Noc noży. Imperium Malazańskie. Tom 1 - Ian Cameron Esslemont

Kup ebooka

40.50 zł
34.43 zł (32,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Świat Malazu zro­dził się w roku 1982 i od tej chwili jego histo­ria powoli nabie­rała kształtu. Na let­nich wyko­pa­li­skach i pod­czas zim spę­dza­nych w Vic­to­rii, pod­czas kur­sów pisa­nia kre­atyw­nego, w Win­ni­peg i na Salt­spring Island - wszę­dzie, gdzie ścieżki Iana (Cama) Essle­monta i moja krzy­żo­wały się choć na krótki czas. Napi­sa­li­śmy wspól­nie pewną liczbę sce­na­riu­szy fil­mo­wych i nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że nasze talenty się uzu­peł­niają. Gdy nie zaj­mo­wa­li­śmy się pisa­niem, toczy­li­śmy kam­pa­nie RPG roz­gry­wa­jące się w świe­cie Malazu.

Kiedy nasu­nęła nam się myśl, by spró­bo­wać wyko­rzy­stać ów świat w lite­ra­tu­rze, wyda­wało się nam oczy­wi­ste, że podzie­limy się roz­le­głą histo­rią, jaką z bie­giem lat stwo­rzy­li­śmy. Tak też się stało. Od chwili opu­bli­ko­wa­nia Ogro­dów księ­życa docho­dziły mnie głosy fanów pra­gną­cych się dowie­dzieć cze­goś o daw­nym impe­rium, impe­rium cesa­rza Kel­la­nveda i jego towa­rzy­sza Tan­ce­rza. Raz po raz pytali mnie, czy napi­szę coś o tych wcze­snych latach histo­rii impe­rium. Albo o Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii. Zawsze sta­now­czo odpo­wia­da­łem "nie". Powód powi­nien być już teraz oczy­wi­sty.

To ogromny fik­cyjny świat, za duży, by jedno życie wystar­czyło do jego opisu. Ale dwa życia... to co innego. Zade­dy­ko­wa­łem Ogrody księ­życa Ianowi C. Essle­mon­towi z dopi­skiem "za wspól­nie zdo­by­wane światy". Nie sądzę, bym mógł jaśniej wyra­zić swą inten­cję. Co prawda, minęło tro­chę czasu, nim uka­zała się ta książka, pierw­sza z napi­sa­nych przez Cama opo­wie­ści o Mala­zie. Nasze drogi roze­szły się na pewien czas i Cam miał na gło­wie inne sprawy: rodzinę, stu­dia dok­to­ranc­kie i tak dalej. Nie tra­ci­łem jed­nak wiary, zawsze byłem prze­ko­nany, że czeka nas wspa­niała nie­spo­dzianka. Ta książka, Noc noży, jest jedy­nie pierw­szą z opo­wie­ści Cama umiej­sco­wio­nych w świe­cie, który wspól­nie stwo­rzy­li­śmy przed laty.

Noc noży nie jest fan­fi­kiem. Świat Malazu powstał dzięki dia­lo­gowi, nasze gry miały powie­ściowy cha­rak­ter, a z powodu swych tema­tów czę­sto bywały tra­giczne i bru­talne. Poja­wiał się w nich też humor, prze­waż­nie absur­dalny. Prze­ści­ga­li­śmy się nawza­jem w nie­do­po­wie­dze­niach i gro­te­sko­wych non­sen­sach, świa­do­mie też kon­te­sto­wa­li­śmy wytarte kli­sze gatunku. Taki wła­śnie duch prze­syca wszyst­kie moje powie­ści dzie­jące się w mala­zań­skim świe­cie, podob­nie jak pisar­stwo Iana Essle­monta. Nie­mniej książka, którą trzy­ma­cie w rękach, ma wła­sny styl, prze­ma­wia indy­wi­du­al­nym gło­sem. Cała opo­wieść roz­grywa się w ciągu jed­nej doby i jest fascy­nu­jąca. Czy­tel­nicy moich ksią­żek roz­po­znają świat, w któ­rym jest umiej­sco­wiona akcja, z jego mroczną atmos­ferą, ujrzą w posta­ciach wystę­pu­ją­cych w Nocy noży kolej­nych gra­czy wplą­ta­nych w ten sam gobe­lin, poznają jesz­cze jeden krwawy frag­ment fik­cyj­nej histo­rii. A będzie ich znacz­nie wię­cej.

Po dziś dzień kon­ty­nu­ujemy pracę nad histo­rią mala­zań­skiego świata, dopra­co­wu­jemy szcze­góły, uzu­peł­niamy kolej­ność wyda­rzeń, dys­ku­tu­jemy o moty­wach i pod­tek­stach, dbamy o zacho­wa­nie spój­no­ści. Pil­nie pra­cu­jemy nad chro­no­lo­gią i losami nie­zli­czo­nych postaci. Wielu z nich żaden z czy­tel­ni­ków jesz­cze nie spo­tkał. Roz­ma­wiamy też o prze­bie­głych pla­nach, a czy­tel­nicy Mala­zań­skiej księgi pole­głych świet­nie wie­dzą, że można ich w niej zna­leźć bar­dzo wiele.

Na początku mala­zań­skiej serii pisa­łem ją dla jed­nego czy­tel­nika. Dla Cama. A on mi się odwza­jem­nił. Nasz dia­log trwa i teraz poja­wiło się wielu innych odbior­ców, któ­rzy wresz­cie mogą wysłu­chać obu stron naszej kon­wer­sa­cji.

Mamy nadzieję, że będą się dobrze bawić.

Ste­ven Erik­son

Win­ni­peg, rok 2004

Poświę­cam tę powieść Steve'owi, który uczy­nił nasz świat real­nym.

Morze Sztor­mów na połu­dnie od Malazu Pora Osserca 1154 rok snu Pożogi 96 rok Impe­rium Mala­zań­skiego Ostatni rok pano­wa­nia cesa­rza Kel­la­nveda

Trój­masz­to­wiec Sen Rheni mknął na pół­nocny wschód pod peł­nymi żaglami. Kapi­tan Murl zaci­skał dło­nie na rufo­wym relingu, obser­wu­jąc zbli­ża­jący się sztorm. Prze­cią­żone do gra­nic moż­li­wo­ści deski kadłuba poskrzy­py­wały zło­wrogo, a liny śpie­wały, wyda­jąc wyso­kie dźwięki, jakich Murl ni­gdy w życiu nie sły­szał.

Sztorm roz­po­ście­rał się od połu­dnia niczym ściana nocy, nie­prze­rwana linia czar­nych, skłę­bio­nych chmur wiszą­cych nad sma­ga­nymi wichrem falami. To jed­nak nie burza nie­po­ko­iła kapi­tana Murla, bez względu na to, jak nie­na­tu­ralne byłoby jej pocho­dze­nie. Sen Rheni pły­wał już po naj­burz­liw­szych wodach zna­nych jaka­tań­skim pilo­tom, od Morza Kalt na pół­nocy aż po słynne z pory­wi­stych pasa­tów wody na połu­dnie od Stra­temu. To lazu­rowe iskry roz­bły­sku­jące jak sople pośród fal u pod­stawy czoła burzy spra­wiały, że strach zapusz­czał palce w jego duszę. Nikt, kto widział je z tak bli­ska, nie wró­cił żywy.

Murl i inni piloci zwali te istoty po pro­stu Jeźdź­cami. Dla reszty ludzi były mor­skimi demo­nami albo Jeźdź­cami Sztormu. Owe zro­dzone z morza i lodu stwo­rze­nia uwa­żały wąski prze­smyk, któ­rym pły­nął żaglo­wiec, za swój i nikomu nie pozwa­lały tędy prze­pły­wać. Jedy­nie jaka­tań­scy przod­ko­wie Murla wie­dzieli, jakie ofiary należy zło­żyć, by móc się prze­do­stać naj­krót­szą trasą na morza leżące na połu­dnie od wyspy Malaz. Dla­czego więc Jeźdźcy ich ści­gali? Co zwa­biło ich tak daleko na pół­noc?

Murl odwró­cił się ple­cami do gwał­tow­nego wichru. Jego star­szy kuzyn, Wybite Oko, sta­rał się zacho­wać kon­trolę nad wiel­kim kołem ste­ro­wym. Roz­sta­wił sze­roko nogi, a jego ramiona drżały z wysiłku.

- Czyż­by­śmy zapo­mnieli o jakiejś ofie­rze?! - zawo­łał, prze­krzy­ku­jąc wiatr.

Jego kuzyn potrzą­snął głową, nie spusz­cza­jąc jasno­nie­bie­skiego oka z fal przed dzio­bem.

- Nie! - odkrzyk­nął. - Zło­ży­li­śmy wszyst­kie. - Łyp­nął ze zło­ścią przez ramię. - Oprócz ostat­niej.

Murl odda­lił się zatrwo­żony i prze­szedł na śród­o­krę­cie, posu­wa­jąc się ręka za ręką wzdłuż sztorm­liny. Pokład pokryła już zdra­dliwa war­stwa lodu. Nie­sione szkwa­łem okru­chy szronu były ostre jak igły. Szyja i dło­nie kapi­tana zro­biły się zupeł­nie czer­wone. "Wszyst­kie oprócz ostat­niej". Tego rytu­ału ni­gdy dotąd nie odpra­wiał. Na zimne obję­cia Chema, wszy­scy w zało­dze byli jego krew­nia­kami! Przy­po­mniał sobie ten jeden raz, gdy był świad­kiem rytu­ału: czar­no­włosa głowa bied­nego chło­paka koły­sała się na falach, a blade ręce pruły roz­pacz­li­wie wodę. Zadrżał z zimna, a także od cze­goś gor­szego. Na to nie potrafi się zdo­być.

Murl przy­kuc­nął obok smu­kłej syl­wetki przy­wią­za­nej do grot­masztu. Kobieta osu­nęła się bez­wład­nie, jakby spała. Wycią­gnął odrę­twiałą od zama­rza­ją­cych bry­zgów dłoń i pogła­skał blady poli­czek.

Ach, Rheni, moja droga. Tak mi przy­kro. Tego było dla cie­bie za wiele. Któż zdo­łałby uspo­koić taki sztorm?

Roz­legł się trzask pęka­ją­cego lodu. Pierw­szy ofi­cer Hog­gen łup­nął mocno o maszt i objął go ramie­niem.

- Mam kazać szy­ko­wać broń?

Murl stłu­mił sza­lone pra­gnie­nie śmie­chu. Popa­trzył uważ­nie na Hog­gena, by się upew­nić, że pierw­szy ofi­cer mówi poważ­nie. Nie­stety na to wyglą­dało. W jego bro­dzie błysz­czał biały szron, a oczy były pozba­wione wyrazu. Można by pomy­śleć, że już nie żyje. Murl jęk­nął w duchu.

- Zrób to, jeśli musisz. - Zer­k­nął na szczyt masztu. Ktoś sie­dział na rei, ści­ska­jąc grot­maszt nogami. Jego spodnie, koszulę i ramiona pokry­wała lśniąca war­stwa lodu. - I każ mło­demu Kre­towi zleźć na pokład.

- Chło­pak nie reaguje na pole­ce­nia. Chyba odwa­lił kitę z zimna.

Murl zaci­snął powieki, by osło­nić oczy przed mor­ską pianą. Uści­snął mocno maszt.

- Zwal­niamy - zauwa­żył Hog­gen bez­barw­nym gło­sem.

Kapi­tan led­wie go sły­szał w szu­mie wia­tru. Czuł, że mokre łachy wycią­gają z niego cie­pło i życie. Drżał nie­po­wstrzy­ma­nie.

- Na żaglach jest lód. Zaraz się zerwą.

- Trzeba go strą­cić młot­kami.

- Jak chcesz, to spró­buj.

Hog­gen zaka­słał ochry­ple i zaczął się odda­lać od masztu. Murl na­dal się go trzy­mał. Pomy­ślał, że naj­le­piej będzie, jeśli zakoń­czy życie w tym miej­scu, obok Rheni, na statku, który nazwał na jej cześć. Można powie­dzieć, że ota­czała go rodzina, nawet wierny marudny Hog­gen był z nim spo­wi­no­wa­cony przez mał­żeń­stwo. Murl spoj­rzał w dół. Jakże pra­gnął pogła­skać ją po dłu­gich, czar­nych wło­sach, które drżały na wie­trze z cichym stu­kiem zamar­z­nię­tych na nich sopli.

- Jeź­dziec z pra­wej burty! - roz­legł się czyjś głos.

Oszo­ło­mio­nego Murla zdzi­wiło, że ktoś jest jesz­cze na tyle przy­tomny, by pod­nieść alarm. Spoj­rzał w tamtą stronę.

Mijały ich fale dwu­krot­nie wyż­sze od masz­tów Snu Rheni. Ich grzbiety lśniły od zamar­z­nię­tej piany. Nagle Murl go ujrzał. Lśniąca sza­fi­rowa postać wynu­rzała się ponad wodę. Miała hełm i zbroję, a u jej bio­dra ster­czała długa lanca z wyszczer­bio­nego lodu. Jej wierz­cho­wiec był pół zwie­rzę­ciem, pół spie­nioną falą. Kapi­ta­nowi wyda­wało się, że istota zwró­ciła ku niemu ciemne, nie­zgłę­bione oczy, spo­glą­da­jące spod policz­ków łusko­wego hełmu z lodu. Potem, rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie, Jeź­dziec zanur­ko­wał, wra­ca­jąc we wzbu­rzone odmęty. Ten widok przy­po­mniał Mur­lowi błę­kitne wie­lo­ryby gamen, wyska­ku­jące nad wodę przed dzio­bem statku. Nieco dalej wynu­rzył się drugi Jeź­dziec, a po nim trzeci. Mknęli na falach obok Snu Rheni, nie zwra­ca­jąc uwagi na sta­tek. Czy to byli męż­czyźni ze sta­ro­żyt­nej rasy Jaghu­tów, jak twier­dzili nie­któ­rzy? Przy­glą­dał się im z dziwną obo­jęt­no­ścią, jakby wszystko to spo­ty­kało kogoś innego.

Jeden z mary­na­rzy, Larl, wsparł się o reling i uniósł kuszę, celu­jąc w naj­bliż­szego Jeźdźca. Bełt prze­mknął daleko od celu. Murl pokrę­cił głową. Po co się tru­dzić? I tak byli już tru­pami. Nie mogli nic zdzia­łać. Nagle kapi­tan przy­po­mniał sobie o skor­pio­nie, któ­rego mieli na rufie. Puścił maszt i powlókł się w tamtą stronę. Wybite Oko na­dal stał sztywno przy ste­rze, roz­po­ście­ra­jąc ramiona i wpa­tru­jąc się przed sie­bie. Murl oto­czył jedną ręką zamon­to­waną na pod­wyż­sze­niu broń i chwy­cił za korbę. Żelazo spa­rzyło mu dłoń, jakby było roz­grzane do czer­wo­no­ści. Gdy szar­pał się z mecha­ni­zmem, skóra scho­dziła mu pła­tami.

- Czego od nas chcą?! - zawo­łał do Wybi­tego Oka.

Łzy zama­rzały mu pod powie­kami, ośle­pia­jąc go. Korba nawet nie drgnęła. Ode­rwał dłoń od żelaza. Zwi­sa­jące z niej strupy zamar­z­nię­tej krwi wyglą­dały jak strzępy czer­wo­nej tka­niny. Wybite Oko nie odpo­wie­dział, nawet się nie odwró­cił. Murl sko­czył do steru i wsa­dził rękę mię­dzy szpry­chy koła.

Wybite Oko już ni­gdy mu nie odpo­wie. Ster­nik stał sztywno za kołem Snu Rheni, wpa­tru­jąc się w zapa­da­jącą noc. Jego jedyne oko zaszło szro­nem, a koszula i spodnie grze­cho­tały na wie­trze, sztywne jak deski.

Prze­ra­żony Murl wpa­trzył się w jego wbite obo­jęt­nie w nie­znaną dal oko i wyczy­tał w nim odpo­wiedź. Jeźdź­ców nic nie obcho­dził sta­tek. Przy­byli tu z innego powodu, odpo­wia­da­jąc na jakiś nie­ludzki zew. Byli armią najeźdź­ców, mknącą na pół­noc, by rzu­cić całą swą moc prze­ciwko temu, co przez tak długi czas zamy­kało ich w wąskim prze­smyku. Prze­ciwko wyspie Malaz.

Sta­tek jęczał jak udrę­czona bestia. Obcią­żony lodem dziób pochy­lił się i znik­nął pod falami. Nagły wstrząs odrzu­cił Murla od steru. Gdy piana opa­dła, Wybite Oko samot­nie pro­wa­dził zamar­z­nięty grób na pół­noc. Sztywne żagle spa­dły z masz­tów i się roz­trza­skały. Maszty i pokład były skute lodem jak szczyt wynio­słej turni, lecz sta­tek wciąż pły­nął, koły­sząc się na falach.

Sztorm na­dal mknął na pół­noc jak fala, która cią­gnęła się od hory­zontu po hory­zont. Z mrocz­nego serca burzy wyło­niła się flo­tylla szma­rag­do­wych gór poprze­szy­wa­nych głę­bo­kimi roz­pa­dli­nami. Pokry­wa­jący ich szczyty śnieg lśnił w doga­sa­ją­cym bla­sku zmierz­chu.

Góry sunęły naprzód niby nie­po­wstrzy­mane machiny oblęż­ni­cze zdolne zgru­cho­tać całe kon­ty­nenty. U ich boków pędzili Jeźdźcy, kie­ru­jąc lance na pół­noc.

Nad roz­le­głą rów­niną pokrytą ubi­tym pia­skiem dął lekki wie­trzyk. Tu i ówdzie ster­czały z niego czarne wul­ka­niczne skały, a nad nimi tań­czyły obłoczki pyłu barwy ochry, które powoli zni­kały, by znie­nacka poja­wić się w innym miej­scu. Hory­zont ze wszyst­kich stron wyglą­dał tak samo, mono­tonny i jed­no­stajny. Po płasz­czyź­nie kuś­ty­kała powoli jakaś postać.

Mały wir powietrzny dogo­nił nagle wędrowca niczym żądny zabawy towa­rzysz, zasy­pu­jąc go obło­kami pia­sku koloru umbry. Postać szła spo­koj­nie naprzód. Nie unio­sła nawet ręki ani nie odwró­ciła głowy. Wir pomknął dalej swą spi­ralną trasą, która zmie­rzała doni­kąd. Wędro­wiec szedł pro­sto przed sie­bie. Jego chroma prawa noga przy każ­dym kroku zosta­wiała w pia­sku głę­boki ślad.

Wędrowca spo­wi­jały wystrzę­pione resztki cze­goś, co mogło ongiś być gru­bym płasz­czem wło­żo­nym na łuskową zbroję. Z jego gołych, wysu­szo­nych ramion zostały tylko pokryte stward­niałą skórą kości. Pod zaśnie­dzia­łym heł­mem z brązu widać tylko było puste otwory oczu, głę­boką jamę nosa oraz wyschnięte wargi odsła­nia­jące próch­ni­cze zęby. Na ple­cach dźwi­gał zardze­wiały miecz.

W oddali poja­wiła się jakaś ciemna plamka, ale postać na­dal brnęła przed sie­bie pod prze­sło­nię­tym mgiełką nie­bem. Wysoko w chmu­rach krą­żyły przy­po­mi­na­jące ptaki syl­wetki. Wędro­wiec zatrzy­mał się tylko raz. Spoj­rzał w bok i zamarł na chwilę w bez­ru­chu. Na hory­zon­cie coś się zmie­niło. Na gra­na­to­wym nie­bie roz­bły­sło słabe srebrne świa­tełko przy­po­mi­na­jące miraż odle­głych gór. Postać wpa­try­wała się w nie przez chwilę, po czym ruszyła w dal­szą drogę.

Odle­gła plamka prze­ro­dziła się powoli we wzgó­rek, a wzgó­rek zmie­nił się w men­hir. Wędro­wiec dotarł do pod­stawy gra­ni­to­wego mono­litu, dwu­krot­nie wyż­szego niż on sam, i zatrzy­mał się. Cze­kał tam spo­koj­nie, spo­glą­da­jąc na men­hir, a po rów­ni­nie na­dal wędro­wały obłoczki pyłu. Kamień prze­ci­nały pio­nowe wyżło­bie­nia przy­po­mi­na­jące ślady pazu­rów jakiejś strasz­li­wej bestii. Po scho­dzą­cej w dół spi­rali obie­gała go srebrna nitka cien­kich jak włos sym­boli. Postać uklę­kła sztywno, by przyj­rzeć się lepiej - nie zna­kom, lecz brą­zowo-maho­nio­wej syl­wetce, która przy­cup­nęła u pod­stawy men­hiru.

Stwo­rze­nie poru­szyło się nagle, uno­sząc bez­włosą głowę pokrytą chi­ty­no­wymi łuskami. Podłużne oczy o trzech powie­kach roz­bły­sły barwą płyn­nego złota. Pro­sto­kątne płyty pokry­wa­ją­cego sze­roką pierś pan­ce­rza poru­szyły się, gdy istota zaczerp­nęła tchu.

- Widzę, że na­dal jesteś z nami, Jhe­del - zauwa­żył przy­kuc­nięty wędro­wiec. Jego głos brzmiał jak suche tchnie­nie grobu. Przy­bysz się wypro­sto­wał.

- Ja też się cie­szę, że cię widzę, Cho­dzący po Kra­wę­dzi.

Przy­bysz odwró­cił się bokiem, kie­ru­jąc puste oczo­doły na rów­ninę. Wypa­try­wał na niej srebrno-błę­kit­nej plamki.

Jhe­del obró­cił głowę, stęk­nął i wypro­sto­wał opan­ce­rzoną nogę ozdo­bioną śmier­cio­no­śnymi rogo­wymi ostro­gami. Roz­pro­sto­wał sze­roki grzbiet, naprę­żył mię­śnie i spró­bo­wał się pod­nieść. Nada­rem­nie. Ręce miał unie­ru­cho­mione za ple­cami, pogrą­żone po nad­garstki w nagim gra­ni­cie men­hiru.

- Co cię spro­wa­dza?

Cho­dzący po Kra­wę­dzi odwró­cił się do niego ple­cami.

- Coś tędy prze­cho­dziło, Jhe­del?

Stwór obna­żył żółte kły w czymś, co mogło być uśmie­chem.

- Wiatr. Pył. Czas.

- Pytam cię dla­tego, że coś się zbliża. Wyczu­wam to. Czy ty...

Jhe­del przy­mru­żył bursz­ty­nowe śle­pia.

- Wiesz, że ten mały krąg sta­nowi teraz cały mój świat. Przy­sze­dłeś ze mnie szy­dzić?

- Pamię­taj, że jestem zwią­zany tak samo jak ty.

Jhe­del prze­su­nął wzro­kiem po jego syl­wetce.

- Jakoś tego nie widzę. Biedny Cho­dzący po Kra­wę­dzi. Roz­pa­czasz nad swym znie­wo­le­niem. A prze­cież byłeś tu na długo przed tymi, któ­rych zabi­łem, by się­gnąć po tron. I na­dal tu jesteś, choć o tych, któ­rzy mnie spę­tali, dawno już zapo­mniano. Sły­sza­łem o tobie pewne... pogło­ski.

- Moc, którą wyczu­wam, jest nowa - oznaj­mił Cho­dzący po Kra­wę­dzi, jakby w ogóle nie sły­szał słów roz­mówcy.

- Naprawdę nowa?

- Bar­dzo moż­liwe.

Jhe­del zasę­pił się, jakby nie wie­dział, co sądzić o tej per­spek­ty­wie.

- Chce zba­dać Kró­le­stwo?

- Tak. Co o tym sądzisz?

Jhe­del uniósł głowę i powę­szył, poru­sza­jąc wąskimi noz­drzami.

- Coś, co ma serce jak lód, i coś innego... coś spryt­nego, ukry­tego, przy­po­mi­na­ją­cego nie­wy­raźne odbi­cie.

- Pew­nie przy­glą­dają się tro­nowi.

Jhe­del prych­nął ze wzgardą.

- Nie sądzę. Nie po tak dłu­gim cza­sie.

- Zbliża się koniunk­cja. Zmie­rzam do Domu. Ktoś może spró­bo­wać do niego wtar­gnąć. Kto wie, może odzy­skasz wol­ność.

- Wol­ność? - wark­nął Jhe­del. - Pokażę ci, jak tylko ją odzy­skam.

Pod­cią­gnął nogi pod sie­bie i spró­bo­wał się wypro­sto­wać. Jego pazu­rza­ste stopy zagłę­biły się w pia­sek. Ramiona istoty trzę­sły się z wysiłku, a pokry­wa­jące je chi­ty­nowe płyty tarły o sie­bie z chrzę­stem.

Przez chwilę nic się nie działo. Cho­dzący po Kra­wę­dzi przy­glą­dał się bez słowa wysił­kom więź­nia. Ze żło­bio­nych ścian men­hiru sypał się pył. Mono­lit wyglą­dał, jakby wibro­wał. Roz­bły­ski srebr­nego świa­tła na jego szczy­cie ośle­piały przy­by­sza. Blask spły­wał po wyry­tych w kamie­niu zna­kach na podo­bień­stwo bły­ska­wic. W miarę jak speł­zał w dół, nabie­rał szyb­ko­ści i żarzył się coraz jaśniej. W końcu wędro­wiec odwró­cił twarz od gore­ją­cego ognia.

Jhe­del zachi­cho­tał sza­leń­czo.

- Jesz­cze chwila! - zawo­łał, prze­krzy­ku­jąc gło­śny niczym huk wodo­spadu ryk gro­ma­dzą­cej się mocy.

Kula ener­gii dotarła do pod­stawy men­hiru i ude­rzyła w więź­nia. Jhe­del zawył prze­raź­li­wie. Grunt zako­ły­sał się nagle, zbi­ja­jąc z nóg Cho­dzą­cego po Kra­wę­dzi. W górę wzbiły się obłoki pyłu i pia­sku, uno­sząc się powoli na ospa­łym wie­trzyku. Kiedy opa­dły, Jhe­del leżał nie­ru­chomo u stóp men­hiru. Z jego przy­mknię­tych oczu i roz­dzia­wio­nych ust buchał dym.

Szkie­le­towa twarz Cho­dzą­cego po Kra­wę­dzi niczego nie wyra­żała. Mil­czał przez chwilę, a potem się pod­niósł i przy­kuc­nął.

- Jhe­del? Sły­szysz mnie? Jhe­del?

Wię­zień jęk­nął.

- Czy pamię­tasz?

Oba­lona na zie­mię istota ski­nęła z namy­słem głową.

- Tak. To moje imię. Jhe­del.

Wzru­szyła ramio­nami, leżąc w pyle.

- A czy pamię­tasz, kto cię zwią­zał?

- Kim­kol­wiek byli, dawno już ich nie ma.

- Ja ich pamię­tam. To byli...

- Nie mów mi! - Jhe­del wstał, poru­sza­jąc gwał­tow­nie nogami. - Chcę sam sobie przy­po­mnieć. Dzięki temu mam jakieś zaję­cie. Chwi­leczkę... Coś sobie przy­po­mnia­łem... - Odsu­nął się trwoż­nie od gościa. - Pogło­skę na twój temat! - wysy­czał.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi odda­lił się kilka kro­ków od men­hiru.

- Wróć! - zawo­łał za nim Jhe­del. - Pro­szę. Uwol­nij mnie. To leży w two­jej mocy. Wiem, że tak jest!

Cho­dzący po Kra­wę­dzi nie odpo­wie­dział. Szedł spo­koj­nie przed sie­bie.

- Uwol­nij mnie, niech cię szlag! Musisz to zro­bić! Niech cię szlag!

Jhe­del szarp­nął gwał­tow­nie ramio­nami. Pył opadł z men­hiru niczym chu­sta. Blask wyry­tych w kamie­niu zna­ków prze­bi­jał się przez gęste obłoki jak naj­de­li­kat­niej­szy fili­gran roz­grzany do tem­pe­ra­tury ognia.

- Znisz­czę cię! - ryk­nął Jhe­del. - Cie­bie i tych, któ­rzy przy­byli póź­niej! Wszyst­kich!

Szarp­nął się po raz kolejny, krzy­cząc z gniewu i bólu. Zie­mia znowu się zako­ły­sała i Cho­dzący po Kra­wę­dzi się zachwiał. Popa­trzył w stronę men­hiru. U jego pod­stawy coś się mio­tało, wzbi­ja­jąc chmurę pia­sku. Ku niebu uno­sił się obłok pyłu.

Cho­dzący po Kra­wę­dzi ruszył w dal­szą drogę. Był spóź­niony, a czas i taniec fir­ma­men­tów wszyst­kich kró­lestw nie cze­kały na nikogo. Nawet na jeste­stwa tak obłą­kane i potężne jak to, które uwię­ziono za jego ple­cami. Pod­czas nie­któ­rych roz­mów, gdy istota czę­ściowo odzy­ski­wała jasność myśle­nia, potra­fiła sobie przy­po­mnieć swe pełne imię - Jhe'Dele­ka­aran. Pamię­tała też, że zasia­dała ongiś na tro­nie tego kró­lestwa i była senio­rem Que'teza­nich, miesz­kań­ców naj­od­le­glej­szych regio­nów cie­nia. Jhe­del mógł być sza­lony, ale pod jed­nym wzglę­dem miał rację: minęło wiele czasu, odkąd tron miał pana. Za każ­dym razem, gdy nad­cho­dziła koniunk­cja, ten fakt nie­po­koił Cho­dzą­cego po Kra­wę­dzi. Tym razem jed­nak naj­bar­dziej zain­try­go­wało go coś, co zda­rzało się tak rzadko, że mało bra­ko­wało, by tego nie roz­po­znał... przy­cza­jona zapo­wiedź zmiany.

Rozdział I. Omeny i przybysze

Roz­dział I

Omeny i przy­by­sze

Żagle zbli­ża­ją­cego się kutra pocz­to­wego, który mknął po wzbu­rzo­nych falach Cie­śniny Wia­trów, pło­nęły krwa­wo­kar­mi­no­wym bla­skiem w pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca. Hart oparł włócz­nię o kamienne blanki murów Twier­dzy Mocka i wysu­nął zza nich głowę, spo­glą­da­jąc w dół. Setki sążni poni­żej tłu­kły o urwi­sko spie­nione fale. Spoj­rzał przez ramię na szare mury wewnętrz­nego don­żonu. Wąskie szpary okien świe­ciły zło­tym bla­skiem. W środku poru­szały się jakieś cie­nie.

- Mię­dzy Kap­tu­rem a cho­lerną Otchła­nią - mruk­nął Hart.

Z jakie­goś powodu wysoka rangą przed­sta­wi­cielka impe­rium - kobieta będąca pię­ścią impe­rialną - przy­była na tę pro­win­cjo­nalną pla­cówkę. Kiedy przed trzema dniami przy­pły­nęła na wyspę, omal nie uciekł stąd pierw­szym stat­kiem. Zdo­łał jed­nak uto­pić to pra­gnie­nie w ciem­nym piwie w gospo­dzie "Pod Wisiel­cem" pro­wa­dzo­nej przez Kojca. Raz po raz powta­rzał sobie, że cała ta sprawa nie ma z nim nic wspól­nego.

Prze­cią­gnął się i skrzy­wił z bólu. Wie­czór był nad­spo­dzie­wa­nie chłodny i znowu ode­zwała się stara rana w ple­cach. Przed wielu laty obe­rwał w nie oszcze­pem. Wojow­nik z Sied­miu Miast znisz­czył naj­lep­szą kol­czugę, jaką Hart dotąd miał, i cho­ler­nie mało bra­ko­wało, żeby go zabił. Rana ni­gdy nie zago­iła się, jak należy. Być może przy­szła pora, by znowu odwie­dzić tego mło­dego woj­sko­wego medyka, Fokę. Podra­pał pod­bró­dek, zasta­na­wia­jąc się, czy wspo­mi­na­nie bli­skiego spo­tka­nia ze śmier­cią pod­czas zachodu słońca przy­nosi pecha. Zapyta o to Corinn, jeśli ją spo­tka.

Zale­d­wie przed trzema dniami stał razem z set­kami innych pod por­to­wym murem i przy­glą­dał się, jak przed­sta­wi­cielka impe­rium scho­dzi na ląd. Na wszyst­kich uli­cach roz­le­gły się okrzyki zasko­cze­nia, gdy z pierw­szym brza­skiem ujrzano czar­no­gra­na­towe żagle i rów­nie ciemny smo­ło­wany kadłub mala­zań­skiego okrętu wojen­nego kotwi­czą­cego w zatoce. Miesz­kańcy mia­sta aż za dobrze pamię­tali ostat­nich gości: oddziały Trze­ciej Armii, które miały spo­tkać się tu z rekru­tami oraz wymu­sić prze­strze­ga­nie nowego edyktu impe­rial­nej regentki zaka­zu­ją­cego upra­wia­nia magii. Doszło do zamie­szek i całą dziel­nicę mia­sta stra­wiły pło­mie­nie.

Wie­ści o przy­by­ciu okrętu skło­niły Harta do wdra­pa­nia się po wąskich scho­dach na pię­tro gospody. Dokoń­czył gole­nie, prze­rzu­cił ręcz­nik przez ramię i wyszedł na Fron­tową. Wpa­trzył się w widoczny mię­dzy maga­zy­nami port i poło­żoną dalej zatokę. Pode­szła do niego Anji, słu­żąca, a od czasu do czasu rów­nież kochanka Kojca. Kobieta dźwi­gała dwa wia­dra wypeł­nione wodą. Posta­wiła je na bruku, odgar­nęła dłu­gie, kasz­ta­nowe włosy opa­da­jące na zaczer­wie­nioną twarz i spoj­rzała z nie­za­do­wo­loną miną w stronę portu.

- Bogo­wie, co to ma być?

Hart zmarsz­czył brwi.

- Okręt liniowy. Takie jed­nostki służą do bitew mor­skich, eskor­to­wa­nia kon­wo­jów albo blo­kad. Raczej rzadko wyko­rzy­stuje się je jako trans­por­towce czy statki han­dlowe.

- To co on tu robi, na cycki Togga?

- Na pewno pły­nie na połu­dnie, do Korelu - stwier­dziła Anji. Osło­niła oczy dło­nią i prze­nio­sła wzrok na Harta. - No wiesz, tam jest wojna i tak dalej.

Męż­czy­zna zebrał w ustach flegmę i splu­nął w bok. Nikt nie wysy­łałby jed­nego okrętu w tak daleką drogę. Z tego, co sły­szał, żeby odwró­cić losy wojny, byłoby ich potrzeba od Kap­tura i tro­chę.

Poja­wiły się łodzie, które odbiły od przy­stani i napę­dzane dłu­gimi wio­słami pomknęły ku ogrom­nemu okrę­towi. Hart się domy­ślał, że dowódca gar­ni­zonu, Pell, który miał hono­rową rangę pod­pię­ści, pły­nie w jed­nej z nich drę­czony cho­robą mor­ską. Zaczerp­nął głę­boki haust chłod­nego poran­nego powie­trza.

- Chyba pójdę się temu przyj­rzeć.

Anji znowu odgar­nęła włosy.

- Po co się tru­dzić? Na pewno kolejny raz prze­leją naszą krew i tyle. - Pod­nio­sła wia­dra. - Jak­by­śmy nie zapła­cili już wystar­cza­ją­cej ceny.

W por­cie nie dowie­dział się niczego wię­cej. W dziel­nicy maga­zy­no­wej szep­tano, że okręt z pew­no­ścią przy­wiózł nowego dowódcę gar­ni­zonu, albo że Twier­dza Mocka ma się stać bazą dowo­dze­nia w nowej kam­pa­nii w Korelu. Krą­żyły też jed­nak zgoła prze­ciwne pogło­ski. Mówiono, że na okrę­cie przy­pły­nął Impe­rialny Sztab ucie­ka­jący z Korelu. Pewien stary rybak wyra­ził nawet przy­pusz­cze­nie, że wró­cił sam cesarz. Inni gapie unie­śli ręce i nakre­ślili gesty chro­niące przed złem, po czym odda­lili się trwoż­nie. Rybak mru­gnął zna­cząco do Harta.

Na pokład wynie­siono skrzy­nie. Załoga opusz­czała je na łodzie, które koły­sały się u burty, jak nar­t­niki ota­cza­jące wygrze­wa­jącą się na słońcu mor­ską bestię. Plotki o odwro­cie z Korelu brzmiały inte­re­su­jąco. Wie­ści napły­wa­jące z połu­dnia mówiły, że tubylcy sta­wiają zacie­kły opór, straty są wyso­kie, a od czasu wysa­dze­nia pierw­szych desan­tów przed pię­ciu laty nie udało się poczy­nić nie­mal żad­nych postę­pów.

Na odle­głych kon­ty­nen­tach Hart wal­czył w innych kam­pa­niach i pły­wał na takich samych okrę­tach. Wszyst­kie miały na żaglach iden­tyczne godło: usta­wione pio­nowo berło z osa­dzo­nym w trzech szpo­nach cesar­skim jabł­kiem. Był świad­kiem sztur­mów na porty, pod­czas któ­rych te jabłka roz­ja­rzały się ogniem niczym blade słońca, obra­ca­jąc mury obronne i por­towe for­ty­fi­ka­cje w gruzy. A gdy toczyli bitwy na peł­nym morzu, jabłka spra­wiały, że morze wrzało, pod­pa­lały kadłuby i wzy­wały mor­skie demony, by poszczuć je na nie­przy­ja­ciela.

Być może okręt wra­cał z takiej wła­śnie wojny. Korel był ponoć cią­giem archi­pe­la­gów i o losach kam­pa­nii roz­strzy­gała tam flota. To mogłoby tłu­ma­czyć jego obec­ność.

Pierw­sza z łodzi wró­ciła na woj­skowe nabrzeże pod Twier­dzą Mocka, przy­wo­żąc tylko pasa­że­rów. Mroczne, bogato odziane posta­cie wysia­dły w pły­wa­ją­cym doku. Hart przy­mru­żył powieki, spo­glą­da­jąc na zakap­tu­rzo­nych męż­czyzn i kobiety, któ­rzy usta­wili się w sze­regu i znik­nęli pośród for­ty­fi­ka­cji. Nie spodo­bało mu się to w naj­mniej­szym stop­niu. Za dobrze znał ciemne skó­rzane buty i ręka­wice przy­by­szów. Poczuł nagły ucisk w brzu­chu. Przy­po­mniał sobie, w jakim jesz­cze gar­ni­zo­nie można było spo­tkać podobne okręty: w poło­żo­nej na dru­gim brzegu cie­śniny Uncie, sto­licy impe­rium.

Rybak uniósł pod­bró­dek, wska­zu­jąc nim nabrzeże.

- Widzisz? Mia­łem rację.

Zachi­cho­tał ochry­ple, zaniósł się kasz­lem i splu­nął w zaci­śniętą pięść.

Drżąc z zimna w chłod­nym wie­czor­nym powie­trzu, Hart przy­po­mniał sobie, że gdy ujrzał okręt po raz pierw­szy, zadał sobie pyta­nie, czy przy­pły­nął tu po niego. Czy to moż­liwe, by ści­gali go przez wiele tysięcy mil? Jeśli tak, to zro­bili z tego naprawdę wiel­kie przed­sta­wie­nie. Zwa­żyw­szy wszystko razem, zacho­wy­wali się nie­ostroż­nie.

***

Na szczyt murów dobiegł głę­boki mosiężny ton dzwonu Twier­dzy Mocka, zwia­stu­jący koniec dnia i służby Harta. Tuż obok niego cho­rą­giewka w kształ­cie skrzy­dla­tego demona zakrę­ciła się z brzę­kiem na swym szpi­kulcu, jakby nagle roz­sza­lał się wicher. Wete­ran zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na sza­cowny zaby­tek. Pogoda była dziś nie­mal cał­ko­wi­cie bez­wietrzna.

Po paru chwi­lach usły­szał, jak jego prze­ło­żony, porucz­nik Pościg, wcho­dzi na górę. Wes­tchnął, sły­sząc jego ciężki, mia­rowy krok. Któ­re­goś dnia ktoś będzie musiał poroz­ma­wiać ze szcze­nia­kiem i wytłu­ma­czyć mu, że nie masze­ruje już po placu ape­lo­wym. Nie­mniej żoł­nie­rze zie­loni jak wio­senna trawa cecho­wali się rów­nież punk­tu­al­no­ścią, a po dłu­gim popo­łu­dniu Har­towi zaschło w gar­dle.

Pościg zatrzy­mał się tuż za wete­ra­nem, lecz ten go zigno­ro­wał. Wsłu­chał się w szum fal, spo­glą­da­jąc na smu­kły sta­te­czek pocz­towy, uno­szący się jak mewa na bia­łych falach. Mijał od zawietrz­nej Starą Wyspę Czat, pły­nąc nie­bez­piecz­nie bli­sko raf. To zna­czyło, że miał nawi­ga­tora obda­rzo­nego talen­tem wła­da­nia wia­trem. Albo opę­ta­nego przez biesa ster­nika, któ­remu cho­ler­nie się śpie­szyło do spo­tka­nia z Kap­tu­rem.

Poczuł, że w krzyż uwiera go sztych mie­cza.

- Odwróć się celem roz­po­zna­nia, żoł­nie­rzu.

- Roz­po­zna­nia? Pościg, cza­sami żałuję, że nasze drogi się skrzy­żo­wały.

Hart odwró­cił się i wsparł łok­cie na zapiasz­czo­nych wapien­nych blan­kach.

Pościg scho­wał miecz i sta­nął sztywno jak na poka­zie musz­try. Szczyt jego żela­znego hełmu zdo­biły dłu­gie pióra jakie­goś barw­nego ptaka. Świeżo pole­ro­wany, pokryty war­stewką mie­dzi i mosią­dzu napier­śnik lśnił w bla­sku słońca. Same skó­rzane buty mło­dzieńca wyglą­dały na warte wię­cej, niż Hart zara­biał przez rok. Wete­ran spoj­rzał na swe poła­tane san­dały, wystrzę­pione szmaty owi­ja­jące mu nogi oraz wytartą czarno-złotą opoń­czę regu­lar­nego żoł­nie­rza mala­zań­skiego gar­ni­zonu.

- Zacho­wuj się jak praw­dziwy war­tow­nik, sta­ruszku - ostrzegł go Pościg. - Przy­naj­mniej dopóki jest tu przed­sta­wi­cielka. Na tajem­nice D'rek, czło­wieku. Mogło się oka­zać, że to nie ja, ale... Jak to mówią?... Jeden z jej zaufa­nych ludzi. - Spoj­rzał na don­żon. - Wyrwałby ci serce jako ostrze­że­nie dla reszty.

Hart zesztyw­niał, usły­szaw­szy frazę "jej zaufa­nych ludzi". Gdzie chło­pak się tego nauczył? Minęło wiele lat, odkąd Hart ostat­nio sły­szał ten stary ter­min okre­śla­jący impe­rialną służbę bez­pie­czeń­stwa, szpo­nów. Impe­rial­nej pię­ści z pew­no­ścią towa­rzy­szył ich kon­tyn­gent, zaj­mu­jący się ochroną, zbie­ra­niem infor­ma­cji oraz innymi, mniej nie­win­nymi zada­niami. Spoj­rzał z ukosa na porucz­nika, zasta­na­wia­jąc się, czy to miał być test. Jed­nakże błysz­czące piwne oczy chło­paka oraz jego gład­kie policzki suge­ro­wały, że jest krysz­ta­łowo uczciwy, jak czy­sty stru­mień na ste­pie. Hart odzy­skał rów­no­wagę, stłu­mił podejrz­li­wość i podzię­ko­wał bliź­nia­czym bogom szczę­ścia, że Pościg niczego nie zauwa­żył.

Splu­nął na kru­szące się wapienne bloki.

- Po pierw­sze, chłop­cze, sły­sza­łem twoje kroki. Ich ni­gdy się nie sły­szy. A po dru­gie... - Hart popu­kał pal­cem w spłasz­czony nos - ...można ich poznać po smro­dzie.

Pościg prych­nął z nie­do­wie­rza­niem.

- Bogo­wie, sta­ruszku. Sły­sza­łem, że wal­czy­łeś w wielu cho­ler­nych woj­nach, ale nie uda­waj, że myśl o tych szpo­nach nie mrozi ci krwi w żyłach.

Hart zazgrzy­tał zębami. Miał szczerą chęć zdzie­lić chło­paka. Co taki mło­dziak mógł wie­dzieć o spra­wach, na wspo­mnie­nie któ­rych nawet naj­tward­szym wete­ra­nom robiło się nie­do­brze? Hart wal­czył w Sied­miu Mia­stach, był jed­nym z żoł­nie­rzy, któ­rzy zdo­byli Uba­ryd. Dotarli do pałacu nocą. W mar­mu­ro­wych kom­na­tach nie pozo­stał nikt poza tru­pami dwo­rzan i straż­ni­ków, któ­rzy nie zdą­żyli uciec, gdy cesarz zmiaż­dżył moc falah'danki. Na górze zna­leźli pry­watne kom­naty i samą Świętą, przy­wią­zaną jedwab­nymi sznu­rami do krze­sła. Wokół niej stało trzech szpo­nów ści­ska­ją­cych w dło­niach noże. Krew lśniła na ostrzach i ska­py­wała z wil­got­nych wię­zów na nad­garst­kach i kost­kach kobiety, two­rząc na mar­mu­ro­wej posadzce kałużę kora­lo­wej barwy. Hart i Sztych przy­sta­nęli nie­pew­nie, ale Das­sem pod­biegł bli­żej i odtrą­cił szpona sto­ją­cego przed kobietą. Falah'danka unio­sła nagle głowę, potrzą­sa­jąc dłu­gimi wło­sami. Choć wyłu­piono jej oczy, a z sze­roko roz­war­tych, pozba­wio­nych języka ust wypły­wała krew, wyda­wało się, że kobieta patrzy na Das­sema. Agenci Szponu, dwóch męż­czyzn i jedna kobieta, wymie­nili mię­dzy sobą spoj­rze­nia. Jeden z nich odsu­nął się i uniósł okrwa­wiony nóż, ujrzaw­szy wyraz oczu Pierw­szego Mie­cza. Falah'danka poru­szyła ustami, wypo­wia­da­jąc bez­gło­śną prośbę. Kobieta-szpon wytrzesz­czyła nagle oczy w geście zro­zu­mie­nia. Otwo­rzyła usta, by krzyk­nąć, ale było już za późno. Wszystko wyda­rzyło się tak szybko, jakby Das­sem tylko wzru­szył ramio­nami. Głowa falah'danki odpa­dła od tuło­wia. Z rany try­snęła krew. Głowa runęła na mar­mu­rową posadzkę i poto­czyła się po niej, bru­ka­jąc krwią dłu­gie czarne loki.

Choć Hart nie mógł być tego pewien, wyda­wało mu się, że kobieta powie­działa: "Uwol­nij mnie". Tak zakoń­czyła życie ostat­nia ze świę­tych falah'dów Uba­rydu.

Potarł bli­znę w kształ­cie pół­księ­życa, która bie­gła od jego lewej skroni aż po pod­bró­dek. Zaczerp­nął głę­boko tchu, by się uspo­koić. Spró­bo­wał sobie wyobra­zić, kogo widzi Pościg, gdy na niego patrzy: ste­ra­nego wete­rana, zbyt nie­kom­pe­tent­nego albo zapi­ja­czo­nego, by przez całe życie dosłu­żyć się stop­nia wyż­szego niż kapral. W końcu taką rolę dla sie­bie stwo­rzył.

- Po pro­stu się ich brzy­dzę - odparł cicho.

Pościg otwo­rzył sze­roko oczy, zanie­po­ko­jony pasją w gło­sie Harta. Potem się skrzy­wił, zro­zu­miaw­szy zawartą w nich kry­tykę Tronu Impe­rial­nego. Wska­zał narożny bar­ba­kan.

- Możesz odejść, sta­ruszku.

***

Skoń­czyw­szy służbę, Hart zawie­sił w kosza­ro­wej zbro­jowni włócz­nię, opoń­czę i regu­la­mi­nowy pan­cerz z utwar­dza­nej skóry. Popra­wił szmaty spo­wi­ja­jące nogi i owi­nął je na nowo rze­mie­niami woj­sko­wych san­da­łów.

Następ­nie udał się na poszu­ki­wa­nia jedy­nego ele­ganc­kiego stroju, jaki posia­dał, falar­skiego płasz­cza ze szczot­ko­wa­nego filcu z pod­szewką. Zna­lazł go na ławie w war­towni. Lar­kin posa­dził na nim swe grube dup­sko. Mało bra­ko­wało, by na ten widok wete­ran się odwró­cił i wyszedł. Lar­kin świet­nie wie­dział, kiedy koń­czy się służba. To miało być wyzwa­nie i Hart nie miał innego wyj­ścia, jak na nie zare­ago­wać.

Gru­bas sie­dział za sto­łem, snu­jąc opo­wieść. Pozo­stali war­tow­nicy sku­pili się cia­sno, sty­ka­jąc się ramio­nami. Na nagich deskach stołu leżały ema­lio­wane płytki - Kostki. Naj­wy­raź­niej grę przed chwilą prze­rwano. Nikt nie zawra­cał nią sobie teraz głowy, gdyż Lar­kin zbli­żał się do pointy jed­nej ze swych roz­wle­kłych histo­rii.

Hart wsparł się o uciętą pod kątem pro­stym belkę słu­żącą jako ościeże i zaplótł ręce na piersi. Lar­kin dopiero przed mie­sią­cem wró­cił z Gena­bac­kis. Prze­nie­siono go do służby gar­ni­zo­no­wej, został bowiem ranny w nogę. Hart miał wra­że­nie, że zna już na pamięć wszyst­kie jego prze­ży­cia.

- To było w Lesie Czar­nego Psa - cedził gru­bas, prze­cią­ga­jąc jedną ze swych ulu­bio­nych opo­wie­ści.

War­tow­nicy poki­wali gło­wami. Wie­dzieli, co ma się wyda­rzyć, lecz i tak cze­kali z nie­cier­pli­wo­ścią na dal­szy ciąg.

- Kar­ma­zy­nowa Gwar­dia...

Mło­dzi żoł­nie­rze, znu­dzeni służbą gar­ni­zo­nową z dala od pola walki, popa­trzyli po sobie. Nie­któ­rzy potrzą­snęli gło­wami z wra­że­nia. Nawet Hart musiał przy­znać, że sły­sząc tę nazwę, czuje dreszcz uzna­nia i lęku. To była kom­pa­nia najem­ni­ków, która poprzy­się­gła znisz­czyć impe­rium. Kar­ma­zy­nowa Gwar­dia pierw­sza zadała Mala­zań­czy­kom poważny cios, odpie­ra­jąc inwa­zję na Stra­tem, a obec­nie sta­wiała opór impe­rium na czte­rech róż­nych kon­ty­nen­tach.

- Kogo widzia­łeś? - zapy­tał jeden z war­tow­ni­ków, Cul­len.

Był rodo­wi­tym wyspia­rzem, ale zapew­niał, że w mło­do­ści parał się pirac­twem u brze­gów Stra­temu. Lar­kin poki­wał głową. Hart rów­nież. To było celne pyta­nie, zadane przez kogoś, kto wie­dział o co pytać.

Gru­bas wró­cił do opo­wie­ści, nie prze­sta­jąc kiwać głową.

- To była zakro­jona na sze­roką skalę ofen­sywa, mająca na celu wyku­rze­nie nie­przy­ja­ciela z lasu i otwar­cie drogi na połu­dnie, na Rów­ninę Rhi­vij­ską. Dowódca, szla­chet­nie uro­dzony Dal­hoń­czyk w ran­dze pod­pię­ści, podzie­lił nas na trzy kolumny, żeby zmu­sić prze­ciw­nika do roz­cią­gnię­cia sił. No wie­cie, mie­li­śmy prze­wagę liczebną. Gwar­dię wzmoc­nili miej­scowi rekruci, wojow­nicy z gena­bac­kań­skiego ple­mie­nia zwa­nego Bar­gha­stami, miesz­cza­nie, pospo­lite rusze­nie, leśni ludzie i inna hołota. Z początku wyglą­dało to nie­źle. Zapo­wia­dała się łatwa kam­pa­nia. Przez pięć dni posu­wa­li­śmy się naprzód, a oni przed nami czmy­chali. Koniec z legendą o nie­zwy­cię­żo­nej Gwar­dii! Oczy­wi­ście garstka Bar­gha­stów i leśnych szyła do nas z łuków, gdy prze­pra­wia­li­śmy się przez stru­mie­nie albo masze­ro­wa­li­śmy przez pagór­ko­waty teren, ale kiedy prze­cho­dzi­li­śmy do kontr­ataku, zwie­wali jak tchó­rze. Potem jed­nak nade­szła szó­sta noc...

Hart mógł jedy­nie pokrę­cić głową na myśl o nie­wia­ry­god­nej głu­po­cie, jaką był marsz kolum­nami przez gęsty, pełen wro­gów las. Pew­nie, że nie­przy­ja­ciel pozwo­lił im się posu­wać naprzód! Pew­nie, że Gwar­dia uni­kała bez­po­śred­niego star­cia z licz­niej­szym prze­ciw­ni­kiem! Ale gdy tylko kolumny zostały izo­lo­wane, zna­la­zły się tak daleko od sie­bie, że odsiecz stała się nie­moż­liwa, i nastą­pił atak.

War­tow­nicy ponow­nie poki­wali gło­wami, obu­rzeni tak haniebną stra­te­gią. Hart miał ochotę krzyk­nąć: "Nie słu­chaj­cie tego cho­ler­nego dur­nia!". Sta­no­wił tu jed­nak jed­no­oso­bową mniej­szość. Choć Lar­kin był nadę­tym przy­głu­pem, powszech­nie go lubiano. Nie­dawno wró­cił z wojny w dale­kich kra­jach i lubił znaj­do­wać się w cen­trum uwagi. Hart zda­wał sobie sprawę, że młodsi żoł­nie­rze nie rozu­mieją i nie lubią jego mil­cze­nia. Nie­któ­rzy powąt­pie­wali nawet w jego doświad­cze­nie. Gdyby zaprze­czył Lar­kinowi, uznano by, że kie­ruje nim zawiść.

- Zaata­ko­wali nocą jak zwy­kli zło­dzieje.

Gru­bas splu­nął zde­gu­sto­wany tak pod­stępną tak­tyką.

Hart z tru­dem powstrzy­mał śmiech. Świet­nie pamię­tał podobne bitwy toczone w bla­sku księ­życa, kiedy to Mala­zań­czycy byli stroną ata­ku­jącą.

- Zapa­no­wał chaos. Z mroku wypa­dali z wrza­skiem Bar­gha­sto­wie. Byli z tyłu, z przodu, ota­czali nas ze wszyst­kich stron. Nie mie­li­śmy dokąd ucie­kać. Zebra­łem grupkę ludzi pod wyso­kim gła­zem, w świe­tle pło­ną­cych zaro­śli. Usta­wi­li­śmy się w szyk, mając ran­nych za ple­cami, i odpar­li­śmy trzy ataki Bar­gha­stów.

Lar­kin kaszl­nął w garść, skrzy­wił się i umilkł. Hart prze­szył go docie­kli­wym spoj­rze­niem. Zasta­na­wiał się, czy cho­dzi mu o prze­żytą grozę, o wspo­mnie­nie pole­głych przy­ja­ciół? Dla­czego z taką ochotą snuł co drugą noc tę opo­wieść?

- Zoba­czy­łem daleko w krza­kach trzech gwar­dzi­stów, ale nie pozna­łem żad­nego z nich. Potem obok prze­biegł Pół­dan. Jego pozna­łem po wzro­ście. Rze­czy­wi­ście pół!

War­tow­nicy zachi­cho­tali, jak na roz­kaz.

- Ponoć kie­dyś słu­żył pod roz­ka­zami Oprawcy - dodał Cul­len.

Lar­kin ski­nął głową.

- Póź­niej z mroku wyło­nił się kolejny gwar­dzi­sta. Ni­gdy nie zapo­mnę tego widoku... wyglą­dał jak jakiś bies przy­były ze Ście­żek Kap­tura. Jego opoń­cza błysz­czała w bla­sku pło­mieni jak świeża krew. Po heł­mie z wizurą i czar­nej tar­czy pozna­łem, że to Lazar. Wal­czy­li­śmy, ale nic to nie dało...

Lar­kin pokle­pał się po cho­rej nodze i potrzą­snął głową.

Hart wyszedł nagle z pomiesz­cze­nia, by ostu­dzić głowę. Oparł się o wil­gotny kamienny mur. Na kości Fenera! Co za skur­wy­syń­ski kłamca. Wal­czył z Laza­rem! Hart ni­gdy nie spo­tkał się w boju z gwar­dzi­stami, ale Das­sem poty­kał się z nimi przez dzie­się­cio­le­cia. Sam ten fakt mówił wystar­cza­jąco wiele o ich umie­jęt­no­ściach. Das­sem ni­gdy nie opo­wia­dał o tych wal­kach. Uwa­żano, że Zaprzy­się­żo­nych nie spo­sób powstrzy­mać, ale on zabił wszyst­kich, któ­rzy rzu­cili mu wyzwa­nie: Shir­dara, Keala, Bar­toka. Ponoć tylko Oprawca uszedł z życiem ze star­cia z nim.

Wtem uwagę Harta przy­cią­gnął śmiech. Rzeź­bione Kostki stuk­nęły o blat. Wete­ran zaczerp­nął głę­boko tchu i wró­cił do środka.

- Lar­kin. Sie­dzisz na moim płasz­czu.

Gru­bas uniósł wzrok, stu­ka­jąc płytką o stół. Jedną tłu­stą ręką objął opar­cie krze­sła i wska­zał blat pokryty cha­otyczną mapą ście­żek uło­żo­nych z pły­tek. Farba z nich zła­ziła, sym­bole starły brudne palce całych poko­leń żoł­nie­rzy.

- Gram - burk­nął i pochy­lił głowę.

- Tylko unieś ten gruby tyłek, żebym mógł zabrać płaszcz.

Lar­kin nie zare­ago­wał. Dwaj żoł­nie­rze wzru­szyli ramio­nami i wydęli usta, spo­glą­da­jąc na Harta. Gru­bas poło­żył płytkę, wci­ska­jąc ją na miej­sce tłu­stym palu­chem. Hart pod­szedł do stołu i ją pod­niósł. Pięć par oczu śle­dziło jego ruch, a potem popa­trzyło na Lar­kina.

Gru­bas wes­tchnął prze­cią­gle, co miało suge­ro­wać, że musi wiele wycier­pieć.

- Nie wiesz, że prze­rwa­nie gry przy­nosi pecha?

Spoj­rzeli sobie w oczy. Było oczy­wi­ste, że ten dureń zamie­rza poka­zać Har­towi, jedy­nemu tu praw­dzi­wemu wete­ra­nowi, gdzie jego miej­sce. Hart uni­kał go dotąd z tego wła­śnie powodu. Ostat­nie, czego pra­gnął, to odpo­wia­dać na pyta­nia, gdzie i z kim wal­czył. Ze wszyst­kich sił sta­rał się zacho­wać ano­ni­mo­wość, ale tego było już za wiele. Nie pozwoli, żeby taki bęcwał pomia­tał nim jak jakiś kosza­rowy tyran.

- Odda­waj tę cho­lerną płytkę - zażą­dał Lar­kin, odsu­wa­jąc się od stołu. - Bo ina­czej będę ją ci musiał zabrać, dziadku.

Żoł­nie­rze prze­stali się uśmie­chać i wymie­niać spoj­rze­nia. Jeden z nich wes­tchnął, jakby już żało­wał tego, co się za chwilę wyda­rzy. Hart wycią­gnął rękę. Na otwar­tej dłoni leżała płytka.

- To zabierz.

Jakaś część jaźni Harta, nie­obecna od bli­sko roku, posta­no­wiła spro­wo­ko­wać go do dzia­ła­nia. Jej głos zabrzmiał w jego umy­śle, gładki i pełen groźby: "No jazda. Tylko spró­buj".

Lar­kin rozej­rzał się wokół małymi, zato­pio­nymi w tłusz­czu oczkami, jakby się zasta­na­wiał, co się tu dzieje, kto z kogo żar­tuje. Naj­wy­raź­niej nie tak to sobie wyobra­żał. Nagle jed­nak wzru­szył ramio­nami i opu­ścił kąciki ust w wyra­zie non­sza­lan­cji. Hart uświa­do­mił sobie, że ten czło­wiek jest zbyt zaro­zu­miały, by kogo­kol­wiek słu­chać.

Lar­kin potrzą­snął głową, jakby zdu­mie­wały go wybryki skle­ro­tycz­nych sta­rusz­ków, i się­gnął po płytkę. Hart zła­pał go za gruby nad­gar­stek i ści­snął. Przed­miot upadł z grze­cho­tem na stół.

Gru­bas szarp­nął się gwał­tow­nie, jakby ugryzł go wąż. Zaci­snął usta z zasko­cze­nia i bólu. Pozo­stali żoł­nie­rze wstrzy­mali oddech. Lar­kin spró­bo­wał wyszarp­nąć rękę, ale ta nawet nie drgnęła.

Hart uśmiech­nął się do niego. Gru­bas musiał coś wyczy­tać w tym uśmie­chu, ponie­waż natych­miast się­gnął drugą ręką po szty­let, który miał u pasa. Gdy tylko krótki nóż poja­wił się nad sto­łem, Hart wycią­gnął bły­ska­wicz­nie drugą rękę i zła­pał Lar­kina za drugi nad­gar­stek.

W pomiesz­cze­niu zapa­dła cisza. Było sły­chać tylko wysi­lony oddech gru­basa. Nóż prze­su­wał się nie­ubła­ga­nie w stronę jego przed­ra­mie­nia. Lar­kin dyszał ciężko. Twarz poczer­wie­niała mu z wysiłku. Zerwał się nagle, prze­wra­ca­jąc ławę. Ostrze dotknęło jego przed­ra­mie­nia tuż ponad nad­garst­kiem i zaczęło piło­wać. Hart cały czas patrzył mu w oczy. Na stół skap­nęły pierw­sze kro­ple krwi.

Wete­ran przy­cią­gnął Lar­kina do sie­bie.

- Lazar zaszlach­to­wałby cię jak świ­nię - wyszep­tał mu do ucha.

Harta zła­pały liczne ręce, odcią­ga­jąc go od prze­ciw­nika. Żoł­nie­rze coś krzy­czeli, ale on ich nie słu­chał. Lar­kin odrzu­cił głowę do tyłu i ryk­nął wnie­bo­głosy. Gdy Hart go puścił, gru­bas zato­czył się do tyłu i padł na posadzkę, trzy­ma­jąc się za rękę. Żoł­nie­rze odcią­gnęli wete­rana na kory­tarz. Szep­tali mię­dzy sobą ze zdu­mie­niem i przy­glą­dali mu się ostroż­nie. Któ­ryś zatknął pałkę z powro­tem na miej­sce na ścia­nie.

Po paru chwi­lach jeden z nich przy­niósł Har­towi zwi­nięty płaszcz. Wete­ran usły­szał, jak szep­czą do sie­bie, że ni­gdy nie widzieli nic podob­nego, myślał jed­nak tylko o okrop­nych kon­se­kwen­cjach tego, co przed chwilą uczy­nił. Sto­jąc nad sto­łem, zauwa­żył, że na Kostki padły kro­pelki krwi.

Żoł­nierz, Dzie­wica, Król oraz runa Obe­li­sku. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że spo­tka go dziś ogromny pech.

***

O ile Kiska potra­fiła się zorien­to­wać, załoga pocz­to­wego sta­teczku zacho­wy­wała się pod­czas przy­bi­ja­nia do brzegu zupeł­nie nor­mal­nie. Mary­na­rze cho­wali ekwi­pu­nek, zabez­pie­czali sta­tek przed pierw­szą zimną burzą Rzą­dów Osserca zbli­ża­jącą się z połu­dnia. Zdra­dzały ich jed­nak dro­bia­zgi. Gdzie były wza­jemne wyrzuty, skargi, prze­ko­ma­rza­nie się wra­ca­ją­cej do portu załogi? Radość z zej­ścia na ląd? Poza tym nikt się nie obi­jał. Co prawda jeden z mary­na­rzy uda­wał, że leniu­chuje przy tra­pie, ale w rze­czy­wi­sto­ści obser­wo­wał nabrzeże z leniwą obo­jęt­no­ścią straż­nika. Pozna­wała tę pozę. Ona rów­nież ją ćwi­czyła.

Dziew­czyna leżała na brzu­chu na pokła­dzie statku cumu­ją­cego po dru­giej stro­nie pirsu. Wsparła pod­bró­dek na urę­ka­wicz­nio­nej dłoni, pogrą­żona w cichej obser­wa­cji. Sią­pił leciutki desz­czyk i włosy lepiły się jej do twa­rzy, lecz Kiska nawet nie drgnęła. Mary­na­rze zabi­jali tylko czas: po raz kolejny zwi­jali liny i zabez­pie­czali wyściółkę. Cze­kali. Cze­kali na jakąś kon­kretną osobę, kon­kretne wyda­rze­nie. To zna­czyło, że wszy­scy pra­cują dla tego samego pryn­cy­pała.

To było dziwne: impe­rialny kuter pocz­towy, któ­rego załoga naj­wy­raź­niej skła­dała się wyłącz­nie z ludzi pra­cu­ją­cych dla tego, kto zle­cił stat­kowi misję. Kiska spę­dziła na por­to­wych nabrze­żach całe dzie­ciń­stwo i podobny układ suge­ro­wał według niej kogoś, kto miał wpływy potrzebne, by móc wyna­jąć podobny sta­tek - to zna­czy wiel­kie - a do tego wła­dzę pozwa­la­jącą mu zastą­pić regu­larną załogę wła­snymi ludźmi.

Pyta­nie brzmiało: co ma zro­bić z tym odkry­ciem? Spoj­rzała na upstrzony pla­mami mur Twier­dzy Mocka góru­jący nad por­tem. Zamel­do­wać szpo­nom? A dla­czego mia­łaby to robić, skoro jasno powie­dzieli, że jej nie potrze­bują?

Przy­po­mniała sobie, jak się poczuła przed kil­koma dniami, ujrzaw­szy o świ­cie impe­rialny okręt Nie­po­wstrzy­many, który kotwi­czył w zatoce. Pomy­ślała wów­czas, że to naj­waż­niej­szy dzień w jej życiu, druga szansa, o którą nie pro­siła i na którą nie miała nadziei. Teraz jed­nak odno­siła wra­że­nie, że przez ten krótki czas posta­rzała się o wiele lat. Nie była już dziew­czyną, która się wdra­py­wała na wyso­kie kamienne mury woj­sko­wego portu albo zakra­dała na pła­ski dach rzą­do­wego maga­zynu, by obser­wo­wać nabrzeża. Czyżby stra­ciła coś, co miało tamto dziecko? A może coś zyskała? Wie­dzę, która na każ­dym odci­ska swe piętno w pew­nej chwili życia.

Ran­kiem owego dnia obser­wo­wała pierw­szą wra­ca­jącą z okrętu łódź. Przy­pły­nęło nią sie­dem zakap­tu­rzo­nych postaci. Była pewna, że to impe­rialni ofi­ce­ro­wie ze sto­licy. Skąd mogliby przy­być, jeśli nie z poło­żo­nej po dru­giej stro­nie cie­śniny Unty? Przy­by­sze zeszli na ląd, zdjęli podróżne płasz­cze, zło­żyli je i prze­rzu­cili przez ramiona. Ujrzaw­szy pozba­wione ozdób jedwabne koszule, sze­ro­kie szarfy, luźne pan­ta­lony, w pierw­szej chwili poczuła się roz­cza­ro­wana. W Mala­zie można było spo­tkać kup­ców, któ­rzy nosili bogat­sze stroje. Jed­nakże jeden z nich, niż­szy od pozo­sta­łych, nie zdjął płasz­cza. Ten wła­śnie przy­bysz ski­nął dło­nią i pod­eks­cy­to­wana Kiska zauwa­żyła, że pozo­stali oto­czyli go krę­giem. Straż oso­bi­sta!

Kto to mógł być? Nowy dowódca gar­ni­zonu? A może impe­rialny inspek­tor, przy­słany ze sto­licy, by spraw­dzić Pella. Jeśli rze­czy­wi­ście tak było, niech bogo­wie się zli­tują nad pod­pię­ścią. Inspek­tor znaj­dzie w Twier­dzy Mocka gda­czące na wewnętrz­nym dzie­dzińcu kury oraz świ­nie ryjące w pustym, pęk­nię­tym zbior­niku na wodę. Gdy grupka ruszyła w głąb lądu główną trasą bie­gnącą wzdłuż pagór­ków, Kiska przy­kuc­nęła, a potem ruszyła w pościg. Prze­ska­ki­wała z dachu na dach i bie­gła szczy­tem muru, by dotrzeć do nawisu, pod któ­rym powinni prze­cho­dzić. Ucie­kały przed nią skrze­czące gło­śno mewy.

Dowie się wszyst­kiego. Poroz­ma­wia z ich dowódcą. Zaofe­ruje mu swe usługi. Być może zgo­dzi się ją przy­jąć. Tak wysoki rangą przed­sta­wi­ciel impe­rium z pew­no­ścią zro­zu­mie, że talent Kiski mar­nuje się na tej nędz­nej wyspie.

Grupka zmie­rzała ku niej wąską, oto­czoną murami drogą. Kiska prze­su­nęła się nieco do przodu, by lepiej widzieć. Pierw­szych dwoje, szczu­pły męż­czy­zna i cię­żej zbu­do­wana kobieta, kro­czyło non­sza­lancko, trzy­ma­jąc ręce za ple­cami. Nie widziała żad­nej broni. Cóż to mogli być za straż­nicy? Może adiu­tanci albo sekre­ta­rze? Szla­chet­nie uro­dzeni, któ­rzy wybrali się popa­trzyć na życie pospól­stwa. Na tę ostat­nią myśl gar­dło dziew­czyny wypeł­nił kwa­śny smak. Poja­wiła się niska postać. Jej twarz skry­wał wielki kap­tur, a dło­nie nik­nęły w dłu­gich ręka­wach. Kiska sta­rała się wypa­trzyć jakieś szcze­góły pod luź­nym płasz­czem. Był czarny, tak? A może to raczej był bar­dzo ciemny kar­min?

Coś szarp­nęło ją nagle do tyłu. Odwró­ciła się, otwie­ra­jąc usta do krzyku, ale zamknęła je urę­ka­wicz­niona dłoń. Spoj­rzały na nią orze­chowe oczy. Męż­czy­zna miał kości­stą twarz o ciem­nej, lekko nie­bie­ska­wej cerze. Jego krót­kie, krę­cone włosy lśniły w bla­sku wscho­dzą­cego słońca.

To Napań­czyk, uświa­do­miła sobie dziew­czyna.

- Kim jesteś? - zapy­tał.

Kiska nie widziała go wśród tych, któ­rzy zeszli na ląd. W grun­cie rze­czy nie widziała go ni­gdy, a gdyby ktoś taki miesz­kał na wyspie, z pew­no­ścią by o tym wie­działa.

Męż­czy­zna cof­nął dłoń. Dziew­czyna odchrząk­nęła, a potem prze­łknęła ślinę. Piękne, pozba­wione wyrazu oczy patrzyły przez nią na wskroś. Oczy jak szkło.

- Ja... tu miesz­kam.

- Rozu­miem. I?

Znowu prze­łknęła ślinę.

- Nie...

Nagle zauwa­żyła bro­szę na lewej piersi męż­czy­zny: srebrny ptasi szpon ści­ska­jący małą perłę. Szpon! To byli agenci impe­rial­nego wywiadu, mago­wie, wyko­nawcy woli cesa­rza. Doko­nała odkry­cia więk­szego, niż się spo­dzie­wała. To nie była zwy­kła inspek­cja. Jedy­nie naj­wyż­szym rangą przed­sta­wi­cie­lom impe­rium przy­słu­gi­wała ochrona zło­żona ze szpo­nów. Gość mógł nawet być pię­ścią impe­rialną.

- Nie chcia­łam zro­bić nic złego! - wydy­szała i natych­miast prze­klęła samą sie­bie za to, że zacho­wała się tak... mało pro­fe­sjo­nal­nie.

Szpon zaci­snął usta w wyra­zie - jak sądziła Kiska - nie­smaku.

- Wiem o tym - odparł i zaczął się odda­lać. Poru­szał się zupeł­nie bez­gło­śnie, choć szedł po popę­ka­nych, upstrzo­nych pta­simi odcho­dami dachów­kach.

Kiska przy­po­mniała sobie nagle, po co tu przy­szła.

- Niech pan zaczeka!

Szpon zatrzy­mał się na kra­wę­dzi dachu.

- Słu­cham?

- Pro­szę. Chcia­łam... chcia­łam się spo­tkać z nim, czy może z nią... z waszym sze­fem.

Dło­nie męż­czy­zny zatrze­po­tały jak pta­sie skrzy­dła, a potem zatrzy­mały się na szar­fie.

- A po co?

Kiska w ostat­niej chwili powstrzy­mała się przed kla­śnię­ciem w dło­nie. Zaczerp­nęła głę­boko tchu.

- Chcę dostać pracę. Daj­cie mi szansę. Pro­szę, mam talent, naprawdę mam. Prze­ko­na­cie się. Musi­cie tylko dać mi szansę.

Szpon cof­nął dło­nie od szarfy i splótł je za ple­cami.

- Mówisz, że masz talent?

Serce dziew­czyny zabiło gwał­tow­nie.

- Tak - zdo­łała wykrztu­sić. - Naprawdę mam.

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

- To sprawa dla miej­sco­wego dowódcy. Mam wra­że­nie, że to pod­pięść Pell. Poroz­ma­wiaj z nim.

- Tak, już z nim roz­ma­wia­łam, ale on...

Szpon zesko­czył bez­sze­lest­nie z muru i znik­nął. Dziew­czyna pod­bie­gła do kra­wę­dzi. Nie było tam nic. Dobre trzy dłu­go­ści ciała męż­czy­zny w dole cią­gnęła się pusta, bru­ko­wana ulica. Serce Kiski zabiło mocno. Dziew­czyna oplo­tła się rękoma pod­eks­cy­to­wana spo­tka­niem. To było zdu­mie­wa­jące. Unio­sła pięść ku stro­mym, pla­mi­stym murom Twier­dzy Mocka. Tak jest, poroz­ma­wia z kimś. Tak wysoko posta­wio­nym, jak tylko zdoła! Jak śmieli jej odmó­wić?

***

Idąc przez wewnętrzny dzie­dzi­niec Twier­dzy Mocka, Hart zdjął płaszcz i zarzu­cił go na ramiona. Na podwórcu było pusto. Z twier­dzy wyco­fano nie­mal całą załogę poza garstką naj­po­trzeb­niej­szych ludzi. Od chwili przy­by­cia bez­i­mien­nej "przed­sta­wi­cielki" impe­rium wszy­scy mieli dwa razy wię­cej służb. Tajem­ni­cza kobieta zajęła ze swą świtą trzy górne pię­tra don­żonu, wyga­nia­jąc stam­tąd dowódcę gar­ni­zonu, Pella, który obec­nie spał w zbro­jowni i pił jesz­cze wię­cej niż zwy­kle.

Jaki był cel tej wizyty? Hart sły­szał na ten temat ze dwa­dzie­ścia róż­nych hipo­tez. "Pod Wisiel­cem" prze­wa­żała opi­nia, że dowódz­two w Uncie roz­waża moż­li­wość osta­tecz­nej likwi­da­cji gar­ni­zonu i pozo­sta­wie­nia wyspy ryba­kom, gnież­dżą­cemu się na urwi­skach ptac­twu oraz fokom, które miały kolo­nię na połu­dnie od mia­sta, na Ska­łach Bena­ress. Har­towi jed­nak nie wyzna­czano dodat­ko­wych służb. Ze star­szym wie­kiem łączyły się pewne przy­wi­leje. Uśmiech­nął się, cze­ka­jąc na chwilę, gdy znów skosz­tuje warzo­nego przez Kojca ciem­nego sta­ro­ma­la­zań­skiego.

Gdy dotarł do war­towni, było w niej ciemno. Odźwierny, Lub­ben, wylazł na zewnątrz. U jego pasa grze­cho­tały klu­cze, które nosił na wiel­kim żela­znym pier­ście­niu. Gar­bił się jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle, a gdy spoj­rzał na dzie­dzi­niec, w jego oku poja­wił się błysk. Hart miał ochotę zapy­tać sta­ruszka, dla­czego nie chra­pie przy pie­cyku w war­towni jak zwy­kle. Czyżby wyda­rzyła się jakaś kata­strofa? Odźwierny jed­nak ostrzegł go ski­nie­niem dłoni.

- Brama jest zamknięta na noc, żoł­nie­rzu.

- Żoł­nie­rzu? Co się stało, Lub­ben? Ośle­płeś z prze­pi­cia?

Lub­ben wska­zał kciu­kiem ciemny kory­tarz za ple­cami. Poru­szył ustami, wypo­wia­da­jąc jakieś słowo, któ­rego Hart nie dosły­szał.

- Co tu jest grane, na bez­senne oczy T'riss...? - Wete­ran prze­rwał nagle.

Z cieni wyło­nił się bez­gło­śnie ktoś inny. Impe­rialny szpon w się­ga­ją­cym kostek czar­nym płasz­czu z kap­tu­rem. Lub­ben skrzy­wił się i wzru­szył lekko ramio­nami w bez­rad­nym geście prze­pro­sin. Spod kap­tura wysta­wała tylko dolna połowa szczu­płej, pobruż­dżo­nej twa­rzy. Wyta­tu­owano na niej kaba­li­styczne znaki, sym­bole przy­po­mi­na­jące Har­towi kan­cia­ste pismo tych, któ­rzy wła­dali grotą Rashan, Ścieżką Ciem­no­ści. Szpon spoj­rzał na Lub­bena.

- Jakieś kło­poty, odźwierny?

Lub­ben pokło­nił się nisko.

- Nie. Wszystko w porządku.

Zakap­tu­rzona postać zer­k­nęła na Harta, który natych­miast pochy­lił głowę. Być może prze­sa­dzał z ostroż­no­ścią, ale szpon mógł uznać ten gest za znak sza­cunku. Nie­raz już się prze­ko­nał, że to lubią.

- Czego chcesz, żoł­nie­rzu?

Hart zaci­snął dło­nie na pasie, tak mocno, że aż mu zdrę­twiały palce. Wbił wzrok w kamienne płyty pod sto­pami. Dwie były pęk­nięte, a cztery nad­kru­szone.

- No więc... - zaczął ostroż­nie - ...cho­dzi o to, że wła­ści­wie prze­sze­dłem już w stan spo­czynku i mam w mie­ście pokoik. Wezwano mnie tylko z powodu wizyty. Kapu­jesz, potrzeba wię­cej war­tow­ni­ków.

- Odźwierny, czy możesz poświad­czyć za tego czło­wieka?

Lub­ben mru­gnął zna­cząco do Harta.

- Jasne. Jest tak, jak mówi.

- Rozu­miem.

Szpon pod­szedł bli­żej. Hart uniósł głowę, ale na­dal spo­glą­dał w bok. Kąci­kiem oka obser­wo­wał pod­da­ją­cego go oglę­dzi­nom szpona. Minął rok, odkąd ostat­nio spo­tkał się tak bli­sko z jed­nym z tych skry­to­bój­ców, a wtedy pró­bo­wali go zabić. Wów­czas był gotowy do walki, teraz zaś czuł się po pro­stu zdu­miony, że nadział się na członka eskorty tajem­ni­czej kobiety. Czyżby rze­czy­wi­ście patro­lo­wali oko­licę, jak suge­ro­wał Pościg? Dla­czego aku­rat dzi­siaj?

- Jesteś wete­ra­nem. Gdzie są twoje wstążki z kam­pa­nii?

- Nie noszę ich.

- Wsty­dzisz się?

- Nie. Po pro­stu uwa­żam się za prze­nie­sio­nego w stan spo­czynku.

- Śpie­szy ci się opu­ścić impe­rialną służbę?

- Nie. Zapra­co­wa­łem już na eme­ry­turę. - Zaczerp­nął tchu. - Rozu­miesz, buduję łódź - kon­ty­nu­ował pośpiesz­nie. - W życiu nie widzia­łeś ład...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki