ROZDZIAŁ 3
- A teraz, panie i panowie, to na co wszyscy czekamy: pierwszy taniec!
Wodzirej, który był jednocześnie szefem zespołu muzycznego, uczciwie pracował na swoje honorarium. Jego głos był donośny, pełen emfazy i radosny.
- Zapraszam młodą parę na środek!
- W samą porę - skomentowała Justyna.
Unieśli się oboje ze swoich miejsc i wyszli na parkiet.
- Nie musiałeś być takim bucem - szepnęła mu, gdy już tam stali. - W ten sposób nigdy nie zrobisz kariery.
- A on nie musiał rzucać takich obleśnych tekstów. Miałem to puścić płazem?
- Jezu, tylko żartował!
- Sugerując, że byłby lepszy z tobą w łóżku niż ja.
- Znów nadinterpretujesz. Masz być po prostu dla niego milszy. Nie chcę być żoną nieudacznika, który unosi się honorem, rujnując przy okazji swoją przyszłość. I uśmiechaj się, na litość boską, ludzie patrzą.
Na pierwszy taniec wybrali walc angielski. Ćwiczyli go na dwóch sesjach z instruktorem, na więcej nie udało im się znaleźć czasu. Melodia pochodziła z filmu Shrek, jednego z ulubionych jego świeżo poślubionej żony. Popłynęły pierwsze akordy. Stanęli naprzeciwko siebie. Objął ją w pasie i chwycił za rękę, tak jak się uczyli. Raz, dwa, trzy... Teraz!
Udało mu się zatańczyć poprawnie dokładnie dwa i pół obrotu, potem wszystko się posypało. Zgubił rytm, pomylił kroki, nadepnął jej na stopę. Chwilę jeszcze kręcili się niezgrabnie, udając, że panują nad tym, co robią, w końcu zrezygnowali.
- Brawo! Oklaski! - wybawił ich z kłopotu wodzirej. Widocznie nie pierwszy raz widział podobną katastrofę.
Muzyka gładko zmieniła się w jeden ze współczesnych, znanych wszystkim przebojów. Spojrzał na Justynę. Uśmiechała się, lecz widać było, że jest wściekła.
- Świetnie - syknęła mu do ucha. - Kolejna pomyślna wróżba.
Tańczyli jednak dalej. Tym razem, gdy nie musiał pamiętać o sekwencjach kroków, szło mu znacznie lepiej. Przyłączyły się do nich inne pary. Dlaczego zgodził się na ten cholerny walc? Powinni zatańczyć do czegoś, przy czym wystarczy rytmicznie machać rękami i nogami.
Melodia wybrzmiała do końca. Stanęli.
- Teraz prosisz do tańca moją mamę, a ja zatańczę z twoim ojcem - powiedziała. - Gdzie on w ogóle jest?
- Miałem się tym nie interesować, pamiętasz?
Rozejrzał się jednak po sali. Jego ojca faktycznie nigdzie nie było. Dostrzegł za to teścia. Stał pod ścianą z ramionami splecionymi na piersi. Jego postawa wyrażała jakiś bliżej niesprecyzowany, choć daleko posunięty sceptycyzm. Miał nieodparte wrażenie, że dotyczy on męża jego córki.
- Chryste Panie, przecież wiedział, że mam z nim zatańczyć! Do tej jednej rzeczy tylko był mi potrzebny! Czy wy wszyscy musicie być tacy nieogarnięci? - usłyszał pełen pretensji głos swojej żony. - Trudno, zatańczę z kimś innym. A ty do mojej matki. Tylko postaraj się jej nie zabić.
Odwróciła się i odeszła. Odszukał wzrokiem teściową. Podszedł do niej i ukłonił się sztywno.
- Mama pozwoli? - spytał.
Z nią, musiał przyznać, tańczyło mu się znacznie łatwiej. Można powiedzieć, że reprezentowali podobny poziom i kunszt taneczny. Obejmowali się niezgrabnie i kiwali na boki. Wydawali się o wiele lepiej dopasowani.
Po chwili dostrzegł, z kim postanowiła zatańczyć jego żona. Oczywiście. Z Michałem. Zobaczył, jak okręca ją na środku parkietu. Jego świadek nie kłamał, rzeczywiście tańczył bardzo dobrze. Justyna uśmiechała się zadowolona. Wydawali się wyluzowani i zgrani. Czy tak samo byłoby też w łóżku?, pomyślał.
Odegnał od siebie te wzburzające krew w żyłach, niepotrzebne myśli i spróbował skupić się na tańcu z teściową. Jego nowa "mama" tańczyła, nie patrząc na niego. Jej twarz była absolutnie nieruchoma i pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu. W sumie pasowało mu to.
Pomny przedweselnych instrukcji Justyny postanowił zabawić ją jednak konwersacją.
- Trochę mi nie poszło z tym pierwszym tańcem - powiedział. - Pewnie wyglądało to dosyć żałośnie.
- Nie przejmuj się - odpowiedziała, wciąż na niego nie patrząc. - Nie to jest najważniejsze. Mężczyzna nie jest od tańczenia.
Omiótł mimowolnie wzrokiem ścianę, pod którą przed chwilą stał jego teść. Już go tam nie było.
Postanowił wykorzystać okazję, że był sam na sam z jego żoną, by coś się o nim dowiedzieć.
- Ojciec Justyny dobrze tańczył? - spytał.
Teściowa rzuciła mu krótkie, zaskoczone spojrzenie.
- Tak - potwierdziła - dobrze. Wszelkie czynności związane z aktywnością fizyczną wychodziły mu naprawdę nieźle - powiedziała z pewnego rodzaju sarkazmem. - Czego nie można powiedzieć z kolei o innych rzeczach.
- Na przykład jakich?
Wzruszyła ramionami.
- Z biegiem czasu kobieta, zwłaszcza gdy ma już dziecko, zaczyna rozumieć, że ładne mięśnie, zadziorny charakter i ogień w łóżku nie do końca wystarczają - odpowiedziała. - Fajnie, gdy łączą się z innymi przymiotami, takimi jak odpowiedzialność, zapobiegliwość i dbanie o rodzinę. Niestety, natura rzadko obdarza tymi dwoma zestawami cech tego samego mężczyznę, a ważniejszy jest mimo wszystko ten drugi. Dlatego tak byłam za tobą, gdy Justyna miała wątpliwości. Może nie jesteś za wyględny, ale przynajmniej porządny z ciebie chłop. Chociaż czasem pierdoła, to fakt.
Zbaraniał, słysząc to wyznanie. Nigdy w życiu nikt mu nie powiedział równie deprymującego komplementu. W zasadzie nie wiedział, czy powinien za niego podziękować, czy się obrazić.
Z drugiej strony, nie miał dotąd pojęcia, że teściowa go w jakikolwiek sposób wspierała. Wydawała się chłodna i zdystansowana, często była wobec niego krytyczna. Choć chyba taki właśnie był jej sposób bycia. Wobec innych zachowywała się podobnie.
- Dziękuję, mamo - powiedział.
Nawet nie zareagowała. Tańczyła dalej sztywno, nie patrząc na niego.
- To dlatego wyjechał? - spytał. - Bo wam nie wyszło?
Znowu brak jakiejkolwiek reakcji. Jakby nie usłyszała pytania.
- Pytam o to, żeby nie powtarzać waszych błędów - dodał po chwili. - Moi rodzice są ze sobą przez całe życie. Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego rozpadają się małżeństwa. Żeby uniknąć tego w naszej własnej przyszłości.
Tym razem zaszczyciła go spojrzeniem. Jakby oceniała wysuwane przez niego argumenty.
- Nasze małżeństwo nie rozpadło się - odpowiedziała. - Wciąż nim jesteśmy.
No tak, zapomniałby.
- To dlaczego wyjechał? - spytał.
Znów przez chwilę milczała.
- Zdaje się, że musiał - odezwała się w końcu. -Decyzja była nagła, nie pytał mnie o zdanie. Po prostu któregoś dnia przyszedł i powiedział, że dostał jakąś świetną propozycję z zagranicy i że ma zamiar z niej skorzystać. Tyle. Następnego dnia już go nie było. Wcześniej nawet słowem o czymś podobnym nie wspomniał.
- Nie wie mama, co to mogło być?
- Nie - odparła. - Stefan dość często angażował się w różne szemrane interesy. Nie lubił pracować, ciągle szukał okazji, żeby zarobić, a się nie narobić. Na początku myślałam, że chodzi o coś takiego. Że narobił długów albo miał interesy z jakimiś nieciekawymi ludźmi i coś zawalił, z czegoś nie wywiązał. Bałam się, że ci ludzie będą go potem szukać, grozić mi, ale nie. Stefan zniknął, ale nikt się nie pojawił. Koniec tematu. Więc naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego tak nagle wyjechał. I szczerze powiedziawszy, gówno mnie to już teraz obchodzi.
Ostatnie słowa wypowiedziane były w sposób, który dobitnie miał mu uzmysłowić, że jego teściowa nie chce o tym dłużej rozmawiać. Nie miał zamiaru się jednak temu podporządkować.
- Czy mój ojciec i ojciec Justyny mogli się wtedy poznać? - spytał.
Spojrzała na niego zdziwiona.
- Dlaczego myślisz, że mogą się znać?
- Nie zauważyła tego mama? Gdy się spotkali tam przed wejściem, to jakby strzelił w obu piorun. Byli ewidentnie zaskoczeni swoim widokiem i to w niezbyt przyjemny sposób.
Wzruszyła ramionami.
- Niczego takiego nie zauważyłam. Jedyne, o czym wtedy myślałam, to ta cholerna awaria klimatyzacji i kiedy ją wreszcie usuną. Było mi potwornie gorąco, bałam się, że zaraz zemdleję. Może mieli tak samo?
- Potem też było widać między nimi napięcie, już tu, na tej sali.
Jego teściowa uniosła brew.
- To akurat mnie wcale nie dziwi. Mój mąż tak właśnie funkcjonuje - skomentowała. - Stwarza napięcie. Zwłaszcza gdy dotyczy to innych mężczyzn. Jak widać, na stare lata mu się to nie zmieniło. Zobaczył twojego ojca i automatycznie zaczął się z nim porównywać i rywalizować. Zajmują w końcu analogiczne, choć przeciwstawne pozycje. I oczywiście z miejsca go nie polubił. To bardzo w jego stylu.
Zabrzmiało to prawdopodobnie, choć mimo wszystko do końca go nie przekonało.
- I nie pamięta mama mojego ojca z dawnych lat? - upewnił się.
- Po raz pierwszy go zobaczyłam, gdy żeście nas z sobą poznali. Na tym spotkaniu w Warszawie pół roku temu. Na pewno nigdy wcześniej go nie widziałam.
Piosenka, do której tańczyli, dobiegała końca. Stanęli.
- Ale jeśli tak cię to interesuje, po prostu go spytaj. Mogę o czymś nie wiedzieć. Stefan często wyjeżdżał, kto wie, co się wtedy działo?
Rozejrzał się po sali. Jego ojca wciąż jednak nie było.
- Gdzieś mi się zawieruszył - zauważył.
- To jak się znajdzie.
Muzyka ostatecznie umilkła.
- A teraz, kochani, chwila przerwy - rozległ się głos wodzireja. - Zapraszam wszystkich do stolików.
Niezgrabnie podziękował teściowej i ruszył w kierunku swojego miejsca. Justyna ciągle rozmawiała z Michałem na parkiecie. Postanowił wykorzystać tę okazję i nalać sobie kieliszek. Tym razem prawdziwej wódki. A potem jeszcze jeden. Należało mu się.
Jego żona i świadek w końcu wrócili do stołu. Wyglądali, jakby to oni byli parą młodą. Michał wydawał się bardziej pasować do tej roli niż on. Był przystojniejszy, bardziej pewny siebie i lepiej ubrany - nie w ten głupi, karykaturalny niemal surdut, lecz w elegancki, bardzo dobrze skrojony garnitur. Poczuł, jak wraz z alkoholem zalewa go fala zawiści. Niepotrzebnie jednak pił.
- Nieźleście wywijali na środku parkietu - rzucił kąśliwie. - Prawdziwe dirty dancing.
- Nie było twojego ojca, więc musiałam poprosić świadka. - Wzruszyła ramionami. - Co miałam zrobić? Nie moja wina, że Michał tak świetnie tańczy.
- Mogłaś się jednak trochę bardziej powstrzymywać. To ja jestem twoim mężem, nie on.
- Nie pozwól, bym zaczęła tego żałować - odparła chłodno.
- Są już państwo młodzi - rozległ się głos wodzireja. - Patrzcie, jak piękna z nich para! Nie macie jednak, drodzy goście, wrażenia, że wódka, którą pijemy, jest nieco gorzka?
- Tak! Tak! Gorzka wódka! - rozległy się głosy z różnych stron stołu.
W idealnym momencie, pomyślał z sarkazmem.
- Co więc powinniśmy zaśpiewać? Chyba wszyscy to wiedzą? Ale najpierw uzupełnijmy kieliszki.
Dłonie siedzących przy stole mężczyzn zgodnie sięgnęły po butelki.
- Gorzka wódka, gorzka wódka, nie będziemy pili... - zaintonował wodzirej. Dołączyły do niego instrumenty orkiestry.
- Pora, by nam państwo młodzi wódkę osłodzili! - rozległo się z kilkudziesięciu gardeł.
Spojrzeli na siebie. On - pan młody, i ona - młoda panna.
- Pewnie wolałabyś to zrobić z nim - powiedział. - Całuje na pewno też lepiej.
- Jeszcze jeden taki tekst, a wypierdolę cię z własnego wesela - odpowiedziała. - Co się z tobą dzieje, Kamil? Ogarnij się!
Podeszła o krok, a potem przyciągnęła go do siebie.
- A teraz mnie pocałuj, bo inaczej urwę ci jaja - wyszeptała z szerokim, sztucznym uśmiechem na twarzy. - Tylko z uczuciem, bo ludzie patrzą.
Położyła mu dłoń na karku i nachyliła jego głowę w swoją stronę. Poczuł jej usta - sztywne i zamknięte.
- Gorzko! Gorzko! Gorzko! - Ich goście weselni nie posiadali się wprost z radości. Trwało to całą wieczność.
W końcu jednak puściła jego szyję z żelaznego uścisku. Odsunęli się od siebie.
- Piłeś! - powiedziała. - Prosiłam cię, żebyś tego nie robił.
- Ktoś zamienił wodę w wódkę - odpowiedział bezczelnie. - Jakiś złośliwy naśladowca Jezusa.
Dalszą wymianę uprzejmości przerwał im kolejny zaśpiew.
- Nie pijemy wódki, nie pijemy wódki, poocałuunek był za krótki! - Rozległo się z kilkudziesięciu gardeł. - Nie pijemy wódki, nie pijemy wódki, poooocałuuuunek był za krótki!
Powtórzyli więc całą procedurę. Tym razem trwało to jeszcze dłużej.
- Myślałam, że się zrzygam - skomentowała, gdy już od siebie odskoczyli. - Wiesz, że nie cierpię alkoholu.
- Ona temu winna, ona temu winna... - zaczął znowu wodzirej. Krótki, stanowczy, pełen złości gest wykonany w jego stronę przez Justynę uświadomił mu jednak, że nie powinien kontynuować dalej tej zabawy.
- Myślę, że na razie wystarczy - wykrzyczał wesołym głosem. - Wódka jest już wystarczająco słodka. Zdrowie młodej pary!
- Zdrowie!!! - wrzasnęli weselnicy.
Sięgnął po swój kieliszek.
- Ani mi się waż - syknęła.
Zatrzymał dłoń w połowie ruchu. Ale nie dlatego, że mu zabroniła. Zobaczył wreszcie swojego ojca. Stał przy wejściu na salę. Tym, które prowadziło do wnętrza pałacu, nie do ogrodu. Pozostał trochę w cieniu, jakby nie chciał być wyraźnie widoczny.
Coś było z nim nie tak.