Noc - Bernard Minier

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pre­lu­dium

Patrzy na zega­rek. Nie­długo pół­noc.

Jedzie noc­nym pocią­giem. Nocne pociągi są jak uskoki w cza­so­prze­strzeni, światy rów­no­le­głe: życie, które nagle zostaje zawie­szone, cisza, bez­ruch. Zdrę­twiałe ciała; drzemki, sny, pochra­py­wa­nia... I ten mia­rowy tętent kół na szy­nach, pręd­kość, która unosi ciała - ist­nie­nia, wraz z ich "przed" i ich "po" - ku skry­wa­ją­cemu się jesz­cze pośród mroku "gdzie indziej".

Bo kto wie, co się może zda­rzyć mię­dzy punk­tem A i punk­tem B? Drzewo prze­wró­cone na tory, kło­po­tliwy pasa­żer, przy­sy­pia­jący maszy­ni­sta... Takie myśli przy­cho­dzą jej do głowy, ale spe­cjal­nie się nad nimi nie zasta­na­wia, to raczej z braku zaję­cia niż z lęku. Od Geilo jest sama w wago­nie i na ile była w sta­nie to oce­nić, nikt w tym cza­sie nie wsiadł do pociągu. A pociąg zatrzy­muje się wszę­dzie. Asker. Dram­men. H?nefoss. Gol. ?l. Perony nie­któ­rych sta­cji wkrótce znikną pod śnie­giem i będzie je można roz­po­znać tylko po jed­nym czy dwóch sym­bo­licz­nych bara­kach - jak w Usta­oset, gdzie wysia­dła jedna osoba. W oddali widzi świa­tła. Wyglą­dają śmiesz­nie pośród bez­kre­snych nor­we­skich ciem­no­ści. Kilka samot­nych domów, w któ­rych na całą noc pozo­sta­wiono zapa­lone lampy nad wej­ściem.

Jest środa i wagon świeci pust­kami. Zimą od czwartku do ponie­działku pociąg nie­mal pęka w szwach, głów­nie za sprawą mło­dzieży i azja­tyc­kich tury­stów, ponie­waż obsłu­guje ośrodki nar­ciar­skie. Latem mająca czte­ry­sta osiem­dzie­siąt cztery kilo­me­try linia Oslo-Ber­gen, ze stu osiem­dzie­się­cioma dwoma tune­lami, wia­duk­tami, prze­bie­ga­jąca wśród jezior i fior­dów, ucho­dzi za jedną z naj­bar­dziej malow­ni­czych tras kole­jo­wych na świe­cie. Ale w środku skan­dy­naw­skiej jesieni, w noc mroźną jak ta, w tygo­dniu, na pokła­dzie nie ma żywej duszy. Cisza, jaka panuje na całej dłu­go­ści przej­ścia mię­dzy rzę­dami foteli, jest oczy­wi­ście odro­binę przy­tła­cza­jąca. Jakby pociąg opu­sto­szał po jakimś sygnale alar­mo­wym, któ­rego ona nie usły­szała.

Ziewa. Mimo koca i maski na oczy udo­stęp­nio­nych przez prze­woź­nika nie potrafi porząd­nie zasnąć. Zawsze gdy prze­bywa poza domem, jest czujna. Tego wymaga jej zawód. A ten pusty pociąg by­naj­mniej nie pomaga się roz­luź­nić. Nasłu­chuje. Nie docho­dzą do niej żadne odgłosy. Nawet szmer poru­sza­ją­cego się ciała, popy­cha­nych drzwi czy prze­kła­da­nego bagażu. Prze­suwa wzro­kiem po nie­za­ję­tych fote­lach, sza­rych ścian­kach, głów­nym przej­ściu i ciem­nych oknach. Wzdy­cha i pró­buje zamknąć oczy.

W mroź­nym kra­jo­bra­zie czer­wony pociąg wyła­nia­jący się z czar­nego tunelu przy­po­mina język, który wysuwa się z ust. Łup­kowa sza­rość nocy, matowa czerń tunelu, nie­bie­skawa biel śniegu i odro­binę ciem­niej­szy odcień lodu. I nagle ten inten­syw­nie czer­wony obiekt, jak stru­mień krwi pod­pły­wa­jący do kra­wę­dzi peronu. Sta­cja Finse. Tysiąc dwie­ście dwa­dzie­ścia dwa metry nad pozio­mem morza. Naj­wyż­szy punkt trasy.

Zabu­do­wa­nia dwor­cowe były oble­pione śnieżno-lodową sko­rupą, a dachy okry­wała biała pie­rzyna. Na pero­nie, który przy­po­mi­nał oświe­tlony żół­tymi latar­niami tor nar­ciar­stwa bie­go­wego, cze­kała jakaś para oraz samotna kobieta. Kir­sten odkle­iła twarz od szyby i wszystko na zewnątrz z powro­tem pogrą­żyło się w ciem­no­ści, z którą kon­tra­sto­wało oświe­tle­nie w wago­nie. Usły­szała jęk drzwi i w kącie swo­jego pola widze­nia, na końcu głów­nego przej­ścia zauwa­żyła jakiś ruch. Kobieta około czter­dziestki, jak ona. Kir­sten wró­ciła do lek­tury. Zdo­łała się zdrzem­nąć zale­d­wie godzinę, choć już cztery godziny temu wyje­chała z Oslo. Wola­łaby podróż samo­lo­tem albo wago­nem sypial­nym, ale prze­ło­żeni wrę­czyli jej bilet na zwy­kłe miej­sce sie­dzące w noc­nym pociągu. Cię­cia budże­towe. Na ekra­nie jej tabletu wid­niały teraz notatki, które zro­biła pod­czas roz­mowy tele­fo­nicz­nej: ciało zna­le­zione w kościele w Ber­gen. Maria­kir­ken, kościół Naj­święt­szej Maryi Panny. Kobieta zma­sa­kro­wana na ołta­rzu, pośród przed­mio­tów litur­gicz­nych. Amen.

- Prze­pra­szam.

Pod­nio­sła wzrok. Obok niej stała kobieta, która przed chwilą wsia­dła. Z baga­żem w dłoni. Uśmie­chała się.

- Nie będzie ci1 prze­szka­dzać, jeśli usiądę naprze­ciwko? Nie będę ci zawra­cać głowy, ja tylko... cho­dzi o to, że nocny pociąg jest pusty. Nie wiem, będę się czuła bez­piecz­niej.

Ow­szem, prze­szka­dzało jej to. Bez prze­ko­na­nia odwza­jem­niła uśmiech.

- Nie, w porządku. Jedziesz do Ber­gen?

- Eee... tak, tak, do Ber­gen. Ty też?

Jesz­cze raz prze­czy­tała notatki. Facet z Ber­gen nie był zbyt roz­mowny przez tele­fon. Kasper Strand. Zasta­na­wiała się, czy do śledztw pod­cho­dzi tak samo nie­dbale. Powie­dział, że gdy zaczy­nało zmierz­chać, bez­domny, który prze­cho­dził obok Maria­kir­ken, usły­szał dobie­ga­jące ze środka krzyki. Zamiast zaj­rzeć, uznał za roz­sąd­niej­sze wziąć nogi za pas i nie­mal wpadł na prze­cho­dzący tam­tędy patrol. Gliny zapy­tały, dla­czego tak szybko ucieka, a on opo­wie­dział im o krzy­kach w kościele. Zda­niem Kaspra Stranda patro­lu­jący mu nie uwie­rzyli (z into­na­cji roz­mówcy i pew­nych alu­zji wywnio­sko­wała, że bez­domny był dobrze znany poli­cji), ale było zimno i wil­gotno, a oni potęż­nie się nudzili; osta­tecz­nie lep­sza lodo­wata kościelna nawa niż ten wiatr i deszcz "z otwar­tego morza" (tak wła­śnie wyra­ził się Kasper Strand. Poeta w poli­cji, skwi­to­wała w duchu).

Wahała się, czy odtwo­rzyć na table­cie nakrę­cony w kościele fil­mik, który prze­słał jej Strand. Naprze­ciw sie­działa ta kobieta. Kir­sten wes­tchnęła. Miała nadzieję, że sąsiadka utnie sobie drzemkę, ale tamta wyglą­dała na wyjąt­kowo oży­wioną. Kir­sten rzu­ciła jej ukrad­kowe spoj­rze­nie. Kobieta na nią patrzyła. Na jej ustach malo­wał się uśmie­szek - Kir­sten nie wie­działa, czy jest przy­ja­zny, czy kpiący. Miała zmru­żone oczy. Prze­nio­sła wzrok na ekran tabletu i zmarsz­czyła brwi, naj­wy­raź­niej usi­łu­jąc odczy­tać, co tam jest napi­sane.

- Pra­cu­jesz w poli­cji?

Kir­sten powstrzy­mała iry­ta­cję. W rogu ekranu zauwa­żyła zna­czek przed­sta­wia­jący lwa w koro­nie z pod­pi­sem POLI­TIET. Pod­nio­sła na kobietę obo­jętne spoj­rze­nie, a jej wąskie usta skrzy­wiły się w moż­li­wie naj­bar­dziej powścią­gli­wym, jed­nak nie­opry­skli­wym uśmie­chu. Na komi­sa­ria­cie w Oslo Kir­sten Niga­ard nie ucho­dziła za szcze­gól­nie cie­płą osobę.

- Tak.

- W jakim wydziale, jeśli to nie jest nie­dy­skretne pyta­nie?

Jest, pomy­ślała.

- Kri­pos2.

- Ach, rozu­miem. To zna­czy nie, nie rozu­miem... Cie­kawy zawód, co?

- Można tak powie­dzieć.

- I jedziesz do Ber­gen w spra­wie... w spra­wie...

Kir­sten posta­no­wiła nie uła­twiać jej zada­nia.

- W spra­wie... no wiesz, no... w spra­wie mor­der­stwa, tak?

- Tak - odparła sucho.

Kobieta chyba zro­zu­miała, że posu­nęła się zbyt daleko, ponie­waż pokrę­ciła głową, zaci­ska­jąc wargi.

- Wybacz, wła­ści­wie nic mi do tego. - Wska­zała na swój bagaż. - Mam kawę w ter­mo­sie. Chcesz?

- Zgoda - odpo­wie­działa Kir­sten po chwili waha­nia.

- To będzie długa noc. Mam na imię Helga.

- Kir­sten.

- A więc miesz­kasz sama i nikogo w tej chwili nie masz, tak?

Kir­sten rzu­ciła tam­tej ostrożne spoj­rze­nie. Powie­działa za dużo. Nie­opatrz­nie pozwo­liła, by kobieta wycią­gnęła ją na zwie­rze­nia. Ta cała Helga jest bar­dziej wścib­ska niż dzien­ni­karka. Jako wywia­dow­czyni Kir­sten wie­działa, że nawet w naj­zwy­klej­szych rela­cjach mię­dzy­ludz­kich słu­cha­nie dru­giego zawsze ma jakiś zwią­zek z szu­ka­niem prawdy. Prze­mknęło jej przez myśl, że Helga świet­nie nada­wa­łaby się do pro­wa­dze­nia prze­słu­chań. W pierw­szej chwili się uśmiech­nęła. Znała w Kri­pos śled­czych, któ­rzy mieli mniej­szy talent do tej roboty. Ale prze­stała się uśmie­chać. Nie­dy­skre­cja Helgi zaczęła jej dzia­łać na nerwy.

- Wiesz, Helgo, chyba się tro­chę zdrzemnę. Jutro czeka mnie długi dzień. A raczej dzi­siaj - popra­wiła się, spoj­rzaw­szy na zega­rek. - Do Ber­gen już tylko nie­całe dwie godziny. Muszę się prze­spać.

Helga popa­trzyła na nią z dziwną miną.

- Oczy­wi­ście. Jak chcesz.

Jej oschły ton zbił Kir­sten z tropu. Ta kobieta miała w sobie coś, czego poli­cjantka na początku nie zauwa­żyła, ale teraz było to widać jak na dłoni: nie lubiła, gdy ktoś się jej sprze­ci­wiał, sta­wiał opór. Niska tole­ran­cja na fru­stra­cję, wyraźna ten­den­cja do wzbu­rze­nia, mani­chej­ska wizja świata: oso­bo­wość histrio­niczna, wywnio­sko­wała. Przy­po­mniała sobie wykłady w szkole poli­cyj­nej na temat podej­ścia, jakie należy zasto­so­wać wobec poszcze­gól­nych typów oso­bo­wo­ści. Zamknęła oczy, z nadzieją, że w ten spo­sób prze­rwie dys­ku­sję.

- Przy­kro mi - ode­zwała się nagle Helga, nie zwa­ża­jąc na jej opusz­czone powieki.

Kir­sten otwo­rzyła oczy.

- Przy­kro mi, że ci prze­szko­dzi­łam - powtó­rzyła Helga. - Usiądę gdzie indziej. - Prych­nęła, uśmie­cha­jąc się z wyż­szo­ścią i patrząc na poli­cjantkę roz­sze­rzo­nymi źre­ni­cami. - Ty chyba nie masz wielu przy­ja­ciół.

- Słu­cham?!

- Z takim paskud­nym cha­rak­te­rem. To twoje odtrą­ca­nie ludzi, ta aro­gan­cja. Nic dziw­nego, że jesteś sama.

Kir­sten zesztyw­niała. Już miała zaopo­no­wać, gdy Helga szybko wstała i chwy­ciła bagaż, który leżał pod fote­lem.

- Prze­pra­szam, że ci prze­szko­dzi­łam - rzu­ciła raz jesz­cze ostrym tonem i ode­szła.

Świet­nie, znajdź sobie inny cel, pomy­ślała Kir­sten.

Zasnęła. Coś jej się śniło. Jakiś natar­czywy, jado­wity głos, który szep­tał jej do ucha: "szsz­mata, parsz­szywa szsz­mata". Prze­szył ją dreszcz i obu­dziła się. Zadrżała po raz drugi, gdy tuż obok ujrzała Helgę. Kobieta sie­działa na sąsied­nim fotelu. Pochy­lała głowę nad twa­rzą Kir­sten i przy­glą­dała jej się okiem naukowca, który obser­wuje amebę pod mikro­sko­pem.

- A ty tu czego? - zapy­tała ostro.

Czy Helga naprawdę to powie­działa? Szmata? To słowo rze­czy­wi­ście padło czy Kir­sten usły­szała je we śnie?

- Chcia­łam ci tylko powie­dzieć, żebyś poszła się pie­przyć.

Kir­sten poczuła, że ogar­nia ją wście­kłość. Wście­kłość czarna jak burzowa chmura.

- Coś ty powie­działa?

O siód­mej zero jeden pociąg wje­chał na dwo­rzec w Ber­gen. Dzie­sięć minut opóź­nie­nia, dla NSB, kolei nor­we­skich, to tyle co nic, pomy­ślał Kasper Strand, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę na pero­nie. Było ciemno jak w nocy i zwa­żyw­szy na pogodę, miało tak pozo­stać aż do dzie­wią­tej. Kobieta zeszła po stop­niach wagonu i czub­kiem buta dotknęła twar­dego gruntu. Pod­nio­sła głowę i od razu go zauwa­żyła wśród nie­licz­nych osób, które o tej godzi­nie przy­szły na dwo­rzec.

"Glina", wyczy­tał w spoj­rze­niu, które się na nim zatrzy­mało. Był świa­dom, co zoba­czyła: tro­chę muło­wa­tego poli­cjanta o łysej czaszce, nie­do­go­lo­nej bro­dzie i wyho­do­wa­nym na han­sie brzu­szy­sku, roz­py­cha­ją­cym się pod nie­modną skó­rzaną kurtką. Pod­szedł do niej. Sta­rał się nie przy­glą­dać zbyt­nio jej nogom. Był nieco zasko­czony jej stro­jem. Miała na sobie dość krótki zimowy płaszcz z kap­tu­rem obszy­tym futer­kiem, nie­na­ganną gar­sonkę, raj­stopy w cie­li­stym kolo­rze i kozaczki na obca­sie. Może taka moda obo­wią­zuje w poli­cji w Oslo tej jesieni? Wyobra­ził sobie, że w tym stroju mogłaby wycho­dzić z sali kon­fe­ren­cyj­nej hotelu Radi­son Plaza miesz­czą­cego się w pobliżu dworca głów­nego albo z budynku DnB NOR Banku. Jak­kol­wiek by było, bez dwóch zdań ładna. Sza­co­wał, że ma mię­dzy czter­dzie­ści a pięć­dzie­siąt lat.

- Kir­sten Niga­ard?

- Tak.

Podała mu dłoń w ręka­wiczce, a on zawa­hał się, czy ją uści­snąć, gdyż była dziw­nie miękka, jakby pozba­wiona kości. Jak gdyby ręka­wiczkę wypeł­niało powie­trze.

- Kasper Strand, poli­cja w Ber­gen - przed­sta­wił się. - Witaj.

- Dzień dobry.

- Podróż nie była zbyt długa?

- Ow­szem, była.

- Dałaś radę się prze­spać?

- Wła­ści­wie to nie.

- Chodź za mną. - Wycią­gnął czer­woną łapę w kie­runku uchwytu jej torby, ale Kir­sten ruchem pod­bródka dała mu do zro­zu­mie­nia, że nie trzeba, woli ponieść sama. - Na komen­dzie czeka na cie­bie kawa. Są też chleb, wędliny, soki owo­cowe i bru­nost. A potem do ataku.

- Wola­ła­bym naj­pierw zoba­czyć miej­sce zbrodni. To nie­da­leko, jeśli się nie mylę?

Prze­cho­dzili wła­śnie pod dużym świe­tli­kiem. Odwró­cił się do niej, uniósł brew i podra­pał się po sze­ścio­dnio­wym zaro­ście.

- Co? Tak od razu?

- Jeżeli nie masz nic prze­ciwko temu.

Kasper pró­bo­wał ukryć iry­ta­cję, ale był słaby w uda­wa­niu. Zoba­czył, że Kir­sten się uśmie­cha. Uśmie­chem bez ser­decz­no­ści i adre­so­wa­nym nie do niego. Z pew­no­ścią uśmie­chała się do wła­snych myśli, ponie­waż wła­śnie potwier­dziła się opi­nia, którą miała na jego temat od pierw­szej chwili. Cho­lera.

Wielki pod­świe­tlany zegar rekla­mu­jący "Ber­gens Tidende" zasła­niało rusz­to­wa­nie i ogromna plan­deka. Ten naj­waż­niej­szy dzien­nik zachod­niej Nor­we­gii na pewno zamie­ści na pierw­szej stro­nie infor­ma­cję o mor­der­stwie w kościele. W holu skrę­cili w prawo, minęli fast food Deli de Luca i skie­ro­wali się w stronę skle­pio­nego łuko­wato wietrz­nego i wil­got­nego wyj­ścia, przed któ­rym znaj­do­wał się postój taksi. Jak zwy­kle, mimo sze­ściorga klien­tów sma­ga­nych stru­gami zaci­na­ją­cego desz­czu, na hory­zon­cie nie było ani jed­nej tak­sówki. Zapar­ko­wał swo­jego saaba 9-3 na bruku po dru­giej stro­nie ulicy. Tutej­sze ogródki i skromne zabu­do­wa­nia miały w sobie coś nie­za­prze­czal­nie pro­win­cjo­nal­nego. W każ­dym razie tak musiała je postrze­gać miesz­kanka Oslo. Był głodny. Całą noc spę­dził na placu boju razem z resztą grupy docho­dze­nio­wej okręgu Hor­da­land.

Kiedy usia­dła obok niego, jej ciemny płaszcz się roz­chy­lił i w bla­sku sufi­to­wej lampki Kasper ujrzał śliczne kolana. Jasne włosy pasa­żerki ukła­dały się na koł­nie­rzu płasz­cza w nie­sforne fale, poza tym jed­nak były gład­kie, po lewej stro­nie głowy roz­dzie­lone wyraź­nym prze­dział­kiem. By­naj­mniej nie była natu­ralną blon­dynką; dostrzegł ciemną nasadę wło­sów i ciemne brwi, wyde­pi­lo­wane tak, by two­rzyły węż­szą kre­skę. Miała wręcz draż­niąco nie­bie­skie oczy, pro­sty, dość długi nos i wąskie, ale ład­nie zary­so­wane wargi. Na czubku pod­bródka, lekko z lewej strony, pie­przyk. Wszystko w tej twa­rzy świad­czyło o deter­mi­na­cji. Kobieta kon­tro­lu­jąca, spo­kojna, bez­kom­pro­mi­sowa.

Znał ją dopiero od dzie­się­ciu minut, ale przy­ła­pał się na myśli, że nie chciałby takiej part­nerki. Nie był pewien, czy na dłuż­szą metę zniósłby jej cha­rak­ter ani czy potra­fiłby cią­gle odwra­cać wzrok od jej nóg.

Nor­we­go­wie zwra­cają się do sie­bie w dru­giej oso­bie liczby poje­dyn­czej nawet wtedy, gdy się nie znają. [wróć]

Nor­we­ska poli­cja kry­mi­nalna zaj­mu­jąca się zwal­cza­niem prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej i innych prze­stępstw. [wróć]

1

Maria­kir­ken

Nawa była słabo oświe­tlona. Kir­sten zdzi­wiła się, że w pobliżu miej­sca zbrodni, za poma­rań­czowo-bia­łym sznu­rem odgra­dza­ją­cym wej­ście do pre­zbi­te­rium, pozo­sta­wiono zapa­lone świece. Zapach cie­płego wosku draż­nił jej noz­drza. Z kie­szeni płasz­cza wyjęła pła­skie meta­lowe pudełko; w środku znaj­do­wały się trzy skrę­cone wcze­śniej papie­rosy. Wetknęła sobie jed­nego w usta.

- Tutaj nie wolno palić - ode­zwał się Kasper Strand.

Uśmiech­nęła się do niego bez słowa i tanią zapal­niczką przy­pa­liła koniec cien­kiego, nie­rów­nego wałeczka. Omio­tła spoj­rze­niem nawę i zatrzy­mała wzrok na ołta­rzu. Ciało już zabrano. Został tylko biały obrus, naj­pew­niej słu­żący jako nakry­cie ołta­rza - wyobra­ziła sobie brą­zowe ślady i wiel­kie plamy wsią­ka­jące w tka­ninę, która po wyschnię­ciu stała się gruba i sztywna.

Kir­sten prze­stała cho­dzić na mszę w dzie­ciń­stwie, ale pamię­tała jak przez mgłę, że kapłan, po wej­ściu do pre­zbi­te­rium, skła­niał się i cało­wał ołtarz i że po zakoń­cze­niu, zanim wyszedł z kościoła, powta­rzał ten gest.

Zamknęła oczy, poma­so­wała powieki, prze­klęła w duchu kobietę z pociągu, zacią­gnęła się papie­ro­sem i otwo­rzyła oczy. Krew try­ska­jąca z tęt­nicy nie dosię­gła dużego kru­cy­fiksu na górze, ochla­pała jed­nak Matkę Boską z Dzie­ciąt­kiem i taber­na­ku­lum znaj­du­jące się niżej. Kir­sten zauwa­żyła kon­ste­la­cje małych, czer­wo­no­bru­nat­nych pla­mek i dłu­gich czar­nia­wych smug na zło­ce­niach i obo­jęt­nym obli­czu Maryi. Pra­wie trzy metry: na taką odle­głość try­snęła krew.

Wikin­go­wie palący swo­ich zmar­łych nocą na łodziach pogrze­bo­wych, Loki, bóg ognia i kłamstw, Jezus obok Odyna i Thora, chrze­ści­ja­nie, któ­rzy prze­mocą ewan­ge­li­zo­wali pogan z Pół­nocy, obci­na­jąc im dło­nie i stopy, wyłu­pia­jąc oczy i oka­le­cza­jąc, wikiń­scy ksią­żęta nawró­ceni na chrze­ści­jań­stwo wyłącz­nie z przy­czyn poli­tycz­nych. Koniec pew­nej cywi­li­za­cji. O tym wła­śnie roz­my­ślała w ciszy kościoła.

Mia­sto jesz­cze spało, zale­wane stru­gami desz­czu. Podob­nie jak port, przy któ­rego nabrzeżu, naprze­ciw drew­nia­nych domów Bryg­gen, cumo­wał olbrzymi maso­wiec, naje­żony ante­nami i żura­wiami, poma­lo­wany na szaro jak statki wojenne. Czy powinno się przy­wo­ły­wać ducha tego miej­sca? Histo­ria Maria­kir­ken sięga cza­sów znacz­nie odle­glej­szych niż dzieje zabu­do­wań Oslo. W Ber­gen nie ma Teatru Naro­do­wego, Pałacu Kró­lew­skiego, poko­jo­wej Nagrody Nobla ani parku Vige­landa. Począ­tek XII wieku. Dzi­kość daw­nych dzie­jów zawsze była tu obecna. Każ­dej oznace cywi­li­za­cji towa­rzy­szy sym­bol bar­ba­rzyń­stwa, każde świa­tło zwy­cięża jakąś noc, każde drzwi, przez które wcho­dzi się do zala­nej świa­tłem izby, kryją drzwi pro­wa­dzące do innego wnę­trza, pogrą­żo­nego w ciem­no­ściach.

Miała dzie­sięć lat, gdy razem z sio­strą spę­dzała ferie zimowe u dziadka w mia­steczku nie­da­leko Tron­dheim. Mie­ścina nazy­wała się Hell. Uwiel­biała dziadka. Był nie­sa­mo­wity, opo­wia­dał im śmieszne histo­rie i lubił brać je obie naraz na kolana. Tam­tego wie­czoru popro­sił ją, by zanio­sła jedze­nie Heim­dal­lowi, owczar­kowi nie­miec­kiemu, który miesz­kał w sto­dole. Kiedy wyszła z dobrze ogrza­nego domu w mroźną gru­dniową noc, było tak strasz­li­wie zimno, że krew ści­nała się w żyłach. Ruszyła w kie­runku sto­doły. Jej ocie­plane botki skrzy­piały na śniegu, a wła­sny cień poprze­dzał ją jak wielki motyl. Kiedy zna­la­zła się w środku, było zupeł­nie ciemno i dziew­czynka czuła się nie­swojo. To był sadyzm ze strony dziadka, że wysłał ją tam w środku nocy. Heim­dall powi­tał ją, uja­da­jąc i rzu­ca­jąc się na łań­cu­chu. Z wdzięcz­no­ścią przy­jął jej piesz­czoty, czule poli­zał Kir­sten po twa­rzy. Dziew­czynka przy­warła do cie­płego, pul­su­ją­cego ciała, wtu­la­jąc buzię w pach­nące futro. Pomy­ślała, że to okrutne kazać mu spać poza domem w taką noc. A potem usły­szała poszcze­ki­wa­nie. Tak ciche, że gdyby Heim­dall na chwilę nie umilkł, nie zwró­ci­łaby na nie uwagi. Docho­dziło z zewnątrz i zaczęła mieć porząd­nego stra­cha, ponie­waż bujna dzie­cięca wyobraź­nia pod­su­nęła jej myśl, że jakiś stwór udaje skom­le­nie, by wywa­bić ją na zewnątrz i się na nią rzu­cić. Wyszła jed­nak. Po lewej stro­nie, w kącie mię­dzy sto­dołą a dobu­dówką, zauwa­żyła poły­sku­jące słabo w ciem­no­ści pręty klatki. Kir­sten pode­szła bli­żej z walą­cym ser­cem. W miarę jak piskliwe szcze­ka­nie - pra­wie skom­le­nie - sta­wało się gło­śniej­sze, czuła nara­sta­jący nie­po­kój. Miała złe prze­czu­cia. Prze­szła kilka kro­ków po śniegu i jej palce tra­fiły na pręty. Zaj­rzała do środka. W głębi, pod beto­nową ścianą, znaj­do­wał się jakiś kształt. Zmru­żyła oczy, by lepiej widzieć. Młody pies, led­wie star­szy od szcze­niaka. Kun­de­lek o dłu­gim pyszczku, klap­nię­tych uszach i krót­kiej, pło­wej sier­ści. Jego łeb pra­wie przy­le­gał do ściany, ponie­waż obrożę przy­pięto do meta­lo­wego pier­ście­nia w murze. Sie­dział na przy­sy­pa­nej śnie­giem tra­wie i patrzył na nią, a jego cia­łem wstrzą­sały gwał­towne dresz­cze. Do dziś pamięta łagodne, czułe spoj­rze­nie pie­ska. Spoj­rze­nie, które mówiło: "Bła­gam, pomóż mi". Była to naj­smut­niej­sza scena, na jaką kie­dy­kol­wiek przy­szło jej patrzeć. Poczuła, jak jej młode, nie­winne serce roz­pada się na tysiąc jeden kawał­ków. Kun­de­lek nie miał już siły szcze­kać, z tru­dem wyda­wał z sie­bie słabe, roz­dzie­ra­jące piski, a jego oczy to się otwie­rały, to zamy­kały ze zmę­cze­nia. Chwy­ciła lodo­wate pręty. Chcia­łaby otwo­rzyć klatkę, roz­bić ją i uciec z uwol­nio­nym zwie­rzę­ciem w ramio­nach. Już, teraz. Zata­cza­jąc się, oszo­ło­miona bólem i roz­pa­czą, dobie­gła do domu i bła­gała dziadka. Ale oka­zał się nie­prze­jed­nany. Pierw­szy raz nie uległ jej kapry­som. Powie­dział, że ten pies to włó­częga, bez­pań­ski kun­del i musi ponieść karę: ukradł mięso. Miała świa­do­mość, że jeśli nic nie zrobi, psiak umrze przed świ­tem, pomy­ślała o jego cier­pie­niu, smutku i samot­no­ści i zaczęła pła­kać, krzy­czeć, wydzie­rać się na oczach ogłu­pia­łej i prze­stra­szo­nej sio­stry, która także się roz­pła­kała. Bab­cia usi­ło­wała ją uspo­koić, ale gdy dzia­dek spoj­rzał na dziew­czynkę suro­wym wzro­kiem, ta w krót­kim prze­bły­sku ujrzała sie­bie na miej­scu pie­ska, zamkniętą w klatce, w obroży przy­twier­dzo­nej do sta­lo­wego pier­ście­nia w ścia­nie.

- Wsadź mnie do tej klatki! - zawo­łała. - Wsadź mnie razem z nim!

- Osza­la­łaś, biedne dziecko - pod­su­mo­wał twardo i bez­li­to­śnie dzia­dek.

Przy­po­mniała sobie to zda­rze­nie, gdy dowie­działa się, że nor­we­ski rząd powo­łał poli­cję do spraw walki z prze­mocą wobec zwie­rząt. Pierw­szą na świe­cie.

Kiedy z sio­strą i resztą rodziny odwie­dziła dziadka w szpi­talu krótko przed jego śmier­cią, zacze­kała, aż pozo­stali znajdą się tro­chę dalej od łóżka i zbli­żyła się, by szep­nąć mu coś do ucha. Gdy pochy­lała się nad star­cem, widziała jego kocha­jące spoj­rze­nie.

- Ty stary łaj­daku. Mam nadzieję, że pój­dziesz do pie­kła - wyszep­tała. Użyła angiel­skiego słowa Hell, nazwy mia­steczka, w któ­rym miesz­kał, ale była pewna, że dzia­dek zro­zu­miał.

Spoj­rzała na ambonę, nastawę ołta­rza, wielki krzyż powy­żej i ścienne malo­wi­dła, i przy­po­mniała sobie, że nawet Agnes Gonxha Baja­xhiu - bar­dziej znana jako Matka Teresa - przez więk­szość swo­jego życia pogrą­żona była w głę­bo­kiej nocy wiary, że pisała o "tunelu", o tym, że ma w sobie "tak straszną ciem­ność, jak gdyby wszystko obumarło"1. Ilu wie­rzą­cych żyje w ten spo­sób, w naj­głęb­szej ciem­no­ści? Jak wielu idzie przez duchową pusty­nię, trzy­ma­jąc ten fakt w tajem­nicy?

- Wszystko w porządku? - zapy­tał Strand, który stał obok.

- Tak.

Dotknęła wyświe­tla­cza tabletu. Znowu poja­wiły się na nim obrazy sfil­mo­wane przez poli­cję z Ber­gen.

Ecce homo.

1° kobieta spo­czy­wa­jąca na ołta­rzu na wznak, wygięta w pałąk, jakby rażona łukiem elek­trycz­nym albo będąca u progu orga­zmu,

2° jej głowa zwisa z ołta­rza, usta są sze­roko otwarte, język wysta­wiony - wygląda, jakby w takiej odwró­co­nej pozy­cji miała przy­jąć hostię,

3° na bla­da­wym tle, które tech­nik musiał sfil­mo­wać, uży­wa­jąc dużego zbli­że­nia na kame­rze HD, widać, że twarz jest czer­wona i obrzmiała, pra­wie wszyst­kie kości twa­rzo­czaszki - nosowa, jarz­mowe, sitowa, kości gór­nej szczęki i żuchwy - zostały poła­mane, jest też głę­bo­kie, pro­sto­kątne zagłę­bie­nie na środku kości czo­ło­wej przy­po­mi­na­jące wydrą­żoną rynienkę, bez wąt­pie­nia powstałe w wyniku nie­zwy­kle sil­nego ude­rze­nia tępym, podłuż­nym przed­mio­tem, być może żela­znym prę­tem,

4° i wresz­cie, jej ubra­nia są czę­ściowo podarte, bra­kuje pra­wego buta, na pra­wej sto­pie biała, weł­niana skar­petka, brudna od spodu.

Chło­nęła każdy szcze­gół. Ta scena jest prze­po­jona głę­boką prawdą, pomy­ślała. Prawdą na temat ludz­ko­ści. Dwie­ście tysięcy lat bar­ba­rzyń­stwa i nadziei na hipo­te­tyczne niebo, w któ­rym ludzie niby to mie­liby być lepsi.

Według pierw­szych usta­leń kobieta została śmier­tel­nie ude­rzona - naj­pierw żela­znym prę­tem, któ­rym napast­nik prze­dziu­ra­wił jej klatkę pier­siową i czaszkę, a następ­nie mon­stran­cją. Ostatni wnio­sek nasu­nął się tech­ni­kom po zna­le­zie­niu na ołta­rzu tego prze­wró­co­nego i zakrwa­wio­nego przed­miotu, a zwłasz­cza na pod­sta­wie oso­bli­wego kształtu ran: mon­stran­cję ota­czały pro­mie­nie, na podo­bień­stwo słońca; pozo­sta­wiły one głę­bo­kie szramy na twa­rzy i dło­niach ofiary. Pod­cię­cie gar­dła, z któ­rego krew try­snęła w stronę taber­na­ku­lum na chwilę przed usta­niem akcji serca, musiało nastą­pić potem. Skon­cen­tro­wała się. W każ­dej sce­nie zbrodni jest jeden szcze­gół, który ma więk­sze zna­cze­nie od pozo­sta­łych.

But... But marki North Face do bie­ga­nia w tere­nie, czarny z bia­łym wzo­rem i odbla­skową żółtą pode­szwą, leżał prze­wró­cony u stóp pod­wyż­sze­nia, dobre dwa metry od ołta­rza. Dla­czego?

- Miała przy sobie doku­menty?

- Tak. Nazy­wała się Inger Paul­sen. Nie figu­ro­wała cen­tral­nym reje­strze spraw kry­mi­nal­nych.

- Wiek?

- Trzy­dzie­ści osiem.

- Mężatka, dzieci?

- Wolna.

Spoj­rzała na Kaspra. Nie nosił obrączki, ale może zdej­mo­wał ją do pracy. Zacho­wy­wał się jak żonaty męż­czy­zna. Pode­szła do niego bli­żej, zmniej­sza­jąc dystans z osob­ni­czego do intym­nego - poni­żej pięt­na­stu cen­ty­me­trów - i poczuła, jak zesztyw­niał.

- Dowie­dzie­li­ście się, czym się zaj­mo­wała?

- Pra­co­wała na plat­for­mie wiert­ni­czej na Morzu Pół­noc­nym. I, o, bada­nie krwi wyka­zało dużą zawar­tość alko­holu...

Kir­sten znała wszyst­kie sta­ty­styki na pamięć. Wie­działa, że liczba mor­derstw w Nor­we­gii jest zna­cząco niż­sza niż w Szwe­cji, pół­tora raza niż­sza niż we Fran­cji, pra­wie dwa razy niż­sza niż w Wiel­kiej Bry­ta­nii i sied­mio­krot­nie niż­sza niż w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Wie­działa, że nawet w Nor­we­gii, kraju, który według Orga­ni­za­cji Naro­dów Zjed­no­czo­nych ma naj­wyż­szy wskaź­nik roz­woju spo­łecz­nego, prze­moc sko­re­lo­wana jest z wykształ­ce­niem: że tylko trzy­dzie­ści cztery pro­cent zabój­ców nie było oso­bami bez­ro­bot­nymi, że osiem­dzie­siąt dzie­więć pro­cent było męż­czy­znami, a czter­dzie­ści sześć pro­cent w chwili popeł­nie­nia zbrodni było pod wpły­wem alko­holu. Ist­niało więc duże praw­do­po­do­bień­stwo, że mor­derca był męż­czy­zną i pięć­dzie­siąt pro­cent szans, że podob­nie jak ofiara był nie­trzeźwy. Ist­niało też inne praw­do­po­do­bień­stwo, nie mniej­sze, że był dla niej kimś bli­skim: współ­mał­żon­kiem, przy­ja­cie­lem, kochan­kiem, kolegą... Jed­nak błę­dem, któ­rzy popeł­niają wszy­scy począt­ku­jący poli­cjanci, jest ślepe zaufa­nie do sta­ty­styk.

- I co o tym sądzisz? - zapy­tała, wydmu­chu­jąc mu dym pro­sto w twarz.

- A ty?

Uśmiech­nęła się. Pomy­ślała chwilę.

- Bójka. Pota­jemne spo­tka­nie i bójka, która się źle skoń­czyła - powie­działa. - Popatrz na podarte ubra­nia, koł­nierz bluzki pod swe­trem jest pra­wie ode­rwany, a przede wszyst­kim ten but daleko od ołta­rza. Szar­pali się i tam­ten miał prze­wagę. A potem zabił ją w przy­pły­wie wście­kło­ści. Cała ta sce­no­gra­fia służy po pro­stu ucie­sze widowni. - Zdjęła z wargi dro­binkę tyto­niu. - A co oni według cie­bie robili w tym kościele? Nie powi­nien być zamknięty?

- Wygląda na to, że jedno z nich miało doro­bione klu­cze - potwier­dził. - Bo przez więk­szość czasu kościół jest zamknięty. I jesz­cze coś.

Dał znak, by szła za nim. Strzep­nęła popiół, który spadł jej na płaszcz, zapięła guziki, bo było zimno, i ruszyła za Kasprem. Wyszli bocz­nymi drzwiami - tymi samymi, któ­rymi weszli. Wska­zał na ślady na cien­kiej war­stwie śniegu - pierw­szego, spadł w tym roku bar­dzo wcze­śnie - które zmy­wał już deszcz. Zauwa­żyła je, gdy szła tu drogą mię­dzy nagrob­kami, którą wyty­czyła poli­cja. Podwójny ślad w jedną stronę i poje­dyn­czy w drugą.

- Mor­derca wszedł do kościoła za ofiarą - powie­dział, jakby czy­tał w jej myślach.

Przy­szli razem czy jedno po dru­gim? Rabu­sie, któ­rzy pokłó­cili się o łup? Dwie osoby, które umó­wiły się tu na spo­tka­nie? Nar­ko­manka i jej diler? Ksiądz? Kochan­ko­wie, któ­rych krę­ciło bzy­ka­nie się w kościele?

- Czy ta Paul­sen była prak­ty­ku­jącą chrze­ści­janką?

- Nie mam poję­cia.

- Na któ­rej plat­for­mie pra­co­wała?

Powie­dział jej. Zga­siła papie­rosa, pocie­ra­jąc nim o mur kościoła. Na kamie­niu pozo­stała czarna smuga. Ukryła nie­do­pa­łek w zagłę­bie­niu dłoni i rzu­ciła okiem na oświe­tlone okna budynku naprze­ciwko. Była dzie­wiąta rano i cią­gle pano­wały ciem­no­ści. Typowe dla dziel­nicy Bryg­gen osiem­na­sto­wieczne drew­niane budynki lśniły w desz­czu. Strugi wody poły­ski­wały w świe­tle latarń i moczyły jej włosy.

- Zakła­dam, że prze­słu­cha­li­ście sąsia­dów?

- Roz­py­ta­nie wśród sąsia­dów nic nie dało - przy­znał Kasper. - Poza bez­dom­nym nikt niczego nie widział i niczego nie sły­szał.

Zamknął drzwi kościoła na klucz i wró­cili do samo­chodu przez małą furtkę, która była otwarta.

- A pro­boszcz?

- Wycią­gnę­li­śmy go z łóżka. Prze­słu­cha­nie wła­śnie trwa.

Pomy­ślała o żela­znym prę­cie, który mor­derca miał z sobą. W jej gło­wie zro­dził się pewien pomysł.

- A jeśli było odwrot­nie?

Kasper spoj­rzał na nią, prze­krę­ca­jąc klu­czyk w sta­cyjce.

- Odwrot­nie niż co?

- Jeśli to mor­derca przy­szedł pierw­szy, a ofiara za nim?

- Pułapka? - Zmarsz­czył brwi.

Popa­trzyła na niego bez słowa.

Komenda poli­cji okręgu Hor­da­land, siódme pię­tro. Sze­fowa poli­cji kry­mi­nal­nej Bir­git Str?m lustro­wała Kir­sten małymi oczami osa­dzo­nymi w sze­ro­kiej i pła­skiej rybiej twa­rzy. Jej usta wyglą­dały jak szcze­lina, któ­rej kąciki upar­cie nie chciały się skie­ro­wać ani w górę, ani w dół.

- Bójka? - pod­chwy­ciła gło­sem, który przy­po­mi­nał dźwięk zardze­wia­łej rasz­pli. Za dużo papie­ro­sów, pomy­ślała Kir­sten. - W takim razie, skoro to nie było mor­der­stwo z pre­me­dy­ta­cją, dla­czego zabójca przy­niósł z sobą żela­zny pręt?

- Było, z całą pew­no­ścią - odparła. - Ale Paul­sen wal­czyła. Na dło­niach ma rany od mon­stran­cji. To znak, że się bro­niła. Bili się i w pew­nym momen­cie ona zgu­biła but.

Kir­sten dostrze­gła w rybich oczach roz­mów­czyni prze­lotny błysk. Sze­fowa poli­cji zer­k­nęła na Kaspra, by po chwili znowu sku­pić wzrok na niej.

- Świet­nie. Jak w takim razie wyja­śnisz fakt, że w kie­szeni ofiary zna­leź­li­śmy to?

Odwró­ciła się i pochy­liła, by z blatu biurka, na któ­rym spo­czy­wał jej obfity zadek, pod­nieść prze­zro­czy­stą torebkę. W wyniku tego manewru oczom zebra­nych uka­zał się jej rów­nie bujny biust. Kasper i pozo­stali ofi­ce­ro­wie z grupy śled­czej poli­cji okręgu Hor­da­land śle­dzili jej ruchy, jakby była Sereną Wil­liams i wła­śnie miała wyko­nać asa ser­wi­so­wego, który roz­strzy­gnie o jej zwy­cię­stwie w meczu.

Kir­sten wzięła do ręki wore­czek na dowody, który podała jej sze­fowa poli­cji. Wie­działa już, co jest w środku. To z tego powodu zadzwo­nili wła­śnie do niej, do Oslo. Wpro­wa­dzili ją do budynku komendy nie głów­nym wej­ściem od Alle­hel­gens gate, ale małymi pan­cer­nymi drzwiami otwie­ra­nymi na kod, znaj­du­ją­cymi się z tyłu, od strony Hal­fdan Kje­rulfs gate - jakby oba­wiali się, że ktoś ją zauważy.

Skra­wek papieru. Odręczne pismo. Dużymi lite­rami. Kasper obwie­ścił jej tę nowinę przez tele­fon poprzed­niego dnia, gdy znaj­do­wała się jesz­cze w sie­dzi­bie Kri­pos, nie­całą godzinę po zna­le­zie­niu ciała. Nie mogła być zasko­czona, wie­działa. Na kawałku papieru figu­ro­wało jej nazwi­sko.

KIR­STEN NIGA­ARD

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Matka Teresa, Pójdź, bądź moim świa­tłem. Pry­watne pisma Świę­tej z Kal­kuty, przeł. M. Roma­nek, Kra­ków 2008, s. 205 (przyp. tłum.). [wróć]