwę ze stołu.

- Jest na­prawdę piękna.

Męż­czy­zna splata dło­nie na okrą­głym brzu­chu i się śmieje. - Mu­szę przy­znać, że kiedy pierw­szy raz przy­szli­ście do mnie z tym po­my­słem, wy­dał mi się kom­plet­nie sza­lony. Ale te­raz ro­zu­miem, co chcie­li­ście osią­gnąć. Ta forma da wam więk­szą swo­bodę ru­chów, zwłasz­cza pod­czas jazdy kon­nej. Z no­żem nie było pro­blemu, ale miecz spra­wił mi tro­chę trud­no­ści, jak umie­ścić go tak, by znaj­do­wał się bez­piecz­nie na ple­cach, a jed­no­cze­śnie można go było do­być jed­nym ru­chem. No, dość ga­da­nia... - Głos mu drży z tłu­mio­nego pod­eks­cy­to­wa­nia. - Za­łóżmy ją i zo­baczmy, czy pa­suje.

Ro­de­ric za­kłada ka­burę. Męż­czy­zna po­maga mu wy­re­gu­lo­wać pa­ski na piersi.

- Ta na miecz ma dłuż­szy otwór niż nor­mal­nie. Rę­ko­jeść ma być zwró­cona w lewą stronę, co uła­twi do­by­cie mie­cza, jed­no­cze­śnie po­zo­sta­wia­jąc go bez­piecz­nie na ple­cach. Mogę? - Męż­czy­zna wska­zuje na miecz Ro­de­rica. Chło­pak kiwa głową, a ry­marz wkłada miecz i nóż do pochw na ple­cach.

- Skóra na ra­mio­nach chroni was przed ostrzem - do­daje męż­czy­zna. - Pa­mię­taj­cie, by lekko ob­ró­cić ostrze, gdy do­by­wa­cie mie­cza, nie chcemy, że­by­ście roz­cięli so­bie to przy­stojne ob­li­cze.

Ry­marz robi krok do tyłu i przy­gląda się swo­jemu dziełu sze­roko otwar­tymi oczami, wy­cie­ra­jąc pot z gór­nej wargi.

Ro­de­ric ma nie­przy­jemne wra­że­nie, że wła­śnie zo­ba­czył, jak ten czło­wiek wy­gląda w chwi­lach mi­ło­snych unie­sień. Na Boga, bę­dzie mu­siał umyć oczy łu­giem, by wy­pa­lić ten ob­raz. Chwyta rę­ko­jeść mie­cza i do­bywa go jed­nym ru­chem.

- Może bę­dzie trzeba wy­re­gu­lo­wać te pa­ski. Tu­taj są klamry, które po­zwolą wam od­piąć każdą z nich i przy­mo­co­wać do pasa bio­dro­wego, gdy zaj­dzie taka po­trzeba.

- To na­prawdę ar­cy­dzieło - mówi Ro­de­ric szcze­rze, pró­bu­jąc wsu­nąć miecz z po­wro­tem do ka­bury na ple­cach, ale nie tra­fia.

Męż­czy­zna się uśmie­cha.

- Mu­si­cie to po­ćwi­czyć, ale po­tem bę­dzie­cie to ro­bić z za­mknię­tymi oczami.

Zwy­kle wsu­nię­cie mie­cza do po­chwy przy pa­sie wy­maga dwóch rąk: jed­nej do trzy­ma­nia rę­ko­je­ści i jed­nej do usta­bi­li­zo­wa­nia po­chwy. Dzięki ka­bu­rze bę­dzie mógł to ro­bić jedną ręką. Ro­de­ric przy­kuca i wy­ko­nuje kilka ru­chów, miecz i nóż trzy­mają się pew­nie.

Kilka mi­nut póź­niej opusz­cza warsz­tat lżej­szy o trzy­mie­sięczny żołd. Mauro i Ir­land­czycy stoją na ze­wnątrz, oparci ple­cami o ścianę warsz­tatu. Słońce spra­wia, że włosy i broda Ró­nána lśnią jak rdzawy bluszcz je­sie­nią.

- Dziew­częta będą mdleć na twój wi­dok - stwier­dza Mauro, któ­rego czarne włosy są zwią­zane na karku za po­mocą wstążki.

Bran, sto­jący ze skrzy­żo­wa­nymi rę­kami, kiwa głową. Mauro uśmie­cha się sze­roko, ale trudno mu sku­pić wzrok w jed­nym miej­scu, po­nie­waż prawe oko mu spu­chło.

- Co ci się stało? - pyta Ro­de­ric.

- Małe nie­po­ro­zu­mie­nie. Nie ma o czym ga­dać.

Ró­nán kła­dzie swoją dużą dłoń na ra­mie­niu Maura.

- Nasz przy­ja­ciel po pro­stu przy­pad­kiem wspiął się na mur ap­te­ka­rza Fur­lana i wpadł przez okno na dru­gim pię­trze, wprost do łóżka jego córki.

Mauro ciężko wzdy­cha.

- Ach, te za­ry­glo­wane drzwi i na­do­pie­kuń­czy oj­co­wie.

Cza­sami Ro­de­ric się za­sta­na­wia, czy Mauro przy­pad­kiem nie żyje dla sa­mej przy­gody. Roz­gląda się.

- Gdzie reszta?

- Ka­pi­tan u Eleny - od­po­wiada Mauro. - Za chwilę spo­tkamy się w karcz­mie ze Ste­fa­nem i moim bra­tem.

Ro­de­ric za­po­mniał, że Mauro i An­drés są braćmi.

- Spa­ko­wa­łeś się? - pyta go Ró­nán.

- Spa­ko­wa­łem?

- Muc­cio ci nie po­wie­dział? - Na twa­rzy Maura po­ja­wia się sze­roki uśmiech. - Ju­tro wy­ru­szamy na gra­nicę, by wer­bo­wać no­wych żoł­nie­rzy.

Ailea

PÓŁ­NOCNA AN­GLIA, CZER­WIEC 1655

Wzgó­rze to­nie w bia­łym czosnku niedź­wie­dzim i nie­bie­skich przy­laszcz­kach. Sły­chać bzy­cze­nie psz­czół oraz much. Ailea i Liz sie­dzą, każda z wian­kiem z kwia­tów na ko­la­nach, pod jed­nym z du­żych kasz­ta­now­ców da­ją­cych cień, który chroni przed pa­lą­cym po­po­łu­dnio­wym słoń­cem, po­woli ob­ni­ża­ją­cym się nad po­laną.

Ailea za­sła­nia oczy ręką i spo­gląda w dół, na dzie­dzi­niec. Z da­leka wy­gląda to tak, jakby ktoś wsa­dził kij w mro­wi­sko. Wszę­dzie bie­gają lu­dzie, za­jęci róż­nymi pra­cami. Ku­charki mie­szają w du­żych ko­tłach. Dziew­częta w po­pla­mio­nych far­tu­chach obie­rają wa­rzywa i przy­no­szą ko­sze z wa­rzy­wami. Nie­które dźwi­gają wodę w wia­drach, inne wy­rzu­cają od­padki na gno­jo­wi­sko przy sto­dole.

Przy­go­to­wa­nia do świą­tecz­nych uro­czy­sto­ści wy­ma­gają za­an­ga­żo­wa­nia wielu osób i nie­mal woj­sko­wej pre­cy­zji. Każdy musi się włą­czyć do po­mocy. Ty­dzień wcze­śniej na­leży się za­opa­trzyć w żyw­ność, umyć i wy­po­le­ro­wać za­stawę sto­łową oraz wy­na­jąć do­dat­kowy per­so­nel. Po­trawy mu­szą zo­stać prze­te­sto­wane, wino i piwo skosz­to­wane.

Samo upie­cze­nie wołu wy­maga kilku dni pracy. Ktoś musi cały czas stać przy ogniu i ob­ra­cać ro­żen, aby tłuszcz ska­py­wał do ry­nienki, w prze­ciw­nym ra­zie mięso się przy­pali. La­tem to nie­wdzięczne za­da­nie.

Ailea ściąga buty i za­głę­bia stopy w chłod­nej tra­wie. Ostat­nie ty­go­dnie były cu­do­wne, a po­goda dy­na­miczna. W jed­nej chwili wy­sta­wiała twarz do słońca, a już w na­stęp­nej mu­siała ucie­kać przed let­nią bu­rzą, od któ­rej dud­nił las. Te­raz za­myka oczy i roz­ko­szuje się ci­szą.

- Nie, głu­pia dziew­czyno! Prze­cież mó­wi­łam, zgod­nie z ru­chem słońca! - Głos sio­stry Ju­deth nie­przy­jem­nie świ­druje jej w uszach. - Ile razy mam ci to po­ka­zy­wać?! I Emmo, wy­pro­stuj się, moje dziecko! Na nie­biosa, wy­glą­dasz, jak­byś dźwi­gała na swo­ich bar­kach cały świat!

Słowa sio­stry Ju­deth spra­wiają tylko, że Emma garbi się jesz­cze bar­dziej. Liz wplata w wia­nek cha­bry i ru­mia­nek.

- Z roku na rok z sio­strą Ju­deth jest co­raz go­rzej - stwier­dza. - Słuch też jej się po­gor­szył. Dziś rano ude­rzyła jedną z młod­szych słu­żek w rękę, bo wy­da­wało jej się, że ta mam­ro­cze.

Sio­stra Ju­deth zro­biła się bar­dziej zrzę­dliwa i chwi­lami za­cho­wuje się jak pies strze­gący swo­jej ko­ści. Każdy wie­niec, który ma zo­stać za­wie­szony na słu­pach ude­ko­ro­wa­nych li­śćmi, musi naj­pierw przejść jej kry­tyczną ocenę. Te, które nie mają od­po­wied­niego kształtu lub roz­miaru, są od­rzu­cane i trzeba je pleść od nowa.

Liz za­czyna opo­wia­dać okropną hi­sto­rię o zda­rze­niu, do któ­rego do­szło tego roku, gdy roz­po­częła na­ukę w szkole. Ja­kaś no­wi­cjuszka wła­mała się wtedy do ma­ga­zynu le­ków, aby ukraść skład­niki po­trzebne do zro­bie­nia elik­siru mi­ło­snego. Była za­ko­chana w chłopcu, który miał przyjść na święto prze­si­le­nia let­niego, ale on nie zwra­cał na nią uwagi. Re­cep­turę do­stała od ja­kiejś mą­drej ko­biety ze wsi. Od­po­wied­nio przy­go­to­wany na­pój, w cza­sie, gdy przy­bywa księ­życa, miał spra­wić, że męż­czy­zna osza­leje z mi­ło­ści i po­żą­da­nia do osoby, z którą go wy­pije. Jed­nym ze skład­ni­ków był mor­dow­nik. Kilka gra­mów jego ko­rze­nia wy­gląda nie­win­nie, lecz wy­star­czy, by wy­wo­łać straszne ob­jawy, które po kilku go­dzi­nach pro­wa­dzą do śmierci w mę­czar­niach.

Liz robi prze­rwę i kła­dzie kępę czer­wo­nej ko­ni­czyny obok ru­mianku.

- Dziew­czynę zna­le­ziono mar­twą - cią­gnie - w wy­mio­ci­nach i sku­loną mię­dzy dwoma omsza­łymi świer­kami, z siną twa­rzą i spuch­nię­tym ję­zy­kiem. Pa­znok­cie miała po­ła­mane od dra­pa­nia kory drzew. Obok niej le­żała bu­telka z reszt­kami elik­siru, który miała po­dać chło­pa­kowi. - Wpraw­nymi ru­chami Liz wplata w wie­niec czer­woną ko­ni­czynę.

Ailei prze­cho­dzą dresz­cze po ple­cach. - Czyli ju­tro mo­żemy się spo­dzie­wać wszyst­kiego?

- Spodoba ci się. - Liz pod­nosi wzrok. - Świę­to­wa­nie trwa kilka dni. Są śpiewy, tańce, a męż­czyźni biorą udział w róż­nych za­wo­dach. No i można jeść do woli. Za­bój­cze elik­siry mi­ło­sne to ra­czej rzad­kość, ale w ze­szłym roku sio­stry czę­sto­wały moc­nym cy­drem. Pije się go tylko kilka razy w roku, w święta i pod­czas ry­tu­ałów. - Liz na­chyla się nad Aileą i do­daje szep­tem: - Po­do­bno sio­stra Ju­deth była tak pi­jana, że za­snęła w trak­cie po­siłku, chra­piąc jak świ­niak.

Ailea się śmieje.

- Chcia­ła­bym to zo­ba­czyć.

Liz od­ga­nia psz­czołę krą­żącą wo­kół wieńca.

- A jak świę­to­wa­li­ście w Ir­lan­dii?

Ailea spo­gląda na swoje dło­nie. To pro­ste py­ta­nie przy­wo­łuje za­cie­ra­jące się wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa.

- Ja i matka mia­ły­śmy wła­sną tra­dy­cję - od­po­wiada. - Wcze­śnie, o świ­cie, kiedy mgły wciąż snuły się nad zie­mią, matka za­bie­rała mnie do lasu, gdzie skła­da­ły­śmy ofiarę, by udo­bru­chać miesz­ka­jące tam istoty. Kleik, na­pój, cza­sem kwiaty lub piękne muszle, które wcze­śniej zbie­ra­ły­śmy. Matka za­wsze mi po­wta­rzała, że trzeba żyć w zgo­dzie z le­śnymi isto­tami, bo mogą nas ob­da­rzyć mą­dro­ścią i ra­do­ścią.

- Pięk­nie po­wie­dziane.

Ailea od­kłada wie­niec i przy­ciąga ko­lana do brody.

- Kie­dyś, my­ślę, że mia­łam wtedy ja­kieś sześć albo sie­dem lat, matka po­ka­zała mi, jak zro­bić amu­let chro­niący przed dia­błem i złymi mo­cami. Po­wta­rzała, że na­leży się strzec zwłasz­cza w cza­sie prze­si­le­nia, gdy za­słona mię­dzy świa­tami jest cień­sza.

Liz pro­stuje nogi.

- Jaka była twoja matka?

Wspo­mnie­nia są jak miecz obo­sieczny. Prawda jest taka, że twarz matki za­czyna jej się za­cie­rać. Czas za­biera ją Ailei ka­wa­łek po ka­wałku. Każdy ty­dzień, dzień, mi­nuta spra­wiają, że rysy, które pró­bo­wała so­bie utrwa­lić, stają się co­raz bar­dziej nie­wy­raźne. Czy pew­nego dnia twarz matki zu­peł­nie znik­nie?

- Matka była cho­dzącą do­bro­cią - od­po­wiada Ailea krótko. - My­ślę, że ni­gdy nie miała złych za­mia­rów.

- Je­steś do niej po­do­bna?

- Ra­czej nie. Twier­dziła, że nie­cier­pli­wo­ścią i upo­rem bar­dziej przy­po­mi­nam ojca. - Wy­mie­niają uśmie­chy i Ailea na chwilę milk­nie. - Matka za­wsze coś so­bie śpie­wała i nu­ciła, czy to wie­sza­jąc pra­nie, go­tu­jąc, czy ro­biąc za­kupy na targu. Lu­dzie za­trzy­my­wali się, kiedy ją sły­szeli. - Uśmie­cha się. - Jak już pew­nie wiesz, nie odzie­dzi­czy­łam po niej głosu. W po­rów­na­niu z nią skrze­czę jak żaba, a nie śpie­wam.

Śmiech Liz jest cie­pły i za­raź­liwy.

- Cho­ciaż matka nie miała ta­kiego szko­lo­nego głosu jak sio­stra Ro­ese. - Ailea marsz­czy brwi. - Jej głos był... sama nie wiem. Brzmiał wy­jąt­kowo. Fa­lo­wał jak mo­rze, za­wsze spra­wiał, że czu­łam się bez­piecz­nie i jak w domu, nie­za­leż­nie od tego, gdzie się znaj­do­wa­li­śmy.

Mimo że przy­po­mi­na­nie so­bie tego wszyst­kiego spra­wia jej ból, czuje też ulgę, mo­gąc o tym opo­wie­dzieć i oca­lić to od za­po­mnie­nia.

Sie­dzą w mil­cze­niu. My­śli Ailei błą­dzą wo­kół ju­trzej­szego dnia. Let­nie prze­si­le­nie to święto mi­ło­ści. Ju­tro młode ko­biety na różne spo­soby będą pró­bo­wały so­bie wy­wró­żyć mi­łość i przy­szłego męża. Nie­które zbiorą dzie­więć ro­dza­jów kwia­tów i po­łożą je pod po­duszką, aby po­tem ma­rzyć o uko­cha­nym. Inne zje­dzą senne ja­gły przy­go­to­wane na mące, wo­dzie i z bar­dzo dużą ilo­ścią soli, by we śnie zo­ba­czyć swo­jego przy­szłego wy­branka. Ailea drży z eks­cy­ta­cji. Chcia­łaby za­py­tać Liz, kto ju­tro przyj­dzie, lecz za­miast tego mówi:

- Czy kie­dy­kol­wiek ko­goś po­ca­ło­wa­łaś?

- Mo­jego ku­zyna, kiedy by­łam w domu na święta kilka lat temu. Jest znacz­nie star­szy i bar­dziej do­świad­czony. - Liz wy­bu­cha śmie­chem, wi­dząc minę Ailei. - Mo­głam tra­fić na gor­szego na­uczy­ciela - mówi, prze­krzy­wia­jąc głowę. Jej oczy błysz­czą. - Wiesz, że bę­dzie Aaron, prawda?

Ailea się czer­wieni. Aaron. My­śli wę­drują ku ich pierw­szemu spo­tka­niu na statku pły­ną­cym do Włoch. Cie­pło jego od­de­chu, woń potu i ja­kiś ko­rzenny za­pach per­fum, gdy po­chy­lił się ku niej i prze­cią­gnął kciu­kiem po jej ustach. Na samo wspo­mnie­nie o tym jej po­liczki płoną i spusz­cza wzrok. Wła­śnie ma za­miar spy­tać Liz, jak sma­ko­wał ten po­ca­łu­nek, gdy po­ja­wia się kilka dziew­cząt krzy­czą­cych z ra­do­ści.

- Dziew­częta, uspo­kój­cie się! Sia­daj­cie! Bo wy­ślę was wszyst­kie do chaty przy Bia­łym Sta­wie na me­dy­ta­cję w od­osob­nie­niu!

Na­wet na­po­mnie­nia sio­stry Ju­deth nie dzia­łają. Prze­jęte dziew­częta szep­czą i chi­cho­czą. Ich ręce wy­gła­dzają po­gnie­cione spód­nice, palce roz­plą­tują koł­tuny we wło­sach, a zęby przy­gry­zają wargi, by wy­glą­dały na bar­dziej czer­wone. Dla­czego są ta­kie pod­eks­cy­to­wane? Ailea otrze­puje spód­nicę z li­ści i wstaje. Osła­nia oczy przed słoń­cem i po­dąża za wzro­kiem dziew­cząt. Krew za­czyna szyb­ciej krą­żyć w jej ży­łach. Dzie­dziń­cem idzie Aaron ze swoją świtą.

Ro­de­ric

WŁO­CHY, CZER­WIEC 1655

Je­dyna karczma w wio­sce nie ma okien. Świa­tła jest tak mało, że pa­nuje tu wra­że­nie wie­czoru, mimo że na ze­wnątrz świeci słońce. Karcz­marz, pięć­dzie­się­cio­letni męż­czy­zna z rzadką brodą i za­cze­ską, stoi za drew­nianą ladą i wy­ciera kubki szmatą, któ­rej da­leko do czy­sto­ści. Choć nie jest nie­uprzejmy, na py­ta­nia od­po­wiada krótko i zwięźle. Spięty, wo­dzi czuj­nym wzro­kiem po­mię­dzy Ro­de­ri­kiem, jego ludźmi a wie­śnia­kami sie­dzą­cymi przy stole na­prze­ciwko.

Je­den z nich, czło­wiek przy­po­mi­na­jący ła­sicę, z prze­tłusz­czo­nymi wło­sami się­ga­ją­cymi do ra­mion i brud­nym sza­li­kiem wo­kół szyi, nie po­trafi ukryć swo­jej po­gardy. Usta ma za­ci­śnięte, a czarne oczka, ma­towe i prze­krwione, pa­trzą na nich gniew­nie.

Po­wo­ła­nie do woj­ska jest rów­nie pewne jak to, że słońce wscho­dzi każ­dego dnia. Ro­de­ric wie­lo­krot­nie był świad­kiem bru­tal­nego oporu chło­pów. Bio­rąc pod uwagę dzia­ła­nia ar­mii, nie dziwi go, że rol­nicy i miesz­kańcy wsi po­strze­gają ta­kich żoł­nie­rzy jak on jako naj­gor­szych wro­gów, nie­za­leż­nie od tego, po któ­rej stro­nie wal­czą.

Wojna musi się sama wy­ży­wić. Od żoł­nie­rzy ocze­kuje się, że wy­żyją z tego, co znajdą na te­re­nach, przez które prze­cho­dzą. Mimo że nie­kon­tro­lo­wane gra­bieże oraz prze­moc wo­bec dzieci, ko­biet i księży są za­bro­nione, różni do­wódcy róż­nie do tego pod­cho­dzą.

Muc­cio ostrzegł ich, ka­zał im się ostroż­nie ob­cho­dzić z miej­scową lud­no­ścią i pła­cić za wszyst­kie za­pasy.

Piją w mil­cze­niu. Mauro i Ir­land­czycy wy­dają się być rów­nie za­nie­po­ko­jeni, co on sam. Tylko An­drés sie­dzi nie­wzru­szony, jak zwy­kle obo­jętny. Męż­czyźni rzu­cają w ich stronę wy­mowne spoj­rze­nia. Roz­ma­wiają szep­tem, ale nie ma wąt­pli­wo­ści, że to o nich mó­wią.

Ła­sica z hu­kiem od­sta­wia ku­fel i wstaje. Żyły na jego czole i szyi puchną.

- Bado, nie te­raz! - Star­szy, łysy męż­czy­zna obok kła­dzie ręce na ra­mio­nach to­wa­rzy­sza i ce­dzi przez zęby: - Na­pij się, je­steś za młody, by umie­rać.

- Na­zy­wasz mnie tchó­rzem? - Ła­sica od­suwa rękę kom­pana i ru­sza w kie­runku Ro­de­rica oraz jego lu­dzi, jakby był wła­ści­cie­lem tej prze­klę­tej spe­luny. Za­wsze znaj­dzie się ja­kiś pie­niacz, ktoś, kto chce spró­bo­wać szczę­ścia, spraw­dzić, czy Ro­de­ric rze­czy­wi­ście jest go­dzien swego imie­nia. To już go za­czyna mę­czyć.

- Wiemy, dla­czego tu je­ste­ście. - Ła­sica po­chyla się nad sto­łem. Cuch­nie, jakby gnił od środka.

Ro­de­ric wy­pija łyk piwa.

- Czyżby?

- Przy­szli­ście po na­szych braci i sy­nów, żeby ich wy­koń­czyć na tej wa­szej prze­klę­tej woj­nie. Idzie­cie jak sza­rań­cza i nisz­czy­cie wszystko na swo­jej dro­dze!

Kiedy mówi, ślina pry­ska wo­kół niego, jakby był psem cho­ru­ją­cym na wście­kli­znę. Ro­de­ric wy­ciera oko i zerka na karcz­ma­rza, by spraw­dzić, czy ten za­mie­rza in­ter­we­nio­wać, lecz męż­czy­zna tylko od­wza­jem­nia spoj­rze­nie, z od­chy­loną głową i ra­mio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi, nie­chętny do dzia­ła­nia.

Ła­sica pod­cho­dzi jesz­cze bli­żej, wy­po­wia­da­jąc na głos to, co wi­dać w oczach jego to­wa­rzy­szy.

- Je­ste­ście mor­der­cami! Pa­so­ży­tami!

Star­szy męż­czy­zna wstaje, pod­cho­dzi do Ła­sicy chwiej­nym kro­kiem i kła­dzie rękę na jego ra­mie­niu. - Wy­star­czy, Bado. Prze­pra­szamy.

- Nie prze­pra­szaj za mnie, do dia­bła!

- Za­wrzyj ryj, za­nim so­bie za­szko­dzisz. - Star­szy męż­czy­zna rzuca prze­lotne spoj­rze­nie Ro­de­ri­cowi. - Nie wiesz, kim on jest?

- Nie ob­cho­dzi mnie to! Może być sa­mym dia­błem! Na­wet po­łowa tych hi­sto­rii nie może być praw­dziwa. - Ła­sica tak mocno za­ci­ska pię­ści, że aż bie­leją mu knyk­cie na opa­lo­nej skó­rze. - Moja sio­stra i jej dzieci gło­dują przez was i wam po­dob­nych.

- Wy­bacz­cie mu, pa­nie - prosi sta­rzec, zwra­ca­jąc się do Ro­de­rica. - Nie­dawno stra­cił szwa­gra.

- Stra­cił? - Ła­sica pry­cha. - Żoł­nie­rze splą­dro­wali ich spi­żar­nię! Za­brali całą żyw­ność i siano, a gdy szwa­gier za­pro­te­sto­wał, za­bili go. Za­rżnęli go jak zwie­rzę! Czy to jest spra­wie­dliwe? - Jego oczy płoną, ale za gnie­wem kryje się dzika roz­pacz.

- Moje kon­do­len­cje. - Ro­de­ric od­sta­wia ku­fel. - Ale ma­cie moje słowo, że to nie byli ci lu­dzie, któ­rzy tu dziś sie­dzą.

- Mam gdzieś wa­sze prze­klęte słowo! Słu­ży­cie w tej sa­mej ar­mii! A te­raz chce­cie za­brać na­szych ostat­nich sy­nów, po co? Żeby ich za­rżnięto jak by­dło? - Ła­sica wpa­truje się w Ir­land­czy­ków. - Żeby zgi­nęli obok ja­kichś plu­ga­wych nie­chrze­ści­jań­skich psów...

Ręka Ro­de­rica kie­ruje się w stronę rę­ko­je­ści mie­cza, ale An­drés jest szyb­szy. W jed­nej chwili wbija sza­lik Ła­sicy no­żem w stół.

- Po­słu­chaj mnie, świ­nio! - An­drés na­chyla się w stronę męż­czy­zny. - Po­winno się cię wy­chło­stać i po­wie­sić za bez­czel­ność. Mo­gli­by­śmy za­brać wam wszystko, spa­lić wa­sze domy, sto­doły, za­bić by­dło. Nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło. Roz­waż to. Masz szczę­ście, że nasz ka­pi­tan ka­zał nam się ostroż­nie ob­cho­dzić z wami, chło­pami. Sam chęt­nie wy­dłu­bał­bym ci oczy i po­wie­sił cię na drze­wie, żeby kruki mo­gły po­ży­wić się twoim gni­ją­cym cia­łem. Tak dla przy­kładu, by ga­wiedź wie­działa, co czeka tych, któ­rzy sprze­ci­wiają się lu­dziom króla.

Ła­sica szar­pie się gwał­tow­nie, pró­bu­jąc się uwol­nić.

- Wy­star­czy!

Ton głosu Ro­de­rica jest ostry. An­drés wy­ciąga nóż ze stołu, a to­wa­rzysz Ła­sicy od­ciąga go na bok.

Ro­de­ric od­suwa sto­łek i wstaje.

- Chcemy w spo­koju do­pić piwo. Czy ktoś ma z tym pro­blem?

Po­woli prze­suwa wzro­kiem po męż­czy­znach, któ­rych opusz­cza bo­jowy na­strój i po­chy­lają głowy.

Karcz­marz robi krok do tyłu i pod­nosi ręce w obron­nym ge­ście.

- Nie mam z wami żad­nych za­tar­gów.

W tej sa­mej chwili nad dę­bo­wymi drzwiami roz­brzmie­wają że­la­zne dzwonki. Ste­fano prze­kra­cza próg karczmy, sze­roko się uśmie­cha­jąc, ubrany w nowy, zie­lony mun­dur i ko­szulę z wy­kroch­ma­lo­nymi, prze­sad­nie du­żymi fal­ba­nami. Jego broda lśni, jakby umo­czył ją w ma­śle. Wy­gląda idio­tycz­nie. Z te­atral­nym ukło­nem zdej­muje ka­pe­lusz.

- Dzień do­bry, pa­no­wie. - Z po­wro­tem wkłada ka­pe­lusz i zwraca się do Ro­de­rica. - Ka­pi­tan Da­vila cię szuka. Mówi, że masz się ogo­lić i wło­żyć mun­dur.

Po­iry­to­wany Ro­de­ric rzuca Ste­fa­nowi gniewne spoj­rze­nie i mru­czy w od­po­wie­dzi.

- Co to za mina? - dziwi się Ste­fano. - Sprze­da­jesz le­piej od dzi­wek na Pria­pos. Wy­brańcu bo­gów. Chło­paku o zło­tym mie­czu. Wszy­scy mło­dzieńcy chcą być tacy jak ty.

Ro­de­ric wy­pija haust piwa.

- To roz­kaz.

***

- Za­cią­gaj­cie się! - Ha­łas bęb­nów roz­cho­dzi się po ca­łym rynku. Chudy chło­piec bie­gnie z przodu, ubra­nia wi­szą na nim jak wy­pło­wiałe szmaty. - Ten, kto się za­cią­gnie, do­sta­nie je­dze­nie i pie­nią­dze do ręki!

Dzieci go­niące kury za­trzy­mują się i pa­trzą sze­roko otwar­tymi oczami. Krowy, które prze­cha­dzają się bez nad­zoru, gło­śno mu­czą, gdy lu­dzie prze­py­chają je na bok. Tłumy cie­kaw­skich kie­rują się w stronę rynku, aby zo­ba­czyć grupę uzbro­jo­nych żoł­nie­rzy.

Muc­cio, sie­dzący w sio­dle z nie­na­ganną ele­gan­cją, trzyma wo­dze. Ubrany w czarny mun­dur ofi­cer­ski z dys­kret­nymi zło­tymi ha­ftami i pa­su­jącą do niego błysz­czącą fil­cową czapkę ozdo­bioną lśnią­cymi pió­rami. Sze­roka, czer­wona szarfa z je­dwa­biu prze­wie­szona przez pierś świad­czy o wy­so­kiej ran­dze.

- Je­stem ka­pi­tan Da­vila. - W gło­sie Muc­cia sły­chać au­to­ry­tet do­wódcy. - Szu­kam od­waż­nych i sil­nych męż­czyzn do ar­mii.

Men­tor kusi ich pre­sti­żem, przy­go­dami i da­le­kimi kra­jami. Nęci ich tymi sa­mymi moc­nymi prze­ko­na­niami o ho­no­rze, lo­jal­no­ści i dys­cy­pli­nie, które wpo­jono rów­nież Ro­de­ri­cowi, gdy był dziec­kiem.

Już po chwili kilku mło­dzień­ców, głod­nych i spra­gnio­nych przy­gód, wpy­cha się przed niego. Więk­szość jest skrom­nie ubrana, w ob­szar­pane płasz­cze i ko­szule z gru­bego lnu. Sy­no­wie chło­pów, słu­żący i bie­dacy. Ciężko pra­cu­jący lu­dzie, za­leżni od tego, co daje las i zie­mia. Nie­liczni wy­róż­niają się na tle reszty, mają na so­bie lep­sze ubra­nia, lecz spoj­rze­nie jest ta­kie samo u wszyst­kich. Wi­dać w nim na­dzieję na lep­sze ży­cie.

Ko­nie ude­rzają ko­py­tami o piasz­czy­ste pod­łoże. Ro­de­ric pod­nosi koł­nierz ko­szuli. Prawda jest taka, że czuje się rów­nie prze­brany, jak pod­czas wy­staw­nych ko­la­cji u matki. Na iro­nię losu, wielu z tych męż­czyzn prze­żyje bi­twy na polu walki oraz wie­lo­go­dzinne mar­sze, tylko po to, by za­koń­czyć ży­cie, le­żąc na zgni­łym sia­nie we wła­snych krwa­wych od­cho­dach. Wie, że wszy­scy się tego boją. On rów­nież. Am­bro­gio za­wsze po­wta­rzał, że praw­dzi­wym za­gro­że­niem pod­czas wojny nie jest sama walka zbrojna, ale cho­roby i zimno.

Cho­roby za­kaźne wciąż dzie­siąt­kują ar­mię. Wuj czę­sto był obu­rzony tym, że żoł­nie­rze cho­rują i umie­rają jak gwiazdy o świ­cie, je­den po dru­gim, za­nim zdążą się w ogóle przy­dać na woj­nie. Spo­śród trzy­dzie­stu dwóch męż­czyzn wy­sła­nych do Flan­drii je­sie­nią, tylko trzech nie zmarło z po­wodu cho­roby za­kaź­nej w ciągu pierw­szych mie­sięcy swo­jej służby. Czy taki sam los czeka tych żoł­nie­rzy? Ro­de­ric wierci się w sio­dle. Nie może oprzeć się wra­że­niu, że wszystko, co dzi­siaj ro­bią, opiera się na kłam­stwie, ale to nie ma żad­nego zna­cze­nia. Uci­sza ten na­tar­czywy głos, za­bija każdą nie­wy­godną emo­cję. Spo­gląda przed sie­bie i przy­biera neu­tralny wy­raz twa­rzy, coś, czego na­uczyło go kil­ka­set go­dzin tre­ningu.

Go­dzinę póź­niej mają już po­trzebną liczbę re­kru­tów. Kwa­ter­mistrz wci­ska dwa gul­deny w dłoń brą­zo­wo­okiego mło­dzieńca.

- Mu­si­cie za to prze­żyć do czasu, aż do­trze­cie na miej­sce zbiórki - mówi gło­śno. -Ocze­ku­jemy, że sta­wi­cie się tam naj­póź­niej za sie­dem dni. Kwota ta zo­sta­nie od­jęta od wa­szego pierw­szego żołdu.

- Ta­gia­pie­tra - Muc­cio kiwa głową w stronę Ste­fana. - Kon­ty­nuuj.

Ste­fano robi krok do przodu, za­plata dło­nie za ple­cami, i od­chrzą­kuje.

- Nie­któ­rych z was może pod­ku­sić, by wziąć pie­nią­dze i po­tem się nie sta­wić. Po­zwól­cie, że wam przy­po­mnę, pa­no­wie, że bę­dzie­cie wtedy ści­gani i zo­sta­nie­cie stra­ceni jako de­zer­te­rzy. - Ste­fano robi na tyle długą prze­rwę, żeby przy­cią­gnąć uwagę wszyst­kich ze­bra­nych. - Ta­kich lu­dzi czeka szcze­gól­nie bo­le­sna kara. Naj­pierw po­bi­cie. I wierz­cie mi, dźwięk roz­ry­wa­nych sta­wów nie na­leży do naj­przy­jem­niej­szych. Na­stęp­nie ro­bimy na­cię­cie na skó­rze, do­kład­nie w tym miej­scu. - Ste­fano wska­zuje lę­dź­wie ja­sno­wło­sego męż­czy­zny z wy­łu­pia­stymi oczami. - Po­tem zdrajca zo­staje żyw­cem na­bity na pal, który wy­cho­dzi mniej wię­cej tu­taj, obok nosa. Na ko­niec wy­sta­wiamy go na wi­dok pu­bliczny. Chłop, który ostat­nio przed­ło­żył parę mo­net nad swoje ży­cie, oka­zał się być zro­biony z twar­dego ma­te­riału. - Ste­fano chi­cho­cze. - Żył jesz­cze przez kilka dni.

Męż­czyźni wiercą się ner­wowo.

- Dzięki za po­moc, chłop­cze. - Ste­fano kle­pie mło­dzieńca po ple­cach i wi­dzi, że ten zbladł. -Wra­caj do sze­regu.

Ro­de­ric byłby bar­dzo zdzi­wiony, gdyby wszy­scy nie sta­wili się w miej­scu zbiórki, gdy na­dej­dzie czas. Men­tor od­czy­tuje treść przy­sięgi, którą skła­dają wszy­scy zwer­bo­wani. Ro­de­ric zna ją na pa­mięć. Żoł­nierz ry­zy­kuje karę za wiele róż­nych prze­wi­nień. Za od­mowę wy­ko­na­nia roz­kazu, bunt, de­zer­cję oraz tchó­rzo­stwo na polu bi­twy grozi kara śmierci. Za mniej­sze wy­kro­cze­nia, ta­kie jak ha­zard i pi­jań­stwo lub le­ni­stwo pod­czas peł­nie­nia wart, grożą kary cie­le­sne, naj­czę­ściej pra­sz­częta, po­le­ga­jące na prze­pę­dze­niu uka­ra­nego po­mię­dzy dwoma szpa­le­rami współ­to­wa­rzy­szy, któ­rzy okła­dają go ki­jami i ró­zgami. Żoł­nierz od­ma­wia­jący wy­ko­na­nia kary pod­lega tej sa­mej po­ni­ża­ją­cej ka­rze.

Na samą myśl o tym Ro­de­ric ma ciarki na ple­cach. Osoba ska­zana na pra­sz­częta ni­gdy nie ma pew­no­ści, że prze­żyje. Rów­nie do­brze może umrzeć z po­wodu od­nie­sio­nych ran. Ale ży­cie w woj­sku jest re­gu­lo­wane wła­śnie ta­kimi pra­wami, uzna­wa­nymi za nie­zbędne do utrzy­ma­nia po­rządku.

- Ocze­kuję, że moi lu­dzie będą się za­cho­wy­wać po­boż­nie, jakby byli w ko­ściele. - Muc­cio ob­ser­wuje re­kru­tów z grzbietu Be­lony, wo­dze ma owi­nięte wo­kół nad­garstka. - Ten, kto się wy­różni od­wagą na polu bi­twy, może na­wet pew­nego dnia zo­sta­nie ofi­ce­rem. - Men­tor się roz­gląda, po­zwala sło­wom wy­brzmieć, a na­stęp­nie kiwa głową w stronę Ro­de­rica. - De Gu­evara bę­dzie od­po­wie­dzialny za wa­sze szko­le­nie woj­skowe.

Mija tro­chę czasu, za­nim do Ro­de­rica do­ciera, że to wła­śnie on zo­stał wy­brany do tego za­szczyt­nego za­da­nia. Gapi się na men­tora z lekko otwar­tymi ustami, ale twarz Muc­cia jest zwró­cona w stronę tłumu. - De Gu­evara ma za za­da­nie zro­bić z was żoł­nie­rzy.

Ste­fano za­tyka kciu­kiem naj­pierw jedną, a po­tem drugą dziurkę nosa i wy­dmu­chuje smarki. - To nie bę­dzie pusz­cza­nie bą­ków za ja­kimś ospa­łym wo­łem - rzuca, wy­cie­ra­jąc kciuk o płaszcz, uśmie­cha się do Ro­de­rica i ści­sza głos: - Wierz mi, czeka cię pie­kło. Zwłasz­cza ze strony sta­rych we­te­ra­nów. Mało kto lubi, gdy roz­ka­zuje mu mło­kos, znacz­nie młod­szy od nich sa­mych.

***

Na do­ku­men­cie fi­gu­ruje sie­dem­na­ście na­zwisk. Nie­któ­rzy z nich nie przejdą kwa­li­fi­ka­cji woj­sko­wej. Tym upo­ko­rzo­nym nie­szczę­śni­kom kon­trakty zo­staną unie­waż­nione, a oni, zhań­bieni, zo­staną ode­słani do domu.

Muc­cio zwija ru­lon z za­do­wo­loną miną.

- Spi­sa­li­ście się cał­kiem nie­źle. Na tyle do­brze, że daję wam dziś wie­czo­rem kilka go­dzin wol­nego, że­by­ście mo­gli po­świę­to­wać.

Gdy męż­czyźni za­czy­nają się wier­cić, a w ich oczach po­ja­wia się chło­pięcy błysk, Muc­cio pod­nosi głos.

- Ale nie chcę sły­szeć, że ktoś się upił do nie­przy­tom­no­ści albo wdał się w bójkę z miej­sco­wymi. Mamy tu wró­cić. Zjedz­cie po­si­łek w karcz­mie i za­cho­wuj­cie się przy­zwo­icie. I na li­tość bo­ską, trzy­maj­cie łapy z dala od ich sióstr i żon. - Men­tor spo­gląda su­rowo na Maura dra­pią­cego się po szyi. - Nie chcę wy­wo­łać za­mie­szek, bo któ­ryś z mo­ich lu­dzi nie po­tra­fił trzy­mać rąk przy so­bie.

Ailea

PÓŁ­NOCNE WŁO­CHY, CZER­WIEC 1655

Zie­mia zdaje się pul­so­wać. Dźwięk skrzy­piec mie­sza się z do­no­śnymi gło­sami i tu­po­tem stóp. Lu­dzie już są pod­chmie­leni. Z rusz­tów roz­cho­dzą się za­pach pie­czo­nego mięsa i woń pa­lo­nej dę­biny. Po dru­giej stro­nie stoi dzie­się­ciu do­ro­słych męż­czyzn, po­dzie­lo­nych na dwie grupy, prze­cią­gają linę.

Pod­czas let­niego prze­si­le­nia męż­czyźni spraw­dzają się w róż­nych kon­ku­ren­cjach: prze­cią­ga­niu liny, łucz­nic­twie, za­wo­dach jeź­dziec­kich i in­nych za­da­niach wy­trzy­ma­ło­ścio­wych oraz si­ło­wych. Ga­briel nie robi tego z za­pa­łem. Z wy­pie­kami na twa­rzy i zmarsz­czo­nym czo­łem, przy­kłada strzałę do cię­ciwy.

Ailea pod­cho­dzi do niego.

- Trzy­ma­łeś kie­dyś łuk? - pyta.

Ga­briel się uśmie­cha, nie od­ry­wa­jąc wzroku od drew­nia­nego je­le­nia.

- Czy ja wy­glą­dam jak ktoś, kto wie, co robi?

Ailea wsuwa pa­lec pod wia­nek z po­lnych kwia­tów i dra­pie się po gło­wie. Czeka, aż Ga­briel odda strzał. Z jej gar­dła wy­do­bywa się prze­cią­głe wes­tchnie­nie.

- No, strzel wresz­cie! Albo się prze­suń, to ja spró­buję.

- Gdy­by­śmy te­raz byli w praw­dzi­wym le­sie, już byś spło­szyła wszyst­kie zwie­rzęta.

- A gdyby to był praw­dziwy je­leń, zdą­żyłby paść z nu­dów pięć razy, za­nim byś go za­strze­lił.

Ga­briel na­pina cię­ciwę.

- Go­towa?

- Tak.

- Tylko tyle? Nie chcesz mi udzie­lić ja­kiejś cen­nej rady?

- Nie. I nie śpiesz się. Po­łożę się na tra­wie, a ty mnie obudź, jak skoń­czysz.

Strzała opusz­cza cię­ciwę ze świ­stem, by po kilku me­trach od­bić się od trawy i ude­rzyć w dolną część drew­nia­nego je­le­nia, roz­pa­da­jąc się na drza­zgi. Ga­briel dra­pie się po gło­wie i sze­roko się uśmie­cha.

- Ce­lo­wa­łem tam, w trawę.

- Na­prawdę? - Ailea prze­chyla głowę. - W ta­kim ra­zie to był ide­alny strzał. Daj mi łuk, ja też spró­buję.

- To nie jest za­ję­cie dla dziew­cząt. - Ga­briel się śmieje i robi unik, gdy Ailea za­daje mu cios. Po­daje jej łuk. - Pro­szę. Pew­nie i tak je­steś lep­sza ode mnie.

Ga­briel ni­gdy się nie przej­muje, gdy ona kła­dzie go na rękę lub szyb­ciej po­bie­gnie. To jej się w nim po­doba.

- Trzeba mieć siłę, żeby na­piąć łuk. - Rysy twa­rzy Ga­briela tę­żeją, gdy Aaron staje obok nich. W ak­sa­mit­nym brą­zo­wym płasz­czu ze zło­tymi gu­zi­kami i fa­lo­wa­nymi wło­sami za­cze­sa­nymi do tyłu wy­gląda jak fa­raon. Spo­gląda na Aileę.

- Zdaje się, że po­trze­bu­jesz bar­dziej do­świad­czo­nego na­uczy­ciela, si­gno­rina. Po­zwól mi. - Nie od­ry­wa­jąc od niej wzroku, wy­ciąga do Ga­briela dłoń ozdo­bioną pier­ście­niami i bie­rze od niego koł­czan ze strza­łami.

Ga­briel rzuca jej krót­kie spoj­rze­nie.

- Póź­niej cię znajdę.

Ailea otwiera usta, aby mu od­po­wie­dzieć, by po­wie­dzieć, że nie musi od­cho­dzić, ale Ga­briel już od­wró­cił się do nich ple­cami. Coś w spo­so­bie, w jaki Aaron zwró­cił się do Ga­briela, spra­wia, że dziew­czyna za­ci­ska zęby i ob­raca się wo­kół wła­snej osi.

- Auć, co za spoj­rze­nie. - Twarz Aarona ła­god­nieje w uśmie­chu. - Wy­bacz, je­śli by­łem zbyt szorstki dla two­jego przy­ja­ciela, ale chcia­łem zo­stać z tobą sam na sam. Znajdę go póź­niej i prze­pro­szę.

Jego głos, cie­pły i głę­boki jak miód pro­sto z pla­stra, spra­wia, że jej iry­ta­cja top­nieje ni­czym wio­senny śnieg. Ailea nie może zro­bić nic in­nego, jak od­po­wie­dzieć uśmie­chem.

- To by­łoby miłe. My­ślę, że on by to do­ce­nił.

Aaron de­li­kat­nie wkłada łuk w jej dło­nie i staje tuż za nią.

- Nie ro­bię tego dla niego.

Stoi tak bli­sko, że Ailea czuje na karku cie­pło jego od­de­chu. Do­staje gę­siej skórki i pocą jej się dło­nie. Mocno ści­ska łuk, ma­jąc na­dzieję, że on tego nie za­uważy.

- Roz­luź­nij się - słowa piesz­czą jej ucho - trzy­masz zbyt mocno.

Za­pach jego wody po go­le­niu, cy­trusy i ber­ga­motka, przy­pra­wiają ją o przy­jemne dresz­cze. Ailea bie­rze głę­boki od­dech, pró­bu­jąc uspo­koić trze­po­czące serce.

- Oprzyj strzałę na ko­stce le­wej ręki - in­stru­uje ją Aaron - przy­trzy­maj jej ko­niec przy cię­ci­wie i po­cią­gnij strzałę do tyłu dwoma pal­cami. - Ailea robi, co jej każe Aaron. - Weź głę­boki od­dech - do­daje męż­czy­zna - i w po­ło­wie wy­de­chu wstrzy­maj od­dech. - Ailea po­woli wy­pusz­cza po­wie­trze. Gdy jej płuca są w po­ło­wie opróż­nione, pod­nosi łuk i ce­luje. Strzała opusz­cza cię­ciwę z wi­bra­cją, wy­gi­na­jąc się lekko w po­wie­trzu, aż tra­fia w cel, chy­bo­cząc się. Ailea zerka na Aarona spod rzęs, nie mo­gąc po­wstrzy­mać uśmie­chu.

- No pro­szę - mówi Aron z uśmie­chem. - To nie ta­kie trudne z od­po­wied­nim na­uczy­cie­lem.

- Czy mo­żemy...

- Mia­łem na­dzieję, że ze­chcesz pójść ze mną spa­cer.

- Oczy­wi­ście. - Ailea od­kłada łuk i zdej­muje koł­czan przez głowę.

***

Cie­pło dnia wy­traca się stop­niowo. Świa­tło staje się żółte, a cie­nie drzew się wy­dłu­żają. Na wzgó­rzach pa­lone są ogni­ska, aby od­dać hołd słońcu, uczcić ob­fite plony i spa­lić to, co już nie­po­trzebne. Wkrótce na­dej­dzie czas, gdy dziew­częta będą ko­pać w ziemi dołki, w miej­scach, gdzie ich uko­chani zo­sta­wili ślady swo­ich stóp, i sa­dzić w niej na­gietki. Po­do­bno to ma ich po­wstrzy­mać przed za­le­ca­niem się do in­nych dziew­cząt, lecz Ailea w to nie wie­rzy.

Po­woli mi­jają stra­gany z je­dze­niem, żon­gle­rów i mu­zy­ków gra­ją­cych na lut­niach, są­cząc wino z kie­li­chów. Ailea stara się na niego nie pa­trzeć, ale cią­gle przy­ła­puje się na tym, że ukrad­kiem na niego zerka. Aaron spra­wia, że chłopcy w jej wieku wy­dają się dzie­cinni i nie­doj­rzali.

Ze­wsząd do­cie­rają do nich gwar i śmie­chy. Na uro­czy­sto­ści za­ku­piono kilka wo­łów, które te­raz pieką się na roż­nach u stóp wzgó­rza. Na po­dłuż­nych drew­nia­nych sto­łach, przy któ­rych sie­dzi i roz­ma­wia co naj­mniej ze sto osób, lą­dują ko­lejne por­cje pie­czonki i chleba. Dzbanki i ku­fle na­peł­niane są pi­wem oraz wi­nem. Nikt nie ma po­wo­dów do na­rze­kań.

Aaron za­trzy­muje się przy stra­ga­nie z pęcz­kami ba­zy­lii, roz­ma­rynu i ty­mianku, za­równo świe­żymi, jak i su­szo­nymi. Obok trza­ska ogni­sko, a nad nim pie­cze się całe ja­gnię.

- Mu­sisz spró­bo­wać - mówi Aaron. - Kar­mią ja­gnięta zio­łami, a smak mięsa jest nie­biań­ski. Je się je z cie­płym mio­dem. - Spo­gląda na nią swo­imi in­ten­syw­nie czar­nymi oczami, któ­rych głę­bia jest wprost nie­re­alna. - Moja matka za­wsze tak przy­go­to­wy­wała mięso. Zmarła, gdy mia­łem sześć lat.

- Przy­kro mi.

- To było wiele lat temu.

- Na co zmarła?

- Na go­rączkę. - Aaron od­sta­wia kie­lich, wy­ciąga szty­let z pasa bio­dro­wego i od­cina ka­wa­łek mięsa. - Oj­ciec się za­ła­mał. Nie pa­mię­tam jej zbyt do­brze, ale no­szę w pa­mięci jej głos i za­pach roz­ma­rynu do­cho­dzący z ogrodu pod oknem jej sy­pialni. - Na wspo­mnie­nie o tym, jego twarz mięk­nie w pół­u­śmie­chu. - Je­ste­śmy do sie­bie bar­dziej po­do­bni, niż my­ślisz. Ja też wiem, jak to jest stra­cić ko­goś bli­skiego i nie mieć ni­kogo, brata ani sio­stry, z kim można dzie­lić to cier­pie­nie.

Smu­tek na jego twa­rzy jest od­bi­ciem jej wła­snego smutku. Trwają w ci­szy, czu­jąc łą­czącą ich więź, a ją na­wie­dzają wspo­mnie­nia o ro­dzi­cach, jakby byli tam obecni, mimo że nie żyją.

Aaron chwyta ka­mienny dzban, mie­sza w nim drew­nianą łyżką i po­lewa mięso ciem­no­zło­tym mio­dem.

- Otwórz usta - przy­ka­zuje ła­god­nie.

Robi jej się cie­pło, ale po­zwala się Aaro­nowi kar­mić mię­sem, które jest tak mięk­kie, że roz­pływa się w ustach. Smak jest nie­po­rów­ny­walny z ni­czym, co kie­dy­kol­wiek ja­dła.

- Niebo w gę­bie.

- A nie mó­wi­łem? Chodź. - Aaron kła­dzie rękę na ple­cach Ailei i pro­wa­dzi ją da­lej. Jego kciuk za­pusz­cza się w oko­licę jej lę­dźwi. Ailea czuje in­ten­sywny dreszcz prze­my­ka­jący od brzu­cha w dół, na­pię­cie sil­niej­sze niż przed mie­sięcz­nym krwa­wie­niem.

Je­den z mu­zy­ków za­czyna grać skoczną me­lo­dię. Męż­czyźni i ko­biety w ko­lo­ro­wych wian­kach z po­lnych kwia­tów tań­czą wo­kół słupa ude­ko­ro­wa­nego li­śćmi, ozdo­bio­nego dłu­gimi wstąż­kami sym­bo­li­zu­ją­cymi pro­mie­nie słońca i księ­życa. Aaron im się przy­gląda.

- W na­szych stro­nach na­zy­wamy ten słup Pa­lem Pria­pusa, na cześć grec­kiego boga płod­no­ści Pria­pusa. Słup wzno­szący się ku niebu sym­bo­li­zuje jego mę­skość, która wnika w wil­gotną zie­mię, by za­płod­nić łono ko­biety.

Po­liczki Ailei płoną. Zbliża do ust kie­lich z wi­nem, aby ukryć swoje za­że­no­wa­nie, co wy­wo­łuje uśmiech na twa­rzy Aarona.

- Wpra­wi­łem cię w za­kło­po­ta­nie?

Ailea kręci głową pod jego in­ten­syw­nym spoj­rze­niem. Skoczna me­lo­dia cich­nie, za­stą­piona ła­god­niej­szymi, me­lo­dyj­nymi to­nami harfy, na któ­rej gra sio­stra Ro­ese. Jej skóra błysz­czy jak per­ło­wo­biała halka prze­świ­tu­jąca przez pół­dłu­gie rę­kawy. Ailea wie, że sio­stra Ro­ese na­ciera skórę ma­ślanką i śmier­dzą­cymi zio­łami, by zli­kwi­do­wać piegi. Jej głos wznosi się i opada jak ja­skółki na wio­snę. Lu­dzie za­trzy­mują się, ocza­ro­wani, by jej po­słu­chać. Ga­briel stoi twa­rzą do ognia, z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi, a jego czoło jest mocno zmarsz­czone, jakby my­ślami był gdzie in­dziej.

Aaron pa­trzy na Ga­briela za­my­ślo­nym wzro­kiem.

- Nie jest po­do­bny do swo­jego brata.

Ailea pod­nosi głowę.

- Masz na my­śli Ro­de­rica? Brata Ga­briela? Po­zna­łeś go?

- Moja matka przy­jaź­niła się z ba­ro­nową - od­po­wiada Aaron. - Ni­gdy go nie spo­tka­łem, ale po­do­bno to praw­dziwy łaj­dak. Krążą plotki, że na­pa­sto­wał mał­żonkę hra­biego, a po­tem miał jesz­cze czel­ność wy­zwać go na po­je­dy­nek. - Pry­cha. - Ten czło­wiek wy­daje się po­zba­wiony wszel­kiej ogłady, jaką po­wi­nien po­sia­dać dżen­tel­men. Na twoim miej­scu trzy­ma­ła­bym się od niego z da­leka.

Dys­kretne chrząk­nię­cie spra­wia, że się od­wra­cają się i wi­dzą mło­dzieńca ze świty Aarona, nie­cier­pli­wie prze­stę­pu­ją­cego z nogi na nogę.

- Wy­bacz­cie, ka­pi­ta­nie. Rada was szuka.

- Po­wiedz im, że za­raz będę - mówi Aaron, po czym zwraca się do Ailei: - Prze­pra­szam, si­gno­rina, obo­wiązki wzy­wają. - Chwyta jej rękę i przy­ci­ska ją do swo­ich ust. - Mam na­dzieję, że jesz­cze się spo­tkamy, za­nim wy­jadę.

Ailea od­pro­wa­dza Aarona wzro­kiem. Jej pa­lec de­li­kat­nie prze­suwa się po grzbie­cie dłoni, wciąż cie­płym, jakby pa­dało na nią słońce.

- Aileo!

Głos tra­fia ją w plecy. Ailea się od­wraca. Liz, w ja­sno­błę­kit­nej su­kience i z kwia­tami we wło­sach, wy­gląda do­kład­nie tak, jak Ailea się czuje, wolna i szczę­śliwa. Jej po­liczki płoną, a brą­zowe ko­smyki wy­do­stały się z war­ko­cza. Oczy są duże jak u dziecka, gdy chwyta Aileę za rękę i sta­now­czo cią­gnie ją za sobą.

- Chodź!

- Po­cze­kaj! - Ailea się śmieje, po­ty­ka­jąc się. - Do­kąd idziemy?

- Do wróżki!

Asha

PÓŁ­NOCNE WŁO­CHY, CZER­WIEC 1655

- Czy dziew­czyna jest wia­ry­godna? - Twarz Ma­gusa Yona roz­ja­śnia blask trza­ska­ją­cego ognia w ko­minku z zie­lo­nego ka­mie­nia, który do­mi­nuje w po­miesz­cze­niu. Na pierw­szy rzut oka męż­czy­zna wy­daje się nie­po­zorny, przy­gar­biony, nie­wy­soki, ubrany w pro­stą szatę się­ga­jącą stóp, lecz in­ten­syw­nie nie­bie­skie oczy ukryte wśród opu­chli­zny i zmarsz­czek, zdra­dzają głę­boką wni­kli­wość mi­styka, a jego głos brzmi młodo i pew­nie.

Yon ob­ser­wuje Ashę przez przy­mknięte po­wieki.

- Może to po pro­stu hi­ste­ryczka albo wy­my­śla to wszystko, by zwró­cić na sie­bie uwagę?

Asha wsy­puje do fi­li­żanki kilka ły­że­czek zio­ło­wej her­baty i za­lewa ją go­rącą wodą. Świeży, słodki za­pach mięty i li­ści czar­nej po­rzeczki roz­cho­dzi się wraz z parą.

- Bóg mi świad­kiem, że jej nie fa­wo­ry­zo­wa­łam. Kiedy do niej do­tar­łam, była w głę­bo­kim tran­sie, a chyba masz do mnie na tyle za­ufa­nia, że wiesz, że po­tra­fię od­róż­nić te­atr od prawdy?

Yon od­chyla się w swoim fo­telu z pod­ło­kiet­ni­kami.

- Głę­boki trans? Mimo że dziew­czyna do­piero co roz­po­częła na­ukę?

- To prawda, i mu­sia­łam użyć ca­łej swo­jej mocy, by ją z niego wy­pro­wa­dzić.

Yon unosi rękę do pod­bródka i po­woli kiwa głową. Asha sięga po fi­li­żankę, która kon­ku­ruje o miej­sce na srebr­nej tacy z ta­le­rzem, na któ­rym leży ser­nik oraz i mi­seczka dżemu je­ży­no­wego.

Yon pew­nym ru­chem od­krawa so­bie ka­wa­łek ser­nika z grubo mie­lo­nego twa­rogu i na zło­ci­stą skórkę na­kłada so­lidną por­cję dżemu.

- Nie mówmy za­gad­kami, opo­wia­daj, jak so­bie ra­dzi?

- Sto­wa­rzy­sze­nie cały czas szuka, ale jak do­tąd nie zna­la­złam dziew­czyny zdol­no­ściami do­rów­nu­ją­cej Ailei. Bez wąt­pie­nia jest jedną z na­szych naj­zdol­niej­szych uczen­nic. - Asha wy­pija łyk her­baty. - Przy­znaję, tro­chę się nie przy­kłada do rze­czy, które uważa za mniej in­te­re­su­jące, ale ja­sno­wi­dze­nie przy­cho­dzi jej z ła­two­ścią.

Zbyt ła­two, my­śli Asha gorzko. Ailea po pro­stu wie­działa pewne rze­czy. Sama z sie­bie. W przy­padku Ashy wszystko wy­gląda ina­czej. Jej wie­dza o cho­ro­bach i lecz­ni­czych wła­ści­wo­ściach ziół opiera się na la­tach na­uki i do­świad­czeń. Wie, ja­kie zioła zbi­jają go­rączkę. Jak pa­lić dę­binę, oczysz­czać ją i roz­drab­niać na pro­szek, a na­stęp­nie mie­szać z solą i wo­skiem psz­cze­lim. Żmudne, ale maść na­kła­dana grubą war­stwą na otwarte rany działa le­piej niż co­kol­wiek in­nego.

Yon wy­ciera zło­tawą brodę, na któ­rej za­wi­sły czar­no­fio­le­towe kro­ple dżemu.

- Nie­wielu lu­dzi wy­czuwa ten drugi świat tak, jak ro­bił to dawny lud.

- To prawda - od­po­wiada Asha. - A szkoła po­zwoli roz­kwit­nąć ta­len­towi Ailei. Jej zdol­no­ści będą nie­zwy­kle cenne, gdy na­uczy się z nich wła­ści­wie ko­rzy­stać.

Yon ze­skro­buje resztki z ta­le­rza.

- Bra­cia usta­lili, że nad­cho­dzi czas na mia­no­wa­nie ka­płanki w zgo­dzie z pra­daw­nym ry­tu­ałem. Kiedy dziew­czyna bę­dzie go­towa?

- Jak to, kiedy? W osiem­na­stym roku ży­cia, jak za­wsze.

- Ry­tu­alna ini­cja­cja dziew­czyny musi na­stą­pić wcze­śniej. Za nie­całe trzy lata kilka du­żych pla­net znaj­dzie się w jed­nej li­nii, wtedy moc bę­dzie naj­więk­sza i naj­bar­dziej sprzy­ja­jąca.

Żo­łą­dek Ashy bo­le­śnie ści­ska się z nie­po­koju. Dziecko, co ty no­sisz w so­bie za moc, która wy­wo­łuje ta­kie uczu­cia?

- Ailea przy­szła na świat z wiel­kim da­rem i dla­tego ważne jest, aby do­brze go wy­ko­rzy­stała. - Asha od­sta­wia fi­li­żankę. - Tego nie można przy­spie­szać i to wy­maga wielu lat przy­go­to­wań. Je­śli Ailea nie na­uczy się od­po­wied­nio ko­rzy­stać ze swo­jego daru, bę­dzie za­gro­że­niem dla sie­bie i wszyst­kich wo­kół. Me­dium musi być silne za­równo fi­zycz­nie, jak i du­chowo, aby móc po­łą­czyć się z mocą i z niej czer­pać. Ailea nie jest jesz­cze go­towa. Jest młoda, wła­ści­wie to jesz­cze dziecko. Musi przejść pewne stop­nie wta­jem­ni­cze­nia i po­sia­dać głę­boką po­boż­ność oraz wgląd w to, co ukryte. Do­piero po ślu­bo­wa­niu na sio­strę bę­dziemy mieli prawo wy­ko­rzy­stać ją w ten spo­sób.

- Nie ma me­dium od dzie­się­cio­leci, może na­wet wie­ków. - Yon od­suwa ta­le­rzyk i wyj­muje z kie­szeni chu­s­teczkę, by prze­trzeć oczy. - To prze­ło­mowy mo­ment w na­szych dzie­jach. Nie mamy na tro­nie króla. Kraj jest po­dzie­lony. Nie­uro­dzaj i wojny na­stę­pują po so­bie. Lu­dzie są za­nie­po­ko­jeni. Je­śli dziew­czyna przej­dzie ini­cja­cję, zo­sta­nie naj­młod­szym me­dium w hi­sto­rii, zjed­no­czy Sto­wa­rzy­sze­nie i da lu­dziom na­dzieję.

Na ze­wnątrz Asha za­cho­wuje spo­kój, ale w środku wy­krzy­kuje swój sprze­ciw. Dość już wy­cier­piała! Nie je­stem go­towa, by ją po­świę­cić! Ni­gdy so­bie tego nie wy­ba­czę, je­śli coś pój­dzie nie tak. Otwiera usta, by za­pro­te­sto­wać, ale Yon unosi rękę i jej prze­rywa.

- To już zo­stało po­sta­no­wione. Po­trzeby za­konu naj­waż­niej­sze, więc odłóż na bok swoje oso­bi­ste po­wią­za­nia. Je­ste­śmy straż­ni­kami naj­star­szej mą­dro­ści. Na­szym za­da­niem jest pra­co­wać na rzecz po­prawy i po­stępu ludz­ko­ści. Nie za­po­mi­naj, co pró­bu­jemy tu osią­gnąć.

- A kiedy Ailea przej­dzie ini­cja­cję?

- Li­nie krwi mu­szą zo­stać za­cho­wane. Je­śli krew zo­sta­nie roz­cień­czona, ja­sno­wi­dze­nie sta­nie się znie­kształ­cone i wy­pa­czone. Na­szym za­da­niem jest do­pil­no­wać, aby do tego nie do­szło. Dziecko, które przyj­dzie na świat z po­łą­cze­nia Ailei i Aarona, bę­dzie miało krew obu sta­rych ro­dów. - Sta­rzec pod­piera się na opar­ciu krze­sła i wstaje. - Li­czymy na to, że przy­go­tu­jesz dziew­czynę.

Asha moc­niej otula się ple­dem, wpa­tru­jąc się w ogień w ko­minku. W du­chu prze­klina dziew­czynę, która kosz­tuje ją tyle ner­wów.

Urghe

SZKO­CJA, GRU­DZIEŃ 1643

- Po­do­bno prze­po­wia­da­cie przy­szłość za­pi­saną w gwiaz­dach, mi­strzu.

Ko­bieta, ele­gancko ubrana w ha­fto­wany płaszcz ob­szyty fu­trem z gro­no­staja, ściąga rę­ka­wiczki tak cien­kie, że prze­świ­tuje przez nie skóra. Jej spoj­rze­nie wę­druje po drew­nia­nej pod­ło­dze za­sta­wio­nej moź­dzie­rzami i drew­nia­nymi mi­skami, a po­tem na su­fit, gdzie na sta­rych ha­kach wi­szą ostro­krzew, je­mioła oraz inne święte ro­śliny. Urghe od­suwa na bok nie­dbałe no­tatki i wska­zuje na pod­łogę.

Ko­bieta siada na dy­wa­nie, wśród owczych skór i po­du­szek. Po­wie­trze, już cięż­kie od opium, mie­sza się ze słod­kim za­pa­chem ja­śminu i czymś nie­okre­ślo­nym, co przy­wo­dzi mu na myśl duszne let­nie noce w In­diach. Kiedy kap­tur się zsuwa, uka­zuje się je­dwabna, ru­bi­no­wo­czer­wona tka­nina i ka­skada ciem­nych lo­ków. Na szyi wisi złoty łań­cu­szek, a drobne ka­mie­nie wi­siorka lśnią tym sa­mym sza­fi­ro­wym bla­skiem, co ka­mie­nie bran­so­letki na jej nad­garstku. Jed­nak to oczy za­ska­kują naj­bar­dziej, by­stre i in­te­li­gentne. Dło­nie do­ty­kają za­wi­niątka na ko­la­nach. Je­śli dziecko jest jej, to ona jest bar­dzo młodą matką.

Ko­bieta prze­kręca ob­rączkę na palcu. Jej barki są spięte, jakby czuła się tu­taj nie­swojo. Urghe po­daje jej pa­ru­jącą fi­li­żankę zio­ło­wej her­baty i siada po tu­recku na skó­rze na­prze­ciwko niej. Trwają w mil­cze­niu, przy dźwię­kach desz­czu bęb­nią­cego w okien­nice, aż ci­sza w końcu skła­nia ją do dal­szej roz­mowy.

- Cho­dzi o mo­jego syna. - Ko­bieta opusz­cza głowę, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. - Jest... inny, różni się od swo­jego ro­dzeń­stwa.

- W jaki spo­sób?

- Jest nie­jad­kiem. - Ko­bieta upija łyk her­baty, my­śli. - Mogę go zo­sta­wić na dłu­gie go­dziny, a on nie pła­cze. Cza­sami wy­gląda, jakby od­pły­wał. Wpa­truje się w rze­czy, któ­rych nie ma.

- Po­każ­cie mi go.

Ko­bieta po­daje mu za­wi­niątko. Urghe ostroż­nie od­krywa ko­lejne war­stwy tka­niny, wszyst­kie kosz­towne i bo­gato zdo­bione. Spod ma­te­riału wy­ła­niają się włosy czarne jak niebo w bez­k­się­ży­cową noc.

Urghe spo­gląda w oczy dziecka, już te­raz pełne mą­dro­ści prze­kra­cza­ją­cej gra­nice tego świata. Robi mu się cie­pło na sercu. Uśmie­cha się. To gwiezdne dziecko. Przy­myka po­wieki, wdy­cha­jąc ma­gię pa­lą­cych się ziół. Wi­zja mi­go­cze. Urghe wi­dzi tka­ninę prze­zna­cze­nia, prze­szłość i przy­szłość. Wi­dzi to dziecko, już star­sze, i rolę, jaką ode­gra. Na­stęp­nie do­strzega wła­sną śmierć i dziecko, które go za­stąpi.

- To wy­jąt­kowy chło­piec. - Urghe otwiera oczy. - Musi prze­żyć. Jego prze­zna­cze­niem jest być gło­sem nie­bios.

- Jak wy? - W py­ta­niu ko­biety po­brzmiewa za­równo strach, jak i duma.

- To dziecko zaj­mie moje miej­sce, gdy na­dej­dzie czas. Lu­dzie będą go szu­kać, słu­chać jego słów.

Ko­bieta kiwa głową z lek­kim wes­tchnie­niem ulgi.

- Więc bę­dzie miał ty­tuł i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa?

- Tak, ale to ma swoją cenę. Wa­sze dziecko ma do wy­peł­nie­nia trudne za­da­nie. Po­zwól­cie mu stu­dio­wać sta­ro­żytną wie­dzę, niech na­uczy się czy­tać z gwiazd i opa­nuje ta­jem­nice nie­bios.

- Ro­zu­miem. Otrzyma naj­lep­sze wy­kształ­ce­nie.

Ko­bieta kręci fi­li­żanką i omiata po­miesz­cze­nie prze­ni­kli­wym wzro­kiem. Przez chwilę dał się zwieść jej słod­kiemu, de­li­kat­nemu wy­glą­dowi. W jej oczach ro­dzą się te­raz pre­cy­zyjne plany, jakby była ge­ne­ra­łem. Dziecko po­ka­słuje. Urghe nie po­doba się ten dźwięk, brzmi to, jakby ktoś prze­cią­gał za­rdze­wiałą piłę przez grubą kłodę.

- Jest wą­tłego zdro­wia - stwier­dza. - Rów­no­waga pły­nów w jego ciele jest za­bu­rzona i dla­tego ucho­dzi z niego du­sza. Pro­si­li­ście le­ka­rza, by na niego spoj­rzał?

Ko­bieta wy­dy­cha po­wie­trze z prych­nię­ciem.

- Ci nie­kom­pe­tentni szar­la­tani tylko po­gor­szyli sprawę.

W piersi dziecka bul­go­cze śluz. Od­dech chłopca jest świsz­czący, ma­lec z tru­dem ła­pie po­wie­trze. Urghe marsz­czy czoło.

- Lada chwila i bę­dzie miał su­choty.

- Mo­że­cie mu po­móc?

Nie od­po­wia­da­jąc, Urghe sięga po moź­dzierz i pę­czek li­ści szał­wii, pod­pala go nad jedną ze świec i omiata nim chłopca od dołu do góry, mam­ro­cząc przy tym za­klę­cie w pra­sta­rym ję­zyku. Ko­bieta czuje w no­sie szczy­pa­nie, gdy Urghe wkłada palce w mie­szankę ziół pach­nącą miętą po­łą­czoną ze smal­cem i na­ciera nią klatkę pier­siową oraz ra­mionka chłopca. Po­tem na­lewa so­bie fi­li­żankę her­baty, po­zwa­la­jąc lecz­ni­czym zio­łom oczy­ścić płyny chłopca i wy­pę­dzić cho­robę z jego ciała.

- Na­cie­raj­cie go tym, dwa razy dzien­nie. - Urghe po­daje ko­bie­cie sło­iczek wy­peł­niony ma­ścią. - I da­waj­cie mu cie­płe ko­zie mleko.

- Nie wiem, jak wam dzię­ko­wać. - Ko­bieta wy­pija łyk her­baty i spo­gląda na Urghego zza opusz­czo­nych rzęs. - Mia­łam na­dzieję, że zgo­dzi­cie się rów­nież przy­jąć mo­jego dru­giego syna.

- Oczy­wi­ście.

Ko­bieta woła coś po hisz­pań­sku i ko­tara w drzwiach się od­chyla. Do po­koju wcho­dzi chło­piec o sze­ro­kich ra­mio­nach i peł­nych ustach matki, wy­raź­nie nie­za­do­wo­lony z dłu­giego ocze­ki­wa­nia. Matka rzuca mu su­rowe spoj­rze­nie.

- Wy­pro­stuj się, Ro­de­ricu.

Chło­piec pro­stuje plecy. Spo­glą­da­jąc w jego sza­ro­zie­lone oczy, Urghe nie­mal wy­po­wiada na głos prze­kleń­stwo. Przez jego ciało prze­biega dreszcz. Włosy na jego rę­kach stają dęba jak u roz­ju­szo­nego kota. Ma złe prze­czu­cie. Mruga, za­sko­czony re­ak­cją, jaką wy­wo­łuje w nim chło­piec. Kim on jest? Przez kilka chwil przy­glą­dają się so­bie jak dwaj szer­mie­rze. Po­trzeba ca­łej jego siły, wszyst­kich lat ćwi­czeń, by ciało nie zdra­dziło emo­cji, które w nim bu­zują. Wresz­cie Urghe pyta za­chryp­nię­tym gło­sem:

- Kim jest twój oj­ciec, chłop­cze?

Przez długą, na­piętą chwilę pa­trzą so­bie w oczy.

- Nie mam ojca.

Słowa wi­brują. Od­sła­niają wspo­mnie­nie, uczu­cie, że po­wta­rzają spo­tka­nie, które prze­żyli już wcze­śniej. Na mo­ment rysy chłopca się zmie­niają. Urghe wpa­truje się w inne oczy. Wspo­mnie­nia po­ja­wiają się bez za­pro­sze­nia, tak samo me­lan­cho­lijne jak za­wsze. Od­le­gły rytm bęb­nów. Pło­nące ob­razy walk pod ró­żo­wym i krwi­sto­czer­wo­nym nie­bem. Ciem­no­włosy męż­czy­zna o oczach Ro­de­rica, zmie­rza­jący konno na pole walki z sym­bo­lem Bo­gini na tar­czy. Dziew­czyna, wy­pro­sto­wana i ja­sna jak pło­mień u jego boku. Nio­sąca po­chod­nię. Du­sza, z którą chło­piec jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany. Świa­do­mość tego spada na Urghego jak so­kół na ofiarę, wbi­ja­jąc swoje szpony pro­sto w jego serce.

Urghe ota­cza dłońmi ku­bek, gdyż drżą tak mocno, że na­tych­miast by go zdra­dziły. Spoj­rze­nie wę­druje mię­dzy chłop­cem, ko­bietą i nie­mow­lę­ciem w jej ra­mio­nach. To de­cy­du­jący mo­ment, w któ­rym krzy­żuje się kilka ście­żek. Matka chłopca, która wy­daje się błęd­nie od­czy­ty­wać su­rową minę Urghego, uśmie­cha się prze­pra­sza­jąco.

- Jego oj­ciec po­cho­dzi z Rodu Niedź­wie­dzia.

Chło­piec spo­gląda gniew­nie z za­ło­żo­nymi rę­kami.

- On nie jest moim oj­cem.

Matka ma taką minę, jakby chciała mu wy­mie­rzyć siar­czy­sty po­li­czek, lecz za­miast tego bie­rze głę­boki wdech:

- Ro­de­ricu, za­bierz Ga­briela i po­cze­kaj przed na­mio­tem.

Cała su­ro­wość znika z twa­rzy chłopca, gdy bie­rze na ręce za­wi­niątko, jakby był go­tów zro­bić wszystko, by chro­nić młod­szego brata, który te­raz spo­koj­nie drze­mie w jego ra­mio­nach. Usta są za­ci­śnięte, a oczy po­ważne, gdy szu­kają spoj­rze­nia Urghego.

- Czy mój brat wy­zdro­wieje?

- Śmierć nie za­wsze jest zła. Ale tak, je­stem pe­wien, że twój brat prze­żyje.

Chło­piec kiwa głową.

- Będę go chro­nił.

Urghe nie może po­wstrzy­mać uśmie­chu. Od­pro­wa­dza chłopca wzro­kiem, gdy ten, wy­pro­sto­wany, opusz­cza na­miot.

- Więc chło­pak ma ro­syj­skie ko­rze­nie?

Ko­bieta wy­pija łyk her­baty i od­sta­wia fi­li­żankę.

- Nie lubi o tym mó­wić, jak pew­nie za­uwa­ży­li­ście.

Urghe po­ciera dło­nią pod­bró­dek. Waży słowa.

- Nie­któ­rzy lu­dzie przy­cho­dzą na świat, by stać się wo­jow­ni­kami. Nie ro­dzą się nad­zwy­czaj od­ważni ani silni, ale z ogniem we krwi. Może to nie jest ży­cie, które by sami wy­brali, ale to jest to, co po­tra­fią, co ro­bią naj­le­piej. Do czego zo­stali stwo­rzeni. Ten chło­piec ma ogień we krwi.

- Nie da się tego nie za­uwa­żyć. - Ko­bieta wy­gła­dza suk­nię z czu­łym uśmie­chem. - By­wają dni, że do­pro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa. Ale tych, któ­rych ko­cha, ko­cha z tym ogniem i dla nich byłby go­tów umrzeć.

Ko­bieta mówi to bez za­sta­no­wie­nia, nie­świa­doma prawdy w swo­ich sło­wach.

- Co go czeka, mi­strzu?

Co ma jej od­po­wie­dzieć? Że tra­ge­dia jest wpi­sana w ich ży­cie? Że ich losy są sple­cione jak nitki w tka­ni­nie? Że wszy­scy są zwią­zani tym sa­mym łań­cu­chem?

- Chłopca czeka wy­jąt­kowe ży­cie. Zdo­bę­dzie wła­dzę i sza­cu­nek, od­nie­sie suk­ces.

Oczy ko­biety błysz­czą.

Urghe waha się, nie­pewny, ile może jej po­wie­dzieć, nie nisz­cząc tka­niny prze­zna­cze­nia.

- Ale za­wsze bę­dzie po­dą­żał za pewną nie­wia­stą, a gdy upad­nie, to z jej imie­niem na ustach.

W twa­rzy i ciele ko­biety za­cho­dzi za­uwa­żalna zmiana. Usta stają się na­pięte i po­ważne.

- Co to zna­czy?

- Tego nie mogę wam po­wie­dzieć. O od­po­wied­nim cza­sie wszystko sta­nie się ja­sne.

Ko­bieta kiwa głową z dziw­nym spo­ko­jem. Coś mu mówi, że nie bę­dzie prze­bie­rała w środ­kach, by trzy­mać chło­paka z dala od tego dziew­czę­cia.

***

Cienka smuga dymu wi­ruje w górę, gdy Urghe ści­ska pło­mień mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym. Śmierć wie­lo­krot­nie pro­wa­dziła ich w to miej­sce. Wspo­mnie­nia prze­pły­wają przez ciało, roz­dra­pu­jąc ranę daw­nego bólu, za­po­mnia­nego już dawno temu. Bólu wy­ni­ka­jący ze świa­do­mo­ści, że wszystko za­cznie się od nowa. Każdą wielką zmianę po­prze­dza chaos.

Za oknem za­czyna się chmu­rzyć. Urghe, po­sia­da­jący wyż­szy sto­pień świa­do­mo­ści, wie, że gdzieś tam wła­śnie na­ro­dziła się dziew­czynka ze zna­kiem ziemi.

W ko­lej­nych ży­ciach los chłopca był zwią­zany z lo­sem dziew­czynki, a w ostat­nim ży­ciu po­dą­żył za nią aż do śmierci. Spo­tkają się po­now­nie i świat jesz­cze raz za­pło­nie pod ich sto­pami.

Część 1

Ailea

PÓŁ­NOCNA AN­GLIA, CZER­WIEC 1655

Ko­lory i za­pa­chy ją przy­tła­czają. Mar­twy ptak sie­dzi wy­pchany w wi­kli­no­wej klatce zwi­sa­ją­cej na łań­cu­chu z su­fitu. Ściany wozu są ręcz­nie ma­lo­wane, przed­sta­wiają re­ali­styczne kwiaty, li­ście i ko­lo­rowe ptaki. Na pod­ło­dze, na gru­bej tka­ni­nie ju­to­wej, leży prze­tarty dy­wan, dla ochrony przed wil­go­cią. Na stole przed nimi, ra­zem z kró­li­czymi ła­pami, mo­sięż­nymi mi­skami i zdo­bio­nymi drew­nia­nymi skrzy­niami, tło­czą się czaszki zwie­rząt, pod­stawki na ka­dzi­dła oraz krysz­ta­łowa kula z przy­ciem­nio­nego szkła.

Cy­ganka ma ciemną twarz i czarne włosy mie­niące się jak skrzy­dełka chrząsz­cza. Jest ubrana w wy­bla­kłą, sza­fra­nową su­kienkę, a na gło­wie ma wzo­rzy­stą, czer­woną chu­stę. Kilka ma­syw­nych pier­ścieni z ka­mie­niami zdobi jej dłu­gie palce.

Więk­szość lu­dzi po­gar­dza wę­drow­nym lu­dem, ale ci sami wie­śniacy, któ­rzy mają Cy­ga­nów za zło­dziei pa­ra­ją­cych się szar­la­ta­ne­rią, że­brac­twem i kra­dzieżą, pierwsi usta­wiają się w ko­lejce pod­czas po­ka­zów po­ły­ka­czy ognia, żon­gle­rów i tan­ce­rzy. Ma­dame Ta­mara wróży z ręki i fu­sów z her­baty. Asha za­bro­niła tu przy­cho­dzić dziew­czę­tom.

Ku­bek z her­batą pali ją w dło­nie. Ailea ostroż­nie są­czy na­pój. Choć nikt nie na­zwałby ma­dame Ta­mary pięk­no­ścią, ma w so­bie coś fa­scy­nu­ją­cego. Już po kilku mi­nu­tach Ailea i Liz sie­dzą jak za­cza­ro­wane.

Bran­so­letki na nad­garst­kach wróżki ci­cho po­brzę­kują, gdy po­chyla się nad sto­łem. - Let­nie prze­si­le­nie to czas, gdy nad­przy­ro­dzone moce są w ru­chu - wy­ja­śnia. - To czas, kiedy ta­jem­nice ist­nie­nia stają się do­stępne dla lu­dzi, a moż­li­wość prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści jest ła­twiej­sza. - No do­brze, dziew­czyno - Ma­dame Ta­mara wbija wzrok w Liz. - Wy­pij her­batę, aż zo­sta­nie tylko tyle płynu, by le­d­wie przy­kry­wał li­ście na dnie kubka.

Liz pije du­żymi ły­kami.

- Więc chce­cie po­wie­dzieć, że prze­po­wie­cie na­szą przy­szłość z fu­sów? - pyta.

- Wró­że­nie z fu­sów to nie jest czy­ta­nie książki. - Zęby ko­biety błysz­czą jak oszli­fo­wany krysz­tał gór­ski, gdy się uśmie­cha. - To dar, który w mo­jej ro­dzi­nie prze­ka­zy­wały so­bie ko­lejne po­ko­le­nia ko­biet. Sym­bole i ich roz­miesz­cze­nie w fi­li­żance przed­sta­wiają różne wy­da­rze­nia w ży­ciu: prze­szłość, te­raź­niej­szość i przy­szłość, któ­rymi w du­żej mie­rze ste­ruje prze­zna­cze­nie. Te naj­bli­żej uszka opo­wia­dają o to­bie, twoim domu i ro­dzi­nie. Prze­ciw­le­gła strona to praca i in­te­resy.- Ma­dame Ta­mara prze­suwa pal­cem po wy­szczer­bio­nej, zło­tej kra­wę­dzi fi­li­żanki. - Kra­wędź fi­li­żanki sym­bo­li­zuje rze­czy ma­jące wy­da­rzyć się nie­ba­wem, a jej dno to, co na­dej­dzie w dal­szej przy­szło­ści.

Liz się po­chyla.

- Co wi­dzi­cie? Wyjdę za mąż? Będę miała dużo dzieci?

- Zo­ba­czymy, co mó­wią du­chy. Weź­cie fi­li­żankę do dru­giej ręki - in­stru­uje ma­dame Ta­mara. - Za­mknij­cie oczy i za­daj­cie py­ta­nie, na które chce­cie uzy­skać od­po­wiedź. Ob­róć­cie fi­li­żankę trzy razy w prawo, a po­tem mi ją po­daj­cie.

Liz wy­ko­nuje po­le­ce­nie i daje ko­bie­cie pu­stą fi­li­żankę. Cy­ganka szybko od­wraca ją na spodku do góry dnem i czeka, aż wy­pły­nie z niej resztka płynu. Na­stęp­nie znowu prze­kręca fi­li­żankę i w mil­cze­niu przy­gląda się fu­som.

- Po­cho­dzi­cie z do­brej ro­dziny, prawda? - Brą­zowe oczy ma­dame Ta­mary spo­glą­dają w górę. - Je­ste­ście środ­ko­wym dziec­kiem i ma­cie kil­koro ro­dzeń­stwa.

Liz żar­li­wie po­ta­kuje. Ailea po­pija her­batę ma­łymi łycz­kami. Wy­star­czy rzu­cić okiem na buty przy­ja­ciółki wy­sta­jące spod su­kienki z po­ły­sku­ją­cego, czer­wo­nego je­dwa­biu, by się do­my­ślić, że Liz po­cho­dzi z do­brze sy­tu­owa­nej ro­dziny.

Ma­dame Ta­mara ob­raca fi­li­żankę w dłoni.

- Za­przy­jaź­ni­cie się z kimś, kogo po­zna­li­ście sto­sun­kowo nie­dawno lub kogo po­zna­cie w naj­bliż­szym cza­sie. Krowa sym­bo­li­zuje do­bro­byt i dłu­gie, szczę­śliwe ży­cie. I tak, wi­dzę dzieci w przy­szło­ści. Bę­dzie­cie mieć wielu ad­o­ra­to­rów. Wi­dzi­cie ten pier­ścień tu­taj? - Ma­dame Ta­mara prze­chyla fi­li­żankę i wska­zuje na li­ście her­baty, które, je­śli się zmruży oczy, kształ­tem przy­po­mi­nają okrąg. - To ozna­cza mał­żeń­stwo w nie­da­le­kiej przy­szło­ści.

- Co jesz­cze wi­dzi­cie? - Oczy Liz błysz­czą, gdy opiera brodę na dło­niach i po­chyla się nad sto­łem. - Czy mo­że­cie zo­ba­czyć, jak bę­dzie wy­glą­dał mój przy­szły mąż?

Ma­dame Ta­mara ob­raca fi­li­żankę w dło­niach.

- Ja­sno­włosy. Bar­dzo przy­stojny. Po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dziny.

Przy­ja­ciółka ma minę jak kot mru­czący przy trza­ska­ją­cym ko­minku.

- Cał­kiem nie­zła par­tia. - Wróżka znowu spo­gląda w dół. - Ale to ku­glarz skrad­nie wa­sze serce.

Ailea krztusi się her­batą.

- Ku­glarz! - Liz jest tak za­sko­czona, że Ailea nie może po­wstrzy­mać śmie­chu mię­dzy kaszl­nię­ciami.

- To ja­kaś po­myłka. - Liz krzy­żuje ręce na piersi, ki­wa­jąc głową w stronę fi­li­żanki. - Po­wróż­cie mi jesz­cze raz.

- Nie ob­wi­niaj­cie mnie. Du­chy prze­mó­wiły. Te fa­lu­jące li­nie wska­zują na nie­pew­ność. Sta­nie­cie przed wy­bo­rem. - Ma­dame Ta­mara zwraca się do Ailei. - Czy wy rów­nież chce­cie po­znać swoją przy­szłość, dziew­czyno?

Ailea do­pija her­batę.

- Nie, dzię­kuję.

- Ależ oczy­wi­ście, że chce. - Liz wy­rywa fi­li­żankę z ręki Ailei i po­daje ją ma­dame Ta­ma­rze ra­zem z kil­koma mie­dzia­kami.

- Hmm... - Wzrok Cy­ganki wę­druje po dnie i kra­wę­dzi fi­li­żanki. - Dziwne. Po­wróżę wam z ta­bli­czek.

Ma­dame Ta­mara sięga po wo­re­czek z ko­lo­ro­wego ma­te­riału, otwiera go i wy­sy­puje jego za­war­tość na stół. Dzie­więć­dzie­siąt sześć kwa­dra­to­wych drew­nia­nych ta­bli­czek, każda z wy­ry­tym sym­bo­lem, pta­kiem, kwia­tem lub czymś in­nym. Mie­sza je, a na­stęp­nie prosi Aileę, by wy­brała dwa­dzie­ścia je­den.

- Zo­baczmy, co po­wie­dzą du­chy. - Cy­ganka układa płytki w kształt gwiazdy, po czym od­krywa te na ze­wnętrz­nych krań­cach. - Księga sym­bo­li­zuje wie­dzę i oświe­ce­nie - wy­ja­śnia. - Szybko się uczy­cie. Jest w was chęć zgłę­bia­nia wie­dzy i szu­ka­nia prawdy. - Jej oczy prze­no­szą się na ta­bliczkę z czer­wono-żół­tym pta­kiem dra­pież­nym wzno­szą­cym się ku niebu. - Orzeł to zwie­rzę naj­bliż­sze słońcu. Re­pre­zen­tuje wła­dzę, siłę i god­ność. Ma­cie tę samą siłę, co on. - Ma­dame Ta­mara pa­trzy na Aileę z lek­kim uśmie­chem. - Ale orzeł ma też silną wolę, nie po­chyla głowy i nie prze­strzega za­sad. Klep­sy­dra mówi mi, że by­wa­cie nie­roz­ważna.

Liz uśmie­cha się sze­roko.

- Cała Ailea

- Le­piej dwa razy po­my­śleć, za­nim rzu­ci­cie się w coś na oślep. - Ma­dame Ta­mara od­krywa po­zo­stałe ta­bliczki. Jej rysy twa­rzy i po­stawa zmie­niają się, gdy w mil­cze­niu im się przy­gląda.

- No­si­cie w so­bie smu­tek. Szty­let zwia­stuje ja­kąś stratę. - Spoj­rze­nie ma­dame Ta­mary prze­szywa Aileę jak strzała. - Je­ste­ście sie­rotą, prawda?

Py­ta­nie za­wisa w po­wie­trzu bez od­po­wie­dzi. Ailea mil­czy, a ko­bieta po­now­nie kon­cen­truje się na ta­blicz­kach.

- W nie­da­le­kiej przy­szło­ści na­stąpi dra­styczna zmiana w wa­szym ży­ciu - cią­gnie ma­dame Ta­mara. - Ta­jem­nica wyj­dzie na jaw. - Ta­mara milk­nie na kilka głę­bo­kich od­de­chów. - Jest ktoś przy was. Ja­kiś męż­czy­zna, ciem­no­włosy wo­jow­nik.

Serce Ailei przy­spie­sza, szumi jej w uszach. Liz przy­bliża do niej głowę i szep­cze:

- To musi być Aaron, prawda?

Ta­mara mruży oczy i po­chyla się nad ta­blicz­kami.

- Już raz prze­lał dla was krew i bę­dzie to mu­siał zro­bić po­now­nie. Obrońca. Ten, który za­wsze chroni was przed Cie­niami.

Pło­mie­nie świec mi­go­czą. Na­strój na­gle się zmie­nia, choć Ailea nie ro­zu­mie dla­czego.Ta­mara przy­gląda jej się spod zmarsz­czo­nych brwi.

- Po­daj­cie mi rękę, dziew­czyno.

Ailea czuje silne mro­wie­nie, chce wstać i odejść, ale nie może się ru­szyć. Po krót­kim wa­ha­niu speł­nia prośbę Cy­ganki. Po­miesz­cze­nie się kur­czy. Czarne po­sta­cie po­woli wy­cho­dzą z ką­tów i za­ka­mar­ków wozu, ni­czym ogromne pa­jąki. Kiedy ma­dame Ta­mara znowu się od­zywa, jej głos jest na­pięty i dziwny.

- Mrok ota­cza was ze wszyst­kich stron. Cie­nie stały się ludźmi. Czają się w ciem­no­ści, wdzie­rają się wszel­kimi moż­li­wymi spo­so­bami. Jak rak roz­prze­strze­niają się i za­pusz­czają ko­rze­nie. Za­cho­waj­cie ostroż­ność.

Wło­ski na karku stają jej dęba, jakby ktoś wy­lał jej na plecy zimną wodę. Ailea pró­buje wy­rwać rękę, ale ma­dame Ta­mara trzyma ją w że­la­znym uści­sku.

Kro­pelki potu po­ja­wiają się na gór­nej war­dze ko­biety.

- Cie­nie do­staną szansę, by was po­chło­nąć. Będą pod­szy­wać się pod lu­dzi, któ­rym ufa­cie, by osią­gnąć swój cel. Przy­ja­ciel sta­nie się wro­giem. Wasz naj­lep­szy przy­ja­ciel wa­szym prze­ciw­ni­kiem. Nie za­po­mi­naj­cie, kim je­ste­ście. - Ma­dame Ta­mara błą­dzi wzro­kiem, jak prze­stra­szone zwie­rzę.

- Wa­sza przy­szłość jest zwią­zana z prze­szło­ścią. Szu­kaj­cie w bi­blio­tece, od­najdź­cie swoje ko­rze­nie, za­nim...

- Zmy­kaj­cie stąd, dziew­częta! Na­tych­miast! - Bursz­ty­nowe oczy Ashy płoną tłu­mioną wście­kło­ścią.

Ma­dame Ta­mara wzdryga się, wy­pusz­cza­jąc dłoń Ailei.

- Jak śmiesz? - sy­czy Asha przez za­ci­śnięte zęby, wbi­ja­jąc wzrok w ko­bietę.

Ma­dame Ta­mara szybko do­cho­dzi do sie­bie. Dum­nie unosi głowę, z chłod­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- Twoja duma czyni cię ślepą, Asho.

- Za­milcz, ko­bieto. Nie waż się zbli­żać do mo­ich dziew­cząt.

Spoj­rze­niem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu, Asha każe im opu­ścić wóz.

- Mó­wi­łam wam, że­by­ście tam nie cho­dziły! - Jej pierś gwał­tow­nie unosi się i opada.

Liz spusz­cza głowę i grze­bie bu­tem w ziemi. - To ja za­bra­łam tam Aileę. Prze­pra­szam.

- Po­win­naś być mą­drzej­sza, Eli­za­beth.

Ailea mil­czy. Przez twarz Ashy prze­mknęło coś, co Aileę prze­raża bar­dziej niż ostre słowa. Strach.

Ailea

PÓŁ­NOCNA AN­GLIA, CZER­WIEC 1655

- Nie było cię tam, Ga­brielu. - Liz obej­muje się ra­mio­nami. Gęsi tłuką skrzy­dłami i sy­czą, prze­cho­dząc obok, za­jęte wy­ła­py­wa­niem owa­dów i tłu­stych ogro­do­wych śli­ma­ków. - Nie wi­dzia­łeś miny ma­dame Ta­mary. Na­prawdę wy­glą­dała, jakby coś zo­ba­czyła.

Zmarszczki na czole Ga­briela mó­wią Ailei, że nie do końca wie­rzy Liz. Białe chatki stoją na dzie­dzińcu, jedna obok dru­giej. Niebo nad nimi po­woli zmie­nia ko­lor z go­łę­biej sza­ro­ści na czy­sty błę­kit. W po­wie­trzu unosi się de­li­katny za­pach róż oraz dymu z wczo­raj­szych ognisk. Ptaszki szu­kają dżdżow­nic w ży­znej ziemi. Gdy słońce pada na twarz, wy­da­rze­nia po­przed­niego dnia wy­dają się je­dy­nie snem.

- Nie mówmy już o tym. - Ailea prze­ciera oczy, sze­roko zie­wa­jąc. Za pa­znok­ciami ma zie­lony brud, po kwia­tach i zio­łach, które zbie­rali w nocy. W cza­sie let­niego prze­si­le­nia na­tura ma szcze­gólną moc. Ro­śliny ze­brane wtedy na łą­kach po­sia­dają sil­niej­sze wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze niż o ja­kiej­kol­wiek in­nej po­rze roku. Naj­bar­dziej prze­sądne osoby, jak Liz i sio­stra Ro­ese, zry­wały kwiaty ty­łem, uży­wa­jąc tylko le­wej ręki.

Czy­stymi ręcz­ni­kami ze­brały też rosę, którą rano po­moce ku­chenne wy­ci­snęły do mi­sek z mąką i upie­kły cia­steczka szczę­ścia, do­da­wane do wszyst­kich wy­pie­ków aż do na­stęp­nego prze­si­le­nia.

Zbie­rały ro­śliny tak długo, aż roz­bo­lały je plecy, a za nie­bie­skimi gó­rami wstał świt, za­le­wa­jąc łąkę po­to­kiem zło­tego świa­tła. Po­ło­żyw­szy się do łóżka, każda z nich umie­ściła pod po­duszką dzie­więć róż­nych kwiat­ków, li­cząc na to, że przy­śni im się przy­szły uko­chany. Za­miast cu­dow­nego snu Ailea do­stała szczy­pawkę w uchu.

Za­sła­nia dło­nią usta, by ukryć ko­lejne ziew­nię­cie. W du­żej sto­dole ry­czy znie­cier­pli­wione by­dło, które chce, by je na­kar­mić. Ka­wa­łek da­lej kilku młod­szych chłop­ców rzuca ka­mie­niami w ścianę bu­dynku. Pro­mie­nie słońca prze­ni­kają przez ko­rony drzew, rzu­ca­jąc mi­go­tliwe cie­nie na ściany bie­lone wap­nem. Wła­śnie mi­jają chłop­ców, gdy coś, ja­kiś cień, ruch do­strze­żony ką­tem oka, spra­wia, że Ailea przy­staje.

Jej puls przy­śpie­sza, a gniew ro­śnie, gdy wi­dzi, co ro­bią. Gwał­tow­nie się od­wraca.

- Wy małe po­twory! - Ailea tak mocno cią­gnie za włosy więk­szego z chłop­ców, że w oczach stają mu łzy. - Na­tych­miast prze­stań­cie!

- To szkod­niki, tylko przy­no­szą nie­szczę­ście! - ję­czy chło­pak. - Gdy bę­dziesz spała, wlecą do środka, wy­dra­pią ci oczy i du­szę, a po­tem prze­każą ją Sza­ta­nowi!

Dzie­cięca twarz jest brzydka, czer­wona, a z sze­ro­kiego nosa ciek­nie ka­tar. Ailea po­woli roz­luź­nia uścisk.

- Jazda mi stąd! Za­nim...

Ailea za­ci­ska pię­ści. Chło­pak ucieka, po­ty­ka­jąc się, a jego to­wa­rzy­sze pę­dzą za nim. Dziew­czyna przy­kuca. Kruk dziko trze­po­cze pu­cha­tymi skrzy­dłami, ża­ło­śnie roz­ło­żo­nymi, a jedną nogę ma za­plą­taną w sieć ry­backą. Ja­kim cu­dem się tu­taj zna­lazł? Wśród lu­dzi? Kła­pie ma­to­wym, czar­nym dzio­bem.

- Spo­koj­nie, spo­koj­nie, pró­buję ci tylko po­móc!

Ailea czuje ucisk w klatce pier­sio­wej i ści­ska ją w gar­dle. Nie chce jesz­cze bar­dziej skrzyw­dzić ptaka. Ten wi­dok wy­wo­łuje u niej falę wspo­mnień. Przy­po­mina so­bie kruka, któ­rego po­cho­wała jako dziecko. Po­wy­ry­wane pióra. Mar­twe, czarne oczy. Mrówki ob­gry­za­jące mięso z ko­ści. Młody kruk trze­po­cze skrzy­dłami i jesz­cze moc­niej za­plą­tuje się w sieć. Dziew­czyna zerka ner­wowo przez ra­mię.

- Po­móż mi!

Ga­briel zdej­muje kurtę i na­krywa nią kruka. Trze­po­ta­nie na­tych­miast ustaje.

- Mój wuj miał ptaki łow­cze - oznaj­mia ci­cho, jakby mó­wił do wy­stra­szo­nego zwie­rzę­cia.

Ailea nie jest pewna, czy uspo­kaja ptaka, czy ją.

- So­kol­nik za­wsze tak ro­bił, za­kry­wał pta­kom oczy, gdy były nie­spo­kojne.

Ailea ostroż­nie pod­nosi okry­cie, by przyj­rzeć się kru­kowi. Noga wy­gląda na uszko­dzoną, w miej­scu, gdzie ostra sieć wbiła się w skórę. Sięga po sierp księ­życa, mały za­krzy­wiony szty­let wi­szący przy jej bio­drze, i prze­cina nim sieć.

Ga­briel dra­pie się po gło­wie.

- Może trzeba było po­zwo­lić chło­pa­kom do­koń­czyć to, co za­częli?

Ailea rzuca mu wście­kłe spoj­rze­nie. Na po­licz­kach Ga­briela roz­lewa się lekki ru­mie­niec, lecz w oczach, które na­po­ty­kają jej wzrok, wi­dać spo­kój.

- To by­łoby okrutne, po­zwo­lić mu żyć. Skrzy­dła wciąż ma po­kryte pu­chem. Sam so­bie nie po­ra­dzi - za­uważa Ga­briel.

- My­ślisz, że jego ro­dzice nie żyją? - pyta Ailea.

- Naj­praw­do­po­dob­niej. Gniazdo mo­gło spaść z drzewa albo z niego wy­padł. Tak czy ina­czej, prze­by­wa­nie na ziemi, za­nim na­uczy się la­tać, jest dla niego śmier­tel­nie nie­bez­pieczne.

- Spo­koj­nie, spo­koj­nie. - Ailea pod­nosi kruka, który jesz­cze raz trze­po­cze skrzy­dłami, za­nim jego mięk­kie, pu­chate ciałko ka­pi­tu­luje przy jej piersi.

Ga­briel otwiera usta, jakby chciał coś po­wie­dzieć, ale Ailea rzuca mu spoj­rze­nie, które na­tych­miast go uci­sza.

- Nie zo­sta­wię go tu­taj.

Ru­chy pod kurtą ustają. Przez chwilę boi się, że kruk się pod­dał i za­snął na za­wsze, lecz na­gle czuje przez skórę uspo­ka­ja­jące trze­po­ta­nie jego ma­łego serca przy swoim sercu.

***

- Nie mo­żesz go za­trzy­mać. - Kroki Liz bie­gną­cej za nią po scho­dach przy­spie­szają. Ailea na­ci­ska klamkę cięż­kich dę­bo­wych drzwi, nie od­po­wia­da­jąc. W sy­pialni pa­nuje ba­ła­gan, jak za­wsze, gdy po­ko­jowa ma wolne przez kilka dni. Spód­nica, którą Ailea miała wczo­raj na so­bie, leży na pod­ło­dze. Po­ko­jowa Cate jest cier­pliwa, ale czę­sto kręci głową z dez­apro­batą, skła­da­jąc ubra­nia Ailei i ukła­da­jąc je rów­niutko w sza­fie. Ailea od­suwa na bok szka­tułkę i siada na łóżku z kru­kiem na ko­la­nach.

- Czy ktoś mógłby mi po­dać ży­wicę świer­kową z tam­tej szafki?

Ga­briel i Liz mil­czą, naj­wy­raź­niej uwa­żają, że to wy­jąt­kowo zły po­mysł. W końcu Liz wzdy­cha, pod­cho­dzi do szafki i otwiera drzwiczki.

- Nie tę - mówi Ailea. - Zie­lony sło­iczek na naj­wyż­szej półce.

Liz od­kręca sło­iczek i po­daje go Ailei. Ko­jący za­pach lasu igla­stego i miodu wy­peł­nia noz­drza. To prze­pis Magy: ży­wica świer­kowa wy­mie­szana z ło­jem oraz odro­biną wo­sku psz­cze­lego. Maść jest rów­nie sku­teczna na pęk­nię­cia i rany, co na wy­cią­ga­nie drzazg ze skóry. Ailea za­nu­rza w niej pa­lec, na­biera so­lidną por­cję i roz­grzewa ją mię­dzy pal­cami, aż ta staje się miękka i gładka ni­czym ma­sło.

Liz krzy­żuje ręce na piersi.

- Nie mo­żesz go tu­taj trzy­mać. Asha i bez tego jest już na cie­bie zła. A co po­wiesz, gdy Cate przyj­dzie po­sprzą­tać twoją kom­natę i zo­ba­czy pta­sie od­chody? Jak to wy­tłu­ma­czysz? Spójrz na swoją su­kienkę.

Za­sta­na­wia­jąc się nad od­po­wie­dzią, Ailea de­li­kat­nie roz­sma­ro­wuje maść wzdłuż rany na no­dze kruka.

- Mo­gła­bym mu zro­bić po­sła­nie w wieży. Nikt tam nie cho­dzi.

- Bę­dzie mu tam strasz­nie zimno.

- Jest lato.

- A co po­tem? Kiedy na­dej­dzie je­sień?

- Wtedy będę się tym mar­twić.

W tym sa­mym mo­men­cie roz­brzmie­wają dzwony wzy­wa­jące je na po­si­łek. Ga­briel wy­gląda przez okno.

- Chęt­nie bym po­mógł, ale mu­szę wró­cić, za­nim Mistrz Donne za­uważy, że mnie nie ma.

- Po­trze­bu­jesz swo­jej kurty? - pyta go Ailea.

- Za­trzy­maj ją.

Liz kła­dzie rękę na klamce.

- Wszy­scy będą się mar­twić, je­śli nie zej­dziesz na po­si­łek.

Ni­gdy tego nie ro­bisz.

- Wy­myśl coś. Po­wiedz, że źle się po­czu­łam.

Liz kiwa głową.

- Przyjdę ci po­móc, jak tylko będę mo­gła.

Ga­briel za­myka za nimi drzwi. Ailea kła­dzie kruka na łóżku. Pod­cho­dzi do skrzyni z drewna ró­ża­nego, w któ­rej prze­cho­wuje swoje skarby, i wy­rzuca wszystko na pod­łogę. Zdej­muje z łóżka fu­tro i na­rzutę z grubo tka­nego ma­te­riału, po czym wy­rywa z sien­nika kilka gar­ści słomy i roz­kłada ją na dnie skrzyni. Ostroż­nie umiesz­cza na niej pi­sklę. Jest ta­kie małe i biedne, sku­lone w ką­cie. Ailea sta­wia obok niego mi­seczkę z wodą, sięga po książkę z noc­nego sto­lika i wkłada ją po­mię­dzy wieko a skrzy­nię, żeby do środka do­cho­dziło tro­chę po­wie­trza i świa­tła.

- Nie­długo po cie­bie wrócę - szep­cze.

***

Ude­rza ją za­pach stę­chli­zny. Ailea marsz­czy nos, mru­żąc oczy w sła­bym świe­tle. Wieża to w rze­czy­wi­sto­ści pod­da­sze z wy­so­kim, sko­śnym da­chem i cięż­kimi drew­nia­nymi bel­kami. Tu­taj gro­ma­dzone są rze­czy, któ­rych nie da się już na­pra­wić, ale są zbyt cenne, by je wy­rzu­cić. Mu­cha ude­rza de­li­kat­nym ciał­kiem w szybę pół­okrą­głego okna. Ailea roz­gląda się po ba­ła­ga­nie na pod­da­szu i wzdy­cha, za­sta­na­wia­jąc się, od czego by tu za­cząć.

Niebo nie jest już blade, tylko pur­pu­ro­wo­po­ma­rań­czowe, gdy Ailea wresz­cie koń­czy pracę. Bolą ją plecy. Dło­nie ma całe w pę­cher­zach od za­mia­ta­nia, szo­ro­wa­nia i prze­no­sze­nia me­bli. Siada z kru­kiem na ko­la­nach na owczych skó­rach, które roz­ło­żyła na war­stwie słomy. Pod­nosi wzrok, sły­sząc ha­łas na scho­dach. Na pod­da­sze wcho­dzi Liz, z pełną tacą w jed­nej ręce, z dwoma ko­cami prze­wie­szo­nymi przez ra­mię i ka­gan­kiem w dru­giej.

- Prze­pra­szam, pró­bo­wa­łam wy­rwać się wcze­śniej, ale nie da­łam rady. Po­wie­dzia­łam, że źle się czu­jesz i ab­so­lut­nie nie chcesz, by ci prze­szka­dzano. - Liz sta­wia drew­nianą tacę na pod­ło­dze. - Przy­nio­słam wszystko, co tylko mo­głam.

Wzrok Ailei wę­druje od pa­ru­ją­cej mi­ski pach­ną­cej zupy przez so­lidny ka­wa­łek sera, chleb, ciastka mio­dowe, garść ja­gód po dzba­nek świe­żej wody.

- Zjadł coś? - pyta Liz.

- Jesz­cze nie. Na­wet nie tknął wody. - Ailea pod­suwa kru­kowi ka­wa­łek chleba, ale ten nie jest nim za­in­te­re­so­wany.

Liz roz­kłada kra­cia­stą ser­wetę.

- Kruki je­dzą mięso, prawda?

- Skąd je wzię­łaś?

- Spy­ta­łam ku­charkę, czy nie ma ja­kichś resz­tek.

Ailea marsz­czy brwi.

- Nie za­sta­na­wiała się, po co ci one?

- Po­wie­dzia­łam, że dla jed­nej z suk, która wła­śnie się oszcze­niła i stra­ciła dużo krwi.

Ailea roz­rywa nie­wielki ka­wa­łek mięsa i po­daje go kru­kowi, ale ten od­wraca głowę.

- Mu­sisz coś zjeść, ma­lu­chu.

- Mam zo­stać? - pyta Liz.

- Nie trzeba. I tak je­stem wy­koń­czona.

- Przyjdę rano, jak tylko wstanę.

Liz ży­czy jej do­brej nocy, za­myka za sobą klapę i od­cho­dzi. Ailea sta­wia ka­ga­nek na chwiej­nym trój­noż­nym stołku peł­nią­cym funk­cję sto­lika noc­nego.

Dzieli ser na ka­wałki, pró­buje na­mo­czyć część je­dze­nia, ale kruk na­dal nie chce jeść. Sie­dzi spo­koj­nie na jej ko­la­nach, jakby już się przy­zwy­czaił do jej za­pa­chu.

- Jak mam cię na­zwać? Prze­cież mu­sisz mieć ja­kieś imię. - Gła­dzi go jak kota. - Sa­dza? Wę­giel? - Za­sta­na­wia się. - Ob­si­dian? Nie, to zbyt skom­pli­ko­wane. Co po­wiesz na Co­rax? To po ła­ci­nie "kruk".

Głasz­cze go po pió­rach, zdu­miona ich mięk­ko­ścią. Ob­razy po­ja­wiają się bez ostrze­że­nia, roz­myte, jak te, które wi­dzi się tuż przed za­śnię­ciem. Roz­le­głe zie­lone wzgó­rze. Dzie­cięce nogi bie­gnące przez wy­soką trawę. Kwiaty na łące prze­la­tują jej przed oczami jak żółte, fio­le­towe i błę­kitne po­cią­gnię­cia pędzla. Rosa na źdźbłach trawy. Wy­spa we mgle. Młody męż­czy­zna wy­sia­da­jący z ma­łej ło­dzi. Jakby wi­działa te ob­razy od dołu.

Ailea ziewa i prze­ciera oczy.

- Nie ro­zu­miem, co pró­bu­jesz mi po­ka­zać.

Ma wra­że­nie, że ściany wi­szą do środka ni­czym ak­sa­mitna tka­nina. Zmę­cze­nie otula ją jak gruby weł­niany koc. Po­chła­nia mi­skę zupy z rzepy i drobno po­kro­jo­nego mięsa, po czym wczoł­guje się pod skóry. Kruk wtula ci­cho dziób pod jej brodę. Nie­po­kój zo­staje w niej jak kro­ple desz­czu na tor­fo­wi­sku. Czy Co­rax prze­żyje? Nie po­cią­gnie długo, je­śli nie za­cznie jeść lub pić. Na samą myśl o tym Ailea czuje ucisk w klatce pier­sio­wej. Gasi ka­ga­nek. Spo­wija ją ciem­ność za­bie­ra­jąca wszyst­kie my­śli. Dziew­czyna za­pada w sen.

***

Bu­dzą ją pro­mie­nie słońca wpa­da­jące przez okno, za­le­wa­jąc ją gę­stym i cie­płym świa­tłem, które jest ni­czym rzeka miodu. Ailea do­staje gę­siej skórki. Ziewa i prze­ciera oczy, by się do­bu­dzić. Za oknem pa­jąk tka swoją sieć, a w po­wie­trzu wi­rują dro­binki ku­rzu. Słońce jest wy­soko na nie­bie. Mu­siała długo spać. Szybko siada. Gdzie jest kruk? Żo­łą­dek jej się kur­czy, a ona przy­go­to­wuje się na wi­dok mar­twego ptaka le­żą­cego na zim­nych de­skach.

Na­gle w jej kie­runku to­czy się szpulka nici, a za nią ko­ły­sząc się na boki, czła­pie Co­rax, wy­raź­nie po­chło­nięty za­bawą. Na tacy zo­stały tylko okruszki wczo­raj­szego je­dze­nia. Ciało Ailei za­lewa fala cie­pła, wy­pie­ra­jąc wszel­kie zmar­twie­nia.

Jej kruk bę­dzie żył.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Ailea

PÓŁ­NOCNA AN­GLIA, LUTY 1655

Klasz­tor gó­ruje nad oko­licą ni­czym zło­wrogi ol­brzym. Spo­wita zim­nym bla­skiem księ­życa bu­do­wla wy­gląda na uśpioną, skry­wa­jącą ta­jem­nice. Ailea moc­niej otula głowę sza­lem. Mgła za­mie­niła się w za­ci­na­jący deszcz i lo­do­waty wiatr, który zrywa z dę­bów ostat­nie li­ście. Te dwie mile ją wy­cień­czyły; droga miej­scami była prze­orana ko­le­in­ami i po­kryta na wpół za­mar­z­nię­tym bło­tem, które wy­pły­wało z ziemi jak płyn z wrzo­dów u cho­rych na dżumę.

Skóra szczy­pie od zimna, lo­do­wate po­wie­trze roz­dziera płuca. Prze­nika przez ubra­nia. Przez mo­ment, gdy pa­trzy na ka­mienne mury, wy­daje jej się, że ja­kieś oczy spo­glą­dają na nią przez szybki po­łą­czone oło­wia­nymi ram­kami.

W wy­so­kich drzwiach klasz­toru po­ja­wiają się dwie ko­biety w ko­szu­lach noc­nych. Ailea czuje, że uda zdrę­twiały jej z zimna, gdy idzie za Ashą po scho­dach. Kiedy pod­cho­dzą do tych ko­biet, za­uważa, że młod­sza ma de­li­katną twarz, śmie­tan­kową cerę i włosy w ko­lo­rze kur­kumy.

Ta druga przy­po­mina starą ja­błoń. Ob­wi­sła, prze­su­szona i ciemna skóra na twa­rzy wy­gląda jak stara skó­rzana sa­kiewka po­zo­sta­wiona zbyt długo na słońcu. Ko­bieta ko­ja­rzy się z ro­pu­chami ży­ją­cymi na ba­gnach. Asha nie opo­wia­dała jej za wiele o szkole, ale wy­star­cza­jąco dużo, by Ailea mo­gła zgad­nąć, że ta sta­ruszka to sroga sio­stra Ju­deth, pod­prze­ory­sza. Jej grube brwi się zbie­gają, gdy unosi ka­ga­nek i wbija wzrok w Aileę.

- Nie stój tak i nie gap się, dziew­czyno. - Głos pod­prze­ory­szy trzesz­czy ni­czym młyń­skie koło. - Wejdź do środka, za­nim spro­wa­dzisz na nas su­choty. - Wolną ręką Ju­deth prze­py­cha Aileę przez próg, jed­no­cze­śnie mru­cząc po­dzię­ko­wa­nie do naj­święt­szej Ma­rii Dzie­wicy, Matki Bo­żej i opie­kunki ko­biet, za to, że przy­słała im Ashę po tych wszyst­kich nie­szczę­ściach. Na twa­rzy Ashy po­głę­biają się zmarszczki.

- Kto nas opu­ścił? - pyta.

- Sio­stra Fran­ces i dwie no­wi­cjuszki, a także ta pie­go­wata po­moc ku­chenna z za­dar­tym no­sem.

- Ce­cil?

Ju­deth kiwa głową. Do umy­słu Ailei wdziera się ob­raz świeżo wy­ko­pa­nych na skraju lasu błę­kit­na­wych gro­bów, obok któ­rych prze­jeż­dżały.

- Na co zmarły? - pyta ostroż­nie.

- Tylko ptaki to wie­dzą, ale to mu­siało być dzieło sza­tana. - Twarz sio­stry Ju­deth wy­krzy­wia brzydki gry­mas. - Do­stały krwa­wią­cej wy­sypki, skóra im pę­kała, a go­rączkę miały tak wy­soką, że na ich czo­łach można było go­to­wać. Le­żały i dy­szały przez ty­dzień, aż w końcu się pod­dały.

Ju­deth mówi, że nie­które z młod­szych no­wi­cju­szek wciąż są chore, mają rzę­żący ka­szel i tak du­szą się w nocy, że trzeba za­my­kać za nimi drzwi.

Słabo oświe­tlony hol wej­ściowy jest tak duży, że mógłby się w nim zmie­ścić mały dom. Ka­mienna po­sadzka lśni. Na­prze­ciwko znaj­dują się ciemne, drew­niane schody pro­wa­dzące na wyż­sze pię­tra.

Palce Ailei są czer­wone od zimna, a gdy pró­buje je zgiąć, czuje w nich nie­przy­jemne mro­wie­nie. Zdej­mu­jąc płaszcz, mo­kry i ciężki od desz­czu, wzdy­cha z ulgą. Młod­sza, ru­do­włosa ko­bieta bie­rze od nich mo­kre okry­cia i szuka wzroku Ashy.

- Mogę je po­wie­sić w kuchni, żeby wy­schły do rana. - Głos ma miękki, nie­mal śpiewny.

- Dzię­kuję, Ro­ese. Przy­szły ja­kieś li­sty do mnie?

- Leżą w wa­szym po­koju.

Asha kiwa głową i zwraca się do Ailei:

- Mu­szę za­ła­twić kilka spraw. Sio­stra Ju­deth po­każe ci twój po­kój. Zo­ba­czymy się ju­tro na śnia­da­niu.

Nie od­chodź - my­śli Ailea, lecz nim zdą­żyła to wy­po­wie­dzieć, Asha i Ro­ese już się od­wra­cają i od­cho­dzą, po­zo­sta­wia­jąc ją samą z ro­pu­chą. Ju­deth mruży oczy.

- Po­dejdź bli­żej, że­bym mo­gła ci się przyj­rzeć, dziecko. Bli­żej! Mu­sisz stać w świe­tle, ro­zu­miesz? - In­ten­sywny za­pach pio­łunu drażni nos Ailei, gdy sta­ruszka unosi ka­ga­nek bli­sko jej twa­rzy, jakby chciała oświe­tlić naj­głęb­sze za­ka­marki jej du­szy. Ma przy ustach zna­mię, które się po­ru­sza, gdy mówi. Zna­miona mogą być piękne i wy­jąt­kowe, jak plamki na pa­wich pió­rach. Inne zaś są owło­sione i ko­smate jak gą­sie­nice, i zna­mię Ju­deth ta­kie wła­śnie jest.

Ko­bieta marsz­czy nos i mru­czy coś o tym, że Ailea jest ko­ści­sta jak cza­pla i nie­przy­zwo­icie wy­soka.

Pro­wa­dzi ją po ka­mien­nej po­sadzce, a po­tem scho­dami na górę. Kro­pla desz­czu spływa wzdłuż li­nii wło­sów dziew­czyny i za­trzy­muje się na czubku nosa, po czym spada. Ailea wie o tej szkole tylko tyle, że na po­czątku dwu­na­stego wieku ja­kiś bo­gaty lord po­da­ro­wał sio­strom za­kon­nym zie­mię i przy­le­ga­jący do szkoły ko­ściół, po tym, jak ob­ja­wił mu się Ar­cha­nioł Mi­chał, do­wódca ar­mii nie­bie­skiej. I że po kilku po­ża­rach sio­stry od­bu­do­wały więk­szą część klasz­toru. Kiedy na­stała re­for­ma­cja i li­kwi­do­wano klasz­tory, ostat­nia prze­ory­sza uzy­skała po­zwo­le­nie na wy­ku­pie­nie klasz­toru i po­dzie­le­nie ziemi na dwie szkoły, jedną dla dziew­cząt, drugą dla chłop­ców.

Do­cie­rają na pię­tro, ale Ju­deth pro­wa­dzi ją da­lej, trzy­ma­jąc ka­ga­nek wy­żej niż na scho­dach, aby oświe­tlić długi ko­ry­tarz. Świa­tło mi­go­cze, rzu­ca­jąc upiorne cie­nie na ka­mienne ściany. Śmier­dzi piw­nicą i zbu­twia­łymi li­śćmi. Wil­goć wnika w ciało, ko­ści i buty. Mi­jają sa­lon z ma­syw­nymi me­blami i ko­min­kiem, w któ­rym zgasł ogień. Ailea nie­mal sły­szy mam­ro­ta­nie tych se­tek gło­sów, które były tu­taj przed nią.

Jest tu nie­skoń­cze­nie wiele drzwi i każde są inne. Wy­dają się wpa­try­wać w nią błysz­czą­cymi, że­la­znymi oku­ciami i wiel­kimi sę­kami wy­glą­da­ją­cymi jak oczy. Czy kie­dy­kol­wiek uda jej się tu od­na­leźć?

Sio­stra Ju­deth za­trzy­muje się przy ma­syw­nych dę­bo­wych drzwiach. Wkłada rękę do kie­szeni i wyj­muje pęk około trzy­dzie­stu czar­nych klu­czy. Brzę­czy nimi, za­nim w końcu znaj­duje ten wła­ściwy i otwiera drzwi.

Po­kój jest po­dłużny, ale wy­soki. Są tam sto­lik nocny bez ser­wety, rzeź­biona skrzy­nia, to­a­letka z ta­pi­ce­ro­waną ławką i szafa, w któ­rej można po­wie­sić ubra­nia. Pro­sto i bez­oso­bowo, lecz przy­naj­mniej nie czuć stę­chli­zny.

Ailea pod­cho­dzi do wą­skiego łóżka w rogu i ostroż­nie prze­gląda stos sta­ran­nie zło­żo­nych ubrań. Trzy pary weł­nia­nych brą­zo­wych poń­czoch oraz gie­zło i ko­szula nocna. Spód­nica z błę­kit­nej wełny i pa­su­jące do niej ka­ftan, far­tuch oraz cze­piec z bia­łego lnu. Sio­stra Ju­deth wy­ja­śnia, że taki strój no­szą wszyst­kie star­sze no­wi­cjuszki i że do­rmi­to­ria znaj­dują się w pół­nocno-wschod­nim skrzy­dle klasz­toru, na końcu ko­ry­ta­rza. I że Ailea może umie­ścić swoje rze­czy w skrzyni.

Po­tem bąka, że każe opie­sza­łej po­mocy ku­chen­nej pod­grzać dla Ailei zupę, która zo­stała z wie­cze­rzy. Kiedy Ailea dzię­kuje i pyta, czy to nie kło­pot, sta­ruszka sy­czy, że nie jest wy­jąt­kowa i że tu­taj każ­demu go­ściowi ofe­ruje się je­dze­nie, czy ona ni­czego nie ro­zu­mie?

Dy­go­cząc z zimna, Ailea staje przy oknie i pa­trzy na sma­gany wia­trem kra­jo­braz. Klasz­tor jest oto­czony ni­skim ka­mien­nym mu­rem, a na ra­ba­tach leżą ze­szło­roczne kwiaty. Ailea ża­łuje, że nie ma tu­taj Ga­briela. Mie­siące spę­dzone na mo­rzu spra­wiły, że zo­stali do­brymi przy­ja­ciółmi. W nie­które ja­sne noce wy­my­kali się na po­kład. Gła­skany przez bryzę mor­ską, z twar­dymi de­skami po­kładu za­miast po­duszki, Ga­briel po­ka­zy­wał jej gwiaz­do­zbiory i opo­wia­dał o tym, że ży­cie czło­wieka jest w nich za­pi­sane. Ailea po­cie­sza się my­ślą, że Ga­briel uczęsz­cza do szkoły dla chłop­ców znaj­du­ją­cej się za­le­d­wie nie­całą go­dzinę stąd. Za­nim się roz­stali, Ga­briel na­ry­so­wał szkic oko­licy i obie­cał spo­tkać się z nią przy ja­błoni w po­ło­wie drogi mię­dzy szko­łami.

- Czy to prawda, że ist­nieje prze­po­wied­nia o to­bie?

Ja­sny głos spra­wia, że Ailea się od­wraca i wi­dzi drobną dziew­czynkę w ko­szuli noc­nej, o wło­sach w ko­lo­rze lnu w nie­ła­dzie opa­da­ją­cych na ra­miona, wpa­tru­jącą się w nią wiel­kimi oczami. Ailea unosi brwi i się uśmie­cha.

- O mnie?

- Isa­bel! Co to za ma­niery?!

Star­sza dziew­czyna o dłu­gich no­gach i kasz­ta­no­wych wło­sach ze­bra­nych w gruby war­kocz wcho­dzi do po­miesz­cze­nia i chwyta dziew­czynkę za ra­mię. Ailea zga­duje, że dziew­czyna z war­ko­czem ma ja­kieś trzy­na­ście, czter­na­ście lat, więc jest tro­chę od niej star­sza.

- Czy tak wi­tamy na­szych go­ści?

- Ale wszy­scy o tym mó­wią! - broni się dziew­czynka.

- Za­milcz! - Duże, ciem­no­nie­bie­skie oczy zer­kają na Aileę. - Nie wi­dzisz, że czuje się nie­swojo?

Dziew­czyna szybko siada na łóżku obok Ailei, za­rzu­ca­jąc przy tym kasz­ta­no­wym war­ko­czem.

- Mam na imię Eli­za­beth. Ale mo­żesz mó­wić na mnie Liz, jak wszy­scy. - Z uśmiech­nię­tymi oczami i śmie­jącą się twa­rzą, Liz od­wraca się do dziew­czynki o wło­sach w ko­lo­rze lnu. - A ta mała szcze­biotka to Isa­bel.

- A ja mam na imię Ailea.

Liz roz­gląda się po po­koju, wciąż z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Oprócz sióstr je­steś je­dyną dziew­czyną, która ma wła­sny po­kój.

Gdyby to od niej za­le­żało, Ailea wo­la­łaby spać w do­rmi­to­rium ra­zem z in­nymi dziew­czę­tami. Moż­liwe, że my­śli Ailei są wy­pi­sane na jej twa­rzy, po­nie­waż Liz prze­chyla głowę i pyta, skąd po­cho­dzi, jak długo trwała jej po­dróż i czy sły­szała już coś na te­mat tej szkoły.

- Nie­wiele - przy­znaje Ailea.

Liz ge­sty­ku­luje, opi­su­jąc rytm dni, które roz­po­czy­nają się od ubra­nia się, po­ście­le­nia łóżka i mo­dli­twy o świ­cie; dzwony zwia­stują, że pora na śnia­da­nie, po­tem są lek­cje, na­stęp­nie praca, wszystko od­bywa się w ci­szy i sku­pie­niu, a na końcu jest sen. Ailea stara się za­pa­mię­tać każde słowo Liz. Wkrótce wo­kół wą­skiego łóżka gro­ma­dzą się ko­lejne dziew­częta, młod­sze i star­sze.

- Naj­star­sze no­wi­cjuszki, te, które ukoń­czyły szes­na­ście lat i wkrótce zo­staną wy­świę­cone na sio­stry, nie mu­szą uczęsz­czać na lek­cje - kon­ty­nu­uje Liz. - Uczą się, wy­ko­nu­jąc różne prace. Każda z sióstr robi coś in­nego, ale wszyst­kie od­po­wia­dają przed Ashą. Wie­czo­rem pój­dziesz z nami do Bia­łej Świą­tyni na mo­dli­twę dzięk­czynną.

Ailea przy­gryza wargę i stara się wszystko za­pa­mię­tać.

- Nie martw się - śmieje się Liz. - Po­każę ci wszystko, co mu­sisz wie­dzieć. Z cza­sem się na­uczysz.

- Nie po­winno was tu być. - W drzwiach staje dziew­czyna o mio­do­wo­zło­tych lo­kach, ru­mia­nych po­licz­kach i mlecz­no­bia­łej szyi. Jej usta są mocno za­ci­śnięte, gdy od­rzuca włosy na plecy. - Nie miej­cie do mnie pre­ten­sji, je­śli zo­sta­nie­cie uka­rane.

Liz przy­suwa się do Ailei.

- To jest Sa­rah.

Ailea nie może nie za­uwa­żyć miny Liz, gdy ta wy­po­wiada imię dziew­czyny i mówi, że Sa­rah po­cho­dzi z jed­nej z naj­zna­mie­nit­szych ro­dzin w An­glii. Coś w wy­glą­dzie Sa­rah przy­wo­dzi jej na myśl te ja­sno­żółte kwiaty ro­snące na ba­gnach, piękne, ale z ośli­zgłymi ko­rze­niami, opla­ta­jące nogi, by wcią­gnąć swoją ofiarę w trzę­sa­wi­sko.

Roz­my­śla­nia Ailei prze­rywa stu­kot drew­nia­ków, a po­tem roz­lega się ten cha­rak­te­ry­styczny, chra­pliwy głos sio­stry Ju­deth.

- Kto wam po­zwo­lił opu­ścić łóżka?

Pod­prze­ory­sza z taką fu­rią sta­wia mi­seczkę na to­a­letce, że go­rąca zupa roz­pry­skuje się na lu­stro. Dziew­częta po­chy­lają głowy. Ju­deth za­kłada na piersi silne ra­miona i oświad­cza, że skoro wszyst­kie dziew­częta są już na no­gach, mogą rów­nie do­brze umyć ka­mienną po­sadzkę w holu. I że tym ra­zem Ailea jest uspra­wie­dli­wiona, lecz od ju­tra nie może ocze­ki­wać spe­cjal­nego trak­to­wa­nia. Dziew­częta sie­dzące na łóżku wo­kół Ailei wstają bez szem­ra­nia i pod czuj­nym okiem sio­stry Ju­deth po­woli opusz­czają po­kój. Kiedy Sa­rah ru­sza w kie­runku do­rmi­to­rium, Ju­deth bie­rze się pod boki.

- A ty do­kąd się wy­bie­rasz, młoda damo? - Głos tra­fia Sa­rah w plecy i dziew­czyna gwał­tow­nie się od­wraca.

- Ja nic nie zro­bi­łam. - Dziew­czyna dum­nie pod­nosi głowę i pa­trzy sta­ruszce pro­sto w oczy. - Wsta­łam tylko, żeby im po­wie­dzieć, że mają wra­cać do łó­żek.

- Opu­ści­łaś łóżko tak jak one, za­sady są ta­kie same dla wszyst­kich, więc te­raz idziesz z nimi.

- Na dole jest strasz­nie zimno!

- Trzeba było po­my­śleć o tym wcze­śniej. - Ju­deth po­py­cha dziew­czynę przed sobą, jed­no­cze­śnie mam­ro­cząc pod no­sem, że cier­pie­nie uszla­chet­nia. Po­nie­waż nie do­strzega pra­co­wi­to­ści w le­ni­wym sercu Sa­rah, do­cho­dzi do wnio­sku, że bę­dzie mu­siała za­szcze­pić ją w nim siłą, aby dziew­czyna nie po­pa­dła w grzech. Sa­rah się od­wraca. Jej twarz ema­nuje gnie­wem ukry­tym pod po­zorną ła­god­no­ścią, gdy wbija wzrok w Aileę. Liz, która wciąż sie­dzi na łóżku, przy­suwa się do Ailei.

- Nie przej­muj się Sarą. My­śli, że wszy­scy jej za­zdrosz­czą.

- Eli­za­beth! - Głos Ju­deth nie­sie ze sobą ostrze­że­nie.

- Już idę!

***

Ailea obej­muje się ra­mio­nami. Cią­gnie od okna, a ona nie może się do­cze­kać, by wresz­cie wśli­zgnąć się do łóżka, pod owcze skóry. Zupa, w któ­rej pły­wają ka­wałki wa­rzyw i mięsa, pa­ruje. Wbrew zdro­wemu roz­sąd­kowi wy­pija ją zbyt szybko i pa­rzy so­bie ję­zyk. Skromny po­si­łek le­dwo za­spo­kaja głód, a żo­łą­dek do­maga się cze­goś wię­cej.

Rę­kami drżą­cymi ze zmę­cze­nia i zimna roz­biera się, wkłada ko­szulę nocną przez głowę, unosi koc i wśli­zguje się do łóżka pach­ną­cego la­wendą i czy­stą po­ścielą, która oka­zuje się sztywna w do­tyku. Po chwili uzmy­sła­wia so­bie, że pach­nie czymś jesz­cze. To in­ten­sywna ko­rzenna woń, nie nie­przy­jemna, ale nie­spo­ty­kana i nie po­cho­dzi od jed­nego z tych ziół, które za­zwy­czaj wkłada się do łóżka, by od­stra­szać mole i larwy. Ailea wy­śli­zguje się z łóżka i prze­szu­kuje po­ściel.

Kiedy pod­nosi po­duszkę, znaj­duje pę­czek zwię­dłych ro­ślin, wy­rwa­nych z ko­rze­niami i zwią­za­nych sztywną, bru­nat­no­czer­woną ta­siemką przy­po­mi­na­jącą pa­pier. Wśród ro­ślin nie ma ani jed­nego kwiatka, za to są grube ło­dygi z kol­cza­stymi kap­su­łami, któ­rych zwię­dłe li­ście wy­dzie­lają ostry za­pach. Co to jest?

Ostroż­nie pod­nosi bu­kie­cik, ob­raca go i szybko wy­pusz­cza z ręki. Wstążka nie jest zro­biona z pa­pieru, jak po­cząt­kowo my­ślała, lecz jest sztywna od sta­rej, za­krze­płej krwi. To zło­wrogi bu­kiet, wy­peł­niony klą­twami, spro­wa­dza­jący nocne kosz­mary i przy­no­szący pe­cha. Na chwilę za­miera, wpa­tru­jąc się w niego, ale szybko otrząsa się z szoku, pod­nosi wią­zankę i wrzuca ją do ku­fra, który za­myka z hu­kiem. Bę­dąc już w łóżku, otrze­puje dło­nie z ziemi do mi­ski po zu­pie, po czym znowu układa się do snu.

Na­ciąga koc na ra­miona. Kto pod­rzu­cił jej ten bu­kie­cik? Czy to głupi żart? Pa­jąk tka swoją sieć nad oknem w bla­sku księ­życa. Na ze­wnątrz wiatr wyje i za­wo­dzi, sły­chać szu­ra­nie i trza­ska­nie, jęki i la­menty, jakby wszyst­kie dźwięki pie­kła po­łą­czyły się w jedną me­lo­dię. Ga­łę­zie ni­czym szpony wy­gi­nają się i dra­pią szybę swo­imi pa­zu­rami. Cie­nie zdają się po­ru­szać, wy­peł­za­jąc z za­ka­mar­ków i kry­jó­wek ni­czym stado wy­głod­nia­łych zwie­rząt. Ailea ma wra­że­nie, jakby wil­goć i ciem­ność wni­kały w jej skórę, a ściany na nią na­pie­rały. Wci­ska ręce pod pa­chy. Tę­sk­nota roz­dziera jej serce. Tę­sk­nota za czu­ło­ścią matki, jej śpie­wem, za­pa­chem wer­beny na jej szyi. Tę­sk­nota za oj­cow­ską szorstką dło­nią, która uspo­ka­jała ją, gdy nie mo­gła za­snąć. Matka i oj­ciec nie żyją od kilku lat. Ból po­wraca. Jego ko­rze­nie wnik­nęły głę­boko w jej serce i tak się roz­ro­sły, że ni­gdy nie uda jej się ich wy­rwać, nie ry­zy­ku­jąc, że wy­krwawi się na śmierć. W pół­śnie wsłu­chuje się w dziką, roz­sza­lałą wi­churę. Jest po pół­nocy, gdy drzwi się otwie­rają. Liz od­rzuca koce i wśli­zguje się do łóżka obok Ailei. Jej włosy pachną my­dłem i lnem wy­bla­kłym na słońcu. Cie­pły od­dech mu­ska po­li­czek Ailei, gdy Liz szep­cze: - Pierw­szej nocy by­łam prze­ra­żona. Ale po­lu­bisz to miej­sce, gdy już się do niego przy­zwy­cza­isz.

Po­kój po­woli wy­peł­nia się cie­płem Liz. Sen przy­cho­dzi na­tych­miast. Spo­kojny i bez kosz­ma­rów.

Muc­cio

BO­LO­NIA, MAJ 1655

- Do wszyst­kich dia­błów! Nie tkną­łem jej! - Ro­de­ric ob­raca się tak gwał­tow­nie, że z za­gaj­nika wy­fruwa stado prze­ra­żo­nych go­łębi.

Muc­cio robi krok do tyłu i pod­nosi ręce w obron­nym ge­ście.

- Tylko za­py­ta­łem.

Tchnie­nie świtu po­woli roz­pra­sza mgłę mię­dzy drze­wami. Wscho­dzące słońce prze­nika przez li­ście, bar­wiąc niebo na ró­żowo i złoto. Kil­ku­set męż­czyzn spo­tkało się ze śmier­cią na tej po­la­nie. Muc­cio nie wie, co Ro­de­ric zro­bił, aby ścią­gnąć na sie­bie gniew hra­biego Frie­dri­cha, ale awan­tur­nicy lgną do niego jak ćmy do ognia.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego mu­sia­łeś roz­ju­szyć aku­rat hra­biego. - Muc­cio szuka wzroku Ro­de­rica. - Wierz mi, le­piej sy­piać z wdo­wami. Bez wąt­pie­nia są mniej kło­po­tliwe.

- Nie tkną­łem jej, prze­cież mó­wię! Co ci po­wie­dział?

- Kto?

Ro­de­ric krzy­żuje ra­miona. Kiwa głową w kie­runku se­kun­danta hra­biego, chu­dego, ele­gancko ubra­nego męż­czy­zny, sztyw­nego, jakby ktoś wsa­dził mu kij w za­dek. Obok niego stoi Ste­fano, ni­ski i bar­czy­sty, w brud­nych ma­te­ria­ło­wych spodniach do po­łowy łydki, je jabłko, mlasz­cząc. Sznur na pa­sie od­grywa rolę pa­ska. Na bro­dzie Ste­fana wi­dać źdźbła słomy, jakby wła­śnie spę­dził noc w stajni po pi­jac­kiej li­ba­cji, i pew­nie tak wła­śnie było. Za to jego se­kun­dant przy­naj­mniej wło­żył na tę oka­zję czy­stą ko­szulę po­zba­wioną więk­szych dziur.

Nie­pi­sana za­sada mówi, że każdy uczest­nik po­je­dynku po­wi­nien wy­brać jed­nego lub naj­le­piej dwóch se­kun­dan­tów asy­stu­ją­cych pod­czas walki i pil­nu­ją­cych, czy wszystko prze­biega zgod­nie z za­sa­dami. Ste­fano wy­ciąga nóż z po­chwy wpraw­nym ru­chem, od­krawa ka­wa­łek jabłka i z sze­ro­kim uśmie­chem po­daje go se­kun­dan­towi hra­biego. Męż­czy­zna spo­gląda na niego z po­gardą, jakby ten był pier­dem, który się mu wy­msknął. Muc­cio bie­rze głę­boki od­dech, przy­go­to­wu­jąc się na nad­cho­dzący wy­buch.

- Mo­że­cie to za­ła­twić bez broni... je­śli je­steś go­towy cof­nąć swoje znie­wagi... - Ro­de­ric pry­cha. - Albo je­śli pu­blicz­nie uklęk­niesz i po­pro­sisz hra­binę von Hau­gwitz o wy­ba­cze­nie - in­for­muje Muc­cio.

Oczy Ro­de­rica się zwę­żają. Otwiera usta, ale Muc­cio go uprze­dza:

- Po­wie­dzia­łem, że prę­dzej pie­kło za­mar­z­nie.

Zerka przez ra­mię, na hra­biego, który roz­grzewa mię­śnie se­rią ener­gicz­nych ru­chów. Z ma­syw­nymi no­gami, sze­ro­kimi bar­kami i mocno za­ry­so­waną li­nią żu­chwy, spra­wia wra­że­nie po­tęż­nego. Muc­cio szybko oce­nia sy­tu­ację. Nie po­doba mu się to, co wi­dzi. Hra­bia nie jest no­wi­cju­szem. Spo­sób, w jaki się po­ru­sza, zdra­dza, że ma za sobą lata tre­nin­gów, być może w szkole fran­cu­skiej.

Hra­bia naj­wy­raź­niej lubi pu­blicz­ność, bo na po­la­nie zgro­ma­dziło się za­ska­ku­jąco wielu ga­piów. Je­dyną rze­czą, którą Muc­cio o nim wie, jest to, że hra­bia po­cho­dzi z Nie­miec i jest znany z tego, że pod byle pre­tek­stem chce uży­wać broni do obrony swo­jego ho­noru. Zło­śliwi plot­kują też o tym, że po­padł w ogromne długi i nie ra­dzi so­bie z ich spłatą.

W oczach hra­biego Ro­de­ric jest tylko dzie­cia­kiem. Mło­ko­sem, któ­remu trzeba po­ka­zać, gdzie jest jego miej­sce. Z dnia na dzień chło­pak stał się obiek­tem plo­tek. Tym słyn­nym za­bójcą le­gen­dar­nego do­wódcy Fran­cji, Je­ana Fra­nçois de Fosse. Wszy­scy, z Muc­ciem włącz­nie, wie­dzą, że awans Ro­de­rica to tylko kwe­stia czasu. Ale ta sława kłuje lu­dzi w oczy. Każdy suk­ces pro­wa­dzi do za­wi­ści i przy­spa­rza mu wro­gów na dwo­rze. Jedni go po­dzi­wiają, inni nie­na­wi­dzą. Damy dworu zro­biły so­bie z niego swoją nową ma­skotkę. Muc­cio kie­ruje swoją uwagę na Ste­fana, który wła­śnie do niego pod­cho­dzi.

- Ja­kie są wa­runki? - pyta Muc­cio.

Ste­fano rzuca ogryz­kiem przez ra­mię.

- Ten czło­wiek ma taką minę, jakby nie mógł się wy­srać, więc za­sta­na­wiam się, czy nie za­pro­po­no­wać mu śliwki. - Wy­ciera ręce w spodnie. - Su­ge­ro­wa­łem po­je­dy­nek do pierw­szej krwi, ale wy­gląda na to, że chcą cię za­bić, chłop­cze. - Jego twarz roz­ja­śnia uśmiech, gdy spo­gląda na Ro­de­rica. - Wal­czy­cie do ostat­niej kro­pli krwi lub do­póki któ­ryś z was się nie podda!

Ro­de­ric pa­trzy na niego gniew­nie.

- Cie­szy mnie, że moja sy­tu­acja cię bawi.

Ste­fano od­po­wiada mu moc­nym klep­nię­ciem w plecy, a na­stęp­nie kła­dzie rękę na ra­mie­niu chło­paka.

- Tylko nie daj się za­bić, bo po­sta­wi­łem na cie­bie osiem gul­de­nów.

- Zro­bię, co w mo­jej mocy. Nie chcę, że­byś stra­cił tyle pie­nię­dzy.

- Dzięki, chłop­cze, do­ce­niam to.

Ro­de­ric kręci głową. Prze­cho­dzą go ciarki. Muc­cio wy­pusz­cza z sie­bie nie­po­kój, gło­śno wzdy­cha­jąc. Od­chrzą­kuje, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów.

- Hra­bia jest od cie­bie wyż­szy. Dłuż­sze ręce dają mu prze­wagę - mówi Muc­cio, cho­ciaż wie, że Ro­de­ric już sam wy­cią­gnął wnio­ski. - Po­sta­raj się go zmę­czyć i zbliż się do niego.

- Tak, wiem. - Ro­de­ric ciężko od­dy­cha przez nos. Jego klatka pier­siowa gwał­tow­nie unosi się i opada. Niech to dia­bli! Miejmy to już za sobą!

Tak gwał­tow­nie zrywa z sie­bie kurtę, że sły­chać trzask szwów, rzuca ją w stronę Mi­gu­ela, który na­tych­miast ją ła­pie. Plecy i ra­miona ma wy­raź­nie umię­śnione. Ło­patki ster­czą mu jak skrzy­dła pod ja­snym ma­te­ria­łem ko­szuli. Ani grama tłusz­czu. Po chłopcu, który kie­dyś le­dwo się­gał Muc­ciowi do klatki pier­sio­wej, nie ma ani śladu. Są tylko nie­złom­ność i siła. Kon­trast, który jesz­cze bar­dziej rzuca się w oczy, gdy Ro­de­ric stoi obok swo­jego ró­wie­śnika Mi­gu­ela, o ciele szczu­płym i wiot­kim jak wi­no­rośl i rzad­kim za­ro­ście roz­sia­nym na de­li­kat­nym pod­bródku.

Ro­de­ric wy­ciąga rękę w kie­runku Mi­gu­ela.

- Po­dasz mi szpadę?

- Ma się ro­zu­mieć.

Na po­licz­kach chło­paka po­ja­wia się lekki ru­mie­niec, który do­ciera aż do ja­snej li­nii wło­sów. Od­da­nie Mi­gu­ela jest tak słu­żal­cze, że wy­wo­łuje u Ro­de­rica od­razę. To, jak rzuca mu czułe spoj­rze­nia i ła­pie każde jego słowo oraz uśmiech ni­czym ko­cha­nek, co Ste­fano oczy­wi­ście chęt­nie gło­śno ko­men­tuje, wie­dząc, że wpra­wia tym Ro­de­rica w za­kło­po­ta­nie. Mi­guel po­daje Ro­de­ri­cowi pas mie­czowy z sze­roko otwar­tymi oczami i lekko roz­chy­lo­nymi ustami.

- Po­wo­dze­nia.

Ro­de­ric mam­ro­cze coś od­po­wie­dzi. Jed­nym ru­chem wyj­muje szpadę z po­chwy i ru­sza przed sie­bie, wznie­ca­jąc tu­many ku­rzu.

Ko­ściół już dawno za­ka­zał po­je­dyn­ków. Kary dla ła­mią­cych ten za­kaz są su­rowe. Na osobę, która pierw­szy raz uczest­ni­czy w po­je­dynku, na­kła­dana jest wy­soka grzywna, na­to­miast oso­bie, która robi to ko­lejny raz, grozi wy­gna­nie. Jed­nak za­wsze można zna­leźć spo­sób na obej­ście prze­pi­sów i cho­ciaż po­je­dynki są nie­le­galne, mo­nar­cha i woj­sko przy­my­kają na nie oko. A je­śli ktoś ma do tego szpadę po­bło­go­sła­wioną przez sa­mego pa­pieża, jak hra­bia, może z czy­stym su­mie­niem wbić ją w brzuch ry­wala.

Hra­bia, ele­gancko ubrany zgod­nie z naj­now­szą modą fla­mandzką, w czar­nym stroju i wy­so­kich bu­tach z czer­wo­nymi ob­ca­sami oraz zło­tymi klam­rami, uśmie­cha się, gdy Ro­de­ric do niego pod­cho­dzi.

- Jak szczury, wy­cho­dzą, gdy się je wy­pło­szy. - Hra­bia usuwa plamę błota z rę­kawa płasz­cza. - Ktoś po­wi­nien był cię przy­wo­łać do po­rządku już dawno temu, szcze­niaku. Uklęk­nij i prze­proś, a może cię oszczę­dzę.

Ro­de­ric od­po­wiada z lekko znu­dzo­nym wy­ra­zem twa­rzy:

- To nie moja wina, że wa­sza żona krąży po dwo­rze jak suka z cieczką.

W tłu­mie sły­chać szmer. Ja­kaś dama zdu­sza krzyk. Hra­bia robi krok do przodu, jego szczęki się za­ci­skają w pró­bie po­wstrzy­ma­nia gniewu.

- Ty mały za­ro­zu­miały... - Dłoń hra­biego tak mocno za­ci­ska się na rę­ko­je­ści mie­cza, że aż bie­leją mu knyk­cie. - Przy­nie­ście wino - sy­czy do se­kun­danta, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Ro­de­rica. - Za­nim wró­ci­cie, szcze­niak straci oko.

Zwie­sza głowę jak roz­sier­dzony byk go­towy do ataku. Se­kundę póź­niej sły­chać dźwięk stali ude­rza­ją­cej o stal. Hra­bia wy­ko­nuje gwał­towny wy­pad. Czer­wony pył wi­ruje wo­kół jego bu­tów. Cios męż­czy­zny zmu­sza Ro­de­rica do wy­co­fa­nia się. Hra­bia wkłada całą swoją siłę w ko­lejny atak. Ro­de­ric zręcz­nie unika ciosu. Wy­ko­rzy­stuje lek­kie za­chwia­nie hra­biego i prze­cina skórę na grzbie­cie jego dłoni. Rana jest po­wierz­chowna, ale za­dana z taką swo­bodą, że można to od­czy­tać jako aro­gan­cję.

- Ty prze­klęta ła­chu­dro. Ścierwo, szu­mo­wino, zło­dzieju. - Hra­bia wy­rzuca z sie­bie bły­sko­tliwe obe­lgi, nie tak do­bre jak te Muc­cia, lecz cał­kiem po­my­słowe. - Gdy z tobą skoń­czę, wła­sna matka cię nie po­zna.

Ro­de­ric blo­kuje cios hra­biego tylną stroną mie­cza.

- Gdy­by­ście wła­dali mie­czem tak do­brze jak wła­da­cie sło­wem, już był­bym mar­twy.

W tłu­mie roz­lega się ci­chy chi­chot. Ta uwaga od­nosi za­mie­rzony sku­tek. Hra­bia po­now­nie prze­cho­dzi do ataku, tym ra­zem bar­dziej agre­syw­nie. Po kilku cio­sach ciężko od­dy­cha z wy­siłku. Jego twarz jest czer­wona, a ja­sne włosy przy­kle­jają się do czoła. Ro­de­ric po­ru­sza się lekko i z nie­mal pro­wo­ku­jącą non­sza­lan­cją.

Hra­bia wal­czy o od­zy­ska­nie kon­troli nad od­de­chem. Musi być zi­ry­to­wany, że mło­kos ma nad nim prze­wagę. W końcu de­cy­duje się na osta­teczne roz­wią­za­nie sprawy i rzuca się na Ro­de­rica we wście­kłym ataku. Stal iskrzy. Ru­chy Ro­de­rica są tak szyb­kie, że Muc­cio na po­czątku nie ro­zu­mie, co się stało.

Czer­wona plama roz­prze­strze­nia się na ozdo­bio­nym ko­ronką rę­ka­wie ko­szuli jak atra­ment na pa­pie­rze. Hra­bia z dzi­kim wrza­skiem rzuca się na Ro­de­rica, który robi unik i wy­mie­rza cios w ko­lano męż­czy­zny, po­wa­la­jąc go na zie­mię. Żoł­nie­rze sto­sują tę tak­tykę pod­czas bi­twy. To pro­sty spo­sób na unie­ru­cho­mie­nie koni. Prze­cięta noga spra­wia, że zwie­rzę staje się bez­u­ży­teczne, nie na­daje się do pracy ani do służby w woj­sku. Hra­bia nie bę­dzie mógł kon­ty­nu­ować po­je­dynku.

Ro­de­ric kie­ruje ostrze mie­cza w stronę piersi hra­biego. Łą­czy ich wi­bru­jący gniew. Hra­bia dy­szy przez za­ci­śnięte zęby. Jego oczy są sze­roko otwarte, a mię­śnie szyi na­pięte.

- Nie tkną­łem wa­szej mał­żonki. - Słowa za­wi­sają w po­wie­trzu jak odłamki pęk­nię­tego lodu. Ro­de­ric za­ci­ska zęby. Jego wzrok staje się bez­względny i Muc­cio przez krótką chwilę za­sta­na­wia się, czy chło­pak do­koń­czy dzieła, ma­jąc świa­do­mość, że hra­bia bez wąt­pie­nia by to zro­bił. Ale Ro­de­ric opusz­cza miecz.

- O tak wcze­snej po­rze nie za­bija się hra­biów. Pro­po­nuję, że­by­ście po­zbie­rali to, co z was zo­stało, i nas opu­ścili.

Pu­blicz­ność tłumi śmiech. Z pianą na py­sku hra­bia wy­gląda jak pies, trzę­sie się z wście­kło­ści, jakby tylko ostat­nia resztka god­no­ści po­wstrzy­my­wała go przed rzu­ce­niem się na chło­paka. Muc­cio staje mię­dzy nimi.

- Pa­no­wie, po­je­dy­nek był uczciwy, Bóg mi świad­kiem - zwraca się do se­kun­danta hra­biego. - Po­móż­cie wa­szemu przy­ja­cie­lowi się od­da­lić.

Se­kun­dant pod­biega do hra­biego, bie­rze go pod ra­mię i nie­mal stam­tąd od­ciąga. Hra­bia nic nie mówi, lecz pio­ru­nuje Ro­de­rica wzro­kiem. Po ple­cach Muc­cia prze­biega dreszcz. Nie wie, czy chło­pak zdaje so­bie sprawę, że wła­śnie zy­skał po­tęż­nego wroga.

***

Męż­czy­zna kła­dzie sa­kiewkę na wy­cią­gnię­tej dłoni Ste­fana z gry­ma­sem nie­za­do­wo­le­nia na twa­rzy. Przy­ja­ciel ci­cho gwiż­dże, wa­żąc ją w dłoni, a po­tem kie­ruje swoje kroki pro­sto do karczmy.

Ro­de­ric bie­rze od Mi­gu­ela kurtę i ją wkłada.

- Mo­żemy iść? Nosi mnie.

- Po­ranny tre­ning?

Ro­de­ric nie od­po­wiada, a Muc­cio o nic już wię­cej nie pyta. Jego wzrok przy­cią­gają żół­to­zie­lone ślady na szyi chło­paka. Nie umknęło mu, że Ro­de­ric co­dzien­nie rano znika z An­drésem i czę­sto przy­cho­dzi na tre­ningi ze świe­żymi si­nia­kami i krwa­wią­cymi ra­nami. Tro­chę go to nie­po­koi.

- Do zo­ba­cze­nia wie­czo­rem. A, Ro­de­ricu...- Muc­cio czeka, aż ci­sza zmusi chło­paka do od­wró­ce­nia się. - Wiem, że to dla cie­bie trudne, ale je­śli mógł­byś się po­sta­rać i nie pro­wo­ko­wać żad­nego księ­cia ani ni­kogo po­dob­nego przez naj­bliż­sze go­dziny, był­bym do­zgon­nie wdzięczny. - Muc­cio wkłada ka­pe­lusz. - Pla­nuję od­wie­dzić Elenę dziś wie­czo­rem.

Ro­de­ric

BO­LO­NIA, MAJ 1655

Mię­śnie się kur­czą. Głowa jest co­raz bar­dziej wci­skana pod po­wierzch­nię wody. Ucisk wo­kół szyi nie ustę­puje. Spo­kój. Ro­de­ric pró­buje w my­ślach na­ka­zać ciału, by się roz­luź­niło. Stara się za­pa­no­wać nad od­ru­chem za­czerp­nię­cia po­wie­trza. Płuca płoną. Ma mroczki przed oczami. Ja­sne, ząb­ko­wane plamki roz­cho­dzą się na ze­wnątrz. Czy tak się wła­śnie czuje umie­ra­jący czło­wiek?

Zo­staje wy­szar­pany z wody. Pada na zie­mię, na ko­lana. Dy­sząc, z tru­dem ła­pie po­wie­trze. Mię­śnie nie chcą go słu­chać, jak gdyby ich je­dy­nym ce­lem było utrzy­ma­nie go przy ży­ciu. Ciało jest cał­ko­wi­cie wy­czer­pane. Cięż­kie, jakby wal­czyli od kilku dni.

Od­dy­cha za­chłan­nie, na­peł­nia­jąc płuca ży­ciem. Po­woli wy­ła­nia się oto­cze­nie, roz­ma­zane ob­razy dziko ro­sną­cych krze­wów i zdzi­cza­łych wi­no­ro­śli pną­cych się po spę­ka­nych ka­mien­nych ścia­nach. Pod­pie­ra­jąc się ręką, Ro­de­ric pró­buje uspo­koić od­dech. To był twój wy­bór, przy­po­mina mu głos w gło­wie. To prawda. Po­bi­cie. Wie­lo­go­dzinny ból. To był jego wy­bór. Po­świę­cił wszystko, aby już ni­gdy nie do­świad­czyć tego uczu­cia. Aby, gdy na­dej­dzie ta chwila, za­cho­wać zimną krew i sta­wić czoła śmierci z pod­nie­sioną głową, bez stra­chu. I tylko je­den czło­wiek może mu w tym po­móc.

An­drés stoi z za­ło­żo­nymi rę­kami i obo­jętną miną, ob­ser­wu­jąc jego zma­ga­nia. Mie­siące tre­ningu nie spra­wiły, że za­częli się lu­bić, ale to im pa­suje. Trudno tor­tu­ro­wać ko­goś, kogo się lubi.

Od­dech po­woli się uspo­kaja. Ro­de­ric opiera głowę o beczkę. Boli go każdy mię­sień, lecz na tym eta­pie jest już tak przy­zwy­cza­jony do bólu, że go ak­cep­tuje. Czuje się tak, jakby prze­szedł dwu­na­sto­go­dzinny tre­ning w pie­kle.

De­li­katny wiatr nie­sie ze sobą za­pach mięty i kieł­ku­ją­cego ży­cia. Cienka war­stwa mchu po­krywa po­sągi ku­pi­dy­nów i bo­gów. Kie­dyś z ich peł­nych ust wy­pły­wała woda. Dzie­dzi­niec za­mie­nił się w gąszcz dziko ro­sną­cych ziół i kłu­ją­cych krze­wów róż, na któ­rych gdzie­nie­gdzie są jesz­cze kwiaty. Mimo słońca po­sia­dłość jest w cie­niu.

Miesz­kańcy wio­ski na­zy­wają to miej­sce Ogro­dem Śmierci. Cho­dzą słu­chy, że zo­stało prze­klęte po tym, jak człon­ko­wie ro­dziny, która tam miesz­kała, zo­stali za­mor­do­wani we wła­snych łóż­kach. Na­wet zwie­rzęta do­mowe i dzieci. Ślady krwi po tre­nin­gach Ro­de­rica i An­drésa nie uci­szyły tych plo­tek.

- Dla­czego go nie za­bi­łeś?

Głos spro­wa­dza Ro­de­rica na zie­mię. An­drés wciąż stoi w tej sa­mej usztyw­nio­nej po­zy­cji z unie­sio­nymi rę­kami i mruży oczy. Ja­sna bli­zna bie­gnie od li­nii ja­snych wło­sów przy pra­wym uchu aż do po­liczka.

- Kogo?

- Hra­biego. On by się nie za­wa­hał.

Ro­de­ric prze­cze­suje włosy pal­cami. Zimne kro­ple wody spły­wają po jego tor­sie.

- O tak wcze­snej po­rze nie za­bija się hra­biów. - Po­wta­rza te idio­tyczne słowa, po­nie­waż wie, że An­drés ni­gdy tego nie zro­zu­mie. Prawda jest taka, że się boi. Boi się, co by to z nim zro­biło. Żoł­nie­rze ra­dzą so­bie z tym w ten spo­sób, że na woj­nie stają się kimś in­nym, by móc pod­rzy­nać gar­dła swoim wro­gom, lecz po po­wro­cie do domu wra­cają do roli ko­cha­ją­cego ojca, który ko­ły­sze córkę do snu. Ale to zo­sta­wia bli­zny na du­szy. Ro­de­ric wy­zna­czył so­bie gra­nicę. W dniu, gdy sta­nie przed Bo­giem, przy­naj­mniej nie bę­dzie miał krwi hra­biego na rę­kach.

An­drés wciąż pa­trzy na niego zza ja­snych rzęs. Jego po­są­gowa twarz nie wy­raża żad­nych emo­cji.

- Ja bym go za­bił - oświad­cza.

Tak­towne chrząk­nię­cie spra­wia, że obaj się od­wra­cają. Mi­guel wo­dzi nie­pew­nym wzro­kiem po­mię­dzy Ro­de­ri­kiem a An­drésem, jakby się bał, że prze­rwał im ważną roz­mowę. Jego po­liczki jak za­wsze płoną, gdy znaj­duje się w cen­trum uwagi.

- Ka­zano mi prze­ka­zać, że Am­bro­gio wró­cił i może cię te­raz przy­jąć. - Mi­guel wsa­dza rękę pod ko­szulę. - I przy­szedł list.

Mi­guel po­daje mu zło­żoną kartkę. Ro­de­ric na­tych­miast roz­po­znaje po­chyłe pi­smo. Z tyłu znaj­duje się czer­wona pie­częć wo­skowa z mo­ty­wem ryby o dwóch szy­jach, zwró­co­nych ku so­bie tak, że two­rzą okrąg.

Ło­soś sym­bo­li­zuje wie­dzę i mą­drość, dwie głowy - siłę, a okrąg - wiecz­no­ści. Wie­dza, którą wpa­jano mu od dzie­ciń­stwa. To ich znak. Ga­briel su­mien­nie do niego pi­sze. Kiedy zda­rza się, że list nie przy­cho­dzi na czas, Ro­de­ric grozi bratu, że wsią­dzie na sta­tek i do niego przy­pły­nie.

- Trzy­maj. - Ro­de­ric wstaje i po­daje list Mi­gu­elowi. - Prze­cho­waj go, do­póki nie skoń­czymy. - Gło­śno wzdy­cha­jąc, na­ciąga przez głowę mo­krą ko­szulę i rzuca spoj­rze­nie An­drésowi. - Jesz­cze raz.

Ailea

PÓŁ­NOCNA AN­GLIA, MAJ 1655

- Ża­łuj, że nie wi­dzia­łeś miny sio­stry Ju­deth!

Ga­briel pod­nosi wzrok znad książki le­żą­cej na jego ko­la­nach. Kwiaty ja­błoni rzu­cają ru­chome cie­nie na jego twarz, gdy wiatr po­ru­sza ga­łę­zią. Ailea siada na tra­wie obok niego.

- Nie bę­dzie dla nas ła­skawa, kiedy wró­cimy.

Liz zaj­muje miej­sce po jej dru­giej stro­nie. Śmiech wy­do­bywa się z gar­dła przy­ja­ciółki ma­łymi czknię­ciami.

- Każe nam za­mieść całe po­dwó­rze albo jesz­cze go­rzej, po­sprzą­tać w obórce dla kóz.

Ga­briel od­kłada książkę, obok któ­rej leży kilka kar­tek z nie­dba­łymi no­tat­kami. Jego ko­szula i palce są po­pla­mione atra­men­tem.

- Pro­szę.

Ailea rzuca pod­pło­myk Ga­brie­lowi, który ob­ser­wuje ją z lek­kim uśmie­chem w ką­ciku ust. - Wy­kra­dły­ście go?

Ailea wy­ciera palce w spód­nicę i wzru­sza ra­mio­nami.

- Nikt nie ko­cha ich tak jak ty, Aileo! - Liz się uśmie­cha, a Ailea nie może po­wstrzy­mać chi­chotu. Prze­pada za tą po­zy­tywną ener­gią przy­ja­ciółki. To jedna z rze­czy, które Ailea w niej lubi. Ga­briel ła­mie pod­pło­myk na trzy czę­ści, daje im po ka­wałku, po czym znowu bie­rze do ręki książkę. Po chwili marsz­czy czoło i znika w swoim świe­cie atra­mentu i li­ter.

Ailea opiera głowę o pień drzewa. Za­pach ja­błek mie­sza się z bzy­cze­niem pierw­szych wio­sen­nych psz­czół fru­wa­ją­cych w ko­ro­nach drzew. Las po dru­giej stro­nie szkoły to głów­nie świerki i so­sny, lecz tu­taj roz­cią­gają się łąki i pa­stwi­ska, jak fa­lu­jące, zie­lo­no­żółte mo­rze.

To Liz po­ka­zała jej to miej­sce i jego kręte ścieżki. Święte źró­dło, któ­rego kry­sta­licz­nie czy­sta woda daje zdol­ność ja­sno­wi­dze­nia i jest je­dyną, którą wolno im tu pić. Po­do­bno daw­niej skła­dano tam ofiary, pod­rzy­na­jąc gar­dła mło­dym dzie­wi­com. Źró­dło ży­wiło się ich krwią, przez co woda na­brała ma­gicz­nych wła­ści­wo­ści.

W głębi do­liny sio­stry upra­wiają wa­rzywa i mają ule wy­ko­nane z pni drzew. Ko­lor miodu może się wa­hać od ja­sno­zło­tego po nie­mal czarny, w za­leż­no­ści od tego, z ja­kich kwia­tów psz­czoły zbie­rały nek­tar. To nie jest to samo po­nure miej­sce, do któ­rego przy­była trzy mie­siące temu, obce i przy­gnę­bia­jące, jakby zima po­zba­wiła je wszyst­kich barw i cie­pła.

Ailea od­rywa ka­wa­łek pod­pło­myka i wkłada go do ust, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć swoje pierw­sze wra­że­nie, gdy nie­pew­nym kro­kiem we­szła na dzie­dzi­niec. Ogromny stary dwór z du­żymi oknami i czte­rema wie­życz­kami, z któ­rych każda nosi imię jed­nej z pór roku. Mur i wy­soki ży­wo­płot, ra­zem two­rzące gi­gan­tyczny dzie­dzi­niec.

Bu­dzi za­in­te­re­so­wa­nie od chwili, gdy wło­żyła błę­kitny strój no­wi­cjuszki i wy­szła ze swo­jego po­koju. Dziew­częta wspi­nały się na palce, by w ja­dalni rzu­cić na nią okiem, albo za­wra­cały, jakby o czymś za­po­mniały, żeby jesz­cze raz przejść obok niej i jej się przyj­rzeć. Wszyst­kie oprócz Liz.

Przy­ja­ciółka pod­nosi wzrok, jakby czy­tała w my­ślach Ailei, na­po­tyka jej spoj­rze­nie i się uśmie­cha. Od tam­tego dnia są nie­roz­łączne. Sio­stry i naj­lep­sze przy­ja­ciółki. W nocy na­dal prze­my­kają do swo­ich łó­żek i szep­tem wy­znają so­bie różne se­krety, gdy po­zo­stałe dziew­częta już śpią. Kiedy Ailea po­wie­działa jej o zło­wro­gim bu­kie­ciku, który zna­la­zła pod po­duszką, i o tym, że jest prze­ko­nana, że to sprawka Sa­rah, Liz zmarsz­czyła czoło i oświad­czyła, że Ailea po­winna po­wie­dzieć o tym Ashy. Ale Ailea stwier­dziła, że nie ma mowy, nie po­bie­gnie do Ashy jak prze­stra­szona no­wi­cjuszka. Sa­rah do­wie­dzia­łaby się o tym, a Ailea wo­la­łaby wy­dłu­bać so­bie oczy łyżką, niż dać jej tę sa­tys­fak­cję.

Te­raz, kilka mie­sięcy póź­niej, zna każdy za­ka­ma­rek szkoły. Na­uka jest wy­ma­ga­jąca. Mu­szą czy­tać i roz­ma­wiać po fran­cu­sku i ła­ci­nie. Uczyć się o ukształ­to­wa­niu te­renu, kró­lach i mia­stach. Jak prząść i tkać. Kiedy ubi­jać ja­gnięta i zbie­rać plony.

W prze­ci­wień­stwie do Ga­briela, który zgłę­bia rów­nież taj­niki astro­lo­gii i in­nych nauk ści­słych, one uczest­ni­czą w za­ję­ciach z ro­bó­tek ręcz­nych, ety­kiety, gry na for­te­pia­nie i in­nych, we­dług Ailei, nie­po­trzeb­nych rze­czy, które mają z nich uczy­nić per­fek­cyjne żony, miłe go­spo­dy­nie oraz do­bre matki.

Trzy razy w ty­go­dniu Ailea cho­dzi do bi­blio­teki za szkołą na in­dy­wi­du­alne lek­cje z Ashą, Uczy się, które zioła na­leży zbie­rać w dzień, a które w świe­tle księ­życa. Dużo czasu po­święca na za­pa­mię­ty­wa­nie wie­dzy, po­nie­waż ni­czego nie wolno jej za­pi­sy­wać. Nie­które naj­by­strzej­sze dziew­częta, jak Emma, po­tra­fią re­cy­to­wać z pa­mięci całe książki. Zde­cy­do­wa­nie naj­nud­niej­sze są ro­bótki ręczne, je­den z przed­mio­tów, któ­rego uczy sio­stra Ju­deth. Su­rowa i ostra, karci je, jak tylko usiądą. Już na pierw­szej lek­cji ude­rzyła Aileę la­ską po rę­kach, aż spu­chły, za­częły krwa­wić i stały się bez­u­ży­teczne, wszystko dla­tego, że do­brała złą nić do tka­niny.

- Ból to naj­lep­szy spo­sób na na­ukę, bo to lek­cja, która po­zo­staje z nami na za­wsze - wy­mam­ro­tała sio­stra Ju­dith.

Ga­briel prze­wraca stronę w książce, wy­ry­wa­jąc tym Aileę z za­my­śle­nia. Przy­suwa się bli­żej niego.

- Co czy­tasz?

- Dzieło Ber­nar­dina Te­le­sia. Jego prace są prze­ło­mowe dla współ­cze­snej na­uki. A, wła­śnie... - Ga­briel sięga po pa­ku­nek le­żący obok niego. - Mam coś dla cie­bie.

- Dzię­kuję. - Ailea ostroż­nie gła­dzi skó­rzaną oprawę. - De oc­culta phi­lo­so­phia. Ta­jemna fi­lo­zo­fia - tłu­ma­czy.

- My­ślę, że ci się spodoba. - Ga­briel dra­pie się po bro­dzie. - Agrippa twier­dzi, że ma­gia ist­nieje, że jest to siła po­cho­dząca od Boga, nie od dia­bła, i że w związku z tym może być stu­dio­wana i wy­ko­rzy­sty­wana przez prak­ty­ku­ją­cych chrze­ści­jan. - Szuka jej spoj­rze­nia i uśmie­cha się sze­roko. - W in­nej swo­jej pracy ar­gu­men­tuje, że ko­biety są tak na­prawdę lep­sze od męż­czyzn.

- To musi być bar­dzo mą­dry czło­wiek.

Ga­briel i Liz się śmieją. Ga­briel wcale nie jest taki ci­chy i wy­co­fany, za ja­kiego ucho­dzi. Je­śli do­brze się czuje w czy­imś to­wa­rzy­stwie, jest za­in­te­re­so­wany, roz­mowny i za­bawny, cho­ciaż jego my­śli czę­sto wę­drują do miejsc, do któ­rych nikt inny, poza nim sa­mym, nie ma do­stępu. Ailea otwiera książkę i opiera się ple­cami o ra­mię Ga­briela. Jej palce po­woli prze­wra­cają kartki.

- Mi­strzowi Donne nie po­do­bają się na­sze spo­tka­nia - oznaj­mia Ga­briel, nie pod­no­sząc wzroku. - Twier­dzi, że masz na mnie zły wpływ.

- Za­ro­zu­miały sta­rzec.

Men­tor Ga­briela cią­gle ma nie­za­do­wo­lony wy­raz twa­rzy, wy­pi­saną na niej po­gardę, cha­rak­te­ry­styczną dla ko­goś, kto uważa się za ko­goś lep­szego. Za­wsze po­dejrz­li­wie mruży oczy, gdy Ga­briel i Ailea znajdą się w tym sa­mym po­miesz­cze­niu. Obec­ność męż­czyzn jest w szkole za­bro­niona, z wy­jąt­kiem świą­tecz­nych przy­jęć i tego czasu, kiedy co mie­siąc od­by­wają się ry­tu­ały. Przez pierw­sze ty­go­dnie Ailea i Ga­briel wi­dy­wali się pra­wie co wie­czór. By­wało, że wy­my­kali się na wrzo­so­wi­ska, szu­kali schro­nie­nia pod drze­wem i wsłu­chi­wali się w ci­che od­głosy przy­rody. Ailea wie, że spo­ty­ka­jąc się, ła­mią za­sady.

- Mu­simy być ostroż­niejsi. - Ga­briel pod­nosi głowę. - Asha póki co przy­myka na to oko, ale to nie bę­dzie trwać wiecz­nie.

- Dla­czego?

Na szyi i po­licz­kach Ga­briela po­ja­wia się ru­mie­niec. Chło­pak wbija wzrok w ko­lana.

Jego słowa prze­cho­dzą w mam­ro­ta­nie. Go­rąco za­lewa mu twarz. Mil­cze­nie Ga­briela mówi wszystko to, czego jego usta nie są w sta­nie wy­ra­zić. W domu, w Ir­lan­dii, ksiądz gło­sił, że krwa­wie­nie ko­biet to prze­kleń­stwo Ewy i spo­sób Boga na wy­płu­ka­nie zła z ko­biet.

Kiedy Ailea po raz pierw­szy zo­ba­czyła krew tam, w dole, była prze­ra­żona, prze­ko­nana, że umiera. Ale Liz, która ma sio­stry, tylko się ro­ze­śmiała, dała jej kilka swo­ich gał­gan­ków i po­ka­zała, jak je za­mo­co­wać ta­siem­kami pod su­kienką.

- Nie mogą nam za­bro­nić się spo­ty­kać! - Ailea wy­rywa z ziemi kilka źdźbeł trawy. - Asha cią­gle mnie pil­nuje, zwa­rio­wać można! Cho­dzi za mną jak cień.

Liz pro­stuje nogi i je krzy­żuje.

- Asha cię fa­wo­ry­zuje.

- Nie­prawda!

- Nikt nie ma tylu in­dy­wi­du­al­nych lek­cji z Ashą, co ty. Nikt inny nie stu­dio­wał pa­pi­ru­sów w Domu Wie­dzy ani nie uczył się za­klęć już w pierw­szych ty­go­dniach. Wszy­scy wie­dzą, że po­woła cię na swoją no­wi­cjuszkę, gdy osią­gniesz od­po­wiedni wiek.

Ailea za­ci­ska usta i pa­trzy w dół. Te słowa nie przy­no­szą po­cie­sze­nia. - Asha nie jest na­wet w po­ło­wie tak su­rowa wo­bec in­nych jak wo­bec mnie.

Uśmiech Liz ga­śnie.

- Wiem. Asha wy­maga od cie­bie wię­cej, po­nie­waż je­steś wy­jąt­kowa. Twier­dzi, że po­cho­dzisz z rodu ka­pła­nek i że uro­dzi­łaś się z da­rem.

- Prze­stań. Wiesz, że nie lu­bię, gdy tak mó­wisz!

Mistrz Urghe po­wie­dział to samo. Że Ailea ma dar i że jej imię bę­dzie niósł ogień, je­śli od­waży się roz­pa­lić przy­szłość. Te słowa ją prze­ra­żają. Ailea obej­muje się ra­mio­nami.

- Co się wła­ści­wie stało z mi­strzem Urghe? - pyta.

Liz chwilę zwleka z od­po­wie­dzią.

- Po­do­bno Oni go za­bili.

- Oni?

- Ich imiona pa­dają w za­ka­za­nych ba­śniach, które opo­wiada się w ta­jem­nicy, tak by nie usły­szał ich nikt nie­po­żą­dany. Nie mówi się o Nich gło­śno.

Ga­briel od­kłada książkę.

- Nie­któ­rzy na­zy­wają ich także Cie­niami.

- Nie ro­zu­miem. Dla­czego ktoś miałby chcieć za­bić mi­strza Urghe?

- Na­prawdę nie wiem. Może żeby wzbu­dzić strach? - Liz się wzdryga. - My­ślę, że na­wet Asha się ich boi.

Ailea pry­cha.

- Asha ni­czego się nie boi.

Ale Asha rze­czy­wi­ście była ja­kaś dziwna pod­czas po­dróży po­wrot­nej stat­kiem.

Ailea za­uważa we wło­sach Ga­briela ka­wa­łek kory i wy­ciąga rękę, aby go wy­jąć.

- Skąd ta bli­zna? - pyta.

Palce Ga­briela do­ty­kają bia­łej bli­zny tuż przy li­nii wło­sów.

- Mam ją od dziecka. - Na jego twa­rzy po­ja­wia się uśmiech. - Mój brat zbu­do­wał łódki z kory, które zwo­do­wa­li­śmy. Po­tem po­do­bno wpa­dłem do wody i ude­rzy­łem głową o ka­mień. Uto­nął­bym, gdyby Ro­de­ric mnie nie ura­to­wał.

Zie­lony, me­ta­licz­nie po­ły­sku­jący żuk wspina się po fał­dach jej spód­nicy. Ailea pod­nosi żuka i de­li­kat­nie kła­dzie go na tra­wie.

- Ro­de­ric? Ten, który służy w woj­sku?

Ga­briel po­ta­kuje. Ailea sły­szy o nim, od­kąd przy­była do szkoły. Opo­wie­ści szep­tane za ple­cami Ga­briela. Na­zy­wają go de­mo­nem z pie­kła ro­dem. Ro­syj­ską śmier­cią. Po­do­bno brat Ga­briela świet­nie włada mie­czem, za­bił pię­ciu­set męż­czyzn, w tym w wieku pięt­na­stu lat jed­nego z naj­lep­szych do­wód­ców Fran­cji. Wszystko, co kie­dy­kol­wiek o nim sły­szała, to same opo­wie­ści o woj­nie i śmierci. Nie poj­muje, że Ga­briel i on są braćmi. Wy­dają się nie być do sie­bie w ogóle po­do­bni.

Ailea spo­gląda w górę. Wie­czorne niebo jest jesz­cze ja­sne, ale zmierzch wkrótce za­wi­śnie nad szczy­tami gór. Naj­wyż­sza pora wra­cać. Pa­kują swoje rze­czy i ru­szają w kie­runku szkoły. Wśli­zgują się przez bramę, mi­jają ogró­dek zio­łowy i wi­dzą Sa­rah zmie­rza­jącą w ich kie­runku. Owi­nęła so­bie złoty ko­smyk wło­sów wo­kół palca i uśmie­cha się jak kot. Ailea pa­trzy na nią gniew­nie. Co ją tak uszczę­śli­wiło?

Ciemna po­stać to­ruje so­bie drogę przez dzie­dzi­niec. Ostat­nie pro­mie­nie wie­czor­nego słońca oświe­tlają jej plecy, spra­wia­jąc, że wy­gląda jak pod­świe­tlony anioł wy­mie­rza­jący spra­wie­dli­wość. Ailea przy­gryza wargę. W spoj­rze­niu Ashy czai się bu­rza.

Asha

PÓŁ­NOCNA AN­GLIA, MAJ 1655

- Nie chcę, że­byś mar­no­wała swój ta­lent! - Ailea wie, że to uza­sad­nione słowa i na jej po­licz­kach po­ja­wia się lekki ru­mie­niec, lecz nie od­wraca wzroku. - Już kiedy tu przy­by­łaś, wie­dzia­łaś wię­cej niż więk­szo­ści dziew­cząt, które skła­dają osta­teczne śluby. Mo­gła­byś osią­gnąć na­prawdę dużo, gdy­byś tylko trak­to­wała swoją na­ukę po­waż­nie!

Wy­gląda na to, że Ailea nie ro­zu­mie, o co to­czy się ta gra. Asha była cier­pliwa, ale te­raz, gdy dziew­częta stają się ko­bie­tami, nie mogą za­cho­wy­wać się tak swo­bod­nie. Asha wbija wzrok w Aileę.

- Nie wolno wam opusz­czać te­renu szkoły! I jesz­cze wcią­gasz w to Ga­briela.

Ailea pa­trzy na nią z nie­złom­nym upo­rem. Pu­szy­ste ja­sne włosy po­wy­cho­dziły ze wstą­żek.

- Nie mo­żesz za­bro­nić nam się spo­ty­kać. - Po­liczki dziew­czyny płoną, a w jej oczach, za całą tą złotą zie­le­nią, po­ja­wia się bunt, któ­rego wcze­śniej nie było. Coś, co tylko pod­syca iry­ta­cję Ashy.

- Szkolne za­sady są ja­sne! - sy­czy Asha. - I do­ty­czą rów­nież cie­bie!

Dziew­czyna za­ci­ska zęby. Stoją w mil­cze­niu. Czarny da­cho­wiec z kre­mo­wymi łap­kami prze­cho­dzi obok nich. Gdy za­uważa Aileę, pod­cho­dzi bli­żej, ociera się głową o nogi dziew­czyny i za­czyna mru­czeć. Wy­gląda na to, że Ailea wal­czy z po­kusą po­gła­ska­nia go. Asha wzdy­cha.

- W two­ich ży­łach pły­nie krew daw­nego ludu. Ta­kie dary mają swoją cenę. Moim za­da­niem jest za­pew­nić ci wy­kształ­ce­nie po­trzebne do wy­peł­nie­nia prze­zna­cze­nia, któ­rym ob­da­rzył cię Bóg.

Za­czyna lekko wiać. Ailea za­kłada za ucho ko­smyk ja­snych wło­sów.

- A co jest moim prze­zna­cze­niem?

- Tego nie mogę ci po­wie­dzieć.

- Nie mo­żesz czy nie chcesz?

- Dość tego. - Asha nie pod­nosi głosu, ale w jej sło­wach sły­chać ostrze­że­nie. - Idź do Źró­dła i upew­nij się, że wszystko jest go­towe na ju­trzej­szy ry­tuał księ­ży­cowy.

Ailea ma taką minę, jakby chciała coś do­dać, ale mil­czy. Bie­rze kota na ręce i po­woli od­cho­dzi. Asha od­pro­wa­dza ją wzro­kiem. Ailea jest jedną z jej naj­zdol­niej­szych uczen­nic, co wcale nie dziwi, bio­rąc pod uwagę jej po­cho­dze­nie. W ciągu swo­jego czter­dzie­sto­let­niego ży­cia Asha spo­tkała tylko dwie osoby, które do­rów­ny­wały Ailei du­chową siłą. Wiele osią­gnie, je­śli tylko po­waż­nie po­trak­tuje na­ukę. Asha ża­łuje, że nie mo­gła się nią za­jąć wcze­śniej. Nie­stety jej uparta sio­stra Magy nie chciała od­dać dziew­czyny. Na szczę­ście sama w końcu do­szła do wnio­sku, że przy­szłość Ailei jest tu­taj.

Ra­do­sny dziew­częcy śmiech spra­wia, że Asha się od­wraca. Z Bia­łej Świą­tyni wy­bie­gają młod­sze no­wi­cjuszki w sza­rych sza­tach, pro­wa­dzone przez jedną ze star­szych no­wi­cju­szek. Dziew­częta przy­by­wają tu z wielu po­wo­dów. Nie­które po to, by po­znać taj­niki zio­ło­lecz­nic­twa i uzdra­wia­nia, inne opieki nad zwie­rzę­tami, a jesz­cze inne od­naj­dują swoje po­wo­ła­nie w mu­zyce. Ko­bieta, która spę­dziła tu­taj dzie­ciń­stwo, bez pro­blemu znaj­dzie pracę w każ­dym go­spo­dar­stwie. Tylko nie­liczne będą mo­gły zgłę­bić ta­jemne na­uki. Jak sio­stra Anne, któ­rej umysł może swo­bod­nie bie­gać z sar­nami po le­sie. Albo jak sio­stra V, która po­świę­ciła swoje ży­cie ci­szy i wolno jej mó­wić tylko w wy­jąt­ko­wych chwi­lach.

Nie­które dziew­częta nie zo­staną ka­płan­kami. Są tu­taj tylko po to, by się uczyć i nie skła­dają osta­tecz­nych ślu­bów, ale póź­niej znaj­dują swoje miej­sce we wpły­wo­wych or­ga­ni­za­cjach albo wże­niają się we wpły­wowe ro­dziny w ca­łej Eu­ro­pie. Matka Ga­briela jest ta­kim przy­kła­dem. Naj­więk­szym ta­len­tem Ile­any zde­cy­do­wa­nie nie była me­dy­ta­cja w mo­dli­twie.

W po­wie­trzu la­tają mo­tyle i trzmiele, gdy Asha po­dąża żwi­rową ścieżką w stronę ogródka zio­ło­wego.

Wio­sna była bez­li­to­sna. Nie­szczę­ścia i cho­roby na­stę­po­wały jedno po dru­gim. Sio­stra Grace zmarła po upadku z dra­biny i ude­rze­niu skro­nią o ka­mień. Jedna ze słu­żek po­tknęła się i wpa­dła do wrzą­cej wody z pra­niem. Mę­czyła się przez trzy dni, za­nim Bóg uwol­nił ją od cier­pień. To Asha za­mknęła jej oczy po­kryte pę­che­rzami, głasz­cząc jej opuch­nięte po­liczki, z któ­rych skóra scho­dziła jak z pie­czo­nego bu­raka. Woda wdarła się do po­miesz­cze­nia, gdzie prze­cho­wują pa­szę dla krów, i znisz­czyła więk­szość za­pa­sów. Z kra­suli zo­stały skóra i ko­ści. Wy­chu­dzone i wy­gięte jak pta­sie tru­chła, stoją te­raz, nie ma­jąc na­wet siły pod­nieść głowy, gdy Ailea wcho­dzi do obory, która grozi za­wa­le­niem. Drzewo spa­dło na ogro­dze­nie i je znisz­czyło. Asha nie­ustan­nie mar­twi się, jak zdo­być pie­nią­dze na utrzy­ma­nie szkoły, za którą jest od­po­wie­dzialna. Na­wet te­raz, gdy łąki są ja­sno­zie­lone i po­ja­wiły się pierw­sze ma­jowe rzepy, zdrowe i jędrne, ona nie może ode­tchnąć z ulgą.

Asha przy­staje. In­ten­sywny, aro­ma­tyczny za­pach drażni jej nos, gdy prze­suwa ręką po ło­dy­dze, która wkrótce za­kwit­nie. Ro­sną tu jedne z naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nych ro­ślin lecz­ni­czych w ca­łej Eu­ro­pie. Dłu­gie rzędy zło­ci­stej ma­rzanki won­nej, ru­mianku, dziu­rawca, wa­le­riany i na­gietka w ży­wych ko­lo­rach, żół­tym, po­ma­rań­czo­wym oraz mo­re­lo­wym. Za nimi, ogro­dzone pło­tem, nie­mal ukryte pod fio­le­to­wym bal­da­chi­mem kwit­ną­cych bzów, ro­sną ro­śliny, które mogą być do­glą­dane tylko przez naj­bar­dziej zręczne i do­świad­czone osoby, ta­kie jak ona sama. Bie­luń, lu­lek, wil­cza ja­goda, psianka i naj­pięk­niej­sza ze wszyst­kich: mor­dow­nik. Za­bój­czyni. Wy­soka ro­ślina, ma po­nad metr oraz in­ten­syw­nie nie­bie­skie kwiaty o heł­mia­stym kształ­cie. Naj­le­piej czuje się w chło­dzie i ciem­no­ści. Nie ma na nią od­trutki. Tego, kto ją spo­żyje, czeka gwał­towna i bez­li­to­sna śmierć.

Asha pod­cho­dzi i staje obok sio­stry Ju­deth, która klę­czy z no­życz­kami w jed­nej ręce i gar­ścią chwa­stów w dru­giej. Nogi z ży­la­kami, spuch­nięte od wieku, wy­zie­rają spod spód­nicy. Asha przy­kłada trzy palce do ust, czoła i serca na po­wi­ta­nie.

- So­ror mea.

Ju­deth wy­ciąga z ziemi wy­schnięty ko­rzeń, nie pod­no­sząc wzroku. - Mam na­dzieję, że da­łaś dziew­czę­tom re­pry­mendę, któ­rej długo nie za­po­mną.

Asha uwa­żała Ju­deth za starą już w chwili, gdy sama przy­była do szkoły. Może dla­tego star­sza sio­stra jest jedną z nie­licz­nych, które od­wa­żają się jej sprze­ci­wić.

- Tych troje psoci nie­mi­ło­sier­nie. - Ju­deth wy­ciera ręce w far­tuch. - Da­jesz im zbyt dużo swo­body.

- To jesz­cze dzieci. Sio­stra Ju­deth pew­nie też...

- Przy­by­wają co­raz młod­sze. I co­raz bar­dziej bez­u­ży­teczne. Kom­plet­nie brak im sza­cunku do tego, co stare. - Ju­deth po­daje Ashy kosz i wstaje. - Nie wy­świad­czasz dziew­czy­nie przy­sługi, po­bła­ża­jąc jej. Ailea to już młoda ko­bieta, nie mo­żesz po­zwa­lać na to, by spo­ty­kała się z Ga­brie­lem bez przy­zwo­itki. Trzeba ich roz­dzie­lić. Prze­szka­dzają so­bie na­wza­jem w na­uce.

- Tak, wiem.

Asha bie­rze głę­boki od­dech. Ailei nie jest ła­two. Dziew­częta milkną, gdy wcho­dzi do po­miesz­cze­nia. Nie­które nie mają na­wet od­wagi spoj­rzeć jej w oczy. Eli­za­beth i Ga­brie­lowi jest pro­ściej, ro­zu­mieją, czego się od nich ocze­kuje. Ale ich ro­dziny mają tu długą hi­sto­rię. Asha wzdy­cha.

- Ailei jest ciężko. Ga­briel jest jed­nym z nie­wielu przy­ja­ciół, ja­kich ma tu­taj w szkole.

- Przy­ja­ciół? - Ju­deth pry­cha. - Ailea nie jest jak inne dziew­częta. Po­winny się jej bać. Sza­no­wać ją. A nie lu­bić. Zdaje się, że coś o tym wiesz.

Słowa Ju­deth tra­fiają w czuły punkt. Przy­szłość, którą Asha aż na­zbyt do­brze zna. Ju­deth kon­ty­nu­uje:

- Ailea musi za­słu­żyć na swoje miej­sce tu­taj, bar­dziej niż inne dziew­częta. Wiele osób ucie­szy­łoby się z two­jej po­rażki.

Są tacy, któ­rzy nie wie­rzą w to, że w Ailei pły­nie krew, któ­rej szu­kają.

- Mistrz Donne prze­słał wia­do­mość kilka dni temu. - Ju­deth za­czyna iść, więc Asha ru­sza za nią. - Ga­briel ma ogromny po­ten­cjał, by stać się wy­bit­nym astro­lo­giem. Donne twier­dzi, że od cza­sów, gdy twój mistrz uczęsz­czał do szkoły, nie było ni­kogo z ta­kim ta­len­tem. - Ju­deth się za­trzy­muje. - Ktoś musi być gło­sem nieba, tak jest na­pi­sane. Po­wo­ła­nie Ga­briela jest te­raz waż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek, od­kąd mistrz Urghe nie żyje.

Po­goda się zmie­nia. Słońce za­snu­wają chmury, jakby wiatr miał uszy. Prze­szywa ją dreszcz. Śmierć Urghe była ostrze­że­niem. Ju­deth pa­trzy na Ashę, ścią­ga­jąc brwi.

- Nie czu­łam ta­kiego nie­po­koju, od­kąd by­łam dziec­kiem. Ni­gdy wcze­śniej nie po­stę­po­wali w taki spo­sób.

- Szkoła jest bez­pieczna - od­po­wiada Asha ci­cho. - Stare przy­mie­rza wciąż obo­wią­zują. Po­roz­ma­wiamy wie­czo­rem. Niech sio­stra Ro­ese zbie­rze dziew­częta w sali. Tam się z wami spo­tkam.

Ro­de­ric

BO­LO­NIA, MAJ 1655

Palce prze­su­wają się po czer­wo­no­brą­zo­wej okładce, na któ­rej jest na­pi­sane Opera Nova dell'Arte delle Armi. W pra­cowni Am­bro­gia pa­nuje chaos jak na polu bi­twy, mnó­stwo tu przed­mio­tów. Ob­razy, świece, stare księgi w skó­rza­nych opra­wach i mapy wy­peł­niają ściany i pod­łogę. Są też szkice Am­bro­gia, ry­sunki koni i wal­czą­cych męż­czyzn, wy­ko­nane z taką pre­cy­zją, że wi­dać każdy mię­sień.

Ro­de­ric bie­rze z półki żoł­nie­rzyka. Do­wódcę na ko­niu sta­ją­cym dęba, wy­rzeź­bio­nego w mar­mu­rze, swo­jego ulu­bieńca z dzie­ciń­stwa. Ka­mienne fi­gurki oży­wały, gdy Am­bro­gio usta­wiał je, by zi­lu­stro­wać ja­kąś słynną bi­twę. Ro­de­ric miał za za­da­nie roz­po­znać wszyst­kie for­ma­cje i po­dać przy­czynę kon­fliktu.

Ką­tem oka do­strzega Am­bro­gia sie­dzą­cego za biur­kiem. Kę­dzie­rzawe, cien­kie włosy, które kie­dyś były czarne jak wę­giel, z wie­kiem po­si­wiały i przy­po­mi­nają mech hisz­pań­ski. Marsz­cząc czoło, Am­bro­gio opiera się na krze­śle i przy­gląda się Ro­de­ri­cowi.

- Pa­mię­tam, jak pierw­szy raz tu­taj wsze­dłeś. Ile to może być, sześć, sie­dem lat temu?

- Ja­koś tak.

Am­bro­gio kiwa głową, nie od­ry­wa­jąc od niego wzroku. - Wy­pro­sto­wany chło­pak, ze spoj­rze­niem czar­niej­szym od smoły pie­kiel­nej. Je­śli do­brze pa­mię­tam, wła­śnie spusz­czono ci wtedy po­rządne la­nie?

Ro­de­ric od­kłada fi­gurkę z po­wro­tem na półkę.

- Si­gnor De­gano uznał, że na­uczy mnie do­brych ma­nier wy­soko ce­nio­nych w Hisz­pa­nii.

Drań tak mocno szarp­nął go za włosy, że Ro­de­ric my­ślał, że wy­rwie mu je ra­zem ze skórą głowy. Oświad­czył, że je­śli bę­dzie trzeba, to z Bożą po­mocą zgasi ten bez­czelny błysk w jego oczach. Na­stęp­nie wy­mie­rzył mu siar­czy­sty po­li­czek, a Ro­de­ri­cowi aż za­dźwię­czało w uszach.

Am­bro­gio marsz­czy czoło.

- Wiem, że mie­li­ście swoje spory.

Ro­de­ric ma ochotę po­wie­dzieć, że De­gano był świ­nią, ale gry­zie się w ję­zyk. Gnidą, która wy­ko­rzy­sty­wała swoją wła­dzę i po­zy­cję, nie­za­leż­nie od tego, czy miała do tego prawo, czy też nie, by pod­po­rząd­ko­wy­wać so­bie in­nych. Am­bro­gio mil­czy przez kilka od­de­chów, po czym do­daje:

- De­gano czer­pał przy­jem­ność z do­mi­no­wa­nia nad swo­imi uczniami. Z ła­ma­nia ich. Lu­bił, gdy schy­lali głowy jak trawa kła­nia­jąca się wia­trowi. Coś mi mówi, że nie po­zwo­li­łeś się zła­mać.

Dawny na­uczy­ciel Ro­de­rica od­suwa ta­lerz, na któ­rym na­tych­miast siada wielka, bzy­cząca mu­cha. Nie śpie­sząc się, po­woli roz­gasz­cza się na ob­gry­zio­nej ko­ści.

- On i Ni­co­las czę­sto wy­ra­żali swoje nie­za­do­wo­le­nie - cią­gnie Am­bro­gio. - Su­ge­ro­wali, że masz pro­blem z re­spek­to­wa­niem au­to­ry­te­tów.

Słowa są mocne, ale nie ob­raź­liwe. To nie pierw­szy raz, gdy Ro­de­ric sły­szy ta­kie za­rzuty. Czy rze­czy­wi­ście ma pro­blem z au­to­ry­te­tami? Czy to dla­tego za­wsze od­ma­wia wy­ko­ny­wa­nia nie­uza­sad­nio­nych roz­ka­zów, pod­czas gdy więk­szość lu­dzi jest po­słuszna? Czy jego wro­dzony opór wy­nika z nie­chęci do pod­po­rząd­ko­wa­nia się? Ro­de­ric pod­nosi ko­lej­nego żoł­nie­rzyka.

- Kom­pe­ten­cje po­winny zna­czyć wię­cej ani­żeli nie­za­słu­żony au­to­ry­tet. Sza­nuję lu­dzi, któ­rzy na niego za­słu­żyli.

Jak Am­bro­gio. W prze­ci­wień­stwie do in­nych na­uczy­cieli, za­wsze jest spo­kojny i me­to­dyczny, ni­gdy się nie spiera.

- Czy to dla­tego nie­któ­rzy na­uczy­ciele twier­dzą, że zro­bi­łeś wszystko, by uprzy­krzyć im ży­cie, pod­czas gdy inni uwa­żają cię za jed­nego z naj­bar­dziej am­bit­nych uczniów, któ­rzy tu stu­dio­wali?

Ro­de­ric szuka jego wzroku.

- A do któ­rej z tych grup ty na­le­żysz?

Am­bro­gio splata dło­nie. Le­dwo wi­do­czny uśmiech błąka się w ką­ci­kach jego ust.

- Jak mogę ci po­móc, Ro­de­ricu?

Ro­de­ric za­sta­na­wia się nad od­po­wie­dzią, prze­jeż­dża­jąc pal­cem po za­ku­rzo­nej półce.

- Zwy­kłeś ma­wiać, że naj­więk­szą sztuką jest po­ko­na­nie wroga bez walki.

Am­bro­gio po­woli kiwa głową. Ro­de­ric na chwilę za­wie­sza głos.

- Chcę, że­byś mnie na­uczył, jak wy­gry­wać bi­twy, za­nim się jesz­cze za­czną.

- Ro­zu­miem. - Am­bro­gio marsz­czy czoło w spo­sób, który su­ge­ruje coś zu­peł­nie in­nego. - Brak pew­no­ści sie­bie może pod­ko­pać mo­rale żoł­nie­rzy i prze­są­dzić o wy­niku bi­twy już na sa­mym po­czątku. Cho­dzi o zła­ma­nie woli wroga, jesz­cze za­nim doj­dzie do rze­czy­wi­stej kon­fron­ta­cji.

- I jak to się robi?

- Praw­dziwa walka od­bywa się w umy­słach. Mu­sisz spra­wić, by wróg wy­obra­ził so­bie po­rażkę, za­nim to jesz­cze na­stąpi.

Ro­de­ric kiwa głową. Fran­cu­ski do­wódca tak wła­śnie dzia­łał. Jego siła nie wy­ni­kała z tę­ży­zny fi­zycz­nej, lecz z tego, że za­siał w umy­śle chło­paka zwąt­pie­nie, które go spa­ra­li­żo­wało w de­cy­du­ją­cym mo­men­cie. Am­bro­gio długo mu się przy­gląda, co spra­wia, że Ro­de­ric czuje się nie­zręcz­nie.

- To nie­bez­pieczna gra. Dla cie­bie bę­dzie z jed­nej strony ła­twiej­sza, z dru­giej trud­niej­sza.

- Co masz na my­śli?

- Ła­twiej­sza, bo masz już re­pu­ta­cję. - Am­bro­gio bie­rze głę­boki od­dech. - Trud­niej­sza, po­nie­waż po­sia­dasz du­szę, mój młody przy­ja­cielu. - Lekki uśmiech znika. - Na­prawdę je­steś go­tów po­su­nąć się aż tak da­leko?

Ro­de­ric pa­trzy mu pro­sto w oczy, nie od­po­wia­da­jąc. W środku wciąż tli się wstyd. Jest go­tów po­świę­cić wszystko, by ni­gdy wię­cej nie do­świad­czyć tego pa­ra­li­żu­ją­cego stra­chu.

- Mo­żesz mnie tego na­uczyć?

- Mógł­byś pod­pa­lić sto­dołę chłopa? Za­gro­zić, że zgwał­cisz jego żonę lub córkę, je­śli nie za­płaci?

- Na­prawdę są­dzisz, że...

- Nie po­wie­dzia­łem, że miał­byś je zgwał­cić. Spy­ta­łem tylko, czy był­byś w sta­nie za­gro­zić męż­czyź­nie bez roz­lewu krwi. Cho­dzi o zła­ma­nie czło­wieka, a nie o za­da­nie mu bólu. Masz swoje za­sady do­ty­czące tego, co jest do­bre, a co złe. Być może bę­dziesz je mu­siał odło­żyć na bok. Re­pu­ta­cja osoby sie­ją­cej zło i okru­cień­stwo ma swoje za­lety. Lu­dzie prze­peł­nieni stra­chem za­zwy­czaj dają ci to, czego od nich chcesz. Ale to bę­dzie cię słono kosz­to­wać. - Ciemne oczy Am­bro­gia naj­pierw spo­glą­dają na szorst­kie dło­nie spo­czy­wa­jące na jego ko­la­nach, a na­stęp­nie na Ro­de­rica. - Pro­sisz mnie, bym ujaw­nił ten aspekt swo­jej oso­bo­wo­ści, z któ­rego nie je­stem dumny. Ro­zu­miesz? Je­śli mam cię uczyć, mu­szę wie­dzieć, co cię na­pę­dza. Z czym się zma­gasz.

- Chcę stać się lep­szym wo­jow­ni­kiem.

- Mu­sisz mieć lep­szy po­wód, je­śli mam cię szko­lić.

Bio­rąc głę­boki wdech, Ro­de­ric kręci pier­ście­niem na swoim palcu.

- Pod­czas bi­twy... - Twarz Ro­de­rica pło­nie. Ni­komu nie mó­wił o fran­cu­skim do­wódcy, na­wet Muc­ciowi. Nie wie czemu, może dla­tego, że wciąż za­leży mu na uzna­niu men­tora. - Czu­łem się tak, jakby ktoś rzu­cił na mnie urok. - Wstyd po­woli z niego wy­cho­dzi. - Ja... le­dwo mo­głem się ru­szyć. By­łem prze­ko­nany, że zginę, i my­śla­łem tylko o tym, jak to bę­dzie, gdy miecz wbije mi się w pierś. Wsty­dzę się tego, w jaki spo­sób wy­gra­łem tę walkę, bo na pewno nie dzięki swoim umie­jęt­no­ściom.

- Rzadko tak się dzieje.

- Już ni­gdy wię­cej nie chcę się zna­leźć w ta­kiej sy­tu­acji.

Am­bro­gio tak długo mil­czy, że Ro­de­ric naj­pierw my­śli, że się nie zgo­dzi.

- Będę cię uczył. - Am­bro­gio gło­śno wzdy­cha. - Przyjdź na salę tre­nin­gową tuż przed zmro­kiem. A te­raz zmy­kaj, bo Muc­cio cię szuka.

Ailea

PÓŁ­NOCNA AN­GLIA, CZER­WIEC 1655

Letni deszcz po­ło­żył kres upa­łom. Niebo za oknem stało się ciem­no­nie­bie­skie. Ailea dy­go­cze z zimna. Kilka młod­szych no­wi­cju­szek sie­dzi na drew­nia­nej pod­ło­dze w gru­bych skar­pet­kach, grze­jąc się przy ko­minku. Wy­pro­sto­wane i ze wzro­kiem wbi­tym w ro­bótkę, do­sko­nale zdają so­bie sprawę, że sio­stra Ju­deth bę­dzie spraw­dzać ich ha­fty pod lupą, a każda dziew­czyna, która nie za­cho­wała na­le­ży­tej sta­ran­no­ści, zo­sta­nie uka­rana. Le­ni­stwo to grzech. Dziew­czę za­wsze po­winno mieć za­jęte ręce, to je uczy po­kory, ma­wia sio­stra Ju­deth.

Ha­fto­wa­nie w wy­ko­na­niu Ailei to okropne mar­no­traw­stwo ma­te­riału i czasu. Po­kłu­tymi pal­cami bru­dzi ob­rusy i lniane ubra­nia. Nie zo­stała ob­da­rzona ani umie­jęt­no­ściami, ani cier­pli­wo­ścią do cza­so­chłon­nej pracy.

Sio­stra Ju­deth sie­dzi na swoim ulu­bio­nym miej­scu, wy­god­nie oparta w bu­ja­nym fo­telu przy oknie wy­cho­dzą­cym na ogród ró­żany. Jej po­wieki otwie­rają się i za­my­kają w rytm skrzy­pie­nia fo­tela. Przy ru­da­wej sio­strze Ro­ese, któ­rej ła­godne uspo­so­bie­nie i przy­ja­zny uśmiech zdo­by­wają serca wszyst­kich, wy­gląda jak sę­kata kłoda. U Ro­ese wszystko jest mięk­kie i fa­lu­jące. Na­wet ru­chy, gdy szyje lub sięga po harfę.

Ailea wbija igłę w ma­te­riał. Ha­fto­wa­nie po­winno być lek­kim za­ję­ciem, lecz aby prze­ci­snąć igłę przez wszyst­kie zgru­bie­nia po­wstałe w miej­scach, gdzie wy­ko­nała zbyt cia­sny ścieg, po­trzebna jest siła. Wszyst­kie palce na po­kłute. Poza tym jest głodna.

W ci­chym pro­te­ście ko­lejne wkłu­cie igły lą­duje zbyt da­leko, mimo że Ailea wie, że to bę­dzie wi­do­czne. Prze­stała już li­czyć, ile to razy do­stała re­pry­mendę za zbyt rzadki ścieg albo za mocne lub za słabe prze­cią­gnię­cie nitki na drugą stronę. Kiedy sio­stra Ju­deth nie pa­trzy, Ailea czę­sto daje swoją ro­bótkę Liz, która szybko ją po­pra­wia. Inne dziew­częta pod­po­rząd­ko­wują się z taką ła­two­ścią. Prze­strze­gają tra­dy­cji i ni­gdy nie kwe­stio­nują po­le­ceń. Ailea ma z tym kło­pot. Trudno jej być po­słuszną, ma ochotę krzy­czeć.

Wzrok Ailei prze­ska­kuje na drew­niany tam­bo­rek na ko­la­nach przy­ja­ciółki, z na­cią­gniętą tka­niną, na któ­rej per­fek­cyj­nym ście­giem zo­stały wy­ha­fto­wane żółte róże i dzwonki. Ailea wbija igłę, lecz nitka się kli­nuje.

- Prze­klęta nić - sy­czy, do­sko­nale zda­jąc so­bie sprawę z tego, że to ra­czej nie wina nici.

Liz pod­nosi wzrok znad swo­jego ha­ftu.

- Po­móc ci? - pyta szep­tem, ale milk­nie, wi­dząc gniewne spoj­rze­nie sio­stry Ju­deth.

Ailea do­strzega ką­tem oka, jak Sa­rah po­chyla się ku Ma­bel, du­żej, ciem­no­wło­sej dziew­czy­nie, któ­rej twarz i łok­cie za­wsze się łusz­czą, a oczy ni­gdy nie błysz­czą. Ma­bel, bę­dąca tu od dzie­ciń­stwa, jako je­dyna ze star­szych no­wi­cju­szek nie zo­stała jesz­cze przy­pi­sana do żad­nego domu ani sio­stry. Go­rycz za­tru­wa­jąca jej my­śli spra­wia, że trudno ją znieść. Sa­rah od­gar­nia z twa­rzy ko­smyk zło­ci­stych wło­sów. Wpa­truje się w Aileę, szep­cząc coś na ucho Ma­bel.

Ailea po­wstrzy­muje zwie­rzęcy im­puls, który każe jej wy­szcze­rzyć zęby i wark­nąć.

Sa­rah za­wsze była wy­nio­sła, ale od­kąd zo­stała no­wi­cjuszką Ro­ese i opa­no­wuje umie­jęt­no­ści zwią­zane z mu­zyką, stała się nie do znie­sie­nia. Cho­ciaż nie śpiewa tak jak Ro­ese, jej głos jest przy­jemny, a mięk­kie palce zręcz­nie po­ru­szają się po twar­dych stru­nach harfy.

- Sio­stro Ro­ese, nie wiem, czy to do­brze wy­gląda.

Sa­rah pre­zen­tuje sio­strze swój haft, per­fek­cyjne ptaszki we wszyst­kich ko­lo­rach tę­czy ar­ty­stycz­nie zdo­biące kra­wędź ma­te­riału. Nie prze­pu­ści żad­nej oka­zji do po­ka­za­nia swo­jej fał­szy­wej skrom­no­ści i wy­że­bra­nia wy­ra­zów sym­pa­tii. Ro­ese trzyma haft bli­sko ognia.

- Wy­gląda świet­nie. Ładne i równe ściegi.

Sa­rah skrom­nie spo­gląda w dół, jak przy­stało na młodą damę ze szla­chet­nego rodu. Pod­stępna i prze­bie­gła jak lis. O Boże, jak Ailea pra­gnie, by Sa­rah do­stała rop­nego trą­dziku. Siłą prze­py­cha igłę przez ma­te­riał, nie spusz­cza­jąc wzroku z Sa­rah.

- Auć!

Ból spra­wia, że Ailea wy­pusz­cza z rąk igłę i ro­bótkę. Ja­sno­czer­wona kro­pla lą­duje na haf­cie, gdy dziew­czyna wkłada opuszkę palca do ust. Ko­lor krwi kon­tra­stuje z bielą tka­niny. W pa­nice ślini ma­te­riał i in­ten­syw­nie go po­ciera, co tylko po­gar­sza sprawę.

- Niech to szlag!

Liz pod­nosi wzrok.

- Chyba nie jest aż tak źle. To się da jesz­cze ura­to­wać - stwier­dza, lecz jej mina mówi co in­nego.

- Dziew­częta, co wy wy­pra­wia­cie? - Głos sio­stry Ju­deth zgrzyta jak żwir pod sto­pami. Z tru­dem wstaje z fo­tela i czła­pie w ich kie­runku.

- Nie idzie mi.

- Po­każ. - Ju­deth ma­cha do niej ręką.

Wzrok Ailei pada na okru­szek, który za­trzy­mał się na szorst­kich wło­skach nad górną wargą sio­stry.

Ju­deth pry­cha.

- Matka ni­czego cię nie na­uczyła? Nie umiesz szyć ani śpie­wać. Gra­jąc na har­fie, tak fał­szu­jesz, że aż uszy więdną.

A ty masz wąsy, wstrętna ro­pu­cho - my­śli Ailea i musi mocno za­ci­snąć wargi, by nie wy­po­wie­dzieć tych słów na głos.

- Biedny ka­wa­ler, który ją po­ślubi.

Sa­rah wy­po­wiada to szep­tem, ale oczy­wi­ście na tyle gło­śno, by Ailea mo­gła ją usły­szeć. Sio­stra Ju­deth od­wraca się gwał­tow­nie.

- A ty z czego się śmie­jesz, głu­pia dzie­wu­cho? Gdy­byś po­świę­cała na na­ukę po­łowę tego czasu, który mi­trę­żysz na po­dzi­wia­nie wła­snego od­bi­cia w lu­strze, być może le­piej byś so­bie ra­dziła.

Twarz i szyja Sa­rah ob­lewa się pą­sem. Sio­stra Ju­deth po­trafi spro­wa­dzić na zie­mię jak nikt inny. Z miną, jakby to była ze­psuta żyw­ność, przy­gląda się ha­ftowi Ailei.

- Nie ma sensu tego ra­to­wać. Le­piej zro­bić z tego ścierki do pod­łogi. - By pod­kre­ślić swoje słowa, roz­dziera ma­te­riał na dwie czę­ści i rzuca je na pod­łogę. Jedną rękę trzy­ma­jąc na bio­drze, po­woli wraca na fo­tel, mam­ro­cząc pod no­sem, że ni­gdy nie wi­działa ta­kich głu­pich dziew­cząt.

- Sio­stro Ju­deth - ję­czy Isa­bel, jedna z młod­szych no­wi­cju­szek. - Bolą mnie palce.

- Bolą, bo nie są przy­zwy­cza­jone. - Ko­bieta po­ciera czoło. - Ból to oznaka le­ni­stwa - gani je sta­ruszka. Czy nie wie­dzą, że cier­pie­nie jest wpi­sane w ży­cie czło­wieka i że każda taka chwila przy­bliża ich ziem­skie po­włoki do ojca? - Mu­szę do wy­chodka. Sio­stro Ro­ese, mo­głaby sio­stra mieć na nie oko? - mówi Ju­deth, od­da­la­jąc się w kie­runku drzwi. - Nie do­kła­daj­cie do ognia, po­li­czę po­lana, gdy wrócę.

Kiedy kroki sio­stry Ju­deth cichną, Ailea przy­ciąga ko­lana do piersi i obej­muje je ra­mio­nami. Szuka wzroku sio­stry Ro­ese.

- Mo­głaby nam sio­stra opo­wie­dzieć ja­kąś hi­sto­rię, któ­rej ni­gdy nie sły­sza­ły­śmy?

- Nie te­raz, dzieci. Późno już, pora...

- Ale pro­simy, sio­stro Ro­ese! - bła­gają dziew­częta chó­rem.

Ro­ese wzdy­cha, ale się uśmie­cha.

- No do­brze, niech wam bę­dzie.

Dziew­częta ci­chutko przy­su­wają się bli­żej ognia, nie chcąc uro­nić ani słowa. Jedna z naj­młod­szych no­wi­cju­szek wspina się na ko­lana Liz, która de­li­kat­nie roz­plą­tuje jej włosy. Ro­ese zbiera my­śli.

- W mo­jej oj­czyź­nie krąży le­genda o dziew­czy­nie, która śpie­wem po­tra­fiła kon­tro­lo­wać przy­rodę i wy­wo­ły­wać po­tężne zja­wi­ska. Po­do­bno wę­dro­wała mię­dzy świa­tami. Jed­nym sło­wem po­tra­fiła otwie­rać rany, a śpie­wem zwa­bić każ­dego ptaka i inną istotę.

Z ust sio­stry Ro­ese wy­pły­wają dźwięki mięk­kie jak ko­ły­szące fale, sta­jąc się ży­wymi ob­ra­zami w pło­mie­niach ognia.

- To było w cza­sach, gdy za­słona od­dzie­la­jąca nas od tam­tego świata była cień­sza. We­dług nie­któ­rych opo­wie­ści w ży­łach dziew­czyny pły­nęła krew daw­nego ludu, po­cho­dziła od bo­gów i opu­ściła tam­ten świat, znany jako Tir Ta­irn­gire, aby być ze swoim uko­cha­nym, który na­le­żał do zwy­kłych śmier­tel­ni­ków.

Ailea się pro­stuje. Prze­cho­dzi ją dreszcz. Hi­sto­ria wy­daje jej się zna­joma.

- I co się z nią stało? - pyta.

- Ad­op­to­wał ją Ge­bann, ar­cy­druid z kró­le­stwa Ma­nan­nana, które było w sta­nie wojny z in­nym kla­nem. Ich król nie­na­wi­dził wszyst­kiego, co miało zwią­zek z ma­gią i tam­tym świa­tem. Był prag­ma­ty­kiem, czło­wie­kiem wojny, i chciał na za­wsze za­mknąć most mię­dzy świa­tami. Pew­nego dnia wy­słał do ar­cy­dru­ida mło­dego męż­czy­znę, aby ten wy­ne­go­cjo­wał za­wie­sze­nie broni. Gdy mło­dzi się spo­tkali, za­ko­chali się w so­bie od pierw­szego wej­rze­nia. Ona na­le­żała do ka­pła­nek, on do wro­gów, nie mo­gli być ra­zem. Wy­bu­chła bru­talna wojna. Aby za­po­biec za­mknię­ciu bramy i oca­lić most mię­dzy świa­tami, dziew­czyna wy­cią­gnęła nóż i wy­krwa­wiła się na śmierć u boku uko­cha­nego. Do dziś mówi się, że to miej­sce jest drzwiami do tam­tego świata.

Przez ciało Ailei prze­biega dreszcz. Ta hi­sto­ria wy­daje jej się zna­joma. Czyżby ktoś już ją jej opo­wia­dał? Sły­szy wła­sne serce. Stara się za­pa­no­wać nad pod­eks­cy­to­wa­niem i wła­śnie ma po­pro­sić sio­strę Ro­ese o wię­cej szcze­gó­łów, gdy na­gle roz­lega się skrzy­piący dźwięk.

- Jesz­cze nie śpi­cie? - Zmę­czone de­ski ję­czą pod sto­pami sio­stry Ju­deth. - Marsz do łó­żek, na­tych­miast. Nie wie­cie, ile mamy rano do zro­bie­nia?