No pasa nada! Nic się nie dzieje - Beata Kowalik

Reflow text when sidebars are open.
Llorona, Malinche, Guadalupe
Żeby zrozumieć początek tradycji macho, musielibyśmy cofnąć się daleko w meksykańską historię, na przykład do fenomenu hacjend, wielkich majątków ziemskich, w których jeden pan był dawcą wszystkich przywilejów i obowiązków. Lub zanurzyć się w opowieści o bajecznie bogatych rodach Nowego Świata, tych, które wydobywały złoto i srebro z hojnej meksykańskiej ziemi, dając początek radykalnemu podziałowi społeczeństwa na klasę ubogich i wąską grupę uprzywilejowanych.
Prawo do dysponowania bogactwami naturalnymi, wywłaszczania tubylców oraz dysponowania życiem i śmiercią "urodzonych niewolników" nadali sobie z chwilą przybycia na początku XVI wieku hiszpańscy kolonizatorzy. Najpiękniejsze indiańskie kobiety, obok biżuterii, tkanin i jedzenia, były prezentami masowo rozdawanymi dla nowo przybyłych.
Ze słabości rasy panów rodzili się mestizos, metysi, mieszańcy, dzieci niewolnic i białych bogów. Skalani w chwili poczęcia. Dla kobiet bycie konkubiną białego stało się wręcz zaszczytem.
Ale można zanurkować głębiej.
Do kastowego społeczeństwa azteckiego, tego, które musiało stawić czoła konkwistadorom i w ostateczności ulec.
Kobieta u Azteków, za wyjątkiem księżniczek i żon wysokich dygnitarzy, poruszała się w zamkniętym świecie patriarchalnych reguł, z dala od władzy i przywilejów, wypełniając istotne z punktu widzenia społeczeństwa role.
Pani domowego ogniska powinna była być czujna, troskliwa, oszczędna, pracowita - niby niewolnica wszystkich domowników, notował w Historia general de las cosas de Nueva Espa?a Bernardino de Sahagún, przybyły do Nowej Hiszpanii franciszkański zakonnik, bezcenny kronikarz życia Indian przed konkwistą.
Położna grzebała pępowinę nowo narodzonej dziewczynki blisko siedliska, by "została w domu, jak serce zostaje w ciele", szeptała też: "bądź jak popiół", "tutaj musisz pracować i pocić się przy palenisku"[1].
Ojcowie ogromną wagę przywiązywali do dziewictwa córek - po nocy poślubnej mąż udawał się do świątyni złożyć świadectwo o czystości wybranki.
Azteccy szlachcice mogli mieć po kilka żon, jeśli tylko ich zasoby finansowe na to pozwalały, ponadto małżeństwa zawierali nie tyle z pobudek sercowych, ile dyplomatycznych. Społeczność wspierała instytucję rodziny i wielodzietność - miały ułatwić zasiedlanie nowych terenów.
Żony mogły być poślubione na zawsze bądź na próbę. Jeśli urodziły upragnionego potomka (płodność i seksualność kobiet powierzano ukochanej bogini Tlazoltéotl), mogły wnieść o zmianę statusu małżeństwa z tymczasowego na bezterminowy.
"A jako że od dzieciństwa kobiety były uczone, że kluczem do sukcesu jest tolerancja wobec męskiego charakteru i umiejętność dobrego gotowania, czyniły te dwie rzeczy naprawdę doskonale" - potwierdza Susana Osorio-Mrożek[2].
W mitologii Azteków kobiece bóstwa odgrywały ważną rolę, reprezentowały sprawy wymykające się praktycznym objaśnieniom, świat tajemnic i ciemności. Z męskimi bogami tworzyły pełen harmonii, spójny kosmos. Niepodważalnym szacunkiem cieszyła się również pozycja matki - żywicielki, opiekunki, konstruktorki, domowej lekarki, wychowawczyni.
W innych rejonach Mezoameryki było podobnie - główną rolą kobiet była funkcja reprodukcyjna, która sterowała ich aktywnościami bardziej ku domowi, mężczyznom przyznając zadania poszukiwania pożywienia, zarabiania, udziału w wojnach, obronę domostwa[3]. Brak równowagi w relacji nadawał w sposób naturalny większą władzę mężczyźnie jako temu, który jest aktywny, ma kontakty i funkcjonuje w sferze silniejszej, publicznej.
Zarówno w potocznych rozważaniach, jak i dyskursie akademickim pojawia się obraz Meksyku jako kraju trzymających władzę mężczyzn, kraju machos. Pierwszy raz terminu "macho" na łamach naukowego opracowania użył Samuel Ramos w 1934 roku, pisząc o esencji meksykańskości. Słowo "macho" łączy się u niego z osobą agresywną, impulsywną, niebezpieczną, powierzchowną, niestałą, chamską, irytującą[4].
W czasach wzrostu nastrojów nacjonalistycznych maczysta miał twarz osoby honorowej, odważnej, zadziornej i walecznej. Maczyzm ma też, a jakże, seksualne konotacje - z kochankiem heteroseksualnym, a przynajmniej aktywnym, zdobywcą. Ważny to symbol, pisarz Herbert Cerwin w książce These are the Mexicans z połowy XIX wieku konkludował, że można krytykować politykę, korupcję, religię, ustrój i nie urazić Meksykanina. Ale podważając jego męskość, zyska się śmiertelnego wroga.
Myliłby się ten, komu macho kojarzy się z wąsiastym osobnikiem skrywającym swoje oblicze pod rondem sombrero, szmuglerem narkotyków czy drażliwym alkoholikiem. Maczysta może być nauczycielem, sędzią, politykiem, wykładowcą akademickim, artystą. Jest bohaterem filmów, piosenek, żartów kabaretowych i literatury. Mieszka za rogiem.
Kulturę Meksyku próbował opisać Octavio Paz za pomocą magicznego słowa chingar, agresywnego, mocnego, oznaczającego "pieprzyć, wkurzać". I tak macho, ten, który rządzi, to chingon. Drobny cwaniak to zaledwie chingoncito. Chingada - kobieta odrzucona, zbrukana, sponiewierana, upokorzona, pobita, zgwałcona. Najgorsza obelga, jaką można rzucić w twarz Meksykaninowi? Hijo de la chingada albo chinga tu madre. Wymowna wiadomość od meksykańskich narcos: obcięty penis z tekstem Para que ahora te vayas a coger a tu chingada madre (idź pieprzyć swoją pierdoloną matkę).
Dziecko chingady to dziecko zrodzone z gwałtu, porwania, oszustwa. Jeśli porównać to określenie z hiszpańskim wyrażeniem "skurwysyn", hijo de puta, od razu czuje się różnicę. Dla Hiszpana hańbą jest być dzieckiem kobiety, która oddaje się z własnej woli, prostytutki, dla Meksykanina - być owocem gwałtu[5].
Luis Bu?uel mawiał, że Meksykanin, nawet wysoko postawiona osoba, nawet prezydent republiki, może zastrzelić człowieka, który ośmieliłby się spytać wprost o jego matkę. Jest to w Meksyku słowo święte, niewymawialne, arcyznaczące. Matkę szanują wszyscy, najkrwawsi przestępcy i najpotężniejsi bossowie gangów.
Kobiet nie szanuje nikt.
Bohaterka książki Oscara Lewisa, Consuelo, stwierdza: "Nie umiałam być dość słodka, żeby spodobać się tutejszym mężczyznom. Meksykanin, macho, pełen dumy i próżności, uważa kobiety za niższe od siebie i z rozkoszą je upokarza. Tylko on ma rację, tylko jego uczucia się liczą"[6]. Jej brat dodaje: "Jeżeli sam jesteś zerem, to niech ten drugi poczuje się przy tobie kanalią. Tak, tu u nas zawsze musisz się czuć kimś lepszym"[7].
Czy to zdradzony przez ojca, porzucony przez państwo, zakompleksiony od urodzenia, a może upokorzony przez biedę - Meksykanin ufa bezgranicznie tylko własnej matce i tej Boskiej z Guadalupe, będącej symbolem dzisiejszego Meksyku, obrończynią sponiewieranej godności indiańskiej. Niektórzy dopatrują się korzeni tego zjawiska w postawie Malinche, Indianki, która została kochanką i tłumaczką Corteza, obcego. "Zdradziła" swój naród i swoich mężczyzn. Interpretacja dość dyskusyjna, wobec jakiego narodu miałaby być lojalna Malinche? Czy była kimś więcej niż seksualną niewolnicą podarowaną Cortezowi w dowód dobrych intencji przez plemię, z którym się nie identyfikowała? Dla przyszłych pokoleń stała się symbolem, matką metysa - pierwszego Meksykanina. Może, jak domniemują niektórzy badacze, jako kobieta inteligentna wybrała pragmatyzm?
"Meksykańska Ewa, w cieniu jej grzechu żyją do dziś wszystkie jej dzieci" - pisał antropolog Roger Bartra[8].
Czy dlatego Meksykanin jest niepewny swojej seksualnej przewagi, wszędzie dopatruje się zdrady i jak Cortez dominuje, podbija, gwałci? Pokazuje "naturalną" siłę. Uprzedza ruch. Boi się zaś tylko Llorony, która nocą porywa dusze nieostrożnych młodzieńców...
W jednej z wersji legendy o Lloronie była ona kochanką przystojnego bogacza, lecz gdy na świecie miał się pojawić owoc romansu, została wypędzona. W rozpaczy zabiła dziecko i siebie, by przez kolejne wieki w białej sukni i skołtunionych kruczoczarnych włosach błąkać się po bezdrożach, przyzywając po imieniu bądź to kochanka, bądź zamordowane dziecko. W innej wersji - dama w bieli płacze jakoby po zniszczonej wskutek barbarzyńskiego najazdu tożsamości nativos.
Te trzy kobiece symbole zajmują kluczową rolę w mitologii duszy meksykańskiej, pomagają rozplątać zawiłą symbolikę, wielorakie znaki pochodzące ze stopienia tak różnych kultur jak ta niejednorodna prekolumbijska i hiszpańska, katolicka, z rozlicznymi wpływami niepodobnych do siebie zakątków Europy.
Llorona, Malinche i Guadalupe. Szalona, zdrajczyni i święta[9].
To również trzy matki: ta, która wyrzeka się swoich dzieci w imię miłości do mężczyzny; ta, która rodzi dzieci najeźdźcy, ale jest matką z krwi i kości, oraz matka symboliczna, duchowa opiekunka wszystkich meksykańskich dzieci, przy okazji najwyższy ideał kobiety. Ziemskiej kobiecie trudno znaleźć własną ścieżkę.
Oddaję im głos. To książka o pięknych współczesnych mujeres (czyt. "muheres", kobietach), które spotkałam w Meksyku, w wioskach, w bogatych domach, przy pracy, w czasie fiesty, między przyjaciółmi i w osamotnieniu. W stolicy kraju, mieście-molochu, o którym Meksykanin powie po prostu DF (Distrito Federal, dystrykt federalny - albo żartem Distrito Defectuoso, stan wadliwy). W najbiedniejszych rejonach - stanach Oaxaca i Chiapas. W najniebezpieczniejszych - Veracruz czy Guerrero (to tu doszło do wstrząsającego porwania na zamówienie polityczne i zaginięcia czterdziestu trzech studentów - przyszłych nauczycieli). Na rajskim półwyspie Jukatan i oblężonej przez turystów wyspie Holbox. W środkowym Meksyku (Puebla, Tlaxcala, Hidalgo, Guanajuato, Jalisco, Zacatecas). Znalazły się tu także opowieści z owianego złą sławą pogranicza meksykańsko-amerykańskiego, a nawet historia kogoś, kto przekroczył geograficzny, historyczny i polityczny mur.
To nowe baśnie z odległej krainy. Wciąż żyją w niej białe damy straszące na cmentarzach, złe macochy zamykają kopciuszki w domach, czarownice rzucają uroki, a ludzie z łatwością zmieniają się w psy lub indyki. Są i naiwne czerwone kapturki, i bardzo zdeprawowani policjanci, podstępne matki chrzestne oraz szaleni wizjonerzy, którzy za cenę życia wyjaśniają skrywane tajemnice. Czasami jest to komedia omyłek, a czasami ballada tylko dla dorosłych.
W opowieściach o Meksyku wiele słów poświęca się przemocy, maczyzmowi, bezprawiu i rasizmowi. W końcu meksykańska sfera życia publicznego obfituje w szokujące incydenty - niebezpieczni przestępcy wielokrotnie uciekają z więzień podziemnymi tunelami, burmistrzowie miast wysługują się mafią i kradną dziesiątki milionów dolarów, a publiczne egzekucje odbywają się w świetle dnia na kobietach i na dzieciach. Na migrantach z południa i swoich. Uzbrojeni bandyci napadają na busy, hipermarkety, gości weselnych, uczestników rekolekcji w środku lasu... Pytania o bezpieczeństwo obywateli dominują każdą dyskusję polityczną przeprowadzaną czy to w poważnych dziennikach, czy w komentarzach internautów.
Chcę jednak opowiedzieć o kimś mniej widocznym - meksykańskiej kobiecie. Tej, która walczy, która się poddaje, która niepewna szuka wsparcia albo spokojnie przemierza własną drogę, która ma godność, nawet gdy jest pozbawiona imienia. Nie jest to portret Meksykanek generalnie, a jedynie moje osobiste spojrzenie. Moja próba zrozumienia drugiej kobiety, z innego kontynentu, z innej "bajki".
To opowieść o różnych twarzach pięknych mujeres, które spotkałam w Meksyku. I dzięki którym mogłam poznać i zrozumieć ten kraj choć trochę lepiej.
Jestem wdzięczna za wszystkie historie, za czas, jaki mi zaoferowały bohaterki, za odwagę i za wyrozumiałość. A przede wszystkim za zaufanie. Czasami musiałam ukryć tożsamość moich rozmówczyń pod wymyślonymi imionami (o ile nie sprawują funkcji publicznych i same nie ukrywają swoich danych). Meksykanie, z natury otwarci i życzliwi, stali się świadkami wewnętrznych wojen, bezprawia i okrucieństwa, które przetaczają się przez ich kraj. Czasami dotarcie do dziennikarzy, aktywistów czy osób wyłamujących się ze schematów bywa niemożliwe bez rekomendacji zaufanej osoby trzeciej. Przypadkowe wyznanie, upublicznienie telefonu czy nierozsądne wyjście wieczorne mogą stanowić ryzyko, bywa, że śmiertelne.
Dziękuję moim meksykańskim i polskim przyjaciółkom, które mnie inspirowały i pomagały na co dzień: Haydee, Fabioli, Selene, Sol, Francisce, Nelly, Teresie, Judith, Gracieli, Anie, Estelli, Abigeil, Nancy, Suzanie, Genny, Gabi, Stephanie, Dorocie, Elżbiecie, Justynie, Izabeli oraz wspólniczkom w niektórych tłumaczeniach z hiszpańskiego - Joannie Tapii i Kasi Amborskiej. Jak również, a nawet najgoręcej - Wojtkowi, Tymkowi i Nineczce.
[1] Praca La mujer en la sociedad prehispanica en el altiplano central de Mexico, Guadalupe Rivera Marín, cemhal.org/publicaciones1b.html (dostęp: 9 czerwca 2018). Wszelkie tłumaczenia cytatów, o ile nie podano inaczej, pochodzą od autorki.
[2] Susana Osorio-Mrożek, Meksyk od kuchni. Od Azteków do Adelity, tłum. Maria Raczkiewicz, Małgorzata Jędrusiak, Szymon Jędrusiak, Universitas, Kraków 2014, s. 149.
[3] Posługując się terminem "Indianie", warto mieć na uwadze, że ani nie była to kiedyś, ani nie jest dziś homogeniczna grupa. Ogromna rozmaitość wierzeń, języków, symboli, opowieści, przesądów, dziedzictwa, historii i zwyczajów autochtonów w zderzeniu z kulturą hiszpańską stworzyła wyjątkowo barwną mieszankę. Obok społeczności bardzo tradycyjnych istniały kultury uznające aspiracje kobiet do zajmowania się ekonomią i polityką, jak choćby Majowie. U Totonaków dziewczęta miały zgodę na wybieranie męża, mogły też uczestniczyć w wojnach.
[4] Za pracą Zeyda Rodríguez Morales, Machos y machistas. Historia de los estereotipos mexicanos, http://www.scielo.org.mx/scielo.php?script=sci_arttext&pid=S1405-94362014000100012 (dostęp: 6 czerwca 2018).
[5] Rozważania Octavio Paza o słowie "chingar" za książką Octavio Paz, El laberinto de la soledad. Postdata. Vuelta a El laberinto de la soledad, Fondo de Cultura Económica, Ciudad de México 2004, s. 84-96.
[6] Oscar Lewis, Dzieci Sancheza, Autobiografia rodziny meksykańskiej, tłum. Aleksandra Ołędzka-Frybesowa, Wydawnictwo Bona, Kraków 2011, s. 554.
[7] Tamże, s. 443.
[8] Cyt. za książką Rosa María Zú?iga, Malinche: esa ausente siempre presente, Plaza y Valdes, Mexico 2003, s. 50.
[9] Pomysł opisania kultury Meksyku na trzech kobiecych postaciach Llorony, Malinche i Guadalupe zaczerpnęłam z książki Cristina González Hernández, Do?a Marina (La Malinche) y la formación de la identidad mejicana, Ediciones Encuentro, Madrid 2002.
La casa no se reclina sobre la tierra, sino... sobre una mujer.
Dom nie opiera się na ziemi, lecz na kobiecie.
- Przysłowie meksykańskie
Drobniutka, wystające żebra, nieśmiałe oczy za grubymi denkami okularów. Włosy siwawe, niesforne, luźno zebrane w malutki koczek. Żylaste ręce zaciśnięte na plastikowym fartuchu w kwiatki. Ma pięćdziesiąt cztery lata, choć wygląda na dużo więcej. Leo ma prawo starzeć się szybciej. Przeżyła co najmniej dwa życia, a w żadnym z nich nie było nic dobrego. Nie czuje się dobrze w roli bohaterki. Nie lubi być w centrum zainteresowania. Wypełnia jednak swoje zobowiązanie na prośbę bliskiej osoby. Zaczyna cichutko i spokojnie.
Malutki trzyizbowy domek w wiosce na granicy stanów Puebla i Tlaxcala dzieliło dwanaście osób. Podnosili się ze słomianych sienników jeszcze przed świtem. Dzień spędzali w polu, a przy pracy podjadali prosto i skromnie, głównie tortillę i fricoles, pastę z ciemnej fasoli. Mięso jedli góra raz na tydzień - kurę z własnego podwórka albo kawałki wieprzowiny z wiejskiego targu. Czasem kukurydza im w polu zgniła, wtedy nie mieli co jeść. Przy nadwyżce można było pohandlować. Kto zarobił jakiekolwiek pieniądze, oddawał babci. Ona decydowała, co kupić, co ugotować, kto ma pilniejsze od innych potrzeby. Nie starczało pieniędzy na buty dla wszystkich, ale Leo nie narzekała. Wszystkie rodziny dookoła żyły tak samo. Tato, murarz, był człowiekiem pracowitym i surowym. Lubił zakląć, ale fizycznie wyżywał się na przedmiotach, nigdy na rodzinie. Miał zacięcie artystyczne - czasem chwytał za gitarę. Potrafił pisać i czytać. Nauczył się w polu, od kolegów, do szkoły nie chodził nigdy. Dla jego rodziny byłby to zbyteczny luksus.
Leo urodziła się w lepszych czasach - ona i dzieci sąsiadów chodzili do podstawówki. Próbowała ją skończyć, ale przerastały ją wygórowane wymagania, i te ze strony nauczycieli, i te w rodzinie. Ledwo nauczyła się pisać i czytać. W domu nie było prądu, wieczorem wszyscy siedzieli przy jednej lampie. Króciutko. Sen dodawał więcej sił niż monotonny codzienny pokarm. Leo marzyła o lepszym życiu. Miała czternaście lat, kiedy umyśliła sobie pojechać do miasta pracować jako muchacha, służąca.
- Pojedziesz i wrócisz z takim gównem jak twoja ciotka! - przestrzegał ojciec. Jego rodzona siostra pracowała kiedyś w mieście i "zaciążyła". Cała wieś wytykała ją palcami, a najbliższa rodzina przestała z nią rozmawiać.
Ale Leo nie posłuchała. Przez znajomą znajomej znalazła dom, w którym miała zamieszkać i pracować. Muchacha de planta. Tysiące domów bogaczy w każdym większym miasteczku i mieście potrzebują jednej lub więcej kobiet do pracy. Od szóstej rano do nocy, przez sześć-siedem dni w tygodniu, za pensję (w młodości Leo) w wysokości czterystu pesos na tydzień (według dzisiejszego przelicznika około osiemdziesięciu złotych). Leo spała w pokoiku bez okna, o szerokości łóżka i szafki nocnej. Jeść mogła do woli. Przez kilka miesięcy nie odwiedzała rodziny, bo nie znała miasta i nie wiedziała, gdzie szukać autobusu jadącego w kierunku domu.
- Któregoś razu moi państwo wywieźli mnie do jednej ze swoich żwirowni, upili i zostawili z robotnikami, a ci mnie zgwałcili. Było ich trzech. - Leo płacze. - Co mogłam zrobić? Mała dziewczynka, sama, na łasce obcych ludzi? Najgorsze było to, że moja seniora miała sąsiadkę, która czasami prosiła ją o wynajęcie mnie do pomocy. Sąsiadka miała dwóch synów. Kiedy poszłam tam pierwszy raz, zgwałcili mnie. Wytrzymałam piętnaście dni i uciekłam.
Wróciła do rodzinnego domu i nigdy nikomu nie opowiedziała, co ją spotkało. Za bardzo się wstydziła i nie znalazła słów, którymi mogłaby opowiedzieć takie rzeczy. Dziś wie, że jej historia nie jest wyjątkowa. Pomoce domowe nie są grupą zawodową, za którą ujmują się sądy czy policja[10].
Po powrocie Leo zrozumiała jednak, że nie wytrzyma długo w rodzinnym pueblito.
- Nie pasowałam tam. Nie chciałam być kontrolowana, utytłana w błocie, codziennie siadać nad talerzem z fricoles. Kiedy usłyszałam, że znajomy może mnie zabrać do Córdoby w stanie Veracruz, nie wahałam się ani chwili. Miałam szesnaście lat. Tato odwiedził mnie raz. Błagał, żebym wróciła do domu, mówił, że sobie nie poradzę, że się zacznę puszczać, że splamię honor rodziny, ale ja wiedziałam, że żyć we wsi już dłużej nie potrafię.
Następna seniora była dobra. I najważniejsze - codziennie rano przy sprzątaniu chodnika obok domu Leo mogła zamienić słowo z młodziutkim tapicerem.
- Zakochaliśmy się od razu. On półsierota, bo bez matki, z sześcioma braćmi i siostrą, ja po smutnych przeżyciach. Zapytał mojej seniory, czy możemy się spotykać, seniora się zgodziła, wyznaczyła nam miejsce w ogrodzie, na ławce, na widoku i tam prawie codziennie rozmawialiśmy.
Wkrótce Leo zaprosiła Carlosa do swojej wsi, ale potencjalny zięć nie zyskał aprobaty w oczach ojca. Bo dziwny, bo bez grosza przy duszy, bez rodziny ("nie wiesz, jaka kurwa go spłodziła...").
Leo znowu nie posłuchała. Miała dwadzieścia lat, gdy brała ślub. W skromnej sukience, plastikowej koronie na głowie i białych butach na koturnie. Wesele zorganizowali w rodzinnej wsi panny młodej. W noc poślubną dostali skrzypiące stare łóżko w oddzielnym pokoju, ale wiadomo było, że wszystkie kuzynki nasłuchiwały pod drzwiami i chichotały przy każdym skrzypnięciu. Leo nie zmrużyła oka, bo bała się poruszyć. Wstydziła się okrutnie.
Wyjechali do Córdoby. Wynajęli własny domek. Carlos otworzył zakład tapicerski. Młoda żona przestała pracować, bo nie było to dobrze widziane, by zamężna kobieta usługiwała innej rodzinie jako służąca. Po dziewięciu miesiącach urodziła się pierwsza córka. Potem kolejna, później syn. Wtedy w małżeństwie zaczęło się gorzej dziać i życie Leo popsuło się na dobre.
- Mój mąż był dobrym człowiekiem, pracowitym, wesołym. Na początku byliśmy bardzo szczęśliwi. Mieliśmy małą kuchenkę, jak ją odpalaliśmy, cały dom tonął w dymie. Oszczędziliśmy trochę pieniędzy, stać nas było na muchachę. Ale mąż wdał się w podejrzane znajomości, pił, zdradzał mnie... Jedna kochanka, druga, piąta... Rozmawiałam z nim, nie słuchał. I zaczęło się moje sięganie dna. Jedna fiesta, druga, jedno piwo, następne, tequilla, mezcal, było mi wszystko jedno, co piję. Przestałam jeść, ubierać się, wstawać z łóżka. Lekarz przepisał mi pastylki, brałam po kilka dziennie, na spanie, ból żołądka, nerwy, depresję, antykoncepcyjne, bo już wiedziałam, że nie chcę mieć więcej dzieci. Kiedy nie miałam sił wyjść z łóżka, wpadała madrina, matka chrzestna dzieci, i otwierała alkohol. Nocami wychodziłam z domu szukać męża, groziłam mu, że ucieknę, że więcej mnie nie zobaczy, ale wracałam.
W końcu lekarz wziął mnie na rozmowę: "Pijesz, zażywasz leki, nie dbasz o siebie ani o dzieci, któregoś dnia przewrócisz się i nie wstaniesz, mąż znajdzie sobie nową żonę. Kto się zatroszczy o twoje dzieci?".
Leo wypiła ostatnie piwo z rąk matki chrzestnej i zapowiedziała, że więcej pić nie będzie. Skoro mąż niszczy ich małżeństwo, to on musi odejść.
Carlos pił i wsiadał za kierownicę. Pił i przepuszczał pieniądze na rozrywki. Pił i groził, że sobie pójdzie.
Pierwszy raz zniknął w styczniu. Pojechał do Tehuacán, do szwagra.
- Szwagier zadzwonił i powiedział, że jeśli chcę ratować męża, muszę szybko zabrać go z powrotem. Wzięłam dzieci, wsiadłam w autobus, pojechałam, znalazłam męża i powiedziałam mu: gdziekolwiek nie pójdziesz, nie uciekniesz od siebie, wszędzie będzie to samo, gdzie się schowasz przed sobą? Znów obiecał poprawę. Ale pracy już nie miał.
Zamieszkali wszyscy kątem u szwagra.
Był wieczór 3 maja - Święto Znalezienia Krzyża. Leo pojechała do kliniki, kobiece sprawy. Carlos do barecito. Wieczorem nie wrócił do domu. Razem ze szwagrem Leo czekała aż do północy. Nie zjawił się rano. Nie było go też w południe. Szukali, pytali ludzi, nikt nic nie wiedział. Drugiego dnia znaleźli samochód Carlosa. Z kluczykami w środku, otwarty. Trzeciego dnia w okolicy łąki ktoś zauważył dużo much. Teren podmokły, pijak może się utopić... Strażacy chcieli pieniędzy za przeszukanie bagniska, lecz Leo nie miała czym zapłacić. Odpuściła. Spakowała stare meble, ubrania, dzieci i dumę. Wróciła do pueblito.
Najmłodszy syn, Sebastian, miał wtedy siedem lat.
Rodzina nie powitała jej z entuzjazmem. "Twoje dzieci są wymuskane, a my tu żadnych rarytasów nie mamy..." Najstarsza córka chciała się uczyć, we wsi nie było gimnazjum, więc pojechała do internatu. Leo szybko znalazła pracę u starego przyjaciela, który miał warsztat tkacki.
- Zostałam z dwójką dzieci kątem u rodziców, w pokoju cztery metry na cztery. Co zaoszczędziłam, przepadło. Przyszła dewaluacja, w jedną noc wszystkie oszczędności w całym Meksyku straciły jakąkolwiek wartość. To, co zarobiłam i co dostałam ze sprzedaży samochodu Carlosa, wystarczyło na osiem świnek. Podtuczyłam je i sprzedałam. Tato dał mi kawałek ziemi w rogu swojej działki. Sprzedałam wszystkie sprzęty ze starych, dobrych czasów - meble, żelazko, odkurzacz, ciuchy, zapłaciłam robotnikom i wybudowałam swój dom. Starczyło na dwa pokoje. Luksus.
Wkrótce córka potrzebowała więcej pieniędzy na naukę, dom nie miał dachu, kolejne trzęsienie ziemi zniszczyło część ścian. Cóż było robić, Leo znowu pojechała do Puebli i najęła się jako muchacha. W domu, w którym dziś rozmawiamy.
- Co zarobiłam, wysyłałam na wieś, żeby urządzać nasz dom i żeby pomóc dzieciom. Któregoś dnia rano, o szóstej to było, ojciec do mnie dzwoni i mówi: "Córko, potrzebujemy pilnie, żebyś zwolniła swój pokój, bo twój brat się żeni. Musisz iść na swoje".
Syn i córka Leo zamieszkali w prowizorycznym domku w ogrodzie dziadka, w otwór na drzwi wstawili kawałek blachy, w okna pudła, folią przykryli dach i tęsknili. Co drugi tydzień w soboty po południu Leo jeździła do najstarszej córki do internatu, nocowała tam, a w niedziele ruszała do dzieci na wieś. Kiedy średnia córka pojechała do internatu, w domku krytym folią został tylko Sebastian.
W każde święta Bożego Narodzenia dzieci czekały na tatę. Nie na prezenty. Najbardziej Sebastian. Leo chciała po prostu wiedzieć - żywy czy martwy.
Sebastian miał osiemnaście lat, kiedy od dostawcy mleka dowiedział się, że ktoś widział jego ojca w mieście Oaxaca. Postanowił to sprawdzić. Nie miał pieniędzy, zabrał się z rozwozicielami mleka i przepadł na trzy dni. Znalazł Carlosa, zagadał "szefie!", ale na początku ojciec go nie poznał. Dopiero po chwili zrozumiał, zaprosił Sebastiana do domu - nowego domu, w którym czekały na niego żona i dwie córki. Syn nie chciał iść. Ojciec spisał sobie nowe numery telefonów starej rodziny, dał parę groszy na bilet powrotny i pożegnał się z Sebastianem. Niedługo potem zadzwonił do Leo. Zarzucił jej, że źle wychowała Sebastiana, że chłopak nie ma zawodu ani planu na życie.
- Przychodzi do ciebie syn, chce cię poznać, zapytać, dlaczego zniknąłeś, a ty tak go traktujesz? - zapytała męża. - Nie powinieneś zaproponować, żeby z tobą został, nauczył się zawodu, poznał cię?
Z czasem Carlos opowiedział swoją historię sprzed dekady - kochanka zaszła w ciążę, jej rodzice zmusili go do fikcyjnego małżeństwa, wiedzieli, że ma już rodzinę. Małżeństwo dla sąsiadów. Na pokaz. Nigdy nie zadzwonił do nikogo z rodziny powiedzieć, że żyje, że się ukrywa, że nic mu nie jest. Uznał, że bez niego będzie im lepiej.
Kiedy Leo miała operację na oczy, Carlos czuwał przy szpitalnym łóżku. Dał pieniądze. W każdą wolną niedzielę Carlos przyjeżdża, by pójść z Leo do kościoła. Co piętnaście dni. Jak w zegarku. Od czasu do czasu Carlos próbuje nawiązać kontakt ze starszymi córkami, ale one nie chcą go widzieć. Mają swoje rodziny, swoje życie. Sebastian marzy o wyjeździe do Stanów, Carlos się nie zgadza. Sebastian nie szanuje ojca, mówi, że nie ma prawa się wtrącać.
Carlos wydzwania do Leo i chce przebaczenia. Przed świętym obrazkiem przysięga, że kiedy jego najmłodsze córki podrosną, rzuci "żonę" i będą na zawsze razem.
Leo pracuje jako muchacha i zamierza to robić, póki jej starczy zdrowia. Na razie sił ma sporo, opiekuje się seniorą, która właśnie złamała rękę. Pani jest dla niej dobra, dała jej na wychowanie własne dzieci, podzieliła się kawałkiem domu. Leo nie chce wchodzić do tej samej rzeki. Czego się nie nauczyła przez te wszystkie lata, teraz nagle stało się dla niej jasne. Carlos nic dla niej nie znaczy! Wybaczyła mu po chrześcijańsku. To wystarczy. Jest zdrowa. Ma pracę. Ma dzieci. Zarabia na chleb. Nie żyje marzeniami. Tylko to się liczy.
Siedzimy w kuchni, królestwie Leo. W Meksyku nie buduje się salonów z otwartą kuchnią. Kuchnia i pralnie to przestrzeń osób pomagających w domu. Pani pozwoliła jej po pracy zaprosić gościa. Jest wieczór. Blaty wyszorowane, podłoga lśni czystością, w powietrzu unosi się zapach chloru i gotowanej cukinii. Leo pracuje tu już dwadzieścia cztery lata i jest to chyba jedyny, najprawdziwszy dom, jaki miała.
[10] W 2016 roku połączone wspólnymi żądaniami stabilnego, legalnego zatrudnienia i przywilejów z niego wynikających pracownice domowe, tzw. muchache, wyszły na ulice miasta Meksyk. Ogłosiły, że średnie wynagrodzenie za dzień ich pracy wynosi około stu czterdziestu pesos (trzydziestu pięciu złotych), że tylko cztery procent z nich ma zagwarantowane przywileje pracownicze, dostaje kontrakt, a w nim jasny opis stanowiska pracy. Ponad sześćdziesiąt procent nigdy nie miało wakacji, a połowa nie otrzymuje tzw. aginaldo, czyli trzynastej pensji. "Domagamy się skończenia z niewolnictwem, poniżaniem i wykorzystywaniem nas, także seksualnym - wołały protestujące kobiety". Parę miesięcy później media obiegła historia Inez, która kilka lat była więziona na strzeżonym osiedlu w stolicy Meksyku, pozbawiana jedzenia, środków czystości, czystych ubrań, spała na podłodze i pracowała całą dobę, bez żadnego wynagrodzenia. Rodzina, która wykorzystywała ją przez wiele lat, to szanowane, zamożne małżeństwo z małymi dziećmi.