Rozdział 1
Najcenniejszy klejnot
Była pierwszym polskim laureatem Nagrody Nobla i pierwszą kobietą, która
ją otrzymała. Nagrodę tę przyznano jej zresztą dwukrotnie, co także nie
miało precedensu w dziejach tego prestiżowego wyróżnienia. Jednak
chociaż Marię Skłodowską-Curie całkowicie pochłaniała nauka, to w jej
życiu prywatnym nie brakowało dramatycznych wydarzeń. Jednym z nich był
skandal obyczajowy, z powodu którego omal nie cofnięto decyzji o przyznaniu jej po raz drugi Nagrody Nobla. Gdy w Sztokholmie odbierała
to wyróżnienie, prasa francuska nazywała ją złodziejką mężów i osobą o moralności kurtyzany. Jednak świat naukowy w większości stanął po jej
stronie, wiedząc, że nie miała szczęścia w życiu, a dla nauki poświęciła
niemal wszystko. Albert Einstein uważał Marię za osobę, która do życia
przykładała "najwyższą jakość moralną" i reprezentowała ogromną "siłę
charakteru, czystość intencji, niepobłażanie sobie, obiektywizm,
niezależność sądów". Jego zdaniem takie cechy rzadko skupiały się w jednym człowieku, a poza tym Skłodowska miała być w świecie nauki jedyną
niezepsutą przez sławę osobą, jaką znał. Przy innej okazji wspominał
jednak o erotyzmie w jej oczach, a także stwierdził, że "jest tak
atrakcyjna, że dla każdego może się stać niebezpieczna".
Trudna edukacja przyszłej noblistki
Zapewne gdyby nie zawiedziona miłość do Kazimierza Żórawskiego, Maria
nigdy nie zrobiłaby olśniewającej kariery. Wyszłaby za mąż za
obiecującego matematyka, ale o swoich zainteresowaniach raczej
rozmawiałaby z nim w domu. Los jednak czuwał i nad Skłodowską, i nad
nauką - rodzina ukochanego nie zezwoliła bowiem na ślub z ubogą
guwernantką, nie zważając na to, jak bardzo była inteligentna i urocza.
Maria Skłodowska pochodziła z warszawskiej rodziny nauczycielskiej.
Wprawdzie jej przodkowie z obu stron należeli do drobnej szlachty,
jednak rodzice utrzymywali się już tylko z pracy pedagogicznej.
Zasłużonym nauczycielem był też dziadek ze strony ojca, a do jego
wychowanków należał m.in. Bolesław Prus. Szczególną uwagę warto jednak
zwrócić na matkę przyszłej noblistki, Bronisławę Boguską. Była ona
przełożoną jednej z warszawskich pensji dla dziewcząt, a pracę zawodową
łączyła z życiem rodzinnym. W tamtych czasach był to dość rzadki
przypadek, tym bardziej że urodziła pięcioro dzieci i opieka nad nimi
zajmowała jej wiele czasu.
Urodzona w listopadzie 1867 roku Maria była najmłodsza z rodzeństwa i od
wczesnego dzieciństwa przejawiała ogromne zdolności. Nauczyła się czytać
w wieku czterech lat, a zrobiła to samodzielnie, gdyż nikt jej wówczas
jeszcze nie uczył. Dysponowała fenomenalną pamięcią, po jednorazowym
przeczytaniu potrafiła bezbłędnie odtworzyć większe fragmenty tekstu.
Początkowo kształciła się na pensji, gdzie pracowała jej matka, potem
rozpoczęła naukę w III Żeńskim Rządowym Gimnazjum, które ukończyła w 1883 roku ze złotym medalem. Tymczasem jej rodziny nie omijały tragedie
- gdy Maria miała dziewięć lat, na tyfus zmarła jedna z jej sióstr, a dwa lata później gruźlica zabrała matkę. Wydarzenia te wywarły ogromny
wpływ na światopogląd dziewczynki, która w tamtym czasie stała się
zdeklarowaną ateistką, zastępując wiarę w Boga miłością do nauki.
Dla wszystkich było oczywiste, że Maria posiada ogromne zdolności w kierunku nauk ścisłych, jednak podjęcie przez nią studiów było właściwie
niemożliwe. Żadna uczelnia na ziemiach polskich nie przyjmowała wówczas
dziewcząt, niewiele lepiej było też w innych krajach. Wprawdzie od lat
70. XIX stulecia panie mogły studiować na Sorbonie, a w 1874 roku
powstała London School of Medicine for Women, były to jednak wyjątki od
reguły. Zresztą studia w Londynie czy Paryżu oznaczały ogromne koszty.
Namiastką uczelni wyższej dla płci pięknej był działający w Warszawie od
lat 80. XIX stulecia Uniwersytet Latający - tajna organizacja oświatowa
oferująca wykłady z czterech dziedzin (nauk społecznych,
filologiczno-historycznych, matematyczno-przyrodniczych oraz
pedagogiki). Zajęcia w wymiarze kilku godzin tygodniowo prowadzili
wybitni naukowcy. Słuchaczki płaciły za naukę, czesne wynosiło od dwóch
do czterech rubli miesięcznie (24-48 euro), a pieniądze przeznaczano
głównie na honoraria dla wykładowców.
Wprawdzie Uniwersytet Latający działał w konspiracji, jednak władze
carskie doskonale wiedziały o jego istnieniu. Początkowo nauczycieli
dotykały sankcje, później jednak uznano, że istnienie kursów nie zagraża
władzy cara nad Wisłą. Na zajęcia uczęszczały bowiem niemal same
dziewczęta, a przedstawicielek płci pięknej nie uznawano za
niebezpieczeństwo dla imperium rosyjskiego.
Maria trafiła do Uniwersytetu Latającego na wydział
matematyczno-przyrodniczy i stała się najwybitniejszą studentką w dziejach tej uczelni. Chociaż dyplom jej ukończenia nigdzie nie był
honorowany, to same studia odegrały niezwykle ważną rolę w kształtowaniu
się osobowości dziewczyny.
W tym czasie Maria podjęła pracę w charakterze guwernantki, a pierwsze
kroki na tym polu pozostawiły po sobie jak najgorsze wspomnienia.
Traktowano ją bowiem jak osobę należącą do służby, a pracodawcy okazali
się typowymi przedstawicielami ówczesnej kołtunerii. Nie zamierzała
jednak zrezygnować, gdyż zaczęła się przed nią rysować perspektywa
wyjazdu na studia do Paryża. Jej starsza siostra, Bronisława, chciała
się kształcić na Sorbonie w zawodzie lekarza. Dziewczyny zawarły więc
układ: Maria miała wysyłać siostrze połowę swojego wynagrodzenia, a ta
po zakończeniu nauki zobowiązała się do udzielenia pomocy finansowej
Marii, gdyby zdecydowała się ona na studia w Paryżu. W tej sytuacji
Maria przyjęła ofertę pracy w charakterze guwernantki w Szczukach
niedaleko Makowa Mazowieckiego, gdzie zaproponowano jej znakomite
wynagrodzenie (500 rubli rocznie - 6 tysięcy euro) wraz z utrzymaniem. W efekcie, na początku stycznia 1886 roku wyjechała z Warszawy.
Pierwsza miłość
W Szczukach spotkało ją miłe rozczarowanie. Wprawdzie okolica nie
należała do najpiękniejszych, ale jej pracodawcy okazali się ludźmi o dużej kulturze. Juliusz Żórawski, dzierżawiący majątek od rodziny
Czartoryskich, uchodził za nowatora w dziedzinie rolnictwa - wprowadzał
nawozy sztuczne i uprawiał nowe odmiany zbóż. Był człowiekiem dobrze
sytuowanym, dzierżawił także majątek w Krasnosielcu i był
współwłaścicielem cukrowni "Krasiniec". A do tego sprawiał wrażenie
miłego człowieka i razem z żoną bardzo ciepło przyjął nową guwernantkę.
Maria opiekowała się dwoma córkami pracodawców, przy czym Żórawscy mieli
jeszcze trzech synów, z których najstarszy, Kazimierz, studiował w Warszawie. I to właśnie on miał odegrać największą rolę w życiu panny
Skłodowskiej.
"Najstarsza córka była mniej więcej w moim wieku - wspominała noblistka
- i aczkolwiek uczyłam ją, była raczej towarzyszką niż uczennicą. Poza
tym było dwoje młodszych dzieci - syn i córka. Stosunek mój do nich był
przyjacielski, po lekcjach chodziliśmy razem na spacery. Kochając wieś,
nie czułam się samotna, a chociaż krajobraz nie należał do szczególnie
malowniczych, lubiłam go o każdej porze roku"1.
Razem z Bronisławą, najstarszą córką pracodawców, spotykała się na
gruncie towarzyskim z miejscowymi ziemianami, jednak nie była z tych
kontaktów zadowolona. Trudno się jej dziwić, ponieważ panowie ze
starszego pokolenia kłócili się głównie na tematy polityczne, a panie i dziewczęta "nie miały żadnego zdania o niczym". Skłodowska zauważyła
jednak, że rówieśniczki były w gruncie rzeczy "dobrymi dziewczynami", a "niektóre nawet inteligentne", ale wychowanie i presja otoczenia
zniszczyły ich osobowości. Natomiast o młodzieży płci przeciwnej szybko
wyrobiła sobie zdanie:
"(...) mało też bardzo miłych i jako tako inteligentnych, parę zaś jest
takich okazów, że można dać na wystawę. Dla wszystkich wyrazy takie, jak
pozytywizm, Świętochowski, kwestia robotnicza są prawdziwą b?te noire
[czymś obmierzłym], naturalnie dla tych, co o takich wyrazach
słyszeli, bo tych nie jest wielu"2.
Był jednak jeden poważny wyjątek od tej reguły. Najstarszy syn państwa
Żórawskich wprawdzie studiował w Warszawie, jednak regularnie odwiedzał
dom rodzinny. A gdy zjawiła się tam nowa guwernantka, jego wizyty stały
się jeszcze częstsze.
Kazimierz był bardzo przystojny, świetnie tańczył, doskonale jeździł na
łyżwach. Uchodził za najlepszą partię w okolicy i tym samym stanowił
obiekt westchnień wielu panien na wydaniu. Nie zwracał jednak na nie
uwagi, był bowiem pochłonięty swoją największą pasją, czyli matematyką.
To właśnie ta dziedzina wiedzy zbliżyła go do Marii, która okazała się
niepodobna do dziewcząt, jakie znał wcześniej. Potrafiła z nim
dyskutować godzinami i - co więcej - w pełni podzielała jego pasję.
Młodzieniec odkrywał, że nowa guwernantka jest osobą, z którą mógłby
dzielić życie i zainteresowania. W efekcie stało się to, co musiało się
stać - oboje zapadli na "gorączkę zwaną zakochaniem".
Problem był tylko jeden. Chociaż Żórawscy bardzo lubili swoją
guwernantkę, nie brali pod uwagę możliwości, że wejdzie ona do rodziny.
Marzyli o lepszym mariażu dla syna, który żeniąc się z Marią, zawarłby
związek "poniżej swego stanu".
Żórawscy odbyli poważną rozmowę z synem, zapowiadając, że nigdy nie
zgodzą się na mezalians. Chłopak protestował, a w rozmowach z Marią
prosił ją o cierpliwość, tłumacząc, że znajdzie rozwiązanie. Dziewczyna
nie do końca mu wierzyła, zdawała sobie bowiem sprawę, że Kazimierz
nigdy nie przeciwstawi się rodzicom. Bez ich pieniędzy nie mógłby
kontynuować studiów, a przecież to było dla niego najważniejsze.
"(...) Jeżeli zaś dawniej miałam inne [plany] - skarżyła się Maria
jednej z sióstr - to poszły z dymem, pogrzebano, pochowano,
przypieczętowano i zapomniano, bo jak Ci wiadomo, mur zawsze mocniejszy
od głowy, która go przebić pragnie"3.
Odrzucona dziewczyna nie mogła jednak unieść się honorem i zrezygnować z posady. Umowa o pomocy siostrze nadal obowiązywała, a było wątpliwe, by
Maria szybko znalazła równie dochodową pracę. Dlatego z godnością
znosiła oziębienie stosunków z pracodawcami, którzy niemal z dnia na
dzień zaczęli ją traktować jak obcą osobę. Jednak nie miała wyboru -
musiała zacisnąć zęby i zarabiać na studia dla siostry.
"Ale to tylko świadczy o mężczyznach! - irytowała się. - Jeżeli nie chcą
poślubiać biednych dziewcząt, to niech idą do diabła! Nikt ich o nic nie
prosi. Tylko dlaczego łamią serce niewinnej istoty?"4.
Wytrzymała w Szczukach łącznie trzy i pół roku, jednak wciąż pamiętała o Kazimierzu i chyba cały czas miała nadzieję na ślub. Spotkali się już po
jej wyjeździe z majątku, jesienią 1891 roku w Zakopanem. Odbyli
ostateczną rozmowę - Żórawski prawdopodobnie zaproponował wtedy Marii
wolny związek, co w tamtych czasach oznaczało, że Skłodowska byłaby
uważana niemal za kurtyzanę.
Maria miała wystarczająco dużo dumy, by odrzucić jego propozycję. Nie
zamierzała znosić "zwykłego losu kobiety", a skoro Żórawski "nie
potrafił znaleźć wyjścia z tej sytuacji, to nie sądziła, żeby miała go
tego uczyć".
W chwili ostatecznego rozstania Maria miała 24 lata, co uznawano wówczas
za dość zaawansowany wiek jak na osobę stanu wolnego. Nie zwracała
jednak na to uwagi - odrzucona przez mężczyznę, któremu ofiarowała
serce, postanowiła poświęcić się nauce.
Kazimierz Żórawski został jednym z najwybitniejszych polskich
matematyków. Ożenił się późno, bo już po trzydziestce, a jego żoną
została Leokadia, córka Hipolita Jewniewicza, profesora Instytutu
Technologicznego w Petersburgu. Przeżył Marię o blisko 20 lat. Podobno u schyłku życia często siadywał na ławce w pobliżu Instytutu Radowego przy
ulicy Wawelskiej w Warszawie i wspominał dawną ukochaną.
Czas decyzji
Bronisława Skłodowska nie zapomniała o umowie. Jej losy w Paryżu
potoczyły się bardzo pomyślnie - zaliczała kolejne lata studiów, a do
tego ze wzajemnością zakochała się w polskim lekarzu, Kazimierzu Dłuskim
- byłym studencie uniwersytetów w Petersburgu i Warszawie, socjaliście i współpracowniku Ludwika Waryńskiego. Chociaż pochodził z zamożnej
rodziny, lewicowym poglądom pozostał wierny także nad Sekwaną, gdzie
postanowił poświęcić się leczeniu ubogich. Podjęli decyzję o założeniu
rodziny i pozostaniu przez pewien czas w Paryżu. Maria mogłaby
zamieszkać u nich, dzięki czemu Dłuscy spłacaliby dług zaciągnięty u starszej siostry.
Ku zaskoczeniu Bronisławy Maria początkowo dość sceptycznie odniosła się
do tego projektu. Po raz kolejny podjęła pracę jako guwernantka i udzielała siostrze niezdecydowanych odpowiedzi. Prawdopodobnie czekała
na decyzję Kazimierza Żórawskiego, było to bowiem jeszcze przed ich
spotkaniem w Zakopanem. Dopiero później ostatecznie zadecydowała o wyjeździe do Paryża.
W tym samym czasie poznała smak pracy w laboratorium, co miało
przesądzić o całym jej życiu. Pracownia mieściła się Warszawie w Muzeum
Przemysłu i Rolnictwa, a kierował nią cioteczny brat przyszłej
noblistki, Józef Boguski. Doskonale znał fascynacje kuzynki i zaproponował jej, by korzystała z podległej mu placówki. Był to
prawdziwy strzał w dziesiątkę, bo chociaż zajęta korepetycjami Maria nie
miała zbyt wiele czasu, spędzała w laboratorium niemal każdą wolną
chwilę. Po raz pierwszy poczuła, że znalazła swoje miejsce na świecie.
"Na ogół zresztą zostawiano mnie samej sobie - wspominała po latach -
próbowałam więc tylko przerabiać doświadczenia opisane w moich
podręcznikach fizyki i chemii. Wyniki bywały nieraz zupełnie
niespodziewane. (...) Zaczęłam w sobie rozwijać powoli zainteresowanie do
badawczej naukowej pracy, przekonując się jednocześnie własnym kosztem o tym, że postępy w tej dziedzinie robi się z trudem i bardzo
powoli"5.
Ostatecznie decyzję o wyjeździe do Paryża podjęła po spotkaniu z Żórawskim w Zakopanem. Wtedy też napisała list do Bronisławy, prosząc ją
o potwierdzenie wcześniejszych uzgodnień:
"(...) Namyśl się, czy możesz mnie wziąć do siebie, bo ja mogę przyjechać.
Miałabym na wszystkie swoje wydatki, jeżeli więc możesz bez wielkiej dla
siebie krzywdy dać mi jeść, to napisz mi to. Cieszyłabym się bardzo, bo
to by mnie moralnie postawiło na nogi po bardzo przykrych przejściach
tego lata, które mają znaczenie dla całego mego życia, ale narzucać Ci
się nie chcę. (...) Pomieścić moglibyście mnie gdzie bądź, nie robiłabym
Wam kłopotu ani nieporządku. Błagam Cię, odpisz, ale
szczerze"6.
A gdy nadeszła odpowiedź, Maria dokonała koniecznych zakupów i część
bagaży wysłała na paryski adres siostry. Pieniędzy wystarczyło jej na
zakup biletu czwartej klasy i suchego prowiantu na trzy dni podróży. Na
początku listopada 1891 roku wyruszyła do Paryża naprzeciw swojemu
przeznaczeniu.
Miasto nad Sekwaną
Panna Skłodowska była jedną z 23 studentek rozpoczynających naukę na
Wydziale Nauk Ścisłych paryskiej Sorbony. Nie zwracała jednak uwagi na
innych słuchaczy, dla niej liczyło się tylko zdobycie licencjatu.
Planowała, że później powróci do kraju, ale nie wiadomo, co zamierzała
robić nad Wisłą. Na pewno pociągała ją praca badawcza, być może zresztą
zostawiała decyzję na później. Na razie całkowicie poświęciła się
studiom.
"Panna Maria bardzo poważnie pracuje - informował jej ojca Kazimierz
Dłuski - całe prawie dnie spędza na Sorbonie, tak iż widujemy ją tylko
wieczorem. Jest to osóbka nader niezależna, więc chociaż mnie Pan był
łaskaw mianować jej oficjalnym opiekunem, nie tylko nie okazuje mi
należytego respektu, ale mnie wcale nie słucha, o moją powagę zaś i autorytet dba tyleż, co o podarty trzewik"7.
Dłuski miał poczucie humoru, dlatego od razu polubili się z Marią.
Jednak na dłuższą metę dziewczyna nie chciała mieszkać z siostrą i szwagrem. Ich mieszkanie było położone o godzinę jazdy od Sorbony, poza
tym Dłuscy prowadzili dom otwarty, co wybijało dziewczynę z rytmu nauki.
Z drugiej jednak strony dzięki nim poznała wielu polskich emigrantów, a wśród nich Stanisława Wojciechowskiego. Gdy ten wracał do kraju, Maria
pożyczyła mu nawet poduszkę do pociągu. Nigdy jej nie oddał, co wiele
lat później żartobliwie mu wypomniała. On był już wówczas prezydentem
Rzeczpospolitej, a ona dwukrotną noblistką...
Po wyprowadzeniu się od siostry i szwagra zamieszkała w skromnym pokoiku
bez wody i kanalizacji na szóstym piętrze kamienicy położonej niedaleko
Sorbony. Dysponowała miesięcznym budżetem w wysokości 40 rubli (niecałe
500 euro), co oznaczało, że wystarczało jej tylko na najważniejsze
potrzeby życiowe.
"(...) Wąskie żelazne łóżko - opisywała ten pokój córka noblistki, ?ve
Curie - materac przywieziony z Warszawy, przenośny piecyk z wielką rurą,
kuchenny stolik i krzesło, miednica, dzbanek, wiadro (...), naftowa lampka
z abażurem za parę groszy, maszynka spirytusowa (mniejszej już nie można
było znaleźć), dwa talerze, nóż, widelec, łyżka, łyżeczka, filiżanka,
rondelek, imbryczek i - co za luksus! - aż trzy szklanki, żeby można
było podać herbatę, gdy przyjdą Dłuscy lub, bardzo rzadko, ktoś ze
znajomych"8.
Nad wyraz praktycznym sprzętem okazał się kufer, w którym Maria
przywiozła z Warszawy część swoich rzeczy. Był "zarazem komodą i szafą",
a w razie potrzeby stawał się także krzesłem.
Oszczędzała na wszystkim, szczególnie na jedzeniu i ogrzewaniu, co
niebawem wpędziło ją w chorobę. Gdy zaczęła mdleć na zajęciach, szwagier
uznał, że musi interweniować. Zarządził przeprowadzkę do siebie na
tydzień, a Bronisława jako najważniejsze lekarstwo podała jej... wielki
befsztyk.
Maria nie zamierzała jednak zrezygnować ze swoich ambicji i osiągała
kolejne cele. W 1893 roku otrzymała licencjat z fizyki z pierwszą
lokatą, a rok później - z lokatą drugą - licencjat z matematyki.
Całkowicie wykreśliła ze swojego życia sprawy prywatne, uznając, że nie
ma na nie czasu. A być może nie zapomniała jeszcze o Żórawskim... Nie
wiedziała wówczas, że niebawem pozna człowieka, który całkowicie odmieni
jej świat.
Piotr Curie
Po uzyskaniu drugiego licencjatu Maria miała szczerą chęć powrotu do
kraju, ale wtedy dostała stypendium na badania nad właściwościami
magnetycznymi różnych rodzajów stali, co oznaczało dodatkowy rok pobytu
nad Sekwaną. Szybko okazało się, że laboratorium udostępnione Marii na
Sorbonie jest zbyt małe jak na jej potrzeby. Wówczas jeden z polskich
znajomych poradził, by spotkała się z obiecującym francuskim fizykiem,
Piotrem Curie. Zasugerował, że być może właśnie on będzie mógł jej
pomóc, a następnie zorganizował ich spotkanie.
"Kiedy weszłam - wspominała Maria - Piotr Curie stał w drzwiach
balkonowych. Wydawał mi się bardzo młody, jakkolwiek miał już wówczas
lat trzydzieści pięć. Uderzyła mnie jasność jego spojrzenia oraz swego
rodzaju pochylenie jego wysokiej postaci. Jego sposób mówienia, dość
powolny i pełen zastanowienia, prostota, uśmiech zarazem poważny i młody
- to wszystko budziło zaufanie"9.
Piotr pochodził z rodziny lekarzy, zawód ten wykonywali jego dziadek i ojciec. Od młodych lat wykazywał zainteresowanie fizyką i matematyką,
jednak ze względu na zaawansowaną dysleksję (a przy okazji także
dysgrafię) nie kwalifikował się do normalnej edukacji. Przez wiele lat
pobierał naukę w domu, co nie przeszkodziło mu w wieku 16 lat zdać
maturę i rozpocząć studia na Sorbonie. Tam wykazał się niezwykłymi
zdolnościami, choć pewne cechy charakteru utrudniały mu karierę naukową.
Był typem badacza pasjonata, marzyciela oderwanego od rzeczywistości.
Nigdy nie zwracał uwagi na finansową stronę badań, unikał też wszelkiego
rodzaju zaszczytów i splendorów. Nie potrafił reklamować swojej osoby,
nie chciał zgłaszać wniosków patentowych własnych wynalazków. A miał
przecież na koncie wiele osiągnięć. Pracując ze starszym bratem (również
fizykiem), odkrył zjawisko piezoelektryczności i skonstruował wiele
urządzeń pomiarowych. Gdy poznał Marię, był adiunktem w Miejskiej Szkole
Fizyki i Chemii Przemysłowej, uważał, że panująca tam atmosfera
pozytywnie wpływa na jego prace badawcze. Właściwie nie dostrzegał
niczego poza obowiązkami służbowymi, ale płeć piękną jednak dostrzegł i wyrobił sobie zdanie na jej temat.
"Kobiety w znacznie silniejszym stopniu od nas kochają życie dla radości
życia - notował w swoim dzienniku. - Kobiety genialne rzadko się
spotyka. Toteż z kobietami przychodzi nam walczyć, gdy jakaś miłość
mistyczna kieruje nas poza utarte szlaki, gdy chcemy nasze uczucia i myśli poświęcić jakiemuś dziełu, które nas od zwykłych ludzkich spraw
oddala. Matka woli, żeby ją dziecko kochało, niż żeby było mądre.
Kochanka pragnie mieć swego mężczyznę dla siebie i uważa, iż całkiem
byłoby naturalne poświęcić dla miłości najpiękniejsze nawet zalety
umysłu"10.
Tym razem jednak spotkał na swojej drodze kobietę, która go
zafascynowała. Już podczas pierwszej rozmowy odkrył, że wiele ich łączy,
bo Maria w pełni podzielała jego pasje badawcze. W efekcie obiecał jej
daleko idącą pomoc. A po tym spotkaniu przyszły następne.
Czasami były one przypadkowe, lecz zdarzało się także, że Piotr
odwiedzał Marię w jej pokoju. Jako totalny abnegat życiowy ani trochę
nie zraził się ascetycznym wyposażeniem pomieszczenia. Ważniejsze były
dla niego rozmowy, gdyż szybko przekonał się, że ma przed sobą
równorzędnego partnera intelektualnego. Nic zatem dziwnego, że
postanowił związać się z Marią i poprosił ją o rękę. Jednak
bezskutecznie, gdyż wybranka odrzuciła jego oświadczyny.
Panna Skłodowska nie myślała wówczas o zamążpójściu, a tym bardziej nie
widziała się w roli żony cudzoziemca. Wprawdzie Piotr nie był
przedstawicielem państwa zaborczego, jednak Maria zamierzała wrócić do
Polski, a nie osiedlać się nad Sekwaną. Miała nadzieję na zatrudnienie
na jednej z krajowych uczelni i chciała być bliżej rodziny - zwłaszcza
że właśnie w tym czasie jej emerytowany ojciec chorował, brat robił
karierę w Warszawie, a Bronisława wraz z mężem planowali przeprowadzkę
do Polski. Wiedziała, że Piotr nigdy nie odnalazłby się nad Wisłą.
Przyzwyczajony do swobód demokratycznych, nie potrafiłby zaakceptować
życia pod berłem carów, a bez ogromnych nakładów finansowych nie było
szans na zorganizowanie odpowiedniego laboratorium. Problem stanowiła
również bariera językowa i kulturowa.
Curie był jednak upartym człowiekiem. Wprawdzie faktycznie nie myślał o wyprowadzeniu się z Francji, jednak wiedział, że Maria nad Sekwaną
będzie miała znacznie łatwiejszą ścieżkę kariery niż w rodzinnym kraju.
Skłodowska także to rozumiała, dlatego obiecała adoratorowi, że po
wakacjach powróci do Paryża. I zaproponowała przyjaźń.
Piotr nie dawał jej zapomnieć o sobie, gdy pojechała do kraju, wręcz
zasypywał ją listami. Ona odpowiadała z mniejszym zaangażowaniem,
wysłała mu jednak swoją fotografię, co Francuz uznał za dobry
prognostyk. Nie wiedział, że w tym czasie szukała zatrudnienia na
uczelniach w Warszawie i Krakowie. Nie dostała jednak angażu, gdyż
nowinka w postaci kobiety naukowca jeszcze nad Wisłę nie dotarła. Na
szczęście dla Marii, Piotra i światowej nauki.
Francuski fizyk nie odpuszczał, więc gdy Maria przyjechała do Paryża,
ponownie się oświadczył - i kolejny raz został odrzucony. Nie
zrezygnował jednak ze starań o jej rękę, tym bardziej że projekt
małżeństwa popierała Bronisława z mężem, a także członkowie rodziny
Skłodowskich w kraju. A gdy do ataku przyłączyli się jeszcze rodzice
Piotra, Maria skapitulowała. Ślub odbył się 16 lipca 1895 roku. Była to
uroczystość cywilna, gdyż Piotr - podobnie jak jego narzeczona - był
ateistą.
We dwoje
Maria bardzo praktycznie podeszła do uroczystości. Wprawdzie rozumiała,
że powinna wystąpić na niej w nowej sukni, jednak kategorycznie odmówiła
kupienia białej kreacji. Wyjaśniła teściowej swojej siostry, która miała
sfinansować ten zakup, że potrzebuje stroju, w którym mogłaby później
wychodzić na miasto i pracować w laboratorium. A skoro biała suknia jest
raczej strojem jednorazowym, zażyczyła sobie odzieży w kolorze
granatowym.
Duże znaczenie miał dla małżonków prezent od rodziców Piotra, czyli
skromne wyposażenie mieszkania, które mieli zamiar wynająć. Natomiast za
pieniądze otrzymane od jednego z krewnych kupili dwa rowery. Wyruszyli
na nich w kilkutygodniową podróż poślubną, docierając aż na wybrzeże
Bretanii. Upodobanie do wycieczek rowerowych zachowali na długo, chociaż
mogli im poświęcać czas wyłącznie podczas wakacji.
Zamieszkali w wynajętym trzypokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze
kamienicy przy rue de la Glaci?re w XIII dzielnicy Paryża. Jego
umeblowanie było bardzo skromne i zaspokajało tylko podstawowe potrzeby.
Nietrudno też zgadnąć, że najważniejszym pomieszczeniem był wspólny
gabinet.
"Urządzony został tak - opisywała ?ve Curie - by uniknąć wszystkiego, co
mogłoby rozpraszać uwagę gospodarzy, a przy okazji zniechęcał
ewentualnych gości. (...) sosnowy stół i dwa postawione naprzeciw siebie
krzesła, na których Piotr i Maria siedzieli twarzą w twarz podczas
pracy. Nieproszeni goście na pierwszy rzut oka mogli się zorientować, że
nie są w tym pokoju mile widziani"11.
Miesięcznie mieli do dyspozycji 500 franków (2400 euro), co przy
paryskich cenach nie było zbyt wygórowaną kwotą na dwie osoby. Dlatego
oszczędzali na każdym kroku, a Maria założyła nawet specjalny zeszyt, w którym skrupulatnie notowała wydatki. Nie mogli sobie pozwolić na stałą
służącą, dlatego raz dziennie na godzinę przychodziła gosposia, która
zajmowała się robieniem porządków. Było to konieczne, gdyż Maria nigdy
nie nauczyła się sprzątać, a umyta przez nią podłoga "wyglądała tak,
jakby znowu wymagała mycia".
Większe sukcesy osiągnęła w gotowaniu, podchodziła jednak do tego tematu
z przesadną, wręcz naukową dokładnością. Odmierzała składniki jak
substancje chemiczne w laboratorium, zastanawiała się, ile waży
wzmiankowana w przepisie szczypta soli. Z czasem zaczęła nawet sama
wymyślać dania, a najbardziej pociągały ją potrawy, które mogła
przyrządzić bardzo szybko, albo takie, które "gotowały się powoli przez
kilka godzin, nie zaprzątając jej uwagi". Zresztą dla Piotra nie miało
to większego znaczenia, gdyż jadł cokolwiek mu podsunięto, nie zwracając
uwagi na smak i jakość dania.
Najlepszy tandem świata
Małżonkowie znakomicie się uzupełniali, tworząc wspólnie doskonały
zespół naukowy. Nieco rozkojarzony i roztargniony Piotr, a obok niego
opanowana i skrupulatna Maria. Dorównywali sobie intelektem i ambicjami
naukowymi, oboje też traktowali swoją pracę w kategoriach służby
ludzkości. Nie myśleli o komercyjnych aspektach swoich badań i odkryć,
nie pragnęli osobistych zaszczytów ani pieniędzy. Wzajemnie się
inspirowali, a do tego byli wręcz nieprawdopodobnie lojalni wobec
siebie. Piotr tak bardzo kochał i szanował swoją małżonkę, że zaczął się
nawet uczyć języka polskiego, i to z całkiem przyzwoitymi efektami.
Jednak nawet naukowcy muszą z czegoś żyć, dlatego już w pierwszym roku
małżeństwa Maria rozpoczęła przygotowania do egzaminów państwowych
dających jej uprawnienia pedagogiczne. Zdała je - oczywiście - bez
żadnych problemów, dzięki czemu w październiku 1900 roku mogła rozpocząć
pracę wykładowczyni fizyki w wyższej szkole dla dziewcząt w S?vres pod
Paryżem. Była pierwszą kobietą nauczającą w tej placówce.
We wrześniu 1897 roku na świat przyszło pierwsze dziecko państwa Curie -
Ir?ne. Maria nie chciała, by macierzyństwo wstrzymało jej prace
badawcze, dlatego małżonkowie zatrudnili mamkę i nianię, co było zresztą
zgodne z ówczesnymi obyczajami. Dzieckiem opiekował się także ojciec
Piotra (matka już nie żyła), zakochany we wnuczce od chwili jej
narodzin. Maria mogła więc powrócić do pracy, jednak na bieżąco
prowadziła dziennik, w którym z naukową dokładnością zapisywała
wszystkie wydarzenia z życia córki.
W tym czasie poszukiwała tematu na swój doktorat. I to właśnie Piotr
podsunął jej pomysł, by zajęła się nieznanym promieniowaniem
zaobserwowanym niedawno przez francuskiego fizyka Henriego Becquerela.
Ogłosił on serię artykułów o swoim odkryciu, jednak problem ten prawie
nikogo nie zainteresował. Porzucił więc dalsze badania, podczas gdy
Piotr Curie uznał, że owo nieznane promieniowanie to idealny temat
właśnie dla Marii.
Badania miał ułatwić fakt, że pani Curie wreszcie dostała pomieszczenie,
w którym mogła stworzyć własne laboratorium. Dotychczas korzystała z lokalu użytkowanego przez męża, gdzie dla dwojga było zbyt ciasno.
Szkoła, w której pracował Piotr, przekazała na potrzeby Marii
wolnostojącą drewnianą szopę ze szklanym dachem, używaną jako magazyn, a wcześniej jako prosektorium. Lokal był bardzo skromny, a na dodatek
chłodny i wilgotny, ale pani Curie wreszcie miała gdzie pracować. Po
latach określała czas spędzony w tej ponurej szopie jako najpiękniejsze
lata swojego życia. I trudno się dziwić, bo niebawem osiągnęła takie
wyniki, że małżonek porzucił własne badania i zaczął ją wspomagać. Był
wytrawnym uczonym i zrozumiał, że żona trafiła na coś wyjątkowego.
W drodze do sławy
Maria, przystępując do badań, wiedziała tylko to, że nieznane
promieniowanie związane jest z uranem. Używając czułego elektrometru
skonstruowanego przez męża, potwierdziła, że wartość tego promieniowania
zależy od zawartości uranu w badanej próbce. Następnie odkryła, że
identyczne promieniowanie emituje również tor. Jednak w niektórych
próbkach było ono znacznie silniejsze, niż wynikałoby to z zawartości
uranu czy toru. Wniosek mógł być tylko jeden: za promieniowanie
odpowiada pierwiastek - lub pierwiastki - nieznany jeszcze nauce.
Szczególną uwagę małżonków zwróciła blenda smolista wydobywana w czeskim
Jachymowie. Była to ruda uranu, która emitowała promieniowanie
nieporównywalnie silniejsze od znanych wcześniej pochodnych pierwiastka.
Maria i Piotr postanowili zatem skoncentrować się na badaniu blendy.
Problemem stanowiły jednak finanse.
Trudno w to bowiem dzisiaj uwierzyć, ale badania państwa Curie nad
promieniotwórczością były prywatnym przedsięwzięciem realizowanym za
własne środki. Chociaż już w lipcu 1898 roku poinformowali oni o odkryciu pierwiastka promieniotwórczego, który na cześć ojczyzny Marii
nazwali polonem, to nadal prowadzili badania bez subwencji państwowych
czy uczelnianych.
Tymczasem okazało się, że przy wydobyciu blendy powstawały liczne odpady
(składowano je w pobliżu kopalni), w których znajdowało się znacznie
więcej promieniotwórczych pierwiastków niż w samej rudzie. Władze
austriackie zezwoliły na ich bezpłatny odbiór, dzięki czemu państwo
Curie mogli prowadzić dalsze badania, ponosząc jedynie koszty transportu
odpadów do Francji. Zwożone materiały składowano na placyku przed szopą,
w której Maria i Piotr prowadzili badania i która w żaden sposób nie
kojarzyła się z pracą naukową.
"Jej szklany dach niezupełnie chronił od deszczu - wspominała Skłodowska
- latem było upalnie i duszno, a zimą żelazny piec stawiał słaby opór
ostremu chłodowi. (...) Posiadaliśmy tylko kilka starych stołów sosnowych,
piecyków do topienia minerałów i palników gazowych. (...) Często też
musiałam tam przyrządzać posiłek, żeby nie przerywać jakiegoś ważnego
doświadczenia. Niekiedy przyszło mi spędzić cały dzień na mieszaniu
gotującej się masy ciężkim prętem żelaznym, prawie tak wielkim, jak ja
sama"12.
Jednak najważniejsze były entuzjazm i wzajemne zrozumienie, dlatego
prace posuwały się w szybkim tempie. Niebawem odkryli drugi pierwiastek
promieniotwórczy, który nazwali radem - i od którego powstał termin
"radioaktywność".
Radioaktywna gorączka
Małżonków Curie wysuwano do Nagrody Nobla już w 1901 roku, a ich
kandydatury ponowiono rok później. Jednak dopiero w roku 1903 Szwedzka
Królewska Akademia Nauk zdecydowała się uhonorować Piotra Curie i Henriego Becquerela. Obaj mieli otrzymać nagrodę po połowie. Z niewiadomych przyczyn Marię pominięto, choć wcześniej wysuwano również
jej kandydaturę. O wszystkim zadecydował sprzeciw Piotra, który
zaprotestował przeciwko lekceważeniu osiągnięć małżonki. W efekcie
nagrodę podzielono w inny sposób: połowa trafiła do Becquerela, a połowa
do Marii i Piotra.
Piotr Curie nigdy nie był zwolennikiem specjalnego nagradzania pracy
naukowej, uważał bowiem, że uczeni powinni pracować tylko dla samej
satysfakcji. Wcześniej odmówił już przyjęcia Legii Honorowej, twierdząc,
że bardziej od odznaczeń potrzebne jest mu porządne laboratorium. Order
więc przepadł, ale nowej pracowni i tak nie dostał. Pomimo takich
poglądów uczynił wyjątek dla Nagrody Nobla, a zrobił to głównie z powodów finansowych. Małżonkowie zamierzali przeznaczyć swoją część
pieniędzy na dalsze badania, co zapewniłoby im stabilizację prac na
dłuższy czas. Nagroda istotnie była wysoka - dla Marii i Piotra
przypadało 70 tysięcy koron szwedzkich, czyli około 350 tysięcy euro.
Nie mogli jednak osobiście odebrać nagrody (obecny był tylko Becquerel),
nie pozwoliły im na to obowiązki dydaktyczne. Zaczęło też szwankować
zdrowie Piotra, dokuczały mu silne bóle stawów i kości, które czasami
przykuwały go na kilka dni do łóżka. Lekarze diagnozowali reumatyzm,
jednak zapewne były to skutki wieloletniej pracy bez zabezpieczeń przy
pierwiastkach promieniotwórczych. Nikt wówczas nie zdawał sobie bowiem
sprawy ze szkodliwości radioaktywności.
Tymczasem na całym świecie zapanowała moda na promieniotwórczość, a małżonkowie Curie niemal z dnia na dzień stali się celebrytami tamtych
czasów. Prasa, szczególnie bulwarowa, poświęcała im wiele uwagi,
dziennikarze za wszelką cenę chcieli opisywać ich pracę i życie
prywatne. Najwięcej uwagi poświęcano Marii, sugerując, że jej losy to
nowa wersja historii o Kopciuszku. Niezamożna, nieznana nikomu
cudzoziemka przyjechała do Paryża, gdzie poznała księcia nauki i razem
osiągnęli sławę.
Prawdziwe szaleństwo zapanowało jednak na punkcie radu. Uznano, że nowy
pierwiastek będzie najlepszym lekarstwem na gruźlicę i nowotwory, a także na wiele innych schorzeń. Modne stało się noszenie niewielkich
fiolek zawierających cząstki radu czy picie wody radowej. Minimalne
ilości pierwiastka dodawano do damskich strojów (by świeciły w ciemnościach), a także kosmetyków. Pojawiały się inspirowane radem
przedstawienia i tańce, a pewien konstruktor zapowiedział nawet
skonstruowanie silnika samochodowego działającego na "preparacie
radowym". Cała wrzawa ogromnie zaskoczyła odkrywców promieniotwórczości
- zrozumieli, że stali się elementem kultury masowej.
"Od czasu tej nieszczęsnej Nagrody Nobla - irytowała się Maria - nic
prawie nie mogliśmy zrobić i zaczynam się siebie pytać, czy otrzymane
pieniądze nam to nagrodzą. [...] Zaczynam żałować, że wyrzuciłam całą tę
korespondencję, bo warto by ją komuś pokazać od czasu do czasu. Były tam
sonety, poezje na cześć radium, listy różnych wynalazców, listy
spirytystyczne, listy filozoficzne, a wczoraj jeden z Amerykanów pisał
do mnie z prośbą, abym mu pozwoliła konia wyścigowego ochrzcić moim
nazwiskiem. Przy tym naturalnie stos próśb o autografy i fotografie. Na
3/4 tych listów nie odpowiadam, ale tracę czas na ich
czytanie"13.
Ale były też pozytywne efekty medialnej wrzawy. Piotr dostał wreszcie
nominację na profesora Sorbony i mógł porzucić pracę w Miejskiej Szkole
Fizyki i Chemii Przemysłowej, która zajmowała mu zbyt wiele czasu. Było
to tym ważniejsze, że cały czas borykał się z problemami zdrowotnymi i gorzej od żony znosił ciężar popularności. Tymczasem prowadzenie zajęć
przejął po nim jeden z jego uczniów, Paul Langevin. Warto zapamiętać to
nazwisko...
Tragedia przy rue Dauphine
Piotra wybrano również na członka Francuskiej Akademii Nauk, chociaż
"tego nie chciał ani Akademia go nie chciała". Bardzo irytował go fakt,
że chociaż był noblistą i profesorem Sorbony, nie przewidziano dla niego
porządnego laboratorium. Musiał wreszcie zagrozić dymisją, by władze
uczelni znalazły odpowiednie środki finansowe. Mimo że osiągnął sukces,
czasami wpadał w depresję, szczególnie gdy ból przykuwał go do łóżka.
Miał obawy, że z powodów zdrowotnych nie będzie mógł pracować naukowo, a to oznaczałoby utratę sensu życia. Ze względu na jego stan małżonkowie
musieli zrezygnować z ulubionych wycieczek rowerowych. Ostatni raz
jeździli dłużej w 1903 roku i zwiedzili wówczas Owernię, a potem
pojechali jeszcze nad kanał La Manche.
W sierpniu tego samego roku rodzinę dotknęła tragedia. Maria
przedwcześnie urodziła drugie dziecko, które niebawem zmarło. Długo nie
mogła dojść do równowagi, wyrzucając sobie, że się nie oszczędzała i miała zbyt "duże zaufanie do własnego organizmu". Jednak praca i czas
okazały się najlepszym lekarstwem i w grudniu 1904 roku przyszła na
świat druga córka państwa Curie, ?ve.
Dziewczynka chowała się zdrowo, podobnie zresztą jak jej starsza
siostra, a rodzina mieszkała wówczas w niewielkim domku przy bulwarze
Kellermanna. W wychowaniu kolejnej wnuczki pomagał oczywiście ojciec
Piotra, który zamieszkał z synem i synową. Maria została adiunktem i kierownikiem pracowni męża - najlepszy naukowy tandem świata nadal
znakomicie funkcjonował. Piotr poczuł się lepiej i odzyskiwał dawny
entuzjazm. Niestety, niebawem doszło do kolejnej tragedii, która na
zawsze zmieniła życie noblistki i jej rodziny.
19 kwietnia 1906 roku od rana padał deszcz. Było zimno, wiał wiatr,
pogoda w niczym nie przypominała wiosny. Rankiem Piotr udał się na
śniadanie Związku Profesorów Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego.
Spotkanie się przeciągnęło, ale Curie był w dobrym nastroju, więc
następnie poszedł do wydawcy, by wykonać korektę swojego artykułu.
Zamiaru tego jednak nie zrealizował z powodu strajku pracowników, wobec
czego wyruszył w stronę Sorbony. Pogoda cały czas była paskudna, do tego
na mieście panował duży ruch. Piotr wędrował z parasolem w ręku wśród
"hałaśliwych okrzyków woźniców i zgrzytu tramwajów", szedł ulicą
Dauphine w kierunku Sekwany.
"Pojazdy mijały się z trudem na wąziutkiej jezdni - opisywała ?ve Curie
- a liczni o tej godzinie przechodnie nie mieścili się już na
chodnikach. Piotr instynktownie szukał jakiejś wolnej drogi. Szedł bądź
samym brzegiem chodnika, bądź obok, po jezdni - nierównym krokiem
głęboko zamyślonego człowieka"14.
Pogoda, tłok i zamyślenie nie były jedynymi problemami profesora Curie.
Naukowiec, który wciąż miał problemy ze stawami i układem kostnym, lekko
kulał i z trudem utrzymywał równowagę na śliskim bruku. W pewnej chwili
zaczął iść za dorożką, osłaniając się od deszczu parasolem, po czym
nagle wyszedł zza pojazdu, by przejść na drugą stronę ulicy. Wtedy wpadł
wprost pod potężny "ładowny, dwukonny wóz ciężarowy" mijający właśnie
dorożkę. Zderzył się z jednym z koni, przewrócił się, a tylne koło wozu
zmiażdżyło mu głowę. Zginął na miejscu.
Maria dowiedziała się o tragedii wieczorem, po powrocie do domu. Z kamienną twarzą wysłuchała relacji o śmierci męża, po czym beznamiętnie
wydała najważniejsze zarządzenia. Odmówiła zgody na sekcję zwłok i poprosiła, by ciało męża przywieziono do domu. Ir?ne powierzyła opiece
przyjaciółki, po czym bez słowa usiadła w mokrym ogrodzie, gdzie z ukrytą w dłoniach twarzą czekała na zwłoki partnera.
"Od chwili - kontynuowała córka - kiedy trzy słowa: "Piotr nie żyje"
dotarły do jej świadomości, na zawsze okrył ją nieprzenikniony welon
odosobnienia i zamknięcia w sobie. Nie tylko wdową stała się pani Curie
w ów dzień kwietniowy, lecz także nieuleczalnie, żałośnie samotnym
człowiekiem"15.
Dwa dni później Piotr Curie został pochowany u boku swojej matki na
cmentarzu w Sceaux pod Paryżem. Maria, chcąc uniknąć oficjalnych
delegacji i przemówień, przyspieszyła ceremonię, przez co zmarłego
odprowadzili tylko rodzina i przyjaciele. Niestety, pojawili się też
dziennikarze. Ich relacje były pełne współczucia dla najbliższych, a szczególnie dla wdowy.
"Stała chwilę nieruchomo, patrząc przed siebie ciągle tym samym
osłupiałym wzrokiem. Dopiero gdy położono koło grobu wiązankę kwiatów,
chwyciła ją gwałtownie i, oddzielając od niej kwiaty, jeden po drugim
kładła je na trumnie. Robiła to powoli, jakby z namysłem; zdawało się,
że zupełnie zapomniała o obecnych, którzy, do głębi wzruszeni, stali w skupieniu, w ciszy, bez słowa"16.
Czas rozpaczy
Śmierć zabrała Marii nie tylko męża, lecz także najlepszego przyjaciela.
Odszedł człowiek, któremu ufała pod każdym względem i nigdy się na nim
nie zawiodła. Utraciła bezpowrotnie połowę "najlepszego tandemu
naukowego świata" - badacza, z którym rozumiała się bez słów. W kwietniu
1906 roku runęło zarówno życie prywatne Marii, jak i jej kariera
naukowa, bo nikt nie był w stanie zastąpić zmarłego partnera. Wprawdzie
miała dopiero 39 lat, ale czuła, że jej życie już się skończyło.
Stan umysłu uczonej dokumentuje sekretny dziennik, który wówczas
prowadziła i w którym zapisywała wszystko, co chciałaby przekazać
zmarłemu mężowi. Jest on nie tylko dowodem głębokiego uczucia noblistki,
lecz także potwierdzeniem więzi łączącej ją z Piotrem.
"Prawda, że dobrze zrobiłam, Piotrze, nie godząc się na hałaśliwą
ceremonię pogrzebową? Wiem, jak bardzo nienawidziłeś wszelkich
uroczystości. Wolałeś - jestem tego pewna - odejść po cichu, bez
niepotrzebnych peanów, bez przemówień. Zawsze lubiłeś spokój"17.
Życie nie znosi jednak próżni, a Maria miała dwie małe córki, którymi
musiała się zaopiekować. ?ve była wprawdzie zbyt mała, by cokolwiek
zrozumieć, ale dziewięcioletnia Ir?ne bardzo kochała ojca. Matka nie
odważyła się powiedzieć jej o tragedii - dziewczynka usłyszała od niej
tylko tyle, że ojciec uderzył się w głowę i przebywa na długim leczeniu.
Dlatego Ir?ne nie wzięła udziału w pogrzebie i o wszystkim dowiedziała
się z opóźnieniem.
Maria odmówiła przyjęcia renty po Piotrze, twierdząc, że jest
dostatecznie młoda, by utrzymać siebie i córki. Dlatego niebawem wróciła
do pracy, chociaż miała duże problemy z odnalezieniem się w świecie bez
męża.
"W niedzielę rano - notowała kilkanaście dni po pogrzebie - po raz
pierwszy od Twojej śmierci, poszłam (...) do laboratorium. Usiłowałam
zrobić jeden pomiar do krzywej, nad którą wspólnie pracowaliśmy. Ale po
jakimś czasie poczułam, że nie jestem w stanie tego zrobić. W laboratorium panował przeraźliwy smutek, to miejsce wydało mi się
pustynią. Poszłam tam jednak ponownie i wykonałam z pomocą asystentów
(...) najpilniejsze pomiary. Zrobiłam też kilka obliczeń, żeby
rozszyfrować ostatnie notatki w Twoim dzienniku laboratoryjnym, związane
z oznaczaniem promieniowania, i zajęłam się krzywą rozpadu
promieniotwórczego. Są różne momenty. Chwilami wydaje mi się, że niczego
nie czuję, i że jestem w stanie pracować, ale zaraz powracają niepokój i zniechęcenie"18.
Śmierć Piotra przerwała jego badania, a Maria wydawała się naturalną
sukcesorką zmarłego. Do tego samego wniosku doszły władze Sorbony -
zaproponowano jej objęcie katedry Piotra. Nie oznaczało to jednak, że
została profesorem - miała tylko "prowadzić wykłady zlecone".
Uniwersytet Paryski nie dojrzał jeszcze do oglądania kobiety na
stanowisku szefa katedry.
"Proponują mi Twoją spuściznę, mój Piotrze, Twoje wykłady i kierowanie
Twoim laboratorium. Zgodziłam się. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Często mówiłeś mi, że chciałbyś, abym prowadziła wykład na Sorbonie.
Poza tym chciałabym przynajmniej spróbować pracować dalej. Czasem wydaje
mi się, że w ten sposób będzie mi łatwiej żyć, kiedy indziej znów czuję,
że podjęcie się czegoś takiego byłoby z mojej strony
szaleństwem"19.
Maria zawsze powtarzała mężowi, że "nie byłaby w stanie kontynuować
pracy sama". Piotr stanowił dla niej oparcie, pokładała w nim "całą
swoją nadzieję związaną z pracą naukową". On jednak uważał, że nawet w chwili największej tragedii trzeba nadal prowadzić badania, z tym że
"gdyby jej zabrakło, być może nadal by pracował, lecz czułby się jak
ciało bez duszy".
Maria tak naprawdę nie miała wyboru - była przecież jedyną osobą mogącą
kontynuować ich wspólne dzieło. Istotne znaczenie miała też pensja w wysokości 10 tysięcy franków rocznie (około 48 tysięcy euro). Pani Curie
zawsze unikała komercjalizacji nauki, ale miała przecież na wychowaniu
dwie córki. Stałe zarobki były tym ważniejsze, że część nagrody
noblowskiej już wcześniej rozdysponowała wśród rodziny - szczególnie
szczodrze wspomogła Bronisławę i jej męża, którzy budowali sanatorium
przeciwgruźlicze w Zakopanem.
Nieotrzymaniem tytułu profesorskiego wcale się nie przejęła, nigdy
bowiem nie była łasa na zaszczyty czy tytuły. Dla niej liczyły się tylko
fakty, a najważniejsze było to, że mogła kontynuować dzieło swoje i Piotra.
Jej pierwszy wykład na Sorbonie odbył się 5 listopada 1906 roku. Tego
dnia rankiem poszła na cmentarz - długo i cicho "rozmawiała z tym, po
którym tego dnia obejmowała dziedzictwo" na uczelni. Frekwencja przeszła
najśmielsze oczekiwania, a Maria zaczęła wykład dokładnie w tym miejscu,
gdzie kilka miesięcy wcześniej przerwał go Piotr...
Trudne lata
Powrót do pracy okazał się dla niej zbawieniem. W tym samym czasie
postanowiła zmienić miejsce zamieszkania, bo w domu przy bulwarze
Kellermanna wszystko przypominało jej o tragedii, a przecież nie mogła
zasklepiać się w bólu. Dlatego wraz z dziewczynkami i teściem przeniosła
się do Sceaux, skąd wprawdzie pół godziny dłużej dojeżdżała na Sorbonę,
ale mogła tam rozpocząć nowe życie. Piotr cały czas był obecny w jej
myślach, lecz dzięki przeprowadzce zaczęła wspominać go jako pełnego sił
i radości życia partnera, a nie ofiarę tragicznego wypadku.
W listopadzie 1908 roku władze uczelni przyznały jej pełną profesurę -
był to pierwszy taki przypadek w dziejach Sorbony. Niestety, zaraz potem
rodzinę spotkał kolejny cios - na zapalenie płuc zachorował sędziwy
ojciec Piotra, najlepszy opiekun i przyjaciel córek Marii. Starszy pan
nigdy już nie powrócił do zdrowia, a jego śmierć szczególnie boleśnie
odczuła Ir?ne.
Mimo to kariera Marii wciąż się rozwijała. Przyznano jej Legię Honorową,
jednak - podobnie jak mąż - odmówiła jej przyjęcia. Nie zostało to
dobrze odebrane przez opinię publiczną i być może zadecydowało nawet o tym, że nie przyjęto jej w poczet członków Akademii Nauk. Inna sprawa,
że do tamtej pory żadna kobieta nie weszła w skład tej szacownej
instytucji. Dlatego też sprawa wzbudziła poruszenie w całej Francji, a na głosowanie mające zadecydować o wpisaniu Marii na listę kandydatów
stawili się wszyscy członkowie Instytutu Francuskiego, którego częścią
była Akademia. Przypadek stuprocentowej frekwencji nigdy wcześniej nie
miał tu miejsca.
"Widzę pomarszczonych starców - relacjonował złośliwie wysłannik "Le
Figaro" - przechodzących obok z szarymi chustkami do nosa w rękach; ich
barki pokrywa łupież, nogawki spodni okręcają się wokół chudych goleni.
(...) Jest coś śmiesznego, a zarazem żałosnego w mężczyznach, którzy mnie
mijają, niektórzy są wybitnymi postaciami, lecz większość to po prostu
zgrzybiali starcy"20.
Jednak to zgromadzenie gerontów ceniło rzeczywistą wiedzę i osiągnięcia,
dlatego przegłosowano dopuszczenie Marii do kandydowania. Jej rywalami
byli dwaj fizycy: Édouard Branly i Louis Marcel Brillouin.
Tym razem już niemal cała Francja podzieliła się na dwa obozy.
Szczególnie hałaśliwi okazali się przeciwnicy pani Curie - koalicja
konserwatystów, chadeków, antyfeministów i antysemitów. Marii zarzucano,
że jest Żydówką (!), co po sprawie Dreyfusa miało swoje znaczenie
[Alfred Dreyfus, francuski oficer żydowskiego pochodzenia, niesłusznie
obwiniony i skazany za zdradę państwa - red.]. Podkreślano też, że nie
urodziła się we Francji i nie praktykuje religii. Do ataków przyłączyła
się nawet popularna powieściopisarka Marie Régnier, która stwierdziła,
że kobiety są stworzone do miłości, a nie kariery naukowej.
Przeciwnicy pani Curie nie przebierali w środkach. W styczniu 1911 roku
brukowy "Excelsior" na pierwszej stronie opublikował dwa duże wizerunki
uczonej. Jeden z nich wykonano z profilu - umieszczone obok siebie
sprawiały wrażenie, jakby pochodziły z kartoteki policyjnej. Przy okazji
załączono też opinię grafologa na temat pisma noblistki oraz
niepochlebną analizę kształtu jej czaszki. Całość wyglądała jak list
gończy.
Zwolennicy uczonej wywodzili się z kręgów liberalnych oraz naukowych, a ich poparcie wydawało się mieć duże znaczenie. Jednak nawet członkowie
Akademii Nauk nie byli odporni na naciski prasy i gdy pod koniec
stycznia odbyło się głosowanie, Maria przegrała jednym (!) głosem.
Wkrótce zresztą w ogóle zakazano kobietom kandydowania do Akademii i przepis ten utrzymał się wyjątkowo długo. Pierwsza przedstawicielka płci
pięknej pojawiła się w tym gronie dopiero w 1962 roku, a była nią...
doktorantka Marii Curie.
Paul Langevin
Maria dzielnie radziła sobie z przeciwnościami losu, jednak wydawało
się, że po śmierci Piotra na zawsze utraciła radość życia. Sprawiała
wrażenie bardzo wyczerpanej, schudła i właściwie nigdy się nie
uśmiechała. Jej przyjaciele byli przerażeni. Prosili, by "wzięła się w garść, choćby ze względu na dzieci", ale ich prośby nie przynosiły
żadnych efektów.
Jednak nawet największa rozpacz nie może trwać wiecznie i wreszcie
dostrzeżono zmiany w zachowaniu Marii. Zaczęła zakładać stroje w jaśniejszych kolorach (dotychczas nosiła wyłącznie czarne), na jej
twarzy pojawił się uśmiech, a "jej oczy znowu nabrały blasku".
Przyjaciele doszli do wniosku, że pani Curie zakochała się. I mieli
rację.
Jej wybrankiem okazał się najzdolniejszy z uczniów Piotra, Paul
Langevin. Był od niej o pięć lat młodszy i zapowiadał się na znakomitego
naukowca. Albert Einstein stwierdził nawet, że gdyby on sam nie
sformułował szczególnej teorii względności, bez wątpienia zrobiłby to
właśnie Langevin.
Paul jednak od wielu lat miał żonę, chociaż jego małżeństwo trudno było
uznać za szczęśliwe. Jeanne Langevin pochodziła z rodziny, w której
przywiązywano dużą wagę do spraw materialnych, a małżeństwo z obiecującym naukowcem miało być rodzajem nobilitacji. Oczekiwała jednak,
że za sukcesami naukowymi pojawią się efekty finansowe, co okazało się
niemożliwe. Paul był wyjątkowo niezaradny w kwestiach materialnych,
nigdy zresztą nie przywiązywał wagi do pieniędzy. Pod tym względem
przypominał Piotra Curie - zdecydowanie wolał spokojnie prowadzić
badania w swoim laboratorium, niż poszukiwać wysokich zarobków w prywatnych firmach.
Maria znała go od wielu lat, obserwowała jego karierę, a czasami nawet
spędzała wakacje z jego rodziną i przyjaciółmi. Zdawała sobie sprawę, że
małżeństwo Langevina jest wyjątkowo nieudane, a jednocześnie on sam
stawał się jej coraz bliższy. Marii nie przeszkadzała jego niezaradność
życiowa, liczyły się tylko jego umysł i urok osobisty. Paul był poza tym
bardzo przystojny, co zapewne też nie pozostało bez znaczenia.
Langevinowie doczekali się czwórki dzieci, co można uznać za znakomity
wynik jak na nieudany związek - był to jednak kolejny dowód
potwierdzający niezdecydowanie naukowca. Przyjaciołom skarżył się na złe
traktowanie, ale jednocześnie tolerował upokarzanie go przez żonę i jej
rodzinę. Nie zareagował nawet wtedy, gdy krewka połowica rozbiła mu na
głowie butelkę lub pobiła metalowym krzesłem. Tym samym meblem Langevin
był dyscyplinowany również przez teściową i szwagierkę (!), lecz mimo to
nie wyrzucił tego sprzętu z domu. Potrafił tylko grozić samobójstwem, a znajomym opowiadał, że jego rany to skutek upadku z roweru.
"Było mi bardzo przykro, że mój przyjaciel jest tak nieszczęśliwy -
wspominała żona fizyka Jeana Perrina, Henriette - lubiłam go i martwiłam
się o niego. Powiedział mi kiedyś: "Nie wiem, w kim mógłbym znaleźć
oparcie. Mam tylko dzieci, ale one są jeszcze małe""21.
W pobliżu była jednak Maria, dla której Paul był osobowością wybitną i nierozumianą przez rodzinę. Ich zażyłość stawała się coraz bliższa, aż
wreszcie nawiązali romans.
"Czemu ktokolwiek miałby uznać za niemoralne, że Paul Langevin uważał za
swój obowiązek podtrzymywać na duchu i towarzyszyć pani Curie w jej
nieszczęściu? - zastanawiał się syn naukowca, André. - (...) Czy to nie
naturalne, że po kilku latach od śmierci Piotra Curie ta przyjaźń,
wzmocniona obopólnym podziwem, mogła się stopniowo przerodzić w namiętność i zaowocować romansem?"22.
W połowie lipca 1910 roku Paul wynajął w pobliżu Sorbony mieszkanie, w którym spotykał się z Marią. Dbał o zachowanie pozorów, a umowę podpisał
fałszywym nazwiskiem. Na uczelni nikt specjalnie nie zwrócił uwagi na
rosnącą zażyłość pomiędzy Curie a Langevinem, jako że znali się przecież
od lat i pasjonowali się podobnymi zagadnieniami. Zawsze też ze sobą
dużo rozmawiali i nigdy nie brakowało im tematów do dyskusji.
"Spędziłam wczorajszy wieczór i noc - pisała Maria do kochanka - myśląc
o Tobie, o godzinach, które spędziliśmy razem i o których zachowałam
przepyszne wspomnienie. Wciąż widzę Twoje dobre i czułe oczy, Twój
czarujący uśmiech i myślę o chwili, gdy znowu doświadczę słodyczy Twojej
wizyty"23.
Paul pisał do niej z taką samą czułością i tęsknotą.
"(...) Nie mogę się już doczekać, kiedy Cię znowu zobaczę i będę mógł
powiedzieć, jak bardzo mi Ciebie brakowało. Całuję Cię czule, czekając
na jutrzejszy dzień"24.
Langevin ukrywał korespondencję przed żoną i jej matką, przechowując ją
w wynajętym mieszkaniu. Maria coraz bardziej absorbowała jego myśli, a lokal, w którym się spotykali, stał się dla niego ich wspólnym domem.
"(...) Piszę do Ciebie w pośpiechu, żeby Ci powiedzieć, że jeśli nie
przyjdziesz dziś rano, to wrócę do nas po południu około drugiej.
Tęsknota za Tobą jest większa niż obawy przed wszystkimi trudnościami,
które nas czekają. Tak bardzo potrzebuję znów usłyszeć Twój głos i spojrzeć w Twe cudowne oczy. Do soboty, Kochanie, myślę o Tobie
nieustannie. Całuję najczulej"25.
Nie wiadomo, jakie plany miała wobec partnera Maria. Na pewno nie
traktowała związku z Langevinem jako przygody, zawsze bowiem podchodziła
odpowiedzialnie do spraw męsko-damskich. Wprawdzie została kochanką
żonatego mężczyzny, ale zapewne myślała o przyszłości u jego boku. We
Francji istniały przecież rozwody cywilne, a ona była osobą stanu
wolnego.
Niestety, Paul cierpiał na przypadłość wielu mężczyzn, czyli kompletne
niezdecydowanie. Nie znosił swojego małżeństwa i rodziny żony, nie robił
jednak nic, by się przerwać ten stan. Można nawet odnieść wrażenie, że
istniejący układ na swój sposób go zadowalał. Nie musiał wyprowadzać się
z domu, nadal miał kontakt z dziećmi, a do tego jeszcze atrakcyjną
kochankę. Zapomniał jednak, że nic nie trwa wiecznie.
Jego małżonka nie zamierzała się bowiem poddawać. Wprawdzie Paul był w jej oczach nieudacznikiem, ale w tamtych czasach lepiej było być żoną
niedorajdy niż rozwódką. O romansie męża dowiedziała się, gdy w jej ręce
wpadł jeden z listów Marii do Paula. On, jako człowiek niezwykle
roztargniony, zapewne nie wyjął go z kieszeni, a Jeanne miała zwyczaj
przeszukiwać jego ubrania. Chociaż list co do treści był czysto
"naukowy", to napisano go w dość "poufałym" tonie. Poza tym
korespondencja pomiędzy dwojgiem ludzi widujących się codziennie raczej
nie należała do rzeczy normalnych i Jeanne natychmiast zrozumiała, że
mąż ma romans.
Pani Langevin szybko zareagowała i przez kilka dni Maria nie miała
okazji spotkać się ze swoim kochankiem. Zaczęła podejrzewać, że jej list
mógł wpaść w ręce Jeanne, zatem poprosiła o pomoc Perrina. Naukowiec
zgodził się pójść do domu Langevinów i rozpoznać sytuację. A sytuacja
wyglądała tak, że trwała tam burzliwa awantura. Jeanne miotała się w pasji po mieszkaniu i groziła mężowi, że wywoła skandal w prasie. Nie
zwracając uwagi na gościa, zawołała do siebie najstarszego syna i zapytała go, czy też już spotyka się z kochanką. Chłopiec miał wówczas
11 lat...
Perrin nie dał jednak za wygraną i przez kolejne dni odwiedzał
Langevinów, starając się załagodzić sytuację. Wreszcie pojawił się tam z żoną - wydawało się, że osiągnął sukces, gdyż Jeanne obiecała zaprzestać
urządzania awantur. Gdy jednak późnym wieczorem Perrinowie wyszli z domu
Langevinów, okazało się, że nie ma szans na wyciszenie sprawy. Na dworze
spotkali bowiem Marię, która wyjaśniła, że obawia się wrócić do domu w Sceaux, gdyż rodzina Paula grozi jej śmiercią.
"Nigdy nie zapomnę tego widoku - wspominała Henriette Perrin - jak
cierpiała ta wspaniała i światła kobieta, (...) błąkając się niczym
tropione zwierzę"26.
Potem było jeszcze gorzej, gdyż pani Langevin nie zamierzała dotrzymać
obietnicy i odgrażała się, że zamorduje kochankę męża, jeśli ta w ciągu
kilku dni nie opuści Francji. Perrinowie wystraszyli się nie na żarty i zaproponowali Marii, by na jakiś czas przeprowadziła się do nich. Ona
jednak odmówiła.
W tej sytuacji Perrin nadal negocjował z Jeanne i ponownie osiągnięto
kompromis. Paul miał nie widywać się z Marią nawet na gruncie służbowym,
natomiast jego małżonka zobowiązała się do zaprzestania rzucania gróźb
pod adresem Polki. Obiecała także, że niczego nie ujawni prasie. W spotkaniu wziął udział Henri Bourgeois, szwagier Jeanne i redaktor
bulwarówki "Le Petit Journal". Okazało się to bardzo złym pomysłem...
Nobel po raz drugi
Pracoholizm Marii przyniósł efekty - udało jej się uzyskać rad w stanie
krystalicznym, dzięki czemu ostatecznie udowodniła istnienie tego
pierwiastka. Przy okazji udoskonaliła metody otrzymywania nowych
substancji, opracowała też definicję międzynarodowego wzorca radu.
Spłynął na nią prawdziwy deszcz wyróżnień, a rozmaite instytucje i organizacje naukowe wprost prześcigały się w honorowaniu noblistki.
Hurtowo zbierała odznaczenia i doktoraty honoris causa, wybierano ją na
członka-korespondenta towarzystw naukowych. Wprawdzie Akademia Nauk
odrzuciła jej kandydaturę, jednak członkowie akademii w Bolonii,
Petersburgu, Londynie, Pradze i Krakowie zaprosili ją do swojego grona.
Szczególnie to ostatnie zaproszenie musiało sprawić Marii satysfakcję,
nigdy bowiem nie zapomniała, że - ze względu na płeć - Uniwersytet
Jagielloński odmówił jej kiedyś zatrudnienia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki