Noc letnia - Zygmunt Krasiński

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Widziałem kiedy ją wiedli - w białych szatach, z wieńcem na głowie szła w przerażeniu - Kościół stał jako ciemny cmentarz przed jéj oczyma - Wszyscy się uśmiechali z radości starzy i młodzi - Dzieci za Aniołków przebrane potrząsały kwiatami - Sam Biskup i powierne kapłany wesołym patrzyli wzrokiem, w sutych dalmatykach - Lud się cisnął zazdroszcząc i chwaląc i życząc - Ona jedna tylko milczała, z spuszczonemi oczyma, oparta na ręku służebnic.

I w jéj kibici coś znękanego, bezsilnego było - I w jéj źrenicach nie jasno przebijał promień duszy - I z jéj ust nieco rozchylonych trudno się domyśleć, wyjdzieli modlitwa czy skarga - Idąc wzdłuż kaplic podnosiła rękę i przeżegnać się chciała, pół-krzyże tylko kryśliła w powietrzu - przed obrazem Bogarodzicy skłoniwszy głowę, znać przyklęknąć miała, lecz sił jéj nie stało i szła daléj ku wielkiemu ołtarzowi, a wielki ołtarz stał w głębi podobny do grobu.

Tam ojciec czekał na nią w kole krewnych i powinnych, z dumą w oku starem - I słuszne miał prawo do pychy, bo cudniejszem dzieckiem nikomu Bóg nie opromienił schyłku życia - Ona dotąd była jak najmilsza gwiazda nad jego zstępującą drogą; dziś tylko pierwszy raz w życiu zamglona - lecz on niezważał na chwilowe zaćmienie, bo w téj dobijającéj godzinie wszystkie jego marzenia dopełnić się miały - Rzekł więc do otaczających: "Patrzcie jak niewinna, drży w niewiadomości szczęścia swego" - i sięgnął wzrokiem tak jak kościół długi, by ujrzeć ażali nie przybywa Pan młody - siwe brwi zmarszczył niedostrzegłszy go nigdzie!

Ale wnet znów miał spokojne i pogodne czoło. - O! złudzenia starców, jak posągi ryte z głazu, pośród ich dusz stoją - chyba śmierć je rozłamie, lecz nie strąci ich żadna przestroga na ziemi! Kto młody, ten malowne sny widzi w powietrzu - Tęcze nad nim się krzyżują i znikają, wiara na przemiany precz idzie w zwątpienie - U bliższych grobu, twardsza nadzieja i żądze przezwane rzeczywistości imieniem - Między prawdą a niemi stanęła opoka doświadczenia - siedzą na niewzruszonéj, a strumienie życia, morza fal grających pędzą tymczasem i mijają w dole!

Tam zwichnięte stery, poszarpane żagle, opadłe wieńce i serc spalonych popioły, wiecznym wichrem gnane, tłoczą się i giną w oddali! Tam gwiazd dźdże nieustanne z głuchym gasną szumem, a wszędzie modre szydzą piany i w nieskończoność garnie się rozbicie! - lecz im nic do tego - sami wrośli w skałę i domy budują nad huczącą głębią - każda fala co przelewa się w drugą, wydaje się im ołtarzem szczęścia i pokoju - potem córom i synom ludzkim każą ślubować na wierność przed niemi. - Ha! nim ci domówią przysięgi, już ołtarz pod drugim widnokręgiem płynie!

Teraz oblubieniec wpadł do kościoła, rzezki i hoży, z drużyną pysznie ubranych, sam w narodowym stroju - lecz naród jego nie był starca narodem - Tłum rozgina się na prawo i lewo, niskiem witając go czołem - ledwo raczył niektórym się odkłonić i dzwoniąc o marmury posuwistemi kroki, stanął przy narzeczonéj klęczącéj już teraz - Ona niezdołała powstać! - Ojcu jéj znikomie usta na ramieniu złożył, potem rozmawiali przyciszonym głosem, starzec z królewską powagą, młodzieniec hasając rękoma - Zwolna zbliżył się tymczasem Biskup i zwolna zapalono gromnice na ołtarzu - wielkie w téj wielkiéj świątyni stało się milczenie - na wieki rąk dwoje, dusz dwoje, połączyć się mają - Dreszcz uroczysty rozbiegł się po widzach.

O szyby różnobarwnych okien, rozpłonił się promień zachodzącego słońca - Zdało się przez chwilę że tam krwi potok płynie i pluska, aż zniżył się i skonał wśród zmierzchu - lecz ostatnim blaskiem drasnął głowę człowieka stojącego samotnie w przybocznéj kaplicy - przy nim leży na pomniku posąg rycerza - On jak drugi posąg niewzruszony, przykuł się wzrokiem do ołtarza kiedy Biskup przemawia do oblubienicy - co w jego duchu się dzieje, mrok na jego twarzy zaczaił - jednak, kiedy chwilowa łóna co zgasła już teraz przepływała po niéj, każdy co k'niemu zwrócone miał przypadkiem oczy, dostrzegł wyraz niesłychanéj walki na tem czole wzniosłem - nikt jednak ni modlitwy ni westchnienia nie usłyszał, ni jęku - Wargi ściśnione i boleść kształtem uśmiechu zakrzywiona na nich! - to jedno błysnęło i znów utonęło w cieniu.

Lecz kiedy świętym obrzędom stało się zadość, kiedy Pan młody podniósł żonę a ona padła w ojca objęcia, i ojciec ją niósł ku bramom kościoła i tysiąc gromnic szło za niemi i stopniami upływała ciżba, i kroków odgłosy wolniały oddalając się - i wreszcie pustkami stanął przybytek - spiący tylko umarli w nim zostali, i kilku żywych umarłych krzątało się po jego głębiach, zakonników kilku - wyszedł ów człowiek z kaplicy i rozkiełznany, szybki, uderzył piersią o stopnie ołtarza, zerwał się i padł na nowo, aż wreszcie siadł, lampą pozostał nad krzyżem srebrnym blado oświecony - nie ku obrazom świętych zwrócone jego oblicze, ale ku bramie którędy wyszli oni wszyscy - Tam błękitu nocnego kawał, i jedna gwiazda miga - On w nią patrzy i sztylet z pod płaszcza wyciąga - i patrząc w gwiazdę z pochwy klingę bierze - i patrząc w gwiazdę, ostrzy ją na zgrzytającym kamieniu.

Tak w snie magnetycznym z odkrytą źrenicą, nic nie widząc, nic nie słysząc, chorzy stąpają śmiało w księżyca promieniach - potęga któréj nie czują, stała się niemi - ona im ręce zbroczy krwią nieprzyjaciół, ona ich odejmie brzegom przepaści - Namiętność w słońca promieniach, czerpa żary swoje, lecz równie pewno niesie, równie dziko pędzi!

I do owego człowieka zbliżył się mnich przyklękając przed wielkim ołtarzem, potem rzekł: "Ktokolwiek jesteś bracie, idź na spoczynek i niemieszaj pokoju Pańskiego." Ale on mu nic nie odpowiedział - Za tym szedł drugi i rzekł: "precz z kościoła bo świętokradzcą jesteś." Ale on mu nic nie odpowiedział - aż trzeci przed nim stanął i zawołał: "Wyklinam ciebie i to żelazo któregoś u stóp krzyża śmiał dobyć." - A wtedy wstał winowajca i odparł: "Na te słowa czekałem by cios stał się niechybny a rana śmiertelną" - i wyszedł powoli - powoli jakby liczył kroki własne, wiedząc że ostatnie na ziemi!

Tymczasem rozwiodła się po niebie noc tak przejrzysta i cicha, że każdy co ją widział uczuł w piersiach dreszcz rozkoszy, w duszy szczęścia przeczucie - Jéj cienie owinęły pola i gaje - Jéj gwiazdy weszły nad górami jak duchów w błękicie ukrytych, płonące źrenice - Ziemia w przepasce z ciemności wonią kwiatów tylko i westchnieniem wód odwdzięcza się im wstydliwie, za złote spojrzenia - Właśnie takiéj nocy trzeba dla tak świetnych ślubów - od niej pocznie się długa wiosna obojgu szczęśliwym - Czegoż im więcéj można życzyć na ziemi? - On, wzięty u Króla, Pan wielu służebnych - Ona, śliczniéjsza od Aniołów, wniosła w dom męża ziemie obszerne posagiem - Matki nieznaleść któraby jéj niezazdrościła - Młodzieńca któryby mu nie złorzeczył - a ojciec stary dopiął myśli swojéj - odtąd mu dni płynąć będą wśród uśmiechów córki i potęgi zięcia - a drobne wnuczęta jak kwiaty wyrosną mu na ścieżce przed grobem!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.

NOC LETNIA

Bo na tym świecie, śmierć wszystko zmiecie,

Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie! Malczewski. (Maryja).

O patrzcie na mnie, współziemianie, obywatele jednej Ojczyzny! na mnie idącą po ostatniej drodze - na mnie, ostatni raz patrzącą na światło Heliosa - Drugi raz nigdy go już nie obaczę - Smierć która w kolebce swojej, wszystko usypia, wiedzie mnie żywą ku brzegom Acherontu - mnie żywą, mnie niepoślubioną, mnie o której uszy nieodbiło się nigdy weselne pienie zaręczyn - Acheron jeden tylko woła mnie do ślubu!

SOFOKLES-ANTYGONA.

Jeżeli dotąd jedno dumne jeszcze Bije gdzie serce na téj smętnéj ziemi, Za to samotne lub w walce z innemi Że się natchnęło w myśli święte, wieszcze; Za to potwarzą ścigane do koła Że nad sąd ludzi i praw ich zawiłość Przeniosło swoją nienawiść lub miłość, Nienawiść podłych - lub miłość Anioła! Jeśli to serce co wiele kochało, Jeśli to serce co wiele cierpiało, Dziś nakształt głazu ścierpło i zlodniało; Lecz wrzkomo tylko - na zewnątrz - bo skrycie Tli w jego wnętrzach nieśmiertelne życie, I żadna krzywda ludzka nie wyziębi Skry spadłej z niebios co wre w jego głębi - Jeśli to serce w samotnéj żałobie, Jak grób zamknięty, tak zamknięte w sobie,

Na świat spogląda - nie mściwie - nie hardo - Lecz z przebaczenia Anielską pogardą! - - Gdziekolwiek jesteś o serce mi znane! Serce niewieście i prześladowane! Gdziekolwiek jesteś - z bliska czy z daleka: O serce dumne, o serce stroskane! Weź to co przyjąć możesz od człowieka! Weź pieśń - po pieśni poznasz we mnie brata, Ta pieśń z innego - tak jak i ty - świata!

Za to żeś Siostro w fałsz nie uwierzyła, W Bożyszcze złota i w marę próżności, Gdy świat ten zstąpił do grobu podłości, Za to żeś z światem w ten grób nie zstąpiła, O téj nikczemnéj dziejów ludzkich dobie, W świętem współczuciu i w świętéj miłości, Tę pieśń mej duszy, ja poświęcam Tobie!...