Noc przed rozprawą sądową - Anton Czechow

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Noc przed rozprawą sądową

Opowiadanie podsądnego.

- Ooo, panoczku, jakieś nieszczęście będzie! - powiedział woźnica, odwracając się do mnie i wskazując batem zająca, który przebiegał nam przez drogę.

- Wiedziałem bez zająca, że przyszłość moja jest beznadziejna. Jechałem właśnie do s-skiego sądu okręgowego, w którym zasiąść miałem na ławie oskarżonych za bigamię. Pogoda była okropna. Gdym w nocy dojechał do stacji pocztowej, miałem wygląd człowieka naprzód oblepionego śniegiem, następnie oblanego wodą, wreszcie wysmaganego szpicrutą - do tego stopnia zmarzłem, przemokłem i ogłupiałem wskutek długiego, monotonnego tłuczenia się w bryczce. W zajeździe powitał mnie gospodarz. Był to mężczyzna wysoki, w kalesonach w niebieskie paski, łysy, zaspany i z wąsami, które, zdawało się, wyrastały mu wprost z nozdrzy i przeszkadzały mu wąchać. A trzeba przyznać, że było tam co wąchać! Gdy osobnik ten, mrucząc, sapiąc i drapiąc się w kark, otworzył mi drzwi do "salonów" zajazdu i milcząc wskazał łokciem na miejsce mego spoczynku, uderzył mnie nieznośny zaduch stęchlizny, pokostu i zgniecionych pluskiew tak, że omal nie udusiłem się. Blaszana lampka, stojąca na stole i oświetlająca drewniane niemalowane ściany, kopciła, jak łuczywo. - Ależ śmierdzi tu, signore! - powiedziałem mu, wchodząc i stawiając walizę na stole. Gospodarz pociągnął nosem i niedowierzająco pokiwał głową. - Zwykły zapach! - zawyrokował i podrapał się. - Panu się tak z mrozu zdaje. Furmani chrapią przy koniach, a państwo przecież powietrza tu nie psują... Odprawiłem go i zacząłem oglądać swoje chwilowe locum. Kanapa, na której wypadło mi spoczywać, szerokości dwuosobowego łóżka, obita była ceratą, zimną jak lód. Poza kanapą w pokoju stał wielki piec żelazny, stół ze wspomnianą już wyżej lampką, czyjeś śniegowce, jakaś torba podróżna i parawan, zasłaniający kąt izby. Za parawanem ktoś spokojnie spał. Rozejrzawszy się, posłałem sobie na kanapie i zacząłem się rozbierać. Nos mój szybko jakoś się oswoił z zaduchem. Zdjąwszy surdut, spodnie i buty, przeciągając się straszliwie, uśmiechając się, kurcząc, zacząłem skakać dokoła żelaznego pieca, podnosząc wysoko bose nogi... Ruch rozgrzał mnie nieco. Teraz pozostawało tylko wyciągnąć się na kanapie i usnąć, ale właśnie tu zdarzyło się coś osobliwego. Rzuciłem przypadkowo wzrokiem na parawan i... proszę sobie wyobrazić moje zdumienie! Z za parawanu wyglądała główka kobieca z rozpuszczonymi włosami, czarnymi oczkami i wyszczerzonymi ząbkami. Krucze brwi poruszały się, na policzkach ukazały się milutkie dołeczki - a więc... śmiała się. Zawstydziłem się. Spostrzegłszy, że ją zauważyłem, główka też się zawstydziła i ukryła się. Jak winowajca, spuściwszy oczy, skierowałem się grzeczniutko ku kanapie, położyłem się i okryłem futrem. - Co za wypadek! - pomyślałem. - Z pewnością widziała mnie skaczącego! To - niedobrze... Uprzytamniając sobie rysy ładnej twarzyczki, mimowoli zacząłem marzyć. Obrazki - jeden od drugiego ładniejsze i bardziej kuszące - przesuwały się przed moją wyobraźnią i... jak gdybym miał być ukarany za grzeszne myśli, uczułem na prawym policzku silny, kłujący ból. Uderzyłem się dłonią w policzek i choć nic nie złapałem, domyśliłem się, o co chodzi: poczułem przykry zapach zgniecionej pluskwy. - Tam do licha - usłyszałem w tej samej chwili głosik kobiecy. - Przeklęte pluskwy chcą mnie widocznie zjeść! Hm... Przypomniałem sobie, że miałem dobre przyzwyczajenie zawsze zabierać ze sobą w drogę proszek perski. I tym razem nie uchybiłem temu przyzwyczajeniu. Pudełko z proszkiem w mgnieniu oka zostało wyciągnięte z walizy. Wystarczyłoby mi zaproponować pięknej główce radykalny ten środek i... znajomość gotowa. Ale jak to uczynić?

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI