No i pogadali. "Szkło Kontaktowe", gdy gasną kamery - Tomasz Jachimek

-
Proszę czekać
 
 
SZANOWNA POTENCJALNA CZYTELNICZKO, SZANOWNY POTENCJALNY CZYTELNIKU!

Jeśli czytacie poniższy tekst, to - doszedłem do tego drogą dedukcji, drogi Watsonie! - mniemam, że trzymacie książkę w rękach i stawiacie sobie sakramentalne pytanie: "czytać czy nie czytać?". Ewentualnie niby podobne, choć daleko ważniejsze: "kupić czy nie kupić?". Dlaczego to drugie jest ważniejsze?

Szybko objaśniam. Ryzyko zawarte w dylemacie "czytać czy nie czytać?" ponosicie tak naprawdę tylko Wy, Szanowna Potencjalna Czytelniczko albo Szanowny Potencjalny Czytelniku. Jeśli przeczytacie i się nie spodoba, to sami na siebie będziecie pomstować, że daliście się złapać w pułapkę sprawnego marketingu, że zmarnowaliście czas i że ogólnie na drukowanie takich bzdur szkoda lasów. Podjęliście czytelnicze ryzyko i doszliście do wniosku, że jednak się nie opłaciło. Przykro, zdarza się, trzeba się podnieść, otrzepać i iść dalej.

Natomiast na odpowiedź dotyczącą drugiej kwestii - "kupić czy nie kupić?" - czeka całe mnóstwo osób i instytucji niezwykle zainteresowanych Waszą decyzją. Wydawnictwo. Wszelakie urzędy podatkowe i skarbowe. Drukarnie. Krytycy. Producenci filmowi. Antykwaryści i bukiniści. Hurtownicy papieru. Właściciele księgarń. Biblioteki. Domy kultury. Studenci dziennikarstwa. Historycy telewizji. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. O autorze nawet nie wspomnę. A już na pewno czołowi politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy na wieść o tym, że niniejsza książka powstaje, zadają sobie jedno pytanie: czy to się będzie sprzedawało? Otóż oni, zdradzę pewien sekret, woleliby, aby się nie sprzedawało.

Ale Ty, Szanowna Potencjalna Czytelniczko, i Ty, Szanowny Potencjalny Czytelniku, możecie im w tym momencie zrobić na złość i zagrać na nosie! Po prostu podejdźcie do kasy i kupcie. Niech to będzie Wasz akt obywatelskiego nieposłuszeństwa i niezgody na to, co od blisko siedmiu lat wyprawia się w naszym pięknym kraju.

Pomysł na książkę, którą trzymacie teraz w rękach, Szanowna Potencjalna Czytelniczko albo Szanowny Potencjalny Czytelniku, i zastanawiacie się: "kupić czy nie kupić?", mocno zahacza o banalność. Oto kilkanaście postaci, dość rozpoznawalnych i cieszących się sporą sympatią - przynajmniej w niektórych kręgach - opowiada o sobie, o sukcesach i porażkach, nie szczędzi pysznych anegdot, wchodzi w rejestry bardziej i mniej poważne, przedstawia wnikliwe analizy, ocenia, komentuje, chwali i szydzi. Po prostu daje się poznać od ciut bardziej prywatnej strony, niźli ich dotychczasowi widzowie/słuchacze/odbiorcy/studenci/klienci są przyzwyczajeni.

A jeśli jeszcze do tego dołożymy informację, że wszystkie te postaci regularnie pojawiają się w szalenie popularnym "Szkle Kontaktowym" w TVN24 i codziennie o 22.00 komentują naszą polityczno-społeczną rzeczywistość, to dwa powyżej przedstawione dylematy stają się intelektualną igraszką. Czytać i kupić. Ewentualnie najpierw kupić, a potem oddawać się rozkoszom lektury.

"Szkło Kontaktowe" jest w tej książce wspólnym mianownikiem, fundamentem i - jakkolwiek niezgrabnie to brzmi - platformą, na której wszyscy ci mocno uzdolnieni ludzie się spotkali. Ale też bohaterowie niniejszej książki poza występami w "Szkle" prowadzą swoje wszelakie działalności - występują, tworzą, uczą, produkują, piszą, śpiewają, prowokują, wydają, bawią... I to od kilkudziesięciu lat. No dobra, od kilkudziesięciu jedynie niektórzy z nich. Tak czy owak mają mnóstwo do powiedzenia, wprost pływają w oceanach nieszablonowych obserwacji, tysiącach doświadczeń i tyluż przemyśleniach. Nie tylko mają mnóstwo do powiedzenia, lecz także umieją to zrobić w sposób zabawny, błyskotliwy, barwny, cholernie ciekawy i - przede wszystkim - dający do myślenia.

Każda z bohaterek i każdy z bohaterów tej książki wielokrotnie usłyszał(a) bądź przeczytał(a) uwagę, że współtworzą "ulubiony duet prowadzących" tudzież "najgorszy duet prowadzących". Że są "zdecydowanie najlepszym elementem programu" albo "zdecydowanie najgorszym elementem programu". Takie opinie i oceny to norma; jeśli ktoś marzy o publicznych występach w dowolnym charakterze - przynajmniej tak to działa w Polsce - niech się jak najszybciej oswaja z myślą, że przeczyta bądź usłyszy na własny temat rzeczy, których z pewnością usłyszeć lub przeczytać by nie chciał. Niemniej jednego jestem pewien - po przeczytaniu poniższych rozmów spojrzycie, Szanowna Potencjalna Czytelniczko albo Szanowny Potencjalny Czytelniku, zupełnie inaczej na swoich ulubionych tudzież znienawidzonych komentatorów "Szkła".

Tak, tak, oczywiście doskonale wiem, że chwalenie się znajomymi z pracy jest bardzo dalekie od dobrego tonu. Z drugiej strony - a zawsze istnieje druga strona i tylko niektórzy idą na łatwiznę, określając to zjawisko wytrychem "symetryzmu" - jak się ma w robocie takich znajomych, to grzechem zaniechania byłoby się nimi nie chwalić. To mniej więcej tak, jakby kupić sobie srebrne maserati i nie wyjeżdżać nim z garażu.

TOMASZ JACHIMEK

Jego zdjęcie ustawiono w S?vres pod Paryżem jako symbol estradowego wdzięku, łatwości rymowania i kultury słowa. A za udostępnienie filmiku, na którym jest wkurzony i używa brzydkich słów, Federalne Biuro Śledcze i CIA płacą milion dolarów w żywej gotówce. Nikt do tej pory się na Andrusie nie wzbogacił. Jedyne w swoim rodzaju skrzyżowanie łagodnego misia z okolic Sanoka i pełnokrwistego warszawskiego inteligenta. Wczytajcie się w jego słowa, bo warto. Przed państwem konferansjer, tekściarz, wokalista i - niech mu będzie! - całe siedemdziesiąt pięć kilogramów estradowego profesjonalizmu:

ARTUR ANDRUS
 
 
FRANCUSKIE JAGODZIANKI ZE ŚLIWKĄ
Tak się złożyło, że to do ciebie będzie należał z jednej strony przywilej otwarcia, a z drugiej obowiązek przyciągnięcia uwagi czytelnika od pierwszej strony niniejszej książki. Zatem ułatwiam zadanie i błyskawicznie rzucam mocno kontrowersyjne pytanie z pogranicza dziennikarstwa śledczego: jak zaczęła się twoja przygoda ze "Szkłem Kontaktowym"?

Obawiam się, że mogę nie podołać presji. Telefon od Grzegorza Miecugowa, abyśmy spotkali się w knajpie i obgadali pomysł na nowy program. Stół zastawiony niezwykle bogato i wykwintnie: dwie kawy i - z tego, co pamiętam - jakaś zupa. Grzesiek opowiedział o swojej koncepcji. Dwóch facetów siada przy stoliku w studiu telewizyjnym i przez dwadzieścia minut w luźnej formie komentuje wydarzenia polityczne z danego dnia. Tyle.

Cóż za wstrząsająca historia!!! Pozostańmy w klimacie agresywnego dziennikarstwa: czy spodziewałeś się, że "Szkło" utrzyma się na antenie przez siedemnaście lat i co wieczór będzie nas oglądało kilkaset tysięcy widzów?

(Długa cisza, podczas której Artur Andrus wymownym spojrzeniem jednoznacznie daje znać, co sądzi o poziomie zadawanych pytań).

Noooo... cóż zrobić... Takie sobie przygotowałem, takie mam i takie będę zadawał.

Nie, nie spodziewałem się.

A w takim razie - uwaga! odbezpieczam kolejny granat! - z jakim nastawieniem szedłeś do studia po raz pierwszy?

Z moich doświadczeń ze współpracy z różnymi mediami jednoznacznie wynikało, że programy telewizyjne - może z wyjątkiem "Wielkiej gry" - utrzymują się przez sezon, góra dwa. Trzy to już naprawdę duży sukces. Zatem wybieganie w przyszłość o siedemnaście lat byłoby czystym absurdem. Nie miałem ani żadnych dalekosiężnych planów, ani tym bardziej wygórowanych oczekiwań.

Podejrzewam, że gdyby zapytać o to Grześka Miecugowa czy Tomka Sianeckiego, udzieliliby identycznej odpowiedzi.

No dobrze, koniec rozgrzewki, teraz już na poważnie: proszę, abyś postarał się wytłumaczyć fenomen "Szkła". Przecież tu naprawdę nie ma wielkiej filozofii - prowadzący i komentator prezentują krótkie filmiki, gadają, odbierają telefony od widzów, a na pasku lecą SMS-y. Już. Dlaczego, twoim zdaniem, to chwyciło?

Pamiętam opowieści radiowych kolegów z "Zapraszamy do Trójki", jeszcze z poprzedniego ustroju, kiedy czymś nie do wyobrażenia była audycja z telefonami "na żywo" od słuchaczy. Sytuacja, w której każdy mógł publicznie powiedzieć, co sądzi na temat pogody, piosenki czy wicepremiera, napędzała niezwykłe zainteresowanie wśród słuchaczy.

Myślę, że z tego samego patentu skorzystali Grzesiek i Tomek. Nie przypominam sobie, aby w ówczesnej telewizji...

Króciutko się wtrącę i dopowiem, że startowaliśmy w styczniu 2005 roku.

...aby w ówczesnej telewizji funkcjonował program, w którym widz mógłby zadzwonić i przedstawić swoją wizję świata. A już żeby komentować wydarzenia polityczne? Nie do pomyślenia.

Przecież Grzesiek i Tomek zaczynali w radiu, to był ich naturalny krwiobieg i oni po prostu zrobili radio w telewizji. Na żywo, z mniejszym namaszczeniem i powagą, niż przewiduje to norma porządnej stacji informacyjnej. A to, że nic się nie dało cofnąć czy zmontować, tylko przyciągało widzów przed ekrany.

Druga kwestia - "Szkło" trafiło w swój czas. Z dzisiejszej perspektywy trudno sobie to wyobrazić, ale już w 2005 roku ludzie byli potwornie zniesmaczeni polityką. Mało kto to dziś pamięta, ale to był czas "afery starachowickiej". Tak dla przypomnienia - poseł SLD zawiadomiony przez wiceministra spraw wewnętrznych ostrzega kolegów przed aresztowaniami. Widzowie dostali miejsce, w którym mogli to swoje zniesmaczenie wykrzyczeć. Owszem, może nie zawsze mądrze czy subtelnie, ale na pewno szczerze i w zgodzie ze swoimi odczuciami czy emocjami.

Wreszcie trzecia rzecz - konwencja. Założenie było i nadal jest takie, abyśmy bardziej się śmiali, niż płakali; jasne, jeśli pojawia się sprawa poważniejsza, będziemy mówili w tonacji bardziej serio, ale ogólnie mamy wypuszczać powietrze z balona.

I w 2005 roku nie brakowało olbrzymiego politycznego nadęcia, i teraz też go nie brakuje. U wielu polityków funkcjonuje przekonanie, że razem ze zdobytym mandatem niejako z automatu przychodzi majestat. I jeśli tych polityków potraktujemy z przymrużeniem oka, będziemy ich z tego wyobrażonego majestatu obdzierali, tym chętniej ludzie włączą telewizor.

Dobrze, ale czy po siedemnastu latach nie znudziło ci się to obdzieranie majestatu? Przecież w swojej działalności estradowej - czy to w piosenkach, czy w konferansjerce - o polityce mówisz albo w ilościach homeopatycznych, albo wręcz wcale.

Zauważyłem, że czasami na moje występy przychodzą ludzie, którzy kojarzą mnie tylko ze "Szkła". Nic nie wiedzą ani o piosenkach, ani o tym, jaki charakter mają te koncerty. Po występie przychodzą, owszem, zadowoleni, ale też pojawiają się uwagi w stylu: "Panie Arturze, ale myśmy się spodziewali, że pan będzie tu na PiS nadawał, a tu nic". Odpowiadam wtedy, zresztą zgodnie z prawdą, że ta jedna godzina w tygodniu w zupełności wyczerpuje i zaspokaja moją potrzebę mówienia o polityce. Powiem więcej - chciałbym, aby podczas moich występów ludzie o polityce zapominali, aby się od politycznej codzienności oderwali.

Trochę to wynika z mojego postrzegania świata - naprawdę zamiast kolejnego nieudanego przemówienia obojętnie jakiego polityka bardziej bawi mnie dostrzeżone hasło reklamowe jednej z cukierni - uwaga! autentyk! - "Francuska jagodzianka ze śliwką!". Ciekawe, jakim hasłem reklamowaliby śliwowicę!

Podejrzewam, że wielu czytelników tej książki czeka na twoje wspomnienie o Marii Czubaszek. Znałeś ją najlepiej z redakcji "Szkła", jeździliście wspólnie na jej wieczory autorskie, napisaliście dwie książki, była twoją serialową matką w "Spadkobiercach", a już o licznych kabaretowych występach czy festiwalach nie wspomnę. Jak byś określił łączącą was relację?

Pewnie byliśmy zaprzyjaźnieni. Celowo używam słowa "pewnie", ponieważ Marysia miała dużą niechęć do używania wielkich słów. To z pewnością nie był typ kobiety, która dzwoni tylko po to, aby wyznać: "O mój ty kochany przyjacielu, nawet nie wiesz, jak się za tobą stęskniłam!".

Wielkie słowa czy patetyczne wyznania w ogóle jej nie pasowały, były mocno obce. Marysia w cudownie komiczny sposób rozmawiała na przykład o miłości. Pytała swojego męża, Wojciecha Karolaka: "A ty mnie w ogóle kochasz?", na co Wojtek z takim samym entuzjazmem odpowiadał: "A co cię mam nie kochać?!".

Poznaliśmy się w radiu i bardzo szybko nasza znajomość wyszła poza ramy zawodowe.

Ona w ogóle dziewięćdziesiąt dziewięć procent znajomości zawierała w pracy; praca była dla niej bardzo ważna. Bo z pracy się utrzymywała. A w pewnym momencie i się, i męża. Zdaję sobie sprawę, że żyje na świecie mnóstwo ludzi, dla których pisanie to w ogóle nie jest żadne poważne zajęcie, a już na pewno nie sposób tego nazwać pracą, ale dla Marysi to była praca. Oczywiście potrafiła to swoje pisanie nazywać "głupotami", twierdziła, że pisze to Przybora, a nie ona. Na szczęście dla nas, tych wszystkich, którzy lubili jej pisanie - pisała.

W ogóle nie zdawała sobie sprawy, jak mocno jest uwielbiana przez ludzi...

Skąd się to uwielbienie brało?

Rzecz jasna to będzie tylko moje przypuszczenie, ale ludzie chcieli się z nią spotykać i słuchać, co ma do powiedzenia, kupowali jej książki czy przychodzili na występy, bo Marysia przed kamerą czy w radiowym studiu była dokładnie taka sama jak w życiu. Cudownie nieogarnięta, niezorganizowana, z mnóstwem kapitalnych powiedzonek czy anegdotek; a jeszcze błyskotliwa i bezkompromisowa w swoich sądach.

Miała też olbrzymi dar autoironii. Kiedy po wydaniu pierwszej książki zaczęliśmy jeździć na wieczory autorskie, była przekonana, że absolutnie nikt nie będzie na nie przychodził. A na widok sali wypchanej po brzegi ludźmi stała zdenerwowana za kulisami, odpalała papierosa od papierosa i mówiła: "Oni wszyscy przyszli tylko po to, żeby sprawdzić, czy na żywo jestem dokładnie tak samo stara jak w telewizji!".

Tu ciekawostka - o ile Marysi w ogóle nie tremowały kamera czy radiowy mikrofon, o tyle przed spotkaniem z żywą widownią truchlała ze strachu, a konkretniej mówiła: "ze strachu dostałam zeza!". Przy czym u niej mechanizm obronny przed tremą objawiał się tak, że już na scenie, przed widownią dostawała słowotoku. Niekończący się ciąg historii, przeskakiwanie z dygresji w dygresję, po prostu totalny odjazd.

Na początku jeździłem na te spotkania razem z nią w charakterze prowadzącego, ale po pewnym czasie uznałem, że to zupełnie bez sensu, bo podczas dwugodzinnego spotkania przebijałem się tylko z "Dobry wieczór państwu!" i "Dobranoc państwu!".

Trzeba było jedynie zadbać o to, aby Marysia trafiła do konkretnego miasta pod wskazany adres - nie zawsze to się udawało bez problemów - a już o przebieg spotkania można było być spokojnym.

I przy tym swoim nieogarnięciu, braku jakiegokolwiek zainteresowania kwestiami doczesnymi ona ogarniała takie kwestie, jak utrzymywanie domu, płacenie rachunków i tak dalej, bo jej mąż - wybitny muzyk jazzowy - owszem, był bezdyskusyjnie wybitnym muzykiem, ale jazzowym. A do tego określenia słowo "pieniądze" równie wybitnie nie pasuje.

Jaka była w trasie koncertowej? Stare branżowe powiedzonko estradowców głosi, że jak chcesz kogoś naprawdę poznać, zabierz go na trzy dni do busa i będziesz wiedział absolutnie wszystko.

Wulkan energii, zwłaszcza tej towarzyskiej. Cały czas coś zabawnego opowiadała. Ciekawostka - niemal w ogóle nie spała; czyli jeśli dobrze rozłożyło się dyżury wśród reszty ekipy, Marysia miała zawsze słuchacza, a to było dla niej niezwykle istotne.

W podróży kapitalny kompan, miała tych swoich historyjek setki, łatwość dowcipkowania i wymyślania śmiesznych powiedzonek, które zresztą później chętnie wykorzystywała czy na spotkaniach z widzami, czy w "Szkle".

Ty ściągnąłeś Marię Czubaszek do "Szkła"?

To był pomysł Grześka Miecugowa, który zadzwonił do mnie spytać, co o tym sądzę. Oczywiście, byłem za, bo Marysia to był totalny odjazd, taki pozytywny freak i od razu wiedziałem, że to będzie solidne wzmocnienie ekipy. Wiedziałem też, że Marysia jest fanką "Szkła", więc na początku zareagowała entuzjastycznie, a potem pięć razy do mnie dzwoniła, że chyba jednak zrezygnuje, bo nie da rady.

Tu kolejna ciekawostka - do końca życia bała się Grzegorza Miecugowa. Autentycznie! Miała go za groźnego dyrektora i poważnego intelektualistę. Bardzo go podziwiała, zwłaszcza za cykl telewizyjnych rozmów "Inny punkt widzenia". Ten podziw przerodził się w respekt tak duży, że na przykład bała się do niego zadzwonić z prośbą o przełożenie dyżuru w "Szkle". Marysia miała w tamtym czasie niezwykle wypełniony kalendarz, dużo jeździła po Polsce, więc często terminy się na siebie nakładały i musiała z występów w "Szkle" rezygnować. Zatem dzwoniła do mnie i prosiła: "Weź zadzwoń w moim imieniu do pana Grzegorza i mnie zwolnij, bo na mnie to się zdenerwuje i w ogóle wyrzuci!". Czyli, w największym skrócie, załatwiałem Marysi zwolnienia ze "Szkła". (śmiech)

OK, podejrzewam, że na anegdotach o Marii Czubaszek moglibyśmy dojechać do końca tej rozmowy, a tu jeszcze kilka istotnych wątków do poruszenia, choćby kwestia tak zwanych piosenek z tekstem. Pytam bez grama ironii czy szyderstwa: czujesz się spadkobiercą tych największych polskich tekściarzy? Pójdę na łatwiznę i wymienię wielką czwórkę: Osiecka, Młynarski, Przybora i Kofta.

Na pewno nie do mnie należą takie oceny. Jasne, bardzo bym chciał, żeby ktoś kiedyś o mnie powiedział, że "był spadkobiercą mistrzów", których przed chwilą wymieniłeś. Nie w sensie dosłownym spadkobiercą, chociaż... po chwili zastanowienia... mógłbym być i spadkobiercą w sensie dosłownym. Nie obraziłbym się.

Kto by nie chciał! A już nasi doradcy bankowi skakaliby z radości. Ale pytam o kwestie artystyczne.

Hmmmm.... Nie mam w ogóle poczucia, że nie wypada powiedzieć: "W swoim pisaniu wzoruję się na Wojciechu Młynarskim!". Nie jest dla mnie wstydliwe stwierdzenie, że chciałbym napisać taką piosenkę, a najlepiej kilka lub kilkadziesiąt, którą śmiało by można postawić obok tekstów Młynarskiego. To nie jest powód do wstydu. Ja właśnie chciałbym pisać na poziomie Osieckiej, Młynarskiego czy Przybory.

Oczywiście, nigdy o sobie nie powiem, że jestem ich spadkobiercą, ale zawsze chętnie przyznam, że moje pisanie wzięło się z zachwytu nad ich dokonaniami; ja tą twórczością nasiąknąłem i trwam w pełnym podziwie do dzisiaj.

O ile, rzecz jasna, ocena piosenki w ostatecznym rozrachunku zawsze należy do słuchacza, tak jednego jestem pewien już teraz - na pewno nigdy nie dogonię wyżej wymienionych artystów w kwestii twórczej płodności. Oni nie tylko pisali świetnie, oni pisali też bardzo dużo.

Tu istotne zastrzeżenie, niby banalne, ale warto je wyrazić - żyjemy w zupełnie innych czasach. Mam tu na myśli prędkość i - tak to ujmę - powierzchowność. Jeremi Przybora na napisanie jednego odcinka "Kabaretu Starszych Panów" miał pół roku. Nie robił w tym czasie nic innego; siedział przy biurku i cyzelował, szlifował, zmieniał, dopieszczał. Wiadomo z jakim efektem. Natomiast odnoszę wrażenie, że wielu ludziom tworzącym dzisiaj ten współczesny pośpiech, że to musi być zrobione "na już", zabiera, tak na oko, połowę jakości. Aby była jasność - to nie jest też tak, że wystarczy zamknąć się w domu na pół roku i będzie się pisało jak Jeremi Przybora.

Nie chcę, aby zabrzmiało to jak tęsknota za poprzednim systemem, bo z pewnością za nim nie tęsknię, ale działały wtedy instytucje - telewizja, radio czy estrada - które zgłaszały się do autorów z propozycją: "Proszę nam przygotować program autorski, za miesiąc chętnie poznamy konspekt, za trzy miesiące gotowy scenariusz, a za pół roku będziemy to realizować". I człowiek, który miał pół roku spokoju, zajmował się tylko tym projektem, po prostu pisał lepsze rzeczy. Sporo więcej z tego zostawało. Teraz pisze się bardziej z doskoku, niejako przy okazji, bo musi być napisane. I to, niestety, często słychać.

Jesteś tekściarzem do wynajęcia? Można sobie zamówić piosenkę autorstwa Artura Andrusa?

Zależy, kto zamawia. Jeśli jest to na przykład Alicja Majewska, Dorota Miśkiewicz czy Monika Borzym, robię to z przyjemnością. Świetne w fachu tekściarza jest to, że możesz spróbować popatrzeć na świat czyimiś oczami, jego wrażliwością, a później starać się to, co zobaczyłeś, jak najzgrabniej ubrać w słowa.

Dobrze obrazuje to historia początku naszej współpracy z Moniką Borzym. Oto tej znakomitej wokalistce jazzowej zaproponowano sesję w "Playboyu". Przy czym trzeba wiedzieć, że Monika nie jest klasycznym szczuplutkim króliczkiem z rozkładówki. I wydarzyła się mała sensacja, bo kobiety, które mają szczęście mieć odrobinę większy rozmiar, podchodziły do Moniki na ulicy z podziękowaniami, że to zrobiła, że odważyła się pokazać piękno tego odrobinę większego ciała i udowodniła, że w ogóle nie trzeba się go wstydzić. Monika była pod wielkim wrażeniem reakcji, jaką wywołała, i wymyśliła sobie, że chciałaby o tej sytuacji śpiewać. Ponieważ od lat przyjaźnią się z kompozytorem Łukaszem Borowieckim tworzącym też muzykę do moich tekstów, wybór padł na mnie. I na podstawie zdjęć Moniki z tego niegdyś bardzo popularnego magazynu dla panów napisałem piosenkę "Takie ciało".

O, a teraz mi się przypomniało, że Marysia Czubaszek też miała sesję w "Playboyu". Wiedziałeś?

Nie miałem pojęcia! O matko! Rozbieraną?

Nie. Wręcz przeciwnie. Bardzo ubraną. Marysia była w czarnym worku, wystawały jej tylko głowa, ręka i papieros. I w takim stroju zrobili jej kilka pięknych fotek.

Jak efekt?

Druzgocący. Zwłaszcza że cała sesja odbywała się na cmentarzu Powązkowskim. Potem w "Szkle" Tomek Sianecki zahaczył mnie o tę sesję i zapytał, czy widziałem, że pani Maria miała sesję w "Playboyu". Odpowiedziałem, że widziałem, na co Tomek dorzucił, że jednak nie była to rozkładówka. Zwróciłem mu uwagę, że używanie w kontekście tej sesji określenia "rozkładówka" jest co najmniej grubym nieporozumieniem. Marysia słyszała tę naszą rozmowę na antenie i bardzo jej się podobała.

Nie brnijmy, bo kilka makabrycznych żartów już mam na końcu języka... Wróćmy do piosenek, którymi zajmujesz się na co dzień. Czy to jest działalność niszowa?

Z pewnością, z tym że taka nisza, jaką mam, w zupełności mi odpowiada. Na występy przychodzi regularnie po kilkaset osób; zdarza mi się organizować występy specjalne, na przykład z udziałem orkiestry smyczkowej, gdzie potrafimy wypełnić salę ICE w Krakowie czy dwukrotnie z rzędu wyprzedać warszawski teatr Roma. To mi absolutnie wystarcza.

Jasne, są koleżanki i koledzy, którzy wypełniają stadiony - weźmy chociaż fenomen Dawida Podsiadły - ale naprawdę nie mam powodu do narzekań. Chociaż raz wypełnić stadion by się marzyło. Ale może się uda? Andrzej Poniedzielski obiecał, że dla siebie i swoich kolegów z kręgu tej niezbyt masowej piosenki wybuduje na swojej działce taki stadion na sześćdziesiąt osób. Żeby każdy miał satysfakcję, że wypełnił stadion.

Natomiast zdarzają się sytuacje, że ta piosenka z tekstem - nie mówię o swoich dokonaniach, mówię o gatunku - jest niebywale uhonorowana czy doceniona. Opole, rok 2015, przygotowujemy koncert z okazji jubileuszu Polskiego Radia. Pojawia się szalony pomysł, abym ten wieczór rozpoczął radosną wiązanką swoich hitów typu: "Piłem w Spale" czy "Cyniczne córy Zurychu", a później całość poprowadził. No i niezwykle zadowolony z siebie schodzę z próby, siadam na ławeczce i patrzę na kolejnych wykonawców. A tam Alicja Majewska, Zbigniew Wodecki, długo by wymieniać, no śmietanka po prostu, sami wielcy. Zatem biegnę spanikowany do reżysera i tłumaczę, że absolutnie nie ma mowy, abym to ja zaczynał. Owszem, mam do siebie szacunek, ale jeszcze większy do kilku innych. No po prostu nie wypada, aby koncert z okazji bodajże dziewięćdziesięciolecia Polskiego Radia zaczynał się od "Piłem w Spale, spałem w Pile". Gorączkowe narady, zmiany w scenariuszu i ten wieczór zaczynają Alicja Majewska ze Zbigniewem Wodeckim od "Lubię wracać tam, gdzie byłem już". I robią to tak, że opolska publiczność, przyzwyczajona raczej do innych form rozrywki, najpierw zamiera w zachwycie, a potem są długie nieprzerwane owacje.

Podczas tego samego koncertu Alicja Majewska zdecydowała się na bardzo ryzykowną rzecz. Dla opolskiej widowni spragnionej mocnych wrażeń i szalonej zabawy, ewentualnie marzącej o kiełbasce z grilla i zimnym piwie, zaśpiewała na koniec swojego występu, tylko przy skromnym akompaniamencie fortepianu, "Piosenki, z których się żyje" Młynarskiego i Korcza. I znów to samo - najpierw wszyscy wstrzymują dech, potem nagradzają owacjami. Dobra piosenka z dobrym tekstem po prostu się obroni.

Czyli jeśli wziąć pod uwagę fakt, że mogłem zaśpiewać na początek koncertu w Opolu, ale resztki rozumu kazały mi się wycofać i zadbać o to, żeby zaczęli Wodecki z Majewską, mogę z dumą powiedzieć, że moim największym sukcesem w Opolu jest to, czego udało mi się nie zaśpiewać.

Widzisz swoich następców? Młodych ludzi, którzy - tak jak ty chcesz się wzorować na Młynarskim czy Przyborze - chcą pisać jak Artur Andrus?

Mam nadzieję, że jeszcze za wcześnie na mówienie o następcach, to po pierwsze.

Natomiast widzę całe mnóstwo kolegów, którzy piszą naprawdę świetne rzeczy utrzymane w podobnym lub choćby delikatnie zbliżonym klimacie. Cały czas działają ludzie w kręgu "poezji śpiewanej", na festiwalach kabaretowych pojawiają się grupy zajmujące się piosenką kabaretową. Z tym że nie chodzi o to, aby oceniać stopień podobieństwa do moich tekstów, tylko żeby ich twórczość była oryginalna i jak najlepsza. Moim zdaniem jest.

Problem leży zupełnie gdzie indziej - oni nie mają się gdzie ze swoją twórczością pokazać. Są skazani na wegetację gdzieś na obrzeżach internetu, ich publiczność nie jest na tyle otrzaskana z siecią, aby sobie usiąść i znaleźć dokładnie to, czego szuka, a tak zwane główne nurty w ogóle nie są zainteresowane promocją czy pokazywaniem ich twórczości.

Właśnie o tego rodzaju niszę pytałem przed chwilą. Nowe piosenki, a i owszem, powstają, ale tak naprawdę nikt nie wie, czy one są dobre, średnie czy słabsze, bo naprawdę mało kto o nich słyszał. Twoja nisza to jednak coś ciut innego.

Miałem to szczęście, że zaczynałem w momencie, kiedy można się było pokazać widowni ogólnopolskiej. Ktoś taki jak Krzysztof Jaślar zaproponował mi współpracę przy telewizyjnym programie "Kraj się śmieje", do którego raz na miesiąc miałem napisać piosenkę. Muzykę akurat przypadkowo komponował Włodzimierz Korcz. Czyli w warstwie muzycznej miałem gwarancję przeboju za przebojem. Przez kilka lat ludzie się trochę ze mną opatrzyli, zaczęli kojarzyć nazwisko i rozpoznawać twarz.

Nie bez znaczenia jest też moja wieloletnia praca w radiowej "Trójce". Cechą charakterystyczną tej nieistniejącej już stacji było to, że może samo pojawianie się na antenie nie zapewniało gigantycznej popularności, ale pozwalało mocno przywiązać do siebie słuchacza. Jeśli "trójkowy" słuchacz cię zaakceptował, zaczynał traktować jak swojego, to nawet jeśli odszedłeś z radia, on przy tobie zostawał. Chodził na występy, kupował książki i regularnie śledził działalność. To trwa do dzisiaj - na każdym spotkaniu autorskim zawsze pojawia się przynajmniej jedno pytanie o starą "Trójkę", teraz oczywiście głównie z tego powodu, że stacja została zniszczona i ludzie proszą albo o wspomnienia, albo o możliwość odbudowy.

Zauważyłem, że moja publiczność pochodzi z trzech źródeł - słuchacze dawnej "Trójki", widzowie "Szkła" i widzowie telewizyjnych kabaretonów. I to się składa na całkiem przyzwoitą niszę.

To zahaczę jeszcze o telewizyjne kabaretony. Udzielasz się jeszcze na tym polu, śledzisz rynek kabaretowy w Polsce? Mam wrażenie, że widz już cię tam nie spotka.

Cóż, kiedyś zapraszali częściej, teraz rzadziej. Nie narzekam, to jest chyba naturalny proces, zwłaszcza w telewizyjnej rozrywce - jak się pojawia ktoś nowy i młodszy, to się z tego bardziej opatrzonego rezygnuje. Na szczęście mam kilka innych zajęć, które mi tę lukę wystarczająco wypełniają.

Kabaretów oglądam znacznie mniej niż kiedyś; najczęściej gdzieś na jakimś festiwalu, na którym gram albo prowadzę koncert, chętnie spojrzę na tych, którzy swoją przygodę zaczynają. Niestety, pandemia bardzo mocno się po młodych kabaretach przejechała, życie festiwalowe na dłuższy moment zamarło, a przecież konkursy to w sumie jedyna droga dla debiutantów, aby się w tym środowisku pokazać.

Obaj pamiętamy czasy lat 90. czy pierwszej dekady nowego wieku, w którym już nie tylko zdobycie nagrody, ale samo pojawienie się w konkursie na Pace czy Biesiadach Humoru i Satyry w Lidzbarku dawało możliwość podróżowania po kraju z koncertami. Funkcjonowało sporo małych, kameralnych scen - sam przez kilka lat prowadziłem taką w warszawskiej Harendzie - gdzie jeszcze te nieopatrzone kabarety miały dla kogo grać; to dawało im, szumnie zabrzmi, sens istnienia. Kabaret bez widowni po prostu nie istnieje.

Co gorsza, w przypadku kabaretu nie sprawdza się coś takiego jak internet. Owszem, niektóre skecze mają kilkumilionowe odsłony i świetnie; ale to niestety nijak nie przekłada się na frekwencję podczas koncertów. Zdaje się, że to dobrze działa w przypadku stand-upu, ale w przypadku typowego kabaretu - średnio. A może kabaret wchodzi w etap ciekawostki z poprzedniego wieku? Dostałem już kiedyś propozycję zagrania w ramach Nocy Muzeów, więc może trzeba się z tym pogodzić? Zresztą dobre muzeum to nic złego.

Ostatni wątek - Polska A.D. 2021 według Artura Andrusa?

Naprawdę?

Łatwiejsze pytania już były.

Hmmm... To nie jest żadna kokieteria, ale na polityce znam się na poziomie "Artur Andrus idzie na wybory". Jasne, oglądam programy informacyjne, śledzę serwisy, ale nie po to, żeby analizować newsy, tendencje i poszczególne nurty czy spierać się z autorytetami, tylko żeby wiedzieć, na kogo głosować. Przy czym bez bicia przyznaję, że parę razy się w swoich wyborach mocno pomyliłem. I choćby z tego względu nie chciałbym, aby ktoś brał moje polityczne oceny na poważnie.

Tak też traktuję swoje występy w "Szkle" - trochę jak rozmowę o politykach u cioci na imieninach. Chociaż nie, wróć, teraz u cioci nie gada się o polityce, bo to grozi solidną awanturą. W "Szkle" przynajmniej się nie kłócimy. Natomiast nie jesteśmy - i niech tak zostanie - ekspertami. Przynajmniej ja nie jestem. Nie wiem, jak inni koledzy.

Jeśli miałbym powiedzieć kilka słów poważniej, to cóż, nie jestem optymistą i to nie tylko jeśli chodzi o Polskę, ale też o Europę i świat. Naprawdę nie idziemy w fajnym kierunku; patrzę, jak populiści umacniają swoją pozycję w wielu krajach i z jaką łatwością im to przychodzi. Trzeba po prostu obiecać więcej. I już. I to działa. Dlatego mój pomysł na politykę jest taki, że kandydat myślący o sukcesie powinien ogłaszać swój program jako ostatni i obiecać o te trzysta złotych więcej niż przedostatni.

No i mamy piękną, słodko-gorzką puentę na koniec.

Oczywiście ja to mówię w formie żartu, ale obawiam się, że ktoś wykorzysta. Nie takie słabe żarty stawały się smutną rzeczywistością.

Błyskawicznie skradła serca widowni "Szkła". Jeśli cała polska nauka miałaby jej inteligencję, mądrość, urok, błysk w oku, dystans i poczucie humoru, to minister Czarnek nie zdołałby niczego popsuć. Pan Bóg nierówno dzieli talenty, trzeba się z tym pogodzić, ale w jej przypadku był wyjątkowo, naprawdę wyjątkowo szczodry. I trzeba przyznać, że akurat tu się nie pomylił i ani trochę nie przeinwestował. Wczytajcie się w jej słowa, bo warto. Przed państwem jedyna czynna naukowczyni w tym gronie: doktor filozofii

KATARZYNA KASIA
 
 
PRAKTYCZNE ĆWICZENIE UMIEJĘTNOŚCI, KTÓRYCH NAUCZAM
Żadnej tremy?

Bez przesady, stremowana bywam potwornie. Z tym że ze mną jest tak, że bardzo lubię swoją tremę, lubię ten stan. Przed ważnym wystąpieniem pojawia się u mnie charakterystyczny strzał adrenaliny pod tytułem "Nie podchodź do mnie, bo będę bardzo nieprzyjemna!". Pewnie przed swoimi występami na scenie masz tak samo?

Nawet nie wiesz jak bardzo. Określam ten stan jako "syndrom lwa biegającego w ciasnej klatce chwilę przed wybiegnięciem na arenę w celu pożerania niesfornych chrześcijan".

U mnie jest inaczej - ten lew nie jest biegający, tylko usypiający. Mnie się po prostu bardzo chce spać. Dlatego ludzie często odbierają mnie jako osobę do przesady wręcz wyluzowaną czy spokojną. Nic z tych rzeczy. To jest głębokie i mocne skupienie. Ale kiedy zaczyna się program, pojawia się czerwona lampka w kamerze, to adrenalina wybucha i nagle okazuje się, że wiesz i mówisz rzeczy, o których nawet nie wiedziałeś, że je wiesz.

Mój tata zawsze powtarzał, że tego typu stres jest czymś dobrym, że warto go oswoić i polubić, chociaż to absolutnie nie jest miłe uczucie.

Gdyby pięć minut przed programem ktoś mi powiedział, że zaraz będę siedziała na fotelu i sobie w najlepsze żartowała przed kamerą, a jeszcze to będzie szło na żywo, no to raczej bym nie uwierzyła. A dzięki skupieniu i adrenalinie tak się dzieje.

Jeszcze jedna rzecz, o której koniecznie chciałam wspomnieć - jestem w "Szkle" od trzech lat i uwielbiam, po prostu uwielbiam te chwile przed programem, gdy w charakteryzatorni siedzimy i plotkujemy z naszymi cudownymi koleżankami i kolegą od fryzury i makijażu. Tych osób nie widać na ekranie, ale dzięki temu, jak one podchodzą do swoich obowiązków, jak z nami rozmawiają i - nie waham się tego powiedzieć - jak się nami opiekują, kilka minut później przed kamerą jest dużo łatwiej i sympatyczniej.

Jeden z widzów napisał na Facebooku, że pojawienie się doktor Katarzyny Kasi w "Szkle Kontaktowym" to - uwaga! - redakcyjny transfer stulecia. Przybliżysz kulisy tego transferu?

Historia jest krótka i prosta. Napisał do mnie Grzegorz Markowski, że warto byłoby się spotkać, bo ma ciekawy temat do obgadania. Spotkaliśmy się, opowiedział mi o "Szkle"...

Zaraz, zaraz... Nie słyszałaś o nas wcześniej?

Powiem szczerze, że nie bardzo. Oglądałam może kilka razy. Podczas spotkania Grzesiek zaproponował, abym spróbowała usiąść przed kamerą. Bardzo mnie ten pomysł ucieszył, bo - nie ukrywam - nazbierało się we mnie całe mnóstwo złośliwości czy sarkazmu, a jeśli człowiek za długo takie uczucia kumuluje w środku, to grożą mu smutek, złe samopoczucie czy nawet depresja.

Zatem okazja z gatunku nie do odrzucenia. Pamiętam pierwszy program - bawiłam się świetnie, to było mocno spontaniczne, bez żadnych długich przygotowań i bez powstrzymywania się, że tego czy tamtego powiedzieć w telewizji nie wypada...

Później miałam program z Tomkiem Sianeckim, a po bodajże trzeciej czy czwartej wizycie w studiu - tym razem komentowałam z Wojtkiem Zimińskim - dostałam od Wojtka TVN-owski identyfikator wraz z zaproszeniem, żebym dołączyła do zespołu na stałe.

Nie bałaś się, że po przejściu do "Szkła" ucierpi twój prestiż akademickiej wykładowczyni?

Niby dlaczego miałby ucierpieć?

Zaczniesz być kojarzona z kabareciarzami czy stand-uperami; zaczną się uwagi o błaznowaniu i heheszkowaniu ku uciesze szerokich mas publiczności. Niby nie prowadziłem badań, ale podejrzewam, że nie są to najmocniejsze karty w świecie nauki.

A wiesz, że nigdy mi takie myśli nie przyszły do głowy? Na uczelni spotykały mnie wyłącznie miłe reakcje. Nikt mi nigdy nie powiedział: "Przestań się wydurniać w tej telewizji, to nie przystoi, uchybiasz powadze akademickiej społeczności!".

Więcej, zauważyłam, że teraz łatwiej mi nawiązywać bliższe relacje z koleżankami czy kolegami z uczelni. Ostatnio koleżanka zaczepiła mnie słowami: "Nigdy bym nie przypuszczała, że jesteś taka fajna i zabawna! Że takie śmieszne rzeczy opowiadasz!". A znamy się od kilku dobrych lat.

Bardzo możliwe, że ta akceptacja wynika z faktu, że wykładam na uczelniach artystycznych, a one mają swoją specyfikę.

Aaa, to może wśród koleżanek i kolegów pojawia się jeśli nie zazdrość, to przynajmniej prośby w stylu: "Ej, Kaśka, a może mi byś tam załatwiła jakiś występ w tej całej telewizji? Też mam niezłe poczucie humoru!"?

Na szczęście jeszcze nie. Moje koleżanki i koledzy to w zdecydowanej większości praktykujący artyści, bo trudno wyobrazić sobie nauczyciela rzeźby, który sam nie rzeźbi, czy profesorkę malarstwa znającą malarstwo jedynie z teorii. Dla naszej kadry praca akademicka to element większej układanki.

Podobnie postrzegam swoje występy w "Szkle Kontaktowym" czy w ogóle w mediach - to jest praktyczne ćwiczenie tych umiejętności, które wykładam studentom.

O, to ciekawe. Mogłabyś rozszerzyć?

Uczę filozofii. A filozofia, wbrew pozorom, jest nauką o zaangażowaniu i o działaniu publicznym; ewentualnie o świadomej rezygnacji z takiego działania na rzecz własnego osobistego szczęścia. Dla moich studentów pewnego rodzaju szokiem może być, że ich pani doktor z uczelni po godzinach wygłupia się w telewizji, ale udział w programie powoduje, że znacznie łatwiej rozmawiać nam na tematy, których nigdy wcześniej nie poruszaliśmy. Wyczuwam wobec siebie dużo większą otwartość, traktują mnie troszkę jak znajomą, skrócił się dystans... W mojej pracy to bardzo pomaga. Łączenie tych dwóch światów - akademickiego i medialnego - okazało się, paradoksalnie, bardzo korzystne.

Przyznaję bez bicia - kiedy usłyszałem, że nową komentatorką "Szkła" będzie doktor filozofii Katarzyna Kasia, dawałem ci góra trzy programy. Myślałem, że w fotelu siądzie poważna naukowczyni, zacznie żartować na poziomie "adiunkt plus" i właśnie po trzech programach sama dojdzie do wniosku, że to jednak nie jest jej formuła. A ty po trzech programach rozbiłaś bank - liczba entuzjastycznych komentarzy w internecie i w prywatnych rozmowach tudzież próśb o "przekazanie pozdrowień dla pani doktor Kasi" zdecydowanie wykracza ponad przeciętną. Stałaś się popularna?

Przede wszystkim w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że "Szkło" to nie tylko program, ale przede wszystkim funkcjonująca wokół społeczność. Odkrywam z wielką radością, że jest spora grupa ludzi, dla których ten program ma wartość formacyjną. I, co cieszy jeszcze bardziej, ta grupa jest mocno zróżnicowana. Są osoby starsze, są bardzo młode, na przykład moi studenci regularnie oglądają "Szkło".

Szczerze wzruszają mnie sygnały, które od nich dostaję...

Na przykład?

Na przykład, kiedy jestem w programie i czytam na pasku SMS-a: "Pani Doktor, w razie czego prosimy o reasumpcję egzaminu!". Niby drobiazgi, ale bardzo sympatyczne.

"Szkło" wywołuje mocne reakcje; oczywiście, podchodzą nieznajomi ludzie, żeby zagadać, pozdrowić, pomachać w ich stronę z ekranu, natomiast dla mnie największym zaskoczeniem jest, jak wiele osób z kręgów akademickich czy artystów z olbrzymim dorobkiem nas ogląda. I zdarza mi się słyszeć, że to jest ich "ulubiona dobranocka" czy "stały element wieczoru".

Inny charakterystyczny obrazek - mieliśmy spotkanie kadry na uczelni, które przeciągało się w nieskończoność, i mój były rektor ni stąd, ni zowąd zwrócił się do zebranych z apelem, abyśmy szybciej kończyli, bo pani doktor Kasia musi się wyspać, gdyż ciężko pracuje późnymi wieczorami! (śmiech)

I - mówię zupełnie szczerze - ani razu nie spotkało mnie nic niemiłego.

Zadam pytanie, na które niby znam odpowiedź, ale ponieważ wielu pyta, więc wyjaśnijmy sobie raz a dobrze: czy z Grzegorzem Markowskim przygotowujecie sobie szczegółowy scenariusz każdego programu; zaznaczacie, w której minucie pada jaki dowcip i kto go mówi?

Rzeczywiście, wielu pyta. Zawsze z Grześkiem z niezwykle poważnymi minami odpowiadamy wtedy, że scenariusz powstaje tydzień przed programem, uczymy się kwestii co do przecinka, mamy długie próby i że to potwornie mozolna praca. Ci bardziej inteligentni łapią się na rozbieżności - "Jak to scenariusz jest gotowy na tydzień przed, skoro omawiacie wydarzenia sprzed kilku godzin...". Ale kilku ze zrozumieniem potakuje, ciężko wzdycha i prawie nam współczuje.

A ciut poważniej - czasem zdarza się, że jest jakiś przygotowany wcześniej pomysł towarzyszący całej audycji. Na przykład raz z Wojtkiem Zimińskim, z oczywistych względów, wystąpiliśmy z otwartymi parasolkami. A kiedy z Grześkiem wypadł nam dyżur w Wielką Niedzielę, to przebraliśmy się za króliczka i kurczaczka, z tym że przez cały czas mieliśmy kamienne twarze i ani razu nie nawiązaliśmy do naszych strojów.

Idźmy dalej - kiedy kończyła się kadencja profesora Adama Bodnara, wydrukowaliśmy sobie koszulki z jego zdjęciem i hasłem "Mój rzecznik". Historia ma swój dalszy ciąg - napisała do mnie i do Grześka żona profesora z podziękowaniami; dodała, że profesor przez cały program miał w gardle gulę ze wzruszenia. Później odezwał się sam profesor Bodnar i z wrodzoną skromnością stwierdził, że nie jest żadną ikoną, niemniej bardzo dziękuje za ten gest. Oczywiście podziękowania należą się nie nam, tylko profesorowi. Wiadomo za co.

No dobrze, a performance z haftowaniem?

Byłam tak wściekła, tak zła, że po prostu musiałam jakoś zareagować. A jednocześnie czułam, że same słowa to stanowczo za mało, w końcu ile można gadać, naśmiewać się czy szydzić, skoro to i tak nie przynosi żadnego rezultatu. Kiedy usłyszałam o tym idiotycznym "pielęgnowaniu cnót niewieścich", chwyciłam należący do córki pojemnik z przyborami do szycia, pojechałam do studia i na oczach widzów i rozbawionego Tomka Sianeckiego wyhaftowałam błyskawicę.

Przed chwilą powiedziałaś, że większość naszych komentarzy, szyderstw czy dowcipów nie przynosi wymiernych czy wręcz żadnych rezultatów. Ot, prowadzący z komentatorką trochę sobie pogadają, pożartują, posłuchają dzwoniącego widza, puszczą filmik, ale życie toczy się dalej bez zmian. Zdarza ci się czasem mieć - toutes proportions gardées - poczucie sprawstwa?

Tak, co tydzień w niedzielę, kiedy "Szkło" pośredniczy w znalezieniu domu dla psa ze schroniska. Dla mnie to zdecydowanie ulubiony element całego programu. Szybka akcja - krótki filmik na antenie, a po dniu czy dwóch pies ma nowych właścicieli. Zwierzę trafia w dobre ręce. Rewelacyjna sprawa. Osobiście bym tę akcję rozszerzyła.

Tu się wtrącę - identycznie jak moja jedenastoletnia córka, która "Szkło" ogląda tylko w niedzielę, bo "będzie psiak", a później słyszę od niej uwagę w tonacji mocno krytycznej, że moglibyśmy tych zwierzaków więcej pokazywać. Jakieś inne przykłady realnego wpływu na rzeczywistość przychodzą ci do głowy?

"Szkło" mówi o świecie w inny sposób i innym językiem niż poważne programy publicystyczne czy informacyjne. Na swój sposób jesteśmy ekskluzywni, bo mówimy o rzeczach czy zjawiskach, które do tych poważnych programów się nie przebijają. Jeśli dajemy materiał z demonstracji, to najczęściej wypowiada się osoba biorąca w niej czynny udział. Dajemy możliwość wypowiedzi różnym osobom, które na co dzień tej możliwości nie mają. Przykład - pokazywaliśmy w "Szkle" Janę Szostak trzy lata temu, kiedy to jeszcze nie było modne.

Rozmawia się bardzo sympatycznie, dlatego jak tylko mogę, odwlekam serię pytań o tak zwaną bieżącą sytuację polityczno-społeczną w naszym ukochanym kraju, bo zaraz atmosfera stężeje. Ale ponieważ uciec się od tego nie da, to może zróbmy tak, że na kilka chwil przeistoczę się w studenta z Urugwaju, Juana Pabla, który nie wie o Polsce absolutnie nic, siedzi u nas od tygodnia, przychodzi do ciebie na zajęcia i pyta: "Pani doktor, co się aktualnie u was dzieje?". Co mu powiesz?

No cóż, drogi Juanie Pablu, w Polsce sytuacja jest taka, że od 2015 roku władzę sprawuje partia bardzo mocno prawicowa i populistyczna. Swój sukces wyborczy zbudowała z jednej strony na obietnicach, z drugiej na strachu. Polityka gospodarcza tej partii jest, powiedzmy to wprost, mocno rabunkowa, czyli rozdają więcej, niż mają; w dodatku rozdają albo sobie, albo swoim.

Ponieważ władza buduje swoją siłę i pozycję na strachu, jesteśmy skonfliktowani z wszystkimi wokół. Na bliskim zachodzie z Unią Europejską, na dalszym ze Stanami Zjednoczonymi; na południu z Czechami; a na wschodniej granicy wprowadzono stan wyjątkowy. Jedyny sąsiad, z którym jesteśmy w miarę dogadani, to Bałtyk na północy, ale może dlatego, że Morze Bałtyckie jest tak zatrute, że pływające w nim śledzie mają ważniejsze sprawy na głowie niż konflikt z Polską.

Czyli ogromne kłopoty w polityce wewnętrznej i polityka zagraniczna, która nie istnieje. Dlatego rządzący robią wszystko, aby wywołać wrażenie, że Polska stała się oblężoną twierdzą, którą reszta świata chce zniszczyć, i jedynie partia może nas uratować.

Do tego, drogi Juanie Pablu, dochodzi bardzo mocny komponent nacjonalistycznego i religijnego fundamentalizmu. Idą za tym reformy w sądach, szkolnictwie, mediach, które mają tak naprawdę jeden cel - ograniczenie obywatelskich wolności, w tym przede wszystkim wolności słowa. Widać to doskonale po tym, co partia rządząca zrobiła z mediami publicznymi, które de facto już od dawna nie są publiczne; ale na tym nie koniec, bo ewidentnie partia będzie się starała przejąć także media prywatne. Tyle w największym skrócie, Juanie Pablu, reszta na kolejnych zajęciach.

A ten przerażony studencina z Urugwaju robi ze strachu wielkie oczy i pyta: "Pani doktor, czy to już jest dyktatura?!!! Bo jeśli tak, to kupuję powrotny do Montevideo i tyle mnie widzieli!".

To ja wtedy mówię tak - drogi Juanie Pablu, proszę sobie przypomnieć wykład o Platonie i jego koncepcję dotyczącą ustrojów państwowych. Platon wprost określa demokrację jako niezwykle trudny ustrój, a potem używa plastycznego porównania demokracji do "płaszcza wielobarwnego", gdzie każdy sobie może być tym, kim chce. I to może całkiem fajnie brzmi, ale Platon uważa, że z punktu widzenia państwa to jest fatalne rozwiązanie, jego zdaniem taka samowola przyniesie państwu opłakane skutki. Platon to zamordysta, jego zdaniem byłoby najlepiej, gdyby do tego wielobarwnego tłumu przyszedł jeden gość, niech on ma na imię Jarosław, który stwierdzi, że on ten cały bałagan - oczywiście dla dobra ogółu - ogarnie. Sam, ewentualnie z najbardziej zaufanymi ludźmi. I on obieca, że będziemy zdrowsi, bogatsi, piękniejsi, tylko że zanim się tacy staniemy, to on najpierw musi nam coś zabrać. Tym czymś jest wolność.

Wbrew pozorom demokracja i dyktatura to bardzo bliskie sobie ustroje i myślę sobie, Juanie Pablu, że ewidentnie skręcamy właśnie w stronę dyktatury. Ten proces Platon opisał już dawno i jego teorie, niestety, się sprawdzają.

No i spanikowany Juan Pablo ucieka hen, do Urugwaju, ale inny student, już może nie na wykładzie, ale w sytuacji mniej oficjalnej, zadaje pytanie kluczowe: "Pani doktor, ale czy Polska to jest fajny kraj, czy to już nie jest fajny kraj?". Co pani doktor na to?

A ja na to, że to jest świetny kraj. Wracałam do niego wielokrotnie z różnych - tak to ujmijmy - zagranic i bez najmniejszych wątpliwości stwierdzam, że to jest kraj, w którym chcę mieszkać. Bardzo go lubię. To jest mój kraj!

Dlatego szczerze uważam, że każdy z nas powinien robić wszystko, co potrafi najlepiej, aby go bronić przed wejściem w tyrańskie buty, w które od pewnego czasu jest mocno wpychany. Ktoś umie lepiej malować transparenty, ktoś ma zmysł obserwacji i poczucie humoru - a obśmiewania żaden dyktator nie znosi, niczego żaden dyktator tak się nie boi jak własnej śmieszności. Idźmy dalej - ktoś robi doskonałe analizy polityczne i pisze świetne, głębokie teksty; ktoś ma bardzo dobry głos i świetnie krzyczy na demonstracjach; ktoś jest wybitną prawniczką; ktoś świetną lekarką i długo by wymieniać. Do czego zmierzam? Jeżeli wykorzystamy to, co umiemy, aby - zdaję sobie sprawę z powagi tego sformułowania - obronić Polskę, to jeszcze jesteśmy w stanie to zrobić. To jest ten moment, w którym trzeba się brać do roboty. Jeśli chce się ochronić kraj, który jest bardzo ładny, zróżnicowany, w którym żyje mnóstwo świetnych ludzi - to właśnie teraz. Jeśli nie chcemy, aby nasz kraj na następne kilkadziesiąt lat zapadł się w krajobrazie smutku, szarości, paździerzu i gówna - to właśnie teraz. Jeszcze możemy.

Ale czy to jest tak, że my stoimy nad skrajem przepaści i - w myśl starego dowcipu - zaraz zrobimy krok do przodu, czy też mamy sytuację - w myśl cytatu z Mateusza Morawieckiego - w której najciemniej jest tuż przed świtem i zaraz to cholerstwo się skończy?

Mhmmm... Najciemniej jest tam, gdzie stoi Mateusz Morawiecki, to pierwsza moja refleksja. Natomiast patrząc trochę poważniej - od dawna nie ma we mnie zbyt wiele optymizmu. Gdy patrzy się na analogie historyczne, smutne i ponure wnioski nasuwają się same. Polska tak bardzo osamotniona na międzynarodowej arenie była ostatnio w latach 30. ubiegłego wieku, tuż przed wybuchem wojny. Teoretycznie mieliśmy pozawierane sojusze, ale jak przyszło co do czego, byliśmy sami i zostaliśmy błyskawicznie pożarci.

Teraz jest bardzo, bardzo podobnie. Niby mamy pozawierane sojusze, jesteśmy w NATO, ale spójrzmy realnie, jeśli pojawią się naprawdę poważne problemy, to kto się za nami ujmie? Turcja i Węgry?

Tymczasem nasz dzielny rząd bohatersko pręży muskuły i sprawdza swe możliwości bojowe z tak groźnymi i agresywnymi przeciwnikami jak uchodźcy, protestujące kobiety czy mniejszości seksualne.

Zatrzymam się przez moment przy zjawisku homofobii, którego nie jestem i nigdy nie byłam w stanie pojąć. Czy jesteś w stanie zaufać komuś, kto od razu zadaje pytanie: "Przepraszam, a jak pani czy pan lubi uprawiać seks? Bardziej z panem czy bardziej z panią? A w jakiej pozycji?"?

Z pewnym wstydem, ale i odrobiną nostalgii przyznaję, że kiedy byłem młodym, postrzelonym studentem, regularnie zaczynałem rozmowę z nowo poznawanymi koleżankami pytaniem o preferowany rodzaj seksu. Rzadko, bo rzadko, ale czasami efekt zaskoczenia przynosił upragniony rezultat.

No tak, klasyczna taktyka "prosto do brzegu". Z tym że jeśli to sposób na podryw w knajpie - twoja sprawa, może ci się uda, a może dostaniesz po ryju. Twoje ryzyko. Natomiast jeśli takie pytanie zadajesz jako ksiądz z ambony, policjant podczas przesłuchania, polityk czy urzędnik, i w dodatku swoje późniejsze decyzje uzależniasz od otrzymanej odpowiedzi, to już przestaje być w porządku.

A rządzą nami ludzie, którzy chcą oceniać obywatela na podstawie jego życia intymnego. Powiem więcej - odnoszę wrażenie, że rządzący mają na tym punkcie klasyczny odjazd; nie jestem w stanie dociec, z czego to wynika, czy to jest niespełnienie, kompleksy, frustracja, a może chęć ukrycia własnych niepoprawnych spełnień. Łapię się na tym, że od rana do wieczora mamy opowieść o seksie... Nie wierzę, po prostu nie wierzę w takie państwo, które będzie chciało sprawdzać i oceniać, z kim śpi trzydzieści osiem milionów obywateli!

Z taką pasją i zaangażowaniem prowadzisz swoje wykłady? Bo aż bym się zapisał, nawet w charakterze wolnego słuchacza.

O to już byś musiał spytać studentów. Uczę ich zupełnie podstawowych rzeczy z historii filozofii, a specjalizuję się w estetyce. Natomiast to, że będę nauczycielem akademickim, wiedziałam od dziecka.

Dziecko to jest dość szerokie pojęcie, pamiętasz, ile miałaś lat?

Mhm... od zawsze. Niech będzie, że miałam cztery.

Rzeczywiście prędziutko.

Moi rodzice byli wykładowcami akademickimi; dla mnie skojarzenie zawsze było jednoznaczne - praca równa się uniwerek. Tak jak dzieci często bawią się w szkołę, tak ja się bawiłam w uniwersytet, najczęściej sama, bo nikt nie był w stanie za moimi koncepcjami nadążyć.

Trochę się na myśl o tych wspomnieniach rumienię ze wstydu, ale ja nie tylko miałam wymyśloną trzydziestoosobową grupę studentów, nie tylko miałam rozpisane programy nauczania różnych przedmiotów i wymyśloną listę lektur obowiązkowych, ale - uwaga! - miałam sporządzone indywidualne opinie na temat każdego ze swoich fikcyjnych uczniów. Wprowadziłam w swoich zabawach ocenianie opisowe, zanim to się stało polską rzeczywistością.

Oczywiście, robiłam w swoim życiu różne rzeczy, łącznie z nalewaniem piwa w Country Barze podchmielonym kowbojom, sprzedawaniem biletów w kinie, pracą w agencji PR-owej, ale dopiero kiedy weszłam do sali pełnej studentów, pomyślałam: "Uff! Jestem u siebie!".

Od początku radość i poczucie spełnienia?

Na samym początku nie było łatwo. Stanęłam przed salą, a studenci do mnie: "Ej, idź po profesora!". Odpowiadam pełna młodzieńczego zapału, że to ja będę ich uczyć, na co studenci z wrodzoną sobie delikatnością: "Tylko bez jaj, dobra?!".

Podczas egzaminów jesteś bezlitosną kosą czy rzucasz koło ratunkowe niedouczonemu, tonącemu żakowi?

Na początku, owszem, byłam dużo bardziej wymagająca i rygorystyczna. Ale mój tata zawsze mi mówił, co później błyskawicznie potwierdziło się w praktyce, że ocenianie jest w tej zabawie zdecydowanie najtrudniejszym i najmniej przyjemnym elementem. To jest okropne. Wyobraź sobie, że idziesz ulicą i musisz - nie to, że chcesz czy robisz to dla zabawy - po prostu musisz przyznawać punkty mijanym ludziom. Masz do dyspozycji "dwójkę", "trójkę", "czwórkę" i "piątkę". Już. Cała skala. Tu się muszą zmieścić wszyscy.

Zawsze kogoś skrzywdzisz, nigdy te oceny nie będą sprawiedliwe.

Dlatego szybko zmieniłam zasady, też za radą mojego ojca, który powiedział, aby dostosowywać oceny do grupy, nie do siebie. Powtarzał mi: "Na piątkę w tej grupie umiesz tylko ty, natomiast na egzaminie sprawdzaj nie ich, tylko siebie - na ile ich nauczyłaś". Staram się tych wskazówek mocno trzymać.

O ile sama uwielbiałam zdawać egzaminy, tak teraz naprawdę nie cierpię egzaminować.

Jak zachować się wobec studentki, która przez cały semestr jest świetna, czyta zadane teksty, zgłasza się, na zajęciach jest przygotowana, a na egzamin przychodzi tak zestresowana, że nie jest w stanie wydukać słowa i zapomina, jak ma na nazwisko? No co ja mam wtedy zrobić?

Jasne, czasem stawiam dwóję bez szczególnych oporów; a to studentowi, który nie zaszczycił żadną uwagą wykładanego przeze mnie przedmiotu, czy delikwentowi - to mój ulubiony typ - którego pierwszy raz widzę właśnie na egzaminie. Wtedy nie znam litości.

Ale totalnym dramatem są dla mnie egzaminy wstępne. W ciągu kilkunastu minut w pewien sposób decydujesz o przyszłości młodego człowieka, którego widzisz pierwszy raz w życiu. Ogromna odpowiedzialność i - proszę mi wierzyć - naprawdę mało komfortowa sytuacja.

Na koniec świadomie zejdę na poziom dziennikarstwa rodem z plotkarskiego tabloidu; wiem, że spadną na mnie za to gromy, ale twoi wielbiciele by mi nie wybaczyli, gdyby to pytanie nie padło: pani doktor Katarzyna Kasia w czasie wolnym. Co porabiasz, gdy się relaksujesz?

Hmmm, no to spore zaskoczenie, bo ja naprawdę bardzo rzadko mam wolny czas. Teraz czuję się właśnie jak student na egzaminie, który w ogóle nie zrozumiał pytania. (śmiech)

Ale jeśli już zdarza mi się takie cudo jak czas wolny wygospodarować, to uwielbiam kino. Ostatnio to był film Leosa Caraxa "Annette". Polecam gorąco, świetny, autorski, mocno specyficzny obraz, robiony absolutnie po bandzie, gdzie reżyser nic sobie nie daje narzucić. Bezkompromisowe dzieło, gdzie albo jesteś zachwycony i urzeczony, albo klniesz pod nosem i domagasz się zwrotu forsy za bilety.

Oczywiście czytam. Najczęściej jest to literatura przedmiotowa, po prostu muszę czytać o nowych prądach czy formach i być na bieżąco, bo inaczej straciłabym prawo do uczenia studentów. Siłą rzeczy na beletrystykę czasu mam dużo mniej, ale jeśli już trafi się coś ciekawego, to wpadam w bezbrzeżny zachwyt. Ostatnio przeczytałam książkę, którą już wszyscy przeczytali - "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator - i miałam dwa odczucia: jakie to jest przerażające, ale jak świetnie napisane.

Seriale?

To już naprawdę bardzo rzadko. Znajomi mi zazdroszczą, że przede mną jeszcze tyle genialnych tytułów do odkrycia, które oni mają już dawno obejrzane, przeanalizowane i skomentowane. A ja sobie wszystkie te wymieniane tytuły skrupulatnie notuję i kiedyś na pewno nadrobię. O ile wolny czas pozwoli.