Noa - Marc Levy

Kup ebooka

41.50 zł
33.20 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Piątek rano, więzienie Akreścina w Mińsku, Białoruś

Daria czekała od trzech godzin w sali sąsiadującej z rozmównicą. Do pomieszczenia o powierzchni dwunastu metrów kwadratowych światło dzienne ledwie docierało przez małe zakratowane okno. Metalowa ławka mogła pomieścić trzy osoby. Właściwie słowo "ławka" to komplement dla jednego kawałka blachy do siedzenia, a drugiego pełniącego funkcję oparcia. Daria była sama, prawo do odwiedzin stanowiło wyjątek, władze niemal nikomu go nie przyznawały. Jednak dziś stało się inaczej - Daria przyszła zobaczyć się z Mikałajem, by potwierdzić jego najbliższym, że uwięziony żyje i jest zdrowy. Takie spotkania odbywały się raz na kwartał i trwały zaledwie pięć minut. Były skutkiem niesłychanego wydarzenia, do którego doszło przed dwoma laty.

A doszło do niego z powodu Mikałaja.

*

Wiosną roku 2020, w tym kraju rządzonym twardą ręką przez człowieka sprawującego władzę od dwudziestu siedmiu lat, młoda matka bez doświadczenia politycznego i niemająca ambicji politycznych wygrała wybory prezydenckie. Kiedy z pierwszych lokali wyborczych spływały informacje, z których wynikało, że większość przeliczonych głosów oddano właśnie na nią, wysłano do jej domu oddział milicji.

Umundurowani ludzie wyłamali drzwi mieszkania i wtargnęli do środka z bronią w ręku. Swiatłana osłoniła dwójkę dzieci własnym ciałem. Towarzyszący milicji wysłannik rządu wyróżniał się w grupie intruzów - ubrany był w czarny garnitur, na głowie miał filcowy kapelusz. Wypukłe szkła okrągłych okularów w cienkich złoconych oprawkach powiększały źrenice jego błękitnych jak czyste niebo oczu. Przeszedł przez salon dwupokojowego mieszkania, które zajmowała Swiatłana z rodziną, i przystanął, uważnie przyglądając się fotografiom ustawionym w biblioteczce z Ikei. Te zdjęcia były ważne dla Swiatłany i Mikałaja, jednak dla urzędasa tylko nudne i banalne. Na jednym widniał ich pięcioletni syn, na drugim córka, na kolejnym cała czwórka podczas wakacji letnich - nawet nie dało się ustalić, gdzie je zrobiono. Zniechęcony odwrócił od nich wzrok i zaczął kartkować niektóre stojące na półce książki. Po chwili odstawił je na miejsce, nie mogąc przypisać wywrotowego charakteru tej romantycznej literaturze. Potem z uśmiechem przyprawiającym o dreszcz poprosił Swiatłanę, by usiadła na kanapie, na wprost miękkiego welurowego fotela, który zajął, nie czekając na zaproszenie. Kobieta spojrzała porozumiewawczo na męża. Mikałaj od razu wziął pod swoje skrzydła dzieci, tuląc je do siebie. Milicjanci nie zwrócili na niego uwagi, a Swiatłana posłusznie usiadła.

- Tak traktujecie nową prezydent kraju? - odważyła się rzucić prowokującym tonem.

Uśmiech mężczyzny zamienił się w grymas. Zerknął na dwójkę dzieci.

- Jakże lud mógłby powierzyć swe losy młodej gospodyni domowej bez żadnego doświadczenia, zwłaszcza dziś, kiedy świat stoi wobec tak trudnych wyzwań, kiedy ogarnięty jest kryzysem, za który odpowiada Zachód, a nasi sąsiedzi chcą doprowadzić nas do zguby, by zagarnąć nasze bogactwa?

- Jakie bogactwa? Ten lud, na który tak chętnie się powołujecie, tyra bez wytchnienia, a ledwie zarabia na jedzenie i ubranie - odparowała Swiatłana.

- Niech mi pani nie przerywa! Mamy mało czasu. Sytuacja może ulec fatalnej zmianie, a moi ludzie nie grzeszą cierpliwością. O czym to ja mówiłem...? Już wiem, o tym, że najwyraźniej przegrała pani wybory.

- Pańska obecność tutaj świadczy o czymś wręcz przeciwnym - wtrącił Mikałaj.

Wysłannik rządu zignorował tę uwagę.

- Jeśli naprawdę kocha pani ojczyznę, z pewnością nie chciałaby pani wziąć na siebie winy za ciężkie naruszenie porządku publicznego - ciągnął cynicznym tonem. - Choć i tak już jest pani winna, co muszę z żalem stwierdzić. Na pani szczęście nasz prezydent to szlachetny człowiek. Nie pozwoliłbym sobie mówić w jego imieniu, przypuszczam jednak, że darzy panią pewnym szacunkiem. Jak na osobę pani pokroju, no i jak na kobietę, przeprowadziła pani dobrą kampanię. Zabawiła się pani, to świetnie - dodał, cmokając. - Ważne, żeby od czasu do czasu się zabawić, bez tego życie byłoby smutne. Ale pora z tym skończyć. W ogromie szlachetności, którą należy docenić, nasz prezydent zobowiązał mnie, abym przekazał pani propozycję tak korzystną, że po prostu nie może jej pani odrzucić. Chyba że jest pani głupia, w co trudno mi uwierzyć. Publicznie uzna pani swoją porażkę i spakuje manatki. Może pani zabrać wszystko, czego potrzebują pani aniołki. I nawet kilka książek, jeśli pani chce. Jeszcze dzisiejszej nocy odwieziemy panią na granicę z Litwą. Już nigdy tu pani nie wróci. Tak się pani domagała wolności... absurd, jakbyśmy jej nie mieli... i w sumie będzie pani najszczęśliwszą kobietą na świecie, bo dostaje szansę na opuszczenie naszego narodu, który nieustannie pani krytykowała.

- Pańska szlachetna oferta równa się zmuszeniu nas do ucieczki, tak?

- Oferta dotyczy tylko pani i dzieci. Mąż tu zostanie, prezydent musi zapewnić sobie pani lojalność poza granicami kraju.

Układ był jasny - Swiatłana z dziećmi uda się na wygnanie, a Mikałaj trafi do więzienia jako gwarancja jej postawy.

- Dopóki będzie pani siedziała cicho, mąż będzie dobrze traktowany. Nie dramatyzujmy, to przejściowa sytuacja. Potrwa rok, góra dwa. Kiedy ten dzień stanie się już tylko starym wspomnieniem, a to zależy wyłącznie od pani rozsądku, Mikałaj będzie mógł do pani dołączyć.

- A jeśli odmówię?

- Moi ludzie zabiorą panią i męża. Dzieci trafią do sierocińca, nie jesteśmy dzikusami. Jeśli jednak w Akreścinie strażnicy nie dostaną szczegółowych zaleceń, nie odpowiadam za wasz los. Decyzja należy do pani.

Wysłannik już się nie uśmiechał. Kiedy nie patrzył Swiatłanie w oczy, skupiał wzrok na czubkach idealnie wypolerowanych butów.

Mikałaj błagał żonę, żeby usłuchała. Dwa lata więzienia w zamian za ocalenie życia rodziny to nie takie straszne. Potem przytulił dzieci, przyrzekając, że wkrótce znowu się zobaczą. Kazał im obiecać, że będą dzielne i zaopiekują się mamą. Zapłakane, dały mu słowo. Córce, która była starsza i niedługo miała skończyć dziesięć lat, szepnął na ucho: "Kochanie, przyjdzie taki dzień, kiedy my będziemy wolni, a oni trafią do więzienia. Przysięgam ci to".

Swiatłanę odwieziono pod eskortą na granicę z Litwą. Tej nocy mężczyźni i kobiety, którzy prowadzili jej kampanię wyborczą, zostali wydaleni z kraju. W tej grupie znaleźli się Raman i Sofia - dwie młode, ważne postacie opozycji. Wszyscy mieli się spotkać w Wilnie. Wszyscy z wyjątkiem Mikałaja.

*

Drzwi rozmównicy w końcu się otworzyły. Strażnik dał Darii znak, że może już wejść. Mikałaj siedział na krześle w kajdankach, które przymocowano do pierścienia przyspawanego do metalowego stołu. Ten stół dzielił go od odwiedzających. Strażnik stał tuż obok nich, pilnując, żeby niczego sobie nie podali, i słuchając każdego słowa.

- Nawet nie tak źle wyglądasz - powiedziała Daria.

- Lepiej niż zwykle i wiesz dlaczego.

Daria wiedziała. Dwa tygodnie przed każdą jej wizytą Mikałajowi zwiększano racje żywnościowe, przestawano też go szykanować, by mogła potwierdzić, że więzień jest w dobrym stanie.

- Tęskni za tobą, co wieczór rozmawia o tobie z dziećmi, obiecuje im, że niedługo do nich przyjedziesz. Czują się dobrze, ale one też bardzo za tobą tęsknią. W Wilnie są szczęśliwe, a wkrótce będą jeszcze szczęśliwsze - ciągnęła Daria.

- To najważniejsze.

Podczas gdy wpatrzony w ekran telefonu strażnik skupił się na przebijaniu kolorowych baloników w grze wideo, Daria dyskretnie pochyliła się nad stołem.

- Zrozumiałeś, co Swiatłana kazała mi powiedzieć?

- Przedłużą mi wyrok - oznajmił drżącym głosem Mikałaj.

- Pod jakim pozorem? - zaniepokoiła się Daria.

- Znasz ten system. W przypadku ludzi, którzy odważyli się przeciwstawić władzy, wyrok przechodzi w kolejny wyrok, zarzuty się mnożą i kumulują. Podżeganie, działalność terrorystyczna albo szpiegowska na rzecz obcego państwa... Nie brakuje im wyobraźni.

Strażnik uniósł głowę, dając Darii do zrozumienia, że widzenie dobiegło końca. Nie dyskutowała. Ale kiedy zbierała się do wyjścia, Mikałaj złamał zasady - wstał i pocałował ją w policzek.

- Uprzedź Ramana, że grozi mu niebezpieczeństwo - szepnął jej na ucho.

- Trzymaj się - powiedziała po cichu.

Strażnik brutalnie ich rozdzielił. Końcem pałki odepchnął Mikałaja, który spuścił oczy i wtulił głowę w ramiona, jakby pogodził się z losem. Przez najbliższe tygodnie będzie dostawał mniej jedzenia, a to, ile razy oberwie pałką, będzie zależało od humoru klawiszy.

Daria szła obskurnym korytarzem. Kraty otwierały się przed nią i zaraz zamykały. Zatrzymała się przed okienkiem przy wyjściu z więzienia, żeby odebrać swoje rzeczy - torebkę, a w niej dokumenty, klucze i telefon, w którym nie było ani wiadomości, ani listy kontaktów.

Przed bramą otuliła szyję szalikiem, bo w Mińsku wiał mroźny wiatr. Zrobiła kilka kroków i odwróciła się, żeby spojrzeć na szary betonowy mur otaczający dwa budynki biurowe zaadaptowane na więzienie - posępną fortecę w centrum miasta. Pomyślała o Mikałaju, który szedł w kajdankach na rękach do swojej celi. Zauważyła, że schudł, jest blady i bliski załamania. Przełknęła łzy i wsiadła do samochodu.

Jadąc do pracy, zadzwoni do Swiatłany i przedstawi jej zupełnie inną wersję, żeby ją uspokoić. Udało jej się przekazać wiadomość, ale modliła się w duchu, by Mikałaj dobrze ją zrozumiał. Wieczorem, po powrocie do domu, Daria wyśle też wiadomość do Ramana z zabezpieczonego telefonu, który ukryła w mieszkaniu.

*

Tego wieczoru, biuro Centrum Obrony Praw Człowieka w Mińsku

Daria słyszała buczenie odkurzacza połykającego kurz w pokoju obok. Wyłączyła monitor - w biurze nikogo już nie było. Nie musiała patrzeć na zegarek, żeby wiedzieć, która godzina - sprzątaczka wskazywała ją precyzyjniej niż zegar na dworcu Mińsk Osobowy. Ta refleksja sprawiła, że Daria pomyślała o matce. Już od ponad miesiąca nie wsiadła do pociągu, żeby ją odwiedzić. Pod nawałem pracy - rano w redakcji gazety "Nasza Niwa", popołudniami w biurze ostatniego wolnego ośrodka informacyjnego, a wieczorami w Centrum Obrony Praw Człowieka, gdzie pomagała, jak mogła - nie miała wolnej chwili. Rząd wykonywał tytaniczną pracę, żeby uniemożliwić działanie organizacji pozarządowych: cofanie z dnia na dzień pożyczek bankowych, kontrole podatkowe, naloty policyjne, konfiskata sprzętu...

Pragnąc ograniczyć straty, zespół zrobił zrzutkę. Od pewnego czasu młody diler był opłacany za stanie na czatach na ulicy. W ten sposób dorabiał sobie, nie mając na sprzedaż niczego poza bystrym spojrzeniem i wprawą w rozpoznawaniu nieoznakowanych samochodów służb milicyjnych. Obie strony dobrze na tym wychodziły. Kiedy zagwizdał dwukrotnie, w biurze zaczynał się doskonale opracowany ruch. Po trzecim gwizdnięciu przesuwano dystrybutor napojów i podnoszono część podłogi, żeby ukryć komputery, raporty ze śledztw, dokumenty wrażliwe, telefony komórkowe w futerałach, z anonimowymi kartami SIM. Kiedy już wszystko znalazło się w schowku pod deskami, dystrybutor wracał na stałe miejsce. Potem każdy biegł na swoje stanowisko pracy, chwytał notatnik i długopis i zachowywał się jakby nigdy nic. Milicja zabierała notesy, nie interesując się długopisami, pod warunkiem że były plastikowe. Gliniarze robili potworny bałagan, żeby ich zastraszyć, pokazać, że wszystko im wolno, ale i dla przyjemności. Rozrzucali papiery po podłodze, kopali fotokopiarkę, starą konikę nie do zdarcia. Współpracownicy Centrum Obrony Praw Człowieka nazwali ją Samizdat - tak jak podziemny obieg dysydenckich pism w ZSRR.

Daria stała przy oknie, drobniutkie płatki wirowały w powietrzu. Jeżeli znów zacznie sypać śnieg, czyli temperatura wzrośnie, zamek jej samochodu nie będzie zamarznięty. To był istny horror jej zimowych poranków i wieczorów. Mężczyźni mogą sikać na zamek. Kobiety ogrzewają go zapalniczką. Wodząc oczyma po parkingu przed budynkiem, wybrała numer telefonu. Była pewna, że mąż odbierze przed czwartym sygnałem.

Daria przeprosi, że znów się spóźni. Czy ich córka odrobiła lekcje? Czy zjadła kolację? Czy w szkole wszystko w porządku? Znała odpowiedzi na te pytania. Michaił był wzorowym ojcem. On też miał dużo pracy, jednak zawsze zdążał na czas. Punktualnie pojawiał się przed szkołą, żeby odebrać córkę, odrobić z nią lekcje, pobawić się, iść na zakupy, wykąpać małą... Jak on to ogarniał? To było dla Darii zagadką. Mimo wszystko zadawała te pytania, żeby dać wyraz miłości. Poświęcając czas innym, zaniedbywała najbliższych. Michaił nie czynił jej z tego powodu wyrzutów i właśnie dlatego miała jeszcze większe poczucie winy.

Kiedy już przebije się przez zatłoczone miasto, mierząc się z zimnem panującym w starej skodzie (bo w drodze powrotnej pozwoli sobie na papierosa albo dwa, jeśli korki będą naprawdę piekielne, i otworzy okno, żeby w kabinie nie pozostała woń tytoniu), kiedy znajdzie miejsce na jednym z parkingów wielkiego osiedla na przedmieściu, gdzie mieszka z rodziną, kiedy wdrapie się na szóste piętro, ponieważ winda ciągle jest zepsuta, Michaił powita ją, mocno tuląc, z tą czułością, która zawsze jest szczera. Postawi na stole nakrycie, a na elektrycznej kuchence będzie się już grzało jedzenie. Daria zdejmie palto, pójdzie do pokoju córki, ucałuje ją i usiądzie w nogach łóżka. Będzie czytała jej bajkę, dopóki oczka dziewczynki się nie zamkną. Jeszcze całus w czoło i kilka czułych słów szepniętych do ucha, a potem drzwi zamkną się cichutko.

Michaił odebrał po czwartym sygnale.

- Wrócę najszybciej, jak się da - powiedziała.

- Nie martw się, dzisiaj mieliśmy dużo lekcji do odrobienia. U ciebie wszystko w porządku?

To "mieliśmy" przeszyło jej serce.

- Będzie w jeszcze lepszym porządku, kiedy wrócę i usiądę przy tobie.

- Jedź ostrożnie, na drogach jest szklanka.

- Obawiam się, że utrzyma się jeszcze przez pół roku - powiedziała, uśmiechając się.

- Ale jedź ostrożnie. Czekamy na ciebie.

Znowu "my" i znowu ukłucie w sercu. Daria zgasiła światło, spakowała dokumenty do torby. Zrobiona z nakrapianej skóry mysiego koloru, była jej ulubioną - dostała ją od Michaiła z okazji szóstej rocznicy ślubu.

W bladym świetle neonów w holu Daria po raz ostatni tego dnia zawiązała szalik. Michaił często jej powtarzał, że ma najseksowniejszą szyję na świecie. Większość mężczyzn porusza widok piersi, linii bioder, kształtnych pośladków, ale nie jego. Właściwie on też powtarzał, że uwielbia jej piersi i pupę, kiedy jednak całował ją długo w szyję, wiedziała, że jej pragnie. Nie miała nic przeciwko temu, wręcz przeciwnie, lubiła się z nim kochać, lubiła sposób, w jaki to robili - seks był dla nich jak odrębny fragment życia, jak czas, który należał tylko do nich; był chwilą, gdy znikały wszystkie plagi życia, korupcja, ludzka podłość, niesprawiedliwość, którą Daria tropiła bez wytchnienia. To było samo dobro, kochała go, nawet jeśli jego spokój czasami doprowadzał ją do szału.

Drzwi otworzyły się po cichu. Silnik mruczał, skrzynia biegów zgrzytnęła. Daria cofnęła, a potem skręciła w ulicę Nowosuszczewską. Otworzyła okno, żeby zapalić. Mróz się wzmógł wraz z pierwszymi cieniami nocy. Miasto zdawało się nigdy nie zasypiać, nie pogrążało się w niezmąconej ciszy nawet w mrocznych ulicach, gdzie włóczące się koty mijały samotnych przechodniów. Wjechała na trasę szybkiego ruchu. W dali sznur samochodów zwalniał, tak działo się na wjeździe na most, odkąd trwały roboty na lewym pasie. Skoda się wlokła, Daria wypuściła kłąb dymu. Tytoń miał smak karmelu. W ten weekend zabierze córeczkę do babci. Dom, w którym Daria dorastała, był skromnym wiejskim domkiem, ale zapewniał wygodę. Michaił nareszcie będzie mógł popracować, one wtedy pójdą we trzy na spacer do lasu, stoczą bitwę na śnieżki, a kiedy nastanie wieczór, będą śpiewać na cały głos przy kominku. Daria odwróciła głowę, żeby wyrzucić niedopałek przez okno. Kierowca jadącego obok samochodu miło się do niej uśmiechnął. Jemu też na pewno spieszyło się do domu, jak wszystkim wracającym po ciężkim dniu pracy.

W końcu samochody ruszyły, więc Daria chciała wrzucić jedynkę, ale jej ręka nie słuchała poleceń. Poczuła jakby ukłucie pod lewą piersią, nic gwałtownego, tylko dziwne pieczenie. A zaraz potem jej oddech nagle stał się płytki. Może to z zimna? Kaszlnęła i poczuła w ustach metaliczny smak. Znów zakasłała - na tablicy rozdzielczej pojawiły się drobne czerwone krople. Darii mąciło się przed oczyma, ogarnęła ją panika. Strach był jak zastrzyk energii, toteż kosztem wielkiego wysiłku dotknęła ręką miejsca, w którym ukłucie było teraz jak ugryzienie. Zobaczyła, że cała jej dłoń jest we krwi. Za nią rozszalały się klaksony - kierowcy czekali, aż ruszy. Spojrzała na leżącą na miejscu pasażera torebkę. Wyjąć telefon, by zadzwonić do Michaiła, wołać o pomoc. Ale nie miała na to siły. Kula, która przebiła drzwi i jej klatkę piersiową, gdy morderca się do niej uśmiechał, rozerwała żyłę główną. Daria się wykrwawiała, przed oczyma miała mgłę, myślała o córce, musiała przecież przeczytać jej bajkę na dobranoc...

Serce Darii stanęło. Biło przez trzydzieści siedem lat.