W jej głosie nie było surowości - starała się o to - tylko stanowczość egzekwująca posłuszeństwo. Nie patrzyła na córkę, nie patrzyła nawet na podłogę, z której czystości była niezadowolona.
- Pozamiataj jeszcze w kuchni!
- Już tu zamiatałam. - Lisl oparła szczotkę o ścianę, odgarnęła opadające jej na czoło włosy.
- Ale niedokładnie - powiedziała Maria, nie odwracając wzroku od okna - pełno kurzu po kątach. Weź mokrą ścierkę i zetrzyj.
Dziewczyna stała przez chwilę nieruchomo, jej spojrzenie skierowało się za wzrokiem matki na stok góry i drogę wiodącą do wsi. Chciała coś powiedzieć, ale zamknęła usta, zanim wydostało się z nich pierwsze słowo.
Wyszła do sieni, wróciła z wiadrem napełnionym wodą i ze ścierką. Chlapnęła nią o podłogę, potem podniosła i nawinęła na szczotkę. Wycierając posadzkę i tak lśniącej od czystości kuchni, zwracała raz po raz głowę ku matce wciąż stojącej przy oknie. W końcu nie wytrzymała.
- Oni i tak nie przyjadą - mruknęła mściwie.
- Milcz - powiedziała Maria. Bez wzburzenia, prawie z wyrozumiałością. - Milcz, przyjadą. Nie widzisz tego kurzu przy drzwiach?
- Nie widzę.
- Zegnij się, to zobaczysz. Nie żałuj krzyża. Masz dwadzieścia pięć lat, a ruszasz się, jakbyś miała sto. Daj tę ścierkę! - Zerwała ścierkę ze szczotki, wypłukała ją w wiadrze, uklękła na podłodze, wycierając ją starannie, jak lustro.
Lisl stała nad nią i patrzyła z pochmurną twarzą na jej szybkie ruchy, silne ręce i giętki, zwinny grzbiet.
- W tym domu tylko ty masz dwadzieścia pięć lat - szepnęła. - Zawsze! Przez całe życie.
- Cicho bądź! - Maria uniosła głowę, nadsłuchiwała przez chwilę. - Zdawało mi się, że ktoś puka.
Lisl uśmiechnęła się, jakby nagle czymś obdarowana. W otwartych ustach błyszczały ostre zęby.
- Nikt nie puka. Czy mogę już pójść na górę?
Maria wrzuciła ścierkę do wiadra, wyprostowała się. Potrzebowała długiej chwili, żeby powiedzieć spokojnie:
- Nie możesz. I przestań go wciąż czyścić. Podrzesz go tym czyszczeniem.
- Nie podrę.
- Podrzesz. Na ramionach jest już cienki jak pajęczyna.
- Miałaś mi kupić miększą szczotkę.
Maria znowu podeszła do okna, ale droga wiodąca ze wsi była wciąż pusta. Alpy stały jeszcze w śniegu, lecz tu w dolinie drzewa miały już pączki, a trawa nabierała dojrzałego wiosennego koloru.
- Ta szczotka, którą ci kupiłam w zeszłym roku, jest dosyć miękka - powiedziała znużonym głosem. - Po co go czyścisz co dnia? Pomyśl, od tylu lat co dnia. W końcu go podrzesz i co wtedy?
Lisl podniosła dłonie do ust, przycisnęła nimi wargi, w oczach jej błysnął strach zwierzęcia niewidzącego przed sobą innej możliwości ratunku prócz tej, która jest zagrożona.
- Nie wiem, co wtedy!...
- Nie krzycz! Dlaczego od razu wrzeszczysz na cały dom? - Maria przymknęła oczy, czekała, aż się uspokoi w niej łomot serca, który czuła aż w gardle. - Kupię ci miększą szczotkę - powiedziała prawie łagodnie - z prawdziwego włosia.
Lisl chlipnęła, powstrzymując łzy. - I płyn do czyszczenia guzików?...
- I płyn do czyszczenia, albo jeszcze lepiej: pastę. Widziałam na dole we wsi u Pilchmeiera. Przywiózł z Monachium. Jutro ci kupię.
- I szczotkę!
- I szczotkę, przecież powiedziałam. Która to godzina?
- Maria zbliżyła twarz do lustra wiszącego przy oknie, poprawiła włosy, pośliniła palec i przesunęła nim po brwiach, czarnych i lśniących, jak dawniej. Dwadzieścia lat, pomyślała. Dwadzieścia lat! - Która to godzina? - powtórzyła.
- Nie wiem - szepnęła Lisi. Patrzyła z ukosa na matkę, obserwowała jej każdy ruch przed lustrem. Upłynęło dużo czasu, zanim zwróciła oczy ku zegarowi stojącemu na kuchennym kredensie. - Mała wskazówka jest na czwórce, a duża na dziewiątce - powiedziała powoli.
Maria odwróciła się gwałtownie.
- Nie udawaj, że znowu nie znasz się na zegarze. Już to doskonale umiałaś. Chcesz mi dokuczyć. O co ci chodzi?
Lisl nie próbowała się tłumaczyć. Odpowiedziała powoli, z ponurą niechęcią:
- Bo teraz przyszedł pociąg z Monachium. I ty na nich czekasz.
- No więc cóż z tego, że czekam? - Maria podniosła głos, nie zawsze zdobywa się na tyle siły, żeby się Opanować.
- Dlaczego mam nie czekać? Pracowali u mnie podczas wojny. Kto by oprzątał nasze krowy i świnie, obrabiał pole, kto by rąbał drzewo w lesie i chodził koło rannych żołnierzy, kiedy zwieźli nam ich do naszej gospody - kto by to wszystko robił, gdyby nie tych trzech cudzoziemskich chłopaków? Byłaś mała, ale powinnaś ich pamiętać.
Lisl opuściła głowę. Patrzyła na swój wykrochmalony fartuch zakrywający przód niebieskiej spódnicy.
- Nie pamiętam - szepnęła.
- Powinnaś ich pamiętać - powtórzyła Maria, ale już nie krzycząc, miękko, prawie z prośbą w głosie. - Pamiętasz żołnierzy, powinnaś i ich pamiętać. Kiedy wojna się skończyła i oni stąd odeszli, miałaś już cztery lata. - Umilkła na chwilę, znowu spojrzała w lustro, poprawiła wycięcie białej bluzki, które ukazywało jej silną, smagłą szyję. - Właśnie wtedy, przy pożegnaniu powiedzieli, że muszą się tu ze sobą spotkać.
- I z tobą - szepnęła Lisl ponuro.
- I ze mną! - Maria znowu podniosła głos. - I ze mną także, zaprosiłam ich, co w tym złego? Przecież ich lubiłaś? - dodała łagodniej. - Bawili się z tobą. Nie byłaś jeszcze wtedy chora...
Oczy Lisl zabłysły, wyprostowała się, wysunęła do przodu obciśnięte ciasnym stanikiem piersi, naprężyła ramiona.
- Teraz też nie jestem chora. Chcesz? Podniosę stół.
- Nie, nie - przestraszyła się matka - potłuczesz naczynia. Wiem, że jesteś silna. Cieszę się, że jesteś silna - ale siła to jeszcze nie wszystko.
- Nigdy nie mam kataru ani kaszlu - ciągnęła Lisl agresywnie. - Mogę chodzić boso nawet w zimie.
- Wiem, wiem - szepnęła matka.
- I nigdy nie boli mnie głowa.
- To dobrze, moje dziecko, cieszę się z tego - głos Marii stawał się coraz bardziej łagodny. - Ten Jugosłowianin, pamiętasz, taki ciemny i wysoki... Lisl, nie pamiętasz Nanda?
- Nie pamiętam - mruknęła Lisi z ponurym uporem.
Maria westchnęła.
- Ten Jugosłowianin jest lekarzem. Znanym lekarzem tam u siebie. Może on poradzi coś na twoją głowę...
- Głowa mnie nigdy nie boli - powtórzyła Lisl.
Matka dotknęła jej ramienia.
- Wiem, kochanie, wiem. Ale mogłabyś być bardziej szczęśliwa, gdybyś więcej wiedziała, więcej rozumiała ze świata.
Lisl ukryła twarz w dłoniach.
- Jestem szczęśliwa! - zawołała.
- Wiem. - Matka gładziła jej ramię. - Jesteś ze mną, jesteś ładna.
- I silna!
- I silna...
- Chcesz? - Lisl rozejrzała się po kuchni. - Wyjmę drzwi z zawiasów.
- Nie, nie, po co masz to robić?
- Pokażę ci.
- Nie pokazuj mi - Maria stłumiła westchnienie. - Ja przecież wiem. Czy to... Czy to ktoś puka?... - zapytała, nadsłuchując przez chwilę.
Lisl odsunęła się od niej.
- Puka - potwierdziła cicho.
- No więc otwórz! - Maria dotknęła palcami w popłochu włosów, bluzki i fartuszka, wygładziła fałdy spódnicy. - Otwórz! Nie musisz wyjmować drzwi z zawiasów, ale otworzyć możesz.
Lisl ociągając się podeszła do drzwi. Otworzyła je nagle, jakby chciała przyłapać kogoś na podsłuchiwaniu. Na progu stał wysoki mężczyzna w zamszowym płaszczu. Trzymał w ręku płaską kraciastą walizkę i miękki jasny kapelusz.
- Czy mogę mówić?... - zaczął, ale spojrzawszy na Lisl, cofnął się zdumiony. - Czy ja w ogóle dobrze trafiłem?...
Maria roześmiała się w głębi kuchni, ją samą zdumiał ten śmiech, młody i szczęśliwy, śmiech zapominającej o wszystkim, podbiegła do drzwi, odsunęła Lisl.
- Ależ tak! Czekam na was od rana.
- Ja jestem sam - powiedział mężczyzna zmieszany.
- Nando! - zawołała Maria. - A gdzie tamci? Gdzie Witold? Gdzie Karel? Mieliście przyjechać razem.
- Nie wiem. Nie spotkałem ich w umówionym miejscu w Monachium. Pewnie przyjadą od razu tutaj. - Mężczyzna wszedł, postawił walizkę na ławie przy drzwiach. - Maria! - powiedział. Akcent miał cudzoziemski, ale kiedy wymawiał to imię, brzmiało jak należy, "Mąrija", śpiewnie i miękko, z nabytą w dzieciństwie i zachowaną na zawsze modlitewną nutą. - Maria! - powtórzył. - A to Lisl? Taka śliczna? Myślałem w pierwszej chwili, że...
- ...że to ja sprzed dwudziestu dwu lat?... - powiedziała Maria z udaną swobodą. - Ale to moja córka. Jest niezupełnie zdrowa - dodała po chwili.
- Lisl?
- Tak.
- Głowa mnie nigdy nie boli - odezwała się dziewczyna.
Nie ruszała się od progu, patrząc na mężczyznę spode łba.
- Później ci o tym powiem szepnęła Maria. - Świetnie wyglądasz, Nando! Zdejm płaszcz - taki pan się z ciebie zrobił, proszę, co za walizka.
- Włoska! - powiedział Nando że śmiechem, bawił go podziw w oczach kobiety, jej szczery zachwyt. - Włoskie są najlżejsze, najlepiej nadają się do podróży samolotem.
Maria kiwała głową, wciąż nie przestając go Oglądać. Powiesiła jego płaszcz z szacunkiem na wieszaku.
- I chciało ci się przyjeżdżać tutaj, do jakiejś zabitej deskami wsi pod Alpami?...
- Daliśmy sobie słowo. - Nando podszedł do okna, patrzył przez chwilę na góry, południowy stok lśnił w ostrym, jaskrawym słońcu. Nigdy tam nie byłem, pomyślał. Tak bardzo chciałem być i nigdy nie byłem. - Przeżyliśmy tu kawałek życia - powiedział na głos. - Warto to jeszcze raz zobaczyć.
Maria odwróciła twarz, żeby ukryć rumieniec.
- Cieszę się - powiedziała cicho - że chcieliście tu przyjechać, sami - dodała - dobrowolnie. Że nie zabraliście stąd tylko złych wspomnień.
Dwadzieścia dwa lata! - pomyślał Nando. Pół, no, może jedna trzecia życia odgradzała go od tamtego czasu. Dawno, bardzo dawno! A jednak potrzebował dużo czasu, żeby zdobyć się na żartobliwy ton:
- I złe okazują się czasem dobre. Uczą. Co wart byłby człowiek bez złych wspomnień? - Ale ten ton był dobry tylko dla niego, wyzbył się go, kiedy stanął przed kobietą, dotknął jej ramienia. - Ty także dostałaś swoją lekcję. Czy wiesz już przynajmniej, gdzie poległ?
Maria pokręciła głową. Najpierw w milczeniu podeszła do stołu, przesunęła jakieś talerze, poprawiła serwetę. Dopiero wtedy powiedziała:
- Nie. Nie wiem. Jestem wdową po człowieku, który zaginął. Vermisst. To się nazywa: vermisst, Jeszcze się musiałam po sądach nachodzić, żeby dostać ten papierek. Zresztą nie wiem, po co mi to było; wdowa, nie wdowa, czy to nie wszystko jedno?
- Czy mogę już zamknąć drzwi? - zapytała Lisl.
Wciąż jeszcze stała przy progu, nieruchoma, niezdejmująca spojrzenia z obcego i matki.
Maria prawie zapomniała o jej istnieniu.
- Zamknij, moje dziecko.
Lisl wyprostowała się z dumą.
- Pokażę mu, jaka jestem silna.
- Nie, nie - powstrzymała ją matka - później mu pokażesz. Teraz zamknij je, bardzo proszę.
- Czy Lisl... - zaczął Nando z wahaniem.
- Nie teraz, mój drogi - powiedziała Maria z naciskiem. Przymknęła na chwilę oczy, żeby powrócić do tego, co chciała mu powiedzieć, co miała mu do powiedzenia od dawna. - Musiałam sprzedać ziemię, zlikwidować gospodarstwo, nie miałam... nie było mężczyzny, który by się mógł tym zająć. Została mi tylko gospoda i wynajmowanie pokoi ludziom, którzy idą w góry.
- Jest tu ktoś teraz? - spytał Nando. Był niemile zaskoczony. - Jacyś turyści?
- Tylko jeden. Przyjeżdża co tydzień z Monachium na sobotę i niedzielę. Od świtu poszedł w góry. Teraz jeszcze nie sezon - dodała po chwili.
Nando rozejrzał się po wnętrzu. Lisl wciąż stała przy drzwiach.
- Wolelibyśmy tu być sami - uśmiechnął się. - Może wynajmiemy całą gospodę?
- On wam nie będzie przeszkadzał. - Maria wyglądała prawie na obrażoną, że może nie mieć zaufania do jej gościa.
- Cichy, spokojny człowiek. Ale gdzie tamci? Jesteś pewien, że przyjadą?
Nando przeszedł się po kuchni, oglądał sprzęty i ściany, bukową belkę pod sufitem, w której wypalony napis obwieszczał, że gospoda pod Alpami wzniesiona została przez przodków Marii w tysiąc osiemset siedemdziesiątym roku.
- Umówiliśmy się w piwiarni Glücksa - powiedział
- niedaleko dworca w Monachium. Po wojnie czekaliśmy tam przez trzy dni na swoje pociągi. Ale teraz zamiast piwiarni jest tam lokal na trzy piętra z dansingiem i barem. Nie wchodziłem nawet do środka. Przypuszczam, że tak jak ja, przyjadą od razu tutaj.
Maria patrzyła na niego, gdy mówił - na jego włosy, na oczy, na jego usta.
- Są jeszcze przed wieczorem dwa pociągi z Monachium
- odezwała się, z trudem zbierając myśli: - Odpoczniesz, zanim przyjadą. Widzieliście się przez te wszystkie lata?
Lisl stała wciąż przy drzwiach, powieki miała wpół przymknięte, ale patrzyła na nich, nie przestawała na nich patrzeć, z ponurą uwagą, z czujną niechęcią.
- Z Karelem trzy razy - odpowiedział Nando.
Przy piecu wisiała konewka, której używali do polewania się wodą podczas mycia. I kosz na drzewo był ten sam, masywny kosz z żelaznych prętów.
- Z Witoldem tylko raz. Kareł jest dyrektorem wielkiego hotelu w Pradze. A Witold pracuje jako nadleśniczy gdzieś na północ od Warszawy. Zaszył się w lesie i cierpi, ilekroć musi go opuścić.
Maria podeszła do ławy, wzięła z niej walizkę Nanda, wytarła rąbkiem spódnicy, choć nie było na niej kurzu. - Ja to rozumiem - powiedziała cicho. - Ale on się także myli.
- Witold? - Nando był zaskoczony. - Dlaczego?
- Myli się - wyprostowała się Maria - tak jak wszyscy.
Człowiek nigdzie nie znajduje spokoju. - Podniosła oczy na Nanda. - Jemu się to udało?
- Nie wiem - odpowiedział coraz bardziej zaskoczony, ale nie tym, że tak mało wiedział o Witoldzie. - Nie wiem
- powtórzył cicho. I dodał po długim milczeniu: - Widzieliśmy się tylko raz, przyjechał z wycieczką i wciąż kazali mu coś zwiedzać. Niewiele czasu mógł mi poświęcić. A ja dopiero na przyszły rok wybieram się do Polski.
- Zmienili się?
- Kto? - Nie rozumiał jej pytania.
Lisl wciąż stała przy drzwiach, jakby tam wrosła, jakby nie mogła stać w żadnym innym miejscu.
- Witold i Karel. Czy się zmienili?
- Przypuszczam, Chociaż zapomina się o tym, przestaje się to widzieć, kiedy zaczynamy rozmawiać. Boże! Ileż nocy przegadaliśmy we trzech na twoim strychu.
- Wiem - powiedziała Maria cicho.
- Słyszałaś? - zdumiał się Nando. Nie patrzył już na Lisl, odwrócił się, żeby na nią nie patrzeć. - Staraliśmy się nie robić hałasu.
- Ale słyszałam! - Maria znowu poprawiała coś na stole, przesunęła filiżanki, dotknęła dłonią drewnianego talerza z chlebem. - Zazdrościłam wam, że możecie mówić, że macie do kogo. Słyszałam wasze głosy, jak szum dalekiej rzeki. Myślałam wtedy, że nigdy nią nie popłynę.
- Karel zmienił się najbardziej - powiedział Nando pośpiesznie. - Utył, oni mają już taką kuchnię, ci Czesi. Spędziłem u niego dwa tygodnie i przybyło mi pięć kilo. Żeby to zrzucić, musiałem potem przez miesiąc pływać godzinę dziennie. - Odpiął marynarkę i Maria oglądała przez chwilę płaski brzuch, tak inny niż te, które widywała wokół stołu w piwiarni Bruna Wimmera na dole we wsi. - A Witold - ciągnął dalej Nando - jest najmłodszy z nas, nie ma jeszcze czterdziestki. Był chłopcem, kiedy go tu przywieźli.
- Witold... - szepnęła Lisl.
Maria odwróciła się do niej z nadzieją. - Pamiętasz Witolda? I Karela?
- Nie pamiętam - mruknęła Lisl, nie podnosząc głowy.
- Przypomnij sobie. Witold najczęściej bawił się z tobą.
- Sam był jeszcze dzieckiem - powiedział Nando.
- Nie pamiętam - powtórzyła Lisl z uporem.
- Pamiętasz - Maria podniosła głos - ale mówisz mi na złość. Jestem pewna, że mówisz mi na złość.
- Nie pamiętam! - krzyknęła Lisl.
- Może naprawdę nie pamięta. - Nando czuł się skrępowany tą sceną. - Ile miała wtedy lat?
- Cztery - odpowiedziała Lisl natychmiast, bardzo wyraźnie i rzeczowo.
- No więc to całkiem możliwe. Całkiem możliwe, że nie pamięta...
- Mówi mi na złość! - powtórzyła Maria, ale już spokojniej, jakby stwierdzała coś, do czego przyzwyczaiła się od lat. - Pewnie chcesz się umyć po podróży?
- Marzę o tym! - zawołał Nando z ulgą.
- Lisl! Przygotuj wodę i ręczniki.
- Już przygotowałam - odpowiedziała Lisl cicho i ponuro.
- Gdzie?
- W sieni.
Patrzyły przez chwilę na siebie, wzajemnie zdumione sobą i niezatartą, nieusuniętą stąd obecnością dawno minionego czasu.
- Mówiłam, żebyś zaniosła wodę do pokoju na górze!
- krzyknęła Maria.
- Ależ głupstwo. - Nando dotknął jej ramienia, uśmiechnął się do Lisl, ale nie dostrzegła albo nie przyjęła tego. - Umyję się w sieni, jak dawniej.
Wyszedł, a one wciąż patrzyły na siebie i tylko Lisl została nie pokonana.
- Lischen! - w głosie Marii zabrzmiała znów prośba.
- To jest Nando! Nie pamiętasz Nanda?
- Nie pamiętam - powtórzyła Lisl z uporem. - Czy mogę iść na górę?