ANNA
Wcześniej
30 WRZEŚNIA, SZEŚĆ DNI PRZED ZABÓJSTWEM
Sypialnia tonęła w ciemności. Mrok otulał zagrzebaną w miękkiej pościeli kobietę. Jej klatka piersiowa unosiła się miarowo. Oddech delikatnie szumiał, a rude włosy leżały rozrzucone wachlarzem na poduszce. We śnie Anna szła przez opuszczone miasto. Przemierzała wymarłe ulice, mijając budynki z powybijanymi szybami. Otaczał ją świat w odcieniach szarości, zimny i niepokojący. Ukruszone fasady domów, wyschnięte na pył skwery i nagie, pozbawione liści drzewa. Każdy jej krok odbijał się echem od betonowych ścian. Piach chrzęścił pod stopami.
W koszmarze próbowała odnaleźć drogę do domu. Wyrwać się z tego cmentarzyska i wrócić do swoich dzieci. Kluczyła uliczkami coraz bardziej zagubiona. A ilekroć skręcała, nieważne, czy to w prawo, czy w lewo, wciąż lądowała w tym samym miejscu. Jakby była uwięziona w labiryncie. W końcu przystanęła, w panice rozglądając się wokół. Otworzyła usta, by zawołać bliskich, ale kiedy krzyknęła, z jej gardła nie wypłynęły żadne słowa. Wrzeszczała, z bezradności zaciskając dłonie w pięści, lecz nadal nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wtedy się obudziła i natychmiast tego pożałowała.
Pierwszym, co dostrzegła, kiedy uniosła powieki, były uchylone drzwi sypialni. Ułamek sekundy później w smudze mdłej poświaty wpadającej z korytarza zobaczyła zarys męskiej sylwetki. Serce Anny zamarło. Usiłowała zerwać się z łóżka i wezwać pomoc, ale jej mięśnie ogarnął paraliż. Nie mogła poruszyć żadną częścią ciała ani wydobyć z siebie głosu.
Intruz stał blisko. Anna nie była pewna, czy zauważył, że się ocknęła. Wydawało jej się jednak, że wyczuwa na sobie jego śliski wzrok. W tamtym momencie, obezwładniona przerażeniem, pragnęła tylko zniknąć. Zamienić się w nicość i przestać czuć ten potworny strach. Nagle mężczyzna drgnął, jakby dopiero się zorientował, że ona również go widzi. Anna pomyślała, że to koniec, ale wtedy ku jej zaskoczeniu nieznajomy, zamiast zaatakować, rzucił się do ucieczki. Jego kroki zadudniły na schodach, a potem zapadła cisza. Ciężka i głucha. Jakby to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Jakby mężczyzna był tylko mirażem.
Anna przeczesywała wzrokiem gęstą szarość sypialni. Ucisk w jej klatce piersiowej powoli ustępował, lęk topniał, wracało panowanie nad ciałem. Poruszyła delikatnie palcami u rąk, a później przesunęła stopami po prześcieradle. Z jej ust wydobyło się westchnienie ulgi. Ostrożnie uniosła tułów i zapaliła lampkę, mrużąc oczy pod naporem światła. Zegarek w komórce wskazywał kwadrans po piątej. Było za wcześnie, by dzwonić do Mikołaja. Obudziłaby chłopców i Kasię. Poza tym nie chciała psuć im długo wyczekiwanej przygody w Legolandzie.
Wiedziała jednak, że musi zawiadomić policję. Drżącą ręką wybrała trzy cyfry, ale po chwili zmieniła zdanie i się rozłączyła. Naszła ją myśl, równie naiwna, co krzepiąca, że może ta napaść tylko jej się przyśniła. Podobnie jak wymarłe miasto duchów, po którym błądziła w koszmarze. Jeśli zadzwoni na numer alarmowy, a później okaże się, że najście było jedynie sennym majakiem, wyjdzie na histeryczkę, stwierdziła. Owinęła więc ciało szlafrokiem i wstrzymując oddech, wyjrzała na korytarz.
Dom spowijała cisza. Anna przeszła na palcach do pokoju synów, a później zdjęła ze ściany kij bejsbolowy, który Janek i Władzio dostali od wujka ze Stanów. Uzbrojona, z dłońmi zaciśniętymi na uchwycie ostrożnie schodziła po drewnianych stopniach. Jej uszy wychwytywały każdy szmer. Serce kołatało się w piersi, a oddech zamierał w płucach.
Kiedy dotarła na parter, poczuła chłodny powiew na bosych stopach. Wzdrygnęła się i instynktownie przylgnęła plecami do ściany. Główne drzwi wejściowe do domu pozostawały zamknięte na zasuwę. Anna dla pewności szarpnęła za klamkę. Nagle za sobą usłyszała wywołujące ciarki skrzypnięcie. Z nerwów kij prawie wypadł jej ze spoconych rąk, panika w głowie eksplodowała jak fajerwerki w sylwestra. Obróciła się gwałtownie, gotowa, by uderzyć, ale na parterze nie było nikogo poza nią. Wokół panował zastój i tylko białe drzwi na końcu korytarza poruszały się delikatnie, popychane siłą przeciągu.
Anna przełknęła ślinę. Powoli, ze zwartymi z niepokoju szczękami dotarła do kotłowni. Nabrała tchu i nie tracąc czasu na rozmyślania, pociągnęła drzwi ku sobie. Jej dłoń szybko odnalazła włącznik światła, a gdy pomieszczenie zalał blask żarówki, kobieta dostrzegła stłuczone otwarte okno. Na podłodze leżały odłamki szkła.
Poczuła na twarzy podmuch rześkiego powietrza. Cofnęła się o krok, bezradnie kręcąc głową. Świadomość, że mężczyzna, którego widziała w sypialni, nie był sennym majakiem, spadła na nią jak lawina. Wyjęła z kieszeni szlafroka telefon, wybrała numer i ze słuchawką przyciśniętą do ucha zamknęła się w łazience.
Za oknem wstawał nowy dzień. Nadchodzący świt stopniowo rozpraszał mrok nocy. Okoliczne domy wyłaniały się z ciemności, zyskując coraz bardziej wyraźne kontury i kształty, a niebo przybrało grafitowy odcień.
- Operator numer trzydzieści osiem Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Warszawie, w czym mogę pomóc? - usłyszała w komórce męski głos.
- Halo... Chciałabym zgłosić włamanie. Ktoś był u mnie w domu.
- Poproszę o dokładny adres.
Podała ulicę i numer domu, z trudem panując nad drżeniem głosu.
- Jak się pani nazywa?
- Anna Tochman.
- Czy ktoś jest tam z panią?
- Nie, jestem sama. Schowałam się w łazience - odparła, z niepokojem zerkając w kierunku okna. Siedziała na podłodze, wciśnięta między toaletę a umywalkę, z kolanami przyciągniętymi do piersi.
- Proszę tam zostać i nie otwierać nikomu do czasu przyjazdu policji. Patrol jest już w drodze.
- Dobrze.
- Czy potrzebuje pani pomocy medycznej?
- Nie - odpowiedziała, czując, że coraz bardziej kręci jej się w głowie.
Zacisnęła palce na telefonie, a odległy horyzont, w którym utkwiła wzrok, zafalował. Głos operatora stał się niewyraźny i zdeformowany. Jakby docierał z głębokiej studni. W uszach Anny pobrzmiewało wielokrotnie powtarzane: "Halo, halo?", na które nie była w stanie odpowiedzieć.
Opuściła dłoń z komórką i ze łzami w oczach objęła spojrzeniem wnętrze łazienki. To nadal był jej dom, ale Anna nie widziała w nim już ani oazy, ani bezpiecznego schronienia. Teraz odnajdywała tam tylko strach.
*
- Jest pani pewna, że nic nie zaginęło? - Szczupły, wysoki funkcjonariusz rzucił jej powątpiewające spojrzenie. - Może jakaś gotówka, biżuteria, coś, czego zniknięcie trudno zauważyć na pierwszy rzut oka?
Westchnęła. Znajdowali się w salonie jej domu. Czuła na plecach ciepłą dłoń Olgi, mieszkającej po sąsiedzku przyjaciółki, dzięki której jeszcze nie rozpadła się na kawałki. Sama, ubrana w szlafrok, z włosami w nieładzie, trzęsącymi się dłońmi obejmowała kubek z parującą kawą.
- Nie wydaje mi się, by czegoś brakowało - wyjaśniła. - Sprawdziłam szuflady, gdzie przechowuję kolczyki i pierścionki, ale wszystkie znajdują się na swoim miejscu. Pieniądze trzymamy w banku, nie mamy dzieł sztuki, a telewizor i konsola stoją nietknięte. Nawet tablet, który mąż zostawił na stoliku, wciąż tu leży. - Wskazała na urządzenie w czarnym etui.
- A dokumenty? - dopytywał sierżant Wolski.
- Mąż prowadzi kawiarnię, ja piszę książki dla dzieci. Jedyne dokumenty, które przewijają się przez nasz dom, to rachunki, zeznania podatkowe i od czasu do czasu umowy wydawnicze. Nic niezwykłego.
Policjanci wymienili znaczące spojrzenia. Niższy z mężczyzn, ten o wysokim czole, zmarszczył brwi i rozejrzał się wokół po zadbanym pokoju urządzonym w stylu skandynawskim.
- Muszę przyznać, że to dość nietypowe - zauważył. - W ciągu ostatnich miesięcy mieliśmy kilka podobnych zgłoszeń w okolicy, ale włamywacz zawsze zostawiał na miejscu niezły bałagan, a z okradanych domów ginęły wartościowe przedmioty.
- Może przepłoszyła złodzieja, zanim zdążył cokolwiek zabrać - zasugerowała Olga, która w odróżnieniu od swojej przyjaciółki nie tylko zdążyła włożyć eleganckie spodnie i kremową bluzkę z jedwabiu, ale nawet ułożyć ciemne, sięgające ramion włosy.
Jak przystało na głodną sukcesów, wziętą warszawską prawniczkę, Olga Dębska wstawała wcześnie. Dzień zaczynała od dwudziestokilometrowej przejażdżki na rowerku stacjonarnym, podczas której oglądała najświeższe serwisy informacyjne. Swój poranek kończyła lekturą akt i dokumentów wertowanych nad śniadaniem składającym się z grzanki, jajka sadzonego i awokado, a później ruszała do centrum Warszawy, by przemienić się w jedną z najzacieklejszych adwokatek stolicy.
Anna, która siedziała nieruchomo na kanapie, przygryzła wargę. Jej wzrok był nieobecny, utkwiony w oddali za oknem, gdzie wrześniowy wiatr szarpał ogrodowe krzewy. Paznokcie kobiety bezwiednie uderzały o porcelanowy kubek.
- Ten człowiek wydawał się zaskoczony moją obecnością - stwierdziła. - Nie spodziewał się, że zastanie kogokolwiek w domu.
Sierżant Wolski odczytał wiadomość na komórce, po czym wsunął telefon do kieszeni i zwrócił się do Anny:
- Kto jeszcze wiedział o tym, że zamierzacie państwo wyjechać?
Olga parsknęła.
- Pewnie jakieś pół Warszawy. Jej synowie chwalili się tą wyprawą kolegom w szkole, gościom kawiarni, wszystkim sąsiadom na ulicy i przypadkowym ludziom w parku. Myślę, że łatwiej byłoby wymienić tych, którzy o niej nie słyszeli.
- Chłopcy bardzo przeżywali ten wyjazd - wtrąciła Anna. - Uwielbiają lego i nie mogli się doczekać, kiedy polecą do Danii. W zeszłym roku zrezygnowali nawet z prezentów gwiazdkowych. W liście do Mikołaja poprosili, żeby niczego im nie przynosił, tylko sprawił, by rodzice zabrali ich na wymarzoną wycieczkę. Gdyby nie zatrucie pokarmowe, byłabym tam teraz z nimi. W ostatniej chwili uznałam, że nie dam rady jechać w takim stanie.
- Macie państwo jakichś wrogów?
Tochman zaprzeczyła ruchem głowy.
- Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Klienci kawiarni uwielbiają mojego męża. Czasem myślę, że przychodzą tam nie z powodu dobrej kawy, ale specjalnie dla niego. Mikołaj nie jest wprawdzie zbyt rozmowny, za to umie słuchać jak nikt.
- A pani? Czy ktoś mógłby pani źle życzyć? Albo czegoś zazdrościć?
Anna przeniosła wzrok na swoje nogi i poprawiła rozsuwające się poły szlafroka.
- Raczej nie. Piszę książki dla dzieci o przygodach dzielnej dziewczynki o imieniu Amelia. Odwiedzam szkoły i przedszkola, rozmawiam z czytelnikami. Nie sądzę, żebym mogła się tym komuś narazić. Zresztą większość czasu spędzam w domu, za biurkiem.
Wysoki policjant podrapał brew, przeglądając swoje zapiski w notatniku.
- Czy przypomniało się pani cokolwiek, co mogłoby nam pomóc zidentyfikować napastnika? W co był ubrany? Jego wzrost albo jakieś inne cechy charakterystyczne?
- Obawiam się, że niewiele widziałam. W sypialni było ciemno, wpadłam w panikę, a chwilę później ten mężczyzna uciekł. Wtedy wydawało mi się to wiecznością, ale teraz myślę, że patrzyłam na niego zaledwie kilka sekund.
Sierżant Wolski skinął twierdząco, po czym spojrzał na kolegę i odchrząknął, ściskając w palcach długopis.
- Nurtuje mnie jeszcze jedna kwestia... - zaczął z wahaniem. - Czy ma pani stuprocentową pewność, że okno w kotłowni było zamknięte, kiedy kładła się pani do łóżka?
- Oczywiście, zawsze jest. Dlaczego pan pyta?
Mężczyzna zwilżył językiem wargi.
- Minionej nocy mocno wiało, gdyby ktoś zostawił je otwarte, mogłoby się stłuc od przeciągu.
- To jakiś żart? - wybuchła Olga. - Moja przyjaciółka została napadnięta. Jakiś obcy facet kręcił się w środku nocy po jej domu, a pan sugeruje, że to sobie wymyśliła?
- Niczego takiego nie powiedziałem - odparł ze spokojem Wolski, asekuracyjnie unosząc dłonie. - Potwierdzam jedynie fakty, na tym polega moja praca.
Atmosfera w salonie stężała. Anna, nie mogąc dłużej znieść napięcia, odstawiła kubek na stolik i podniosła się z kanapy.
- Jakie są dalsze kroki? - zapytała, krzyżując przedramiona na piersi.
- Proszę uzbroić się w cierpliwość. Odezwiemy się do pani, gdy tylko uda nam się ustalić coś nowego. Mój kolega pobrał z kotłowni odbitki palców, postaramy się porównać je z tymi, które mamy z innych okradanych domów. Zachęcałbym też do zainstalowania alarmu albo chociaż solidniejszych zamków. Te, które państwo macie, można dość łatwo sforsować.
Anna z niepokojem zerknęła w stronę drzwi. Mikołaj i dzieci planowali wrócić dopiero następnego dnia. Na samą myśl o tym, że miałaby spędzić kolejną noc całkowicie sama w domu, który zaczął ją przerażać, zrobiło jej się słabo.
- Pani Tochman, ofiary włamań często tracą poczucie bezpieczeństwa i odczuwają silny lęk przed ponownym wtargnięciem. W takiej sytuacji niezbędne jest wsparcie bliskich, a niekiedy także pomoc specjalisty - dodał funkcjonariusz.
- Poradzę sobie, dziękuję za troskę.
Sierżant Wolski założył policyjną czapkę, po czym wyrwał z notesu kartkę z nagryzmolonym numerem.
- Gdyby cokolwiek się pani przypomniało, proszę dzwonić.
Anna niechętnie sięgnęła po skrawek papieru, a następnie odprowadziła funkcjonariuszy do wyjścia. Kiedy drzwi się za nimi zatrzasnęły, przesunęła zasuwę i przekręciła klucz w zamku, a potem się rozpłakała. Łzy spływały po bladych policzkach i wsiąkały w dywan pod jej stopami.
- Hej, hej... - Olga podbiegła do niej i mocno ją przytuliła. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Potrzebujesz tylko trochę czasu. Znajdę jakiegoś porządnego fachowca od zamków, a później zadzwonię do szklarza, żeby jeszcze dzisiaj wstawił ci nową szybę. Uporamy się z tym krok po kroku.
- Nie o to chodzi. Po prostu wciąż wracam myślami do tamtej chwili, gdy nie byłam w stanie się poruszyć ani nabrać tchu. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś równie przerażającego. Wydawało mi się, że umieram.
Dębska położyła przyjaciółce dłoń na ramieniu.
- Wyjdziesz z tego, zaufaj mi. Jeśli chcesz, mogę ci przekazać kontakt do znajomej terapeutki. Jest naprawdę dobra, wielu moich klientów korzystało z jej wsparcia.
Anna pociągnęła nosem i zmusiła się do uśmiechu. Kiedy podniosła na Olgę załzawione spojrzenie, wyczuła charakterystyczny kardamonowy zapach jej perfum. Zastygła, a potem nagle ruszyła w stronę schodów.
- Muszę coś sprawdzić - rzuciła, wbiegając na górę.
Przyjaciółka odnalazła ją w sypialni. Tochman gorączkowo przerzucała zawartość górnej szuflady komody. Na podłogę spadały zwinięte w kłębki skarpety i męskie slipy.
- Gdzie one są? - szepnęła do siebie.
- O czym ty mówisz?
- Perfumy. Koszmarnie drogie Vanille Fatale od Toma Forda. Natknęłam się na nie przypadkiem kilka dni temu, kiedy zabrałam się do porządków. Myślę, że Mikołaj kupił mi je z okazji naszej nadchodzącej rocznicy. To już we wtorek. - Rozciągnęła usta w uśmiechu, który natychmiast spłynął z jej warg. - Ale teraz nigdzie nie mogę ich znaleźć.
- Może je przełożył?
- Albo ten facet je zabrał.
Olga chwyciła koleżankę za nadgarstki.
- Skąd, do diabła, miałby wiedzieć, że twój mąż trzyma perfumy w szufladzie z majtkami?
Dłonie Anny przestały przetrząsać bieliznę Mikołaja. Spojrzała na przyjaciółkę, po czym zrobiła długi wydech.
- Masz rację. Chyba przesadzam.
Potarła lśniące od potu czoło i opadła na niezasłane łóżko. Jej wzrok muskał twarze synów, córki oraz męża zerkające na nią z fotografii ustawionych na komodzie. Była tam Kasia na zawodach sportowych, chłopcy w przebraniach Harry'ego Pottera i ona z Mikołajem na tle zachodzącego słońca.
- Chwila... - Zerwała się nagle z posłania i zaczęła się rozglądać po sypialni.
- Co jest? - spytała Olga.
Anna dotknęła pustego miejsca między ramkami na komodzie.
- Tu stało nasze rodzinne zdjęcie. Zrobiliśmy je na wakacjach w Gdańsku.
- Jesteś pewna? Kiedy je ostatnio widziałaś?
- Patrzyłam na nie wczoraj wieczorem.
Olga ściągnęła brwi.
- To nie ma sensu. Kto, u licha, kradnie czyjeś zdjęcie?
Anna poczuła dreszcz przebiegający po kręgosłupie.
- Ktoś, kogo należy się obawiać - odparła.