ROZDZIAŁ 1
Donbas, 13 kwietnia 2014 r.
15:18
Najpierw poczuł rozbryzg ciepłej krwi na twarzy i przyklejające się do skóry szczątki mózgu. Dopiero sekundę później dotarł do niego huk serii wystrzałów ciężkich karabinów maszynowych, przed którymi nie mogła uchronić żadna kamizelka.
Porucznik Dmytro "Szakal" Kostrzenko zakrył głowę rękoma i zniżył się maksymalnie do podłogi wojskowego UAZ-a, którym jechali. Zrobił to odruchowo, jak przystało na dobrze wyćwiczonego w boju komandosa. W takiej sytuacji nie było czasu nawet na sekundę zawahania. Obok niego, cicho przeklinając, upadł na kolana Fiodor. Dima nie miał pojęcia, czy żywy, czy ranny, a może już martwy.
Tylko nie on!, błagał w myślach i sam nie wiedział kogo - Boga? A może nieprzewidywalny los, który postawił jego ludzi dzisiaj na tej piekielnej drodze, gdzie być może przyjdzie im za chwilę zginąć.
Szarpnął Fiodora za rękaw jego wojskowej katany. Przyjaciel odwrócił twarz w stronę swojego dowódcy i kciukiem dał znać, że wszystko z nim w porządku.
- Na ziemię! - Dima wydarł się przez krótkofalówkę do jadących razem z nim w konwoju żołnierzy, chociaż wiedział, że taki rozkaz był w tym momencie zbędny i spóźniony co najmniej o kilka sekund. Przypuszczał, że wszyscy żołnierze jadący razem z nim tym felernym transportem, składającym się z dwóch hunterów i jednej buchanki, leżeli teraz, zakrywając rękoma głowę i próbowali ogarnąć chaotyczne myśli.
- Kierowcy żywi? - zapytał.
- Żywi. - Po kilku sekundach ciszy rozległy się w odpowiedzi trzeszczące i niewyraźne komunikaty.
Chwilowo odetchnął z ulgą i kątem oka starał się ocenić pierwsze straty.
- To zawracamy. Chłopaki, pełny gaz i spierdalamy stąd! - wydał kolejny rozkaz. Wiedział, że nie mogą tu zostać nawet chwili dłużej, bo to groziło dalszym ostrzałem, być może nawet z RPG-7, a wtedy nie byłoby już czego po nich zbierać. Cztery i pół sekundy wystarczyłoby, żeby zmieść ich samochody z powierzchni ziemi. Nie mógł na to pozwolić.
Uniósł lekko głowę i spojrzał na miejsce, na którym siedział Wasyl. Teraz pozostała po nim jedynie zakrwawiona bezkształtna miazga, kikut bez głowy, coś, co przed chwilą było jeszcze człowiekiem.
- Kurwa... - To było przecież jego miejsce w konwoju. To on miał dzisiaj siedzieć obok kierowcy. Dima zgodził się na to w ostatniej chwili. Wyjątkowo. Ten jeden raz. - Kurwa! - zaklął ponownie, tym razem już na głos.
To nie był właściwy wiek na umieranie. Chłopak miał zaledwie dwadzieścia cztery lata i całe życie przed sobą. W Kijowie zostawił dziewczynę, matkę i siostrę. Dima nie mógł pogodzić się z tą bezsensowną stratą i uwierzyć, że już nigdy nie zamieni z Wasylem żadnego słowa. Szczególnie że jeszcze rano pił z nim kawę i palił papierosa przed budynkiem. Pamiętał, że rozmawiali beztrosko i śmiali się ze sprośnych żartów. Pieprzyli głupoty o dziewczynach i snuli fantazje na temat najbliższych wakacji. Tak naprawdę to próbowali zaprzeczać rzeczywistości, traktując czas w Donbasie jak kolejną krótką misję daleko od domu.
Dotknął dłonią swojej twarzy i starł z niej krew oraz fragmenty żywej tkanki, która oblepiała również jego mundur i hełm. Z całych sił starał się pohamować odruch wymiotny.
Samochód, którym jechali, nazywany przez nich pieszczotliwie "Lincolnem", przyspieszył na pełnym gazie. Kierowca sprawnie wykręcił na wąskiej drodze i ponownie objął prowadzenie kolumny. Kiedy wydawało im się, że już umknęli wrogowi i zostawili za sobą cichnący powoli ostrzał, niespodziewanie kilka metrów przed nimi eksplodował pocisk przeciwpancerny, a zaraz po nim ponownie rozległ się huk karabinów maszynowych. Pojazdy zahamowały gwałtownie, wzniecając tumany kurzu. Sasza, który dzisiaj dołączył do drużyny w zastępstwie, nie dał rady zapanować dłużej nad kierownicą i z impetem uderzył w przydrożny budynek jakiegoś starego, opuszczonego magazynu. Jakby tego było mało - został postrzelony, a utrata krwi odbierała mu powoli siły i przytomność. Świst kul zaczął przybierać na sile, ponadto docierał z dwóch stron. Dima i reszta znaleźli się w pułapce, dalsza droga do bazy została odcięta. Ich przymusowy postój oznaczał koniec dalszej podróży. Musieli się natychmiast ewakuować.
Ruchem ręki i zwięzłym komunikatem przez krótkofalówkę Dima nakazał opuszczenie samochodów. Najpierw przez podziurawioną od kul plandekę, a następnie przez lekko uchylone drzwi starał się wypatrzeć miejsce, które posłużyłoby im za tymczasowy schron. Dał sygnał, żeby dwójkami pobiegli na lewo, do zgliszczy niewielkiego budynku po starej pralni chemicznej. Dwóch żołnierzy wyciągnęło Saszę z szoferki i pomogło mu pokonać wyznaczoną trasę. Dima odpalił race dymne, żeby chociaż przez chwilę zasłonić swoich ludzi przed ostrzałem. Lawirując między gruzami i latającymi nad głowami pociskami, po kilku sekundach żołnierzom udało się przebiec przez ulicę i schronić za murami. Nie wszyscy mieli to szczęście. Jeden z nich, Tolek, podczas przeprawy upadł na asfalt, trzymając się za brzuch. Nie namyślając się długo, Dima i Artem złapali rannego pod pachy i zawlekli na drugą stronę ulicy. Ułożyli chłopaka płasko na ziemi i rozpoczęli akcję ratunkową - w pierwszej kolejności musieli zatamować krwotok.
- Tolek?! - krzyknął Dima, jakby chciał jak najdłużej utrzymać jego świadomość. - Artem zaraz zrobi ci opatrunek. - Starał się mówić do niego spokojnym głosem, nie dając po sobie poznać, jak źle wyglądała rana. Krew przyjaciela, która ściekała Dimie po palcach, leciała tak intensywnie, jakby ktoś odkręcił kran. Dowódca przeniósł naglący wzrok na Artema, dając mu wyraźny sygnał, żeby się pospieszył, zanim Tolek wykrwawi się na jego rękach. - Zaraz wezwiemy posiłki. Wyjdziesz z tego. Słyszysz?! Musimy tylko mocno ucisnąć ranę.
- Szakal... - wychrypiał ostatkiem sił Tolek i przymknął powieki, dając tym samym znak, że słyszał i rozumiał. Jego wzrok z sekundy na sekundę stawał się jednak coraz bardziej mętny. Gasł w oczach, a on - dowódca - nie mógł temu w żaden sposób zapobiec.
- Morda w kubeł! Oszczędzaj siły. Wyjdziesz z tego. - Spojrzał na niego ostatni raz i zobaczył krew wypływającą cienką strużką z jego ust. Odwrócił się, żeby Tolek nie dostrzegł rezygnacji w jego oczach.
Drużyna natychmiast zorganizowała punkty obserwacyjne i strzelnicze w dziurach po oknach. Nie było czasu na dokładne rozeznanie w planie obiektu, ale z tego, co udało im się w międzyczasie zaobserwować, znajdowali się w niewielkim parterowym budynku z czterema pomieszczeniami i tylnym wyjściem na biegnącą prostopadle ulicę. Dla bezpieczeństwa je również powinni zabezpieczyć. Z trzynastu żołnierzy, odliczając konającego Tolka i postrzelonego Saszę, zostało ich póki co dziesięciu - po dwóch ludzi na każde okno i rozwalone tylne drzwi budynku. W międzyczasie Fiodor wezwał posiłki, podając obecne położenie drużyny i dotychczasowy przebieg akcji. Musieli wytrzymać tu przez około trzydzieści minut, zanim wsparcie miało dojechać z pomocą. Dima wątpił, czy dadzą radę tak długo się bronić. Nie mieli przy sobie wystarczającej ilości amunicji, żeby odeprzeć zmasowany atak z dwóch stron. Jedyną szansę upatrywał w tym, że wróg mógł okazać się słabo wyszkolony, a przynajmniej gorzej niż oni. W każdym razie postanowił, że żywych ich nie wezmą, bo dotarło już do niego, że w tej wojnie nie było jeńców.
Dima po raz kolejny przekonał się, że w ogarniętym chaosem Donbasie rosyjscy separatyści[1] ukrywali się praktycznie wszędzie i nie dało się w żaden sposób zlokalizować ich kryjówek czy przewidzieć momentu ataku. Codziennie niemal w każdym mieście dochodziło do zbrojnych potyczek z prorosyjskimi bojówkami. Wczoraj w Słowiańsku grupa zamaskowanych osób zajęła posterunek policji, siedzibę Służb Bezpieczeństwa Ukrainy oraz budynek rady miejskiej, ponadto zniszczono wieże telefonii komórkowej. Do zamieszek i zajęcia budynków lokalnej władzy doszło też w Kramatorsku, Łymaniu, Bachmucie i Pokrowsku, a dzisiaj Dima z grupką swoich ludzi walczył o życie na drodze dojazdowej do Słowiańska. Przerzucanie żołnierzy, sprzętu i środków medycznych na linię frontu musiało odbywać się teraz inną trasą, bo ta stała się kolejną gorącą drogą[2].
Dima podniósł wzrok i zobaczył w oddali zbliżające się do nich cienie postaci. Było ich co najmniej trzy razy tyle, co żołnierzy w jego skromnym oddziale, chroniącym się w tej chwili w starej pralni.
- Nie marnować amunicji! Czekamy tak długo, ile się da. - Wydał rozkaz i jeszcze raz prześlizgnął się szybko wzrokiem po swoich żołnierzach, próbując oszacować skromne zasoby magazynków z amunicją.
Odwrócił głowę i spojrzał tępo w przestrzeń przed sobą.
- Ostatnia kula dla siebie - wypowiedział spokojnie to zdanie, w którym zawarte było całe ich beznadziejne położenie.
Wiedział, że rozumieją, co to dla nich oznacza. Kątem oka dostrzegł, że potakują głowami. Wtedy padł pierwszy strzał. Po raz kolejny poczuł na karku oddech śmierci.
Jeszcze na chwilę zamknął oczy, żeby po raz ostatni przed odejściem przywołać w pamięci jej obraz. Stał wtedy w bramie starej kamienicy, którą spowijał cień i obserwował, jak wychodzi z uczelni. Przystanęła na moment, włożyła słuchawki do uszu i odpaliła jakąś aplikację w telefonie. Po chwili ruszyła przed siebie, nie rozglądając się na boki. Nigdy tego nie robiła. Miał ochotę upozorować przypadkowe zderzenie na chodniku, po którym musiałaby zwrócić na niego uwagę. Być może udałoby mu się nawet zaprosić ją na kawę. W każdym razie miałby okazję, żeby wreszcie z nią porozmawiać. Oczywiście tego nie zrobił. Nie potrafił zebrać się w sobie i zawalczyć o dziewczynę, którą obserwował od ładnych kilku lat. Niemal każdego dnia patrzył śmierci prosto w twarz i decydował o życiu nie tylko swoim, ale i innych, natomiast jeśli chodziło o spotkanie z nią, jak zwykle stchórzył w ostatniej chwili. Znowu. W tej jednej kwestii był jak dziecko, które wierzy w bajki i Dziadka Mroza. Tyle że on wierzył w przeznaczenie, w to, że los znajdzie jakiś magiczny sposób, żeby ich ze sobą połączyć. Za każdym razem, gdy się nad tym zastanawiał, ogarniał go pusty śmiech. Tak naprawdę to wolał zaspokajać się swoimi fantazjami z nią w roli głównej niż faktycznie zaangażować się i prawdopodobnie skomplikować swoją tak dobrze poukładaną codzienność. A może po prostu zabrnął już w swoich marzeniach za daleko i teraz bał się rozczarowania oraz bolesnej prawdy, że w jej oczach nie zobaczy żadnego zainteresowania...
Dzisiaj, w obliczu bliskiego spotkania z kostuchą, obiecał sobie, że jeśli uda mu się wyjść z tego cało, zbierze w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby do niej zagadać, a później pójdzie do jej ojca i poprosi go o jej rękę. Mocno liczył na jego przychylność. Pięć lat temu nie odważyłby się na ten krok, bo był nikim w tej armii, ale dzisiaj...
Do jego uszu dobiegł kolejny strzał. Otworzył gwałtownie oczy, porzucając tym samym swoje plany na przyszłość i ruchem dłoni wskazał żołnierzom odpowiednie pozycje do zajęcia.
Teraz starał się skupić całą uwagę na swoich ludziach. Próbował nie myśleć o śmierci, o umieraniu, o niespełnionych marzeniach z młodzieńczych lat, na które być może nie starczy mu już czasu i o tym, że za chwilę to całe gówno, jakim jest wojna, może zabrać szansę na szczęście każdemu z nich.
[1] Grupy osób wspierane przez Federację Rosyjską, które działały na obszarze wschodniej i południowej Ukrainy. Dążyły do wyodrębnienia niezależnych od Ukrainy republik. Ich wpływ obejmował zarówno obszar społeczny i polityczny, jak również militarny. Prowadziły działania zbrojne w formie wojny podjazdowej jako wyraz protestu przeciwko zmianom politycznym w Ukrainie, tj. odsunięciu od władzy w wyniku rewolucji Euromajdanu prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. W efekcie powyższego powołano samozwańcze "republiki ludowe" - doniecką oraz ługańską.
[2] Haryacha doroha, czyli tzw. "gorąca droga" - ulica bądź droga znajdująca się w permanentnym ostrzale moździerzowym, wykorzystywana np. w celu przemieszczenia się żołnierzy i sanitariuszy między potrzebującymi a punktem stabilizacji (np. bazą medyczną).