Morze Sztormów na południe od Malazu
Pora Osserca
1154 rok snu Pożogi
96 rok Imperium Malazańskiego
Ostatni rok panowania cesarza Kellanveda
Trójmasztowiec Sen Rheni mknął na północny wschód pod pełnymi żaglami.
Kapitan Murl zaciskał dłonie na rufowym relingu, obserwując zbliżający
się sztorm. Przeciążone do granic możliwości deski kadłuba poskrzypywały
złowrogo, a liny śpiewały, wydając wysokie dźwięki, jakich Murl nigdy w życiu nie słyszał.
Sztorm rozpościerał się od południa niczym ściana nocy, nieprzerwana
linia czarnych, skłębionych chmur wiszących nad smaganymi wichrem
falami. To jednak nie burza niepokoiła kapitana Murla, bez względu na
to, jak nienaturalne byłoby jej pochodzenie. Sen Rheni pływał już po
najburzliwszych wodach znanych jakatańskim pilotom, od Morza Kalt na
północy aż po słynne z porywistych pasatów wody na południe od Stratemu.
To lazurowe iskry rozbłyskujące jak sople pośród fal u podstawy czoła
burzy sprawiały, że strach zapuszczał palce w jego duszę. Nikt, kto
widział je z tak bliska, nie wrócił żywy.
Murl i inni piloci zwali te istoty po prostu Jeźdźcami. Dla reszty ludzi
były morskimi demonami albo Jeźdźcami Sztormu. Owe zrodzone z morza i lodu stworzenia uważały wąski przesmyk, którym płynął żaglowiec, za swój
i nikomu nie pozwalały tędy przepływać. Jedynie jakatańscy przodkowie
Murla wiedzieli, jakie ofiary należy złożyć, by móc się przedostać
najkrótszą trasą na morza leżące na południe od wyspy Malaz. Dlaczego
więc Jeźdźcy ich ścigali? Co zwabiło ich tak daleko na północ?
Murl odwrócił się plecami do gwałtownego wichru. Jego starszy kuzyn,
Wybite Oko, starał się zachować kontrolę nad wielkim kołem sterowym.
Rozstawił szeroko nogi, a jego ramiona drżały z wysiłku.
- Czyżbyśmy zapomnieli o jakiejś ofierze?! - zawołał, przekrzykując
wiatr.
Jego kuzyn potrząsnął głową, nie spuszczając jasnoniebieskiego oka z fal
przed dziobem.
- Nie! - odkrzyknął. - Złożyliśmy wszystkie. - Łypnął ze złością przez
ramię. - Oprócz ostatniej.
Murl oddalił się zatrwożony i przeszedł na śródokręcie, posuwając się
ręka za ręką wzdłuż sztormliny. Pokład pokryła już zdradliwa warstwa
lodu. Niesione szkwałem okruchy szronu były ostre jak igły. Szyja i dłonie kapitana zrobiły się zupełnie czerwone. "Wszystkie oprócz
ostatniej". Tego rytuału nigdy dotąd nie odprawiał. Na zimne objęcia
Chema, wszyscy w załodze byli jego krewniakami! Przypomniał sobie ten
jeden raz, gdy był świadkiem rytuału: czarnowłosa głowa biednego
chłopaka kołysała się na falach, a blade ręce pruły rozpaczliwie wodę.
Zadrżał z zimna, a także od czegoś gorszego. Na to nie potrafi się
zdobyć.
Murl przykucnął obok smukłej sylwetki przywiązanej do grotmasztu.
Kobieta osunęła się bezwładnie, jakby spała. Wyciągnął odrętwiałą od
zamarzających bryzgów dłoń i pogłaskał blady policzek.
Ach, Rheni, moja droga. Tak mi przykro. Tego było dla ciebie za wiele.
Któż zdołałby uspokoić taki sztorm?
Rozległ się trzask pękającego lodu. Pierwszy oficer Hoggen łupnął mocno
o maszt i objął go ramieniem.
- Mam kazać szykować broń?
Murl stłumił szalone pragnienie śmiechu. Popatrzył uważnie na Hoggena,
by się upewnić, że pierwszy oficer mówi poważnie. Niestety na to
wyglądało. W jego brodzie błyszczał biały szron, a oczy były pozbawione
wyrazu. Można by pomyśleć, że już nie żyje. Murl jęknął w duchu.
- Zrób to, jeśli musisz. - Zerknął na szczyt masztu. Ktoś siedział na
rei, ściskając grotmaszt nogami. Jego spodnie, koszulę i ramiona
pokrywała lśniąca warstwa lodu. - I każ młodemu Kretowi zleźć na pokład.
- Chłopak nie reaguje na polecenia. Chyba odwalił kitę z zimna.
Murl zacisnął powieki, by osłonić oczy przed morską pianą. Uścisnął
mocno maszt.
- Zwalniamy - zauważył Hoggen bezbarwnym głosem.
Kapitan ledwie go słyszał w szumie wiatru. Czuł, że mokre łachy
wyciągają z niego ciepło i życie. Drżał niepowstrzymanie.
- Na żaglach jest lód. Zaraz się zerwą.
- Trzeba go strącić młotkami.
- Jak chcesz, to spróbuj.
Hoggen zakasłał ochryple i zaczął się oddalać od masztu. Murl nadal się
go trzymał. Pomyślał, że najlepiej będzie, jeśli zakończy życie w tym
miejscu, obok Rheni, na statku, który nazwał na jej cześć. Można
powiedzieć, że otaczała go rodzina, nawet wierny marudny Hoggen był z nim spowinowacony przez małżeństwo. Murl spojrzał w dół. Jakże pragnął
pogłaskać ją po długich, czarnych włosach, które drżały na wietrze z cichym stukiem zamarzniętych na nich sopli.
- Jeździec z prawej burty! - rozległ się czyjś głos.
Oszołomionego Murla zdziwiło, że ktoś jest jeszcze na tyle przytomny, by
podnieść alarm. Spojrzał w tamtą stronę.
Mijały ich fale dwukrotnie wyższe od masztów Snu Rheni. Ich grzbiety
lśniły od zamarzniętej piany. Nagle Murl go ujrzał. Lśniąca szafirowa
postać wynurzała się ponad wodę. Miała hełm i zbroję, a u jej biodra
sterczała długa lanca z wyszczerbionego lodu. Jej wierzchowiec był pół
zwierzęciem, pół spienioną falą. Kapitanowi wydawało się, że istota
zwróciła ku niemu ciemne, niezgłębione oczy, spoglądające spod policzków
łuskowego hełmu z lodu. Potem, równie niespodziewanie, Jeździec
zanurkował, wracając we wzburzone odmęty. Ten widok przypomniał Murlowi
błękitne wieloryby gamen, wyskakujące nad wodę przed dziobem statku.
Nieco dalej wynurzył się drugi Jeździec, a po nim trzeci. Mknęli na
falach obok Snu Rheni, nie zwracając uwagi na statek. Czy to byli
mężczyźni ze starożytnej rasy Jaghutów, jak twierdzili niektórzy?
Przyglądał się im z dziwną obojętnością, jakby wszystko to spotykało
kogoś innego.
Jeden z marynarzy, Larl, wsparł się o reling i uniósł kuszę, celując w najbliższego Jeźdźca. Bełt przemknął daleko od celu. Murl pokręcił
głową. Po co się trudzić? I tak byli już trupami. Nie mogli nic
zdziałać. Nagle kapitan przypomniał sobie o skorpionie, którego mieli na
rufie. Puścił maszt i powlókł się w tamtą stronę. Wybite Oko nadal stał
sztywno przy sterze, rozpościerając ramiona i wpatrując się przed
siebie. Murl otoczył jedną ręką zamontowaną na podwyższeniu broń i chwycił za korbę. Żelazo sparzyło mu dłoń, jakby było rozgrzane do
czerwoności. Gdy szarpał się z mechanizmem, skóra schodziła mu płatami.
- Czego od nas chcą?! - zawołał do Wybitego Oka.
Łzy zamarzały mu pod powiekami, oślepiając go. Korba nawet nie drgnęła.
Oderwał dłoń od żelaza. Zwisające z niej strupy zamarzniętej krwi
wyglądały jak strzępy czerwonej tkaniny. Wybite Oko nie odpowiedział,
nawet się nie odwrócił. Murl skoczył do steru i wsadził rękę między
szprychy koła.
Wybite Oko już nigdy mu nie odpowie. Sternik stał sztywno za kołem Snu
Rheni, wpatrując się w zapadającą noc. Jego jedyne oko zaszło szronem,
a koszula i spodnie grzechotały na wietrze, sztywne jak deski.
Przerażony Murl wpatrzył się w jego wbite obojętnie w nieznaną dal oko i wyczytał w nim odpowiedź. Jeźdźców nic nie obchodził statek. Przybyli tu
z innego powodu, odpowiadając na jakiś nieludzki zew. Byli armią
najeźdźców, mknącą na północ, by rzucić całą swą moc przeciwko temu, co
przez tak długi czas zamykało ich w wąskim przesmyku. Przeciwko wyspie
Malaz.
Statek jęczał jak udręczona bestia. Obciążony lodem dziób pochylił się i zniknął pod falami. Nagły wstrząs odrzucił Murla od steru. Gdy piana
opadła, Wybite Oko samotnie prowadził zamarznięty grób na północ.
Sztywne żagle spadły z masztów i się roztrzaskały. Maszty i pokład były
skute lodem jak szczyt wyniosłej turni, lecz statek wciąż płynął,
kołysząc się na falach.
Sztorm nadal mknął na północ jak fala, która ciągnęła się od horyzontu
po horyzont. Z mrocznego serca burzy wyłoniła się flotylla szmaragdowych
gór poprzeszywanych głębokimi rozpadlinami. Pokrywający ich szczyty
śnieg lśnił w dogasającym blasku zmierzchu.
Góry sunęły naprzód niby niepowstrzymane machiny oblężnicze zdolne
zgruchotać całe kontynenty. U ich boków pędzili Jeźdźcy, kierując lance
na północ.
Nad rozległą równiną pokrytą ubitym piaskiem dął lekki wietrzyk. Tu i ówdzie sterczały z niego czarne wulkaniczne skały, a nad nimi tańczyły
obłoczki pyłu barwy ochry, które powoli znikały, by znienacka pojawić
się w innym miejscu. Horyzont ze wszystkich stron wyglądał tak samo,
monotonny i jednostajny. Po płaszczyźnie kuśtykała powoli jakaś postać.
Mały wir powietrzny dogonił nagle wędrowca niczym żądny zabawy
towarzysz, zasypując go obłokami piasku koloru umbry. Postać szła
spokojnie naprzód. Nie uniosła nawet ręki ani nie odwróciła głowy. Wir
pomknął dalej swą spiralną trasą, która zmierzała donikąd. Wędrowiec
szedł prosto przed siebie. Jego chroma prawa noga przy każdym kroku
zostawiała w piasku głęboki ślad.
Wędrowca spowijały wystrzępione resztki czegoś, co mogło ongiś być
grubym płaszczem włożonym na łuskową zbroję. Z jego gołych, wysuszonych
ramion zostały tylko pokryte stwardniałą skórą kości. Pod zaśniedziałym
hełmem z brązu widać tylko było puste otwory oczu, głęboką jamę nosa
oraz wyschnięte wargi odsłaniające próchnicze zęby. Na plecach dźwigał
zardzewiały miecz.
W oddali pojawiła się jakaś ciemna plamka, ale postać nadal brnęła przed
siebie pod przesłoniętym mgiełką niebem. Wysoko w chmurach krążyły
przypominające ptaki sylwetki. Wędrowiec zatrzymał się tylko raz.
Spojrzał w bok i zamarł na chwilę w bezruchu. Na horyzoncie coś się
zmieniło. Na granatowym niebie rozbłysło słabe srebrne światełko
przypominające miraż odległych gór. Postać wpatrywała się w nie przez
chwilę, po czym ruszyła w dalszą drogę.
Odległa plamka przerodziła się powoli we wzgórek, a wzgórek zmienił się
w menhir. Wędrowiec dotarł do podstawy granitowego monolitu, dwukrotnie
wyższego niż on sam, i zatrzymał się. Czekał tam spokojnie, spoglądając
na menhir, a po równinie nadal wędrowały obłoczki pyłu. Kamień
przecinały pionowe wyżłobienia przypominające ślady pazurów jakiejś
straszliwej bestii. Po schodzącej w dół spirali obiegała go srebrna
nitka cienkich jak włos symboli. Postać uklękła sztywno, by przyjrzeć
się lepiej - nie znakom, lecz brązowo-mahoniowej sylwetce, która
przycupnęła u podstawy menhiru.
Stworzenie poruszyło się nagle, unosząc bezwłosą głowę pokrytą
chitynowymi łuskami. Podłużne oczy o trzech powiekach rozbłysły barwą
płynnego złota. Prostokątne płyty pokrywającego szeroką pierś pancerza
poruszyły się, gdy istota zaczerpnęła tchu.
- Widzę, że nadal jesteś z nami, Jhedel - zauważył przykucnięty
wędrowiec. Jego głos brzmiał jak suche tchnienie grobu. Przybysz się
wyprostował.
- Ja też się cieszę, że cię widzę, Chodzący po Krawędzi.
Przybysz odwrócił się bokiem, kierując puste oczodoły na równinę.
Wypatrywał na niej srebrno-błękitnej plamki.
Jhedel obrócił głowę, stęknął i wyprostował opancerzoną nogę ozdobioną
śmiercionośnymi rogowymi ostrogami. Rozprostował szeroki grzbiet,
naprężył mięśnie i spróbował się podnieść. Nadaremnie. Ręce miał
unieruchomione za plecami, pogrążone po nadgarstki w nagim granicie
menhiru.
- Co cię sprowadza?
Chodzący po Krawędzi odwrócił się do niego plecami.
- Coś tędy przechodziło, Jhedel?
Stwór obnażył żółte kły w czymś, co mogło być uśmiechem.
- Wiatr. Pył. Czas.
- Pytam cię dlatego, że coś się zbliża. Wyczuwam to. Czy ty...
Jhedel przymrużył bursztynowe ślepia.
- Wiesz, że ten mały krąg stanowi teraz cały mój świat. Przyszedłeś ze
mnie szydzić?
- Pamiętaj, że jestem związany tak samo jak ty.
Jhedel przesunął wzrokiem po jego sylwetce.
- Jakoś tego nie widzę. Biedny Chodzący po Krawędzi. Rozpaczasz nad swym
zniewoleniem. A przecież byłeś tu na długo przed tymi, których zabiłem,
by sięgnąć po tron. I nadal tu jesteś, choć o tych, którzy mnie spętali,
dawno już zapomniano. Słyszałem o tobie pewne... pogłoski.
- Moc, którą wyczuwam, jest nowa - oznajmił Chodzący po Krawędzi, jakby
w ogóle nie słyszał słów rozmówcy.
- Naprawdę nowa?
- Bardzo możliwe.
Jhedel zasępił się, jakby nie wiedział, co sądzić o tej perspektywie.
- Chce zbadać Królestwo?
- Tak. Co o tym sądzisz?
Jhedel uniósł głowę i powęszył, poruszając wąskimi nozdrzami.
- Coś, co ma serce jak lód, i coś innego... coś sprytnego, ukrytego,
przypominającego niewyraźne odbicie.
- Pewnie przyglądają się tronowi.
Jhedel prychnął ze wzgardą.
- Nie sądzę. Nie po tak długim czasie.
- Zbliża się koniunkcja. Zmierzam do Domu. Ktoś może spróbować do niego
wtargnąć. Kto wie, może odzyskasz wolność.
- Wolność? - warknął Jhedel. - Pokażę ci, jak tylko ją odzyskam.
Podciągnął nogi pod siebie i spróbował się wyprostować. Jego pazurzaste
stopy zagłębiły się w piasek. Ramiona istoty trzęsły się z wysiłku, a pokrywające je chitynowe płyty tarły o siebie z chrzęstem.
Przez chwilę nic się nie działo. Chodzący po Krawędzi przyglądał się bez
słowa wysiłkom więźnia. Ze żłobionych ścian menhiru sypał się pył.
Monolit wyglądał, jakby wibrował. Rozbłyski srebrnego światła na jego
szczycie oślepiały przybysza. Blask spływał po wyrytych w kamieniu
znakach na podobieństwo błyskawic. W miarę jak spełzał w dół, nabierał
szybkości i żarzył się coraz jaśniej. W końcu wędrowiec odwrócił twarz
od gorejącego ognia.
Jhedel zachichotał szaleńczo.
- Jeszcze chwila! - zawołał, przekrzykując głośny niczym huk wodospadu
ryk gromadzącej się mocy.
Kula energii dotarła do podstawy menhiru i uderzyła w więźnia. Jhedel
zawył przeraźliwie. Grunt zakołysał się nagle, zbijając z nóg Chodzącego
po Krawędzi. W górę wzbiły się obłoki pyłu i piasku, unosząc się powoli
na ospałym wietrzyku. Kiedy opadły, Jhedel leżał nieruchomo u stóp
menhiru. Z jego przymkniętych oczu i rozdziawionych ust buchał dym.
Szkieletowa twarz Chodzącego po Krawędzi niczego nie wyrażała. Milczał
przez chwilę, a potem się podniósł i przykucnął.
- Jhedel? Słyszysz mnie? Jhedel?
Więzień jęknął.
- Czy pamiętasz?
Obalona na ziemię istota skinęła z namysłem głową.
- Tak. To moje imię. Jhedel.
Wzruszyła ramionami, leżąc w pyle.
- A czy pamiętasz, kto cię związał?
- Kimkolwiek byli, dawno już ich nie ma.
- Ja ich pamiętam. To byli...
- Nie mów mi! - Jhedel wstał, poruszając gwałtownie nogami. - Chcę sam
sobie przypomnieć. Dzięki temu mam jakieś zajęcie. Chwileczkę... Coś sobie
przypomniałem... - Odsunął się trwożnie od gościa. - Pogłoskę na twój
temat! - wysyczał.
Chodzący po Krawędzi oddalił się kilka kroków od menhiru.
- Wróć! - zawołał za nim Jhedel. - Proszę. Uwolnij mnie. To leży w twojej mocy. Wiem, że tak jest!
Chodzący po Krawędzi nie odpowiedział. Szedł spokojnie przed siebie.
- Uwolnij mnie, niech cię szlag! Musisz to zrobić! Niech cię szlag!
Jhedel szarpnął gwałtownie ramionami. Pył opadł z menhiru niczym chusta.
Blask wyrytych w kamieniu znaków przebijał się przez gęste obłoki jak
najdelikatniejszy filigran rozgrzany do temperatury ognia.
- Zniszczę cię! - ryknął Jhedel. - Ciebie i tych, którzy przybyli
później! Wszystkich!
Szarpnął się po raz kolejny, krzycząc z gniewu i bólu. Ziemia znowu się
zakołysała i Chodzący po Krawędzi się zachwiał. Popatrzył w stronę
menhiru. U jego podstawy coś się miotało, wzbijając chmurę piasku. Ku
niebu unosił się obłok pyłu.
Chodzący po Krawędzi ruszył w dalszą drogę. Był spóźniony, a czas i taniec firmamentów wszystkich królestw nie czekały na nikogo. Nawet na
jestestwa tak obłąkane i potężne jak to, które uwięziono za jego
plecami. Podczas niektórych rozmów, gdy istota częściowo odzyskiwała
jasność myślenia, potrafiła sobie przypomnieć swe pełne imię -
Jhe'Delekaaran. Pamiętała też, że zasiadała ongiś na tronie tego
królestwa i była seniorem Que'tezanich, mieszkańców najodleglejszych
regionów cienia. Jhedel mógł być szalony, ale pod jednym względem miał
rację: minęło wiele czasu, odkąd tron miał pana. Za każdym razem, gdy
nadchodziła koniunkcja, ten fakt niepokoił Chodzącego po Krawędzi. Tym
razem jednak najbardziej zaintrygowało go coś, co zdarzało się tak
rzadko, że mało brakowało, by tego nie rozpoznał... przyczajona zapowiedź
zmiany.
Rozdział I. Omeny i przybysze
Rozdział I
Omeny i przybysze
Żagle zbliżającego się kutra pocztowego, który mknął po wzburzonych
falach Cieśniny Wiatrów, płonęły krwawokarminowym blaskiem w promieniach
zachodzącego słońca. Hart oparł włócznię o kamienne blanki murów
Twierdzy Mocka i wysunął zza nich głowę, spoglądając w dół. Setki sążni
poniżej tłukły o urwisko spienione fale. Spojrzał przez ramię na szare
mury wewnętrznego donżonu. Wąskie szpary okien świeciły złotym blaskiem.
W środku poruszały się jakieś cienie.
- Między Kapturem a cholerną Otchłanią - mruknął Hart.
Z jakiegoś powodu wysoka rangą przedstawicielka imperium - kobieta
będąca pięścią imperialną - przybyła na tę prowincjonalną placówkę.
Kiedy przed trzema dniami przypłynęła na wyspę, omal nie uciekł stąd
pierwszym statkiem. Zdołał jednak utopić to pragnienie w ciemnym piwie w gospodzie "Pod Wisielcem" prowadzonej przez Kojca. Raz po raz powtarzał
sobie, że cała ta sprawa nie ma z nim nic wspólnego.
Przeciągnął się i skrzywił z bólu. Wieczór był nadspodziewanie chłodny i znowu odezwała się stara rana w plecach. Przed wielu laty oberwał w nie
oszczepem. Wojownik z Siedmiu Miast zniszczył najlepszą kolczugę, jaką
Hart dotąd miał, i cholernie mało brakowało, żeby go zabił. Rana nigdy
nie zagoiła się, jak należy. Być może przyszła pora, by znowu odwiedzić
tego młodego wojskowego medyka, Fokę. Podrapał podbródek, zastanawiając
się, czy wspominanie bliskiego spotkania ze śmiercią podczas zachodu
słońca przynosi pecha. Zapyta o to Corinn, jeśli ją spotka.
Zaledwie przed trzema dniami stał razem z setkami innych pod portowym
murem i przyglądał się, jak przedstawicielka imperium schodzi na ląd. Na
wszystkich ulicach rozległy się okrzyki zaskoczenia, gdy z pierwszym
brzaskiem ujrzano czarnogranatowe żagle i równie ciemny smołowany kadłub
malazańskiego okrętu wojennego kotwiczącego w zatoce. Mieszkańcy miasta
aż za dobrze pamiętali ostatnich gości: oddziały Trzeciej Armii, które
miały spotkać się tu z rekrutami oraz wymusić przestrzeganie nowego
edyktu imperialnej regentki zakazującego uprawiania magii. Doszło do
zamieszek i całą dzielnicę miasta strawiły płomienie.
Wieści o przybyciu okrętu skłoniły Harta do wdrapania się po wąskich
schodach na piętro gospody. Dokończył golenie, przerzucił ręcznik przez
ramię i wyszedł na Frontową. Wpatrzył się w widoczny między magazynami
port i położoną dalej zatokę. Podeszła do niego Anji, służąca, a od
czasu do czasu również kochanka Kojca. Kobieta dźwigała dwa wiadra
wypełnione wodą. Postawiła je na bruku, odgarnęła długie, kasztanowe
włosy opadające na zaczerwienioną twarz i spojrzała z niezadowoloną miną
w stronę portu.
- Bogowie, co to ma być?
Hart zmarszczył brwi.
- Okręt liniowy. Takie jednostki służą do bitew morskich, eskortowania
konwojów albo blokad. Raczej rzadko wykorzystuje się je jako
transportowce czy statki handlowe.
- To co on tu robi, na cycki Togga?
- Na pewno płynie na południe, do Korelu - stwierdziła Anji. Osłoniła
oczy dłonią i przeniosła wzrok na Harta. - No wiesz, tam jest wojna i tak dalej.
Mężczyzna zebrał w ustach flegmę i splunął w bok. Nikt nie wysyłałby
jednego okrętu w tak daleką drogę. Z tego, co słyszał, żeby odwrócić
losy wojny, byłoby ich potrzeba od Kaptura i trochę.
Pojawiły się łodzie, które odbiły od przystani i napędzane długimi
wiosłami pomknęły ku ogromnemu okrętowi. Hart się domyślał, że dowódca
garnizonu, Pell, który miał honorową rangę podpięści, płynie w jednej z nich dręczony chorobą morską. Zaczerpnął głęboki haust chłodnego
porannego powietrza.
- Chyba pójdę się temu przyjrzeć.
Anji znowu odgarnęła włosy.
- Po co się trudzić? Na pewno kolejny raz przeleją naszą krew i tyle. -
Podniosła wiadra. - Jakbyśmy nie zapłacili już wystarczającej ceny.
W porcie nie dowiedział się niczego więcej. W dzielnicy magazynowej
szeptano, że okręt z pewnością przywiózł nowego dowódcę garnizonu, albo
że Twierdza Mocka ma się stać bazą dowodzenia w nowej kampanii w Korelu.
Krążyły też jednak zgoła przeciwne pogłoski. Mówiono, że na okręcie
przypłynął Imperialny Sztab uciekający z Korelu. Pewien stary rybak
wyraził nawet przypuszczenie, że wrócił sam cesarz. Inni gapie unieśli
ręce i nakreślili gesty chroniące przed złem, po czym oddalili się
trwożnie. Rybak mrugnął znacząco do Harta.
Na pokład wyniesiono skrzynie. Załoga opuszczała je na łodzie, które
kołysały się u burty, jak nartniki otaczające wygrzewającą się na słońcu
morską bestię. Plotki o odwrocie z Korelu brzmiały interesująco. Wieści
napływające z południa mówiły, że tubylcy stawiają zaciekły opór, straty
są wysokie, a od czasu wysadzenia pierwszych desantów przed pięciu laty
nie udało się poczynić niemal żadnych postępów.
Na odległych kontynentach Hart walczył w innych kampaniach i pływał na
takich samych okrętach. Wszystkie miały na żaglach identyczne godło:
ustawione pionowo berło z osadzonym w trzech szponach cesarskim
jabłkiem. Był świadkiem szturmów na porty, podczas których te jabłka
rozjarzały się ogniem niczym blade słońca, obracając mury obronne i portowe fortyfikacje w gruzy. A gdy toczyli bitwy na pełnym morzu,
jabłka sprawiały, że morze wrzało, podpalały kadłuby i wzywały morskie
demony, by poszczuć je na nieprzyjaciela.
Być może okręt wracał z takiej właśnie wojny. Korel był ponoć ciągiem
archipelagów i o losach kampanii rozstrzygała tam flota. To mogłoby
tłumaczyć jego obecność.
Pierwsza z łodzi wróciła na wojskowe nabrzeże pod Twierdzą Mocka,
przywożąc tylko pasażerów. Mroczne, bogato odziane postacie wysiadły w pływającym doku. Hart przymrużył powieki, spoglądając na zakapturzonych
mężczyzn i kobiety, którzy ustawili się w szeregu i zniknęli pośród
fortyfikacji. Nie spodobało mu się to w najmniejszym stopniu. Za dobrze
znał ciemne skórzane buty i rękawice przybyszów. Poczuł nagły ucisk w brzuchu. Przypomniał sobie, w jakim jeszcze garnizonie można było
spotkać podobne okręty: w położonej na drugim brzegu cieśniny Uncie,
stolicy imperium.
Rybak uniósł podbródek, wskazując nim nabrzeże.
- Widzisz? Miałem rację.
Zachichotał ochryple, zaniósł się kaszlem i splunął w zaciśniętą pięść.
Drżąc z zimna w chłodnym wieczornym powietrzu, Hart przypomniał sobie,
że gdy ujrzał okręt po raz pierwszy, zadał sobie pytanie, czy przypłynął
tu po niego. Czy to możliwe, by ścigali go przez wiele tysięcy mil?
Jeśli tak, to zrobili z tego naprawdę wielkie przedstawienie. Zważywszy
wszystko razem, zachowywali się nieostrożnie.
***
Na szczyt murów dobiegł głęboki mosiężny ton dzwonu Twierdzy Mocka,
zwiastujący koniec dnia i służby Harta. Tuż obok niego chorągiewka w kształcie skrzydlatego demona zakręciła się z brzękiem na swym
szpikulcu, jakby nagle rozszalał się wicher. Weteran zmarszczył brwi,
spoglądając na szacowny zabytek. Pogoda była dziś niemal całkowicie
bezwietrzna.
Po paru chwilach usłyszał, jak jego przełożony, porucznik Pościg,
wchodzi na górę. Westchnął, słysząc jego ciężki, miarowy krok. Któregoś
dnia ktoś będzie musiał porozmawiać ze szczeniakiem i wytłumaczyć mu, że
nie maszeruje już po placu apelowym. Niemniej żołnierze zieloni jak
wiosenna trawa cechowali się również punktualnością, a po długim
popołudniu Hartowi zaschło w gardle.
Pościg zatrzymał się tuż za weteranem, lecz ten go zignorował. Wsłuchał
się w szum fal, spoglądając na smukły stateczek pocztowy, unoszący się
jak mewa na białych falach. Mijał od zawietrznej Starą Wyspę Czat,
płynąc niebezpiecznie blisko raf. To znaczyło, że miał nawigatora
obdarzonego talentem władania wiatrem. Albo opętanego przez biesa
sternika, któremu cholernie się śpieszyło do spotkania z Kapturem.
Poczuł, że w krzyż uwiera go sztych miecza.
- Odwróć się celem rozpoznania, żołnierzu.
- Rozpoznania? Pościg, czasami żałuję, że nasze drogi się skrzyżowały.
Hart odwrócił się i wsparł łokcie na zapiaszczonych wapiennych blankach.
Pościg schował miecz i stanął sztywno jak na pokazie musztry. Szczyt
jego żelaznego hełmu zdobiły długie pióra jakiegoś barwnego ptaka.
Świeżo polerowany, pokryty warstewką miedzi i mosiądzu napierśnik lśnił
w blasku słońca. Same skórzane buty młodzieńca wyglądały na warte
więcej, niż Hart zarabiał przez rok. Weteran spojrzał na swe połatane
sandały, wystrzępione szmaty owijające mu nogi oraz wytartą czarno-złotą
opończę regularnego żołnierza malazańskiego garnizonu.
- Zachowuj się jak prawdziwy wartownik, staruszku - ostrzegł go Pościg.
- Przynajmniej dopóki jest tu przedstawicielka. Na tajemnice D'rek,
człowieku. Mogło się okazać, że to nie ja, ale... Jak to mówią?... Jeden z jej zaufanych ludzi. - Spojrzał na donżon. - Wyrwałby ci serce jako
ostrzeżenie dla reszty.
Hart zesztywniał, usłyszawszy frazę "jej zaufanych ludzi". Gdzie chłopak
się tego nauczył? Minęło wiele lat, odkąd Hart ostatnio słyszał ten
stary termin określający imperialną służbę bezpieczeństwa, szponów.
Imperialnej pięści z pewnością towarzyszył ich kontyngent, zajmujący się
ochroną, zbieraniem informacji oraz innymi, mniej niewinnymi zadaniami.
Spojrzał z ukosa na porucznika, zastanawiając się, czy to miał być test.
Jednakże błyszczące piwne oczy chłopaka oraz jego gładkie policzki
sugerowały, że jest kryształowo uczciwy, jak czysty strumień na stepie.
Hart odzyskał równowagę, stłumił podejrzliwość i podziękował bliźniaczym
bogom szczęścia, że Pościg niczego nie zauważył.
Splunął na kruszące się wapienne bloki.
- Po pierwsze, chłopcze, słyszałem twoje kroki. Ich nigdy się nie
słyszy. A po drugie... - Hart popukał palcem w spłaszczony nos - ...można
ich poznać po smrodzie.
Pościg prychnął z niedowierzaniem.
- Bogowie, staruszku. Słyszałem, że walczyłeś w wielu cholernych
wojnach, ale nie udawaj, że myśl o tych szponach nie mrozi ci krwi w żyłach.
Hart zazgrzytał zębami. Miał szczerą chęć zdzielić chłopaka. Co taki
młodziak mógł wiedzieć o sprawach, na wspomnienie których nawet
najtwardszym weteranom robiło się niedobrze? Hart walczył w Siedmiu
Miastach, był jednym z żołnierzy, którzy zdobyli Ubaryd. Dotarli do
pałacu nocą. W marmurowych komnatach nie pozostał nikt poza trupami
dworzan i strażników, którzy nie zdążyli uciec, gdy cesarz zmiażdżył moc
falah'danki. Na górze znaleźli prywatne komnaty i samą Świętą,
przywiązaną jedwabnymi sznurami do krzesła. Wokół niej stało trzech
szponów ściskających w dłoniach noże. Krew lśniła na ostrzach i skapywała z wilgotnych więzów na nadgarstkach i kostkach kobiety,
tworząc na marmurowej posadzce kałużę koralowej barwy. Hart i Sztych
przystanęli niepewnie, ale Dassem podbiegł bliżej i odtrącił szpona
stojącego przed kobietą. Falah'danka uniosła nagle głowę, potrząsając
długimi włosami. Choć wyłupiono jej oczy, a z szeroko rozwartych,
pozbawionych języka ust wypływała krew, wydawało się, że kobieta patrzy
na Dassema. Agenci Szponu, dwóch mężczyzn i jedna kobieta, wymienili
między sobą spojrzenia. Jeden z nich odsunął się i uniósł okrwawiony
nóż, ujrzawszy wyraz oczu Pierwszego Miecza. Falah'danka poruszyła
ustami, wypowiadając bezgłośną prośbę. Kobieta-szpon wytrzeszczyła nagle
oczy w geście zrozumienia. Otworzyła usta, by krzyknąć, ale było już za
późno. Wszystko wydarzyło się tak szybko, jakby Dassem tylko wzruszył
ramionami. Głowa falah'danki odpadła od tułowia. Z rany trysnęła krew.
Głowa runęła na marmurową posadzkę i potoczyła się po niej, brukając
krwią długie czarne loki.
Choć Hart nie mógł być tego pewien, wydawało mu się, że kobieta
powiedziała: "Uwolnij mnie". Tak zakończyła życie ostatnia ze świętych
falah'dów Ubarydu.
Potarł bliznę w kształcie półksiężyca, która biegła od jego lewej skroni
aż po podbródek. Zaczerpnął głęboko tchu, by się uspokoić. Spróbował
sobie wyobrazić, kogo widzi Pościg, gdy na niego patrzy: steranego
weterana, zbyt niekompetentnego albo zapijaczonego, by przez całe życie
dosłużyć się stopnia wyższego niż kapral. W końcu taką rolę dla siebie
stworzył.
- Po prostu się ich brzydzę - odparł cicho.
Pościg otworzył szeroko oczy, zaniepokojony pasją w głosie Harta. Potem
się skrzywił, zrozumiawszy zawartą w nich krytykę Tronu Imperialnego.
Wskazał narożny barbakan.
- Możesz odejść, staruszku.
***
Skończywszy służbę, Hart zawiesił w koszarowej zbrojowni włócznię,
opończę i regulaminowy pancerz z utwardzanej skóry. Poprawił szmaty
spowijające nogi i owinął je na nowo rzemieniami wojskowych sandałów.
Następnie udał się na poszukiwania jedynego eleganckiego stroju, jaki
posiadał, falarskiego płaszcza ze szczotkowanego filcu z podszewką.
Znalazł go na ławie w wartowni. Larkin posadził na nim swe grube dupsko.
Mało brakowało, by na ten widok weteran się odwrócił i wyszedł. Larkin
świetnie wiedział, kiedy kończy się służba. To miało być wyzwanie i Hart
nie miał innego wyjścia, jak na nie zareagować.
Grubas siedział za stołem, snując opowieść. Pozostali wartownicy skupili
się ciasno, stykając się ramionami. Na nagich deskach stołu leżały
emaliowane płytki - Kostki. Najwyraźniej grę przed chwilą przerwano.
Nikt nie zawracał nią sobie teraz głowy, gdyż Larkin zbliżał się do
pointy jednej ze swych rozwlekłych historii.
Hart wsparł się o uciętą pod kątem prostym belkę służącą jako ościeże i zaplótł ręce na piersi. Larkin dopiero przed miesiącem wrócił z Genabackis. Przeniesiono go do służby garnizonowej, został bowiem ranny
w nogę. Hart miał wrażenie, że zna już na pamięć wszystkie jego
przeżycia.
- To było w Lesie Czarnego Psa - cedził grubas, przeciągając jedną ze
swych ulubionych opowieści.
Wartownicy pokiwali głowami. Wiedzieli, co ma się wydarzyć, lecz i tak
czekali z niecierpliwością na dalszy ciąg.
- Karmazynowa Gwardia...
Młodzi żołnierze, znudzeni służbą garnizonową z dala od pola walki,
popatrzyli po sobie. Niektórzy potrząsnęli głowami z wrażenia. Nawet
Hart musiał przyznać, że słysząc tę nazwę, czuje dreszcz uznania i lęku.
To była kompania najemników, która poprzysięgła zniszczyć imperium.
Karmazynowa Gwardia pierwsza zadała Malazańczykom poważny cios,
odpierając inwazję na Stratem, a obecnie stawiała opór imperium na
czterech różnych kontynentach.
- Kogo widziałeś? - zapytał jeden z wartowników, Cullen.
Był rodowitym wyspiarzem, ale zapewniał, że w młodości parał się
piractwem u brzegów Stratemu. Larkin pokiwał głową. Hart również. To
było celne pytanie, zadane przez kogoś, kto wiedział o co pytać.
Grubas wrócił do opowieści, nie przestając kiwać głową.
- To była zakrojona na szeroką skalę ofensywa, mająca na celu wykurzenie
nieprzyjaciela z lasu i otwarcie drogi na południe, na Równinę
Rhivijską. Dowódca, szlachetnie urodzony Dalhończyk w randze podpięści,
podzielił nas na trzy kolumny, żeby zmusić przeciwnika do rozciągnięcia
sił. No wiecie, mieliśmy przewagę liczebną. Gwardię wzmocnili miejscowi
rekruci, wojownicy z genabackańskiego plemienia zwanego Barghastami,
mieszczanie, pospolite ruszenie, leśni ludzie i inna hołota. Z początku
wyglądało to nieźle. Zapowiadała się łatwa kampania. Przez pięć dni
posuwaliśmy się naprzód, a oni przed nami czmychali. Koniec z legendą o niezwyciężonej Gwardii! Oczywiście garstka Barghastów i leśnych szyła do
nas z łuków, gdy przeprawialiśmy się przez strumienie albo
maszerowaliśmy przez pagórkowaty teren, ale kiedy przechodziliśmy do
kontrataku, zwiewali jak tchórze. Potem jednak nadeszła szósta noc...
Hart mógł jedynie pokręcić głową na myśl o niewiarygodnej głupocie, jaką
był marsz kolumnami przez gęsty, pełen wrogów las. Pewnie, że
nieprzyjaciel pozwolił im się posuwać naprzód! Pewnie, że Gwardia
unikała bezpośredniego starcia z liczniejszym przeciwnikiem! Ale gdy
tylko kolumny zostały izolowane, znalazły się tak daleko od siebie, że
odsiecz stała się niemożliwa, i nastąpił atak.
Wartownicy ponownie pokiwali głowami, oburzeni tak haniebną strategią.
Hart miał ochotę krzyknąć: "Nie słuchajcie tego cholernego durnia!".
Stanowił tu jednak jednoosobową mniejszość. Choć Larkin był nadętym
przygłupem, powszechnie go lubiano. Niedawno wrócił z wojny w dalekich
krajach i lubił znajdować się w centrum uwagi. Hart zdawał sobie sprawę,
że młodsi żołnierze nie rozumieją i nie lubią jego milczenia. Niektórzy
powątpiewali nawet w jego doświadczenie. Gdyby zaprzeczył Larkinowi,
uznano by, że kieruje nim zawiść.
- Zaatakowali nocą jak zwykli złodzieje.
Grubas splunął zdegustowany tak podstępną taktyką.
Hart z trudem powstrzymał śmiech. Świetnie pamiętał podobne bitwy
toczone w blasku księżyca, kiedy to Malazańczycy byli stroną atakującą.
- Zapanował chaos. Z mroku wypadali z wrzaskiem Barghastowie. Byli z tyłu, z przodu, otaczali nas ze wszystkich stron. Nie mieliśmy dokąd
uciekać. Zebrałem grupkę ludzi pod wysokim głazem, w świetle płonących
zarośli. Ustawiliśmy się w szyk, mając rannych za plecami, i odparliśmy
trzy ataki Barghastów.
Larkin kaszlnął w garść, skrzywił się i umilkł. Hart przeszył go
dociekliwym spojrzeniem. Zastanawiał się, czy chodzi mu o przeżytą
grozę, o wspomnienie poległych przyjaciół? Dlaczego z taką ochotą snuł
co drugą noc tę opowieść?
- Zobaczyłem daleko w krzakach trzech gwardzistów, ale nie poznałem
żadnego z nich. Potem obok przebiegł Półdan. Jego poznałem po wzroście.
Rzeczywiście pół!
Wartownicy zachichotali, jak na rozkaz.
- Ponoć kiedyś służył pod rozkazami Oprawcy - dodał Cullen.
Larkin skinął głową.
- Później z mroku wyłonił się kolejny gwardzista. Nigdy nie zapomnę tego
widoku... wyglądał jak jakiś bies przybyły ze Ścieżek Kaptura. Jego
opończa błyszczała w blasku płomieni jak świeża krew. Po hełmie z wizurą
i czarnej tarczy poznałem, że to Lazar. Walczyliśmy, ale nic to nie
dało...
Larkin poklepał się po chorej nodze i potrząsnął głową.
Hart wyszedł nagle z pomieszczenia, by ostudzić głowę. Oparł się o wilgotny kamienny mur. Na kości Fenera! Co za skurwysyński kłamca.
Walczył z Lazarem! Hart nigdy nie spotkał się w boju z gwardzistami, ale
Dassem potykał się z nimi przez dziesięciolecia. Sam ten fakt mówił
wystarczająco wiele o ich umiejętnościach. Dassem nigdy nie opowiadał o tych walkach. Uważano, że Zaprzysiężonych nie sposób powstrzymać, ale on
zabił wszystkich, którzy rzucili mu wyzwanie: Shirdara, Keala, Bartoka.
Ponoć tylko Oprawca uszedł z życiem ze starcia z nim.
Wtem uwagę Harta przyciągnął śmiech. Rzeźbione Kostki stuknęły o blat.
Weteran zaczerpnął głęboko tchu i wrócił do środka.
- Larkin. Siedzisz na moim płaszczu.
Grubas uniósł wzrok, stukając płytką o stół. Jedną tłustą ręką objął
oparcie krzesła i wskazał blat pokryty chaotyczną mapą ścieżek ułożonych
z płytek. Farba z nich złaziła, symbole starły brudne palce całych
pokoleń żołnierzy.
- Gram - burknął i pochylił głowę.
- Tylko unieś ten gruby tyłek, żebym mógł zabrać płaszcz.
Larkin nie zareagował. Dwaj żołnierze wzruszyli ramionami i wydęli usta,
spoglądając na Harta. Grubas położył płytkę, wciskając ją na miejsce
tłustym paluchem. Hart podszedł do stołu i ją podniósł. Pięć par oczu
śledziło jego ruch, a potem popatrzyło na Larkina.
Grubas westchnął przeciągle, co miało sugerować, że musi wiele
wycierpieć.
- Nie wiesz, że przerwanie gry przynosi pecha?
Spojrzeli sobie w oczy. Było oczywiste, że ten dureń zamierza pokazać
Hartowi, jedynemu tu prawdziwemu weteranowi, gdzie jego miejsce. Hart
unikał go dotąd z tego właśnie powodu. Ostatnie, czego pragnął, to
odpowiadać na pytania, gdzie i z kim walczył. Ze wszystkich sił starał
się zachować anonimowość, ale tego było już za wiele. Nie pozwoli, żeby
taki bęcwał pomiatał nim jak jakiś koszarowy tyran.
- Oddawaj tę cholerną płytkę - zażądał Larkin, odsuwając się od stołu. -
Bo inaczej będę ją ci musiał zabrać, dziadku.
Żołnierze przestali się uśmiechać i wymieniać spojrzenia. Jeden z nich
westchnął, jakby już żałował tego, co się za chwilę wydarzy. Hart
wyciągnął rękę. Na otwartej dłoni leżała płytka.
- To zabierz.
Jakaś część jaźni Harta, nieobecna od blisko roku, postanowiła
sprowokować go do działania. Jej głos zabrzmiał w jego umyśle, gładki i pełen groźby: "No jazda. Tylko spróbuj".
Larkin rozejrzał się wokół małymi, zatopionymi w tłuszczu oczkami, jakby
się zastanawiał, co się tu dzieje, kto z kogo żartuje. Najwyraźniej nie
tak to sobie wyobrażał. Nagle jednak wzruszył ramionami i opuścił kąciki
ust w wyrazie nonszalancji. Hart uświadomił sobie, że ten człowiek jest
zbyt zarozumiały, by kogokolwiek słuchać.
Larkin potrząsnął głową, jakby zdumiewały go wybryki sklerotycznych
staruszków, i sięgnął po płytkę. Hart złapał go za gruby nadgarstek i ścisnął. Przedmiot upadł z grzechotem na stół.
Grubas szarpnął się gwałtownie, jakby ugryzł go wąż. Zacisnął usta z zaskoczenia i bólu. Pozostali żołnierze wstrzymali oddech. Larkin
spróbował wyszarpnąć rękę, ale ta nawet nie drgnęła.
Hart uśmiechnął się do niego. Grubas musiał coś wyczytać w tym uśmiechu,
ponieważ natychmiast sięgnął drugą ręką po sztylet, który miał u pasa.
Gdy tylko krótki nóż pojawił się nad stołem, Hart wyciągnął
błyskawicznie drugą rękę i złapał Larkina za drugi nadgarstek.
W pomieszczeniu zapadła cisza. Było słychać tylko wysilony oddech
grubasa. Nóż przesuwał się nieubłaganie w stronę jego przedramienia.
Larkin dyszał ciężko. Twarz poczerwieniała mu z wysiłku. Zerwał się
nagle, przewracając ławę. Ostrze dotknęło jego przedramienia tuż ponad
nadgarstkiem i zaczęło piłować. Hart cały czas patrzył mu w oczy. Na
stół skapnęły pierwsze krople krwi.
Weteran przyciągnął Larkina do siebie.
- Lazar zaszlachtowałby cię jak świnię - wyszeptał mu do ucha.
Harta złapały liczne ręce, odciągając go od przeciwnika. Żołnierze coś
krzyczeli, ale on ich nie słuchał. Larkin odrzucił głowę do tyłu i ryknął wniebogłosy. Gdy Hart go puścił, grubas zatoczył się do tyłu i padł na posadzkę, trzymając się za rękę. Żołnierze odciągnęli weterana
na korytarz. Szeptali między sobą ze zdumieniem i przyglądali mu się
ostrożnie. Któryś zatknął pałkę z powrotem na miejsce na ścianie.
Po paru chwilach jeden z nich przyniósł Hartowi zwinięty płaszcz.
Weteran usłyszał, jak szepczą do siebie, że nigdy nie widzieli nic
podobnego, myślał jednak tylko o okropnych konsekwencjach tego, co przed
chwilą uczynił. Stojąc nad stołem, zauważył, że na Kostki padły kropelki
krwi.
Żołnierz, Dziewica, Król oraz runa Obelisku. Nie ulegało wątpliwości, że
spotka go dziś ogromny pech.
***
O ile Kiska potrafiła się zorientować, załoga pocztowego stateczku
zachowywała się podczas przybijania do brzegu zupełnie normalnie.
Marynarze chowali ekwipunek, zabezpieczali statek przed pierwszą zimną
burzą Rządów Osserca zbliżającą się z południa. Zdradzały ich jednak
drobiazgi. Gdzie były wzajemne wyrzuty, skargi, przekomarzanie się
wracającej do portu załogi? Radość z zejścia na ląd? Poza tym nikt się
nie obijał. Co prawda jeden z marynarzy udawał, że leniuchuje przy
trapie, ale w rzeczywistości obserwował nabrzeże z leniwą obojętnością
strażnika. Poznawała tę pozę. Ona również ją ćwiczyła.
Dziewczyna leżała na brzuchu na pokładzie statku cumującego po drugiej
stronie pirsu. Wsparła podbródek na urękawicznionej dłoni, pogrążona w cichej obserwacji. Siąpił leciutki deszczyk i włosy lepiły się jej do
twarzy, lecz Kiska nawet nie drgnęła. Marynarze zabijali tylko czas: po
raz kolejny zwijali liny i zabezpieczali wyściółkę. Czekali. Czekali na
jakąś konkretną osobę, konkretne wydarzenie. To znaczyło, że wszyscy
pracują dla tego samego pryncypała.
To było dziwne: imperialny kuter pocztowy, którego załoga najwyraźniej
składała się wyłącznie z ludzi pracujących dla tego, kto zlecił statkowi
misję. Kiska spędziła na portowych nabrzeżach całe dzieciństwo i podobny
układ sugerował według niej kogoś, kto miał wpływy potrzebne, by móc
wynająć podobny statek - to znaczy wielkie - a do tego władzę
pozwalającą mu zastąpić regularną załogę własnymi ludźmi.
Pytanie brzmiało: co ma zrobić z tym odkryciem? Spojrzała na upstrzony
plamami mur Twierdzy Mocka górujący nad portem. Zameldować szponom? A dlaczego miałaby to robić, skoro jasno powiedzieli, że jej nie
potrzebują?
Przypomniała sobie, jak się poczuła przed kilkoma dniami, ujrzawszy o świcie imperialny okręt Niepowstrzymany, który kotwiczył w zatoce.
Pomyślała wówczas, że to najważniejszy dzień w jej życiu, druga szansa,
o którą nie prosiła i na którą nie miała nadziei. Teraz jednak odnosiła
wrażenie, że przez ten krótki czas postarzała się o wiele lat. Nie była
już dziewczyną, która się wdrapywała na wysokie kamienne mury wojskowego
portu albo zakradała na płaski dach rządowego magazynu, by obserwować
nabrzeża. Czyżby straciła coś, co miało tamto dziecko? A może coś
zyskała? Wiedzę, która na każdym odciska swe piętno w pewnej chwili
życia.
Rankiem owego dnia obserwowała pierwszą wracającą z okrętu łódź.
Przypłynęło nią siedem zakapturzonych postaci. Była pewna, że to
imperialni oficerowie ze stolicy. Skąd mogliby przybyć, jeśli nie z położonej po drugiej stronie cieśniny Unty? Przybysze zeszli na ląd,
zdjęli podróżne płaszcze, złożyli je i przerzucili przez ramiona.
Ujrzawszy pozbawione ozdób jedwabne koszule, szerokie szarfy, luźne
pantalony, w pierwszej chwili poczuła się rozczarowana. W Malazie można
było spotkać kupców, którzy nosili bogatsze stroje. Jednakże jeden z nich, niższy od pozostałych, nie zdjął płaszcza. Ten właśnie przybysz
skinął dłonią i podekscytowana Kiska zauważyła, że pozostali otoczyli go
kręgiem. Straż osobista!
Kto to mógł być? Nowy dowódca garnizonu? A może imperialny inspektor,
przysłany ze stolicy, by sprawdzić Pella. Jeśli rzeczywiście tak było,
niech bogowie się zlitują nad podpięścią. Inspektor znajdzie w Twierdzy
Mocka gdaczące na wewnętrznym dziedzińcu kury oraz świnie ryjące w pustym, pękniętym zbiorniku na wodę. Gdy grupka ruszyła w głąb lądu
główną trasą biegnącą wzdłuż pagórków, Kiska przykucnęła, a potem
ruszyła w pościg. Przeskakiwała z dachu na dach i biegła szczytem muru,
by dotrzeć do nawisu, pod którym powinni przechodzić. Uciekały przed nią
skrzeczące głośno mewy.
Dowie się wszystkiego. Porozmawia z ich dowódcą. Zaoferuje mu swe
usługi. Być może zgodzi się ją przyjąć. Tak wysoki rangą przedstawiciel
imperium z pewnością zrozumie, że talent Kiski marnuje się na tej
nędznej wyspie.
Grupka zmierzała ku niej wąską, otoczoną murami drogą. Kiska przesunęła
się nieco do przodu, by lepiej widzieć. Pierwszych dwoje, szczupły
mężczyzna i ciężej zbudowana kobieta, kroczyło nonszalancko, trzymając
ręce za plecami. Nie widziała żadnej broni. Cóż to mogli być za
strażnicy? Może adiutanci albo sekretarze? Szlachetnie urodzeni, którzy
wybrali się popatrzyć na życie pospólstwa. Na tę ostatnią myśl gardło
dziewczyny wypełnił kwaśny smak. Pojawiła się niska postać. Jej twarz
skrywał wielki kaptur, a dłonie niknęły w długich rękawach. Kiska
starała się wypatrzyć jakieś szczegóły pod luźnym płaszczem. Był czarny,
tak? A może to raczej był bardzo ciemny karmin?
Coś szarpnęło ją nagle do tyłu. Odwróciła się, otwierając usta do
krzyku, ale zamknęła je urękawiczniona dłoń. Spojrzały na nią orzechowe
oczy. Mężczyzna miał kościstą twarz o ciemnej, lekko niebieskawej cerze.
Jego krótkie, kręcone włosy lśniły w blasku wschodzącego słońca.
To Napańczyk, uświadomiła sobie dziewczyna.
- Kim jesteś? - zapytał.
Kiska nie widziała go wśród tych, którzy zeszli na ląd. W gruncie rzeczy
nie widziała go nigdy, a gdyby ktoś taki mieszkał na wyspie, z pewnością
by o tym wiedziała.
Mężczyzna cofnął dłoń. Dziewczyna odchrząknęła, a potem przełknęła
ślinę. Piękne, pozbawione wyrazu oczy patrzyły przez nią na wskroś. Oczy
jak szkło.
- Ja... tu mieszkam.
- Rozumiem. I?
Znowu przełknęła ślinę.
- Nie...
Nagle zauważyła broszę na lewej piersi mężczyzny: srebrny ptasi szpon
ściskający małą perłę. Szpon! To byli agenci imperialnego wywiadu,
magowie, wykonawcy woli cesarza. Dokonała odkrycia większego, niż się
spodziewała. To nie była zwykła inspekcja. Jedynie najwyższym rangą
przedstawicielom imperium przysługiwała ochrona złożona ze szponów. Gość
mógł nawet być pięścią imperialną.
- Nie chciałam zrobić nic złego! - wydyszała i natychmiast przeklęła
samą siebie za to, że zachowała się tak... mało profesjonalnie.
Szpon zacisnął usta w wyrazie - jak sądziła Kiska - niesmaku.
- Wiem o tym - odparł i zaczął się oddalać. Poruszał się zupełnie
bezgłośnie, choć szedł po popękanych, upstrzonych ptasimi odchodami
dachówkach.
Kiska przypomniała sobie nagle, po co tu przyszła.
- Niech pan zaczeka!
Szpon zatrzymał się na krawędzi dachu.
- Słucham?
- Proszę. Chciałam... chciałam się spotkać z nim, czy może z nią... z waszym
szefem.
Dłonie mężczyzny zatrzepotały jak ptasie skrzydła, a potem zatrzymały
się na szarfie.
- A po co?
Kiska w ostatniej chwili powstrzymała się przed klaśnięciem w dłonie.
Zaczerpnęła głęboko tchu.
- Chcę dostać pracę. Dajcie mi szansę. Proszę, mam talent, naprawdę mam.
Przekonacie się. Musicie tylko dać mi szansę.
Szpon cofnął dłonie od szarfy i splótł je za plecami.
- Mówisz, że masz talent?
Serce dziewczyny zabiło gwałtownie.
- Tak - zdołała wykrztusić. - Naprawdę mam.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- To sprawa dla miejscowego dowódcy. Mam wrażenie, że to podpięść Pell.
Porozmawiaj z nim.
- Tak, już z nim rozmawiałam, ale on...
Szpon zeskoczył bezszelestnie z muru i zniknął. Dziewczyna podbiegła do
krawędzi. Nie było tam nic. Dobre trzy długości ciała mężczyzny w dole
ciągnęła się pusta, brukowana ulica. Serce Kiski zabiło mocno.
Dziewczyna oplotła się rękoma podekscytowana spotkaniem. To było
zdumiewające. Uniosła pięść ku stromym, plamistym murom Twierdzy Mocka.
Tak jest, porozmawia z kimś. Tak wysoko postawionym, jak tylko zdoła!
Jak śmieli jej odmówić?
***
Idąc przez wewnętrzny dziedziniec Twierdzy Mocka, Hart zdjął płaszcz i zarzucił go na ramiona. Na podwórcu było pusto. Z twierdzy wycofano
niemal całą załogę poza garstką najpotrzebniejszych ludzi. Od chwili
przybycia bezimiennej "przedstawicielki" imperium wszyscy mieli dwa razy
więcej służb. Tajemnicza kobieta zajęła ze swą świtą trzy górne piętra
donżonu, wyganiając stamtąd dowódcę garnizonu, Pella, który obecnie spał
w zbrojowni i pił jeszcze więcej niż zwykle.
Jaki był cel tej wizyty? Hart słyszał na ten temat ze dwadzieścia
różnych hipotez. "Pod Wisielcem" przeważała opinia, że dowództwo w Uncie
rozważa możliwość ostatecznej likwidacji garnizonu i pozostawienia wyspy
rybakom, gnieżdżącemu się na urwiskach ptactwu oraz fokom, które miały
kolonię na południe od miasta, na Skałach Benaress. Hartowi jednak nie
wyznaczano dodatkowych służb. Ze starszym wiekiem łączyły się pewne
przywileje. Uśmiechnął się, czekając na chwilę, gdy znów skosztuje
warzonego przez Kojca ciemnego staromalazańskiego.
Gdy dotarł do wartowni, było w niej ciemno. Odźwierny, Lubben, wylazł na
zewnątrz. U jego pasa grzechotały klucze, które nosił na wielkim
żelaznym pierścieniu. Garbił się jeszcze bardziej niż zwykle, a gdy
spojrzał na dziedziniec, w jego oku pojawił się błysk. Hart miał ochotę
zapytać staruszka, dlaczego nie chrapie przy piecyku w wartowni jak
zwykle. Czyżby wydarzyła się jakaś katastrofa? Odźwierny jednak ostrzegł
go skinieniem dłoni.
- Brama jest zamknięta na noc, żołnierzu.
- Żołnierzu? Co się stało, Lubben? Oślepłeś z przepicia?
Lubben wskazał kciukiem ciemny korytarz za plecami. Poruszył ustami,
wypowiadając jakieś słowo, którego Hart nie dosłyszał.
- Co tu jest grane, na bezsenne oczy T'riss...? - Weteran przerwał nagle.
Z cieni wyłonił się bezgłośnie ktoś inny. Imperialny szpon w sięgającym
kostek czarnym płaszczu z kapturem. Lubben skrzywił się i wzruszył lekko
ramionami w bezradnym geście przeprosin. Spod kaptura wystawała tylko
dolna połowa szczupłej, pobrużdżonej twarzy. Wytatuowano na niej
kabalistyczne znaki, symbole przypominające Hartowi kanciaste pismo
tych, którzy władali grotą Rashan, Ścieżką Ciemności. Szpon spojrzał na
Lubbena.
- Jakieś kłopoty, odźwierny?
Lubben pokłonił się nisko.
- Nie. Wszystko w porządku.
Zakapturzona postać zerknęła na Harta, który natychmiast pochylił głowę.
Być może przesadzał z ostrożnością, ale szpon mógł uznać ten gest za
znak szacunku. Nieraz już się przekonał, że to lubią.
- Czego chcesz, żołnierzu?
Hart zacisnął dłonie na pasie, tak mocno, że aż mu zdrętwiały palce.
Wbił wzrok w kamienne płyty pod stopami. Dwie były pęknięte, a cztery
nadkruszone.
- No więc... - zaczął ostrożnie - ...chodzi o to, że właściwie przeszedłem
już w stan spoczynku i mam w mieście pokoik. Wezwano mnie tylko z powodu
wizyty. Kapujesz, potrzeba więcej wartowników.
- Odźwierny, czy możesz poświadczyć za tego człowieka?
Lubben mrugnął znacząco do Harta.
- Jasne. Jest tak, jak mówi.
- Rozumiem.
Szpon podszedł bliżej. Hart uniósł głowę, ale nadal spoglądał w bok.
Kącikiem oka obserwował poddającego go oględzinom szpona. Minął rok,
odkąd ostatnio spotkał się tak blisko z jednym z tych skrytobójców, a wtedy próbowali go zabić. Wówczas był gotowy do walki, teraz zaś czuł
się po prostu zdumiony, że nadział się na członka eskorty tajemniczej
kobiety. Czyżby rzeczywiście patrolowali okolicę, jak sugerował Pościg?
Dlaczego akurat dzisiaj?
- Jesteś weteranem. Gdzie są twoje wstążki z kampanii?
- Nie noszę ich.
- Wstydzisz się?
- Nie. Po prostu uważam się za przeniesionego w stan spoczynku.
- Śpieszy ci się opuścić imperialną służbę?
- Nie. Zapracowałem już na emeryturę. - Zaczerpnął tchu. - Rozumiesz,
buduję łódź - kontynuował pośpiesznie. - W życiu nie widziałeś ład...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki