Rozdział pierwszy. 30 października 2024 roku, godzina 6.45 Nina Greń
Rozdział pierwszy
30 października 2024 roku, godzina 6.45 Nina Greń
Silny podmuch wiatru zerwał resztki wilgotnych liści i cisnął je na
ziemię, pokrytą gęstą mgłą. Choć nastał już ranek, słońce nie zamierzało
wyjrzeć zza ciężkiej kołdry chmur. Pogoda miała niewiele wspólnego z prognozami. Zapowiadano słoneczny tydzień, zaskakująco ciepły jak na
ostatnie dni października. Tymczasem nic nie wskazywało na to, by
temperatura miała wzrosnąć choć o kilka kresek ani na to, że zza chmur
miałoby wyjrzeć słońce.
Nina usłyszała delikatny, rytmiczny stukot nad swoją głową. Uchyliła
powieki, ciężkie po bezsennej nocy. Deszcz. Małe krople cichutko
uderzały o dach. Zwykle uznawała ten dźwięk za niezwykle kojący i odprężający, ale tego dnia ją irytował. Deszcz wszystko zepsuje!
Zniszczy to, na co czekała cały rok.
- Szlag by to... - syknęła, naciągając kołdrę na głowę, jednak nawet to
nie sprawiło, że bębnienie kropli było słychać mniej. Wręcz przeciwnie.
Odnosiła wrażenie, że deszcz przybierał na sile.
Jeden dzień. Tylko tyle zostało do wielkich obchodów Halloween w Wieszczowie. Nina Greń uważała jednak, że to aż jeden dzień. Odkąd dwa
lata temu w ich niewielkiej miejscowości, skrytej pośród lasów,
oddzielonej od aglomeracji mniejszymi i większymi rzekami, po raz
pierwszy zorganizowano Wielkie Święto Duchów, stała się fanką
niezwykłych obchodów tego dnia, który w Polsce zaczynał zdobywać coraz
większą popularność. Nawet uwielbiane przez większość ludzi Boże
Narodzenie nie działało na nią tak, jak ten jeden, wyjątkowy wieczór,
pełen szaleństwa, śmiechu i niesamowicie wymyślnych przebrań. Miał swój
urok i klimat, jakiego Nina nigdy wcześniej nie czuła. Od tego czasu
wyczekiwała Święta Duchów tak, jak dziecko w Wigilię wyczekuje pierwszej
gwiazdki.
Mieszkańcy Wieszczowa długo dojrzewali do tego, by zrobić coś, co pomoże
zapobiec ucieczce młodzieży ku lepszemu, co sprawi, że ludzie zauważą tę
stopniowo wymierającą wieś. Niestety z wielkim bólem należało przyznać:
Wieszczów się wyludniał i działo się to nader szybko. Festyny, które
wcześniej cieszyły się popularnością, nie przyciągały już rzeszy
turystów. Nawet miejscowi nie mieli teraz ochoty brać w nich udziału, bo
kojarzyły im się z głośnymi, przaśnymi imprezami, na których powietrze
wypełniały dudniące disco polo i zapachy skwierczącej kiełbasy czy
strzelającego popcornu. Co prawda uważali, że przy tej muzyce każdy bawi
się najlepiej, ale... Te wydarzenia nie były już niczym szczególnym -
podobnych w okolicy było na pęczki. W Wieszczowie nie chciano więc
podążać za tym wymierającym trendem, a wydawanie pieniędzy na kolejną
tego typu imprezę było natychmiast wetowane. Władze sołeckie i gminne
głowiły się, co tu zrobić, żeby Polska usłyszała o tej zapomnianej, ale
jakże urokliwej miejscowości. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że w okolicy
nie było niczego, co mogłoby odróżniać ją od innych, leżących bliżej
stolicy. Żadnych pomników, żadnych miejsc historycznych czy noclegowych.
Lasy, choć piękne, były jak wszystkie inne. Rzeki, leniwie meandrujące
pośród łąk, nie wyróżniały się niczym szczególnym na tle innych rzek.
Musieli wymyślić coś, co pozwoli zwrócić na Wieszczów powszechną uwagę,
nawet jeśli miałoby się to dziać wyłącznie raz w roku. Jeden dzień, za
to z pompą, żeby ludzie czekali na powtórkę za rok. Musieli zrobić coś,
co utkwi ludziom w pamięci.
Padło na Halloween, lecz ta obco brzmiąca nazwa była nie w smak
mieszkańcom. Zgodnie powtarzali, że polska wieś, to i takie powinno być
nazewnictwo. Wielkie Święto Duchów brzmiało zdecydowanie lepiej. I chociaż słychać było głosy sprzeciwu, to jednak postanowiono
zorganizować imprezę, której nie opuści żaden fan mrocznych przebieranek
i słodkości wrzucanych do papierowych torebek. Mieszkańcy w końcu mieli
swoje niepowtarzalne wydarzenie, a o Wieszczowie wreszcie robiło się
głośno. Co prawda tylko raz w roku, ale po zakończeniu obchodów rozgłos
zawsze przyciągał jeszcze wielu ciekawskich, którzy chcieli na spokojnie
przyjrzeć się pięknu cichej wsi.
Nina odrzuciła kołdrę i zsunęła bose stopy na chłodną podłogę. Po jej
skórze przebiegł dreszcz. W pomieszczeniu było nieprzyjemnie zimno. Na
czystej do niedawna szybie widniał teraz ślad sierpówki niczym odbicie
anioła. Nina zerknęła za wybrudzone okno na dżdżystą aurę i wzdrygnęła
się jeszcze bardziej.
Sięgnęła po sweter wydziergany przez matkę, leżący na fotelu. Jedyna
osobista pamiątka, jaka po niej została. Kremowy sweter z grubej wełny
był dla Niny jak ulubiona maskotka dla dziecka, które bez niej nie
zaśnie. Nie chciała nawet pomyśleć o tym, że mogłaby go gdzieś zgubić.
Część rzeczy mama zabrała ze sobą, gdy w poszukiwaniu pracy wyruszyła za
granicę. Niestety przewrotny los zdecydował, że nigdy tam nie dojechała.
Może gdyby tamtego dnia nie spóźniła się na pociąg, nie wsiadłaby do
samochodu, który potem wpadł w poślizg i rozbił się na prostej drodze.
Może wtedy żyłaby dalej, a Nina miałaby pełną rodzinę, o ile można było
nazwać ich rodziną... Resztę rzeczy ojciec spakował w pudła i jednej
nocy po cichu wyrzucił. Nie mógł pogodzić się ze stratą żony, tym
bardziej że w przeddzień jej wyjazdu okropnie się pokłócili. Na
przeprosiny było już za późno. Tadeusz Greń nigdy sobie tego nie
darował. Nieraz opowiadał, jak nocami dręczą go wyrzuty sumienia.
Znalazł więc lekarstwo, które szybko opanowało jego ciało, duszę i umysł. Alkohol. Czasami wlewał go w siebie litrami i zupełnie tracił
świadomość. Pił dotąd, aż alkoholowe ramiona kołysały go, a on zapadał w pijacki sen. Zapijał wyrzuty sumienia, gdy tylko się odzywały. W tym
wszystkim zapominał o tym, że w domu jest ktoś jeszcze - jego córka
Nina, która przyglądała się tej sytuacji z rosnącym smutkiem.
Ojciec, popadający raz za razem w ciągi alkoholowe, nie potrafił
zatrzymać na dłużej żadnej pracy, a imał się już chyba wszystkiego. I zawsze kończyło się tak samo. Rozpijał się na budowie, popijał, kiedy
dorabiał jako złota rączka w szkole. Zasypiał potem na przystanku,
oparty o żółto-czerwony znak "STOP", który w godzinach szczytu miał
zatrzymywać kierowców przy przejściu dla pieszych obok szkoły. Nie
potrafił utrzymać żadnej posady, bo alkohol stale rozpychał się w jego
życiu łokciami, mościł sobie najlepsze miejsce i ugniatał je jeszcze
łapkami, jak to robiły koty. Nina musiała więc szybko dorosnąć. Dawno
przestała być dziewczynką z dobieranymi warkoczami i lekko zadartym
nosem. Jako dwudziestolatka była już kobietą odpowiedzialną za domowy
budżet i za to, by wiązać koniec z końcem. Początkowo myślała, że będzie
to łatwiejsze, jednak codzienna harówka była jak kubeł lodowatej wody,
który ktoś raz za razem wylewał jej na głowę.
Jej rówieśnicy wyjeżdżali z Wieszczowa na studia, a ona codziennie
ruszała do pracy: rano autobusem szkolnym jechała do oddalonej o osiem
kilometrów szkolnej stołówki, by pomóc w przygotowywaniu posiłków, po
południu szła stamtąd piechotą około dwóch kilometrów do pizzerii w Topolowie, w której zatrudniono ją jako kelnerkę. Po pracy wracała do
domu z menedżerem, który podwoził ją do rogatek Wieszczowa. Szła dalej
pustą ulicą, zmęczona po całym dniu ciężkiej pracy, marząc o tym, by
wreszcie los stał się dla niej łaskawszy. Czasem w myślach przeklinała
swoje życie. Szybko jednak się kajała i zaczynała szukać pozytywów.
Miała pracę, stosunkowo blisko domu, dzięki czemu nie musiała tracić
czasu i pieniędzy na dojazdy do większego miasta. Powinna się z tego
cieszyć. Powinna, ale wciąż powracał niepohamowany żal i wszystko
zdawało się tracić kolory, by przybrać szarą barwę codzienności.
Jednak dziś i przez kolejne dwa dni Nina miała urlop, by móc jak
najlepiej uczcić ten jeden dzień w roku, na który tak bardzo czekała.
Moment, w którym na powrót mogła poczuć się jak nastolatka. To właśnie
wtedy jej ciało przepełniała feeria barw, z której próbowała czerpać
całymi garściami. Weszła do ciemnej, ciasnej łazienki. Pomieszczenie
było długie, do środka wpadało niewiele światła. Po prawej stronie od
wejścia stała wąska, nieco wyszczerbiona umywalka z baterią, z której
już dawno zeszła warstwa chromu. Pod umywalką znajdował się stary
wiklinowy kosz na brudną bieliznę. Dalej mała pralka z wężem
podczepionym na ścianie, skierowanym w stronę starej, niezabudowanej
wanny na wykrzywionych nóżkach. Środek wanny zdobiły rdzawe zacieki,
których nie sposób było doczyścić. Na ścianie wisiała mała czerwona,
plastikowa półka. Ledwie utrzymywała żele i szampony. Tuż za wanną stała
toaleta z górnopłukiem, a za nią - wysoka szafka z pożółkłą firanką. Na
przeciwległej ścianie znajdowało się wąziutkie okienko, w dodatku
częściowo zasłonięte przez sumaki rosnące przed domem. Wpuszczało do
środka niewiele promieni słonecznych, więc ciemna toaleta wydawała się
jeszcze węższa i mniejsza niż w rzeczywistości. Przez nieprzyjemną
pogodę na zewnątrz w łazience było ciemno i chłodno. Nina wysunęła przed
siebie dłoń i oparła ją o ścianę pokrytą zimnymi kafelkami w kolorze
brudnego beżu. Palce natrafiły na włącznik światła, jednak gdy go
nacisnęła, ku jej zaskoczeniu pomieszczenie pozostało ciemne.
W Wieszczowie znów nie było prądu. Zdarzało się to nader często.
Wystarczył mocniejszy deszcz, nieco silniejszy podmuch wiatru, a cała
miejscowość zostawała bez zasilania. Bywało tak, że nawet w piękny i najbardziej słoneczny dzień w roku prąd pojawiał się i znikał, jakby
bawił się z mieszkańcami wsi w chowanego.
Nina westchnęła i ponownie nacisnęła przełącznik. Wolała wyłączyć go od
razu, by później, gdy zasilanie wróci, światło nie paliło się przez
resztę dnia lub nocy. Była poirytowana. Brak prądu oznaczał nieprzyjemny
chłód bijący z każdego pomieszczenia w domu. Opatuliła się więc
szczelniej, mocniej naciągając poły swetra, gdy szła do kuchni. Przez
chwilę zamajaczyła jej myśl, by zerknąć, czy w salonie na wersalce nie
leży uśpiony alkoholem ojciec. Jemu nie przeszkadzałby chłód. Mocne
trunki skutecznie ogrzewały go od środka... Uznała jednak, że nie chce
bardziej psuć sobie dnia, który już prawie spisała na straty. Pogoda
utrudni im pracę przy imprezie, na którą cała miejscowość czekała
okrągły rok.
Weszła do kuchni i omal nie krzyknęła. Ojciec siedział bokiem do okna,
popijał herbatę ze szklanki w metalowym koszyczku i rozwiązywał
krzyżówkę. Raz za razem postukiwał przy tym długopisem o blat stołu
przykryty kremową ceratą.
Wyglądał inaczej.
Przyprószone siwizną włosy, zwykle rozczochrane, teraz były schludnie
uczesane. Pobrudzony i powyciągany, pożółkły ze starości podkoszulek
ustąpił miejsca czystej flanelowej koszuli. Wszystko wskazywało na to,
że ojciec był trzeźwy. Tylko skąd ta zmiana? Owszem, cieszyła ją. Dawno
nie widziała ojca w takim wydaniu. Ostatnie dni spędzał głównie na
wysiedzianej wersalce, którą już dawno powinni wymienić, jednak wciąż
brakowało na to funduszy. Były inne, ważniejsze wydatki niż kupno nowego
mebla, skoro stary jeszcze jakiś czas mógł im posłużyć.
Uniósł oczy znad krzyżówki i posłał córce nieśmiały uśmiech. Właściwie
był to raczej nieporadny grymas, który miał przypominać uśmiech. Widać
było jak na dłoni, że ojciec zapomniał, czym jest sympatyczny i miły
wyraz twarzy.
- Nie ma prądu. W sklepie mówili, że jest awaria, może po trzynastej
włączą. Napijesz się kawy? Woda jest jeszcze gorąca. - Wskazał na
czajnik stojący na jednym z palników kuchenki gazowej.
Nina potaknęła i podeszła do szafki nad zlewem, w której zwykle
obciekały umyte naczynia. Zdziwiła się, gdy nie znalazła tam ani jednego
kubka czy talerza. Wszystko było wysprzątane.
- Usiądź, ja zrobię. - Ojciec poderwał się z siedzenia, głośno szurając
chybotliwym krzesłem, któremu także przydałoby się odświeżenie. Lakier
pozostał jedynie w kilku miejscach.
- Nie trzeba, tato. Potrafię zrobić sobie kawę. - Wykrzesała z siebie
grymas identyczny jak ten, który chwilę wcześniej posłał jej ojciec.
Otworzyła szafkę obok i wyjęła swój ulubiony kubek, który dostała na
urodziny od współpracowników z pizzerii, z napisem: Na dobre, na
niedobre i na litość boską.
Obydwoje mieli problem z okazywaniem uczuć, a już na pewno tych
pozytywnych. Nie przywykli do miłych gestów, żartów czy uśmiechów w swojej obecności. To wszystko zabił w nich alkohol, który jak ściana
stawał między nimi. Próby uśmiechania się czy drobne gesty były więc dla
nich czymś nowym, nieznanym i bardzo nienaturalnym, wręcz wymuszonym.
Oboje to czuli i wstyd im było własnej ułomności pod tym względem. Nie
umieli okazywać ani przyjmować wyrazów miłości, chorzy na strach przed
uczuciem. Chowali więc głowy, kulili się w sobie, gdy ktokolwiek
próbował sypnąć im garsteczkę czułości.
Mimo jej sprzeciwu ojciec nie usiadł. Stał, wsparty o krzesło. Dopiero
teraz dostrzegła, jak zmizerniał. Koszula wisiała na nim jak na
wieszaku. Nogi, szczupłe niczym tyczki, skryte były pod szarymi
spodniami w kant, które tak uwielbiał nosić. Kiedy tak zeszczuplał?
Kiedy zaczął znikać? Zastanawiała się, lecz wstydziła się o to zapytać.
Żadna odpowiedź więc nie nadeszła.
- A tak właściwie... - zaczęła niepewnie, wsypując zmieloną kawę do
kubka. Zalała ją, choć woda nie była wrząca. - Wybierasz się dokądś?
Wyglądasz inaczej. Nawet się uczesałeś. - Próbowała żartować, lecz jej
głos wydał się nie radosny, tylko raczej nienaturalnie piskliwy.
- A tak, tak. Dostałem propozycję pracy, muszę jakoś wyglądać, żeby mnie
od razu nie skreślili. Choć i tak wiedzą, że zaglądam do kieliszka... -
W jego głosie był smutek.
- Nawet jeśli wiedzą, to co z tego? Oni nigdy nie popełnili żadnego
błędu? Nikt nie jest kryształowy.
Próbowała dodać mu otuchy, lecz jej słowa brzmiały trochę pompatycznie,
nieszczerze, pusto.
- Każdy we wsi gada, że jestem zwykłym pijakiem i że skończę jak ci, co
na metę chodzili i pili denaturat. Mają rację, cholera jasna... Mają
pieprzoną rację, Ninka...
- Tato... - zaczęła, ale ojciec machnął ręką i wyszedł z kuchni, a ona
została sama.
Wiedziała, że znów przegrał z wysokoprocentowym przeciwnikiem. Usiadła
przy stole, wpatrzyła się w świat za oknem i zrozumiała, dlaczego matka
chciała wyruszyć za granicę.
Tu nie było perspektyw. Żadnych... I ta wiedza ogromnie ją zabolała.
Rozdział drugi. 30 października 2024 roku, godzina 8.57 On
Rozdział drugi
30 października 2024 roku, godzina 8.57 On
Zapomniał parasola. Gnał przed siebie, omijając kałuże. Krople deszczu
wpadały mu za kołnierz obszernej, czarnej kurtki. Nie mógł się spóźnić,
a tymczasem wskazówki zegara nieubłaganie dobiegały do pełnej godziny.
Pozostały trzy minuty. Trzy cholerne minuty, a on nawet nie widział
jeszcze swojego celu. Być może za sprawą mgły, która dopiero powoli
zaczynała się rozpraszać. Może przez deszcz, który bawił się
intensywnością i raz kropił delikatnie jak woda święcona z kropielnicy,
a raz chlustał jak z wielkiego wiadra. Pewien był dwóch rzeczy. Jeśli
nie zacznie biec, spóźni się, a oni nie będą traktowali go poważnie. I niezależnie od tego, jak bardzo by się starał, przybędzie na miejsce
przemoknięty do suchej nitki.
Przyspieszył. Oddech miał ciężki. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz
uprawiał jakiś sport. Wszędzie jeździł autem, siłownię widział tylko
wtedy, gdy mijał ją w drodze do stolicy. Chyba tylko cudem od lat
utrzymywał swoją wagę w ryzach, zwłaszcza że lubił dobrze zjeść.
Od wysiłku bolały go płuca. Czuł w ustach nieprzyjemny posmak krwi.
Obiecywał sobie, że gdy tylko uda mu się doprowadzić sprawę do końca,
postara się popracować nad kondycją, która wołała o pomstę do nieba.
Teraz priorytetem było coś innego. Musiał temu poświęcić całego siebie.
Wybiła dziewiąta. Właśnie wtedy pchnął drzwi opuszczonej stodoły, a jego
oczom ukazał się nędzny widok. Zupełnie inny, niż życzył sobie zobaczyć.
Cholera jasna... Zdyszany, przemknął wzrokiem po wpatrujących się w niego twarzach. Skupienie malowało się na każdej z nich. Liczył
bezgłośnie. Jeden, dwa, trzy... Czy to jakiś ponury, nieśmieszny żart?
Brakowało kilku osób.
Zwłaszcza tego, na którym zależało mu najbardziej.
Dlaczego on nie przyszedł, dlaczego stchórzył, mimo że obiecywał mu tak
wiele? Już on sobie z nim porozmawia... Już da mu nauczkę za to, że
wybrał inaczej. Nie pozwoli się tak traktować! Akurat z nim nie będzie
się patyczkował.
Musiał zaczynać. Bez względu na to, jak niewielu z nich dziś tu
przyszło. Skoro woleli bawić się na takich zasadach... Jeszcze zatańczą,
jak im zagra. Zapamiętają, że powinni traktować go poważnie. Niech tylko
przyjdzie odpowiedni czas, a on znów upomni się o swoje. Tym razem
brutalnie, nie przyjmie słowa "nie".
- A więc zaczynamy... - wysapał, a siedzący na kubłach i deskach wstali,
posłusznie pochylając głowy.
Moje owieczki - pomyślał i rozpoczął swoją skrzętnie utkaną przemowę.
Rozdział trzeci. 30 października 2024 roku, godzina 11.15 Aspirant Alicja "Ptaszyna" Kruk
Rozdział trzeci
30 października 2024 roku, godzina 11.15 Aspirant Alicja "Ptaszyna" Kruk
Alicja Kruk przeciągnęła się na obrotowym krześle tak mocno, że aż
zachwiało się niebezpiecznie, z nieprzyjemnym dla ucha zgrzytem. Tego
dnia na komendzie powiatowej w Otwocku panował dziwny spokój. Część osób
była w terenie, a ci, którzy byli na miejscu, pracowali cicho w swoich
pokojach, zatopieni w papierkowej robocie.
- Co, Ptaszyno, przytyło się tak, że stołek pod dupskiem jęczy? -
Zarechotał Tomasz Malczewski, z którym Alicja miała niebywałą
przyjemność pracować.
Nieraz żałowała, że komendant postanowił zażartować z obojga i stworzyć
z nich duet. Gdy trzeba było jechać na wezwanie, zawsze wysyłał ich
razem. Dzielili więc nie tylko pokój, lecz także policyjny samochód,
którym jeździli na miejsca zdarzenia. Malczewski mówił, że stanowią parę
doskonałą, jak pasujące do siebie puzzle, ona miała jednak co do tych
odważnych stwierdzeń kolegi wiele wątpliwości.
Malczewski był specyficzną osobą. I nie chodziło wyłącznie o jego
wygląd. Niezbyt wysoki, ale dobrze zbudowany mężczyzna miał głos nijak
niepasujący do jego postury. Piskliwy ton brzmiał zabawnie, gdy wypływał
z ust wytatuowanego policjanta, którego muskuły mocno rysowały się pod
policyjną koszulą. Blond włosy Malczewski układał każdego ranka chyba
dobrą godzinę, każdy z nich zawsze miał swoje miejsce, a gdy któryś z kapryśnych kosmyków próbował się stawiać, policjant szybko poskramiał go
dodatkową porcją lakieru czy żelu. Malczewski miał więc ksywkę Bravo, na
cześć bohatera słynnej kreskówki, który był równie przypakowany i miał
podobnie nieskazitelnie zaczesaną do góry czuprynę. I tak jak
Malczewski, kreskówkowy Johnny też lubił placki.
Choć młodszy aspirant Tomasz Malczewski nie był najwyższy z pracujących
tu policjantów, na pewno przewyższał resztę inteligencją,
błyskotliwością, charyzmą i świeżym spojrzeniem na sprawę wtedy, gdy
inni wciąż błądzili po tych samych śladach. Zawsze znajdował jakiś
szczegół, na pierwszy rzut oka niepozorny i nieistotny niuans, który
później okazywał się kluczem do rozwiązania sprawy. Za to właśnie Alicja
Kruk bardzo go ceniła. Ale jego niewybrednych dowcipów wprost nie
znosiła. Bravo należał do osób, które najpierw mówiły, a dopiero później
myślały, co rodziło wiele niepotrzebnych nieporozumień i konfliktów.
Jego żarty, często zupełnie nieodpowiadające sytuacji, padały, zanim
pomyślał, że lepiej byłoby siedzieć cicho.
- Słyszałeś o tym, że milczenie jest złotem? - Zgromiła go wzrokiem, a to za każdym razem robiło wrażenie.
Miała niezwykłe oczy. Piękne i niespotykane. Niebiesko-szare z drobną
brązową plamką na prawej tęczówce, hipnotyzujące, współgrające z jej
brązowymi włosami, zawsze związanymi na czubku głowy w niedbały kok. Tu
i ówdzie spod gumki wystawały kosmyki, którymi - w przeciwieństwie do
Tomasza - zupełnie się nie przejmowała. Podobnie zresztą jak makijażem,
który robiła tylko wtedy, kiedy naprawdę musiała.
Kruk stawiała na naturalność. Chociaż zawsze powtarzała, że raczej
połowiczną. Mogła nie nałożyć makijażu, ale nie wyobrażała sobie nie
mieć wydepilowanych pach czy nóg. Czas, który musiałaby poświęcić na
makijaż, wolała przeznaczyć na regenerację. Uwielbiała spać i gdyby
tylko się dało, miałaby doktorat ze spania i ucinania sobie drzemek w najdziwniejszych miejscach. Podczas gdy inni przypłacali trudne sprawy
bezsennymi nocami, Alicja opierała głowę o ścianę i zapadała w przyjemny
sen. I nieważne, czy siedziała przy stole, leżała na kanapie czy stała w zatłoczonym autobusie. Potrafiła przystosować się do warunków i zasnąć,
gdziekolwiek się znajdowała. Jej zdaniem to właśnie temu, że bardzo
pilnowała regeneracji organizmu, zawdzięczała swoją figurę. Nawet gdy
wieczorami wcisnęła w siebie paczkę chipsów i popiła je winem lub piwem,
od lat utrzymywała tę samą wagę i rozmiar trzydzieści osiem.
- Gdyby tak faktycznie było, to może bym spróbował siedzieć cicho -
skwitował Malczewski, kładąc nogi na biurko. Tonęło w papierzyskach i białych teczkach przepasanych jasnym sznureczkiem.
- Zwariowałeś? Zabieraj te nogi! Gdzie ciebie, do jasnej cholery,
chowali?! - krzyknęła, uderzając go aktami. Głuche plaśnięcie
rozbrzmiało w powietrzu.
- W dupie... - zażartował, zabierając nogi z biurka, a Alicja na kolejny
w tym dniu niewybredny żart kolegi tylko przewróciła oczami. Łapała się
na tym, że robiła to nader często w towarzystwie Tomasza Malczewskiego.
Ale czy dało się inaczej, skoro Bravo ciągle testował jej cierpliwość?
Czasem wyjątkowo działał jej na nerwy. Tak bardzo, że miała ochotę
złożyć wypowiedzenie, byleby tylko znaleźć się jak najdalej od niego.
Zaraz jednak karciła się w myślach, że to profesjonalizm powinien brać
górę, a nie niechęć do niezbyt śmiesznych żartów. W końcu Malczewski bez
wątpienia był profesjonalistą, miał tęgi umysł i dostrzegał rzeczy z pozoru błahe, lecz ostatecznie niezwykle istotne. Ich odmienne poczucie
humoru nie powinno mieć więc wpływu na jakość jej pracy czy skłaniać jej
do odejścia.
Drzwi do pokoju otworzyły się ze skrzypnięciem. Stanął w nich niski
mężczyzna z pokaźnym brzuchem. Pierwsze, co rzucało się w oczy, kiedy
wchodził do środka, to potężne, obwisłe wąsy, lekko pożółkłe od
papierosów, przypominające kły. Między innymi temu charakterystycznemu
zarostowi komendant zawdzięczał swoją ksywę. Do tego nieproporcjonalnie
małe, świdrujące oczka, przepalony, nieco bulgoczący głos, i fakt, że ze
względu na swoje gabaryty szef bardziej toczył się, niż chodził
sprężystym krokiem. Wypisz wymaluj Mors.
- A wam co tak wesoło? Musicie się przygotować na jutro. Być może
posterunek w Topolowie będzie potrzebował pomocy przy imprezie w Wieszczowie. To niby nie jest typowa masówka, ale trzeba być czujnym.
Jeśli dostaniemy wezwanie, musimy ruszyć, jasne? W Topolowie mają braki
kadrowe, więc kiedy trzeba będzie sprawdzić, czy wszystko jest okej,
ktoś z naszych musi tam podjechać. Jak to mówią, wszystkie ręce na
pokład, dobrze być w gotowości - wysapał Kazimierz Pękala, bulgocząc i zerkając to na Alicję, to na Tomasza. U żadnego z nich nie zauważył
krzty entuzjazmu. Poprawił spodnie, podtrzymywane przez rozciągnięte
szelki.
- Na mnie nie patrz. Ja mam jutro wolne. Całe to Wielkie Święto Duchów
to jakiś niezbyt śmieszny żart. Na wsi? Jeszcze takiej zabitej dechami?
Szefie, kto to słyszał? - Pani aspirant nie gryzła się w język.
Nie znosiła Halloween, a właściwie nie samego święta, tylko tego, co się
z nim wiązało. I nie dlatego, że było sprzeczne z jej wiarą. Denerwowały
ją dzieciaki, które co kilka minut pukały do jej drzwi, burząc cały
wieczorny ład i spokój. Najgorzej, gdy ten wstrętny dzień wypadał akurat
kiedy miała wolne. Raz po raz biegała do drzwi, w które poprzebierane
stada dzieciaków waliły pięściami niczym młotem. Apogeum wściekłości
Alicja osiągała, gdy słodkości, które dla świętego spokoju wcześniej
postanowiła przygotować, nagle się kończyły. Na nic się zdawały
tłumaczenia, że cukierki były i się zmyły. Gdy tylko zamykała drzwi,
dzieci, niepocieszone, zabierały się za robienie obrzydliwych psikusów.
Szczytem bezczelności były psie odchody, które jakimś cudem znalazły się
na jej nowiuteńkiej wycieraczce. Była pewna, że to robota tych żądnych
cukru małych przebierańców. Bo który pies otworzyłby sobie furtkę i narobił akurat na jej wycieraczkę, gdy wokół było całe mnóstwo innych
domów, niektóre nawet bez żadnego ogrodzenia?
- Pieprzone smarkacze... - warknęła wówczas, gdy zobaczyła dziecięce,
choć wciąż gówniane, dzieło.
Szybko odepchnęła wspomnienia, by się nie nakręcać. Miała mieć wolny
dzień. To powinno być jej światełkiem w tunelu. Zamknie się w domu,
pogasi lampy i będzie udawała, że jej nie ma. Tak! To był znakomity
plan. Zapewne zmorzy ją sen, ale liczył się fakt, że na horyzoncie widać
było dzień całkowitej laby.
- A co ty taka cięta na to święto, Ptaszyna? Jakieś złe wspomnienia? -
Malczewski znów zarechotał. Miała ochotę przyłożyć mu jeszcze mocniej
niż wtedy, gdy położył nogi na biurku.
- Musisz ciągle rżeć jak jakiś koń? Człowieku, to irytujące, wiesz? -
jęknęła, patrząc na niego z politowaniem, i zaraz dodała poważnym tonem:
- Może i złe wspomnienia, gówno cię to powinno obchodzić. Ja jutro nie
pracuję. Poradzicie sobie beze mnie, zresztą... Młodsi są na komendzie.
Może tych dwóch z prewencji? Niech ruszą tyłki i się wykażą... Ostatnio
któryś narzekał, że u nas się nic nie dzieje. Niech podjedzie na Święto
Duchów, popilnuje trochę porządku, pokaże, kto jest królem na dzielnicy.
Raz, dwa zmieni zdanie, że u nas wieje nudą.
- Drażliwa... Jak ty z nią wytrzymujesz? - Mors spytał młodszego
aspiranta, a jego wąsy poruszały się z każdym wypowiadanym słowem.
- Nie narzekam. Lubię takie z temperamentem - odparł i puścił oko do
Alicji, która skwitowała to kolejnym westchnięciem połączonym z przewróceniem oczami.
Dwóch na jedną. To zdecydowanie nie było sprawiedliwe.
- Dobra, to skoro Ptaszyna ma jutro wolne... Bravo, zajmiesz się
młodymi, jeśli będzie taka potrzeba. Jak mówiłem, może tamten posterunek
będzie nas potrzebował, a może poradzą sobie sami. Ale w gotowości
trzeba być, taka praca. Niektórzy się dopiero uczą tego ciężkiego
kawałka chleba, więc młodych samych nie puszczę. Miej na nich oko, kiedy
będą robić objazdówkę po okolicy. - Szef znowu podciągnął spodnie. -
Nazjeżdża się tego tałatajstwa, psia jego mać... Roboty tylko ludziom
narobią, bo wieś się wyludnia, psia krew...
- Nie tylko ty masz problem z Halloween. Możesz przybić piątkę z Morsem
- skwitował Malczewski, gdy komendant opuścił ich pokój.
Alicja uśmiechnęła się pod nosem.
- To nie problem ze świętem. Bo nic do tego nie mam. Przebieranki są w porządku.
- No z tej strony koleżanki nie znałem... Przebieranki, powiadasz... - W głosie Malczewskiego pobrzmiewał teraz Johnny, żywcem wyjęty z kreskówki. Tylko czekała, aż zacznie poruszać mięśniami z sakramentalnym
"patrz na klatę".
- Nie jestem taka drętwa, jak ci się wydaje - dodała, dumnie wypinając
pierś, niewielką, lecz wciąż idealnie pasującą do jej sylwetki.
- To co w takim razie ci przeszkadza w tym dniu? Skoro nie samo święto
jest problemem?
Ptaszyna się zaśmiała. Przez chwilę czuła się jak na przesłuchaniu.
Zastanawiała się, dlaczego o to wszystko pytał. Mimo to postanowiła mu
odpowiedzieć.
- Ludzie są problemem. Mali ludzie, bez nadzoru rodziców, niszczący moje
mienie. Z nimi mam problem - rzuciła na odchodne. - A tymczasem... Idę
do archiwum. Będę, jak wrócę.
Wyszła, nie dając mu szansy na odpowiedź.
A tymczasem on trawił to, co powiedziała, i zastanawiał się, czy
przypadkiem sam nie ma problemu z tym dziwnym świętem.
Rozdział czwarty. 30 października 2024 roku, godzina 13.00 Nina Greń
Rozdział czwarty
30 października 2024 roku, godzina 13.00 Nina Greń
Deszcz zelżał. Po porannej mgle nie było ani śladu. Rozmyła się w powietrzu, które wciąż jeszcze pachniało chłodem i wilgocią. Tylko spore
kałuże na drodze i krople skapujące z gałęzi i pozostałych na nich liści
przypominały o dżdżystym poranku.
Odetchnęła z ulgą. Bała się, że deszcz zepsuje przygotowania do wielkich
obchodów święta.
W ten jeden dzień w roku mogła się spotkać ze znajomymi, którzy
postanowili opuścić Wieszczów w poszukiwaniu lepszego życia i ciekawszych perspektyw. Jeden dzień, w którym mogła dać upust fantazji i wykorzystać swoje kreatywne umiejętności. Uwielbiała charakteryzacje,
wymyślanie strojów i uzupełnianie ich drobiazgami dodającymi całości
pazura.
To był jej dzień. I nic nie mogło tego popsuć.
Do sklepu spożywczego zostało jej niecałe czterysta metrów. Pokonywała
je nadzwyczaj szybko, jakby w obawie, że ktoś może ją ubiec. Tylko
chłodny wiatr zaskakiwał ją, gdy raz za razem pojawiał się w niezabudowanej przestrzeni wsi. Owiewał ją wówczas z każdej strony.
Przypominał radosnego psa, który wita swojego właściciela po długiej
nieobecności.
Żółty budynek sklepu z czerwonym szyldem wychylał się zza krzewów
jaśminu. Wczesnym latem pachniały obłędnie, wabiąc pszczoły. Odgłos ich
pracujących skrzydeł niósł się wtedy echem w powietrzu, przerywany
jedynie warkotem przejeżdżających maszyn rolniczych i samochodów.
Uwielbiała ten czas! Ale jeszcze bardziej lubiła jesień, która
przynosiła to niezwykłe święto.
Pod ścianą, na prowizorycznej ławeczce, zrobionej z dwóch kubłów i nieheblowanej deski, siedziało dwóch mężczyzn. Nie zważali na panującą
wokół wilgoć i chłód. Ich policzki i nosy były zaróżowione, bynajmniej
nie z powodu ciężkiej pracy, przy której mogli się rozgrzać. Trzymali
szklane, ciemnozielone butelki, wsunięte za pazuchy, i przyglądali się
badawczo Ninie, która zgrabnie przeskakiwała przez kolejne rozległe
kałuże.
- Dzień dobry! - rzuciła w stronę mężczyzn.
- A jaki tam dobry... - odparł jeden z nich, którego zmierzwiona
czupryna wystawała spod ciepłej czapki. Pociągnął łyk z butelki i otarł
wierzchem spracowanej dłoni wilgotne usta.
Był to Zenek Waligóra. Choć był szczupły i wysoki, każdy we wsi
wiedział, że mimo niepozornej aparycji Waligóra był silnym mężczyzną.
Imał się zwykle różnych prac, które nie zajmowały zbyt wiele czasu.
Śmiano się, że Zenek to lokalny wolny strzelec, nieprzywiązujący się na
stałe do żadnego zajęcia. Gdzie była robota, tam zjawiał się Zenek. Był
pracownikiem sezonowym; żył zgodnie z porami roku, które oferowały mu
zróżnicowane obowiązki. Wiosną pomagał w przygotowaniu ziemi pod siew,
czasem i w samym siewie. Latem kosił trawy i uczestniczył w żniwach.
Jesienią pomagał przy wykopkach, zimą zaś, o ile opady były solidne,
odśnieżał, co popadło, za parę groszy. Dzięki temu Zenek czuł się
potrzebny, a przy okazji łapał co nieco do swojej renty alkoholowej.
Walczył z uzależnieniem, starał się trzymać z daleka od butelczyny,
jednak przegrywał z kretesem, bo alkohol był od niego silniejszy. Mimo
to potrafił zakasać rękawy i pracował tyle, ile był w stanie. Tylko w niedziele starał się być całkowicie trzeźwy i wtedy też unikał pracy,
tak jak uczono go w domu. Postępował tak z szacunku do dnia, który
trzeba święcić. I wtedy o dziwo nie ciągnęło go do picia. Mawiał, że
pomaga mu wiara, choć nieraz śmiał się, że sam Bóg zapewne się już od
niego odwrócił.
- Chyba jesteś nie w sosie, panie Zenku - powiedziała, łapiąc za klamkę,
jednak nie otworzyła jeszcze drzwi. Nina miała w zwyczaju mieszać
uprzejme zwroty grzecznościowe z mówieniem na ty.
- A co się cieszyć mam? Znów się nazjeżdża tu tych obcych przebierańców.
Proboszcz prawdę z ambony w niedzielę powiedział. Wstydzić się żeśmy
powinni, a nie dumni być, że te durne amerykańskie tradycje do nas
znosimy. Palcem groził i dobrze robił! - Zenon aż uniósł się na ławce.
Temat bez wątpienia bardzo go poruszył. Złość niemal buzowała w tym
pracowitym, choć pogubionym człowieku.
- Ależ, panie Zenku... Co w tym złego, że raz w roku ludzie się zabawią?
- spytała, puszczając klamkę. Była naprawdę ciekawa, co Waligóra miał do
powiedzenia na temat nadchodzącego święta.
- A to, że duchy i szatana czczą! A to już do piekła prosta droga! Kto
słyszał, żeby się ludzie za mary przebierali?! Dynie się powinno jeść, a nie w nich gęby wycinać. I jeszcze te, no... dzieciaki po domach
puszczają na żebry. Od cukierków to się zęby psują! - huknął.
- A alkohol rodziny rozbija i można od niego umrzeć, o tym pan już nie
słyszał? - Nina nie gryzła się w język. Wiedziała, że nie powinna dawać
się tak łatwo wyprowadzić z równowagi. W końcu to nie do niej mężczyzna
miał pretensje. Mimo to czuła się poniekąd dotknięta jego słowami.
- Akurat ja rodziny nie mam, to się nie wypowiem. I jak widać ciągle
żyję. - Odwrócił się nieco urażony. Już, już podnosił butelkę w stronę
ust, ale w ostatniej chwili zrezygnował. - Kiedyś to wasze święto narobi
tylko problemów. Wspomnita moje słowa... Wszyscy, bez wyjątku, ot co.
Dopiero teraz upił łyk na znak, że dalsza wymiana zdań nie ma
najmniejszego sensu. Nina, widząc, że to koniec rozmowy, wzruszyła
ramionami i otworzyła drzwi sklepu.
- Dzień dobry - powiedziała nieśmiało. Sprzedawczyni nie było widać.
Musiała być gdzieś na zapleczu.
W środku było jasno i ciepło. To oznaczało jedno: zasilanie wróciło! Od
razu rozpięła cienki płaszcz i ściągnęła z głowy czapkę. Rozejrzała się
po niezbyt dużym sklepie, idąc w stronę półek i skrzynek z warzywami.
Było tam wszystko: lekko zwiędnięte, smutno wyglądające marchewki,
pachnące ziemią ziemniaki, wyżej leżały cebule, a tuż obok nich wisiały
warkocze czosnku. Jeden z nich zaczął nawet kiełkować, jakby był tu już
dłuższy czas. Na niektórych produktach zdążył nawet osiąść kurz, którego
spora warstwa aż biła po oczach.
Lubiła ten sklep. Był mały, ale było w nim wszystko, czego ludzie
potrzebowali. Gdy ktoś chciał czegoś nietypowego, wystarczyło
poinformować właścicieli, którzy robili wszystko, by sprostać wymaganiom
klienteli. Takie podejście sprawiło, że mieszkańcy właściwie nie musieli
ruszać się poza Wieszczów. Chcieli awokado albo mango? Mieleccy na
giełdzie kupowali awokado i mango. Ktoś potrzebował aluminiowych tacek,
bo zbliżał się sezon grillowy? Jadwiga zamawiała ich cały tuzin i układała je w widocznym miejscu. Mieleccy szanowali swoich klientów,
klienci szanowali Jadwigę i jej męża.
Nina rozglądała się nerwowo w poszukiwaniu towaru, po który tak szybko
przyszła. Nigdzie nie widziała dyń, które co roku kupowała do dekoracji
domu. Te na teren festynu z okazji Święta Duchów kupowano zwykle w zaprzyjaźnionym gospodarstwie, kilka kilometrów od Wieszczowa.
- O, dzień dobry, Nineczko! - Z zaplecza wyszła pani Jadwiga Mielecka.
Dobrze znała Ninę i jej rodzinę. Mielecka była starszą kobietą, nieco
przysadzistą, z włosami połyskującymi siwizną, zawsze spiętymi w niewielki koczek z tyłu głowy, opadający na kark. Nosiła długie
spódnice, opinające ciało swetry i bluzki oraz luźne buty, które -
rozpychane przez rosnące haluksy - przybierały nietypowy kształt. Jej
znakiem rozpoznawczym był niebieski fartuch w kratkę, który zakładała,
gdy tylko przekraczała próg swojego sklepu. Wszyscy znali Jadwigę, a ona
wcale nie była dłużna. Miała zawsze informacje z pierwszej ręki. Była
przyjazną i miłą osobą, której ludzie chętnie się zwierzali i nieraz
sprzedawali najciekawsze ploteczki z najbliższej okolicy. Jeśli ktoś
chciał się czegoś dowiedzieć, Mielecka była istną skarbnicą wiedzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki