No i znowu mamy święta - Tracy Andreen

Reflow text when sidebars are open.
9 GRUDNIA
Być może stało się tak dlatego, że jak na początek grudnia wieczór był wyjątkowo ciepły. Być może to właśnie było powodem, dla którego ta pszczoła opuściła ul i wybrała się na wycieczkę. Mając dość uwięzienia z innymi pszczołami, wyrwała się, aby rozprostować skrzydła i zobaczyć inną część świata. A być może potrzebowała po prostu na jakiś czas się oddalić, bo pozostałe pszczoły ją irytowały i zapragnęła odrobiny przestrzeni.
Bez względu na powód decyzja okazała się naprawdę kiepska.
Dojrzałam ją kątem oka, gdy wczesnym wieczorem wracałam z kampusowego marketu - gorączkowe ruchy ledwie widoczne w stojącej wodzie dekoracyjnego stawu umiejscowionego między internatem dla dziewcząt, Charity House, i tym, w którym mieszkali chłopcy, czyli Waller Hall.
Zatrzymałam się i dopiero po chwili zorientowałam się, co widzę: pszczoła leżała w wodzie na plecach. I szamotała się.
Po kilkusekundowym wahaniu nie byłam w stanie dłużej wytrzymać - biedactwo - i zeszłam ze ścieżki.
Pszczoła znajdowała się dobry metr od brzegu stawu i choć było dość ciepło, to jednak nadal był to dziewiąty grudnia w Connecticut.
Tak się złożyło, że był to dzień moich szesnastych urodzin. I wczesny sobotni wieczór. Co oznaczało, że powinnam się właśnie szykować na fantastyczną imprezę.
Zamiast tego zastanawiałam się, jak uratować pszczołę.
Zdjęłam czarne conversy i czerwono-zielone świąteczne skarpetki, podwinęłam dżinsy, podniosłam z ziemi jakiś liść i weszłam do wody.
Chryste Panie! Zimno! I szlamowato. Rany, na czym ja właśnie stanęłam? To mech? Miałam szczerą nadzieję, że tak.
Oczywiście w takiej właśnie sytuacji zastał mnie Arthur Chakrabarti Watercress, który, nawet jeśli nie był ostatnią osobą, którą miałam ochotę teraz widzieć, zdecydowanie plasował się w pierwszej piątce.
- Finley? Co ty, u licha, wyrabiasz? - zapytał władczo, bo Arthur zawsze pytał w taki sposób. Żywiłam przekonanie, że jego drugie imię to Wyniosłość.
Obejrzałam się i zobaczyłam, że ze ściągniętymi brwiami przygląda mi się z biegnącego nad stawem łukowatego mostku, łączącego główny kampus Akademii Barrington - naszej koedukacyjnej szkoły z internatem - i internaty. Proste atramentowoczarne włosy zasłonięte miał zwykłą czapką z niebieskiej dzianiny, a zieleń jego puchowej kurtki wyraźnie się odznaczała w świetle emitowanym przez ustawione na mostku stylizowane na stare latarnie.
- Ratuję pszczołę - odparłam, jakby to był rozsądny tryb postępowania.
Wskazałam na maleńkie stworzenie, które teraz dzieliło ode mnie dobre pół metra.
Problem w tym, że nie bardzo wiedziałam, jak zrobić jeszcze jeden krok, nie tracąc przy tym równowagi na śliskich kamieniach i nie wpadając do wody.
No więc stałam tak, w wysokiej na trzydzieści centymetrów wodzie na tyle zimnej, że zaczynałam mieć dreszcze, kombinując, w jaki sposób dostać się do pszczoły i przenieść ją na suchy ląd, samej się przy tym nie mocząc. Nie tak miał wyglądać mój krótki wypad z internatu do marketu po imprezowy zapas słodyczy.
Czekałam, aż zacznie ze mnie drwić. Co byłoby zrozumiałe. Taka sytuacja aż się prosiła o drwiny.
Zamiast tego Arthur zapytał:
- To dlaczego jej nie ratujesz?
Jego brytyjski akcent był szorstki i precyzyjny, jakby należał do pięćdziesięcioletniego członka Parlamentu. Co było jednym z wielu powodów, dla których inni uczniowie dawali mu popalić.
- Dlatego że nie mogę się ruszyć.
- Co? - Przyłożył dłoń do ucha.
Racja, dzieliło nas około pięciu metrów, a ja mruknęłam to sobie pod nosem.
- Nie mogę się ruszyć! - powtórzyłam, tym razem głośniej.
Wydawał się skonfundowany.
- Po prostu się cofnij.
- Nie mogę.
Ustawione wzdłuż ścieżki i na moście latarnie rzucały cień w taki sposób, że słabo widziałam jego twarz. Co nie znaczy, by to było konieczne. Jasne było, że przenosi wzrok z brzegu stawu, oddalonego ode mnie o jakieś pół metra, na mnie. Trudno to uznać za odległość nie do pokonania.
Pokręcił głową i zaczął iść przez mostek. Zakładałam, że wrócił po prostu na swoją wcześniejszą trasę. I ulżyło mi, bo czułam się jak kretynka, a do czegoś takiego nie potrzebowałam widowni.
Zerknęłam ponownie na pszczołę; teraz znajdowała się nieco bliżej mnie niż chwilę temu, nadal jednak pozostawała poza moim zasięgiem. Co ja, u licha, wyprawiam? - zastanawiałam się.
- Proszę.
Odwróciłam głowę. Na brzegu stawu Arthur wyciągał w moją stronę długą gałąź.
- Użyj tego - dodał.
Wpatrywałam się w niego, zaskoczona i niepewna. W ciągu sześciu miesięcy, jakie upłynęły, odkąd zjawiłam się w Barrington, nie mieliśmy wiele interakcji, jeśli nie liczyć zajęć lekcyjnych i jednej podchmielonej rozmowy na imprezie halloweenowej u Bronwyn Campbell. Nigdy jednak nie postrzegałam go jako osoby, która skłonna by się była pochylić nad dobrem pszczoły. Coś takiego wydawało się niegodne Arthura Chakrabarti Watercressa, którego brytyjsko-hinduska matka była światowej sławy naukowczynią (nie pytajcie w jakiej dziedzinie), a rodowód ojca, biznesmena z Londynu, sięgał czasów Wojny Róż.
Ściągnął z irytacją brwi i zamachał gałęzią.
- Chcesz ją uratować czy nie? Bo okoliczności są takie, że długo nie wytrzyma.
Okej. To już brzmiało jak Arthur, którego znałam.
Wzięłam od niego gałąź i odwróciłam się ponownie w stronę pszczoły, której ruchy były coraz wolniejsze. Pozostawała jednak kwestia śliskich kamieni pod moimi bosymi i coraz bardziej skostniałymi stopami.
- Podaj mi rękę.
Wyciągnął w moją stronę odzianą w rękawiczkę dłoń. Ujęłam ją i rzeczywiście zapewniło mi to równowagę, nawet jeśli on musiał się nachylić, bo choć siedemnastoletni Arthur nie należał do osób niskich, to nigdy nie zostanie najwyższym zawodnikiem drużyny koszykarskiej.
Skupiłam się na pszczole w stawie. Wyciągnęłam gałąź, aż znalazła się pod walczącym o przetrwanie owadem.
- Mam ją - powiedziałam.
A potem wyprostowałam się, w jednej ręce trzymając gałąź z podrygującą pszczołą. Druga pozostawała w uścisku Arthura.
- Widzę. A może cofnęłabyś się? Na suchy ląd, bo chyba wyraziłem się nieprecyzyjnie.
Ledwie udało mi się powstrzymać przed równie ciętą ripostą, ale jako że stanowił moje główne źródło stabilności, ugryzłam się w język.
Zacisnęłam mocniej dłoń na jego ręce, następnie wyciągnęłam w jego stronę gałąź z uratowaną pszczołą. A potem zrobiłam krok w tył.
Nie okazało się to... eleganckie. Wylądowałam na tyłku, a czerwona czapka zsunęła mi się z głowy, niemniej nie uszkodziłam Arthura ani pszczoły i nie wpadłam do stawu, więc w sumie nie było tak źle.
Arthur ledwie na mnie spojrzał. Skupił się na pszczole. No a jakże.
Chłodna, wilgotna ziemia wtarła mi się w ulubione dżinsy i wiedziałam, że jeszcze dziś będę musiała wybulić parę dolców na pranie.
Nie tak wyobrażałam sobie szesnaste urodziny.
A potem zrobiło się jeszcze gorzej.
Usłyszałam śmiech i od razu uznałam, że to ja jestem jego obiektem.
Nie byłam.
Śmiech dochodził od strony czworga uczniów, którzy szli ścieżką w kierunku kamiennego mostku. Ja i Arthur ukryci byliśmy w cieniu; to dobrze, bo główną chichotką okazała się moja współlokatorka, Thea Selsky, która zaledwie pół godziny temu oświadczyła, że nie może spędzić ze mną urodzin, bo będzie się uczyć ze swoim chłopakiem, Beaux. Uznałam, że "uczenie się" to eufemizm, sądziłam jednak, że będą to robić w jego pokoju w internacie. Najwyraźniej to także nie było prawdą. Ale dokąd oni...
- Pewnie idą na imprezę Bronwyn - powiedział Arthur, jakby czytał mi w myślach.
Przeniosłam spojrzenie z Thei i Beaux na Arthura, który w międzyczasie zdążył przenieść pszczołę z gałęzi na solidny liść.
Kiwnął głową w stronę oddalającego się kwartetu.
- Jaką imprezę? - zapytałam, nim zdążyłam się powstrzymać.
- Dla Josie Sutton. Ma dzisiaj urodziny. Nie dostałaś zaproszenia?
Nie dostałam. I wiedziałam, że nie doszło do tego przez pomyłkę. O Bronwyn, mojej koleżance z klasy, można powiedzieć wiele, ale w szczególności to, że jest precyzyjna. Niczym laser. I z jakiegoś powodu mnie nie lubi. Szczególnie ostatnio. Dwa pierwsze miesiące naszych nieczęstych interakcji były irytujące, lecz przez sześć ostatnich tygodni jej zjadliwość skupiała się na mnie do tego stopnia, że łamałam sobie głowę, próbując zrozumieć, czym jej się naraziłam. Wychodziło na to, że niczym. Jasne, nie należałam do popularnych dziewczyn, ale wcześniej nie uważałam też siebie za osobę, której się można czepiać. Generalnie byłam raczej... przeciętna. Co tym bardziej nie usprawiedliwiało jej niechęci do mnie.
- Wszyscy tam idą? - zapytałam. Nawet ja słyszałam obecne w moim głosie napięcie.
- Ja nie.
- Ale zostałeś zaproszony.
Znudzony wzruszył ramionami.
- Jak wszyscy.
Nie wszyscy.
Podniosłam z ziemi czapkę, wstałam, po czym otrzepałam ją o udo i włożyłam na głowę. Długie jasne włosy wcisnęłam pod nią z większą siłą, niż to było konieczne. Miałam wrażenie, że mózg mi wrze.
Z kieszeni kurtki wyjęłam telefon i otworzyłam Instagram. Wystarczyło kilka sekund, aby natrafić na pierwszą relację prezentującą początek ekstraimprezy na dachu La Belle's, pobliskiej restauracji należącej do rodziny Bronwyn, dzięki czemu niepełnoletni łatwiej mogli tam zostać obsłużeni.
Dwukrotnie odświeżyłam aplikację i w obu przypadkach pojawiły się nowe posty wstawione przez różne osoby. Uśmiechnięte, pozujące do selfie twarze. Wszyscy świętują szesnaste urodziny. Tyle że nie moje.
- Jedziesz na święta do Oklahomy? - zapytał Arthur.
Wyrwał mnie tym pytaniem z wiru smutku, który zaczynał się tworzyć w mojej klatce piersiowej. Gdyby je zadał choćby dwadzieścia sekund wcześniej, moją odpowiedzią byłoby "nie", dlatego że tak już wszystkim zdążyłam powiedzieć. Rodzicom, babci i najlepszej przyjaciółce, Mii. Od chwili, kiedy mnie tu przyjęto, oczami wyobraźni widziałam, jak przechadzam się w samotności po zaśnieżonym kampusie, czytam książkę, czuję się niezależna. Jakby Barrington było moim prywatnym ustroniem.
Ale to było dwadzieścia sekund temu. A przez ten czas wiele się zmieniło. Dlatego mimo że otworzyłam usta z zamiarem powiedzenia "nie", wydostało się z nich niezwykle stanowcze "tak".
Bo rzeczywiście taki miałam teraz zamiar. Dzisiejszy afront ze strony Bronwyn okazał się kroplą, która przelała i tak już pełną czarę przytyków, dogryzania i ogólnej jędzowatości. Miałam dosyć tych ludzi i tego miejsca. Swego czasu wiązałam z nim takie nadzieje, ale to pieśń przeszłości.
W tym momencie pszczoła nagle poderwała się z trzymanego przez Arthura liścia i pofrunęła ku ciemniejącemu wieczornemu niebu.
Pofrunęła do domu.
Zachowałam się niegrzecznie w stosunku do Arthura. Nie było to moim zamiarem, kiedy oddaliłam się od niego bez choćby: "Dzięki za pomoc w uratowaniu pszczoły" czy absolutnego minimum pod postacią "cześć", ale tak to ostatecznie wyglądało. Niegrzecznie.
Dotarło to do mnie, dopiero kiedy siedziałam w pustym pokoju dzielonym z Theą, przewijałam strony internetowe otwierające się na hasło "znajdź tanie loty", z awaryjną kartą kredytową od rodziców w prawej ręce, stukając nią o drewniany blat.
Stuk, stuk, stuk, stuk.
Kiedy weszłam, nie zapaliłam światła; zamiast tego podeszłam prosto do laptopa, który stał obok okna z widokiem na staw.
A kiedy spojrzałam przez okno, dostrzegłam, że Arthur stoi tam, gdzie go zostawiłam.
Poczułam wyrzuty sumienia. Babcia Jo nie byłaby zadowolona; ona dbała o dobre maniery.
W pierwszym odruchu pomyślałam, że podczas najbliższej okazji go przeproszę, nawet jeśli coś mi mówiło, że przypuszczalnie wcale by go to nie obeszło. Arthur nie dbał o dobre maniery, a przynajmniej ja to tak odbierałam.
Poznałam go podczas pierwszych zajęć z zaawansowanej matematyki. Moim błędem było zajęcie pierwszego miejsca w drugim rzędzie, które okazało się jego ulubionym. Obrzuciwszy mnie niechętnym spojrzeniem, usiadł na pierwszym miejscu w pierwszym rzędzie po mojej lewej stronie, a przez kolejny miesiąc w ogóle nie rejestrował mojej obecności.
Można powiedzieć, że nadało to ton naszej relacji.
Gdy czekałam, aż wyszukiwarka połączeń wypluje z siebie listę potencjalnych lotów, obserwowałam, jak Arthur podnosi z ziemi jakiś przedmiot, po czym wrzuca go do stawu. Ciekawe, jakie miał plany na święta.
W sumie powinnam go była o to spytać. Zamierzał zostać tutaj, w Barrington? A może wracał do Anglii? Ze szkołami z internatem było tak, że jeśli dokonało się wcześniej odpowiednich ustaleń, to można było tu pozostać, kiedy szkoła miała akurat przerwę w zajęciach.
Po przyjeździe na kampus sądziłam, że tak właśnie zrobię. Wyobrażałam sobie, że będzie trochę tak, jak w środkowych rozdziałach książek o Harrym Potterze, kiedy Harry'emu i całej ekipie pozostałej w Hogwarcie na czas ferii przytrafiają się różne fajne przygody. Prawdę mówiąc, to Harry'ego Pottera obwiniałam o wiele swoich błędnych wyobrażeń dotyczących tego, jak to będzie się uczyć w Akademii Barrington. Co nie znaczy, bym spodziewała się magii czy epickich batalii z fantastycznymi postaciami decydującymi o losie świata. To było raczej jak subtelna tęsknota za czymś niezwykłym. Z perspektywy czasu widzę, że powinnam była czytać więcej Salingera.
Początkowo wszystko się układało całkiem dobrze.
Zapisałam się do letniej szkoły, bo chciałam się trochę podszkolić, nim jesienią zacznie się na poważnie pierwszy semestr. Miałam nawet tylko dla siebie pokój w internacie, to znaczy do czasu, aż w połowie sierpnia przyjechała Thea.
Całe to doświadczenie tak bardzo się różniło od mojego dotychczasowego życia w Oklahomie, że równie dobrze mogłam wylądować na Wenus. Fajnie było.
A potem zaczął się rok szkolny i szybko do mnie dotarło, że to będzie zupełnie nowy poziom trudności. Czego się przecież spodziewałam. Teoretycznie. Ale rzeczywistość?
Zawsze byłam bystra. Wcale się nie przechwalam, taka po prostu jest prawda. Nawet w wieku niemowlęcym lekarze, do których zabierali mnie rodzice, twierdzili, że jestem bardzo rozwinięta jak na swój wiek. Źródło ogromnej dumy dla mamy i taty, ale zwłaszcza dla mamy, którą zawsze cechowała tęsknota za tym, aby być niezwykłą. Podobnie jak matka, która wypycha swoje dziecko na scenę, czy ono tego chce, czy nie, postanowiła, że to ja spełnię to marzenie.
Będę niezwykła.
Przez pierwsze piętnaście i pół roku mojego życia robiłam, co mogłam. Każdy kamień milowy pokonywałam wcześniej niż inne dzieci, a moje oceny można było uznać za "wyjątkowe". To sprawiło, że w wieku piętnastu lat mogłam przeskoczyć czwartą klasę i ubiegać się o przyjęcie do prestiżowej szkoły z internatem w Connecticut. Nie od razu się dostałam i był to prawdziwy cios. Ale kilka dni po tym, jak dowiedziałam się, że jestem pierwsza na liście oczekujących, otrzymałam z Akademii Barrington powiadomienie, że zwolniło się miejsce i czy nadal jestem zainteresowana?
Ależ tak. Oczywiście, że byłam.
Mama biegała po domu, skacząc z radości. Tata wyglądał na skonfundowanego jej zachowaniem, ale dumnego ze mnie. Na przestrzeni lat mama stworzyła coś w rodzaju kapliczki z regałami zapełnionymi moimi dyplomami i nagrodami. Krępowało mnie to, ale i sprawiało przyjemność. Bo oto, kim byłam: Finley Brown, bystrzacha.
A potem przyjechałam do Barrington i wcale już nie byłam wyjątkowa.
Byłam przeciętna.
Przeciętna.
Co za szok! Nigdy dotąd nie byłam przeciętna. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam na swoim sprawdzianie ocenę dostateczną, byłam przekonana, że nauczyciel musiał się pomylić.
Tak się jednak nie stało. To była adekwatna ocena, a ja nie do końca wiedziałam, co z tym zrobić.
Oczywistym rozwiązaniem było lepsze przyłożenie się do nauki. Tak zrobiłam. A moje oceny poprawiły się na przyzwoite czwórki minus, co nadal było ciosem w brzuch, ale także pokazało mi, że nie jestem już najlepszym pływakiem w niewielkim stawie. To było jezioro Huron i lepiej, żebym nauczyła się pokonywać fale, w przeciwnym razie utonę.
Spoiler alert: nie utonęłam. Ale także nie okazałam się wybitna. I może to by mi wystarczyło, gdybym cieszyła się sukcesami na innym polu, na przykład w sporcie albo Klubie Dyskusyjnym, ale tam także byłam przeciętna. Istniało jednak coś, w czym nie okazałam się nawet przeciętna: życie towarzyskie. Na polu nawiązywania znajomości i dopasowywania się do grupy dałabym sobie dwójkę z plusem.
Jasne, byłam na imprezie halloweenowej Bronwyn, ale zaprosiła na nią wszystkich, łącznie z Arthurem. To nie oznaczało, że któreś z nas należy do Klubu Fajnych Dzieciaków.
W życiu.
Ja należałam do tych, którzy Cały Czas Się Uczą, a Arthur... cóż, Arthur. On nie pasował do żadnej kategorii. Na swój sposób oboje byliśmy towarzyskimi satelitami, wystrzelonymi z różnych zakątków świata, on z Londynu, a ja z Oklahomy, które wylądowały przypadkiem na tej samej orbicie.
Kątem oka zwróciłam uwagę na jakiś ruch.
Spojrzałam w okno i zobaczyłam, że Arthur patrzy w stronę Charity House. Mój pokój mieścił się na pierwszym piętrze, nie miałam więc pewności, co widzi. Było mnie widać? Raczej nie. Był nów, a nad stawem nie znajdowało się wiele latarni. Mimo to część mnie zastanawiała się...
Arthur odwrócił się i zaczął oddalać od stawu.
A druga część mnie nie potrafiła przestać myśleć, że przypuszczalnie po raz ostatni mam okazję widzieć Arthura Chakrabarti Watercressa, dziwacznego chłopaka ze szkoły, do której trafiłam. Dlatego że miałam coraz większą pewność, że po powrocie do domu przekonam rodziców, aby pozwolili mi zostać w Oklahomie. I choć istniała szansa, że natknę się na Arthura, kiedy wrócę do Barrington po swoje rzeczy, była ona doprawdy nikła.
Nie mam pewności, dlaczego moje spojrzenie pozostało przyklejone do niebieskiej dzianinowej czapki i zielonej puchówki, kiedy połykały go wieczorne cienie, aż w końcu zniknął za rogiem.
Ale pozostało. Obserwowałam, jak się oddala. Pewna, że więcej go nie zobaczę.
Okazuje się, że nie mogłam się mylić bardziej.
19 GRUDNIA
Jesteś mi winna święta!
Arthur Chakrabarti Watercress wbijał we mnie spojrzenie ciemnobrązowych oczu, w których płonęły wściekłość i oburzenie znacznie przewyższające to, czego się można spodziewać po chłopaku, którzy mierzy nieco ponad metr siedemdziesiąt, a waży mniej niż roczny dog niemiecki. Wiecie, to tylko takie moje przypuszczenie; nie ważyłam ani Arthura, ani doga niemieckiego, no ale rozumiecie, co mam na myśli. A jego brytyjskiemu akcentowi towarzyszyła mała kropelka śliny w lewym dolnym kąciku ust, osłabiająca czynnik oburzenia. Miał szczęście, że nie zaśmiałam mu się w twarz.
A może dlatego, że część mnie nie ogarnęła jeszcze tego surrealistycznego faktu, że on tu jest. W Oklahomie. Moim rodzinnym mieście. A konkretnie na dziedzińcu pensjonatu mojej babci Jo, gdzie, o czym już wiedziałam, on i jego ciocia będą mieszkać przez okres świąt.
Fantastycznie. Fantastycznie jak cholera.
I jeszcze jedna kwestia - Arthur miał rację. Rzeczywiście byłam mu coś winna. Niekoniecznie "święta", cokolwiek miał przez to na myśli, ale przynajmniej przeprosiny, i wcale nie za porzucenie go po tym incydencie z pszczołą. Do których w końcu bym doszła, gdyby nie zaczął się drzeć jak wściekły kogut.
- Arthurze... - zaczęłam.
Więcej nie udało mi się powiedzieć.
- Nie! - Uniósł jeden palec. Wskazujący. Arthur w życiu nie zniżyłby się do tego, aby pokazać komuś środkowy palec. W szkole podsłuchałam kiedyś, jak mówi, że coś takiego jest dla imbecyli i fanów sportu, i miałam przeczucie, że dla niego to są synonimy. - Ja i moja ciotka nie utknęlibyśmy w tej zapomnianej przez Boga i ludzi mieścinie na kolejny tydzień, podczas którego powinniśmy spędzić idealne amerykańskie Boże Narodzenie, gdyby nie przywiódł nas tutaj twój stek kłamstw.
No dobra. W tym akurat także miał rację. Mimo to "stek kłamstw" to lekka przesada, nawet jak na niego.
Zastukałam pustym plastikowym kubkiem o nogę. Wcześniej znajdowało się w nim ziarno, które nasypywałam właśnie do karmnika, kiedy zaczepił mnie Arthur.
Spróbowałam raz jeszcze.
- Naprawdę cię przepra...
- Przeprosiny to za mało, Finley Brown.
Pełne imię i nazwisko. Uniwersalny sygnał, że ma się kłopoty. Wspaniale. Wyglądało na to, że wszelka życzliwość, która być może pojawiła się dziesięć dni temu podczas naszych wspólnych wysiłków skierowanych na uratowanie pszczoły, wyparowała.
- Co chcesz, abym zrobiła? - zapytałam, bezradna i coraz bardziej zirytowana.
- Chcę prawdziwych amerykańskich świąt i chcę, abyś mi je pokazała. Jesteś mi to winna. Jesteś winna mnie i mojej cioci prawdziwe amerykańskie Boże Narodzenie. Takie jak na tej oszukańczej stronie internetowej, którą wszystkim pokazałaś.
- To nie jest oszukańcza...
Uniósł telefon, na którego ekranie wyraźnie widać było idylliczną, żywcem wyjętą z filmu scenkę przedstawiającą główną ulicę podczas świąt.
Dlatego że, okej, przyznaję, to była scenka z filmu, nie zaś odzwierciedlenie mojego miasteczka. A jako że pojawiła się na oficjalnej stronie miasta, stanowiło to poważne naruszenie protokołu. Co nie znaczy, aby ktokolwiek u władzy się tym przejął.
I okej, w porządku. Jako była ratuszowa stażystka, która nadal dysponuje hasłami, to ja odpowiadałam za umieszczenie tam tego zdjęcia - jak również wielu innych, które można uznać za w najlepszym wypadku wprowadzające w błąd, a w najgorszym za jawne kłamstwo - na moją obronę przemawia jednak fakt, że w życiu nie przyszło mi do głowy, że ktoś zrobi to, co Arthur i jego ciocia: uwierzy w to na tyle, aby przylecieć z Connecticut do Oklahomy w nadziei na przeżycie takiego właśnie Bożego Narodzenia, podczas gdy w rzeczywistości była to iluzja stworzona przez niepohamowany kapitalizm, którego celem jest przekucie nostalgii na zyski i tworzenie nierealnych oczekiwań. Poza tym mogli na Yelpie sprawdzić opinie, które wcale nie były pozytywne.
Nie zamierzałam mówić mu tego wszystkiego. Zamiast tego przygryzłam dolną wargę.
- No i? - zapytał. - Co masz do powiedzenia?
Nic uprzejmego.
- Możecie otrzymać zwrot środków?
- Nie. Nie możemy.
Westchnęłam, wydmuchując z ust obłoczek pary, i rozejrzałam się.
Znajdowaliśmy się na tylnym dziedzińcu Hoyden Inn, dumy i radości babci Jo, miejsca, które znałam lepiej niż jakiekolwiek inne. W dzieciństwie spędziłam tu niezliczoną liczbę godzin w czasie, kiedy rodzice byli w pracy, później zaś stałam się nieoficjalną asystentką babci. I właśnie nią byłam w chwili, kiedy Arthur dziesięć minut temu przyparł mnie do muru, aby dać mi za swoje.
No dobrze, pewnie zastanawiacie się, w jaki sposób umieszczenie paru lipnych zdjęć na stronie internetowej małego miasteczka w Oklahomie mogło doprowadzić do takiego właśnie świątecznego zamieszania. Istnieje pewna informacja, która rzuci na sytuację nieco światła:
Moje rodzinne miasteczko nazywa się Christmas.
Zgadza się - Christmas, Oklahoma.
Rozumiecie już, dlaczego mogło budzić pewne oczekiwania wśród gości, których podekscytowanie towarzyszące przyjazdowi tutaj nieuchronnie słabło w chwili, kiedy ujrzeli to miejsce na własne oczy. Zazwyczaj oznaczało to, że ludzie wracali do swoich samochodów i poirytowani odjeżdżali.
Z drugiej jednak strony, to nie oni przylecieli tutaj, ponieważ pewna licealistka liczyła na to, że zaimponuje nowym kolegom i koleżankom swoim czarującym rodzinnym miasteczkiem, po to tylko, aby ujrzeć pamiętające lepsze czasy szyldy sklepowe i ośmiometrowego drewnianego Świętego Mikołaja, który stracił głowę dwa lata temu, po tym, jak używano jej tyle razy jako tarczy, aż w końcu załatwiła ją wiosenna burza.
Głowy nigdy nie odnaleziono, co było dość niepokojące. Nie wydawała się łatwa do ukrycia.
Spojrzałam ponownie na Arthura.
- Jak miałoby to wyglądać? - zapytałam.
- Cóż, według tej kłamliwej strony, którą zaprezentowałaś wszystkim w szkole i która stanowiła uosobienie świątecznego raju z serca Ameryki...
- Do rzeczy, Arthur.
- ...to miasteczko oferuje przyjezdnym całe mnóstwo okazji do wzięcia udziału w wycieczkach i przeżyciach nieodparcie związanych z Bożym Narodzeniem. Na przykład... - przewinął stronę na telefonie - ulepienie bałwana.
Ściągnęłam brwi i rozejrzałam się po płaskim terenie pokrytym suchą, pożółkłą trawą i niczym innym.
- Nie ma śniegu.
- To go znajdź. - Ponownie przewinął. - Przejażdżka saniami.
- Nie ma śniegu.
- W takim razie nie powinnaś była tego umieszczać. - Kolejne przewinięcie. - Pieczenie kasztanów na otwartym ogniu.
Boże mój. Po co ja to dodałam? Och, no tak. Przez tę piosenkę, którą zaczęła puszczać świąteczna stacja radiowa mniej więcej wtedy, kiedy w połowie listopada dokonywałam manipulacji na stronie internetowej. No a teraz miałam niecały tydzień na to, aby namierzyć kasztany. A co to w ogóle, u licha, jest? Coś takiego jak orzechy laskowe? Arthur dostrzeże różnicę? Znając jego - pewnie tak.
Może wyhaczę coś na Amazonie.
Kolejne przewinięcie.
- Renifer.
Ściągnęłam brwi.
- Renifer?
- Renifer.
Pokazał mi zdjęcie wpatrującego się we mnie renifera i z podpisem: "Nakarm cukierkową kukurydzą prawdziwego renifera!".
W tym momencie przypomniało mi się, że w czasie mojego wielkiego przekrętu raczyłam się takimi właśnie słodyczami i stąd ta inspiracja.
Cudownie.
Problem w tym, że renifery nie należały do autochtonicznej fauny stanu Oklahoma i choć moja wiedza na ich temat była szczątkowa, coś mi mówiło, że nie jedzą słodyczy.
- Ach. - Oczy mu rozbłysły. - Ważny punkt: wycieczka z magicznymi światełkami.
Dzięki Bogu, to mogłam ogarnąć! Nie tutaj, w Christmas, ale w Chickasha, pobliskim miasteczku, w którym odbywał się fantastyczny festiwal świateł - i skąd, niezupełnie przez przypadek, pożyczyłam sobie zdjęcie na stronę internetową.
- Załatwione - oświadczyłam pewnym siebie głosem.
Zmrużył powątpiewająco oczy, ale kontynuował:
- Chcę wybrać się także na imprezę.
- Tego nie ma na stronie.
- Niemniej jestem przekonany, że w miasteczku tej wielkości młodzież nie bardzo ma co robić poza spotykaniem się i piciem, zwłaszcza podczas ferii świątecznych, a ty wyglądasz mi na osobę na tyle towarzyską, aby mieć tutaj chociaż jednego przyjaciela...
- Dzięki?
- Więc powinno ci się udać znaleźć jakiś świąteczny wieczorek, a ja chętnie do ciebie dołączę.
Myśl o zabraniu ze sobą chłopaka, który bez cienia ironii używa określenia "świąteczny wieczorek", na spotkanie z moimi tutejszymi znajomymi, z którymi się wychowałam, nie budziła we mnie entuzjazmu, ale nie bardzo miałam wybór. Poza tym przy odpowiedniej ilości alkoholu nawet Arthur miał w sobie potencjał osoby, którą da się znieść. Naszą jedyną godną uwagi interakcją przed Incydentem z Pszczołą była impreza halloweenowa Bronwyn Campbell. Arthur przyniósł własne chianti (jakżeby inaczej) i po dwóch kieliszkach okazał się nawet przyzwoity podczas naszej rozmowy o ewentualności, że wszechświat jest symulacją, a my obdarzonymi czuciem programami odgrywającymi określone z góry historie dla rozrywki jakichś boskich superstworzeń. Po winie miało to sens.
- Mogłabym popytać - bąknęłam.
Pokiwał z zadowoleniem głową.
- Na tej stronie jest dużo więcej atrakcji. Przejrzyj je, a później to omówimy. Ale powinnaś wiedzieć, że jeden element nie podlega dyskusji: śnieg. W dzień Bożego Narodzenia musi być śnieg.
- Serio, Arthur, już o tym rozmawialiśmy. Nie ma śniegu.
- Wszystkie idealne amerykańskie święta mają śnieg. To kwestia powszechnie znana. Twoja oszukańcza strona obiecuje nawet śnieg w każde Boże Narodzenie. - Wskazał na ekran. - Tutaj jest to napisane. A właśnie śnieg był jedną z rzeczy, której ciocia Esha nie mogła się najbardziej doczekać.
- Skoro chcieliście śnieg, to powinniście byli zostać na święta w Connecticut.
- Ale nie zostaliśmy, prawda?
Ano nie.
Arthur przyglądał mi się przez chwilę, po czym kontynuował:
- Pokażesz nam obojgu te wszystkie świąteczne elementy mające odzwierciedlenie na wcześniej wspomnianej stronie - ponownie pokazał mi telefon - i dopilnujesz, aby były idylliczne, idealne i, co najważniejsze, niezapomniane.
- Dlaczego?
- Dlatego że jesteś mi to winna.
- Z powodu pszczoły?
- Nie. Ale w sumie też.
- Twoja reakcja jest zdecydowanie nieproporcjonalna do sytuacji.
- Powody mojej reakcji znane są tylko mnie. - Jego nagłe skrępowanie powiedziało mi, że chodzi o coś więcej.
Ale nie byłam gotowa złożyć broni.
- A jeśli nie zrobię wszystkiego?
Miał przygotowaną odpowiedź.
- Wtedy cały spędzony tutaj czas poświęcę na zrobienie maksymalnie dużej liczby zdjęć i filmików przedstawiających to pozbawione uroku miejsce, przeprowadzenie rozmów z twoimi znajomymi i innymi mieszkańcami Christmas, i wszystkie te informacje zabiorę ze sobą do Barrington, gdzie dopilnuję, aby zapoznał się z nimi dosłownie każdy, a twój status księżniczki ze Środkowego Zachodu zostanie zdemaskowany jako kłamstwo. A wiesz, co z tym zrobią Bronwyn Campbell, Josie Sutton i im podobne.
Tak, wiedziałam.
Ale w głębi duszy miałam przeczucie, że Arthur blefuje. Tak czy inaczej, nie miało to znaczenia, bo i nie zamierzałam wracać do Barrington. Jego groźby zniszczenia mojej reputacji nie robiły na mnie wrażenia.
To jednak nie powstrzymało wyrzutów sumienia.
Nie w stosunku do Arthura, lecz jego cioci Eshy, którą poznałam podczas brunchu. To właśnie wtedy ujrzałam tutaj Arthura i mało brakowało, a upuściłabym talerz z naleśnikami, które niosłam do stolika państwa Yablonski.
Od razu zapałałam sympatią do cioci Eshy, mimo że jej twarz pokerzysty sprawiła, że nie miałam pojęcia, czy to uczucie zostało odwzajemnione.
Babcia Jo wcześniej przedstawiła nas sobie, gdyż ciocia Esha wiedziała, że jestem koleżanką z klasy jej siostrzeńca, i wyraziła pragnienie poznania mnie. Cechowały ją wdzięk i wytworność, jak przystało na międzynarodową dyplomatkę.
Było to zarazem onieśmielające i fascynujące.
Myśl o tym, że pobyt tutaj miałby ją rozczarować, bardzo mnie smuciła, zwłaszcza dlatego, że wiedziałam, jak babcia Jo cieszy się z gości innych niż zazwyczaj. Nauczyła się nawet gotować biryani z kurczakiem, samosy i khir, by czuli się jak w domu. Dla niej coś takiego od zawsze miało ogromne znaczenie i nie zamierzałam być osobą, która to psuje.
Poza tym po powrocie pojawiło się kilka innych kwestii natury osobistej. Na przykład fakt, że moja najlepsza przyjaciółka, Mia, spotyka się z moim byłym chłopakiem, Brodym. I zaskakująca separacja moich rodziców, o której zapomnieli mi wspomnieć podczas cotygodniowych rozmów przez telefon. Obu kwestii pragnęłam unikać, a oprowadzanie Arthura po mieście w ramach jakiejś wypaczonej wycieczki świątecznej na pewno mi w tym pomoże.
Dlatego rzuciłam:
- Okej.
Arthur ponownie zmrużył oczy.
- Co to znaczy?
- Cóż, Arthurze, jest to określenie mające swój początek w dziewiętnastowiecznym Bostonie i było jednym z pierwszych słów, które dzisiaj określilibyśmy jako "viralowe", kiedy wydawca...
Oblał się rumieńcem.
- Wiem, co oznacza słowo "okej", jak również znam jego etymologię. Chodzi mi o kontekst powiązany z tobą.
- Okej oznacza... okej. Pomogę ci...
- I cioci Eshy, jeśli będzie chciała?
- I cioci Eshy, jeśli będzie chciała doświadczyć - uczyniłam palcami znak cudzysłowu - prawdziwych amerykańskich świąt.
To powinno go usatysfakcjonować.
Oczywiście tak się nie stało.
- Musisz mieć w sobie entuzjazm.
- Co?
- To się nie uda, jeśli będziesz nas oprowadzać po tym - machnął ręką, mając w ten sposób na myśli całe miasteczko - z tą swoją wiecznie skwaszoną miną.
- Wcale nie mam wiecznie skwaszonej miny!
- Jako osoba, która widzi twoją twarz z lepszej perspektywy, mogę cię zapewnić, że masz.
- Może to ty jesteś głównym tego powodem. Może za każdym razem, kiedy cię widzę, robię taką minę.
- Niezależnie od tego na czas naszego świątecznego przedsięwzięcia połóż temu kres.
Dłużej nie mogłam tego znieść.
- Jezu, Arthur. Brzmisz jak siedemdziesięciolatek.
- To się nazywa stosowne wyrażanie się. Powinnaś kiedyś spróbować.
- Ty powinieneś spróbować nie zachowywać się jak palant.
Wow, cóż za straszna riposta.
Arthur uśmiechnął się drwiąco.
- Niemożliwe.
Podwinął rękaw zielonej puchówki i spojrzał na zegarek - oczywiście rolex, bo oprócz tego, że Arthur Chakrabarti Watercress plasował się wysoko na panteonie irytujących ludzi, był także obrzydliwie bogaty, a przynajmniej tacy byli jego rodzice - po czym znowu na mnie.
- Jest wpół do pierwszej, nasz pierwszy cały dzień tutaj. Ciocia Esha i ja zjemy kolację w jadalni o szóstej. Przed nią możemy porozmawiać, aby poczynić plany na jutro.
- Do tego czasu nie dam rady niczego przygotować. Pracuję do czwartej. Jestem asystentką kierownika od zaspokajania potrzeb gości.
- Ten tytuł jest oczywiście wymyślony.
- A nie wszystkie takie są, jeśli się nad tym zastanowić?
Przez chwilę milczał, w końcu kiwnął głową.
- Celna uwaga. Ale i tak poruszymy dzisiaj jeszcze ten temat.
Odszedł, nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, co niewątpliwie było jego zamiarem.
Kim jednak byłam, aby go osądzać? Czy nad stawem nie zrobiłam praktycznie tego samego? Pomijając oczywiście element teatralności.
Obserwowałam, jak przechodzi przez niewielki dziedziniec w stronę tylnego wejścia do pensjonatu, a jedynym słyszalnym dźwiękiem był szelest rękawów ocierających się o poły kurtki. Był tak wyprostowany, jakby miał wypadek, a potem cały kręgosłup zespawano mu tak, że nie mógł się pochylać.
Zatrzymał się na tarasie i odwrócił. Spojrzał mi w oczy, raz jeszcze zastukał w swój telefon, następnie wszedł do budynku i pozwolił, aby drzwi zamknęły się za nim z imponującym pogłosem, który odbił się echem w to spokojne popołudnie.
Boże, te święta będą beznadziejne.
Odczekałam na dziedzińcu całe pięć minut, aby mieć pewność, że nie wpadnę na Arthura, i dopiero wtedy weszłam do środka i skierowałam się do kuchni.
Hoyden Inn zbudowano pod koniec lat dziewięćdziesiątych w tradycyjnym stylu amerykańskiego domu rzemieślniczego, z dolną częścią z czerwonej cegły, szeroką werandą od frontu z białym ogrodzeniem, ściany zaś obłożono białym sidingiem.
Uwielbiam ten pensjonat.
Na tyłach posesji, za dziedzińcem, znajdowały się cztery domki, ale babcia Jo od jakiegoś czasu starała się o pozwolenie na postawienie piątego, tak by przenieść tam z głównego budynku strefę spa. Żywiła przekonanie, że dzięki temu Hoyden będzie przyciągał turystów nie tylko z powodu nazwy miasteczka.
Ale komisja do spraw zagospodarowania przestrzennego niezmiennie nie wyrażała na to zgody, a przedstawiane przez nią powody były mocno nieprzekonujące. Według babci urzędnicy próbowali w ten sposób nakłonić ją do zmiany nazwy pensjonatu, tak by tematycznie pasowała do reszty miasteczka.
Ale ona nie zamierzała się ugiąć i podziwiałam ją za to.
Gdy weszłam do kuchni, przy wyspie z blatem z białego marmuru stał mój tata i robił sobie kanapkę z białego pieczywa i serka pimento.
Co nie wróżyło dobrze.
Nie tylko dla jego układu trawiennego.
Serek pimento na białym pieczywie stanowił wyraźny sygnał, że tata czuje się fatalnie i potrzebuje pocieszenia w formie jedzenia.
W innej sytuacji zbeształabym go za ten wybór. Ale teraz nie mogłam tego zrobić. Nie po tym, jak się dowiedziałam o separacji jego i mamy. To ona była powodem, dla którego mieszkał teraz w jednym z domków za pensjonatem swojej matki, a nie w domu na drugim końcu miasta, który kupił dwanaście lat temu.
Mama "potrzebowała nieco czasu dla siebie" - tak tata wyjaśnił mi powód, dla którego nie było jej w domu, kiedy zjawiłam się tu tydzień temu. Razem z ciocią Jennifer wybrała się do jakiegoś ustronia w Branson w Missouri.
I nie wróciła mimo mojego przyjazdu. Jak dotąd nie rozmawiałyśmy ze sobą, wymieniłyśmy jedynie kilka krótkich i kompletnie niezadowalających esemesów.
Dziwne to było. Wszystko było dziwne.
- Hej, mała - rzucił tata z pełnymi ustami. Oparł się biodrem o blat i się przygarbił.
Mój tata - Vernon Lee "Skip" Brown - był całkiem przystojny, oczywiście jak na ojca. Nie łysiał ani nie wyhodował sobie brzucha jak tylu ojców moich znajomych. Ale miał trzydzieści cztery lata i był młodszy od większości ojców, więc to zdecydowanie działało na jego korzyść. Na szczęście nie wykorzystywał swojego względnie młodego wieku jako pretekstu do bycia moim kumplem, a nie tatą. To dopiero byłby dramat.
- Hej - odparłam, po czym odstawiłam na blat pusty kubek po ziarnach.
Zdjęłam kurtkę, następnie włożyłam fartuch w biało-niebieskie prążki, gumowe rękawice i odkręciłam gorącą wodę, szykując się do pozmywania imponującej sterty czekających w zlewie garnków i patelni. Należało to do moich obowiązków jako asystentki kierownika od zaspokajania potrzeb gości. Tak naprawdę nie istniał ani tytuł kierownika od zaspokajania potrzeb gości, ani żaden inny. Arthur miał rację, zmyśliłam to sobie, ale teraz, kiedy o tym myślałam, nawet mi się podobało. Może umieszczę to w swoim podaniu na studia.
- Z kim rozmawiałaś? - zapytał tata.
Ściągnęłam brwi.
- Kiedy?
- Przed chwilą.
Wskazał głową na kuchenne okno, z którego widać było dziedziniec na tyłach pensjonatu.
- Och. To Arthur. On i jego ciocia zameldowali się wczoraj wieczorem.
- Chakrabarti?
Jakoś tak się utarło, że rozmawialiśmy o gościach, używając ich nazwisk i choć tata oficjalnie tu nie pracował - był agentem ubezpieczeniowym - też tak robił.
Kiwnęłam głową.
- Choć Arthur tak naprawdę nazywa się Watercress, jak ta roślina*. Jego tata jest biały.
- Znasz go?
- Znam.
Zmywałam pozostałości po ziemniakach w rozmarynie z bocznej ścianki wielkiego garnka ze stali nierdzewnej i miałam nadzieję, że tata odpuści temat. Nic z tego. Ojcowie dzielili się na dwa typy: pierwszy chciał znać każdy możliwy aspekt twojego życia, drugiego satysfakcjonowały podstawowe fakty. Mój zdecydowanie należał do tej pierwszej grupy.
- Skąd?
- Z Barrington.
- Uczy się w Barrington?
- No.
- Wiedziałaś, że przyjedzie tutaj na święta?
- Boże, nie.
Tata przez chwilę przeżuwał. W zamyśleniu.
- Czy wy... spotykacie się?
Mało nie upuściłam garnka.
- Co? Nie! Fuj.
Uniósł obie ręce.
- Tylko pytam.
Szorowałam garnek z jeszcze większą zaciętością. Próbowałam w ten sposób wyrzucić z myśli sam pomysł spotykania się z Arthurem.
- Po prostu oboje sprawialiście wrażenie ożywionych - kontynuował tata.
- Taki już jest Arthur.
- Ty także tak się zachowywałaś.
- Naprawdę?
- Zdecydowanie - odezwała się Ayisha Lewis.
Obejrzałam się. Ayisha weszła właśnie do kuchni, najwyraźniej słysząc końcówkę mojej rozmowy z tatą.
Długie czarne warkoczyki związała na górze w kucyk, pozostawiając na dole kilka luzem, co było typową dla niej fryzurą. Dostrzegłam jednak, że końcówki mają odcień intensywnego bordo, a to akurat była nowość. Co jeszcze było nowością? To, że miała na sobie jasnoniebieską koszulę, granatowy sweter i materiałowe spodnie w kolorze beżowym, czyli dokładnie taki sam strój jak ja. Babcia Jo chciała, aby jej pracownicy ubierali się właśnie w takim stylu.
Dlatego że Ayisha Lewis, najładniejsza dziewczyna z mojego dawnego liceum, pracowała w Hoyden Inn.
Kolejna niespodzianka. Kto by pomyślał, że tyle się może wydarzyć w ciągu sześciu miesięcy?
Uśmiechnęła się i skinęła głową mojemu tacie.
- Hej, panie Brown.
- Hejka, Ayisha - odparł z takim samym uśmiechem.
A potem się odwróciła i spojrzenie jej ciemnobrązowych oczu wylądowało na mnie.
I uśmiechnęła się drwiąco. Zawsze tak robiła. Kiedy po porodzie położono ją w ramionach matki, gotowa się jestem założyć, że otworzyła maleńkie oczy, spojrzała na kobietę, która ją stworzyła, i uśmiechnęła się drwiąco. Ale najbardziej lubiła to robić, kiedy patrzyła na mnie. Nie bez powodu.
- I jeszcze się rumieniłaś - dodała, wiedząc, że mnie tym zirytuje.
I zirytowała.
- Zimno mi było. Mamy zimę. Policzki smagał mi wiatr i dlatego były czerwone. - Wcale się nie rumieniłam, o nie.
- Taaa. - Jasne było, że mi nie wierzy.
Odwróciłam się od niej, lśniący czystością garnek odstawiłam na suszarkę, po czym wzięłam następny i zabrałam się od nowa do szorowania.
Ayisha nie zaoferowała pomocy. Zamiast tego zabrała się do parzenia herbaty z cynamonem w dzbanku ozdobionym rysunkiem gwiazdy betlejemskiej. Dłonie miała szczupłe i eleganckie. Wyjątkowo o nie dbała, zwłaszcza o paznokcie. Zawsze wyglądały nieskazitelnie i często zmieniały się na nich wzory. Motywem przewodnim tego tygodnia była czerwień i zieleń i pięknie się prezentowały na tle jej ciemnobrązowej skóry. W życiu nie udałoby mi się osiągnąć takiego efektu. W życiu.
Zobaczyła, że jej się przyglądam, i uniosła idealnie łukowatą ciemną brew. Nic nie powiedziała, bo oczywiste było, że parzy herbatę dla któregoś z gości pensjonatu - w tej chwili mieliśmy ich sześcioro, co razem z tatą i mną sprawiało, że był komplet.
Tata dojadł kanapkę, po czym zapytał mnie:
- Zajrzysz później na partyjkę?
Miał na myśli szachy. Grywałam w nie z tatą, odkąd byłam na tyle duża, aby przesuwać pionki po szachownicy. To było nasze "coś". I choć nie zawsze podczas gry prowadziliśmy długie rozmowy, zawsze stanowiło to okazję, jeśli któreś z nas miało ochotę pogadać.
Coś mi mówiło, że to jego sposób na umówienie nas na rozmowę, w szczególności poświęconą "sytuacji" między nim a mamą. Do tej pory przemilczaliśmy tę kwestię. Moja rodzina przodowała w unikaniu trudnych tematów.
- Jasne. Po kolacji - odparłam.
Może okaże się to także dobrą okazją, aby wspomnieć o tym, że nie chcę wracać do Barrington.
Kiwnął głową, po czym wyszedł z kuchni.
Przez chwilę patrzyłam za nim, a w klatce piersiowej czułam ściskanie na myśl o poruszeniu obu tematów, zwłaszcza tego związanego z nim i mamą. Jako szesnastolatka naprawdę sądziłam, że uniknęłam losu Dziecka Rozwodników, ale wyglądało mi to na przedwczesny optymizm.
Czajnik zaczął gwizdać, ale Ayisha nie zdjęła go z palnika. Pozwalając, aby wył coraz głośniej, przewijała coś w telefonie.
- Woda na pewno już się zagotowała - odezwałam się.
Powoli podniosła na mnie wzrok i nie ruszyła się w stronę piszczącego czajnika.
Przewróciwszy oczami, wróciłam do szorowania.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
* Watercress (ang.) - rukiew wodna. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).