Noc w sercu - Nathacha Appanah

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pokój w mojej wyobraźni

Nie są do szczętu źli.

Gdyby dało się ich wycisnąć i wydobyć z nich sok, ten sok nie byłby całkiem niepijalny, wcale nie, nieraz pod trującą goryczą wyczuwałoby się posmak słodyczy. Gdyby dało się ich przepuścić przez dwa walce i zmienić w cienkie arkusze, te arkusze nie byłyby zupełnie nieprzezroczyste ani niepokojące jak głębiny morskie, wcale nie, prześwitywałyby miejscami i przecinałyby je cienkie żyłki, nadając pozory delikatności. Gdyby dało się ich zetrzeć na drobny pył, ten pył nie byłby całkiem toksyczny, wcale nie, niektóre cząstki unosiłyby się w promieniach słońca i mogłyby budzić skojarzenie z niewinnym tańcem.

M.B. jest murarzem. Urodził się w Algierii niedaleko małego portu, w którym dźwigami wyładowuje się z łodzi sardynki. Ryby w sieci błyszczą w słońcu i ruszają się jak jedna bryła stopionego metalu. M.B. jest najmłodszy spośród licznego rodzeństwa, co zapewnia mu ochronę i pobłażliwość ze strony starszych. Opowiadano mu, że był bardzo ładnym dzieckiem. Miał długie, jedwabiste włosy i twarz cherubina. Budził zazdrość rówieśników. M.B. uwielbia swoją matkę, a ta dzielna kobieta rozpieszcza go i zachęca, by poważnie traktował szkołę, był grzeczny i wytrwale się uczył. Sama wspomina, jaka była zdolna, ale co poradzić na to, że przyszła na świat w niewłaściwym momencie i niewłaściwym kraju. Szanuje tradycje patriarchalne i się im poddaje - aranżowane małżeństwo, raptowny koniec nauki w szkole, ośmioro dzieci przychodzących na świat w regularnych odstępach czasu, posłuszeństwo wobec autorytarnego, nieraz przemocowego i często pijanego męża. Mimo miłości i szacunku dla matki M.B. nie słucha jej rad i jako czternastolatek opuszcza szkołę. Może chce zrzucić jarzmo rodziny, zdobyć niezależność, iść w ślady pracujących już braci. Niedaleko plaży i portu w rodzinnej miejscowości zaczyna sprzedawać orzeszki ziemne i papierosy, nieraz także na przystani - sardynki. W tamtym czasie, gdy wygląda jeszcze jak beztroski nastolatek, mówi się, że umie sobie w życiu radzić. M.B. flirtuje trochę z dziewczynami, ale nie na poważnie. W wieku dwudziestu trzech lat opuszcza ojczysty kraj i wyjeżdża do Francji, gdzie osiedliła się część jego rodziny. Zatrudnia się jako niewykwalifikowany robotnik na budowie. Dni pracy są długie i ciężkie. Przygotowuje zaprawę, piłuje drewno, nosi narzędzia, sprząta, uczy się prawdziwego zawodu. Słucha. Jest gotów robić wszystko, co trzeba, nie uchyla się od pracy. Zrób to, idź tam, przynieś to, zanieś tamto. Całe jego ciało pracuje, mężnieje, robi się muskularne, nabiera krzepy, dostosowuje się do zawodu. M.B. jest dumny, gdy zostaje murarzem. Sam pokazuje teraz młodym robotnikom, jak kłaść zaprawę, montować zbrojenie, odlewać małe elementy z betonu. Tłumaczy, ruga, tak jak jego rugano. Teraz sam mówi: Zrób to, idź tam, przynieś to, zanieś tamto. W sobotnie ranki budzi się połamany, ale zadowolony, że pracował bez wytchnienia od świtu do nocy przez pięć pierwszych dni tygodnia, że jego życie czemuś służy, że ma umowę na czas nieokreślony w dużej firmie budowlanej, że zarabia na życie i niczego nikomu nie zawdzięcza. Takie poczucie to nie byle co, może dzięki niemu czuje wreszcie, że jest mężczyzną, jak jego ojciec i bracia. M.B. ma początki łysiny i próbuje to ukryć, ścinając włosy przy samej skórze. Może czasem przejeżdża ręką po głowie, wyobrażając sobie długie włosy, jakie miał w dzieciństwie? Ceni sobie ładne, wyglansowane buty, dopasowane płaszcze z wełny, modne okulary słoneczne, zwłaszcza te zwane pilotkami. Lubi uwodzić, dawać prezenty, wie, jak oczarować kobietę, jest elokwentny. Kiedy ktoś prosi go, by opisał siebie w dwóch słowach, wybiera przymiotniki: uroczy i pracowity. Niekiedy w sobotnie wieczory M.B. idzie na całość. Imprezuje, pije, pali, tańczy. Widząc, jaki jest wesoły, wolny i dumny, nikt sobie nie wyobraża...

R.D. pracuje jako kierowca w ważnym ministerstwie. Odkąd pamięta, ciągle wszyscy mu powtarzali, że jest ładny. Rodzice, siostry i bracia, kuzyni, wujkowie i ciotki, sąsiedzi. Wyróżnia się dzięki oczom w kolorze kawy z mlekiem, a w kraju, w którym wszyscy mają oliwkową karnację i ciemne oczy, jasność jest często synonimem urody: jasna skóra, brązowe włosy, blade oczy. Nazywają go chłopcem o brązowych-brązowych oczach, by podkreślić, że nie chodzi o zwykły brąz, ale o piękny brąz, bogaty, żyzny i gęsty jak tutejsza ziemia. R.D. urodził się we wsi otoczonej bujną przyrodą. Liście drzew są tu mięsiste, pełne soków, a ziemia zawsze urodzajna. Jego rodzina żyje skromnie, na granicy ubóstwa. Jako nastolatek R.D. szybko rośnie, znacznie szybciej niż inni chłopcy, jakby żywił się wszystkimi komplementami i pełnymi podziwu spojrzeniami; wkrótce przerasta innych co najmniej o głowę. Chociaż wie, że jest przystojny, nie jest ani arogancki, ani zarozumiały. Uśmiecha się szczerze, jest uprzejmy, sympatyczny, wręcz czarujący. Dziewczyny kochają się w nim skrycie. Starszym okazuje szacunek i gotowość pomocy. Nie ma problemów w szkole i jest jednym z setek uczniów kończących naukę bez żadnego planu na przyszłość, bez żadnej pasji. Zdobycie pracy w charakterze kierowcy w ministerstwie to dla niego życiowa szansa. Teraz jest pracownikiem budżetówki i właściwie nic złego nie może go spotkać. Jego rodzice czują ulgę, bo chłopak ma posadę, o jakiej inni mogliby marzyć: bezpieczeństwo pracy urzędnika państwowego, ale bez biurowej szarzyzny. R.D. lubi swoją pracę. Wozi ministra i wysoko postawione osoby, a jego czarna limuzyna lśni w słońcu tego kraju. To nie byle co - siedzieć za kierownicą takich samochodów, wozić takich ludzi, słyszeć ich poufne rozmowy, znać dziwactwa i zwyczaje możnych tego świata. Dla kogoś takiego jak on, syna rolnika, umieć właściwie odczytać skinienie głowy czy spojrzenie to naprawdę coś. Wszyscy go cenią i trzeba przyznać, że prezentuje się dumnie, gdy jedzie drogami stolicy wśród rzędów palm, gdy pędzi mocnym samochodem po autostradzie. Wykonuje swoją pracę z dyskrecją, a gdy nieraz w rodzinnym gronie padają wścibskie pytania o "prawdziwe życie" polityków, odpowiada nieśmiałym uśmiechem, z błyskiem w brązowych-brązowych oczach, ale nic nie mówi, nie zdradza żadnych sekretów. Jest dumny z tej posady nie tylko z powodu osobistego sukcesu. Niekiedy wydaje mu się, że to także duma z długiej drogi przebytej przez jego rodzinę, jego przodków, całą jego klasę społeczną. To nie byle co czuć się depozytariuszem takiej spuścizny i dlatego R.D. postrzega siebie jako człowieka, któremu się powiodło, który odnalazł swoje miejsce. Gdyby ktoś poprosił, by opisał siebie, powiedziałby: "Jestem człowiekiem rodzinnym". Od czasu do czasu wieczorem odwiedza kasyno czy salon gier, gdzie kiedyś nie odważyłby się wejść. Sprawia sobie taką drobną przyjemność. Gra ze złudną pewnością, że nigdy nie straci kontroli. Widząc, jaki jest rozluźniony i uśmiechnięty, nikt sobie nie wyobraża...

H.C. jest dziennikarzem i poetą. Przychodzi na świat podczas II wojny światowej, ale ponieważ rzecz się dzieje na brytyjskiej wyspie położonej z dala od konfliktu, nie warto o tym wspominać, bo nie wpływa to na siłę jego charakteru ani nie pozostawia żadnego niezatartego śladu. W skolonizowanym kraju oprócz języka ojczystego opanowuje też inne języki i doskonale się uczy w szkole. Wychowuje się w bardzo pobożnej, praktykującej, wręcz dewocyjnej rodzinie, która mimo to ma tajemnice; panują w niej przemoc i uczucia tak tłumione, że gęstnieje od nich atmosfera. Ojciec regularnie bije matkę i pewnego dnia nastoletni H.C. ma tego dość. Interweniuje - rzuca się w ramiona budzącego lęk, szanowanego człowieka i obejmując go, wybucha płaczem: "Dlaczego, ojcze, dlaczego?". H.C. nie pamięta, co usłyszał w odpowiedzi, ale utrzymuje, że ojciec już nigdy więcej nie podniósł ręki na matkę. Jego siostra wstąpiła do zakonu o ścisłej regule i ukryła się przed światem za wysokimi klasztornymi murami. Zmieniła imię i gdy H.C. o niej mówi, używa tego nowego, wybranego imienia, nigdy nie wymawia imienia z dzieciństwa, szanując wiarę i oddanie młodej kobiety. Żeby się z nią spotkać, trzeba wystosować pisemną prośbę do matki przełożonej. H.C. lubi sport, szczególnie boks i lekkoatletykę. Bardzo dużo, wręcz zachłannie czyta krytycznym i czujnym okiem. Także pisze. Opowiadania i wiersze. Wypowiada się ze swobodą i inteligencją. Mógłby się zaliczać do tych młodych ludzi z lat sześćdziesiątych, którzy godzinami dyskutują o Marksie, Bourdieu, Fanonie, Césairze, a potem wychodzą na ulicę i domagają się niepodległości. Jednak już wtedy coś nie pozwala mu być radosnym i do końca wolnym. Jakiś niewidzialny cień, którego ciężar H.C. czuje, słyszy jego nosowy głos. Przypisuje to trudnemu dzieciństwu, brutalnemu nieraz ojcu, milczącej matce, czasem sądzi, że winny jest kraj przeżarty nierównościami, powtarza sobie, że ciąży mu historia jego narodu, i pisze o czarnych niewolnikach stojących na pagórkach, gotowych rzucić się w pustkę. H.C. wstępuje do seminarium. Dwoje dzieci z tej samej rodziny w służbie Bożej to dla niektórych rodziców zaszczyt i błogosławieństwo. Może w głębi duszy tak naprawdę pragnie spędzić życie na rozmyślaniu i modlitwie, z dala od świata. Sądzi, że znajdzie tutaj pokój i ukojenie, jakich nigdy nie zaznał. Jednak młodemu człowiekowi o mocnym ciele, oryginalnym umyśle i apetycie na rozkosze cielesne trudno poświęcić całe życie służbie Ewangelii. H.C. ostatecznie rzuca seminarium. Wykłada, pisze opowiadania i wiersze, biega, uprawia boks, zostaje trenerem lekkoatletyki, pracownikiem socjalnym, wreszcie - dziennikarzem. Niektórzy nazywają go guru czy mentorem. Młodzi dziennikarze uważają go za błyskotliwego i genialnego. Nigdy jednak nie zostaje pierwszym piórem w gazecie, to nie jego wiersze są nagradzane i wydawane w Paryżu. Kiedy jego podopieczni zwyciężają w zawodach lekkoatletycznych, on zostaje za kulisami, chowając się, w momencie gdy inni głośno się cieszą. Pojawia się na nielicznych zdjęciach, a i tam trzeba się go doszukiwać. Zawsze stoi gdzieś w kącie, pod światło, w ostatnim rzędzie. Jakby to robił specjalnie. H.C. nie należy do przystojnych, ale wyczuwa się jego obecność w pomieszczeniu. Ma masywne, muskularne ciało, szerokie, płaskie uszy, małe, głęboko osadzone oczy i mięsiste wargi, a jego nos przypomina spłaszczoną gruszkę. H.C. często zakłada koszule z kieszeniami zamiast marynarek. Zawsze trzyma się prosto i zdaje się nosić w sobie pewien zasób wiedzy, myśli, marzeń, żalów i opinii. W tym ciele mieści się ocean. H.C. wie, że coś mu nie wyszło, ale sądzi, że to trochę wina innych, którzy odwiedli go od podążania właściwą drogą, przywłaszczyli sobie jego pomysły, ukradli mu miejsce. Już prawie nie pisze wierszy, ale gdyby miał sam siebie określić, powiedziałby: "Jestem poetą". To nie byle co tak o sobie myśleć. Wieczorami szuka informacji o życiu słynnego podróżnika Ibn Battuty, czyta uczone dzieła o Magellanie, o historii Maskarenów, studiuje stare mapy. H.C. zgłębia przeszłość, pierwsze szlaki nawigatorów, poszukuje tam czegoś, nieodkrytego jeszcze elementu historii, tajemnicy, której istnienia nikt inny nie podejrzewa, a jej ujawnienie byłoby - jak sądzi - czymś niebywałym. To jego wielki, sekretny projekt. Widząc, jak tak siedzi w skórzanym fotelu, zaciągając się papierosem, czytając, jakby nikt inny na świecie nie istniał, nikt sobie nie wyobraża...

Zamykam robotnika, kierowcę i poetę w pustym pokoju, bez drzwi i okien, jedynie z szybką umieszczoną bardzo wysoko, poza ich zasięgiem.

Patrzą na siebie, marszcząc brwi, nie rozumiejąc, dlaczego znaleźli się tutaj, we trzech, razem. Nie znają się, nigdy wcześniej się nie spotkali. Rozważają powody, które mogły ich tu sprowadzić, ale ich nie znajdują. Ani przez sekundę nie myślą o swoich partnerkach, nie wyobrażają sobie, że one mogą mieć z tym coś wspólnego.

Szukają drzwi, ale z tego pokoju nie ma wyjścia. Światło ze świetlika przypomina żółtawą mgłę, wystarcza, by dostrzec twarze, szyje, ręce, ale to słabe światło, pozbawione ciepła, bezlitosne. Trudno znaleźć w nim jakieś pokrzepienie.

Pierwszy krok robi kierowca. Przedstawia się dwóm pozostałym, wyciągając rękę, z uśmiechem, wie, jak wywrzeć korzystne wrażenie. Robotnik, nieufny, początkowo się nie odzywa, dalej przesuwa palcami po ścianach, starając się wymacać drzwi, pukając, to tu, to tam, by wyczuć ścianę pustą i ścianę pełną. Na kilka minut znowu staje się doświadczonym murarzem i w końcu wspomina o swojej pracy; mówi, że zna się na betonie, na zaprawie. Poeta stoi bez ruchu i milczy. Obserwuje wszystko, a myśli skrywa w sobie, tak jak inni chowają pazury.

W tym wymyślonym pokoju - bo tylko w tym miejscu mogę ich zebrać razem, bo tylko w tym miejscu mogę zapanować nad opowieścią, odwrócić role, sama stać się małym katem, mieć nad nimi władzę, fascynować ich, wymagać, by mnie słuchali i milczeli - a więc w tym wymyślonym pokoju pozwolę im dobrą chwilę gnić i myśleć, że nic ich nie łączy. Nadal będą oglądać to miejsce badawczo, jak inni obsikują ściany, na próżno będą wzywać pomocy, dyskutować ze sobą i się kłócić.

W tym pokoju istniejącym tylko w mojej głowie znajduje się urządzenie, które uruchomię, gdy się poddadzą. Może już teraz siedzą oparci o ścianę, z wyprostowanymi nogami. To urządzenie nie pozwoli im się powoływać na atak szaleństwa, amnezję, zabroni im wspominać o odpowiedzialności obu stron.

W tej szklanej sali nie będzie miejsca na pseudopsychologiczne wyjaśnienia, które służą tylko rozgrzeszaniu winnych, budzeniu empatii i wymazywaniu ofiar.

Tutaj, w tym miejscu, gdzie niczego nie da się ukryć, gdzie wszystkie brudy są na wierzchu, robotnik, kierowca i poeta będą musieli, z zamkniętymi ustami, wysłuchać tej historii.

1

W maju 1998 roku młoda, zaledwie dwudziestopięcioletnia kobieta biega po całym mieszkaniu, uciekając przed swoim partnerem. Z daleka mogłoby to wyglądać na zabawę, bo nieraz okrążają stół, udają, że zamierzają pobiec w lewo, czy w prawo, przewracają krzesła. W końcu on ją dopada, bo jest od niej znacznie wyższy i silniejszy. Nie ma wielkiego znaczenia, ile to trwa, minutę, pięć czy dziesięć. Liczy się stłumione ocieranie się walczących ze sobą ciał, ostry odgłos wymierzanych policzków i głuchy dźwięk głowy uderzającej o ścianę. Kobiecie udaje się wyrwać mężczyźnie; chwiejąc się na nogach, opuszcza dom i wypada na ulicę, biegnie w prawo. W bezlitosnych ciemnościach nocy nie może uciec daleko. Kobieta straszliwie się boi. Mężczyzna jedzie za nią samochodem, przyspiesza, zatrzymuje się i znowu przyspiesza. Oślepia ją światłami i w żółtawym blasku rysuje się jej postać, półzwierzęca, półludzka, ale to też nie ma wielkiego znaczenia. Liczą się jej samotność w nocy, warkot silnika niczym groźba i szczekanie psów. Liczy się jej serce, które zaraz eksploduje jak granat. W końcu kobieta wsiada do tego samochodu, nie pamięta już dokładnie dlaczego. W tamtej chwili wie, że śmierć jest bliska, ale ta świadomość nie przywraca jej rozsądku. Ta świadomość nie czyni jej bardziej przezorną, skoro kobieta wsiada do samochodu z własnej woli. Może myśli, że jeśli posłucha go po raz ostatni, on da jej jeszcze szansę.

W grudniu 2000 roku trzydziesto-, może trzydziestodwuletnia kobieta biegnie, uciekając przed mężem. Kiedy piszę te słowa, nikt dokładnie nie pamięta, ile miała lat. Ani jej matka, ani syn, ani siostry. Wybiera drogę, na której co tydzień uprawia jogging, w stronę góry. Całą energię wkłada w ten bieg, który jest ucieczką, całe jej ciało przenika jakby pozbawiony logiki impuls elektryczny. Nie wzywa imienia Boga ani rodziców, ale wypatruje świtu, bo ten da jej z pewnością jakąś szansę, może zobaczy ją sąsiad albo będzie mogła skręcić w boczną drogę i zniknąć wśród pól. Na razie biegnie w ciemności, w nieskończonym mroku. Już wcześniej zauważyła, że gęsta, czarna noc w tym kraju jest czymś fizycznym i twardym. Nie widzi dosłownie nic, wie tylko, że jest na drodze, bo jej stopy uderzają o asfalt. Nikt się nigdy nie dowiedział, ile trwał ten bieg, pięć minut, dziesięć czy dwadzieścia. Kobieta słyszy nadjeżdżający samochód i wie, nie odwracając się, że za kierownicą siedzi mąż. Jej modlitwy nie zostały wysłuchane. Nadchodzi śmierć, a świt nadal nie wstał.

W maju 2021 roku trzydziestojednoletnia kobieta biegnie, uciekając przed mężem. Wyszedł niedawno z więzienia i ma zakaz zbliżania się do niej, ale nagle wychynął z samochodu. Mimo zaskoczenia kobieta nie wpada w panikę. Nie traci ani sekundy na krzyk, wahanie, zastanawianie się. Nie, rusza biegiem. Wiedziała, że on się zjawi, wiedziała, że nie zostawi jej w spokoju. Czuje odrobinę przelotnej satysfakcji, jakby przebłysk zdrowego rozsądku i myśli: "Wiedziałam". Właśnie minęła osiemnasta. Czy kobieta zauważyła wcześniej, jak ten wiosenny dzień rozciąga się w czasie, jak zaróżowiło się niebo, gdy zbliżał się wieczór, jak pachniały kwiaty? Ten bieg trwał, o czym wiemy, zaledwie minutę i mogłoby się wydawać, że to krótko, że to nic, ale w takich momentach trzeba policzyć kolejne sekundy składające się na minutę, długie sekundy, kiedy to serce zaczyna bić coraz szybciej, kiedy nogi i ręce się poruszają, a ciało jest napędzane czystą energią. Chce opuścić otwartą przestrzeń, jaką stanowi ulica, dotrzeć na podwórko gabinetu lekarskiego kilka metrów dalej, wbiec tam, wezwać pomoc. Patrzy na ogrodzenie z cyprysów, jak patrzy się na ostatnią deskę ratunku, już prawie tam jest. Biegnąca kobieta zrobiła, co mogła, i gdy pierwsza kula trafia ją w udo, gdy upada na kolana zgodnie z wolą męża, który zawsze chciał, by była mu uległa, ona wie, że zbliża się śmierć i że jej życie zakończy się tutaj, w rynsztoku.

Trzeba było coś zrobić z tymi nocami i historiami życia, z biegnącymi nocą kobietami, z walczącymi sercami, z chwilami tak dobijającymi, że nie da się ich zmierzyć w czasie. Zapisać je, przyjrzeć się im, zważyć każdą z nich oddzielnie, a także razem, porównać, zestawić ze sobą, ochronić w tej książce. Trzeba było dziesiątki razy wypowiedzieć imiona tych kobiet, aż momentami zdawało się, że tu są, zadać im pytania i usłyszeć ich głosy w echu tego, czego już nie ma. Trzeba było śnić odwieczny sen o tym, że my istniejemy i łączy nas wspólna opowieść, my złożone z trzech kobiet, wspólna opowieść spleciona z trzech głosów, ale zawsze budzić się w samotności. Nie da się oddać całej prawdy na każdej stronie, ale pozostaje rozpaczliwe dążenie, by pozostać jak najbliżej życia, nocy, serca, ciała, umysłu.

Spośród tych trzech kobiet trzeba było zacząć od pierwszej, tej, która w chwili gdy biegła, skończyła właśnie dwadzieścia pięć lat, i która jako jedyna nadal żyje.

Ta kobieta to ja.

2

Dawno temu, na weselu, B., mąż jednej z moich kuzynek, zaczął wróżyć z ręki. Zebrała się wokół niego gromadka ludzi. Uchodził za człowieka poważnego, łagodnego i pragmatycznego, więc zaskoczyło mnie, że jest również chiromantą. Stałam w otoczeniu świeżo poznanych, nieco starszych ode mnie dziewcząt. Były wesołe, umalowane, miały polakierowane paznokcie i błyszczące stroje. Uważałam, że są niezwykle sympatyczne. B., którego nazywałam wujkiem B., brał po kolei wyciągnięte do niego - z prawej czy z lewej, już nie pamiętam - ręce, bacznie im się przyglądał, czasem napinając skórę, by lepiej zobaczyć nie wiadomo dokładnie co. Po dłuższej czy krótszej chwili nabożnego skupienia wypowiadał zdania w rodzaju: "Wyjdziesz za mąż w wieku dwudziestu dwóch lat", "Będziesz miała trójkę dzieci", "Często będziesz latać samolotem", "Zamieszkasz za granicą", "Będziesz długo żyła, co najmniej dziewięćdziesiąt pięć lat", "Zaręczysz się, ale za pierwszym razem nic z tego nie wyjdzie", "Wyjdziesz za mąż późno - gdy już skończysz dwadzieścia siedem lat".

Każdej przepowiedni towarzyszyły okrzyki zdziwienia i salwy śmiechu. Podskakiwałam z radości i podniecenia. Czasem któraś z dziewcząt nalegała: "Ale za kogo wyjdę za mąż?", a wujek B. odpowiadał bez ironii: "Och, nie mam pojęcia".

Miałam jedenaście, może dwanaście lat. W tym wieku czułam - pamiętam to - że opuszczam krainę dzieciństwa, ale nie do końca, nie przez cały czas. Obserwowałam kątem oka matkę czy ojca, przekonana, że nie spodobałoby im się, że tu jestem, w grupie roześmianych, zalotnych nastolatek. W pewnym momencie znalazłam się naprzeciw wujka B. Wyglądał na zaskoczonego moim widokiem i spytał: "Tobie też powróżyć? Jesteś pewna?". Wobec nalegania wszystkich moich nowych przyjaciółek krzyczących "Tak, tak, to jej kolej, to jej kolej!", wyciągnęłam rękę.

Wujek B. wziął moją dłoń i natychmiast zmienił się na twarzy. Mięśnie zastygły, a potem się rozluźniły, jakby były zrobione z wosku. Opadła mu szczęka. Popatrzył na mnie z dezaprobatą i zaskoczeniem. Znowu przez kilka minut przyglądał się mojej ręce, a potem, gdy podniósł na mnie wzrok, odniosłam wrażenie, że widzi mnie po raz pierwszy. Śmiechy i rozmowy ucichły. To już przestała być zabawa. Poczułam się fatalnie, zrobiło mi się niedobrze, byłam winna z powodu przyszłości, która się jeszcze nie dokonała. To wyrażały jego oczy, jego przestraszona mina. Zrobisz coś potwornego.

Jednak - nie wiem, jak to wyjaśnić - wiedziałam, że to, co zobaczył, nie ma nic wspólnego z przestępstwem czy zbrodnią, ale raczej z życiem uczuciowym, miłosnym, intymnym. Spojrzał na mnie, jakby dostrzegł coś, czego nie powinien był widzieć, nagość, bezbronność, pilnie strzeżoną tajemnicę. Wtedy zjawiła się moja kuzynka, jego żona. Wzięła go za ramię, zmusiła, by wstał z krzesła, i rzuciła despotycznym tonem: "Tu jesteś! Wystarczy już, chodź!". Posłuchał jej bez słowa, ale na odchodnym spojrzał na mnie, jakby mu było przykro. Nadal mam go przed oczyma, jak ciągnie go żona, trzymając go cały czas za ramię. Nadal mam go przed oczyma, jak odwraca się do mnie, a na jego twarzy maluje się smutek.

Dziewczęta rozpierzchły się jak stado ptaków, a ja zostałam w ogrodzie sama, zastanawiając się, co też wujek B. mógł odczytać na temat mojej przyszłości. Co za straszliwy czyn popełnię? Co zrobię, żeby zasłużyć sobie na taki wstyd?

3

W roku moich siedemnastych urodzin wpadłam do studni. Ześlizgiwałam się do niej powoli, łagodnie, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co się dzieje. Jej ściany były na początku wyłożone książkami. Gdy którąś z nich otwierałam, odkrywałam ku mojemu zachwytowi, że wszystkie słowa zostały napisane dla mnie, a one wchodziły w głąb mojego ciała i napełniały je tym, co brałam za prawdę, piękno, miłość, wiarę. Po każdej zabranej przeze mnie książce pozostawało puste miejsce, a ja wyobrażałam sobie, że ta próżnia jest przeznaczona na wszystkie książki, których jeszcze nie napisano, że stanowi przedłużenie odpowiedź ripostę odę hołd przeciwieństwo książki, którą właśnie czytałam. W ten sposób na każdą napisaną książkę przypadała obietnica tylu innych, miejsce na tyle innych historii, dla tylu innych pisarzy i - myślałam - kiedyś może dla jednej z moich książek, dla mnie.

Gdy spadałam w dół, podsuwano mi inne książki, inne historie, a ten, który mi je podsuwał, nie miał nic wspólnego z białym królikiem o różowych oczach. Był dorosłym mężczyzną, obdarzonym darem wymowy, o dojrzałym ciele i udręczonym umyśle, ale gdy miałam siedemnaście lat, tak tego nie postrzegałam. Myślałam o obietnicy, jaką niosą wszystkie te jeszcze nienapisane książki, o wszystkim, co powinnam przeczytać "wypij mnie", "zjedz mnie", i byłam mu wdzięczna, że mnie wybrał. Jak inaczej dostałabym się do zakodowanego świata literatury, którego zdawał się znać wszystkie tajemnice?

Poznałam go, gdy przeżywałam wielką radość: dostałam nagrodę literacką i H.C. chciał przeprowadzić ze mną wywiad. Nie wiedziałam, że jest pisarzem, poetą - jak wolał - gdy usiadł w kremowym salonie moich rodziców, pijąc herbatę podaną mu przez matkę, pełen szacunku dla mojego ojca i podziwu dla mnie. Miałam jeszcze okrągłe policzki i dziecięcy meszek na twarzy.

Gdy zaczęłam spadać, ten starszy ode mnie o trzydzieści lat mężczyzna, z dorosłym już dzieckiem i żoną na utrzymaniu, poślubioną, zanim przyszłam na świat, mężczyzna, który miał mieszkanie, pracę, znajomych, tajemnice, mężczyzna, który miał tyle zajęć, był mimo to zawsze do mojej dyspozycji, w zasięgu telefonu. Dzwoniłam do niego, a on natychmiast odbierał. Zdawało się, że na mnie czeka, ale bez zniecierpliwienia, jakby wiedział, że zadzwonię, a ja brałam tę spokojną ufność za dowód szacunku. Szalenie mi to schlebiało. Mówił do mnie niskim, cichym głosem, zbliżając usta do słuchawki, tak abym mogła usłyszeć cmokanie. Słuchał opowieści o tym, co napisałam dzień wcześniej, czego nie napisałam, co chciałam napisać, mówiłam o swoich lekturach, a on dawał mi do zrozumienia, że się cieszy, słysząc mnie, że jest pod wrażeniem moich słów i sposobu, w jaki prowadzę konwersację, że to jego ulubiony moment dnia. Gdy przesyłałam mu tekst do przeczytania, dzielił się ze mną uwagami z delikatnością i taktem i ani przez chwilę nie szczędził zachęt.

Przeczytałam część jego wierszy i opowiadań. Tę literaturę można by określić mianem postkolonialnej, ale byłam za młoda, niedostatecznie wykształcona, by tak myśleć, by odczytywać ją w kontekście społecznym, politycznym, a także osobistym. Walczyłam, chcąc zrozumieć jego twórczość, jego świat. Wydawało mi się, że jego teksty trzeba rozszyfrowywać, odczytywać na wielu poziomach, a ja nie byłam w stanie wznieść się powyżej poziomu zero. Uważałam się za niedouczoną. Żałowałam lat spędzonych nad matematyką i przedmiotami ścisłymi. Może tak naprawdę nie potrafiłam czytać, może tylko pobieżnie przelatywałam wzrokiem tekst. H.C. uosabiał postać przeklętego poety, nierozumianego i nieuchwytnego pisarza, udrapowanego w niedostatecznie wielbiony talent, skrywającego nagie serce spragnione miłości.

A jednak już wtedy byłam zapaloną czytelniczką, ciekawą wszystkiego, co napisano, kiedyś, tutaj i gdzie indziej. Shakespeare, Césaire, Keats, Duras, Camus, Brink, Salinger, Maunick, Renaud, Naipaul, Verlaine, Dickinson. Znałam emocje w literaturze, znałam uczucie, że moje życie jest w rękach pisarza, w opowieści, i że nie istnieję już w teraźniejszości.