Noc cudów - Anna Stryjewska

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Łódź, 24 grud­nia 1993 roku

Zbli­żał się wie­czór, ten je­den je­dyny w roku, na który cze­kali za­wsze z utę­sk­nie­niem. Mał­go­rzata Sku­piń­ska po­de­szła do okna, od­gar­nęła ko­ron­kowe fi­ranki i zer­k­nęła w dół. Jej miesz­ka­nie usy­tu­owane było na dru­gim pię­trze sta­rej, przed­wo­jen­nej ka­mie­nicy przy ulicy Włó­kien­ni­czej, skąd roz­ta­czał się wi­dok na pro­sto­kątne po­dwórko obie­lone śnie­giem, z rzę­dem drew­nia­nych, roz­sy­pu­ją­cych się la­tryn, ko­mó­rek po­kry­tych po­strzę­pioną papą, a także trze­pa­kiem, pod któ­rym nie­mal każ­dego dnia urzę­do­wały, ha­ła­su­jąc okrut­nie, miej­scowe dzie­ciaki. Dziś tam było pu­sto. Za to na wy­mie­cio­nym, nie­wiel­kim frag­men­cie be­tonu po­ja­wiły się go­łę­bie. Całe stado. Praw­do­po­dob­nie są­siadka wy­rzu­ciła tam resztki pie­czywa, które cały czas skrzęt­nie zbie­rała. Zwy­kle to Mał­go­rzata kar­miła ptaki. Dro­biła na tę oka­zję ka­wałki chleba, su­szyła w pa­pie­ro­wej tor­bie na grzej­niku, by na­stęp­nie zejść na po­dwórko i je wy­sy­pać. Jej oczy cie­szyły się, kiedy go­łę­bie, zwie­dziaw­szy się o tym, opa­dały z fur­ko­tem skrzy­deł, gru­chały z za­do­wo­le­nia, sku­biąc okru­chy, ob­cho­dziły ją do­okoła, mu­ska­jąc ak­sa­mit­nymi pió­rami. Dziś jed­nak nie miała na to czasu. Dziś miała przy­je­chać jej uko­chana, je­dyna córka, Jo­asia...

Sto­jąc przy oknie, Sku­piń­ska za­uwa­żyła wra­ca­ją­cego do domu do­zorcę Ma­te­usza. W obu jego rę­kach tkwiły siatki wy­pchane za­ku­pami. Star­szy, zgar­biony męż­czy­zna z głową na­krytą ba­ra­nią czapką i po­sta­wio­nym koł­nie­rzem po­mógł so­bie czub­kiem buta otwo­rzyć drzwi i znik­nął w cze­lu­ści klatki scho­do­wej. Jego dzieci też kilka lat temu wy­były w świat i rzadko go od­wie­dzały.

Po­wio­dła wzro­kiem po ze­wnętrz­nej ele­wa­cji z wy­sta­ją­cymi rów­no­le­gle gzym­sami, gdzie ja­śnie­ją­cymi pro­sto­ką­tami od­zna­czały się okna. W nie­któ­rych mi­go­tały ubrane ko­lo­rowo drzewka, w in­nych za­sia­dano już do ko­la­cji, tu i tam pa­no­wał świą­teczny, wręcz uro­czy­sty na­strój. Mał­go­rzata ode­rwała się od pa­ra­petu, jakby so­bie wła­śnie o czymś przy­po­mniała. Jej uwaga tym ra­zem sku­piła się na za­kry­tym bia­łym wy­kroch­ma­lo­nym ob­ru­sem stole, na któ­rym spo­częła por­ce­la­nowa za­stawa uży­wana tylko w wy­jąt­ko­wych oko­licz­no­ściach. Na środku kró­lo­wał stroik. Kilka dni temu za­ku­piła go spe­cjal­nie na tę oka­zję na rynku ba­łuc­kim, gdzie raz w ty­go­dniu ro­biła za­kupy. Oprócz paru świer­ko­wych ga­łą­zek miał dwie ko­lo­rowe bombki, złotą wstążkę i świecę, którą za­mie­rzała za­pa­lić, gdy tylko Jo­asia już do­trze. Miesz­ka­nie było wy­sprzą­tane, me­ble po­zba­wione ku­rzu, po­ściel zmie­niona, a po­kryta li­no­leum pod­łoga lśniła od pa­sty. Mał­go­rzata od­ru­chowo wy­gła­dziła ob­rus, zmio­tła z niego nie­wi­dzialne okru­chy, po­wio­dła wzro­kiem po ścia­nach i ką­tach, utwier­dza­jąc się ko­lejny raz w prze­ko­na­niu, że wszystko znaj­duje się na wła­ści­wym miej­scu. Na­stęp­nie prze­nio­sła się do kuchni, gdzie uno­sił się aro­mat świeżo upie­czo­nego cia­sta, a także po­traw, które przy­go­to­wała sta­ran­nie na tę oka­zję. Karp w ga­la­re­cie, uszka z grzy­bami, pie­rogi, barszcz czer­wony, zupa grzy­bowa i ka­pu­sta z gro­chem. Je­dy­naczka obie­cała przy­wieźć sa­łatkę wa­rzywną, a także kro­kiety z pie­czar­kami, bę­dące od za­wsze jej sztan­da­ro­wym da­niem.

Spoj­rzała na ze­ga­rek. Do­cho­dziła sie­dem­na­sta. Do przy­jazdu Jo­anny po­zo­stały jesz­cze dwie go­dziny, lecz ona co­raz bar­dziej się nie­cier­pli­wiła. Stę­sk­niła się, nie wi­działa się z córką od trzech mie­sięcy. Od­kąd wy­je­chała do War­szawy w związku z otrzy­ma­niem tam po­sady w re­dak­cji, jej obec­ność w ro­dzin­nym domu była co­raz rzad­sza. Za­bie­gana, za­pra­co­wana, szu­ka­jąca ma­te­ria­łów do pu­bli­ka­cji, nie miała czasu na przy­jazdy do Ło­dzi, co matka pró­bo­wała na­wet zro­zu­mieć. Każdy ma prawo do wła­snego ży­cia - my­ślała w du­chu, wiele razy uspra­wie­dli­wia­jąc i da­jąc cał­ko­witą swo­bodę dzia­ła­nia. Jed­nak ten dzień był dla Mał­go­rzaty wy­jąt­kowy. Od­kąd pa­mię­tała, naj­pierw w domu dziecka, po­tem już z mę­żem, na­stęp­nie po przyj­ściu na świat Jo­asi, ce­le­bro­wali wspól­nie ten je­dyny w roku wie­czór wi­gi­lijny po­prze­dza­jący święta Bo­żego Na­ro­dze­nia. I nie wy­obra­żała so­bie, by spę­dzać ten czas ina­czej, ani­żeli w oto­cze­niu ro­dziny i naj­bliż­szych. Z roz­my­śla­nia wy­rwał ją na­tar­czywy dźwięk te­le­fonu. Ru­szyła więc na po­wrót do po­koju, gdzie na drew­nia­nym sto­liku na­kry­tym ło­wicką ser­wetką stał czer­wony apa­rat ze słu­chawką na wi­deł­kach. Się­gnęła po nią zde­cy­do­wa­nie. Pew­nie dzwo­nił ktoś z ży­cze­niami ze szkoły. Przez tyle lat pracy w za­wo­dzie na­uczy­cielki pla­styki za­wią­zało się tam mnó­stwo cie­płych i za­ży­łych re­la­cji.

- Mał­go­rzata Sku­piń­ska. Słu­cham.

- Ma­muś? - usły­szała swoj­sko brzmiący głos. Na­pa­wała się nim przez naj­bliż­szą chwilę.

- Cór­cia? Na­resz­cie! Gdzie je­steś? Cze­kam nie­cier­pli­wie! - Mał­go­rzata nie kryła ra­do­ści i pod­eks­cy­to­wa­nia, a tym­cza­sem po dru­giej stro­nie za­le­gła nie­zręczna ci­sza.

- Wy­bacz, ma­muś... Nie mogę przy­je­chać. Za­trzy­mały mnie tu­taj bar­dzo ważne sprawy... - rzu­ciła Jo­anna. - Po­sta­ram się jed­nak do­trzeć do cie­bie na Nowy Rok - do­dała, nie po­zwa­la­jąc matce dojść do słowa.

- Ja­kie sprawy? - jęk­nęła głu­cho Mał­go­rzata. - Co się stało?

- Póź­niej ci wszystko wy­tłu­ma­czę! Prze­pra­szam, ale nie mogę te­raz roz­ma­wiać. We­so­łych Świąt, mamo!

- We­so­łych świąt... - zdą­żyła wy­chry­pieć i na­stała ci­sza. Długi sy­gnał w słu­chawce był do­wo­dem na to, że roz­mowa wła­śnie się za­koń­czyła.

Mał­go­rzata osu­nęła się na fo­tel, nie wie­dząc, co ze sobą po­cząć. Na­dal nie wie­rzyła w to, co przed chwilą usły­szała. Jak jej uko­chana córka mo­gła się w ten spo­sób za­cho­wać?

Przy­gnio­tło ją cięż­kie roz­cza­ro­wa­nie, a go­rycz zdu­siła jej gar­dło. Nie tak miało być, nie tak.

Bez­rad­nie zwie­siła głowę, czu­jąc, jak ucho­dzi z niej po­wie­trze. Cała ener­gia ze­brana na tę oko­licz­ność w jed­nej se­kun­dzie z niej ule­ciała. Po­czuła się jak prze­kłuty ba­lon.

Przy­po­mniała so­bie te wszyst­kie wcze­śniej­sze wi­gi­lie, kiedy jesz­cze żył jej uko­chany Edek. Żywą cho­inkę ku­po­waną na targu od za­przy­jaź­nio­nego chłopa, którą po­tem wspól­nie stro­ili ozdo­bami wy­ko­na­nymi z bi­buły przez Asię. Pa­mię­tała tę ra­dość, en­tu­zjazm, a za­ra­zem at­mos­ferę ocze­ki­wa­nia na wspólne świę­to­wa­nie na­ro­dzin Zba­wi­ciela. Uro­czy­sta ko­la­cja, ży­cze­nia, pre­zenty, wyj­ście do ko­ścioła i na cmen­tarz, gdzie po­cho­wani byli ro­dzice jej męża. Ona swo­ich ni­gdy nie po­znała. Nie miała tego szczę­ścia.

Mi­nęło sie­dem lat od śmierci męża, a ona na­dal każ­dego ranka pa­rzyła mu kawę, ku­po­wała dla niego ulu­bione droż­dżówki i "Dzien­nik Łódzki". Na­dal czuła jego obec­ność, za­pach ty­to­niu w za­ka­mar­kach miesz­ka­nia, sły­szała chrzą­ka­nie, sze­lest prze­wra­ca­nych stro­nic ga­zety i dud­niącą ni­czym stud­nia pod­łogę, kiedy stą­pał, prze­miesz­cza­jąc się z po­koju do po­koju. Tak samo było zresztą z obec­no­ścią Jo­asi. Wciąż sły­szała jej dźwięczny głos, tu­pot drob­nych nó­żek, skrzy­pie­nie krze­sła przy biurku, przy któ­rym od­ra­biała lek­cje. I na­gle dzi­siaj wszystko uci­chło. Zro­biło się pu­sto i głu­cho jak ni­gdy.

Mał­go­rzata pod­nio­sła się z tru­dem i po­de­szła do ko­mody, na któ­rej stało kilka fo­to­gra­fii w zdob­nych ram­kach. Na jed­nej z nich ona z mę­żem w dniu ślubu. Po­znali się jesz­cze na stu­diach na tak zwa­nej pry­watce u wspól­nej ko­le­żanki. Mi­łość wy­bu­chła od razu. Po trzech mie­sią­cach wzięli skromny, ci­chy ślub. Oboje mło­dzi, uśmiech­nięci, szczę­śliwi. Na dru­gim ona wraz z pię­cio­let­nią Jo­asią. To zdję­cie zo­stało wy­ko­nane w Za­ko­pa­nem pod­czas jed­nego z ich zi­mo­wych wy­jaz­dów. W tle roz­cią­gały się Ta­try, so­czy­ste, nie­bie­skie niebo, a ona w kom­bi­ne­zo­nie, w czapce, z przy­cze­pioną do jej ko­lana oku­taną w cie­pły ska­fan­der dziew­czynką i z obej­mu­ją­cym ją ra­mie­niem Ed­kiem. Wszy­scy troje po­zo­wali obok wiel­kiego bia­łego niedź­wie­dzia. Córka bała się tego prze­bie­rańca w sztucz­nym fu­trze przy­po­mi­na­ją­cym mi­sia i za nic nie mo­gli jej wy­tłu­ma­czyć, że to tylko czło­wiek w skó­rze niedź­wie­dzia. Jej wy­stra­szona minka mó­wiła sama za sie­bie. Pa­trząc te­raz na zdję­cie, ko­bieta uśmiech­nęła się czule. Pod­nio­sła rękę i mu­snęła opuszką palca twa­rze uko­cha­nych osób. Byli wtedy tak bli­sko, miała ich na wy­łącz­ność. A te­raz? Prze­łknęła ślinę, by się nie roz­pła­kać. Gorzki za­wód tar­gnął nią po raz ko­lejny.

A po­tem jej wzrok prze­niósł się na inną fo­to­gra­fię, starą, po­bla­kłą, wy­ko­naną jesz­cze w se­pii, miej­scami po­żół­kłą, z wy­cię­ciami na kra­wę­dziach. Kiedy Mał­go­rzata tra­fiła do sióstr na­za­re­ta­nek jesz­cze przed wy­bu­chem wojny, nie miała ze sobą wielu rze­czy, poza ubran­kiem, do­ku­men­tami i wła­śnie tym zdję­ciem. Uchwy­cona w ka­drze ko­bieta była piękna: spod fi­ku­śnego toczka z wo­alką spły­wały ciemne włosy do ra­mion, a syl­wetkę pod­kre­ślał do­brze skro­jony ko­stium, w któ­rego klapę wpięta była ory­gi­nalna, wy­sa­dzana ka­mie­niami broszka. To wła­śnie ta bi­żu­te­ria, oprócz za­gad­ko­wego spoj­rze­nia du­żych oczu w kształ­cie mig­dała, za każ­dym ra­zem przy­cią­gała uwagę Mał­go­rzaty. Druga osóbka wpa­trzona w obiek­tyw, ma­jąca za­pewne nie­spełna rok i sie­dząca na ko­la­nach bru­netki, w ład­nej su­kience z karcz­kiem, była ufna i nie­wia­ry­god­nie spo­kojna. Zu­peł­nie jakby ta pani obej­mu­jąca ją czule ra­mie­niem nie była jej obca... Nie­długo póź­niej mała zna­la­zła się w bi­dulu, a z do­ku­men­tów wy­ni­kało, że jej praw­dziwa matka za­gi­nęła jesz­cze przed wy­bu­chem wojny. O ojcu nie wie­działa na­to­miast nic...

Mał­go­rzata sta­rym zwy­cza­jem prze­su­nęła opuszką palca po fo­to­gra­fii, jakby chciała po­czuć po­wagę tam­tej chwili, zna­leźć się po­now­nie w tym ład­nym po­miesz­cze­niu z for­te­pia­nem i zdob­nymi sto­rami, gdzie zo­stała uwień­czona jej po­do­bi­zna.

Ode­rwała wzrok od ga­le­rii zdjęć, pu­stym wzro­kiem po­wio­dła po za­sta­wio­nym stole. Co ro­bić? - za­sta­no­wiła się, wra­ca­jąc pa­mię­cią do in­ten­syw­nych przy­go­to­wań, do tego, co spra­wiło, że cała ta przed­świą­teczna go­rączka, za­an­ga­żo­wa­nie stały się dla niej wielką przy­jem­no­ścią. A te­raz, kiedy na to wszystko pa­trzyła, ogar­nął ją jesz­cze więk­szy smu­tek. Prze­szła się bez celu po po­koju, sta­nęła przed oknem, roz­chy­liła fi­ranki. Mrok za­czął gęst­nieć, płatki śniegu uro­czy­ście wi­ro­wały w po­wie­trzu. W więk­szo­ści miesz­kań pa­liły się świa­tła, przy­stro­jone cho­inki mi­go­tały ra­do­śnie, przy za­sta­wio­nych po­tra­wami sto­łach zbie­rali się do­mow­nicy, a także wi­gi­lijni go­ście. Świą­teczna at­mos­fera za­czy­nała wy­brzmie­wać z każ­dego kąta po­dwórka. Ko­bieta prze­łknęła z go­ry­czą ślinę, od­wra­ca­jąc wzrok od szyby. Zre­zy­gno­wa­nym kro­kiem po­de­szła do stołu, chwy­ciła za­pałki i drżącą ze zde­ner­wo­wa­nia ręką za­pa­liła świecę. Ja­sny pło­myk wy­strze­lił we­soło, jakby na prze­kór jej przy­gnę­bie­niu. Omio­tła wzro­kiem ele­gancką za­stawę i ta­lerz po­sta­wiony na wy­pa­dek przy­pad­ko­wego go­ścia, stru­dzo­nego wę­drowca. Wes­tchnęła ciężko, za­głę­bia­jąc się w mięk­kim krze­śle z pod­ło­kiet­ni­kami. I kto to wszystko te­raz zje? - po­my­ślała z ża­lem.

Opa­dła na opar­cie sie­dze­nia i nie­ru­cho­mym wzro­kiem wpa­try­wała się przed sie­bie. Wspo­mnie­nia jak żywe sta­nęły jej się przed oczami. Mąż w stroju Świę­tego Mi­ko­łaja z wor­kiem na ple­cach wcho­dzący ukrad­kiem do po­koju, córka w su­kience w kratkę z koł­nie­rzy­kiem ku­ca­jąca pod cho­inką, ona bie­gnąca z kuchni z wy­pie­kami na twa­rzy... Ech! - wes­tchnęła ciężko - te czasy już ni­gdy nie wrócą. Byli wtedy tacy szczę­śliwi.

Ze stu­poru wy­rwał ją dzwo­nek, który brzę­cząc ni­czym in­truz, spra­wił jej nie­spo­dzie­wa­nie, nie wie­dzieć czemu, przy­krość. Chcąc nie chcąc, szarp­nęła się z krze­sła. Może to są­siadka z dołu, Ela? Może do niej też nie do­je­chały dzieci? - prze­mknęło jej przez myśl. A może to jed­nak Jo­asia? Może chciała jej zro­bić świą­tecz­nego psi­kusa? Ta ostat­nia myśl spra­wiła, że roz­pro­mie­niła się w jed­nej chwili i szyb­kim kro­kiem pod­bie­gła do drzwi. Od­ry­glo­wała za­mek, zdjęła za­bez­pie­cza­jący wej­ście łań­cu­szek. Ja­kież było jej zdu­mie­nie, kiedy za­miast wy­cze­ki­wa­nej córki uj­rzała po­stać ob­cej ko­biety w ka­pe­lu­szu z ron­dem po­kry­tym dro­bin­kami śniegu. Na jej wi­dok cof­nęła się od­ru­chowo.

- Pani do kogo? - wy­du­kała, wi­dząc osobę jakby nie­przy­sta­jącą do współ­cze­snego świata. Nie­zna­joma ubrana była w ele­gancki, do­brze skro­jony płaszcz z gru­bej wełny z koł­nie­rzem z ru­dego lisa, ręce chro­niła jej fu­trzana mufka, ca­ło­ści do­peł­niało sty­lowe na­kry­cie głowy.

- Czy mogę wejść? - Mał­go­rzata usły­szała ak­sa­mitny, głę­boki głos, który spra­wił, że po­czuła ciarki na ple­cach.

- Tak, oczy­wi­ście... Dziś jest taki wie­czór, że... - Urwała, nie wie­dząc, co wła­ści­wie po­wie­dzieć. Wszak miała przed sobą obcą osobę. Tyle się mó­wiło o zbłą­ka­nym, stru­dzo­nym wę­drowcu, o do­dat­ko­wym ta­le­rzu, i choć ta­kowy stał za­wsze na stole, do­tych­czas nikt ni­gdy nie za­pu­kał w tym celu do jej drzwi.

- Dzię­kuję - od­parła tamta, wsu­wa­jąc się do środka bez­sze­lest­nie, lek­kim, wręcz ta­necz­nym kro­kiem.

- Pani wła­ści­wie do kogo? - rzu­ciła do jej ple­ców Mał­go­rzata, kiedy ko­bieta za­trzy­mała się przed za­sta­wio­nym świą­tecz­nie sto­łem.

- By­wa­łam tu kie­dyś... dość czę­sto - pa­dła od­po­wiedź.

- Kie­dyś? - zdu­miała się gło­śno. - To mu­siało być dawno temu. Miesz­kam tu już po­nad trzy­dzie­ści lat, a po­przed­nich lo­ka­to­rów wła­ści­wie nie zna­łam... To byli ja­cyś starsi lu­dzie.

Nie­zna­joma od­wró­ciła się.

- Czy mogę się ro­ze­brać?

- Ależ tak, oczy­wi­ście - zre­flek­to­wała się na­tych­miast Sku­piń­ska. - Prze­pra­szam, że nie za­pro­po­no­wa­łam tego wcze­śniej... To z wra­że­nia. Pro­szę się roz­go­ścić.

Przy­glą­dała się ko­bie­cie z co­raz więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem. Ta naj­pierw uwol­niła dło­nie z mufki, na­stęp­nie po­wol­nym ru­chem zdjęła ka­pe­lusz. Na ko­niec za­częła roz­pi­nać gu­ziki płasz­cza. Ro­biła to z ja­kimś roz­my­słem, jakby ce­lowo wy­dłu­żała każdą mi­ja­jącą chwilę. Miała na so­bie gra­na­tową su­kienkę od­ci­naną w pa­sie, do po­łowy za­pi­naną na ob­cią­gane ma­te­ria­łem gu­ziki. Ca­łość zdo­bił ko­ron­kowy, biały koł­nie­rzyk, który pod­kre­ślał smu­kłość jej szyi.

Mał­go­rzata chciała ode­brać rze­czy i ulo­ko­wać je w ko­ry­ta­rzu, ale nie­zna­joma za­pro­te­sto­wała krót­kim ru­chem brody.

- Nie trzeba. Na krze­śle nie będą ni­komu prze­szka­dzały. Zresztą... nie za­mie­rzam tu długo sie­dzieć. Nie chcę pani prze­szka­dzać.

- Ależ nie prze­szka­dza mi pani! - za­prze­czyła gwał­tow­nie Sku­piń­ska, wła­ści­wie wbrew sa­mej so­bie. - Je­stem sama. Córka miała wła­śnie przy­je­chać - bez­rad­nym ge­stem wska­zała na za­sta­wiony stół - ale za­trzy­mały ją w War­sza­wie ja­kieś ważne sprawy.

- Ro­zu­miem. - Ko­bieta uśmiech­nęła się smutno. - Na pewno jest pani bar­dzo przy­kro.

Wła­ści­cielka miesz­ka­nia przy­tak­nęła.

- Tak, bar­dzo...

- Z pew­no­ścią było to coś istot­nego - do­dała szybko nie­zna­joma, przy­glą­da­jąc się in­ten­syw­nie Mał­go­rza­cie.

Pani domu po­czuła się dziw­nie, zu­peł­nie jakby ten wzrok prze­ni­kał ją na wskroś, a przy­była znała jej wszyst­kie my­śli i pra­gnie­nia.

- A pani jest stąd?

- Ach! Prze­pra­szam, nie przed­sta­wi­łam się. Na­zy­wam się Re­gina Ma­jer. Dla ro­dziny i przy­ja­ciół: Gina.

Po­de­szła i wy­cią­gnęła ra­mię. Go­spo­dyni od­wza­jem­niła gest i uści­snęła jej rękę, czu­jąc w tym mo­men­cie ja­kąś nie­by­wałą mięk­kość i de­li­kat­ność. Jed­no­cze­śnie przez plecy prze­bie­gło jej mro­wie­nie.

- Miło mi - wy­krztu­siła Sku­piń­ska. Od­nio­sła bo­wiem wra­że­nie, jakby się już gdzieś wi­działy. Jej mózg za­czął in­ten­syw­nie pra­co­wać, usi­łu­jąc od­gad­nąć, w ja­kich oko­licz­no­ściach mo­gły się już spo­tkać.

Ko­bieta tym­cza­sem uśmiech­nęła się enig­ma­tycz­nie. Mięk­kim wzro­kiem po­wio­dła po miesz­ka­niu, na­stęp­nie po­stą­piła kilka kro­ków do przodu. Za­trzy­mała się przed skromną ga­le­rią szki­ców opra­wio­nych w pro­ste, drew­niane ramki. Wpa­try­wała się w nie dłuż­szy czas, wo­dziła wzro­kiem po li­niach, kre­skach, za­wi­ja­sach two­rzą­cych gę­stą, za­ry­so­waną siatkę.

- Kto jest au­to­rem tych ob­raz­ków? - pa­dło py­ta­nie.

- Ja - od­parła ci­cho wła­ści­cielka miesz­ka­nia - Tro­chę ma­luję, two­rzę gra­fiki... Mia­łam na­wet kilka wy­staw, ale nie są to żadne dzieła.

- Są bar­dzo in­te­re­su­jące... - od­parła wolno Gina, nie od­ry­wa­jąc od nich wzroku. - Ni­gdy jesz­cze cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łam. Zu­peł­nie, jakby au­tor pró­bo­wał coś po­wie­dzieć po­przez plą­ta­ninę kre­sek. Taki ro­dzaj nie­wy­krzy­cza­nych my­śli.

- Tra­fiła pani w punkt - oznaj­miła Mał­go­rzata, nie kry­jąc zdu­mie­nia - Do­kład­nie tak wy­obra­żam so­bie in­ter­pre­ta­cję tych prac. Je­stem pod wra­że­niem.

- Cie­szę się. - Re­gina uśmiech­nęła się i ko­lejny raz ob­jęła po­stać wła­ści­cielki miesz­ka­nia ta­jem­ni­czym, nieco za­sko­czo­nym wzro­kiem. - To pani pa­sja czy za­wód?

- Jedno i dru­gie. Ukoń­czy­łam stu­dia na łódz­kiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych, po­tem przez dłu­gie lata pra­co­wa­łam w szkole, ucząc dzieci pla­styki. Zresztą, na­dal pra­cuję... Do eme­ry­tury zo­stały mi już tylko trzy lata. A w wol­nych chwi­lach na­dal ma­luję.

- Hmm... - Przy­była prze­stą­piła z nogi na nogę, po czym prze­szła się po po­koju. W pew­nej chwili pod­nio­sła wzrok i oznaj­miła oży­wio­nym gło­sem: - W tym miej­scu stała oto­mana, po dru­giej stro­nie drew­niana szafa, a tam łóżko! - Wska­zała kąt pod ścianą. - A tu­taj była to­a­letka z lu­strem. - Zro­biła na­gły ob­rót. - A tu­taj pa­ra­wan, a pod tą ścianą płótna. Dużo płó­cien! - Za­my­śliła się na mo­ment, po czym do­dała jesz­cze: - Pa­no­wał tu zwy­kle taki ba­ła­gan. Okna były za­wsze brudne, po­zba­wione fi­ran. Te­raz jest tak czy­sto, ele­gancko i przy­tul­nie.

- Sta­ram się... - bąk­nęła Sku­piń­ska, nie wie­dząc, co wła­ści­wie od­po­wie­dzieć.

- Pod­łoga była drew­niana, ubita z de­sek. Za­wsze po­pla­miona farbą.

- Na­dal jest. Po­kry­łam ją tylko li­no­leum... - wtrą­ciła Mał­go­rzata.

- No wła­śnie... - prze­rwała jej Re­gina i znów po­de­szła w miej­sce, gdzie stało łóżko. Chwilę pa­trzyła na nie nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Kiedy się od­wró­ciła, jej oczy błysz­czały nie­na­tu­ral­nie. Sku­piń­skiej wy­dało się, jakby blada do­tych­czas twarz ko­biety za­ru­mie­niła się lekko. - Pięk­nie się pani urzą­dziła! Na­prawdę! To zu­peł­nie inne miesz­ka­nie! - cią­gnęła przy­była.

- Cie­szę się, że się pani po­doba. Za­wsze lu­bi­łam po­rzą­dek. - Mał­go­rzata spu­ściła skrom­nie oczy. - Czy mam ro­zu­mieć, że kie­dyś była tu­taj pra­cow­nia ma­lar­ska?

- Tak, do­kład­nie - pa­dła od­po­wiedź.

- Nie wie­dzia­łam, nie mia­łam po­ję­cia... - Pani domu z nie­do­wie­rza­niem po­krę­ciła głową.

- Nie mo­gła pani wie­dzieć.

Ko­bieta wy­ko­nała ob­rót, jakby chciała coś po­ka­zać. Jej wzrok po­wę­dro­wał tym ra­zem w kąt po­koju, gdzie obec­nie stał wy­soki kwiet­nik z do­rodną, wy­bu­jałą pa­protką.

- To było tam... - szep­nęła, a jej rysy twa­rzy na­tych­miast stę­żały.

Mał­go­rzata od­ru­chowo po­stą­piła kilka kro­ków do przodu. Chciała być bli­żej nie­zna­jo­mej, która co­raz bar­dziej ją in­try­go­wała.

- Tam stała szta­luga i przy­bory do ma­lo­wa­nia. Kiedy sie­dzia­łam na oto­ma­nie, nie­ustan­nie wi­dzia­łam tył jego po­pla­mio­nej, wy­mię­tej ko­szuli. Gar­bił się, kiedy do­strze­gał w swoim dziele zbyt wiele nie­do­sko­na­ło­ści, od­gar­niał włosy i dużo pa­lił. Wciąż się­gał po pa­pie­rosa, który tlił się w po­piel­nicy na sto­liku. Sztuka po­chła­niała go bez reszty. Był praw­dzi­wym ar­ty­stą. Ni­gdy nie wi­dzia­łam, by ktoś tak do­bie­rał farby, by ktoś tak bu­do­wał emo­cje... - Znów urwała i za­my­śliła się.

- Kto taki?

- Tedi... - Gina się za­jąk­nęła. - Wła­ści­wie to... Ta­de­usz Sam­bor­ski.

- Sam­bor­ski? Fak­tycz­nie, gdzieś obiło mi się o uszy to na­zwi­sko... - Sku­piń­ska po­ki­wała głową. - Ale te­raz so­bie chyba nie przy­po­mnę.

- To był wielki ma­larz - po­spie­szyła z pod­po­wie­dzią pani Ma­jer. - Wielka oso­bo­wość, silny cha­rak­ter, nie­zwy­kły ta­lent. Nie­stety...

- Nie­stety?

Re­gina unio­sła brwi i prze­szyła ją dziw­nym, nie­od­gad­nio­nym wzro­kiem.

- Zo­stał do­ce­niony do­piero po śmierci. Za ży­cia żył w nę­dzy, bo nikt nie chciał ani nie mógł ku­po­wać od niego ob­ra­zów.

Go­spo­dyni z nie­do­wie­rza­niem po­krę­ciła głową.

- Jak to: nie mógł?

Ko­bieta wes­tchnęła ciężko.

- To długa hi­sto­ria. Na pewno chce ją pani usły­szeć?

- Tak, bar­dzo. Za­pra­szam do stołu. Tam nam bę­dzie wy­god­niej. Tylko jesz­cze pod­grzeję barszcz i wyjmę pasz­te­ciki z pie­kar­nika.

- Do­brze, choć ja... Nie je­stem głodna.

- Nie szko­dzi - od­parła Mał­go­rzata. - Pro­szę so­bie usiąść wy­god­nie, a ja za­raz wrócę.

- W ta­kim ra­zie... Ro­zej­rzę się jesz­cze po miesz­ka­niu, do­brze?

- Oczy­wi­ście, pro­szę się czuć jak u sie­bie w domu. Jest pani moim go­ściem.

Sku­piń­ska po­bie­gła do kuchni, za­po­mi­na­jąc w jed­nej chwili o nie­daw­nym zmar­twie­niu spo­wo­do­wa­nym te­le­fo­nem córki. Ten nie­spo­dzie­wany gość cał­ko­wi­cie wy­trą­cił ją ze stanu apa­tii. Spra­wił, że znów chciało jej się żyć, słu­chać, chło­nąć hi­sto­rię czy­je­goś ist­nie­nia. Ja­kież to było eks­cy­tu­jące! - Hu­czało jej w gło­wie, kiedy ener­gicz­nym ru­chem od­krę­cała ku­rek ku­chenki ga­zo­wej, pod­pa­lała pal­nik, a na­stęp­nie, po­sił­ku­jąc się ście­reczką, się­gała po bryt­fannę z go­rą­cymi wy­pie­kami. Buch­nęła para i przy­jemny, obie­cu­jący aro­mat wy­peł­nił na­tych­miast nie­wielką prze­strzeń po­miesz­cze­nia. Nie miała po­ję­cia, że kie­dyś była tu­taj pra­cow­nia ma­lar­ska. Z dru­giej strony... Sy­tu­acja po­li­tyczno-go­spo­dar­cza po dru­giej woj­nie świa­to­wej dia­me­tral­nie się zmie­niła. Nowy ustrój zmu­sił Po­la­ków do od­na­le­zie­nia się w in­nej rze­czy­wi­sto­ści. Wszystko ule­gło zmia­nie, na­wet na­zwy ulic. Kie­dyś ta ulica na­zy­wała się Ka­mienną. Miała swoją hi­sto­rię, nie­zwy­kłą hi­sto­rię. Tu­taj miesz­kali nie tylko bo­gaci, wpły­wowi ło­dzia­nie, tu­taj to­czyło się także barwne, ar­ty­styczne ży­cie.

Prze­lała barszcz do szkla­nego dzbanka z dziób­kiem, wy­ło­żyła pasz­te­ciki na ta­lerz, po czym trzy­ma­jąc da­nie przed sobą, po­spiesz­nie ru­szyła do po­koju, w któ­rym zo­sta­wiła go­ścia. Re­gina stała przy ko­mo­dzie i wpa­try­wała się w fo­to­gra­fię.

Na­gle Sku­piń­ską olśniło. Tak, to prze­cież ona! Za­chwiała się, za­nim zdą­żyła od­sta­wić dzba­nek z barsz­czem na stół. Na szczę­ście nie uro­niła ani kro­pli i ob­rus po­zo­stał nie­ska­zi­tel­nie biały.

- Pani mnie prze­cież zna! - rzu­ciła od­kryw­czo do jej ple­ców.

- Tak.

- Je­ste­śmy ro­dziną?

- Tak.

- Bli­ską?

- Bar­dzo.

Re­gina od­wró­ciła się i omio­tła zdu­mioną Mał­go­rzatę roz­ognio­nym wzro­kiem. W jej błysz­czą­cych oczach ko­ły­sały się łzy. Bez słowa, nie­mal bez­sze­lest­nie po­de­szła do stołu i się­gnęła po opła­tek. Wy­cią­gnęła rękę w stronę za­sko­czo­nej go­spo­dyni. Ta po­de­szła i urwała ka­wa­łek. Po­pa­trzyły so­bie w oczy, ski­nęły gło­wami i nie do­da­jąc nic wię­cej, skon­su­mo­wały. Dziwne, ale nie po­trze­bo­wały słów, by się zro­zu­mieć. Na­gle Mał­go­rzata po­czuła, jakby sama stała się czę­ścią tej hi­sto­rii, któ­rej za­mie­rzała wy­słu­chać. Wy­peł­niała ją nie tylko cie­ka­wość, ale nie­zwy­kła eks­cy­ta­cja wy­ni­ka­jąca z jej wro­dzo­nej wraż­li­wo­ści i fa­scy­na­cji daw­nym ży­ciem.

Ge­stem ręki dała przy­by­łej znak, aby za­jęła miej­sce przy stole i za­częła się czę­sto­wać. Sama zaś za­nu­rzyła się w za­głę­bie­niu krze­sła i oparła głowę o za­głó­wek. Pło­mień świecy sto­ją­cej na bla­cie na­dal mi­go­tał. Za oknem zro­biło się cał­kiem ciemno. Z miesz­ka­nia za ścianą do­bie­gały strzępy we­so­łej roz­mowy są­sia­dów. Gdzieś z dołu pły­nęła so­bie ci­chutko ko­lęda. Ci­cha noc, święta noc... Po­kój nie­sie lu­dziom wszem...

Tym­cza­sem ona, wpa­trzona w Re­ginę Ma­jer, w jej skła­da­jące się lekko i sub­tel­nie wargi, za­słu­chana w jej ni­ski, ak­sa­mitny głos, po­czuła na­gle, że prze­nosi się do in­nej rze­czy­wi­sto­ści, da­le­kiej, a za­ra­zem bli­skiej, na za­sy­pane gru­dnio­wym śnie­giem gwarne ulice mia­sta, gdzie z jed­nego z na­roż­ni­ków pły­nął tę­skny głos ulicz­nej pie­śniarki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki