Noc ciasta i marionetek - Laini Taylor

Kup ebooka

35.99 zł
32.39 zł (16,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

ZĘBATA MARIONETKA

Na szczycie szafki na tyłach pracowni mojego ojca - która niegdyś była pracownią mojego dziadka, a kiedyś stanie się moja, jeśli tylko zechcę - siedzi marionetka. Nic dziwnego, w końcu to pracownia lalkarska. Ale ta konkretna marionetka, jedyna ze wszystkich, jest uwięziona w szklanej gablocie. Przez całe życie doprowadzała mnie do szaleństwa świadomość, że gablota się nie otwiera. Kiedy byłam mała, do moich obowiązków należało jej odkurzanie i mogę wam powiedzieć z całą pewnością: nie ma żadnych drzwiczek, żadnej dziurki na klucz ani żadnych zawiasów. To jednolity sześcian, który zbudowano wokół marionetki.

By ją wyciągnąć - albo "wypuścić", jak to ujmował dziadek - trzeba by zbić szkło.

A tego nie zalecano.

Ten mały gnojek wygląda paskudnie, jak zombie lisek w kozackiej papasze i skórzanych botkach. Marionetka ma głowę z prawdziwej lisiej czaszki. Pożółkła kość nie jest niczym przyozdobiona z wyjątkiem oczodołów: wypełniają je czarne szklane kulki wyposażone w skórzane powieki, co daje niepokojąco realistyczne wrażenie. Zęby ma zaostrzone jak igiełki, ponieważ ten, kto ją zrobił, ktokolwiek to był, najwyraźniej uznał, że prawdziwe lisie zęby nie są... dość ostre.

- Dość ostre do czego? - chciała wiedzieć moja przyjaciółka Karou, gdy po raz pierwszy przywiozłam ją do mojego domu w Českým Krumlovie.

- A jak sądzisz? - odparłam ze straszliwym uśmiechem.

Była Wigilia. Miałyśmy po piętnaście lat, przez zamieć wysiadł prąd i razem z bratem, Tomášem, zaprowadziliśmy ją do pracowni, za jedyne źródło światła mając świecę. Przyznam uczciwie: totalnie próbowaliśmy ją przestraszyć.

Ale żart miał się obrócić przeciwko nam.

- To nie wasz dziadek ją zrobił? - zapytała z zainteresowaniem, przytykając twarz do szybki, by lepiej się przyjrzeć marionetce.

Ta w blasku świecy wyglądała jeszcze bardziej upiornie niż zwykle, ponieważ przez migoczące odblaski w jej czarnych oczach mieliśmy wrażenie, jakby nas obserwowała.

- Klnie się na wszystko, że jej nie zrobił - powiedział Tomáš. - Tylko złapał.

- Złapał - powtórzyła Karou. - A gdzież to dziadkowie łapią... zombie lisokozaków?

- W Rosji, naturalnie.

- Naturalnie.

To najlepsza, najbardziej przerażająca opowieść Dedy, której najczęściej domagaliśmy się na dobranoc, a to o czymś świadczy, ponieważ Deda zna całą masę opowieści, a każda z nich jest absolutnie prawdziwa. "Niech mnie piorun strzeli, jeśli kłamię", powtarza i jak dotąd żaden piorun go nie dopadł, a poza tym do każdej historii dołącza jakiś "dowód". Wycinki z gazet, przedmioty, bibeloty. Kiedy Tomáš i ja byliśmy mali, szczerze wierzyliśmy, że Deda osobiście uciekał przed szalejącym golemem w roku 1586 (ma kawałek zaschniętej gliny wyglądający trochę jak palec u nogi), ścigał po tajdze Babę Jagę na polecenie Katarzyny Wielkiej (od której za swoje starania dostał Order Świętego Jerzego), a także, owszem, zapędził w kozi róg lisokozackich zombie dezerterów w piwnicy w Sewastopolu pod koniec wojny krymskiej. Dowód na tę eskapadę? Poza samą marionetką - blizna biegnąca wzdłuż palców jego lewej dłoni.

Ponieważ właściwie o tym jest ta historia. Otóż marionetka... gryzie.

- Jak to: gryzie? - zapytała Karou.

- Jeśli wsadzisz jej dłoń do pyska - wyjaśniłam spokojnie - to cię ugryzie.

- Ale po co miałabym wsadzać dłoń do jej pyska?

- Bo ona nie tylko gryzie. - Zniżyłam głos do szeptu. - Oprócz tego mówi, ale tylko wtedy, gdy pozwolisz jej zasmakować swojej krwi. Możesz zadać jej wtedy pytanie, a ona odpowie.

- Możesz zapytać o cokolwiek - dodał Tomáš też szeptem. Jest dwa lata starszy ode mnie i nie był tak zainteresowany robieniem czegoś wspólnie od ponad dekady. Możliwe, że to miało coś wspólnego z moją nową, nieziemską przyjaciółką, za którą łaził niczym wierny giermek. - Ale jedna osoba może zadać tylko jedno pytanie przez całe życie, więc dobrze się zastanów.

- A o co zapytał ją wasz dziadek? - zainteresowała się Karou, a my chcieliśmy, żeby właśnie o to zapytała.

- Ujmijmy to w ten sposób: nie bez powodu marionetka jest w gablocie.

To długa i makabryczna historia. Serio, jeśli kiedy­kolwiek zostanę morderczynią czy kimś w tym stylu, gazety napiszą zapewne: "Nie miała cienia szansy na normalność. Rodzina niszczyła jej psychikę od dnia narodzin". No bo co to za opowieści na dobranoc! Pełne zwłok, demonów i plag, nienaturalnych stworzeń, wykluwających się z jajek na śniadanie, oraz trzasków pękających kości. Myślałam, że wszyscy tak mają, że w każdej rodzinie są jacyś tajemni wujowie czasoguślnicy, brzuchomówcy z ruchu oporu, zębate marionetki. Gdy szliśmy spać, Deda kończył opowieść mniej więcej tak: "Od tamtej pory Baba Jaga bezustannie na mnie poluje", a potem przechylał głowę w stronę okna. "To nie brzmi jak pazury skrobiące o dach, prawda, Podivná? Ach, to pewnie tylko wrony. Dobranoc". A potem całował mnie i gasił światło, a ja zasypiałam, słysząc nieistniejące skrobanie o dach czarownicy pożerającej dzieci.

To nie tak, że chciałabym, żeby było inaczej. No wiecie, kim bym była, gdybym wychowała się na mdłych opowiastkach na dobranoc i gdybym nie musiała czyścić z kurzu szklanego więzienia psychotycznego zombie lisokozaka? Drżę na samą myśl.

Może i noszę koronkowe kołnierzyki, może cała jestem w kwiatkach i perełkach. Może i ludzie próbują mnie głaskać. Widzę, jak o tym myślą. Z powodu mojego wzrostu włącza im się reakcja jak na widok szczeniaka czy kociaka ("muszę dotknąć"); odkryłam, że skoro nie mogę się naelektryzować jak ogrodzenie, najlepszym wyjściem jest morderczy wzrok.

Chodzi o to, że w innych okolicznościach nie byłabym "wściekłą wróżką", jak nazywa mnie Karou, ani "Podivną", jak z kolei mówi Deda. To ostatnie to od mucholapka podivná, czeskiej nazwy muchołówki - na cześć mojej "cichej żądzy krwi" i "cierpliwych knowań" w wiecznej wojnie z Tomášem.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej