Noc rośnie we mnie - Olga Dziedzic

Reflow text when sidebars are open.
Mikołaj z trudem otworzył opuchnięte powieki. Leżał na podłodze, ciało miał obolałe, a oczy piekły go od łez. Ile czasu spędził w takiej pozycji? Nie miał pojęcia. Po tygodniu przestał liczyć. Dni i noce zlały się w jedno, a wszystko pokrył szary, gęsty i duszący pył. Tylko czasami, z zupełnie niezrozumiałych dla niego przyczyn, ktoś uparcie starał się przerwać ten letarg. Tym razem z odrętwienia wyrwało go łomotanie do drzwi. Nie poruszał się, zdeterminowany znów je zignorować. Siła uderzeń wskazywała niechybnie, że to James. Chwilę później potwierdził to jego poirytowany głos:
- Em, wiem, że tam jesteś. - James wymierzył kilka ciosów pięścią w drzwi. - Otwieraj, słyszysz? Tak nie można! Ta farsa trwa już zbyt długo. Odchodzimy od zmysłów. Nikt nie wie, co się z tobą dzieje. Zamknąłeś się w czterech ścianach, nie odbierasz telefonów. Stary! Nie wkurwiaj mnie, bo wyważę te cholerne drzwi. - Po tych słowach nastąpiła kolejna porcja ciosów.
Biedne drzwi niczym nie zasłużyły sobie na takie traktowanie, ale Mikołaj, zupełnie nieczuły na ich los, tak zresztą jak na los tego zdegenerowanego świata, wcale nie zamierzał ulżyć ich cierpieniu. W półmroku poruszył tylko słabo ręką w poszukiwaniu butelki whisky. Na pewno gdzieś ją tu zostawił. Jedyne źródło ulgi. Wymacał ją i podniósł z podłogi. Z niezadowoleniem odnotował, że była zupełnie pusta. Walenie do drzwi ustało, a James postanowił zmienić taktykę. Tym razem perswadował niemal błagalnym tonem:
- Stary, proszę cię. Odezwij się, powiedz chociaż słówko i pójdę sobie, obiecuję. Daj znak życia, wydaj dźwięk, pomruk, cokolwiek. Tak nie można, no naprawdę... rozumiem, że cierpisz, ale błagam cię, powiedz coś.
Widząc, że łagodna perswazja nie przynosi rezultatów, James wrócił do krzyków i łomotów:
- Nie myśl, że to koniec. Wiem, że tam jesteś. Wiem, że żyjesz. Nie poddam się, dopóki cię stamtąd nie wyciągnę. Po dobroci, siłą albo podstępem. Słyszysz? Wiem, że mnie słyszysz, sukinsynu. Tak nie wolno. Wiesz, że nie robię tego ze złośliwości. Zamartwiam się na śmierć. Nie masz serca. Słuchaj, idę sobie teraz, ale wrócę tu jeszcze dzisiaj, będę wydzwaniał, aż odbierzesz, a w końcu wyłamię te pieprzone drzwi, jeśli będzie trzeba. Dobrze wiesz, że mnie na to stać. Fuck. Go to hell. Stupid bastard.
Walenie wreszcie ustało, a James poszedł sobie. Jego gniew i irytacja były zrozumiałe, ale Mikołaj nie czuł się gotowy wrócić do świata. Trudno zresztą powiedzieć, czy taki powrót kiedykolwiek nastąpi. Nie po tym, co zaszło. Zamknął powieki, kontemplując samobójstwo, ale po raz kolejny doszedł do wniosku, że jest na to zbyt słaby. Nie mógł odkleić się od podłogi, więc o tak radykalnym kroku nie mogło być nawet mowy. W wyobraźni widział jak zaciska pętlę wokół szyi albo wkłada głowę do piekarnika, ale w rzeczywistości nie miał na to sił, zdrętwiałe członki odmawiały mu posłuszeństwa. A może po prostu nie był gotowy na śmierć, mimo że pragnął jej tak bardzo? Może nie przyszedł jeszcze jego czas na rozstanie ze światem, mimo że żywił do niego taką nienawiść? Może podświadomie czuł, że życie jeszcze się dla niego nie skończyło, chociaż stracił wszystko, co miało dla niego jakiekolwiek znaczenie? Pragnął teraz nie myśleć o niczym i znów popaść w odrętwienie, ale bez alkoholu okazało się to niemożliwe. Że też James musiał przyjść i zburzyć jego spokój. Ogarnął go zupełnie bezpodstawny gniew, bo przecież przyjaciel martwił się o niego. Pieprzona whisky nie miała się kiedy skończyć! Był pewien, że w zamrażalniku miał jeszcze jedną butelkę, ale żeby do niej dotrzeć, musiał wstać z podłogi. Wysiłek niemożliwy do ogarnięcia umysłem, nie w tym stanie. Bo jak zmusić kończyny do działania, kiedy posłuszeństwa odmawia mózg, główna baza dowodzenia? Ale jak miał znów zasnąć bez bursztynowego remedium? Błędne koło. Chciało mu się krzyczeć. Leżał na podłodze, usiłując przymusić się do wysiłku, pertraktując ze sobą, argumentując, pokrzykując na siebie w myślach. W końcu zdołał unieść się na łokciach. Miał ciężką głowę, zupełnie jakby zalegała w niej cała masa tłuczonego szkła i kamieni. Krew pulsowała mu w skroniach. Usiadł. Rozejrzał się po pokoju. Przez szczelnie zaciągnięte zasłony sączyło się ohydne, popołudniowe światło. Jakim prawem wdzierało się nieproszone do wnętrza? Porażający brak taktu. Nie pojmował, jak po tym, co się stało, słońce w ogóle miało czelność wschodzić. Co gorsza ośmielało się świecić tak jasno, podczas gdy w jego sercu panował atramentowy mrok. Zupełnie jakby wszechświat uwziął się na niego i postanowił dokopać mu ze wszystkich sił. Hej, atomy, gwiazdy, galaktyki i gromady! Zobaczmy, ile jeszcze jest w stanie znieść ten maleńki agnostyk, to nie-boże igrzysko, któremu naiwnie się wydawało, że szczęście będzie trwać wiecznie. Głupiec! Siły zaczynały go opuszczać, trzeba było działać szybko. Podniósł się, opierając o ścianę i walcząc z zawrotami głowy. Ruszył powoli w kierunku kuchni. Wyjął butelkę z lodówki i przyssał się do niej, zupełnie jakby jego przetrwanie zależało od tego, czy uda mu się opróżnić ją do ostatniej kropli. Nie udało się; ledwie wypił duszkiem połowę zawartości butelki, a nogi pod nim zmiękły i osunął się na podłogę, uderzając głową o posadzkę. Na skutek uderzenia stracił przytomność.
W tym czasie James przechadzał się ulicami Londynu, łamiąc sobie głowę nad tym, jak pomóc zmaltretowanemu przyjacielowi. To zrozumiałe, że Mikołaj stracił grunt pod nogami, ale takie zachowanie było wprost niewybaczalne. Mniej czuła osoba już dawno przestałaby zaprzątać sobie głowę losem takiego niewdzięcznika, ale nie James, który przecież kochał Mikołaja jak brata. Zresztą odkąd przyjechał na studia doktoranckie z tajemniczego kraju, gdzie ludzie używają opon zimowych, a wódkę zagryza się korniszonami, Mikołaj naprawdę był dla Jamesa jak brat. Od razu przypadli sobie do gustu, mimo że jeden z nich pragnął specjalizować się w poezji modernistycznej, a drugi w literaturze postkolonialnej. To nie miało znaczenia, rozumieli się bez słów, chociaż ich mowy ojczyste różniły się od siebie diametralnie. Oczywiście James nie mówił po polsku i nie miał zamiaru uczyć się tego języka, który, jego skromnym zdaniem, musiał wymyślić jakiś poroniony umysł dla zadawania tortur aparatom mowy. Nauczył się tylko kilku słów, które wypowiadał czasem z trudem po pijaku, raczej dla żartu, żeby rozbawić Mikołaja. Za każdym razem przynosiło to zamierzony skutek. Z podobnych przyczyn do Mikołaja nie zwracał się inaczej niż "Em". Całe szczęście, że Mikołaj świetnie mówił po angielsku, a po trzech latach spędzonych w Londynie prawie w ogóle nie było słychać obcego akcentu, z którym przyjechał. James skarcił się teraz w myślach za te niepotrzebne dywagacje, bo jakie to miało znaczenie w obliczu obecnych problemów? Był święcie przekonany, że Mikołaj żyje i dlatego nie zdecydował się na wyważenie drzwi. Samobójstwo jakoś do niego nie pasowało, nawet w tak paskudnych okolicznościach. Poza tym rozmawiał wcześniej z sąsiadką, która potwierdziła, że z mieszkania dobiegają czasami ciche kroki, a niekiedy nawet krzyki, płacz i okropne zawodzenie. Biedny Em, jak to w ogóle możliwe, że stało się coś tak strasznego? Jak to możliwe, że rzeczy tak zatrważające przydarzają się ludziom jego pokroju? James wzdrygnął się na samą myśl o tym, co spotkało przyjaciela, a oczy zaszły mu łzami. On też ją kochał, choć oczywiście nie w taki sposób jak Mikołaj, i nie był w stanie o niej zapomnieć. Od tygodni gazety nie trąbiły o niczym innym, co tylko dolewało oliwy do ognia, nie pozwalało na to, by wyjątkowo bolesne rany zaczęły się goić. W takich chwilach trudno oprzeć się wrażeniu, że świat zmierza ku upadkowi. James wiedział doskonale, że nie jest w stanie własnoręcznie ocalić świata, ale tliła się w nim nadzieja, że będzie w stanie pomóc tonącemu przyjacielowi. Tylko gdzie znaleźć szalupę albo chociaż koło ratunkowe? Myśl, James, myśl, uruchom te nieliczne szare komórki, które jeszcze ci zostały. Traf chciał, że James znajdował się w okolicy Pałacu Buckingham i przechodził akurat obok Hotelu Rubens, kiedy jego wzrok padł na tablicę upamiętniającą gen. Władysława Sikorskiego, który w trakcie drugiej wojny światowej właśnie z tego miejsca dowodził rządem polskim na uchodźstwie. Przypomniało mu się, że Mikołaj opowiadał kiedyś o pradziadku, który miał powiązania z rządem Sikorskiego, przez co po wojnie obawiał się wrócić do ojczyzny i dlatego osiadł na dłużej w Londynie z żoną oraz kilkuletnim synkiem. Teraz cała uwaga Jamesa skoncentrowała się właśnie na tym chłopcu, dziadku Mikołaja, o którym w trakcie licznych wypadów do pubu, przyjaciel często opowiadał. Niezmiennie z szacunkiem i podziwem, które świadczyły o głębokim przywiązaniu. Po kilku takich historiach James zrozumiał, jak wiele ten starszy pan dla Mikołaja znaczy i jakim jest dla niego autorytetem. Może to był punkt zaczepienia, którego należało się teraz uchwycić? Może gdyby zdołał skontaktować się z dziadkiem, ten potrafiłby namówić Mikołaja do wyjścia ze swojej nory i udania się na leczenie? Co do tego nie było najmniejszych wątpliwości, Em potrzebował pomocy specjalistów. Zresztą w jego sytuacji każdy by potrzebował. Początkowo James nie mógł wyjść ze zdumienia, że w tak trudnych chwilach rodzina Mikołaja nie wykazała najmniejszego zainteresowania jego losem, że nie przybyli mu z pomocą. Oczywiście szybko dotarło do niego, że było tylko jedno logiczne wyjaśnienie: Em nie powiedział im o tym, co się stało. Podły drań, tak nie można! Musieli odchodzić od zmysłów, skoro od tygodni nie odbierał telefonu. Pewnie nawet nie powiedział im, że się niedawno przeprowadził i nie podał nowego adresu. Teraz James będzie musiał im wszystko opowiedzieć. Tak się po prostu nie robi. James uczepił się myśli o dziadku, ale nie miał zielonego pojęcia, jak go odnaleźć ani tym bardziej jak się z nim skomunikować. Jedyne, co pamiętał, to imię tego starszego dżentelmena. Jeremi. Wrócił do domu, zaparzył mocną herbatę, dodał do niej odrobinę mleka i usiadł przed komputerem w nadziei, że znajdzie jakąś podpowiedź w Internecie. Nie rozczarował się.
* * *
Jeremi Koniecpolski siedział w swoim gabinecie, paląc fajkę i czytając gazetę, gdy na biurku zadzwonił telefon. Z przejęcia podskoczył w fotelu i natychmiast podniósł słuchawkę, mając nadzieję, że dzwoni Mikołaj. Nie rozumiał, dlaczego wnuk od tygodni nie daje znaku życia, ale miał niedobre przeczucia. Odezwał się co prawda tego feralnego dnia, żeby ich uspokoić i zakomunikować, że żyje, ale od tamtej pory milczał jak grób. To nie w jego stylu. Jeremi znał swojego wnuka na wylot. Było coś niepokojącego w tonie jego głosu w trakcie tej ostatniej rozmowy, ale Mikołaj uciął natychmiast wszelkie pytania, stwierdzając krótko, że wszystko w porządku i rozłączył się. Od tamtej pory cisza. Rodzice i dziadkowie odchodzą od zmysłów, a smarkacz ma wszystkich w głębokim poważaniu. Nie tak go przecież wychowali. Jeremi nigdy chłopca nie pouczał, nie moralizował, nigdy też na niego nie pokrzykiwał, a nawet nie podnosił głosu, bo nigdy nie było takiej potrzeby. Mikołaj był rozważny i inteligentny, liczył się z uczuciami innych. Tym razem przeholował, a Jeremi poprzysiągł sobie, że gdy tylko go usłyszy, powie mu kilka słów do słuchu. Przystawił do ucha słuchawkę z takim właśnie zamiarem, kiedy uderzyło go, że zupełnie nie rozumie, co mówi do niego rozmówca. Z pewnością nie był to Mikołaj, ale głos należał do mężczyzny. Jeremi wytężył słuch i w końcu pojął swój błąd. Mężczyzna nie mówił po polsku, tylko po angielsku, a do tego wydawał się bardzo zdenerwowany. Dopiero po chwili Jeremi odzyskał wreszcie głos i próbując w ciągu zaledwie paru sekund odświeżyć sobie tych kilka słów w mowie Szekspira, które pamiętał z dzieciństwa, poprosił wreszcie rozmówcę, żeby się zatrzymał i zwolnił, bo nie jest w stanie go zrozumieć. Mężczyzna zamilkł na chwilę, jakby zbierał myśli, po czym bardzo powoli i wyraźnie przedstawił się i używając najprostszego języka, spróbował jeszcze raz opowiedzieć Jeremiemu całą historię. Po kilku niezwykle alarmujących zdaniach umysł Jeremiego pracował na najwyższych obrotach i tylko dzięki temu zdołał zrozumieć większość z tego, co próbował przekazać mu młody człowiek telefonujący z Anglii, choć nawet po odłożeniu słuchawki nie był w stanie uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. To po prostu nie mieściło się w głowie. Rozmowa trwała nie dłużej niż piętnaście minut, ale Jeremi nie potrzebował więcej, by zdać sobie sprawę z powagi sytuacji. Ręce drżały mu z przerażenia, a słowa młodego człowieka z całą mocą dźwięczały w uszach, jeszcze gdy w pośpiechu pakował walizkę, wzywał taksówkę i jechał na lotnisko. Nie było chwili do stracenia. Naprędce wytłumaczył wszystko żonie, która jeszcze długo po jego wyjściu siedziała w fotelu, kręcąc z niedowierzaniem głową i próbując przetworzyć jakoś te wiadomości. Z taksówki zadzwonił do rodziców chłopaka. Odebrał jego syn, Tobiasz. Musiał opowiedzieć mu całą historię dwa razy, a w końcu nakrzyczeć na syna, żeby wziął się w garść, bo to już się zdarzyło i nic nie cofnie czasu, a chłopakowi trzeba teraz pomóc. Tobiasz uspokoił się trochę i powiedział, że natychmiast jedzie na lotnisko i leci z nim. Jeremi zdołał go w końcu przekonać, że lepiej będzie, jeżeli poleci sam, bo jak ktoś jest w stanie dotrzeć do tego biednego chłopaka, to chyba tylko on, za to Tobiasz bardziej przyda się tu, na miejscu, gdzie potrzebują go dwie kobiety, jego żona i matka, i lepiej, żeby stanął na wysokości zadania. Na lotnisku kupił bilet na pierwszy samolot do Londynu, po czym usiadł na twardym i niewygodnym plastikowym krzesełku, ukrył twarz w dłoniach i pogrążył się w zadumie. Myśli miał wyjątkowo chmurne.
* * *
Znów to piekielne walenie do drzwi. Mikołaj miał ochotę wykrzyczeć z całych sił, żeby James poszedł do diabła i zostawił go w spokoju, ale postanowił nie dać mu tej satysfakcji. Nie piśnie nawet słówkiem. Jeszcze nie teraz. Nie był z natury okrutny, nie czuł się po prostu na siłach do rozmowy, nie miał ochoty wysłuchiwać, że potrzebuje pomocy. Po raz pierwszy w życiu potrzebował nurzać się w bólu, rozdrapywać go i roztrząsać, cierpieć każdym zakończeniem nerwowym, posypywać rany solą. Tak, chciał po prostu użalać się nad sobą. Od świtu do nocy. Wierzył, że ma do tego pełne prawo, a jeżeli ktoś tego nie rozumie, to trudno. Fuck them i już. Kilka tygodni temu miał wszystko, a teraz był na samym dnie i do tego całkiem sam, więc wolno mu chyba leżeć tu i upijać się do nieprzytomności? Nie widział w tym nic niestosownego. Niestosowne było raczej to walenie do drzwi, które mąciło jego spokój i niepotrzebnie przywoływało go do rzeczywistości. Szarej i okrutnej. Rzeczywistości, w której jej już nie było. Ich już nie było. A zatem nie było też i jego, a przynajmniej pragnął, żeby to była prawda. Walenie nie ustępowało, w końcu musiał otworzyć oczy. Wlepił wzrok w sufit i zacisnął pięści. Tym razem z odrętwienia wyrwał go inny, tak dobrze mu znany głos:
- Mikołaj, otwieraj, tu dziadek. Otwieraj natychmiast! Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, smarkaczu. Przeleciałem pół Europy i nie wyjadę stąd, dopóki nie otworzysz, słyszysz mnie? Lepiej otwórz po dobroci. Ja nie żartuję!
To był pierwszy raz, kiedy dziadek podniósł na niego głos. Mikołaj odniósł wrażenie, jakby coś w nim drgnęło. Przeskoczyła jakaś niewidzialna iskra. Nie mógł uwierzyć, że dziadek przyleciał aż tutaj, żeby postawić go na nogi. A więc James był sprytniejszy niż mu się wydawało. Znalazł w końcu sposób. Maleńki skrawek jego świadomości zapragnął nawet wstać, otworzyć drzwi i wpuścić dziadka, ale ciało znów odmówiło mu posłuszeństwa - tym razem był na to zbyt pijany. Inny skrawek, odpowiedzialny za wściekłość na cały świat i wszystkich ludzi, którzy po nim chodzą, wybełkotał, żeby dać mu święty spokój, bo i tak nie otworzy. Tym razem dziadek przemówił po angielsku i nie były to słowa skierowane do niego:
- James, niech pan wyważy drzwi.
Mikołaj zamknął oczy, po policzkach popłynęły mu łzy. Słone i ciepłe. Do jego uszu dobiegł potworny łomot, a drzwi w końcu ustąpiły. Potem rozległ się odgłos kroków, zniecierpliwionych i ciężkich, a w końcu chłodna dłoń poklepała go po policzku. Zacisnął mocniej powieki. Chcą się z nim bawić jak z dzieckiem, to proszę bardzo. Nie zamierzał tak łatwo ustąpić. Dwie pary rąk chwyciły go pod ramię i ciągnąc po podłodze jego bezwładne ciało, zawlokły go do łazienki. Został rozebrany z ubrań i wepchnięty do wanny. Nie opierał się, nie był w stanie. Dopiero szok wywołany kontaktem rozgrzanej skóry z lodowatą wodą zmusił go do otwarcia oczu. Spojrzał na nich z wyrzutem, ale nie protestował, nie rzucał się, nie przeklinał, nie opluwał swoich prześladowców. Bynajmniej nie było w jego postawie nic chrystusowego, po prostu był zbyt odurzony, by zaprotestować. Kiedy przyszedł do siebie, siedział już w fotelu w ciemnym pokoju, owinięty kocem. Trząsł się z zimna. Jedynym źródłem słabego światła była stojąca na podłodze lampka. Dostrzegł dwie pary oczu przyglądające mu się z niepokojem. Widząc, że się ocknął, James ruszył natychmiast do kuchni, zaparzyć ziołową herbatę. Dziadek pokręcił głową. Teraz musi nastąpić kazanie albo litania gorzkich wyrzutów. Wszyscy odchodzili od zmysłów, jak mógł im o tym nie powiedzieć, czy postradał rozum, nic nie tłumaczy takiego karygodnego zachowania. N i c. Jeremi wstał z fotela, podszedł do niego, położył mu dłoń na głowie i przyciągnął go do siebie. Ten nieoczekiwany gest solidarności i zrozumienia wywołał u obu mężczyzn falę wzruszenia. W pokoju zapanowała cisza naznaczona brakiem i nieobecnością. Stojący w progu James, trzymający w dłoni kubek herbaty, również nie potrafił powstrzymać łez. Jeremi powiedział cicho, ale kategorycznie:
- Twoje rzeczy są już spakowane. Wracasz ze mną. Ojciec załatwił ci miejsce w prywatnej klinice. Postawimy cię na nogi. Słyszysz?
- Dziękuję - Mikołaj wypowiedział słabo jedyne słowo stosowne w tych okolicznościach. Dotarło do niego, że dalsza walka jest pozbawiona sensu. Jeżeli przez tyle tygodni nie był w stanie zrobić ostatecznego kroku, to musiało znaczyć, że z niecałkiem zrozumiałych przyczyn wybrał jednak życie i to ze wszystkimi konsekwencjami, jakie ten wybór niesie. A skoro dokonał takiego wyboru, to nie było sensu leżeć dalej na podłodze, upijając się dzień w dzień do nieprzytomności. Skąd ta nagła zmiana? Katalizatorem rzecz jasna okazało się przybycie Jeremiego, który od zawsze miał na wnuka kojący wpływ, łagodził konflikty, wyciszał targające nim emocje. Tak było i tym razem. Mikołaj wiedział, że potrzebuje pomocy, ale nie był w stanie sam o nią poprosić. Miał sporo szczęścia, o ile w tej sytuacji w ogóle można mówić o szczęściu. Pomoc sama zapukała do jego drzwi, a wręcz postanowiła je wyważyć. Podniósł się z fotela, podszedł do przyjaciela, żeby uścisnąć mu dłoń, na co James odstawił kubek herbaty i objął go, zalewając się łzami. Poczciwy James. Mikołaj zastanawiał się, czym sobie zasłużył na takiego przyjaciela, który stał dzielnie u jego boku. Odwzajemnił jego uścisk i przeprosił za swoje zachowanie.
- No hard feelings - wykrztusił James.
* * *
Po kilku miesiącach intensywnej terapii lekarze stwierdzili zgodnie, że Mikołaj nie stanowi już zagrożenia dla siebie ani dla otoczenia i może powoli zacząć wracać do życia w społeczeństwie. Zaraz po wyjściu z kliniki zamieszkał na pewien czas w domu dziadków na wsi, gdzie cisza i spokój przyśpieszały rekonwalescencję. Długie rozmowy z dziadkiem miały na niego zbawienny wpływ. Tylko jeden temat nigdy nie powracał w ich dyskusjach. Na samo wspomnienie o wydarzeniach, które miały miejsce ubiegłego roku, Mikołaj zamykał się w sobie, milkł i wychodził z pokoju. Poprzysiągł sobie nigdy nie wracać do nich myślami, nigdy o nich nie rozprawiać, nie analizować. To był jedyny sposób, żeby jakoś iść dalej. Inaczej nie umiał. Nadludzkim wysiłkiem Jeremi zdołał przekonać go, żeby dokończył doktorat. Nie lada wyczyn. Początkowo Mikołaj nie chciał nawet o tym słyszeć, bo obrona doktoratu oznaczała powrót do Londynu, a taka wyprawa była ponad jego siły, ale dziadek, z siłą perswazji i wytrwałością, których pozazdrościłby mu niejeden świadek Jehowy, uświadomił w końcu wnukowi, że rozprawę doktorską ma już prawie napisaną i szkoda, by owoce jego trzyletniej wytężonej pracy poszły na marne, nie wspominając już nawet o pieniądzach, które jego rodzice łożyli przez ten czas, żeby wykształcić syna za granicą. Systematycznie urabiany w ten sposób Mikołaj wbił sobie w końcu do głowy, że kosztem niewielkiego wysiłku zostanie specjalistą w wąskiej dziedzinie, zdobędzie wreszcie zawód i będzie mógł się usamodzielnić. Kusząca perspektywa dla mężczyzny prawie trzydziestoletniego, który pragnął rozpocząć nowe życie. I tak oto długo oczekiwana obrona rozprawy doktorskiej Mikołaja Koniecpolskiego w temacie współczesnej literatury południowoafrykańskiej i piętna, jakie po dziś dzień odciska na niej apartheid, nastąpiła we wrześniu 2006 roku. Tym razem w wyprawie do Londynu towarzyszyła Mikołajowi matka, która cierpliwie i z charakterystyczną dla matek miłością ściskała dłoń syna w chwilach, gdy wydawało mu się, że jego świat znów rozpadnie się na kawałki. Zacisnął zęby, wytrzymał i obronił się z wyróżnieniem, poprzysięgając sobie, że to ostatni raz, gdy jego noga postała w tym piekielnym mieście, które dotychczas tak podziwiał, a które budziło w nim teraz lęk i odrazę. Nie mógł jednak wyjechać bez spotkania z Jamesem, któremu tyle zawdzięczał. Umówili się w pubie w centrum Londynu, przy Leicester Square, gdzie mieli w zwyczaju spotykać się, pić piwo, jeść wyśmienite burgery i prowadzić ożywione dyskusje. James wyściskał przyjaciela serdecznie, pogratulował mu dopiero co zdobytego tytułu PhD i długo komplementował jego zdrowy wygląd.
- Stary, musimy oblać twój sukces, stawiam piwo - zasugerował James z wrodzoną szczodrością.
- Dzięki, ale ja niestety tylko sok. Cały czas biorę leki.
- Rozumiem. Słuchaj, powiedz, jak się masz?
- Jakoś leci. Próbuję iść do przodu.
- Wciąż nie mogę uwierzyć, że to się stało. Kiedy o tym myślę...
- Nie mówmy o tym - powiedział Mikołaj tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Jasne, jasne. Ale wiesz, w razie czego... - zaczął James, lecz Mikołaj znów przerwał mu w pół zdania:
- Nie, stary, nie rozumiesz mnie. Nie mówmy o tym nigdy więcej. James, ja muszę o tym zapomnieć, każdego dnia próbuję wyrzucić to z pamięci. Inaczej się nie da. Wraz ze mną musi zapomnieć o tym cały świat, podążasz?
- Nie bardzo. Co chcesz przez to powiedzieć? - Twarz Jamesa przybrała zdumiony wyraz.
- Nikt nie może się o tym dowiedzieć. N i k t. N i g d y.
- Kurwa, stary, o takich sprawach powinien wiedzieć i trąbić cały świat. Coś takiego nie może się więcej powtórzyć.
- Świat przestał mnie doszczętnie obchodzić. Pieprzę świat, w którym zdarzają się podobne rzeczy, rozumiesz? Jak dla mnie może spłonąć, obrócić się w popiół. Żadne ostrzeżenia nic tu nie pomogą! Przeklinam ten zasrany świat i całą pieprzoną ludzkość. Niech zdycha w płomieniach, niech odchodzi w męczarniach! - Mikołaj prawie krzyczał, wypowiadając te słowa.
- Słuchaj, tak nie można. To nie fair. Sam jesteś częścią tego świata. Rozumiem, że cierpisz, ale, wiesz, nie ty jeden...
- I co z tego, powiedz? Czy to cokolwiek zmienia? Myślisz, że jest mi z tego powodu łatwiej? Nie. - Mikołaj pokręcił głową. - Nie - powtórzył. - Już nigdy... już nigdy... kurwa, stary, nie mogę nawet o tym myśleć, bo zaraz znowu rozsypię się na kawałki.
- Spokojnie, Em, odwagi - James poklepał przyjaciela po plecach, żeby dodać mu otuchy. - Zamknij oczy, weź głęboki wdech, wszystko będzie dobrze.
Mikołaj wykonał posłusznie zalecenia przyjaciela i w końcu zdołał się opanować.
- Tylko o to cię proszę - powiedział słabo. - Nigdy, nikomu o tym ani mru-mru. Ten temat przestaje dla nas istnieć, jasne? Nie mówimy o tym nigdy więcej i nikt nie może się o tym dowiedzieć, obiecujesz?
- Naprawdę, tak nie można - usiłował protestować James.
- James, spójrz na mnie. Musisz mi to obiecać.
- Musisz mi to obiecać. Uwierz, stary, muszę stąd czym prędzej wyjechać, bo jeszcze chwila i nie będzie co zbierać, ale nie mogę, dopóki mi tego nie obiecasz. Błagam cię, James. Musisz mi to obiecać. James!
Kręcąc z niedowierzaniem głową, James wydusił wreszcie:
- Nie wierzę, że to mówię, bo uważam, że to chore, ale zgoda... Obiecuję.
- Dobrze. Na mnie już czas - odpowiedział Mikołaj, podnosząc się z krzesła.
- Jezu, nie mogę uwierzyć, że wyjeżdżasz. Proszę cię, zadzwoń do mnie, stary.
- Jak tylko się pozbieram. Trzymaj się, przyjacielu. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy. Ale nie tu, nie w tym strasznym miejscu.
- Wracaj do siebie, Em. Całe życie przed tobą.
- Tak, tylko nie mam pojęcia, jak je dalej przeżyć.
- Zobaczysz, wszystko się jakoś ułoży - zapewnił go James.
- It was fucking good to see you, mate!
- I'll miss you as hell, you bastard!
Dwaj dobrzy przyjaciele uściskali się wylewnie na pożegnanie, jak gdyby wiedzieli, że nieprędko przyjdzie im się znów zobaczyć. Mikołaj dopił łyk soku, uścisnął Jamesowi dłoń i ruszył w kierunku wyjścia, ani razu nie oglądając się za siebie.
OD AUTORKI
Nazywam się Julia Lipińska i jestem pisarką. Nie jest to moje prawdziwe imię ani nazwisko; obrałam je na potrzeby tej książki. Również główny bohater w rzeczywistości nie nazywa się Mikołaj Koniecpolski; zobowiązałam się zataić jego tożsamość. Imiona pozostałych bohaterów także zostały zmienione. To ja napisałam tę powieść, ale rzecz nie będzie o mnie, tylko o mężczyźnie, który zjawił się w moim życiu przez przypadek. I chociaż pojawiam się w powieści, to raczej jako dodatek do głównego bohatera, a nie danie główne. To chyba dobrze, bo obawiam się, że z natury jestem ciężkostrawna. Tutaj moim zadaniem jest pokazać bohaterowi, kim naprawdę jest i, zaznaczam na wstępie, to nie moja wina, że ta rola, podobnie jak wiele innych ról, zaczyna wymykać się spod kontroli. Zatrzymam się w tym miejscu, bo nie byłoby fair zdradzać wszystkie szczegóły na samym początku.
Jak z pewnością zauważycie (albo już zauważyliście), drodzy Czytelnicy, narrator w tej powieści występuje w trzeciej osobie i przygląda się wydarzeniom z odległego miejsca, niekiedy prześwietlając myśli bohaterów. Jest wszechwiedzący, mimo to czasami woli nie zdradzać pewnych faktów i nie uprzedzać niektórych zdarzeń. Złośliwa bestia. Obiektywizm narratora jest tylko pozorny, bo tak naprawdę wszystko zostało opisane niejako z mojej perspektywy. Nawet punkt widzenia Mikołaja, głównego bohatera, został przefiltrowany przez mój punkt widzenia. Dołożyłam wszelkich starań, by go dokładnie prześwietlić i wcielić się w niego wiernie, ale wszystko ma granice. Nawet najlepsza fikcja pozostanie tylko fikcją. Choć czasem granice między fikcją a rzeczywistością niebezpiecznie się zacierają.
Kiedy osoba wrażliwa i spostrzegawcza, a do tego ciekawska, spotyka kogoś, kto skrywa sekret, od razu wyczuwa takie sprawy i pragnie za wszelką cenę ten sekret odkryć. Myślę, że moi Czytelnicy odczuwają podobną pokusę po przeczytaniu prologu. A może niektórzy z Was domyślają się już, co to za sekret i nie pozwolicie wodzić się autorce za nos? W każdym razie, proszę uwierzcie mi, że gdy poznałam Mikołaja, nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Osoba posiadająca sekret, którego pilnie strzeże, siłą rzeczy staje się niezwykle fascynująca. A wiadomo przecież, że od fascynacji do miłości już tylko jeden krok. Właśnie, miłość. Uczucie podstępne, kapryśne i nieprzewidywalne, które komplikuje nam życie tak, że przestajemy widzieć rzeczy wyraźnie. Co to tak właściwie znaczy kogoś kochać? Czy ktoś kiedyś w zadowalający sposób zdefiniował miłość, która przecież ma wiele twarzy, wymyka się regułom, prawom i definicjom? No dobrze, nie wybiegajmy do przodu aż tak bardzo. Najgorsze co może się Czytelnikom przydarzyć, to niesforna autorka i dlatego za kilka stron znów zastąpi mnie stateczny, poukładany narrator. Obiecuję! Wybaczcie proszę moje gadulstwo, bo choć jestem pewna, że sięgnęliście po książkę po to, by przenieść się w fikcyjny świat, który pochłonie Was bez reszty, oczaruje, a czasem wzruszy lub skłoni do refleksji, to jednak czułam nieodpartą pokusę, żeby przywitać się z Wami, drodzy Czytelnicy. Taki trik, niewinna sztuczka dająca upust ekshibicjonistycznym skłonnościom autorki. Z różnych powodów pragnęłam zaznaczyć swoją obecność w tym tekście. Oto jestem.
A teraz znikam. To znaczy znikam ja, Julia-pisarka, a w moje miejsce pojawi się Julia-bohaterka, również pisarka. Pstryk. Nie ma mnie.
Autorka schodzi ze sceny.
Na scenę wchodzi narrator.