Noc na nas patrzy - Heather Graham

-
Proszę czekać

 

Prolog

W arizońskim miasteczku Lily poranki były ciche i spokojne.

Szkoda, pomyślał Sloan Trent, wchodząc po dwóch stopniach na pomost wyniesiony nad poziom głównej ulicy. Miał poczucie, że turyści coś tracą, ponieważ te letnie poranki były piękne, zatrzymywały jeszcze chłód nocy, chociaż dni bywały często upalne.

Nie było niczego zaskakującego w tym, że ulica nazywała się Main Street[1]. Czasem, gdy wiatr przybierał na sile, po jezdni przetaczały się nawet skłębione chwasty, którym towarzyszyły obłoczki pyłu. Turyści to uwielbiali, chyba że akurat trafił się jeden z nielicznych deszczowych dni, który zmieniał ziemną nawierzchnię w błotnistą ślizgawkę, co dobitnie tłumaczyło obecność drewnianych pomostów od lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku.

Całe miasteczko wzniesiono z drewna, a tylko kilka nowszych domów na peryferiach z cegły lub betonu. Gdy budowano Lily, drewno stanowiło najłatwiejszy do pozyskania surowiec, więc wszystko było drewniane. Nawet areszt.

Zakrawało na cud, że miasteczko nigdy nie spłonęło do szczętu. Jednak choć zabite deskami, wszystko przetrzymywało. Już samo danie mu nazwy Lily[2] było przejawem optymizmu. Kiedy Joseph Miller przybył tu dawno temu, na początku drugiej połowy dziewiętnastego wieku, z nadzieją na znalezienie złota, nazwał to miejsce na cześć swojej irlandzkiej babki nie z powodu jej urody czy uroku, lecz dlatego, że jak sięgał pamięcią, była ona obdarzona tak olbrzymią wytrzymałością, jakiej nie zauważył u nikogo innego.

Arizońskie miasteczko Lily też niewzruszenie trwało, chociaż miewało lepsze i gorsze czasy, wzloty i upadki.

Sloan popatrzył z biegiem zachowanej z dawnych czasów szerokiej pylistej drogi. Kiedyś Lily było bliskie stania się miasteczkiem widmem, prawie całkowicie wyludnionym. Na początku dwudziestego wieku pozostały tu zaledwie trzy miejsca pracy, z czego jednym było biuro szeryfa z aresztem, a pozostałe dwa, oba o włos od upadku, to był saloon o nazwie Paris oraz teatr Gilded Lily. Oczywiście, o utrzymanie się na powierzchni w tym nękanym suszą, peryferyjnym miasteczku na Dzikim Zachodzie między Tucson a Tombstone trzeba było wówczas walczyć. W Gilded Lily oferowano pod szyldem teatru bardzo poślednią rozrywkę, jednak wyraźnie dawało to dobre wyniki.

Ponieważ zaś górnicy, ranczerzy, oportuniści i zwykli bandyci lubili korzystać z usług saloonu po drugiej stronie ulicy oraz baru w teatrze, również areszt miał się jak najlepiej.

Współcześnie strzelaniny nie zdarzały się często. Było nawet niewiele bójek między pijanymi. Sloan czuł się tutaj dziwnie jako szeryf, ponieważ miał za sobą służbę w houstońskiej policji. Tu dowodził grupą sześciorga podwładnych, w tym jedną kobietą, natomiast wcześniej pracował z setkami kolegów.

Wrócił do Arizony na wiadomość o chorobie dziadka i został, by opiekować się staruszkiem, którego powoli zabijał rak. A teraz...

Teraz nie miał serca ponownie opuścić Lily. Tkwił tu więc i na co dzień zajmował się drobnymi przestępstwami.

Właśnie z tego powodu ruszył się ze swojej nowej siedziby przy szosie i przyjechał na drugi koniec miasteczka, do jego części turystycznej. Znowu dostał wezwanie ze starego biura szeryfa, które wraz z aresztem obecnie mieściło restaurację i pensjonat pod nazwą, jakżeby inaczej, Old Jail[3]. Pokazywano to miejsce we wszystkich programach telewizyjnych o duchach, stale nadawanych przez kablówki. Znowu doszło tam do domniemanej kradzieży.

Dziewiętnastowieczne biuro szeryfa sąsiadowało z teatrem Gilded Lily, natomiast saloon Paris i dawna stajnia znajdowały się po drugiej stronie ulicy. Chociaż Lily było małe w porównaniu z tak znanymi miejscowościami turystycznymi, jak Tombstone, ostatnio powoli wracało do łask. Za saloonem, w byłym zakładzie golarskim, urządzono ultranowoczesną galerię sztuki i spa, a obok ulokowała się firma Desert Diamonds, czyli sklepik z pamiątkami połączony z pizzerią, lodziarnią i barkiem. Mieściło się tam również niewielkie muzeum. W klimatyzowanym pomieszczeniu na zapleczu właściciel firmy, Grant Winston, który mieszkał w Lily od niepamiętnych czasów, wystawiał wiekowe gazety i starocie.

Main Street szybko stawała się atrakcją turystyczną. W stajni organizowano naukę jazdy konnej, całodzienne przejażdżki i specjalne nocne trasy duchów. W kilku miejscach na pustyni ustawiono nawet styropianowe zabytki, aby dostarczyć turystom więcej przeżyć.

Kręcąc głową nad cudami współczesnej komercji, Sloan na chwilę przystanął. Wraz z silniejszym podmuchem wiatru po jezdni przetoczył się podskakujący duży kłąb bylicy. Sloana naszło przeczucie, że zbliża się zmiana i w Lily dochodzą do głosu ciemne moce. Mimo woli szeroko się uśmiechnął, przejęty niedorzecznym wrażeniem, że nagły chłód w powietrzu i kłąb bylicy mogą stanowić ostrzeżenie przed złem.

Otworzył drzwi pensjonatu. Stare biurko szeryfa stało się kontuarem recepcji, a na dawnym biurku zastępcy stała tabliczka z napisem "Przyjmowanie zleceń specjalnych". W takim mieście jak Lily była to, rzecz jasna, usługa nieodzowna.

Pracownik przyjmujący zlecenia miał również dodatkowo niespecjalnie oryginalne zajęcie, mianowicie rankiem obsługiwał bufet z kawą i kontynentalnym śniadaniem, uruchomiony w starym schowku na broń, odkąd urządzono tam niedużą restaurację. Jedzenie było pyszne i często należało rezerwować stoliki, gdyż w pomieszczeniu stało ich zaledwie sześć.

Mike Addison, właściciel i szef Old Jail, czekał przy kontuarze. Na widok Sloana szybko wstał.

- Szeryfie, dzięki Bogu, że jesteś!

- Stawiłem się bez zwłoki, Mike. Co tym razem?

- Para z pokoju numer jeden. Wiesz, cela Hardy'ego! - odparł dramatycznym tonem Mike. - W nocy ich okradziono!

- Co się stało?

- Zbudzili się rano i okazało się, że zabrano im portfele. Nie uwierzyłbym w to, Sloan, ale są bardzo sympatyczni i szczerze się tym przejęli. Mąż mówi, że poszli do Gilded Lily, obejrzeli przedstawienie, wypili na dobranoc po kieliszku i wrócili. Jak wiesz, tylko nasi goście mają klucze do głównego wejścia i cel. Słowo daję, że nie umiem sobie wyobrazić, jak ktoś mógł się dostać do ich pokoju!

Mike przekroczył trzydziestkę, był wysoki, szczupły i poważny. Pochodził z Bostonu i uwielbiał wszystkie westerny, które dorastając, obejrzał dzięki kablówce. Budynek starego aresztu kupił od "Kpa" Stevensa, który wcześniej przebudował go na pensjonat. Ciężko się potem napracował, aby zachowując historyczny wygląd tego miejsca, zapewnić w nim miłą atmosferę. Wprawdzie pokoje były wyjątkowo małe, przerobiono je przecież z cel, ale miały w wyposażeniu łóżka z luksusowymi materacami i doskonałą klimatyzację. Goście mogli wysłuchać opowieści o miejscowych przestępcach, którzy żyli i odeszli z tego świata w okolicy - niektórzy w celach aresztu, inni na szubienicy wzniesionej na Main Street.

- Gdzie oni są? - spytał Sloan.

- W pokoju śniadaniowym. Zaproponowałem im dolewkę wzmacniającą do porannej kawy, tacy byli poruszeni. Nazywają się Broling, Jerry i Lucinda.

Sloan skinął głową i wszedł głębiej. Na ścianach wisiały różne rodzaje broni pochodzącej z okresu od początku dziewiętnastego wieku po lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku. Stoliki z barwionego drewna współtworzyły klimat tego miejsca, a jednocześnie były łatwe do sprzątnięcia.

Wspomniani młodzi ludzie bez wątpienia wyglądali na mocno przybitych, siedzieli przy stoliku przygarbieni, ze zwieszonymi głowami. Wydawali się zbliżać do trzydziestki. Na widok Sloana Jerry Broling podniósł głowę z nadzieją w oczach.

- To szeryf, kochanie - zwrócił się do żony. - Na pewno coś zrobi. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz!

Lucinda, blondynka z chabrowymi oczami, uśmiechnęła się drżącymi wargami. Widać było, że płakała.

- Dzień dobry. Sloan Trent - przedstawił się szeryf. - Wydaje się wam, że zostaliście nocą okradzeni, prawda? W swoim pokoju.

- Nie inaczej! - odparła stanowczo Lucinda. - Poszliśmy na przedstawienie, zresztą bardzo zabawne, a potem jeszcze wpadliśmy do baru w Gilded Lily.

- Piliśmy kahlúa[4] ze śmietanką - dodał Jerry.

- Ja wzięłam likier Tia Maria. Ty piłeś kahlúa ze śmietanką.

Najwyraźniej kradzież wprawiła ich oboje w drażliwy nastrój.

- Żadne z nas nie wypiło dużo - powiedział Jerry. - Mamy...

- Ja niewiele piłam - wtrąciła Lucinda. - Jerry osuszył kilka piw w saloonie.

- Nie byłem nawet lekko wstawiony - zaoponował gniewnie.

Lucinda lekceważąco machnęła ręką.

- Ja zapłaciłam za drinki.

- I wtedy ostatni raz widzieliście portfele? - spytał Sloan. - W saloonie i barze?

- Ja swojego nawet nie wyjąłem z kieszeni. Rano powinien tkwić w kieszeni dżinsów - odrzekł Jerry.

Lucinda znów machnęła ręką.

- Używałam karty kredytowej. Jerry nie płacił za nic przez cały dzień. Jego portfel mógł być w dowolnym miejscu. Jednak wiem, że swój miałam w torebce, kiedy kładłam się do łóżka.

Sloan skinął głową w zadumie.

- Rozumiem, że nocowaliście w pokoju numer jeden.

- Już go przeszukałem - poinformował Jerry.

- Nawet zajrzeliśmy pod materac - dodała Lucinda.

- Pytaliście w Gilded Lily?

- Chyba teatru nie otwiera się tak wcześnie, prawda? - spytał Jerry.

- Dla gości nie, ale odbywają się próby i rozmaite biznesowe spotkania. Poza tym przychodzi krawcowa, żeby naprawić stroje sceniczne.

W drzwiach pojawił się Mike.

- Zadzwoniłem - odezwał się. - Rozmawiałem z Henrim Cokiem. Mnóstwo ludzi się tam krząta, grzebią w piwnicy, w starym magazynie, bo potrzebują dodatkowych peruk. Henri poszedł na górę do baru i dokładnie go przeszukał. Nie znalazł żadnych kart kredytowych. Gadał, z kim tylko się dało, ale nikt nie oddał znalezionego portfela.

- A więc nocowaliście w celi Treya Hardy'ego. - Sloan zwrócił się do Brolingów.

Skinęli głowami.

- Proszę wybaczyć, ale ja też przeszukam to miejsce, jeśli nie macie nic przeciwko temu.

Oboje popatrzyli na niego z powątpiewaniem.

- Szeryfie, w tym miasteczku grasuje złodziej - powiedziała Lucinda.

- Podły, nikczemny włamywacz - dodał Jerry.

- Przestań gadać jak rabuś bankowy ze starych westernów - ofuknęła go Lucinda.

- Lucindo...

Sloan zostawił wadzącą się parę, minął wzmocnione drewniane drzwi i ruszył korytarzem. Drzwi do pokoju numer jeden, celi Treya Hardy'ego, były otwarte.

W swoim czasie Hardy był wybitną postacią. Porucznik kawalerii konfederatów, który podczas wojny stracił wszystko, zaczął napadać na banki. Dla niektórych mieszkańców Missouri był bohaterem, podobnie jak Jesse James. Zabierał przybyszom z Północy i oddawał miejscowym. Był zuchwały i przystojny, a gdy w Missouri grunt zaczął mu się palić pod nogami, przeniósł się dalej. W Lily wpadł jednak na innego byłego konfederata, szeryfa Brendana Fogerty'ego, który uważał, że skoro wojna się skończyła, Hardy nie może okradać mieszkańców Lily. Aresztował Hardy'ego po walce wręcz, do której doszło na Main Street, Hardy bowiem obiecał się poddać, jeśli Fogerty go pokona. Wśród wiwatów tłumu dotrzymał słowa, gdy szeryf przygwoździł go do ziemi. Niestety, Fogerty nie wiedział, że jego zastępca, Aaron Munson, od dawna żywi zapiekłą niechęć do wszystkich, którzy kiedykolwiek walczyli przeciwko Unii. Zanim Hardy'ego udało się postawić przed sądem, Munson zastrzelił go w celi. Źle się to dla niego skończyło, ponieważ został wyciągnięty na ulicę i zlinczowany przez rozwścieczony tłum, który uwielbiał przystojnego rabusia.

Munson straszył teraz na Main Street, natomiast Hardy podobno ukazywał się w areszcie, a zwłaszcza w celi, w której zginął.

Drzwi do cel były drewniane, a w oknach tkwiły kraty. Do środka wchodziło się, używając wielkich więziennych kluczy, które przy końcu pobytu należało zwrócić, jeśli nie chciało się zostać obciążonym solidną karą. W epoce plastikowych kart elektronicznych pensjonat Old Jail stanowił przeżytek, ale otwieranie drzwi olbrzymim kluczem miało swój urok.

Sloan wszedł do środka. Najwyraźniej małżonkowie przeszukali pomieszczenie z dużą dokładnością. Szuflady wciąż były otwarte, a materac leżący na łóżku miał garb.

Szeryf obejrzał się, żeby sprawdzić, czy nikt za nim nie poszedł. W korytarzu była zamontowana kamera, ale wiedział, że tylko na pokaz. Mike z reguły zapominał wymienić w niej taśmę. Rzadko miewał kłopoty. Goście zdawali się uwielbiać rozmowy o mglistych zjawach, widywanych w korytarzu, o punktach zimna, które wnikały do pokojów, i o wszystkich innych zjawiskach towarzyszących pobytowi w tym szczególnym miejscu. Podszedł do komódki i spróbował ją przesunąć. Była ciężka. Stały na niej telewizor z wielkim ekranem i popiersie indiańskiego wodza.

Sloan odczekał dłuższą chwilę, potem pokręcił głową i rzekł cicho:

- Daj spokój, zwróć portfele.

Usłyszał, że coś szurnęło przy ścianie. Gdy się odwrócił, zauważył dwa portfele leżące na podłodze. Zupełnie, jakby uprzednio wetknięte między komodę a ścianę, wypadły, gdy Sloan poruszył meblem.

Podniósł znalezisko i skierował się do wyjścia, ale jeszcze się obejrzał i powiedział:

- Wiesz co, Hardy? Zgoda na mgliste zjawy nocą. Kiedy czasem pojawiasz się jako duch, to też jest w porządku. Skończ jednak z zabieraniem pieniędzy, kluczy i portfeli, dobra? Ci wszyscy ludzie myślą, że jesteś prawie tak wspaniały jak Jesse James. Nie rujnuj swojej reputacji.

Przez moment miał wrażenie, że widzi Hardy'ego stojącego obok, wciąż ubranego w szarą kurtkę mundurową i wielki szary kapelusz z piórem. Wyglądał niczym skrzyżowanie oprycha z Dzikiego Zachodu i żołnierza usuniętego ze służby. Miał starannie przystrzyżoną złocistą bródkę i oczy pełne życia. Zasalutował szeryfowi.

Kręcąc głową, Sloan wrócił do pokoju śniadaniowego i położył portfele na stole. Młodzi ludzie spojrzeli na niego z niedowierzaniem.

- Wsunęły się za komodę - wyjaśnił.

- Och, dziękuję! - wylewnie zareagowała Lucinda.

- Dzięki, człowieku! - zawołał Jerry.

- Sprawdźcie, czy jest wszystko w środku.

- A mówiłeś, że szukałeś wszędzie! - Lucinda zwróciła się z wyrzutem do męża.

- Przecież ty też byłaś w pokoju!

Ledwie Jerry zamilkł, gdy usłyszeli przerażający dźwięk. Zdawało się, że dochodzi z głębi ziemi. To był przeszywający krzyk, choć nieco stłumiony przez ściany. Powtarzał się znowu i znowu...

- Co, do cholery?! - zawołał Jerry, zrywając się z miejsca.

- O mój Boże! - krzyknęła Lucinda, drżąc.

Nawet Sloan poczuł lodowaty dreszcz, biegnący wzdłuż kręgosłupa. Po chwili uzmysłowił sobie, gdzie znajduje się źródło dźwięku. W krzyku nie było niczego nieziemskiego. Dochodził z piwnicy znajdującego się w sąsiedztwie teatru.

Szybko wyszedł z pensjonatu i kilkoma krokami pokonał przestrzeń dzielącą go od rozkołysanych wahadłowych drzwi do Gilded Lily. Zobaczył długi barowy kontuar z rzędem stołków, a w głębi scenę.

- Hej! - zawołał, gdy nie dostrzegł nikogo.

Minął bar i dopadł schodów prowadzących do piwnicy, w której znajdował się magazyn kostiumów, rekwizytów, dekoracji i innych staroci zgromadzonych przez półtora wieku istnienia teatru.

Gdy był na stopniach, znowu dobiegł go krzyk.

Przez chwilę niewiele widział. Piwnica była podzielona na cztery części, a grube ściany nośne odgradzały główną komorę od ciągnących się za nią trzech bocznych.

Zamrugał powiekami i wreszcie coś zobaczył. W głębi głównego pomieszczenia stała młoda kobieta. Trzymała w dłoniach starą jutową zasłonę, niewątpliwie zabezpieczenie półek, na których znajdowały się głowy manekinów z nasadzonymi perukami. W drobnej i ładnej blondynce Sloan rozpoznał Valerie Mystro, aktorkę mieszkającą w siedzibie Gilded Lily Theater Company i grywającą role naiwnych.

- Valerie!

Nie usłyszała go, gdy zawołał ją po imieniu. Z trwogą wpatrywała się w półkę.

Podszedł do niej i ujął ją za ramiona. Popatrzyła na niego nieprzytomnie, jakby w ogóle go nie widziała.

- Valerie!

- Sloan! - powiedziała roztrzęsiona.

- Co się stało?

Drżącym palcem wskazała rząd starych drewnianych głów pod perukę.

Sloan musiał przyznać, że wyglądają makabrycznie. Wszystkie miały domalowane twarze, niektóre z nadąsaną miną, inne z zamyśloną lub uśmiechniętą. Kilka nowszych głów wykonano z plastiku lub styropianu. A przy samym końcu rzędu...

Głowa miała ciemną perukę z kręconymi włosami i wplecioną w nie czerwoną wstążkę. Loki opadały na czoło.

Tej głowy nie wyrzeźbiono jednak z drewna. Nie zrobiono jej także z plastiku ani styropianu.

To była ludzka czaszka nabita na drewniany kołek. Szczęka odpadła i leżała na półce, co sprawiało, że czaszka wyglądała tak, jakby krzyczała.

Zdawało się, że zło na świecie rzeczywiście żyje i właśnie dotarło do małego arizońskiego miasteczka Lily.

1 Main Street (j. ang.) - ulica Główna, najbardziej typowa nazwa najważniejszej ulicy w amerykańskim peryferyjnym miasteczku (przyp. tłum.).

2 Lily (j.ang.) - lilia, liliowy (przyp. tłum.).

3 Old Jail - stare więzienie (przyp. red.).

4 Kahlúa - likier kawowy o specyficznym, bardzo słodkim smaku, wytwarzany w Meksyku (przyp. red.).

 

1

Jane Everett była urzeczona.

W swoim czasie odwiedziła ze dwa miasteczka widma, ale nie toczyło się w nich życie.

Oczywiście, Lily nigdy nie było prawdziwym miasteczkiem widmem, bo nie zostało całkowicie opuszczone. Po prostu częściowo odeszło w zapomnienie. Miało swoje dobre lata, kiedy kopalnie dostarczały srebra i znajdowano nawet ślady złota, a interesy saloonów i kupców kwitły. Przeżyło i złe lata, gdy pokłady kruszców się wyczerpały. Przez cały czas wyglądało jednak jak miasteczko widmo albo filmowy plan zbudowany na potrzeby westernu. Główna ulica miała po bokach podwyższone drewniane pomosty, a pośrodku klepisko. Niewątpliwie gdy padało, stawała się błotnista, ale deszcze rzadko nawiedzały tę okolicę.

Szef Jane, agent specjalny Logan Raintree, wynajął samochód, który podrzucił ją na miejsce. Wysiadła przed teatrem Gilded Lily, w którym miała zamieszkać. Kierowca zestawił jej torbę na drewniany pomost, minęło jednak trochę czasu, zanim weszła do środka, spodobała jej się bowiem daleka perspektywa ulicy.

Dookoła stało kilkoro turystów. Z drugiej strony ulicy dobiegł ją śmiech dzieci, które gromadką wyszły ze sklepu Desert Diamonds, zadowolone, że liżą lody w rożkach. Dalej ze stajni wyjechał przewodnik, a za nim grupa jeźdźców. Słyszała jego głos, gdy opowiadał dzieje miasteczka.

Miała jednak wejść do teatru, odwróciła się więc i przez chwilę mu się przyglądała. Ktoś zadał sobie sporo trudu, dlatego budynek, w większym stopniu poddany konserwacji niż odnowiony, wydawał się majestatyczny, o ile można użyć tego słowa. Hm, pewnie należałoby zastrzec, że majestat był rustykalny. Okalający dach grzebień z rzeźbionych drewnianych sterczyn był pomalowany w lilie i ozdobiony nazwą teatru. Zwisały z niego umocowane starym łańcuchem płachty reklamujące najnowsze przedstawienie, Niebezpieczne przypadki biednej Paulinki. Nazwiska aktorów wypisano drobniejszymi literami poniżej tytułu. Jane wiedziała, że jest to parodia cyklu sztuk Niebezpieczne przypadki Pauliny, popularnego na początku dwudziestego wieku.

Nie ma neonu, pomyślała, uśmiechając się. Daleko stąd na Broadway...

Czytała, że przez lata w Gilded Lily występowało gościnnie wielu dobrych wykonawców. Teatr założono w czasach, gdy komuś marzyło się, by przeszczepić topornemu zachodowi odrobinę wschodniego sznytu i klasy. Naturalnie, efekt był dość niejednoznaczny.

Gdy tak stała na ulicy i przyglądała się budynkowi, z wahadłowych drzwi prawie wybiegł mężczyzna. Wysoki i barczysty jak zapaśnik, dokładnie ogolony i łysy, miał ciemne oczy i siwiejące po bokach brwi. Kipiał energią.

- Jane? Jane Everett? Z FBI?

- Tak, to ja. Dzień dobry.

- Witam w Lily! - zaczął z entuzjazmem. - Jestem Henri Coque, od około roku dyrektor artystyczny teatru, a dodam, że również reżyser ostatniego przedstawienia, Niebezpieczne przypadki biednej Paulinki. Jest nam niesłychanie miło, że pani do nas przyjechała.

- To mnie miło, że tutaj jestem - odparła. - Piękne miejsce. Kto nie chciałby wybrać się na Dziki Zachód do uroczego miasteczka, w którym można domyślać się obecności duchów?

Roześmiał się.

- Przyjemnie mi to słyszeć, zwłaszcza że jestem tu nie tylko dyrektorem artystycznym, lecz również burmistrzem. Samo Lily jest nieduże. Proszę pozwolić, że wezmę pani bagaż. Pokażę pani teatr i zaprowadzę do pokoju. Mam nadzieję, że zechce się pani tu zatrzymać. Ktoś z naszych proponował jeden z tych sieciowych hoteli przy autostradzie, ale reszta uważała, że bardziej spodoba się pani Gilded Lily.

- Bardzo jestem zadowolona z tego miejsca - zapewniła go Jane. - W sieciowym hotelu mogę się zatrzymać wszędzie.

Naprawdę była zadowolona. Akurat nastąpiła przerwa między sprawami, którymi zajmowała się Ekipa Łowców, gdy do Logana zadzwonił jego dawny kolega, kiedyś gliniarz w Teksasie, a ostatnio szeryf w Arizonie. W piwnicy używanej jako magazyn zabytkowego teatru objawiła się w tajemniczy sposób czaszka. Jane wydawało się to fascynujące i zgodziła się przyjechać. Miejscowy koroner zawyrokował, że czaszka ma ponad sto lat, i zdecydował, że przekazanie jej FBI jest uzasadnione, może bowiem ułatwić zidentyfikowanie zmarłego człowieka i urządzenie mu godnego pogrzebu. Lokalna policja, podobnie jak większość instytucji egzekwujących prawo, była zajęta bieżącymi sprawami i poszukiwaniem rozwiązań problemów żywych ludzi.

Jane wiedziała, że czaszki już nie ma w teatrze. Czekała na nią w nowej siedzibie szeryfa, usytuowanej przy autostradzie, jednak możliwość spędzenia czasu w zabytkowym budynku, poznania jego historii i obejrzenia miejsca, gdzie znaleziono czaszkę, była bardzo interesująca.

Sprawa była niejasna... i zagadkowa. Nikt nie pamiętał, żeby wcześniej widział czaszkę w peruce. Teatr działał nieprzerwanie i dawał przedstawienia od niepamiętnych czasów. Równie długo aktorzy używali różnych peruk, które przechowywano w pomieszcznich magazynu. Z notatek zrobionych podczas odprawy Jane wiedziała, że pracownicy i współpracownicy teatru co do jednego zaprzeczyli, by kiedykolwiek widzieli tę czaszkę, czy to w peruce, czy bez niej. Wydawało się oczywiste, że ktoś postanowił zrobić dowcip. Jane nie bardzo rozumiała jednak, w jaki sposób ustalenie tożsamości osoby, do której należała czaszka - zważywszy na to, że nie żyje od ponad stu lat - mogłoby pomóc w odkryciu, kto umieścił ją na półce.

Szeryf Sloan Trent chciał wysłać czaszkę do Smithsonian Institute albo do laboratorium FBI, ale burmistrz nalegał, żeby zostawić ją w teatrze do czasu przeprowadzenia identyfikacji. Dlatego Sloan zwrócił się o pomoc do swojego starego kolegi Logana Raintree, szefa Jane w teksańskiej grupie Ekipy Łowców, jednostki FBI złożonej ze śledczych o zdolnościach parapsychologicznych. Logan z kolei poprosił o konsultację Jane, która specjalizowała się w sporządzaniu szkiców i rysunków wykorzystywanych w śledztwach. Koroner, który obejrzał czaszkę, uznał, że należała do kobiety nieżyjącej od stu, a może nawet stu pięćdziesięciu lat.

- Zapraszam, pani Everett, a właściwie powinienem chyba powiedzieć agentko Everett! - Henri pchnął wahadłowe drzwi i wszedł razem z Jane do wnętrza teatru Gilded Lily. - Jennie! Chodź, poznasz naszą artystkę kryminolożkę.

Jane próbowała ogarnąć wzrokiem pomieszczenie, a tymczasem zza długiego kontuaru, znajdującego się za stolikami po lewej stronie, wyszła smukła kobieta ubrana w kwiecistą bawełnianą sukienkę. Jane szybko zauważyła, że Gilded Lily nosi cechy autentyku. Czuła się tak, jakby cofnęła się w czasie. Wprawdzie pierwsza sprawa, w której brała udział ze swoją grupą Ekipy Łowców, miała miejsce w jej rodzinnym San Antonio i kręciła się wokół starego saloonu, ale Gilded Lily było teatrem, a saloon czy też bar stanowił tylko dodatek - czegoś takiego Jane jeszcze nie widziała. Najbardziej eksponowane stoliki były przygotowane dla graczy w pokera, a meble z epoki pieczołowicie odrestaurowano. Po prawej stronie od drzwi szerokie przejście prowadziło do części teatralnej. Intensywnie czerwone draperie z aksamitu, oddzielające część barową od sceny i widowni, były rozsunięte i ściągnięte złotymi sznurami. Krzesła okazały się zupełnie inne, niż spodziewała się Jane. Pierwsi właściciele chcieli stworzyć wrażenie dostatku znanego ze Wschodniego Wybrzeża, więc i one były obite czerwonym aksamitem. Szeroka i głęboka scena pozwalała na wielkoobsadowe przedstawienia ze skomplikowaną scenografią. Z prawej strony sceny stał dyliżans, który wyglądał na prawdziwy, a po lewej, od proscenium w głąb ciągnęły się tory kolejowe.

- Dzień dobry, witamy!

Kobieta, która przed chwilą stała za kontuarem, z uśmiechem się zbliżyła. Energicznie wyciągnęła do Jane rękę, której uścisk miał siłę imadła.

- Jestem Jennie Layton, sceniczna matka.

- "Sceniczna matka"? - powtórzyła z rozbawieniem Jane.

Jennie wybuchnęła śmiechem.

- Inspicjentka. Wszyscy nazywają mnie jednak sceniczną matką, mam nadzieję, że z sympatii. Dbam o naszych aktorów... i o wszystko poza tym też - wyjaśniła.

- Nie żartuj! - obruszył się Henri. - Ja też mam swoją działkę.

Jennie uśmiechnęła się.

- Wieczorami pracuje troje barmanów, czworo kelnerów i pomocnik. Zatrudniamy też osoby do sprzątania, ale etatowych pracowników jest tylko dwoje, Henri i ja. Bardzo się cieszymy, że pani zechciała tutaj zamieszkać.

- Byłem zdania, że historia naszego teatru może pani pomóc w zidentyfikowaniu właścicielki czaszki - powiedział Henri.

- Dziękuję, to wydaje się sensowne, a teatr jest piękny i jedyny w swoim rodzaju.

- Całe Lily jest jedyne w swoim rodzaju! Gilded Lily to tylko klejnot w koronie miasta - oznajmił z dumą.

- A teraz zapraszam na górę. Dajemy pani dawny pokój Sage McCormick - powiedziała rozpromieniona Jennie.

Jane znała to nazwisko z wcześniejszej lektury.

- Sage McCormick była tu aktorką w końcu dziewiętnastego wieku, prawda?

- Wszystkie nasze pokoje upamiętniają swymi nazwami znanych aktorów, którzy przyjechali tu, aby zagrać w Gilded Lily - odparł Henri. - A co do Sage, ma pani rację, ona należała do najlepszych. Występowała w Antygonie i w Makbecie, grała też w kilku innych sztukach. Poza tym była zamieszana w niesamowity skandal obyczajowy. Boska kobieta, nie ma dwóch zdań. - Henri wydawał się zachwycony gorszącym zachowaniem dawnej gwiazdy Gilded Lily. - Wezmę pani bagaż.

- Nie ma potrzeby - zaoponowała Jane, ale Henri już trzymał jej torbę w ręce.

- Ej, ej - powiedział - może pani być świetną agentką, ale w Lily mężczyzna zna swoje obowiązki.

- Wobec tego dziękuję.

Jennie poprowadziła ich kręconymi schodami. Z podestu przechodziło się na antresolę w kształcie podkowy. Jane spojrzała na bar, przechylając się przez rzeźbioną balustradę. Potem poszła za Jennie do pokoju, którego drzwi znajdowały się w drugim końcu podkowy. Prawdopodobnie zapewniał on maksimum prywatności, miało się w nim bowiem tylko jednego sąsiada.

- Pokój Sage McCormick - oznajmiła Jennie, otwierając drzwi z dworskim ukłonem.

Wnętrze sprawiało miłe wrażenie. Na łóżku leżała pikowana kołdra z kwietnym wzorem na białym tle, a podwójne zasłony miały karmazynowy spód przesłonięty cieniutką białą warstwą wierzchnią.

- Te drzwi prowadzą na balkon nad boczną uliczką. Ma pani z niego widok również na główną ulicę, choć muszę przyznać, że ograniczony - wyjaśniła Jennie.

- Garderoba jest tutaj. - Henri pchnął drzwi w głębi przestronnego pokoju i przeszedł przez nie z torbą. - Wciąż pozostaje garderobą i łączy się ze śliczną nową łazienką. Niczego tu w zasadzie nie zdemontowano. Pierwsze łazienki urządzono w drugiej dekadzie dwudziestego wieku, my tylko je unowocześniliśmy. Na pewno zwróci też pani uwagę na to, że w garderobie zachowały się toaletka i stare drewniane szafy. Czyż nie są wspaniałe?

Miał rację. Szafy, stanowiące parę, były dębowe, z symbolami komedii i tragedii wyrzeźbionymi po bokach i na drzwiach.

- Sage dostała je w prezencie, kiedy tutaj mieszkała - powiedział z widocznym szacunkiem Henri. - Pewien mecenas sztuk był nią tak zachwycony, że polecił wykonać te meble specjalnie dla niej.

Jane zerknęła dalej. Niedawno odnowiona łazienka była wyposażona w wyłożoną płytkami kabinę prysznicową i wannę z hydromasażem. Wszędzie powtarzało się zestawienie odcienia karmazynowego z bielą i czarnymi obrzeżami.

- Tu jest naprawdę uroczo. Jestem wdzięczna - podziękowała.

- To nasz najlepszy pokój. - Henri zatoczył ręką szeroki łuk.

- Dlaczego nikt z was tutaj nie mieszka? - spytała Jane. - A wasze gwiazdy? Nie chcę nikomu zajmować miejsca.

- Mieszkają w innych pokojach na antresoli - odrzekła Jennie. Uśmiechnęła się szeroko i dodała: - Henri i ja też mamy swoje pokoje i jest nam tam całkiem dobrze.

Jane czekała, aż Jennie powie więcej. Odezwał się jednak Henri:

- Sage McCormick... Och, ludzie teatru są przesądni. A pani na pewno wie o niej wystarczająco dużo, prawda?

- Trochę wiem - przyznała Jane. - Ona, zdaje się, znikła.

- Właśnie z tego pokoju - dodała Jennie. - Snuto najróżniejsze domysły. Niektórzy uważają, że była uzależniona od laudanum, oddaliła się stąd i spotkał ją marny koniec z rąk jakichś zbirów albo Indian. Wtedy laudanum używano tak jak dziś je się cukierki. Bóg raczy wiedzieć, ile osób zmarło z powodu przedawkowania. Trochę jak z dzisiejszymi lekami bez recepty. Za dużo i...

- Inni są przekonani - wpadł jej w słowo zniecierpliwiony Henri - że Sage po prostu wyjechała z Lily ze swoją nową miłością i zmieniła tożsamość. Prawdopodobnie postanowiła uciec. Wcześniej poznała mężczyznę stąd, poślubiła go i miała z nim dziecko.

- Naprawdę? I mimo to zachowała pokój w Gilded Lily? - zdziwiła się Jane.

- Oczywiście. Była przecież gwiazdą - przypomniał Henri, jakby takie tłumaczenie wystarczyło. - W każdym razie według relacji ostatni raz widziano ją, gdy przyszła odpocząć w tym pokoju po przedstawieniu.

- Po odegraniu wysoko cenionej roli Antygony - powiedziała Jennie.

- A co z mężem? Czy był podejrzany? - spytała Jane.

- Mąż czekał na nią na dole w barze. Był z grupą miejscowych ranczerów i ludzi interesu. Jedna z odtwórczyń głównych ról poszła po nią na górę i okazało się, że Sage nie ma. Po prostu znikła. Nikomu nie udało się jej znaleźć i nigdy więcej jej nie widziano - odparła Jennie.

- Chyba nie jest pani przesądna? - spytał Henri. - Jak wiem, jest pani nie tylko rysowniczką, lecz również agentką FBI.

Jane skinęła głową.

- Odpowiada mi ten pokój.

- Proszę się więc rozgościć i potem zejść na dół. Będziemy w teatrze. Muszę podzielić się z zespołem uwagami na temat wczorajszego przedstawienia. Dołączy pani, kiedy będzie gotowa.

- Nie chciałabym przeszkadzać.

- O tym nie ma mowy. Spektakl idzie dobrze. Premierę mieliśmy kilka tygodni temu, ale muszę pilnować, żeby aktorzy nie szwendali mi się po ulicach. Pozna pani całą obsadę, tylko technicznych nie będzie. Tak jak wspomniała Jennie, aktorzy występujący w bieżącym przedstawieniu mieszkają w Gilded Lily, więc przy okazji zawrze pani znajomość z sąsiadami.

- Dziękuję. - Jane zerknęła na zegarek. - Ma tu po mnie przyjechać szeryf Trent. Niedługo zejdę.

- Aha, to dla pani! - powiedział Henri, wyciągając przed siebie stary metalowy klucz. - Na miejscu są tylko aktorzy i pracownicy techniczni...

- Oraz barmani, kelnerzy i dziesiątki innych ludzi, którzy chcą obejrzeć przedstawienie albo przyszli się napić - wtrąciła zgryźliwym tonem Jennie. - Niech pani używa klucza.

- Zgoda - obiecała Jane.

Henri i Jennie opuścili pokój, a Jane zamknęła za nimi drzwi, stanęła pośrodku i zaczęła się rozglądać.

- Dzień dobry - powiedziała cicho. - Jeśli tu jesteś, Sage, chętnie cię poznam. Nawiasem mówiąc, masz piękne imię.

Nie doczekała się reakcji. Wzruszyła ramionami, otworzyła torbę i zaczęła wyjmować ubrania. Wieszała je w jednej z szaf w garderobie. Torebkę z kosmetykami położyła na toaletce, potem weszła do łazienki i obmyła twarz. Znalazłszy się z powrotem w sypialni, rozstawiła laptop na stoliku śniadaniowym przy wyjściu na balkon. Nie wiedziała, czy będzie miała w pokoju wi-fi, więc na wszelki wypadek woziła ze sobą modem.

Uznała, że musi zebrać więcej informacji o Sage McCormick, i wpisała jej nazwisko do wyszukiwarki. Zadziwiła ją liczba trafień. Przeszła na jedną z encyklopedycznych stron, założyła bowiem, że znajdzie tam w większości prawdziwe wiadomości, nie plotki o skandalach.

Sage urodziła się w Nowym Jorku i mimo że społeczeństwo pogardzało aktorkami, a ona pochodziła z wybitnej rodziny, zawsze chciała grać. Dla kariery scenicznej opuściła więc wspaniałą rezydencję w pobliżu Central Parku, którą zresztą później sprzedała, gdy została ostatnim żyjącym członkiem rodziny. Najwidoczniej była świadoma, że taki wybór profesji pozostawi ją z piętnem kobiety rozwiązłej, żyła więc tak, by się do tego dopasować. Najpierw poślubiła jednego z aktorów grywających główne role, potem rozwiodła się z nim i znalazła pocieszenie w objęciach pracownika obsługi sceny. Za nic miała konwenanse, ale przy tym cieszyła się opinią osoby życzliwej dla wszystkich dookoła. W 1870 roku, gdy miała dwadzieścia pięć lat, przyjechała na występy w Gilded Lily. Wtedy już znano ją z ról w licznych sztukach prezentowanych w Nowym Jorku, Chicago i w Bostonie. Krytycy i widzowie zgodnie ją uwielbiali. Sage od razu zakochała się w miejscowym przedsiębiorcy Alexandrze Cahillu, niezwłocznie go poślubiła i zaszła w ciążę, po czym urodziła swoje jedyne dziecko, Lily Cahill. Wieczorem pierwszego maja tysiąc osiemset siedemdziesiątego drugiego roku po zakończeniu Antygony Sage poszła do swojego pokoju i ślad po niej zaginął. Zakładano, że opuściła męża i dziecko, by uciec z nowym kochankiem, bandziorem Redem Marstonem, ponieważ Red zniknął tego samego wieczoru i również jego nigdy więcej w Lily nie widziano. Nie było też o nim żadnych wiadomości. W owym czasie uważano, że para zbiegła do Meksyku, aby tam rozpocząć nowe życie.

- Ciekawe - powiedziała do siebie Jane i dodała: - Powiedz, Sage, czy uciekłaś za granicę i żyłaś tam długo i szczęśliwie?

Oprócz tykania staroświeckiego zegara, stojącego na komodzie, niczego nie usłyszała. Przypomniała sobie, że obiecała pokazać się na dole. Szeryf miał przyjechać po nią za pół godziny, więc jeśli chciała poznać aktorów, musiała się pospieszyć.

Wbiegła do garderoby, przesunęła szczotką po włosach i zawróciła. Gdy otworzyła drzwi na korytarz, zaskoczył ją widok smukłej starszej kobiety, trzymającej w dłoniach tacę. Na tacy stał elektryczny ekspres do kawy, a obok leżały jednorazowe opakowania kawy, herbaty, śmietanki i cukru.

- Dzień dobry - przywitała się kobieta i popatrzyła na Jane z widocznym lękiem.

- Dzień dobry, jestem Jane Everett. Proszę wejść, dziękuję.

Kobieta przełknęła ślinę.

- Ja... Proszę, niech mi pani nie każe wchodzić do środka - powiedziała wyraźnie przestraszona.

Jane z trudem powstrzymała uśmiech.

- Skoro tak, wezmę to wszystko.

Kobieta sprawiała takie wrażenie, jakby kamień spadł jej z serca. Jane wniosła tacę do pokoju i postawiła na toaletce. Postanowiła, że kontaktu poszuka rano.

Gdy się odwróciła, kobieta nadal stała w tym samym miejscu. Miała na sobie niebieską sukienkę z fartuszkiem i zapewne była jedną z osób dbających o porządek.

- Dziękuję - powtórzyła Jane.

Nagle kobieta wyciągnęła rękę.

- Jestem Elsie Coburn. Gdyby pani czegoś potrzebowała, proszę o mnie spytać.

- Miło mi panią poznać, Elsie - powiedziała Jane i uścisnęła jej dłoń. Nie mogła się powstrzymać, więc spytała: - Jak to możliwe, że ten pokój jest taki czysty?

- Och... - Elsie zaczerwieniła się i wbiła wzrok w podłogę. - Pomagają mi dwie dziewczyny, które go sprzątają. Robią to razem. Wszystko jest w porządku, dopóki są we dwie. Któregoś dnia Bess była sama i zatrzasnęły się za nią drzwi, a potem nikt z nas nie umiał ich otworzyć. W końcu otworzyły się same. Nie musimy sprzątać tam tak często, sama pani rozumie. Nikt w tym pokoju nie mieszka. Jeden z telewizyjnych programów o duchach przysłał do nas ekipę z aktorami i producent miał spędzić tu noc, ale uciekł. Pokój pozostaje niezamieszkany.

- Przykro mi, że mój przyjazd sprawił kłopot.

Elsie pokręciła głową.

- Och, nie. Bardzo się cieszymy, że pani tu jest. Tylko jeśli można... proszę nie wspominać, że musiała pani sama wnieść tacę do pokoju.

- Nie zrobię tego - zapewniła ją Jane. - Dlaczego producent programu o duchach uciekł w środku nocy?

- Powiedział, że ona stała nad jego łóżkiem, że go dotykała, i...

- Ona? Ma pani na myśli Sage McCormick?

Elsie skinęła głową.

- A dlaczego uznał, że ona chce go skrzywdzić?

- Co? - Elsie najwyraźniej była zbita z tropu.

Jane uśmiechnęła się.

- W tych programach, jak mi się zdaje, chodzi o udowodnienie, że różne miejsca są nawiedzane przez duchy.

- Całe to miasteczko jest nawiedzone - orzekła Elsie. - Od wielu lat dzieją się tutaj złe rzeczy, bardzo złe. Filmowcy wyspecjalizowani w duchach uzyskują ciekawe odczyty na swoich przyrządach. Weźmy Old Jail, ten stary areszt w sąsiedztwie! Ludzie stamtąd wyjeżdżają, mimo że nie mogą liczyć na zwrot pieniędzy. To miejsce jest... straszne, agentko Everett. Gorzej niż straszne.

- A jednak pani tu mieszka i pracuje - zauważyła łagodnie Jane.

- Jestem miejscowa i nie drażnię duchów. Szanuję je. Są na Main Street i wszędzie dookoła. Zawsze patrzę tylko w tę stronę, w którą idę, i tyle. Robię swoje i wracam do domu, a jeśli usłyszę jakiś hałas, zmieniam drogę. - Wytarła ręce w fartuszek. - Miło mi było panią poznać. Naprawdę się cieszymy, że pani tu jest.

- Ja też się cieszę. Proszę się nie przejmować sprzątaniem pokoju... Nikt nie musi tego robić, póki go zajmuję. Proszę tylko o świeżą zmianę ręczników co kilka dni. Co pani na to?

Elsie skinęła głową z pełną zadowolenia miną.

- Dziękuję, proszę pani. Ojej, chciałam powiedzieć: dziękuję, agentko Everett.

- Jane wystarczy.

Elsie spiekła raka.

- Jane - powtórzyła i cofnęła się o krok, po czym skierowała się ku schodom.

Jane zamknęła za nią drzwi i przekręciła klucz w zamku, tak jak jej przykazano.

* * *

Gdy Sloan dotarł do Gilded Lily, obsługi wieczornej jeszcze nie było. Chcąc wejść, musiał zapukać do solidnych drzwi, które były ukryte za wahadłowymi, zachowanymi dla dodania temu miejscu zabytkowego charakteru. Bar był czynny od piątej.

Drzwi otworzyła mu uśmiechnięta Jennie. Jak zwykle była w dobrym humorze.

- Cześć, Sloan. Przyszedłeś do Jane?

No tak... Agentka Everett już była po imieniu z ludźmi z Gilded Lily. Intrygowało go, czy jest podobna do większości agentów FBI, czy raczej jest artystką, która ma kwalifikacje pozwalające jej pomagać w sprawach prowadzonych przez biuro. Skarcił się w myślach. Wprawdzie to po jego telefonie do Logana przyjechała do miasteczka, ale nie był zadowolony z jej obecności i nawet nie rozumiał przyczyny.

Owszem, zależało mu na tym, żeby odkryć, do kogo należy znaleziona czaszka. Racjonalne, przynajmniej z jego punktu widzenia, byłoby wysłanie czaszki do laboratorium, które zajmuje się takimi sprawami, albo zwrócenie się do ekspertów w muzeum. W końcu, gdy pokłócił się z Henrim Cokiem w sprawie procedury, zadzwonił do Logana. Miał zaufanie do kolegi i wierzył, że przysłana przez niego rysowniczka jest fachowcem, zdawał sobie jednak sprawę z tego, że Logan jest specyficznym stróżem prawa.

Miał tę samą niezwykłą zdolność co on.

Kiedyś dzielili sekrety, do których nie dopuszczali nikogo innego. Pracując nad różnymi przypadkami, obaj nieraz podążali za tropami, które zauważyli, ponieważ umieli rozmawiać ze zmarłymi.

Nie było tak, że Sloan chodzi i wszędzie widzi duchy. Zdarzało się jednak... W każdym razie wiedzieli z Loganem o swoich umiejętnościach i dobrze im się współpracowało.

Prawdę mówiąc, Sloan czasem dowodził, że ukazujący się zmarli pozwalają mu w szczególny sposób rozmawiać z samym sobą. Chociaż mogło się zdawać, że kontakt z nimi rozwiązuje wszelkie problemy, okazało się inaczej. Obecnie jednak Logan nie był rangerem, ale agentem FBI i dowódcą jednostki specjalnej. Kierował teksańską grupą Ekipy Łowców.

Jane Everett należała do ich grona. Szeryf zastanawiał się, czy to znaczy, że zna ona sekret Logana i wie o umiejętnościach jego kolegi po fachu z dawnych czasów? To ostatnie wydawało mu się wątpliwe. Logan z nikim nie rozmawiał o cudzych sprawach. Mimo to obecność Jane wprawiała Sloana w zakłopotanie.

Czyżby niepokoiło go, że tak naprawdę bardziej jest artystką niż agentką egzekwującą prawo?

A może raczej obawiał się, że jest artystką i agentką jednocześnie, więc może uznać go za niekompetentnego?

W każdym razie miał przeczucie, że tę czaszkę muszą jak najszybciej wywieźć z Lily. Zupełnie jakby mogła być katalizatorem zła, do którego tu dojdzie.

To śmieszne, powiedział sobie, a jednak nie było mu do śmiechu.

Sam zatelefonował do Logana Raintree.

W świetle tego, co wiedział o swoim koledze z dawnych lat, nie zdziwiło go szczególnie, że kierowana przez niego grupa Ekipy Łowców zajmuje się tajemniczymi przypadkami kryminalnymi.

W gruncie rzeczy był to ważny powód, dla którego wybór Sloana padł właśnie na Logana.

Ta sprawa nie ogranicza się do tego, co dostrzega ludzkie oko, i może to być ważne. Tylko czy naprawdę chcę się czegoś dowiedzieć? - zadał sobie pytanie Sloan. Do Logana zadzwonił, bo zastanawiało go, czy mogłaby im się przydać pomoc umarłych, choć jednocześnie wolałby nie korzystać z takiej możliwości.

- Tak, przyszedłem do agentki Everett - powiedział do Jennie.

- Wejdź. Aktorzy są na sali. Ona tam ze wszystkimi rozmawia.

- Jasne.

Na szczęście nie miał w tej chwili żadnych innych pilnych spraw w Lily.

Ruszył za Jennie.

Grupka zgromadziła się przy scenie. Valerie Mystro, która znalazła czaszkę, opierała się niedbale o wykonawcę głównej roli, Cyrusa Tyburna, niekiedy zwanego Cy, wysokiego blondyna, bardzo amerykańskiego z wyglądu aktora z Kansas. Alice Horton, smagła i ciemnooka brunetka, ponętna i piersiasta, będąca w tym przedstawieniu wampem, siedziała na krawędzi sceny obok Briana Highsmitha, którego lśniące zielone oczy kontrastowały z prawie czarną czupryną. Brian uśmiechał się i wydawał się przez to absolutnie nieszkodliwy, chociaż grał czarny charakter. Henri sprawiał wrażenie zadowolonego i stał twarzą do Jane Everett, która zajęła miejsce obok Alice.

Nawet w grupie urodziwych aktorów przed trzydziestką Jane Everett się wyróżniała. Siedziała, więc trudno było Sloanowi ocenić jej wzrost, i miała na sobie typowe spodnium, jakiego można by się spodziewać po agentce FBI. Na wysokości żeber zwracała uwagę lekka wypukłość, najwidoczniej ślad broni noszonej w kaburze pod pachą. Prawdopodobnie był to taki sam obowiązkowy element wyposażenia, jak czarne spodnium i biała koszulowa bluzka. Włosy miała jednak rozpuszczone, a ich odcień zapadał w pamięć: kasztanowy o wyjątkowej intensywności. Spojrzała na Sloana i wtedy spostrzegł, że również jej oczy są niezwykłe: bursztynowe. Nie brązowe, nie orzechowe, lecz właśnie bursztynowe.

Po jego wejściu wstała. O czymkolwiek rozmawiano, wszyscy nagle zamilkli.

- Sloan! Właśnie poznaliśmy Jane - oznajmiła radośnie Valerie i zachichotała. - Powiedziałam jej, w jakie przerażenie wpadłam, kiedy znalazłam czaszkę. Ona oczywiście jest agentką FBI i na pewno zachowałaby się w takiej sytuacji całkiem zwyczajnie.

- Niekoniecznie - zaoponowała Jane Everett. - Widok czaszki może zaskoczyć każdego.

- Ojej, wy się jeszcze nie znacie! - powiedziała Valerie. - Przedstawię cię. Agentko Everett, to jest nasz miejscowy szeryf, Sloan Trent. Sloan, to jest agentka Everett.

- Proszę mówić do mnie po imieniu - zaproponowała Jane i uścisnęła mu dłoń.

Zauważył, że jest dość wysoka, miała prawdopodobnie około metra siedemdziesięciu pięciu, co wywnioskował, przymierzając ją do swojego metra osiemdziesięciu ośmiu i odejmując jakieś trzy centymetry na płaski obcas pantofli. Zwrócił uwagę na jej piękną twarz, o harmonijnych klasycznych rysach. Pomyślał, że gdy opuszczą to grono, aktorki zaczną omawiać jej... walory. Wydawała się szczupła, ale nawet w regulaminowym stroju było widać zaokrąglenia, które kazały się domyślać wyćwiczonego ciała.

A więc to była artystka przysłana do zrobienia szkicu jego czaszki?

Och, nie jego. Kiedyś przecież ta czaszka należała do żywego człowieka, a teraz stanowiła, jak sądził, część historii miasteczka. Chyba że się mylił. Jeśli wizerunek sporządzony przez Jane Everett nie pozwoli zidentyfikować dawno zmarłej kobiety, to może ktoś wykopał tę czaszkę nie wiadomo gdzie, aby zrobić makabryczny dowcip aktorom albo pracownikom technicznym.

Znowu pomyślał, że należałoby odesłać to znalezisko do Waszyngtonu albo do muzeum.

Rozumiał, dlaczego Henri nalegał, by pozostawić je w Lily. Reżyser chciał się dowiedzieć, kto wszedł w posiadanie czaszki i kto podrzucił ją do magazynu w piwnicy Gilded Lily.

- Szeryf Sloan Trent - przedstawił się ponownie, ujmując dłoń agentki. Skinieniem głowy przywitał pozostałych.

Wszyscy odwzajemnili powitanie, nazywając go Sloanem lub szeryfem, jakby funkcja była imieniem. W Lily konwenansami szczególnie się nie przejmowano.

- Przyjechałem zawieźć panią do naszego biura. Przygotowaliśmy pokój do pracy. Mam nadzieję, że znajdzie tam pani wszystko, czego jej potrzeba.

Jane skinęła głową.

- Większość tego, co zwykle się przydaje, przywiozłam ze sobą - powiedziała i poklepała czarną torbę, noszoną na ramieniu. - Nie powinno być kłopotów. Dziękuję, szeryfie.

- Nie ma za co, agentko Everett. Jest pani gotowa?

- Tak.

Rozległ się chór głosów zapewniających, że miło było ją poznać, i dodających inne serdeczności. Słychać było także "Na razie, Sloan". Szeryf z Jane wyszli na zewnątrz.

Zaprowadził ją do swojego SUV-a i zawahał się na moment. Nauczono go, że kobiecie należy otworzyć drzwi, nie był jednak pewien, co reguły mówią o agentce FBI. Do diabła, nie zamierzał zmieniać przyzwyczajeń. Pomógł jej, a Jane wsunęła się do środka i podziękowała.

Zapadło niezręczne milczenie, które trwało, dopóki jechali Main Street i potem po bruku obok grupy luźno stojących domów i niewielkich rancz. Wreszcie po mniej więcej dziesięciu kilometrach, dzielących serce Lily od nowoczesnego "śródmieścia", ulice stały się szersze.

- Logan wspomniał, że współpracował z panem w Teksasie - przerwała milczenie Jane - ale pan wywodzi się z Lily, prawda?

- Tak - przyznał.

- Interesujące - powiedziała. W jej głosie było słychać napięcie, wyraźnie starała się być sympatyczna i pogodna. - Miałam ma myśli miasteczko, a nie to, że pan z niego pochodzi.

- Na pewno interesująco zachowane. Tombstone jest podobne, choć o wiele lepiej znane. Między innymi ze strzelaniny w saloonie O.K. Corral - odparł Sloan. - Mieliśmy swoich bandziorów, ale żaden nie opanował wyobraźni Amerykanów do tego stopnia, co Wyatt Earp i jego bracia. Naturalnie, Wyatt Earp pisał książki, które rozpowszechniały popularne wyobrażenie o Dzikim Zachodzie.

- Za to w Lily jest teatr Gilded Lily - zauważyła Jane.

- A Birdcage w Tombstone. - Zerknął w jej stronę. - Z tym że Gilded Lily nigdy nie został zamknięty. Działa bez przerwy od dnia otwarcia. Poza tym w Birdcage były na balkonach zamykane loże, żeby królowe nocy mogły dostarczać rozrywki podczas przedstawień, natomiast Gilded Lily udawał bardzo przyzwoity teatr. Damy, które tam pracowały, przyjmowały mężczyzn jedynie w pokojach na górze i tylko dlatego, żeby nie stracić klientów na rzecz saloonu i miejsca uciech po drugiej stronie ulicy. Oczywiście, do Gilded Lily starano się ściągnąć klientelę wyższej kategorii - zaznaczył Sloan.

Cicho się zaśmiała.

- Stary areszt umiejscowiono bardzo odpowiednio. W samym sąsiedztwie Gilded Lily...

- W zasięgu głosu - przyznał.

- I naprzeciwko saloonu.

- W obu przypadkach, aby doprowadzić aresztanta do celi, wystarczało przejść kilkadziesiąt metrów. Pani jest z Teksasu?

- Tak - potwierdziła Jane. - Z San Antonio. Jednak póki nie wstąpiłam do grupy Logana, pracowałam w różnych instytucjach jak stan długi i szeroki.

- Zawsze chciała pani być artystką? - spytał.

Wzruszyła ramionami.

- Zawsze rysowałam.

Dojechali do biura szeryfa i Sloan zatrzymał samochód przed wejściem.

Biuro wcale nie było małe, w każdym razie w zestawieniu z wielkością miasteczka. Budynek wzniósł w latach trzydziestych dwudziestego wieku ktoś, kto bez wątpienia widział na własne oczy hiszpańskie Toledo i zakochał się w średniowiecznej architekturze. Oba frontowe naroża ceglanej budowli zwieńczył wieżami i przykrył ją dachówką. Na parkingu było miejsce dla co najmniej dwudziestu samochodów - ktoś bardzo optymistycznie przewidywał rozwój Lily. Po lewej stronie znajdowały się bank, kawiarnia i restauracje meksykańska oraz włoska. Po prawej stronie była restauracja azjatycka i brazylijski lokal ze stekami, a także miejscowe centrum handlowe - bodaj osiem sklepów otoczonych wspólnym ogrodzeniem. Lily mogło się chlubić tym, że wśród nich działały trzy markety sieci o zasięgu krajowym.

Największe poruszenie w miasteczku zapanowało, gdy udało się przyciągnąć do centrum jedną z największych krajowych sieci, oferujących burgery. W starych ceglanych budynkach mieściły się również biura i gabinety kilku przedstawicieli wolnych zawodów - prawników, księgowych, lekarzy i dekoratorów wnętrz. Zaledwie kilkaset metrów dalej, w stronę zabytkowej części Lily, była usytuowana szkoła średnia.

- To wcale nie taka mała miejscowość - powiedziała wesoło Jane, gdy wysiadali z zaparkowanego samochodu.

- Na tyle mała, że czaszkę należało odesłać do laboratorium - zauważył Sloan.

Uświadomił sobie, jak wyraźnie w tych nierozważnie wypowiedzianych słowach ujawniła się jego niechęć do przybyszki, bo Jane nagle zesztywniała. Wpatrywała się w niego, stojąc przy samochodzie, a on dostrzegł w jej oczach surowość, której przedtem tam nie było.

- Naprawdę znam się na tym, co robię, szeryfie. Nie musi pan się obawiać, że moja praca będzie miała braki.

Mógł powiedzieć coś, co by ją ugłaskało, ale tego nie zrobił. Jedynie wzruszył ramionami.

- Nie mamy do czynienia z dokonanym współcześnie morderstwem - zauważył - więc wyniki pani pracy na pewno będą więcej niż wystarczające.

Posłała mu chłodne spojrzenie.

- Bez wątpienia będę się bardzo starać, szeryfie, żeby były wystarczające.

W zasadzie nie chciał dodatkowo pogorszyć sytuacji. Z drugiej strony, nawet rozmyślnie trudno byłoby o bardziej obcesowe zachowanie. Jednak tłumaczenia czy przeprosiny i tym razem mogłyby zabrzmieć kulawo, więc tylko wskazał drzwi biura i powiedział:

- To zabrzmiało inaczej, niż zamierzyłem. Pani na pewno jest świetna w tym, czym się zajmuje. Chodźmy, pozna pani moich ludzi: całą trójkę z dziennej zmiany.

Nie czekając na niego, Jane odwróciła się i weszła do środka.

Zastępczyni szeryfa Betty Ivy dyżurowała przy biurku. Tu też ktoś przewidział rozwój Lily z przesadnym optymizmem. Wewnątrz znajdowały się aż trzy pokoje biurowe przeznaczone dla najstarszych rangą, podczas gdy oprócz Sloana było tylko sześcioro stróżów prawa, po połowie pełniących służbę w dzień i w nocy. Co więcej, w pewnych porach zostawały jedynie po dwie osoby, żeby dało się uniknąć nadgodzin. Z tego powodu zwykle jeden pokój świecił pustką. Za dnia Betty często urzędowała przy biurku dyżurnego przy wejściu. Lamont Atkins, wyluzowany człowiek w wieku około czterdziestu pięciu lat, który potrafił swym spokojnym, opanowanym głosem osiągnąć więcej niż ktoś, kto zadziera nosa, też pełnił służbę za dnia. Dziś rozpoczął od patrolowania miasteczka. Lubił demonstrować, że ludzie szeryfa są zawsze czujni. Zespół z dziennej zmiany uzupełniał Chet Morgan.

Jane Everett szybko podeszła prosto do Betty i przedstawiła się z profesjonalnym wdziękiem, zanim Sloan zdążył ją wyręczyć. Ze swojego pokoju wychynął Chet Morgan i z szerokim przyjaznym uśmiechem powitał Jane.

- Czaszkę umieściliśmy w pokoju przesłuchań - oznajmiła Betty, wstając. - Są tam skaner, aparat fotograficzny podłączony do komputera, szkicownik... Obejrzałam kilka programów poświęconych kryminalistyce i przyszło mi do głowy, że może pani potrzebować wielu zdjęć, robiąc to, co zwykle pani robi, aby dojść do trójwymiarowego wizerunku. Naturalnie, wiem, że komputer ma wbudowaną kamerę, ale nie bardzo potrafiłam wymyślić, jak pani zamierza nią manipulować, aby uzyskać odpowiednie kąty... W każdym razie będziemy się starać, żeby zapewnić pani wszystko, co potrzebne.

- Wspaniale, dziękuję. Właściwie nawet lepiej niż wspaniale. Instrumenty pomiarowe mam swoje. Dzisiaj prawdopodobnie zrobię to, co nazywam szkicem z wyobraźni, innymi słowy narysuję to, co dostrzegam w czaszce - wyjaśniła Jane. - Już jest późno, a ja jechałam z okolic Waszyngtonu, więc czuję się zmęczona po podróży. Pomiary zacznę jutro...

- Bardzo chciałabym zobaczyć panią przy pracy! - oświadczyła z entuzjazmem Betty.

Była poczciwą kobietą i dobrym zastępcą. Po powrocie do Lily Sloan przeżył zaskoczenie, zorientowawszy się, że Betty nie chce stanowiska szeryfa dla siebie. Wdowa z dwojgiem dzieci pracowała w wymiarze sprawiedliwości przez prawie całe dorosłe życie. W każdym razie nie zamierzała wziąć na siebie ciężaru odpowiedzialności, wynikającego z pełnienia funkcji szeryfa. Miała stalowosiwe włosy, skrzące się niebieskie oczy i umiejętność radzenia sobie z niewzruszonym spokojem z trafiającymi się czasem pijakami albo dzieciakami, którym młodość zaszumiała w głowie. Zarówno pijaków, jak i młodych ludzi potrafiła przekonać, że znaleźli się na drodze donikąd i muszą zapłacić za swoje przewinienia, stając przed sędzią, a żaden złotousty prawnik nie wydobędzie ich tego wieczoru z paki. Sloan namawiał Betty, zapewniając, że stanowisko szeryfa Lily nie wiąże się z wielką odpowiedzialnością, a ona odparła: "Och, Sloan, małym miasteczkom też zdarzają się wielkie problemy. Podoba mi się rola zastępcy. Ty startuj na szeryfa. Będę na ciebie głosować".

- Pani Everett... agentko Everett - wtrącił Chet, który szybko skorygował swoje uchybienie. - Gdyby tylko czegoś pani potrzebowała, proszę dać mi znać.

Chet miał zaledwie dwadzieścia sześć lat. Wpatrywał się w Jane Everett tak, jakby to Marilyn Monroe powstała z grobu i weszła z wdziękiem do biura szeryfa. Był równie dobrym i solidnym zastępcą szeryfa jak Betty, tyle że... młodym. Wysoki, odrobinę niezgrabny, służył w wojsku jako snajper, zanim wrócił do Lily, gdzie urządzono na jego cześć paradę. W Lily powrót mieszkańca z wojska stanowił pretekst do świętowania.

- Agentko Everett, proszę ze mną - powiedział Sloan. - Pokażę pani miejsce pracy i czaszkę.

- Lepiej pokaż, gdzie jest kuchnia i gdzie trzymamy kawę - odezwała się Betty, karcąco spoglądając na szeryfa, po czym uśmiechnęła się do Jane. - Mamy wodę gazowaną, kawę, różne przekąski i co tylko pani zechce. Kuchnia jest za pierwszymi drzwiami po lewej w tym korytarzu, wszystkim może pani się częstować do woli. U mnie na biurku jest interkom. W razie potrzeby proszę nacisnąć guzik i mnie zawołać.

Jane podziękowała Betty oraz Chetowi i ruszyła za Sloanem korytarzem. Otworzył drzwi do pokoju przesłuchań A. Były też pokoje B i C, ale nawet w A nigdy nikogo nie przesłuchiwano, więc tym bardziej w B i C.

Zapalił światło. W pomieszczeniu stało biurko, a na nim komputer, były też przygotowane dla gościa sztalugi z dużym szkicownikiem. Betty, zgodnie z tym co powiedziała, umieściła w pokoju aparat fotograficzny, skaner, kalkę techniczną, markery do oznaczania grubości tkanki, drut i wosk do sporządzania masek pośmiertnych. Czaszka była ustawiona na stole konferencyjnym pośrodku pokoju. Znajdowała się na stojaku, tyle że bez peruki, i była po kilku drobnych korektach. Sloan niewiele wiedział o rekonstrukcji wizerunku w naturalnej wielkości na podstawie kształtu czaszki, ale Betty próbowała zdobyć jakieś wiadomości i nawet skorzystała z pomocy kolegi, wykładowcy z Tucson. Czaszka została ustawiona według jego najlepszej wiedzy w płaszczyźnie frankfurckiej, czyli pozycji anatomicznej mającej odzwierciedlać naturalne umiejscowienie w ciele.

Oderwana dolna żuchwa leżała przed czaszką, tak jak została znaleziona.

Zdawało się, że Jane nie widzi w tej chwili niczego oprócz czaszki. Podeszła prosto do niej, przez chwilę się w nią wpatrywała, a potem podniosła żuchwę i zaczęła badać nierówną krawędź w miejscu dawnego połączenia.

- Wasz koroner miał rację - stwierdziła. - Jest bardzo stara. - Spojrzała na Sloana. - Gdyby ten ktoś umarł mniej więcej w naszych czasach, struktura byłaby bardziej jednolita. Z upływem lat powstają słabe punkty. Gdyby wywarł pan zbyt duży nacisk wzdłuż którejś z tych linii, kość mogłaby się rozpaść. Zgodziłabym się również, że czaszka należała do kobiety, prawdopodobnie około trzydziestego roku życia, co można wywnioskować z połączeń kości. Kobieta dbała o zęby, bo jest bardzo mało ubytków.

Na chwilę zamknęła oczy. Zdawało się, że wpadła w trans. Wyglądała jak medium gotowe nawiązać kontakt z trzymaną w dłoni kością.

Zirytowany Sloan odchrząknął.

- Przynieść pani coś? - spytał.

Odwróciła się i spojrzała na niego nie mniej zirytowana.

- Szeryfie, jest pan właśnie szeryfem, czyli bardzo zajętym człowiekiem, a ja na pewno potrafię nie zgubić się w biurze. Zaparzę sobie kawy, jeśli pan nie ma nic przeciwko temu.

- Nocna zmiana przychodzi na służbę o piątej. Proszę do tej pory uwinąć się ze swoją pracą. Odwiozę panią do Gilded Lily i przywiozę jutro rano około ósmej, jeśli to pani odpowiada.

Skinęła głową.

- W porządku.

Sloan wrócił do swojego gabinetu, który znajdował się bezpośrednio za stanowiskiem Betty. Czekało na niego kilka teczek. Wziął do ręki pierwszą z nich. Zawierała raport w sprawie aresztowania Arty'ego Johnsona, który miał skłonność do nadużywania alkoholu i w związku z tym był stałym klientem. Kiedyś skończyło się to dla niego zakazem wstępu do Gilded Lily i do saloonu, ale ponieważ był bardzo poczciwym facetem, właściciele szybko przywrócili go do łask. W zeszłym tygodniu Arty trochę przesadził i dołączył do obsady na scenie Gilded Lily. Henri Coque, bardzo tym rozeźlony, zażądał aresztowania niepoprawnego amatora whisky. Arty odespał swoje w jednej z pięciu cel, a potem Sloan odwiózł go do domu i przez całą drogę musiał wysłuchiwać wyrazów skruchy.

Żywiąc nadzieję, że Henri nie wniesie oskarżenia, szeryf odłożył teczkę na bok.

Podniósł ze sterty kolejną i pokręcił głową. Jimmy Hough, miejscowy maturzysta i gwiazda drużyny futbolowej, przesiedział noc w celi. Jego ojciec był właścicielem farmy krzyżówek bizona i bydła domowego. Mięso tych zwierząt nie zyskało takiej popularności na wschodzie, jak się spodziewano, ale Caleb Hough i tak zbił majątek na sprzedaży swoich beefalo. Jimmy podebrał ojcu jego maserati, żeby poszaleć, i wpadł na hondę Connie Larson. Kiedy Sloan go zwinął, chłopak był mocno naćpany. Nawet małe Lily nie uniknęło zalewu narkotyków, które wciąż były plagą w szkołach.

Sloan uznał, że to dobry moment, by wpisać raporty do komputera.

Spędził na tej robocie godzinę. W pewnej chwili uświadomił sobie, że przy wejściu powstało zamieszanie. Podniósł głowę i usłyszał, że Caleb Hough magluje Betty, wściekły, iż naraziła przyszłość jego syna.

Sloan wstał zza biurka i wyszedł z pokoju, aby wesprzeć zastępczynię. Bogactwo Caleba natychmiast zwracało uwagę, zupełnie jakby był w nie ubrany. Może była to w ogóle cecha ludzi, którzy wszystko zawdzięczali sobie, a może występowała u nich tylko w takich rejonach jak ten, gdzie zaludnienie było nieduże.

- Trent! - ryknął Hough, gdy tylko go zobaczył. - Miałeś czelność rozkazać swojemu zastępcy McCarthy'emu, żeby przetrzymał mojego chłopaka przez noc w areszcie z powodu zwykłej stłuczki! Jimmy ma przed sobą przyszłość... jest gwiazdorem! Przyjeżdżają go oglądać skauci college'ów z całego kraju. Jeśli będzie notowany...

- Hough, kazałem zastępcy zatrzymać tu twojego chłopaka po zgarnięciu go z ulicy, bo ledwo trzymał się na nogach. Spodziewałbym się zresztą, że chcesz, aby nauczył się czegoś o odpowiedzialności. Chłopak nie jest zły i wcale nie zależy mi na tym, żeby był notowany, ale z drugiej strony, to nie jest tak, że go wsadziłem, by mieć go z głowy i o wszystkim zapomnieć. Poprosiłem doktora Levina, żeby go zbadał. Odbyłem też rozmowę z nim i z Connie Larson. Jimmy nie uciekł z miejsca wypadku i był szczerze przejęty tym, że wpadł na samochód Connie. Zatrzymałem go na noc przede wszystkim dlatego, że musiał dojść do siebie. Poza tym potrzebował nauczki. Wypuściłem go rano, bo Connie postanowiła nie wnosić skargi, świadków nie było, a ja uważam, że to dobry chłopak. Jednak... On już wie, że teraz mam go na oku, nawet jeśli ty dałeś sobie z tym spokój. Ostrzegłem go, że jeszcze jeden krok w niewłaściwym kierunku, a postawię mu zarzuty. Został zatrzymany jedynie za prowadzenie samochodu bez należytej uwagi. A teraz wynoś się stąd, bo jeszcze i tobie postawię zarzuty.

Hough spiorunował go wzrokiem.

- Zapomniałeś, z kim rozmawiasz? Właściwie za kogo się uważasz, że musisz wtrącić swoje dwa centy do wychowania mojego chłopaka?

- Za rok już nie będzie chłopakiem, Caleb. Stanie się pełnoletni. Jeśli teraz nie nauczy się tego, co powinien, to napyta sobie prawdziwej biedy.

- To jeszcze nie koniec! - ostrzegł go Hough.

- Miejmy nadzieję, że koniec. Dla dobra twojego syna - odpowiedział Sloan.

Hough wydawał się bliski wybuchu, ale obrócił się na pięcie i wielkimi krokami opuścił biuro. Sloan podszedł za nim do drzwi i zobaczył Jimmy'ego Hough, stojącego na dworze. Wyglądał tak, jakby chciał się schować w mysiej dziurze. Ojciec zbliżył się do niego i plasnął go dłonią po głowie. Sloan sięgnął do klamki, ale Betty położyła mu rękę na ramieniu.

- Daj spokój. Dzieciakowi nic nie będzie. Może przeżyje starego - powiedziała cicho.

Skinął głową i wrócił do swojego pokoju. Betty poszła za nim.

- Caleb Hough jest bardzo wpływowy dzięki swoim pieniądzom. Może lepiej, żebyś nie robił sobie z niego wroga.

- Jeśli mój urząd można kupić za pieniądze, to ja go nie chcę - odparł Sloan.

- Stary Hough narobi ci kłopotów.

- Powinienem był postawić temu bachorowi zarzut prowadzenia samochodu pod wpływem substancji zabronionych. Nie zrobiłem tego, bo miał wielkie wyrzuty sumienia, a nikomu nic się nie stało. Poza tym uznałem, że zasługuje na drugą szansę.

- I nie było świadków - przypomniała mu Betty - a Connie nie złoży skargi.

Gdy tak rozmawiali, otworzyły się drzwi i do środka wszedł Declan McCarthy, najstarszy rangą zastępca z nocnej zmiany. Był czas na przekazanie służby.

Sloan wrzucił teczki do szuflady biurka, chcąc jak najszybciej wyjść.

- Dosyć na dzisiaj, Betty.

Declan miał radosną minę. Karierę zaczynał jako posterunkowy w Detroit. Często powtarzał, że Lily wydawało mu się kawałkiem gorącego i suchego nieba.

Betty podeszła, aby złożyć Declanowi meldunek z całego dnia, ale spraw nie było dużo. Sloan wyłączył komputer i poszedł po Jane Everett.

Zapukał do drzwi i dopiero potem je otworzył. Jane siedziała przed sztalugami. Właśnie skończyła rysunek.

Znieruchomiał, zapatrzony w wykonany przez nią portret. Był tylko szkicem, ale Jane wlała w niego życie. Kobieta z kartki wręcz nim emanowała, zdawało się, że zaraz przemówi. Jane zebrała włosy w koczek, ale kilka kosmyków uciekło i opadało jej na czoło. Tajemniczo się uśmiechała, jakby dowiedziała się czegoś, czym mogłaby podzielić się z innymi, gdyby ją do tego przekonać.

Co najdziwniejsze, Sloan miał wrażenie, że wyczuwa u niej coś, co jest mu dobrze znane.

- Jak tam, szeryfie? Gotowy do wyjścia? - spytała dziarsko.

- To ona? - spytał. - Już pani narysowała?

Pokręciła głową.

- Nie... To znaczy tak i nie. Dołączyłam dolną żuchwę i wykonałam część najłatwiejszej pracy. Mam wstępny szkic, w dużej części oparty na domysłach. Można by to nazwać nauką szczególną, bo są w niej również elementy sztuki. Efekt jest dwuwymiarowy. Biorę fotografię, ładuję do komputera, robię symulację tkanek z uwzględnieniem rasy, wieku, płci i otrzymuję komputerową podobiznę. Pracowałam z różnymi wyobrażeniami tej czaszki, posługując się wydrukami i kalką, aby wykonać szkic. Doszłam właśnie do tego, co widać. Jutro zacznę pracę z markerami. Wprowadzę do komputera najbardziej prawdopodobny układ mięśni i najbardziej prawdopodobne grubości tkanki w różnych miejscach i rozpocznę rekonstrukcję fizyczną. Tu mam tylko pierwsze przybliżenie.

- Naprawdę godne uwagi - pochwalił. Nie mógł oderwać wzroku od stworzonego przez nią wizerunku. W końcu sam zrugał się za to w myślach. - Jestem gotowy do wyjścia, czekam na panią.

Jane wzięła kubek po kawie, który niewątpliwie przyniosła z kuchni, torebkę i ruszyła do drzwi. Przystanęła jednak. Tymczasem Sloan, który wciąż stał na progu i wpatrywał się w szkic, uświadomił sobie, że chciałby wiedzieć, dlaczego kobieta ze szkicu wydaje mu się znajoma.

- Szeryfie?

Odsunął się na bok. Jane wyszła na korytarz pierwsza i wkrótce usłyszał szum wody, gdy myła kubek w kuchni. Tymczasem on wciąż patrzył na rysunek kobiecej twarzy.

Wreszcie zmobilizował wolę, by się odwrócić i odejść.

Gdy mijali biurko przy drzwiach, przedstawił Jane Declanowi McCarthy'emu, Scotty'emu Carterowi, który na nocnej zmianie pełnił funkcję dyżurnego, i Vince'owi Graingerowi. Teraz Jane znała już wszystkich jego podwładnych.

Wyszli na zewnątrz. Sloan najpierw otworzył drzwi samochodu po stronie pasażera i dopiero wtedy obszedł maskę, by usiąść za kierownicą.

Gdy ruszyli, nie próbował nawiązać konwencjonalnej rozmowy o niczym.

Nie mógł usunąć sprzed oczu wyobrażenia żywej kobiety.

Tyle że ta kobieta od dawna nie żyła.

Nic już z niej nie zostało z wyjątkiem czaszki.