No, nie wiem... - Jiří Menzel
Kup ebooka
27.00 zł
20.51 zł
(20,21 zł najniższa cena z 30 dni)
«
»
1. No, nie wiem... Ten zwrot to specyficznie czeski modus dubitandi. Dubito, ergo sum - wątpię we wszystkie prawdy i wartości - więc jestem i żyję.
No, nie wiem...
Tak brzmiały pierwsze słowa, które wyjąkałem, gdy przed laty czasopismo "Story" zaproponowało mi stałą współpracę. Kiedyś jako dziecko naprawdę chciałem być dziennikarzem i służyć społeczeństwu tak, jak to robił mój tata - dziennikarz. Tylko nie podobało mi się w tym fachu, że trzeba regularnie zasiadać nad czystą kartką papieru i pisać coś z obowiązku. Przypominało mi to bowiem szkolne zadania domowe, których do dziś nienawidzę. Ostatecznie jednak mnie przekonali, lecz i tak zawsze piszę tych kilka linijek na ostatnią chwilę - identycznie jak w czasach młodości odrabiałem zadania domowe.
No, nie wiem. Z tych słów ostatecznie zrobił się tytuł i refren moich tekścików. Wydawało mi się, że dokładnie oddaje moje odczucia podczas pisania: piszę o czymś, a jednocześnie w to p o w ą t p i e w a m. I boję się wypowiadać w sposób kategoryczny. Dlatego:
No, nie wiem...
Dopiero niedawno przypomniałem sobie, gdzie zetknąłem się bliżej z tym zwrotem, którego przecież tak chętnie używam też w niepisanych wypowiedziach. To książka Pavla Eisnera2 Chrám i tvrz (Świątynia i twierdza) - o urokach naszego języka ojczystego. Zacząłem ją znów kartkować, aby znaleźć to, co mnie tam wtedy tak zachwyciło:
"No, nie wiem. Ten zwrot to specyficznie czeski modus dubitandi. Dubito, ergo sum - wątpię we wszystkie prawdy i wartości - więc jestem i żyję" - napisał pan Eisner. A dalej jeszcze, że:
"...to życiowa mądrość narodu doświadczanego, ergo doświadczonego. Życiowy optymizm utemperowany przez sceptycyzm".
Jak perfekcyjnie ten mądry pan Eisner trafił w dziesiątkę. Jako Czechowi czystej krwi przez całe życie krąży mi to w głowie: o p t y m i z m, zapewne przypadkiem szczęśliwie wrodzony (bo nie wiem, skąd mógłby się u mnie wziąć), oraz s c e p t y c y z m, nabyty dzięki mojemu życiowemu doświadczeniu.
Żyję w Czechach i obydwa te odczucia są tutaj obecne. O p t y m i z m - wiara w to, że następne lata będą szczęśliwe, i s c e p t y c y z m - który pozbawia ów optymizm ślepoty i uczy ostrożności.
No, nie wiem...
2. Nie należy nigdy zapominać, że można spotkać jeszcze większego idiotę, niż się jest samemu.
Nasze kręte drogi życiowe co chwilę napotykają niekwestionowane prawdy, które są tak oczywiste i przeźroczyste, że w ogóle ich nie dostrzegamy, choć są równie niepodważalne jak prawo grawitacji czy twierdzenie Pitagorasa. Jesteśmy ślepi na te prawdy, one jednak istnieją. Jedną z nich odkrył przede mną pan Musil - mój instruktor jazdy samochodem.
Był to (mam nadzieję, że wciąż jest) człowiek niezwykle bystry, który nauczył jeździć samochodem pana Hrabala i panią Hrabalovą, i również ze mnie próbował zrobić przyzwoitego kierowcę. Było to dawno temu, kręciłem wtedy pierwszy film, a pan Musil ze mną jeździł, odwoził mnie po całym dniu zdjęciowym, tłumaczył mi samochodowe sekrety i czasem pozwolił poprowadzić auto. Miał wyobraźnię i nie szczędził mi pożytecznych rad. Na przykład, siedząc za kierownicą, do dziś pamiętam, że z drążkiem zmiany biegów należy obchodzić się równie ostrożnie jak z dziewczęcym kolanem. Był także moim aniołem stróżem podczas pierwszej ćwiczebnej jazdy, która o mało nie skończyła się tragicznie. Potrafił wtedy osłupiałemu egzaminatorowi błyskawicznie wytłumaczyć moje oryginalne zachowanie w trudnej sytuacji na drodze. Powiedział mu, że posiadam niezwykły talent taneczny, więc jako artysta mam prawo unikać zderzeń w inny sposób niż pozostali śmiertelnicy. Do dziś się zastanawiam, co wtedy miał na myśli, ale prawo jazdy mi wydano i mam je do tej pory.
Wrócę jednak do niepodważalnej Prawdy, którą podczas naszych lekcji odkrył przede mną pan Musil. Brzmiała krótko:
"P a n i e M e n z e l, n i e z a p o m n i j p a n, ż e n a s z o s i e m o ż e s z p a n s p o t k a ć j e s z c z e w i ę k s z e g o i d i o t ę, n i ż j e s t e ś p a n s a m!".
To wielka i jakże pożyteczna mądrość życiowa, o której często myślę, gdy siadam za kółkiem. A po wielu latach zorientowałem się, że owa prawda ma jeszcze głębszy sens, ponieważ owym większym idiotą mogę być ja sam. I to wcale nie tylko na drodze.
No, nie wiem...
Analizujcie to, jak chcecie. Ja tylko wiem, że pan Musil udzielił mi dożywotniej lekcji tolerancji.
3. Filmy, które starają się być zbyt poważne, podejrzewam o nieszczerość. (Ludzi zresztą też).
Są filmy, które nie zamęczają nas niczym nowym, wypełniają je same banały i można o nich natychmiast zapomnieć. Są tak nudne, jak nudni bywają niektórzy ludzie. Równie nudne są filmy, które za wszelką cenę chcą nas rozbawić głupawym humorem. Oglądając je, człowiek jest zażenowany, jak wtedy, gdy ma do czynienia z natrętnym błaznem. Są filmy szokujące, bulwersujące - jak ludzie, którzy z jakiegoś powodu chcą się nad nami wywyższać albo czymś pochwalić. Są także filmy, które mają ambicję, by powiedzieć nam coś istotnego, wzbogacić nasze myślenie, wbić do głowy jakąś ważną opinię. Takie filmy przypominają mi ludzi, których chyba nawet szanujemy, ale w istocie nas irytują i staramy się ich unikać. Zwłaszcza gdy brak im poczucia humoru. Filmy, które starają się być zbyt poważne, podejrzewam o nieszczerość. Podobnie jak ludzi, którzy sądzą, że dostojeństwo jest całkiem nie do pogodzenia z uśmiechem czy (nie daj Boże!) ze śmiechem.
O dziwo, niewiele jest filmów, które pozornie niczego nie chcą. Po prostu są, a jeśli już mają jakąś ambicję, to tylko taką, że próbują nas ucieszyć, nie kłamiąc przy tym i niczego nie udając. Tak jak robią to nasi bliscy przyjaciele. Paradoksalnie takie filmy dają mi najwięcej, bo - nie wprost, tylko jakoś na zasadzie odbicia - choć wcale się tego nie spodziewałem, to dzięki nim dowiaduję się dużo o sobie i o świecie.
Znana jest różnica między zachodnim a wschodnim sposobem myślenia. Zachód, pragnąc zdobyć wiedzę, precyzyjnie coś analizuje, a gdy chce poznać kwiat, to brutalnie rozkroi go na kawałki, żeby można go było opisać. Wschodni filozof nie potrzebuje opisu, wystarczy mu, że ten kwiat powącha. Amarcord Felliniego to dla mnie właśnie taki wspaniały, wonny kwiat.
No, nie wiem...
"Io voglio una donna!!!" Proszę sobie przypomnieć, co psychiatra ze szpitala powiedział o wujku, kiedy zdejmowali go z drzewa: "C z a s e m j e s t n o r m a l n y, a c z a s e m n i e. J a k m y w s z y s c y". To zdanie jest dla mnie o wiele istotniejsze i mądrzejsze niż cała godardowszczyzna, wiwisekcje bergmanowskie i wszystkie hokus-pokus ich epigonów. Bo jak uczył pan Werich3, najwięcej mądrości możemy oczekiwać od klaunów.