Noc kłamstw - Izabela Janiszewska

Kup ebooka

38.90 zł
31.12 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

TAMTA NOC

 

 

 

 

 

 

Zdawała sobie sprawę, że to w kłamstwach kryje się cała prawda o niej. Oparła głowę o krawędź wanny. Przymknęła powieki, a z jej gardła wydobył się niski pomruk. Gorąca kąpiel rozluźniała mięśnie. Miękka piana łaskotała skórę. Kobieta sięgnęła stopą do kurka, by zatrzymać strumień wody. Bordowy lakier na jej paznokciach zalśnił, odbijając światło lamp. Wypełniała ją nieskończona błogość. Z bezprzewodowych słuchawek do uszu sączył się wygrywany na saksofonie utwór Lily was here. Kobieta chwyciła kieliszek stojący na brzegu wanny i przyłożyła go do warg. Intensywny smak czerwonego wina rozgościł się w jej ustach i na języku. Tego właśnie potrzebowała, by zapomnieć o wszystkich zmartwieniach.

Oddając się odprężeniu, nie usłyszała skrzypnięcia otwieranych drzwi ani cichych kroków za plecami. Odwrócona tyłem do wejścia nie mogła też dostrzec postaci, która wśliznęła się do łazienki. Palce jej dłoni beztrosko wystukiwały rytm na rancie wanny. Stopa poruszała się w takt muzyki, oczy pozostawały zamknięte. Kobieta odetchnęła głęboko i uniosła powieki, by sięgnąć po telefon. Wysunęła rękę, a gdy chwyciła komórkę, ktoś gwałtownie złapał ją za włosy i z całej siły uderzył jej głową o wannę.

W czaszce kobiety zadudniło. Ból eksplodował za lewym okiem, a telefon wymknął się ze szczupłych palców i z trzaskiem runął na podłogę.

- Ty głupia dziwko. Niszczysz wszystko - usłyszała nienawistny syk.

Zdezorientowana zamrugała. Jedna ze słuchawek wysunęła się z jej ucha i wpadła do wody. Ćmienie w skroni promieniowało aż do szczęki, a świat zdawał się tracić ostrość. Kobieta dostrzegła potłuczone szkło na podłodze. Zauważyła też, że piana w wannie zaczęła zabarwiać się czerwienią jej krwi, skapującej z pękniętego łuku brwiowego.

W ułamku sekundy otrząsnęła się z szoku. Obróciła się i zamarła. Widok wykrzywionej nienawiścią twarzy nią wstrząsnął.

- Boże, to ty?! Oszala...

Zanim zdążyła dokończyć, zwinne dłonie chwyciły ją za kark i wepchnęły jej głowę pod wodę. Wymachiwała rękoma, próbując odeprzeć atak, ale trafiała w próżnię. Jej rude włosy wiły się pod powierzchnią niczym węże. Panika zalewała umysł.

W tej napaści była jakaś nieokiełznana furia. Wściekłość, która wciskała czaszkę kobiety w dno wanny. Zaatakowana wierzgała w nadziei, że zdoła się wyswobodzić, ale wypity alkohol osłabił siłę jej mięśni. Nie była w stanie unieść tułowia ani wezwać pomocy. Desperacko pragnęła zaczerpnąć powietrza, wtłoczyć do organizmu choć odrobinę tlenu. W końcu zaczęło jej się robić ciemno przed oczyma. Serce szaleńczo szarpało się pod żebrami, jakby pragnęło wyrwać się na zewnątrz. Szum w uszach narastał, a klatkę piersiową wypełniał ogień. Wtedy instynkt zwyciężył i kobieta mimowolnie nabrała tchu. Ten bezwarunkowy odruch sprawił, że jej płuca zaczęła wypełniać woda. Wszystko wokół powoli przestawało istnieć. Świat cichnął, obraz ciemniał, aż wreszcie zgasł.

 

 

 

 

 

ANNA

 

Wcześniej

 

30 WRZEŚNIA, SZEŚĆ DNI PRZED ZABÓJSTWEM

 

 

Sypialnia tonęła w ciemności. Mrok otulał zagrzebaną w miękkiej pościeli kobietę. Jej klatka piersiowa unosiła się miarowo. Oddech delikatnie szumiał, a rude włosy leżały rozrzucone wachlarzem na poduszce. We śnie Anna szła przez opuszczone miasto. Przemierzała wymarłe ulice, mijając budynki z powybijanymi szybami. Otaczał ją świat w odcieniach szarości, zimny i niepokojący. Ukruszone fasady domów, wyschnięte na pył skwery i nagie, pozbawione liści drzewa. Każdy jej krok odbijał się echem od betonowych ścian. Piach chrzęścił pod stopami.

W koszmarze próbowała odnaleźć drogę do domu. Wyrwać się z tego cmentarzyska i wrócić do swoich dzieci. Kluczyła uliczkami coraz bardziej zagubiona. A ilekroć skręcała, nieważne, czy to w prawo, czy w lewo, wciąż lądowała w tym samym miejscu. Jakby była uwięziona w labiryncie. W końcu przystanęła, w panice rozglądając się wokół. Otworzyła usta, by zawołać bliskich, ale kiedy krzyknęła, z jej gardła nie wypłynęły żadne słowa. Wrzeszczała, z bezradności zaciskając dłonie w pięści, lecz nadal nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wtedy się obudziła i natychmiast tego pożałowała.

Pierwszym, co dostrzegła, kiedy uniosła powieki, były uchylone drzwi sypialni. Ułamek sekundy później w smudze mdłej poświaty wpadającej z korytarza zobaczyła zarys męskiej sylwetki. Serce Anny zamarło. Usiłowała zerwać się z łóżka i wezwać pomoc, ale jej mięśnie ogarnął paraliż. Nie mogła poruszyć żadną częścią ciała ani wydobyć z siebie głosu.

Intruz stał blisko. Anna nie była pewna, czy zauważył, że się ocknęła. Wydawało jej się jednak, że wyczuwa na sobie jego śliski wzrok. W tamtym momencie, obezwładniona przerażeniem, pragnęła tylko zniknąć. Zamienić się w nicość i przestać czuć ten potworny strach. Nagle mężczyzna drgnął, jakby dopiero się zorientował, że ona również go widzi. Anna pomyślała, że to koniec, ale wtedy ku jej zaskoczeniu nieznajomy, zamiast zaatakować, rzucił się do ucieczki. Jego kroki zadudniły na schodach, a potem zapadła cisza. Ciężka i głucha. Jakby to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Jakby mężczyzna był tylko mirażem.

Anna przeczesywała wzrokiem gęstą szarość sypialni. Ucisk w jej klatce piersiowej powoli ustępował, lęk topniał, wracało panowanie nad ciałem. Poruszyła delikatnie palcami u rąk, a później przesunęła stopami po prześcieradle. Z jej ust wydobyło się westchnienie ulgi. Ostrożnie uniosła tułów i zapaliła lampkę, mrużąc oczy pod naporem światła. Zegarek w komórce wskazywał kwadrans po piątej. Było za wcześnie, by dzwonić do Mikołaja. Obudziłaby chłopców i Kasię. Poza tym nie chciała psuć im długo wyczekiwanej przygody w Legolandzie.

Wiedziała jednak, że musi zawiadomić policję. Drżącą ręką wybrała trzy cyfry, ale po chwili zmieniła zdanie i się rozłączyła. Naszła ją myśl, równie naiwna, co krzepiąca, że może ta napaść tylko jej się przyśniła. Podobnie jak wymarłe miasto duchów, po którym błądziła w koszmarze. Jeśli zadzwoni na numer alarmowy, a później okaże się, że najście było jedynie sennym majakiem, wyjdzie na histeryczkę, stwierdziła. Owinęła więc ciało szlafrokiem i wstrzymując oddech, wyjrzała na korytarz.

Dom spowijała cisza. Anna przeszła na palcach do pokoju synów, a później zdjęła ze ściany kij bejsbolowy, który Janek i Władzio dostali od wujka ze Stanów. Uzbrojona, z dłońmi zaciśniętymi na uchwycie ostrożnie schodziła po drewnianych stopniach. Jej uszy wychwytywały każdy szmer. Serce kołatało się w piersi, a oddech zamierał w płucach.

Kiedy dotarła na parter, poczuła chłodny powiew na bosych stopach. Wzdrygnęła się i instynktownie przylgnęła plecami do ściany. Główne drzwi wejściowe do domu pozostawały zamknięte na zasuwę. Anna dla pewności szarpnęła za klamkę. Nagle za sobą usłyszała wywołujące ciarki skrzypnięcie. Z nerwów kij prawie wypadł jej ze spoconych rąk, panika w głowie eksplodowała jak fajerwerki w sylwestra. Obróciła się gwałtownie, gotowa, by uderzyć, ale na parterze nie było nikogo poza nią. Wokół panował zastój i tylko białe drzwi na końcu korytarza poruszały się delikatnie, popychane siłą przeciągu.

Anna przełknęła ślinę. Powoli, ze zwartymi z niepokoju szczękami dotarła do kotłowni. Nabrała tchu i nie tracąc czasu na rozmyślania, pociągnęła drzwi ku sobie. Jej dłoń szybko odnalazła włącznik światła, a gdy pomieszczenie zalał blask żarówki, kobieta dostrzegła stłuczone otwarte okno. Na podłodze leżały odłamki szkła.

Poczuła na twarzy podmuch rześkiego powietrza. Cofnęła się o krok, bezradnie kręcąc głową. Świadomość, że mężczyzna, którego widziała w sypialni, nie był sennym majakiem, spadła na nią jak lawina. Wyjęła z kieszeni szlafroka telefon, wybrała numer i ze słuchawką przyciśniętą do ucha zamknęła się w łazience.

Za oknem wstawał nowy dzień. Nadchodzący świt stopniowo rozpraszał mrok nocy. Okoliczne domy wyłaniały się z ciemności, zyskując coraz bardziej wyraźne kontury i kształty, a niebo przybrało grafitowy odcień.

- Operator numer trzydzieści osiem Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Warszawie, w czym mogę pomóc? - usłyszała w komórce męski głos.

- Halo... Chciałabym zgłosić włamanie. Ktoś był u mnie w domu.

- Poproszę o dokładny adres.

Podała ulicę i numer domu, z trudem panując nad drżeniem głosu.

- Jak się pani nazywa?

- Anna Tochman.

- Czy ktoś jest tam z panią?

- Nie, jestem sama. Schowałam się w łazience - odparła, z niepokojem zerkając w kierunku okna. Siedziała na podłodze, wciśnięta między toaletę a umywalkę, z kolanami przyciągniętymi do piersi.

- Proszę tam zostać i nie otwierać nikomu do czasu przyjazdu policji. Patrol jest już w drodze.

- Dobrze.

- Czy potrzebuje pani pomocy medycznej?

- Nie - odpowiedziała, czując, że coraz bardziej kręci jej się w głowie.

Zacisnęła palce na telefonie, a odległy horyzont, w którym utkwiła wzrok, zafalował. Głos operatora stał się niewyraźny i zdeformowany. Jakby docierał z głębokiej studni. W uszach Anny pobrzmiewało wielokrotnie powtarzane: "Halo, halo?", na które nie była w stanie odpowiedzieć.

Opuściła dłoń z komórką i ze łzami w oczach objęła spojrzeniem wnętrze łazienki. To nadal był jej dom, ale Anna nie widziała w nim już ani oazy, ani bezpiecznego schronienia. Teraz odnajdywała tam tylko strach.

 

*

 

- Jest pani pewna, że nic nie zaginęło? - Szczupły, wysoki funkcjonariusz rzucił jej powątpiewające spojrzenie. - Może jakaś gotówka, biżuteria, coś, czego zniknięcie trudno zauważyć na pierwszy rzut oka?

Westchnęła. Znajdowali się w salonie jej domu. Czuła na plecach ciepłą dłoń Olgi, mieszkającej po sąsiedzku przyjaciółki, dzięki której jeszcze nie rozpadła się na kawałki. Sama, ubrana w szlafrok, z włosami w nieładzie, trzęsącymi się dłońmi obejmowała kubek z parującą kawą.

- Nie wydaje mi się, by czegoś brakowało - wyjaśniła. - Sprawdziłam szuflady, gdzie przechowuję kolczyki i pierścionki, ale wszystkie znajdują się na swoim miejscu. Pieniądze trzymamy w banku, nie mamy dzieł sztuki, a telewizor i konsola stoją nietknięte. Nawet tablet, który mąż zostawił na stoliku, wciąż tu leży. - Wskazała na urządzenie w czarnym etui.

- A dokumenty? - dopytywał sierżant Wolski.

- Mąż prowadzi kawiarnię, ja piszę książki dla dzieci. Jedyne dokumenty, które przewijają się przez nasz dom, to rachunki, zeznania podatkowe i od czasu do czasu umowy wydawnicze. Nic niezwykłego.

Policjanci wymienili znaczące spojrzenia. Niższy z mężczyzn, ten o wysokim czole, zmarszczył brwi i rozejrzał się wokół po zadbanym pokoju urządzonym w stylu skandynawskim.

- Muszę przyznać, że to dość nietypowe - zauważył. - W ciągu ostatnich miesięcy mieliśmy kilka podobnych zgłoszeń w okolicy, ale włamywacz zawsze zostawiał na miejscu niezły bałagan, a z okradanych domów ginęły wartościowe przedmioty.

- Może przepłoszyła złodzieja, zanim zdążył cokolwiek zabrać - zasugerowała Olga, która w odróżnieniu od swojej przyjaciółki nie tylko zdążyła włożyć eleganckie spodnie i kremową bluzkę z jedwabiu, ale nawet ułożyć ciemne, sięgające ramion włosy.

Jak przystało na głodną sukcesów, wziętą warszawską prawniczkę, Olga Dębska wstawała wcześnie. Dzień zaczynała od dwudziestokilometrowej przejażdżki na rowerku stacjonarnym, podczas której oglądała najświeższe serwisy informacyjne. Swój poranek kończyła lekturą akt i dokumentów wertowanych nad śniadaniem składającym się z grzanki, jajka sadzonego i awokado, a później ruszała do centrum Warszawy, by przemienić się w jedną z najzacieklejszych adwokatek stolicy.

Anna, która siedziała nieruchomo na kanapie, przygryzła wargę. Jej wzrok był nieobecny, utkwiony w oddali za oknem, gdzie wrześniowy wiatr szarpał ogrodowe krzewy. Paznokcie kobiety bezwiednie uderzały o porcelanowy kubek.

- Ten człowiek wydawał się zaskoczony moją obecnością - stwierdziła. - Nie spodziewał się, że zastanie kogokolwiek w domu.

Sierżant Wolski odczytał wiadomość na komórce, po czym wsunął telefon do kieszeni i zwrócił się do Anny:

- Kto jeszcze wiedział o tym, że zamierzacie państwo wyjechać?

Olga parsknęła.

- Pewnie jakieś pół Warszawy. Jej synowie chwalili się tą wyprawą kolegom w szkole, gościom kawiarni, wszystkim sąsiadom na ulicy i przypadkowym ludziom w parku. Myślę, że łatwiej byłoby wymienić tych, którzy o niej nie słyszeli.

- Chłopcy bardzo przeżywali ten wyjazd - wtrąciła Anna. - Uwielbiają lego i nie mogli się doczekać, kiedy polecą do Danii. W zeszłym roku zrezygnowali nawet z prezentów gwiazdkowych. W liście do Mikołaja poprosili, żeby niczego im nie przynosił, tylko sprawił, by rodzice zabrali ich na wymarzoną wycieczkę. Gdyby nie zatrucie pokarmowe, byłabym tam teraz z nimi. W ostatniej chwili uznałam, że nie dam rady jechać w takim stanie.

- Macie państwo jakichś wrogów?

Tochman zaprzeczyła ruchem głowy.

- Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Klienci kawiarni uwielbiają mojego męża. Czasem myślę, że przychodzą tam nie z powodu dobrej kawy, ale specjalnie dla niego. Mikołaj nie jest wprawdzie zbyt rozmowny, za to umie słuchać jak nikt.

- A pani? Czy ktoś mógłby pani źle życzyć? Albo czegoś zazdrościć?

Anna przeniosła wzrok na swoje nogi i poprawiła rozsuwające się poły szlafroka.

- Raczej nie. Piszę książki dla dzieci o przygodach dzielnej dziewczynki o imieniu Amelia. Odwiedzam szkoły i przedszkola, rozmawiam z czytelnikami. Nie sądzę, żebym mogła się tym komuś narazić. Zresztą większość czasu spędzam w domu, za biurkiem.

Wysoki policjant podrapał brew, przeglądając swoje zapiski w notatniku.

- Czy przypomniało się pani cokolwiek, co mogłoby nam pomóc zidentyfikować napastnika? W co był ubrany? Jego wzrost albo jakieś inne cechy charakterystyczne?

- Obawiam się, że niewiele widziałam. W sypialni było ciemno, wpadłam w panikę, a chwilę później ten mężczyzna uciekł. Wtedy wydawało mi się to wiecznością, ale teraz myślę, że patrzyłam na niego zaledwie kilka sekund.

Sierżant Wolski skinął twierdząco, po czym spojrzał na kolegę i odchrząknął, ściskając w palcach długopis.

- Nurtuje mnie jeszcze jedna kwestia... - zaczął z wahaniem. - Czy ma pani stuprocentową pewność, że okno w kotłowni było zamknięte, kiedy kładła się pani do łóżka?

- Oczywiście, zawsze jest. Dlaczego pan pyta?

Mężczyzna zwilżył językiem wargi.

- Minionej nocy mocno wiało, gdyby ktoś zostawił je otwarte, mogłoby się stłuc od przeciągu.

- To jakiś żart? - wybuchła Olga. - Moja przyjaciółka została napadnięta. Jakiś obcy facet kręcił się w środku nocy po jej domu, a pan sugeruje, że to sobie wymyśliła?

- Niczego takiego nie powiedziałem - odparł ze spokojem Wolski, asekuracyjnie unosząc dłonie. - Potwierdzam jedynie fakty, na tym polega moja praca.

Atmosfera w salonie stężała. Anna, nie mogąc dłużej znieść napięcia, odstawiła kubek na stolik i podniosła się z kanapy.

- Jakie są dalsze kroki? - zapytała, krzyżując przedramiona na piersi.

- Proszę uzbroić się w cierpliwość. Odezwiemy się do pani, gdy tylko uda nam się ustalić coś nowego. Mój kolega pobrał z kotłowni odbitki palców, postaramy się porównać je z tymi, które mamy z innych okradanych domów. Zachęcałbym też do zainstalowania alarmu albo chociaż solidniejszych zamków. Te, które państwo macie, można dość łatwo sforsować.

Anna z niepokojem zerknęła w stronę drzwi. Mikołaj i dzieci planowali wrócić dopiero następnego dnia. Na samą myśl o tym, że miałaby spędzić kolejną noc całkowicie sama w domu, który zaczął ją przerażać, zrobiło jej się słabo.

- Pani Tochman, ofiary włamań często tracą poczucie bezpieczeństwa i odczuwają silny lęk przed ponownym wtargnięciem. W takiej sytuacji niezbędne jest wsparcie bliskich, a niekiedy także pomoc specjalisty - dodał funkcjonariusz.

- Poradzę sobie, dziękuję za troskę.

Sierżant Wolski założył policyjną czapkę, po czym wyrwał z notesu kartkę z nagryzmolonym numerem.

- Gdyby cokolwiek się pani przypomniało, proszę dzwonić.

Anna niechętnie sięgnęła po skrawek papieru, a następnie odprowadziła funkcjonariuszy do wyjścia. Kiedy drzwi się za nimi zatrzasnęły, przesunęła zasuwę i przekręciła klucz w zamku, a potem się rozpłakała. Łzy spływały po bladych policzkach i wsiąkały w dywan pod jej stopami.

- Hej, hej... - Olga podbiegła do niej i mocno ją przytuliła. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Potrzebujesz tylko trochę czasu. Znajdę jakiegoś porządnego fachowca od zamków, a później zadzwonię do szklarza, żeby jeszcze dzisiaj wstawił ci nową szybę. Uporamy się z tym krok po kroku.

- Nie o to chodzi. Po prostu wciąż wracam myślami do tamtej chwili, gdy nie byłam w stanie się poruszyć ani nabrać tchu. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś równie przerażającego. Wydawało mi się, że umieram.

Dębska położyła przyjaciółce dłoń na ramieniu.

- Wyjdziesz z tego, zaufaj mi. Jeśli chcesz, mogę ci przekazać kontakt do znajomej terapeutki. Jest naprawdę dobra, wielu moich klientów korzystało z jej wsparcia.

Anna pociągnęła nosem i zmusiła się do uśmiechu. Kiedy podniosła na Olgę załzawione spojrzenie, wyczuła charakterystyczny kardamonowy zapach jej perfum. Zastygła, a potem nagle ruszyła w stronę schodów.

- Muszę coś sprawdzić - rzuciła, wbiegając na górę.

Przyjaciółka odnalazła ją w sypialni. Tochman gorączkowo przerzucała zawartość górnej szuflady komody. Na podłogę spadały zwinięte w kłębki skarpety i męskie slipy.

- Gdzie one są? - szepnęła do siebie.

- O czym ty mówisz?

- Perfumy. Koszmarnie drogie Vanille Fatale od Toma Forda. Natknęłam się na nie przypadkiem kilka dni temu, kiedy zabrałam się do porządków. Myślę, że Mikołaj kupił mi je z okazji naszej nadchodzącej rocznicy. To już we wtorek. - Rozciągnęła usta w uśmiechu, który natychmiast spłynął z jej warg. - Ale teraz nigdzie nie mogę ich znaleźć.

- Może je przełożył?

- Albo ten facet je zabrał.

Olga chwyciła koleżankę za nadgarstki.

- Skąd, do diabła, miałby wiedzieć, że twój mąż trzyma perfumy w szufladzie z majtkami?

Dłonie Anny przestały przetrząsać bieliznę Mikołaja. Spojrzała na przyjaciółkę, po czym zrobiła długi wydech.

- Masz rację. Chyba przesadzam.

Potarła lśniące od potu czoło i opadła na niezasłane łóżko. Jej wzrok muskał twarze synów, córki oraz męża zerkające na nią z fotografii ustawionych na komodzie. Była tam Kasia na zawodach sportowych, chłopcy w przebraniach Harry'ego Pottera i ona z Mikołajem na tle zachodzącego słońca.

- Chwila... - Zerwała się nagle z posłania i zaczęła się rozglądać po sypialni.

- Co jest? - spytała Olga.

Anna dotknęła pustego miejsca między ramkami na komodzie.

- Tu stało nasze rodzinne zdjęcie. Zrobiliśmy je na wakacjach w Gdańsku.

- Jesteś pewna? Kiedy je ostatnio widziałaś?

- Patrzyłam na nie wczoraj wieczorem.

Olga ściągnęła brwi.

- To nie ma sensu. Kto, u licha, kradnie czyjeś zdjęcie?

Anna poczuła dreszcz przebiegający po kręgosłupie.

- Ktoś, kogo należy się obawiać - odparła.

 

 

 

 

 

LEON

 

Teraz

 

7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

 

 

- Na Mazowszu trudno będzie dziś zobaczyć słońce. Wprawdzie słupek rtęci sięgnie nawet osiemnastu stopni, ale synoptycy zapowiadają zachmurzenia i przejściowe opady deszczu, dlatego, moi drodzy, pamiętajcie o parasolach i pozytywnym nastawieniu. A teraz specjalnie dla was Bobby McFerrin w utworze Don't worry, be happy - zapowiedział spiker Radia Zet.

W głośnikach samochodowych komisarza Leona Mruka rozległo się radosne gwizdanie. Policjant skrzywił się z niesmakiem, lecz po chwili dołączył do wokalisty i sam zaczął pogwizdywać. Za oknami opla rozciągała się nieskończona szarość. Deszcz siąpił na trawniki i błotniste pobocza. Polska złota jesień, skwitował w duchu Leon, po czym ziewnął przeciągle, przecierając oczy. Zmęczenie po nocy spędzonej na bezmyślnym oglądaniu YouTube'a i przygnębiająca aura na zewnątrz sprawiały, że miał ochotę zaszyć się w ślepej uliczce, wyłączyć silnik i uciąć sobie krótką drzemkę.

Przez niewygodną kanapę w salonie, gdzie wylądował po kłótni z żoną, bolały go plecy. Bardziej jednak doskwierało mu poczucie zawodu. Świadomość, że jego małżeństwo po dwudziestu latach zaczęło usychać, bolała. Mruk próbował ratować swój związek, zgodził się nawet na terapię, w którą zupełnie nie wierzył, ale ani to, ani czułe słowa czy kwiaty przynoszone co miesiąc nie sprawiły, że jego żona chciała z nim częściej sypiać. Po urodzeniu dzieci Marta zaczęła się oddalać. Rutyna i codzienne troski pochłaniały ją powoli jak morze, które zabiera brzeg kawałek po kawałku. Aż w końcu odsunęła się tak daleko, że trudno było im się spotkać.

Leon westchnął ciężko, wjeżdżając w wąską uliczkę na warszawskim Ursynowie, po czym wyłączył radio, zerknął w niebo i rzucił pod nosem:

- Zrób coś, żeby mi się chciało choć w połowie tak, jak mi się nie chce.

Po drodze biegnącej nieopodal Jeziorka Grabowskiego kręcili się okoliczni mieszkańcy zwabieni widokiem samochodów policyjnych. Ukryci pod kapturami szeptali między sobą i wyciągali szyje w nadziei, że zdołają dostrzec coś ciekawego. Komisarz Mruk posłał im groźne spojrzenie. Nie rozumiał tej odwiecznej ludzkiej fascynacji oglądaniem ofiar wypadków i zabójstw. Sam dałby wiele, by wymazać z pamięci niektóre obrazy martwych, wracające do niego w koszmarach. Minął operatora TVN24, który wypakowywał kamerę z oklejonej logotypami stacji skody, a gdy kawałek dalej zauważył młodego dziennikarza portalu Halo Ursynów, rozeźlony pokręcił głową.

- Więcej was matka nie miała - gderał.

Deszcz zaczął przybierać na sile. Leon postawił kołnierz skórzanej kurtki i schował głowę w ramiona. Tuż przed nim za rozciągniętą policyjną taśmą technicy kryminalistyki w białych kombinezonach przeczesywali zarośla. Policyjny fotograf robił zdjęcia denatki, a lekarz, który przyjechał na miejsce, by stwierdzić zgon, zdejmował właśnie nitrylowe rękawiczki.

- Co tam mamy, doktorze?

- Młoda kobieta, dwadzieścia parę lat. Na podstawie stężenia pośmiertnego oceniam, że umarła dziesięć-czternaście godzin temu. Przyczyną zgonu było najpewniej utonięcie.

- Utonęła sama czy ktoś jej pomógł?

- Tego nie wiem, ale ma kilka obrażeń, które mogą sugerować udział osób trzecich. Pęknięty łuk brwiowy i sporo zadrapań na rękach, twarzy oraz karku.

Mruk przesunął spojrzeniem po bladych policzkach dziewczyny. Jej długie włosy ociekały wodą. Miała na sobie obcisłe czarne spodnie, białe trampki z zielonym krokodylkiem na boku i lekko zaplamioną krwią dżinsową kurtkę narzuconą na T-shirt z nadrukiem. Wyglądała dziewczęco i niewinnie.

Komisarz podziękował lekarzowi i rozejrzał się wokół w poszukiwaniu swojego kolegi. Aspirant Hubert Witek stał przy rozłożystej wierzbie płaczącej i rozmawiał z mężczyzną w roboczych ubraniach zabrudzonych farbą. Leon uznał, że to musi być człowiek, który znalazł zwłoki. W zgłoszeniu pojawiła się informacja o budowlańcu, który wracając do domu po obficie zakrapianej imprezie, natknął się na ciało. Zagadkę stanowiło jednak to, w jaki sposób zauważył martwą kobietę, skoro drogę od jeziora odcinały łąka i gęste zarośla.

Mruk podszedł do rozmawiających, skinął aspirantowi i nieufnie otaksował mężczyznę o spuchniętej twarzy, wokół którego unosił się zapach przetrawionego alkoholu.

- Gdzie dokładnie pan stał, gdy zobaczył pan denatkę? - wtrącił.

- O tam. - Świadek wskazał dłonią krzewy rosnące przy bocznej piaskowej ścieżce.

Jego ręka się trzęsła, na policzkach widniały czerwone plamy, a oczy były mocno przekrwione. Komisarz podążył za wskazówkami, ale kiedy zajął miejsce wyznaczone przez budowlańca, nadal nie mógł dojrzeć tafli jeziora. Przed jego oczyma falowały jedynie smukłe, zielone trzciny. Wrócił do świadka, uważnie się mu przyglądając.

- Dlaczego w ogóle pan się tutaj zatrzymał? Główna droga wiedzie tamtędy. - Leon zerknął w stronę asfaltowej ulicy kawałek dalej.

- Zrobiło mi się niedobrze. Zsiadłem z roweru i pobiegłem w krzaki, żeby zwymiotować.

- A później?

- Zauważyłem tę dziewczynę.

Mruk prychnął, przesuwając spojrzeniem po mokrych do kolan spodniach i ubłoconych adidasach mężczyzny.

- To niemożliwe. Jest pan tylko trochę wyższy ode mnie, a ja nie widzę stamtąd jeziora - stwierdził, po czym zwrócił się do aspiranta Witka: - Hubert, zabierz pana na komisariat, tam dokończymy rozmowę.

- Ale jak to? Ja nic nie zrobiłem. Nie możecie mnie panowie tak zatrzymać. Muszę iść do pracy.

- Praca nie zając, zapraszam - rzucił Witek, kiwając głową w kierunku stojącego nieopodal radiowozu.

Budowlaniec odsunął się i uniósł dłonie w geście protestu.

- Chwila, moment. Może jednak jakoś się dogadamy?

- Niby jak? Człowieku, znalazłeś martwą kobietę, musisz złożyć zeznania - odparł aspirant.

- A co, jeśli powiem prawdę?

Hubert Witek z trudem powstrzymał się przed przewróceniem oczami, a po twarzy komisarza Mruka przemknął cień uśmiechu.

- Zamieniamy się w słuch - oznajmił, splatając ramiona na piersi.

- Rzeczywiście nie widziałem stamtąd tej dziewczyny, ale w zaroślach kawałek dalej zauważyłem damską torebkę. Postanowiłem sprawdzić, co w niej jest, i dopiero kiedy wszedłem do wody, żeby ją wyciągnąć, natknąłem się na ciało.

- Gdzie jest teraz ta torebka?

Mężczyzna z zakłopotaniem przestąpił z nogi na nogę i uciekł spojrzeniem.

- Zostawiłem ją w tamtym miejscu. - Skinął w stronę jeziorka. - Kilka kroków od brzegu.

- Dotykał jej pan?

Budowlaniec niechętnie potwierdził, a Leon zaklął i ruszył w kierunku pracującego technika. Deszcz wpadał mu za kołnierz, lepkie błoto ślizgało się pod stopami.

- Piotrek, znaleźliście w tych krzakach damską torebkę? - zapytał jednego z funkcjonariuszy.

- Tak. W środku jest portfel i dowód wystawiony na dwudziestoczteroletnią Ninę Frycz. Wszystko wskazuje na to, że te rzeczy należały do ofiary.

Mruk przesunął dłonią po odrastającym zaroście, który zachrzęścił pod jego palcami.

- Macie coś jeszcze?

- Niewiele. Wszystkie tropy zmył deszcz. Nie zachowały się żadne odciski butów ani ślady opon na piaskowej ścieżce.

- Krew na drodze dojścia do zbiornika?

Technik zaprzeczył.

- Czysto. Z wody wyłowiliśmy jeszcze tylko niebieską apaszkę. Dryfowała obok ciała ofiary. Trudno stwierdzić, czy ma związek ze sprawą. Zabezpieczyliśmy ją, może się wam do czegoś przyda.

- Jasne, dzięki, stary.

Komisarz zawiesił spojrzenie na nieżyjącej kobiecie. Przyglądał się jej pełnym wargom, wyraźnie zarysowanym kościom policzkowym i smukłej szyi, próbując zrozumieć, w jaki sposób mogło dojść do utonięcia. Jego wzrok sunął po linii obojczyków, ramionach, a później zatrzymał się na szczupłych nadgarstkach. Jeden z nich zdobiła bransoletka z czerwonego sznurka, na którym widniało kilka supełków.

Mruk włożył rękawiczki i przykucnął nad ofiarą. Delikatnie przesunął głowę dziewczyny na bok, przyglądając się zadrapaniom na karku. Co ci się stało? - myślał, gdy jego uwagę przyciąg­nął fragment tatuażu wystający spod bluzki. Odchylił materiał, odsłaniając rysunek jelenia z majestatycznym porożem.

Nagle zrobiło mu się duszno. Zacisnął mocno powieki, by przegonić atakujące go obrazy i dźwięki. One jednak nie chciały odejść. Znów widział poruszaną przyspieszonym oddechem skórę podbrzusza, strugę potu spływającą między piersiami i czerwone paznokcie w ekstazie wczepiające się w pościel. Słyszał jęki i westchnienia.

- Dobrze się czujesz, Leon? - dobiegł go znajomy, zachrypnięty głos.

Policjant gwałtownie otworzył oczy i spojrzał na stojącego obok mężczyznę w szarym garniturze i eleganckim płaszczu.

- Doskonale.

Prokurator Roman Adler uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.

- Beznadziejny z ciebie kłamca, Mruk.

- Cóż poradzić. - Rozłożył ręce. - Nie każdy ma taki talent jak ty.

Adler parsknął, a wzrok Leona przylgnął do leżącej na ziemi dziewczyny. Przez ciało komisarza przetoczyła się fala gorąca. Zdawał sobie sprawę, że taki tatuaż mogły nosić setki, a może nawet tysiące kobiet w kraju, lecz nie potrafił przegonić ściskającego żołądek przeczucia. Tego, które mówiło mu, że widział ofiarę już wcześniej.

 

 

 

 

 

 

 

 

SPIS TREŚCI

 

 

 

 

 

 

TAMTA NOC

ANNA. Wcześniej. 30 WRZEŚNIA, SZEŚĆ DNI PRZED ZABÓJSTWEM

LEON. Teraz. 7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Wcześniej. 1 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PRZED ZABÓJSTWEM

LEON. Teraz. 7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

MIKOŁAJ. Wcześniej. 2 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PRZED ZABÓJSTWEM

ANNA. Wcześniej. 2 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PRZED ZABÓJSTWEM

MIKOŁAJ. Wcześniej. 2 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PRZED ZABÓJSTWEM

LEON. Teraz. 7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

DZIEWCZYNA. Wcześniej

ANNA. Teraz. 7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 7 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Wcześniej. 3 PAŹDZIERNIKA, TRZY DNI PRZED ZABÓJSTWEM

LEON. Teraz. 8 PAŹDZIERNIKA, DWA DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 8 PAŹDZIERNIKA, DWA DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Wcześniej. 4 PAŹDZIERNIKA, DWA DNI PRZED ZABÓJSTWEM

MIKOŁAJ. Wcześniej. 4 PAŹDZIERNIKA, DWA DNI PRZED ZABÓJSTWEM

LEON. Teraz. 8 PAŹDZIERNIKA, DWA DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 8 PAŹDZIERNIKA, DWA DNI PO ZABÓJSTWIE

DZIEWCZYNA. Wcześniej

LEON. Teraz. 8 PAŹDZIERNIKA, DWA DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 8 PAŹDZIERNIKA, DWA DNI PO ZABÓJSTWIE

MIKOŁAJ. Wcześniej. 4 PAŹDZIERNIKA, DWA DNI PRZED ZABÓJSTWEM

LEON. Teraz. 9 PAŹDZIERNIKA, TRZY DNI PO ZABÓJSTWIE

MIKOŁAJ. Wcześniej. 5 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PRZED ZABÓJSTWEM

ANNA. Wcześniej. 5 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PRZED ZABÓJSTWEM

ANNA. Teraz. 9 PAŹDZIERNIKA, TRZY DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Wcześniej. 5 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PRZED ZABÓJSTWEM

DZIEWCZYNA. Wcześniej

ANNA. Wcześniej. 5 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ PRZED ZABÓJSTWEM

LEON. Teraz. 9 PAŹDZIERNIKA, TRZY DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Wcześniej. 6 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ ZABÓJSTWA

LEON. Teraz. 9 PAŹDZIERNIKA, TRZY DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 9 PAŹDZIERNIKA, TRZY DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 9 PAŹDZIERNIKA, TRZY DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

DZIEWCZYNA. Wcześniej

LEON. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Wcześniej. 6 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ ZABÓJSTWA

LEON. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 10 PAŹDZIERNIKA, CZTERY DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Wcześniej. 6 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ ZABÓJSTWA

ANNA. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

DZIEWCZYNA. Wcześniej

LEON. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO MORDERSTWIE

ANNA. Wcześniej.6 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ ZABÓJSTWA

MIKOŁAJ. Wcześniej.6 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ ZABÓJSTWA

ANNA. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

DZIEWCZYNA. Wcześniej

MIKOŁAJ. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

MIKOŁAJ. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Wcześniej. 6 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ ZABÓJSTWA

ANNA. Wcześniej. 6 PAŹDZIERNIKA, NOC ZABÓJSTWA

LEON. Teraz. 11 PAŹDZIERNIKA, PIĘĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 12 PAŹDZIERNIKA, SZEŚĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 12 PAŹDZIERNIKA, SZEŚĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

DZIEWCZYNA. Wcześniej

LEON. Teraz. 12 PAŹDZIERNIKA, SZEŚĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 12 PAŹDZIERNIKA, SZEŚĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 13 PAŹDZIERNIKA, SIEDEM DNI PO ZABÓJSTWIE

LEON. Teraz. 13 PAŹDZIERNIKA, SIEDEM DNI PO ZABÓJSTWIE

ANNA. Teraz. 12 PAŹDZIERNIKA, SZEŚĆ DNI PO ZABÓJSTWIE

POSŁOWIE

PODZIĘKOWANIA