Natalia
W piekarni przy Miodowej kawa ma lekki posmak czekolady. Kiedy unoszę kubek do ust i popijam ją małymi łykami, na języku budzi się słodkie wspomnienie cukierków, które przed laty matka przynosiła do domu w dniu imienin. Były twarde jak kamień, ale gdy wystarczająco długo potrzymało się je w buzi, nagle usta zalewała fala czekoladowej rozkoszy. Przyjmując z rąk pani Basi drugi kubek, myślę, że chętnie bym ich skosztowała. Bóg mi świadkiem, że potrzebuję przyjemności, choćby tylko czekoladowej.
- Poczekaj, dziecko... - prosi właścicielka i nurkuje pod ladę.
Kiedy się wychyla, w dłoni trzyma słoiczek i szablon z rysunkiem serca. Po chwili na mojej kawie rysuje się pękaty kształt, który bardziej przypomina wypięte pośladki niż symbol walentynek. Barbara też to dostrzega i parska zirytowana.
- No i masz... Chciałam ci przyozdobić napój, a wyszło mi grube dupsko. Klarze lepiej to wychodzi, ale pomyślałam, że się nauczę... - Chce zabrać kubek, ale przytrzymuję jej rękę i zaglądam głęboko w orzechowe oczy.
- Jest w porządku, pani Basiu, naprawdę. Po prostu tak już jest... Czasem dostajemy serce, a innym razem wielką dupę.
Płacę za obie kawy i wracam do stolika przy wejściu. Zawsze wybieram to miejsce, od pierwszego razu, gdy moja stopa przestąpiła próg piekarni na Miodowej. Wprawdzie minęło już wiele miesięcy, ale nadal pamiętam, jak zaskoczył mnie ten lokal. Weszłam tu po bułki, ciesząc się bliskością piekarni i składając w duchu przyrzeczenie, że codziennie będę biegać po świeże pieczywo na śniadanie. Czego się spodziewałam? Drewnianych regałów? Wiklinowych koszy wyściełanych papierem? Z pewnością nie mebli z malowanych palet, bukiecików kwiatów w słoikach po dżemie ani sąsiadów zgromadzonych przy stoliku w rogu, roześmianych, pogrążonych w żywej dyskusji i wyglądających na tak ze sobą zżytych, że poczułam się nie na miejscu. Jakbym bez pytania wkroczyła do czyjegoś domu i chciała zająć miejsce na najwygodniejszej kanapie.
Towarzyszyło mi również wrażenie, że zgromadzone towarzystwo zamilknie, urażone bezczelnością intruza i w niemym rozkazie wskaże drzwi. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Zza stolika podniosła się rudowłosa kobieta, później dowiedziałam się, że to Klara, synowa właścicielki piekarni, i uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Wsunęła się za ladę, musnęła spojrzeniem menu zawieszone na ścianie i zapytała, na co mam ochotę. Poprosiłam więc o bułki, po które specjalnie przyszłam, a potem, tknięta impulsem, jeszcze o kawałek piaskowej babki i kubek earl grey. Usadowiłam się przy stoliku obok wejścia, bo był najbardziej oddalony od tamtej wesołej grupki, ale z czasem doceniłam i inne walory tego miejsca.
Dzisiaj również je zajmuję. Ten sam stolik, to samo krzesło. Przez przeszklone drzwi jak na dłoni widzę ulicę, ciągnący się za nią niski, biały płotek oraz dom, który znajduje się tak blisko, że potrafię dostrzec nawet takie szczegóły jak zgaszoną zieleń rolety na piętrze i donicę z geranium zdobiącą wejście. Kwiaty tryskają spomiędzy listowia jak krwiste gejzery, bujne, tak zachwycające, że aż wzbudzają zainteresowanie przechodniów. Co to za odmiana? Na czym tak rośnie? - pytają, a ja odpowiadam, że to zasługa nawozu dobranego przez sąsiadkę z kwiaciarni obok. Kręcą głowami z niedowierzaniem, odchodzą powoli, z trudem odrywając wzrok od olśniewającego kwiecia, jakby nie dowierzali, że za urodą rośliny stoi płynny nawóz z zielonej butelki, i do końca się łudzili, że przyłapią mnie na odprawianiu magicznych rytuałów nad zwilżonymi rosą płatkami.
Na schody pada cień, a po chwili wejście do piekarni zasłania krągła kobieca postać. Brzdęka dzwonek zawieszony u drzwi. Mrugam, unoszę kubek do ust i upijam kolejny łyk kawy. Serce - albo dupa - osiada na ściankach naczynia, skrobię je paznokciem i oblizuję. Jednym uchem słucham cichego głosu klientki. Dwa pszenne, sześć kajzerek, tamten paluch z makiem, pani Basiu, a kiedy będzie jakieś ciasto z kruszonką, słyszała pani...
- O Boże! - wykrzykuje właścicielka piekarni i zapomniawszy o upychanym w szarych torebkach pieczywie, wybiega zza lady. Podchodzi do drzwi, spracowaną dłonią osłania oczy przed ostrym słońcem, przytula czoło do nagrzanej szyby. Jej wzrok wędruje niespokojnie wzdłuż ulicy, czoło przecinają głębokie bruzdy, aż w końcu wbija spojrzenie gdzieś w dali. Dokonuję szybkich obliczeń i uznaję, że spogląda na dom Pytlaków albo rozciągające się dalej wzgórza. Po chwili odwraca się do stojącej przy ladzie kobiety. - Wiadomo, co się stało? I... kto to?
- Kobieta, podobno w podeszłym wieku... - odpowiada klientka. Wyczuwam w jej tonie nutę zadowolenia, jakby się cieszyła, że jako pierwsza może przekazać Barbarze Kwiatkowskiej dramatyczne wieści. Może dzięki temu czuje się bardziej potrzebna. Wszyscy tego podświadomie pragniemy: chcemy być niezbędnym trybikiem maszynerii tego świata.
Obserwuję ją kątem oka. Wsuwa zakupy do materiałowej torby w tęczowe pasy, upycha, by wszystkie się zmieściły, i od czasu do czasu przerywa tę czynność, aby żywą gestykulacją wzbogacić przytaczaną opowieść. Smutną opowieść, w której przypadkowy biegacz natyka się na rozciągnięte na ścieżce ciało. Widzę je oczami wyobraźni: starą kobietę w kwiecistej sukience, którą pokonała nagła słabość, zawał, wylew czy jeszcze inne cholerstwo. Może wracała z porannej mszy i chciała skrócić sobie drogę przez wzgórza. Albo szła do sklepu, w którym przywykła robić poranne zakupy. Albo do piekarni po ulubione bułki i ciasto z kruszonką...
Barbara odwraca głowę i nasze spojrzenia się krzyżują. Ze smutnych orzechowych oczu wyczytuję, że pomyślała o tym samym.
Równocześnie gdzieś w oddali odzywa się sygnał nadjeżdżającej karetki. Spoglądam przez okno i dostrzegam Dominika. Stoi przed drzwiami, kręcąc głową na boki. Wiem, że mnie szuka. W końcu niezadowolony schodzi po schodach, mija donicę z geranium i zbliża się do furtki. Obok przystanęli jacyś ludzie, dyskutują, wyraźnie poruszeni. Dominik podchodzi do nich i zagaduje. Może pyta o mnie albo po prostu chwali piękny poranek? Po ich słowach sztywnieje. Unosi głowę i przeczesuje wzrokiem ulicę. Nie może dostrzec mnie przez drzwi piekarni, ale i tak kulę się na krześle. Zapewne dowiedział się o martwej kobiecie znalezionej na wzgórzach i przypomniał sobie, co wykrzyczałam mu w twarz, zanim wybiegłam z domu. Pewnie pomyślał też o najgorszym.
Nie powinno się mówić o pragnieniu śmierci. Szczególnie jeśli w rzeczywistości wcale się jej nie chce. Nie wolno kusić losu, tak mawiała moja matka. Ileż razy słyszała, że nienawidzę swojego życia, że wolałabym, by trafił mnie szlag. "Czy ty w ogóle masz pojęcie, co mówisz? Wiesz, ilu ludzi modli się o zdrowie i o życie? Wiesz, ilu sprzedałoby duszę, by zyskać jeszcze rok, miesiąc, dzień?" - pytała przerażona.
Czy Dominik jest przerażony na myśl, że uczyniłam coś strasznego, ostatecznego? Czyż nie zna mnie na tyle, by wiedzieć, że zbyt mocno kocham życie i za bardzo pragnę być szczęśliwa?
Mam ochotę wyjść z piekarni i pobiec w jego stronę, wyciągając ramiona. Zamknąć go w krzepiącym uścisku, obsypać wykrzywioną grymasem strachu twarz ciepłymi pocałunkami. A potem przypominam sobie poranną awanturę. Jedną z tych, w których krzyżują się sztandarowe "bo ty zawsze..." i "a ty nigdy...", tygodniami tłumione urazy puchną i puchną, nabierając ciężaru, który ugniata pierś jak nocna zmora i wyciska z niej słowa, które nie powinny paść. Słowa, których nie da się na powrót wgnieść w język, gorzkie, raniące. Takich słów padło między nami tego ranka wiele, a ich zwieńczeniem, swoistą wisienką na małżeńskim torcie, okazało się moje stwierdzenie, że nie chcę tak dłużej żyć. Wstydzę się tego, wspomnienie tych kilku wycedzonych w złości słów sprawia mi ból, ale jeszcze większy powoduje obraz chłodnych oczu Dominika, obojętnego wzruszenia ramion i pleców znikających za drzwiami sypialni.
Wspomnienie to sprawia, że nieruchomieję na krześle, nad kubkiem z resztką kawy i dupą rozsmarowaną na jego ściankach. Czasem serce, czasem dupa, myślę i tylko widok zmartwionej Barbary przyklejonej do szyby drzwi wyjściowych powstrzymuje mnie przed parsknięciem śmiechem.
Obserwuję Dominika. Rozmawia teraz z Justyną, ale jego czujne oczy prześlizgują się po budynkach, okolicznych drzewach, zaroślach i latarniach. Gdy właścicielka kwiaciarni odchodzi, mój mąż sprawia wrażenie całkiem wyzutego z sił. W końcu wolnym krokiem rusza Miodową, przecina ulicę, zmierza ku piekarni. Teraz widzę wyraźnie przerażenie malujące się na jego twarzy, nienaturalną bladość policzków i kurczowo zaciśnięte szczęki. Uświadamiam sobie, że jego lęk... troska wylewająca się z błyszczących oczu, leciutko drżące wargi... to wszystko sprawia mi osobliwą przyjemność. Chcę, by mój mąż tak na mnie spoglądał: z czułością, zainteresowaniem. Chcę, by nasze małżeństwo było takie jak kiedyś. Zanim wydarzyło się tamto. Zanim w mojej piersi uwił sobie gniazdo podstępny demon.
Barbara otwiera drzwi piekarni i wychodzi, a wtedy wzrok Dominika zatrzymuje się na mnie. Ulga malująca się na jego twarzy jest bardziej wyrazista niż tysiące miłosnych zaklęć, niż miliony kłamstw i wymówek. Ten widok sprawia, że ciałem wstrząsa dreszcz. Potrącony kubek rozpada się na kawałki z głośnym brzdękiem.
Dominik zbiera potłuczoną porcelanę i próbuje uchwycić moje spojrzenie. Wyszeptuje przeprosiny.
Rozluźniam się i przytulam jego głowę.
Przede mną na blacie leżą resztki kubka. Złowrogo szczerzą się porcelanowe zęby. Utytłane roztopionymi wiórkami wyglądają jak skąpane we krwi. Na języku nadal czuję rozkoszną słodycz i przychodzi mi na myśl, że nawet dupa może mieć smak czekolady.