No Choice - A.P. Mist

Kup ebooka

40.90 zł

-
Proszę czekać

Prolog

Maddox

Spoglądałem na dwie kobiety, które stały na mojej werandzie, i nie wiedziałem, czy zacząć się śmiać, czy od razu posłać je do diabła. Pomiędzy nimi stał fotelik samochodowy, w którym znajdowało się małe coś. Jakieś różowe zawiniątko, które nazywały moim dzieckiem.

Moje dziecko?! Przecież to kpina!

Miałem ochotę chwycić strzelbę i przegonić te wariatki. Czułem, że próbują mnie wrobić w jakąś grubą sprawę. Dwie niepozorne baby, dzieciak, a w rzeczywistości handlarze żywym towarem, porwanie...

Oczami wyobraźni widziałem, jak skazują mnie za współudział. Byłbym głupcem, zgadzając się na to, żeby zostawiły u mnie dziecko. Kim niby miałem zostać? Pośrednikiem? Czekać, aż odbiorcy, jakkolwiek to brzmi, zgłosiliby się po zamówiony towar? Chryste, zaczynałem wariować...

- Może wejdziemy do środka i porozmawiamy na spokojnie? - zaproponowała jedna z kobiet.

- Ale nie ma o czym rozmawiać. Myślicie, że staniecie przed moimi drzwiami, oznajmicie, że od teraz mam zajmować się... Chryste, przecież to dziecko jest tak małe, jakbyście porwały je z porodówki! - podniosłem głos i wyjąłem z kieszeni telefon. - Wzywam gliny, więc dobrze wam radzę, zabierzcie stąd to... to dziecko - zawarczałem.

- Proszę bardzo, może policja pomoże nam się porozumieć.

- Porozumieć, do cholery?! Wmawiacie mi dzieciaka! - wybuchnąłem.

- Panie Reid - westchnęła druga kobieta. - Proszę nas wpuścić, zapowiada się na deszcz, a wolałybyśmy, żeby mała Cherry się nie przeziębiła.

- Nie wpuszczę was, póki nie otrzymam wyjaśnień. Nie mam pojęcia, kim jesteście, ani tym bardziej nie wiem, co robi tu to dziecko. To naprawdę kiepski żart, więc operator kamery może już wyjść z ukrycia. Udało wam się mnie nabrać - powiedziałem już mocno rozdrażniony.

- Jesteśmy pracownicami socjalnymi. Matką Cherry jest... była Aubrey Tally. Zmarła trzy tygodnie temu, przez... przedaw...

- Aubrey nie żyje? - przerwałem jej.

Nie miałem z nią kontaktu od wielu miesięcy. Długo zbierałem się po tym, jak po prostu oznajmiła, że odchodzi, bo się zakochała... Myślałem, że tworzymy zgodną parę, ale jej najwyraźniej czegoś brakowało.

Dla mnie ten rozdział był ostatecznie zamknięty. Choć jeśli wierzyć w to, co mówiły stojące przede mną kobiety, jednak nie do końca. Coś musiało je skłonić do tego, by zgłosić się akurat do mnie.

- Przykro nam z powodu pana straty.

Czy byłem chujem, nie czując żalu? Ludzie przecież umierali. Jakoś dotąd nie zastanawiałem się, czy wszystkie moje byłe żyją. A już tym bardziej nie myślałem o tej, która odeszła, bo uznała mnie za niewystarczającego.

- Nadal nie rozumiem, co niby ja mam z tym wspólnego - westchnąłem.

- Możemy wejść? - zapytała kolejny raz.

Obie wcisnęły mi w rękę jakieś legitymacje. Jeśli nie były podrobione, to te kobiety rzeczywiście pracowały w opiece społecznej stanu Teksas...

- Dobrze - mruknąłem i wpuściłem je do domu.

W pogotowiu jednak wciąż miałem telefon. Nie wyglądały na groźne, ale nie od dziś wiadomo, że najniebezpieczniejsi ludzie zwykle są niepozorni.

Wskazałem im salon, a one wniosły tam fotelik i rozejrzały się z uwagą, jakby oceniały wystrój, albo przyszły na inspekcję sanitarną.

Usadowiłem się w fotelu i wskazałem im kanapę, nie spodziewając się, że wyciągną dzieciaka i zaczną rozbierać z różowych warstw materiału.

Kiedy usłyszałem płacz, aż zazgrzytałem zębami.

Zdecydowanie nie byłbym w stanie znieść tego odgłosu na dłuższą metę.

- Czyli to dziecko Aubrey - westchnąłem. - Nie powinno być jeszcze w szpitalu? Albo w jakimś innym miejscu, w którym przebywają sieroty?

- Cherry ma dwa miesiące - odparła jedna z kobiet i usiadła, trzymając dziewczynkę na rękach. Wcisnęła jej do buzi smoczek butelki i przeniosła spojrzenie na mnie.

- Dlaczego w ogóle ją tu przywiozłyście? To jakaś nowa forma informowania o śmierci obywateli? - zakpiłem.

- Widnieje pan w dokumentach jako ojciec Cherry, stąd nasza wizyta - odparła kobieta.

- Nie byłem z nią od wielu miesięcy - mruknąłem. - Musicie szukać dalej. Najlepiej w klubach nocnych, bo tam najchętniej przebywała. Nie poinformowała mnie o ciąży, a to oznacza, że nie jestem ojcem - dokończyłem twardo.

- Może pan zaprzeczyć ojcostwu na drodze sądowej. My działamy wyłącznie na podstawie dokumentacji, którą mamy. W tej chwili jest pan jedynym opiekunem prawnym Cherry.

- Nie... To niemożliwe... Ja... Nie, to niedorzeczne... Ja nie nadaję się na ojca.

Rozdział 1

Faith

- Nie mają miejsc dla nowych pracowników - westchnęłam z żalem i spojrzałam na ciepłą twarz mamy. - Na nic moje studia, kursy i podwyższanie kwalifikacji. Nie potrzebują nauczycieli. Nie takich. - Skrzywiłam się na wspomnienie tego, jak dyrektor przedszkola skomentował mój wygląd.

- Takich? To znaczy jakich? - Mama uniosła brew i postawiła przede mną kubek z parującą kawą.

- Wyglądających jak barbie z liceum - burknęłam.

- Tak cię nazwali? - Zaśmiała się.

- Nawet nie spojrzeli w moje dokumenty! Od razu uznali, że jestem idiotką! A ten dyrektor... Szowinistyczna świnia! Totalny dupek! Wiesz, co mi powiedział? Że kogoś takiego nie można traktować poważnie! Bo co? Bo spóźniłam się parę minut?

- Skarbie - przerwała mi i położyła dłoń na mojej. - Dobrze wiesz, że nie musisz szukać pracy. Odpocznij, daj sobie czas.

- Ale wszędzie oczekują doświadczenia. Gdzie je zdobędę, skoro to już trzecia placówka, która odprawia mnie z kwitkiem?

- A może po prostu zatrudnij się prywatnie? Sporo rodziców szuka opieki dla swoich pociech. Na przykład syn Reidów. Rozmawiałam dziś z jego matką, spotkałyśmy się na bazarku. Ich opiekunka wychodzi za mąż i...

- Zaczekaj. O kim ty mówisz?

- O Maddoxie - odparła. - Nie pamiętasz go? Przejął większość farm w okolicy, niejednego wyciągnął z długów dzięki temu.

- I on ma dziecko? - zdziwiłam się. - Ja myślałam, że jest kaktusem - dodałam złośliwie, bo ten typ zawsze sprawiał wrażenie dupka. Z kolcami.

- Kaktusem? - Mama patrzyła na mnie z konsternacją.

- No wiesz... Odstraszający typ, do którego strach się odezwać, a co dopiero zbliżyć. Patrzy na wszystkich z góry. Okej, może i ma ze dwa metry wzrostu, ale to nie daje mu prawa, żeby tak się wywyższać. I jeśli rzeczywiście został ojcem, to mogę wyłącznie współczuć kobiecie, która się z nim związała, bo pewnie długo wyjmowała jego kolce z dupy.

Oczywiście nie wymieniłam wszystkich epitetów, które cisnęły mi się na język, ale odkąd sięgałam pamięcią, unikałam tego faceta. Zawsze był wyniosły, nieprzyjemny i...

- Przecież on nie znosi dzieci - pisnęłam, nie kontrolując, że wypowiadam to na głos.

- A skąd wiesz?

- Jest ode mnie starszy, więc jak byłam dzieckiem, to on... Właściwie to chyba zawsze był dorosły. Może już urodził się w takiej postaci. Jakiś wampir czy coś... - Machnęłam niedbale ręką. - Kiedyś powiedział do mnie, że wszystko, co ma poniżej metra pięćdziesiąt, powinni utylizować, bo niepotrzebnie plącze się pod nogami. Miałam jakieś osiem lat, więc jak niby miałam mieć więcej niż metr pięćdziesiąt? - zapytałam z wyrzutem.

- Pamiętasz, co powiedział do ciebie piętnaście lat temu?

- Oczywiście! Później przez całe popołudnie zastanawiałam się, co to jest utylizacja. Dopiero tata mi to wyjaśnił i postanowiłam obrazić się na tego dupka na resztę życia - parsknęłam.

Mama cały czas miała grobową minę, ale już po chwili wybuchnęła gromkim, dźwięcznym śmiechem.

- Teraz masz odrobinę więcej wzrostu, więc nie istnieje ryzyko, że zostałabyś przez niego zutylizowana - naigrawała się. - Spróbuj, ponoć planuje zrobić casting na nową nianię dla małej Cherry.

- Casting? - prychnęłam z pogardą. - Szuka modelki czy profesjonalnej opieki dla dziecka? Na miejscu jego żony uważałabym. Powinni zatrudnić jakąś starszą panią. I właściwie dlaczego pani Reid nie zajmie się wnuczką? - paplałam bez pohamowania.

- Madlen zajmuje się ich firmą, spędza wiele godzin w biurze w Dallas.

- A matka dziecka? - Nie odpuszczałam, na co moja mama ciężko westchnęła.

- Właśnie to jest cała tajemnica, której nikt nie zdołał poznać. Dziecko pojawiło się znikąd - rzekła konspiracyjnym tonem i usiadła naprzeciwko mnie. - Nagle zaczęto go widywać z wózkiem, ale nigdy z żadną kobietą. Ludzie w miasteczku mówią, że ją adoptował, a inni z kolei twierdzą, że miał jakąś dziewczynę, która po porodzie porzuciła dziecko i...

- Mamo - przerwałam jej - nienawidzę plotek. I w gruncie rzeczy kompletnie mnie to nie obchodzi. Choćbym miała zająć się rolnictwem i wypasaniem bydła, nigdy nie będę pracować dla tego człowieka.

- I co będziesz robić? Uczyć krowy poprzez zabawy sensoryczne? Czy prowadzić terapię motoryki małej? - zakpiła. - Dopiero płakałaś, że wszystkie twoje kursy i podnoszenie kwalifikacji poszły na marne. Mogłabyś się wykazać, nabrać doświadczenia, którego wszyscy w publicznych placówkach od ciebie wymagają. Z tego, co wiem, oferuje umowę z jasnymi warunkami.

- Praca u Reida nie jest spełnieniem moich marzeń. Raczej koszmarów - skwitowałam, choć w duchu przyznałam, że jej argumenty są trafne.

Zdobyłam już doświadczenie w opiece nad dziećmi w różnym wieku, ale nie miałam na to żadnych papierów. Podczas studiów dorabiałam sobie w ten sposób, lecz wszystko odbywało się bez umów i po znajomości.

- Mam jeszcze kilka spotkań - mruknęłam tylko i dopiłam kawę, która zdążyła już wystygnąć.

Zaczynałam żałować, że wróciłam do Fairfield. W Dallas miałam większe perspektywy zatrudnienia, a tutaj i w okolicznych miasteczkach zdawało się, że nie znajdę pracy w swoim zawodzie. Nikt przecież nie potrzebował młodej i dynamicznej nauczycielki, która nade wszystko kochała dzieci i pracę z nimi. Może gdybym była znudzoną życiem, zgorzkniałą starą panną w długiej spódnicy i bluzce z kołnierzykiem, uznaliby mnie za bardziej kompetentną.

- Nie zamartwiaj się.

Z zamyślenia wyrwał mnie głos mamy.

- W końcu ktoś się na tobie pozna, a wtedy zawojujesz świat wielu cudownych dzieciaków - pocieszała mnie.

W wieku dwudziestu trzech lat zostałam pozbawiona złudzeń.

Może rzeczywiście nie byłam zbyt dojrzała, skoro wciąż wierzyłam w spełnianie marzeń. Od zawsze czułam, że chcę pracować z dziećmi, kochałam je, a teraz okazywało się, że w oczach innych kompletnie się do tego nie nadaję. Było mi po ludzku przykro.

Poczłapałam do swojego pokoju, rzuciłam na łóżko wszystkie dokumenty i miałam nieodpartą ochotę porwać je na strzępy. Nic nieznaczące bazgroły. Lata stracone na zdobywanie wykształcenia, którym teraz mogłam ewentualnie wytrzeć podłogę.

- Beznadzieja - jęknęłam i położyłam się w poprzek materaca.

Zamknęłam oczy i w tym samym momencie usłyszałam dziecięcy płacz. Nie rozumiałam konstrukcji mojego mózgu, ale byłam niewiarygodnie wyczulona na ten dźwięk. Jakby uruchamiał we mnie jakieś nieznane receptory zmuszające do działania. Zerwałam się na równe nogi i podeszłam do okna. Wtedy ujrzałam idącego ulicą mężczyznę. Na jednej ręce trzymał niemowlaka i próbował ukoić jego płacz, a drugą ręką pchał wózek.

Jego ciemne włosy związane były w mały koczek na czubku głowy, ubrany był w elegancką koszulę i garniturowe spodnie. Jakby urwał się z jakiegoś przyjęcia albo ważnej narady, żeby zrobić sobie przerwę na ojcostwo. Rozpoznałam w nim Maddoxa, choć ostatnim razem, gdy go widziałam, wyglądał nieco inaczej. Przez te wszystkie lata, kiedy tak naprawdę rozpłynął się w powietrzu, zmężniał jeszcze bardziej. Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie jest przystojny.

Kiedy dostrzegłam prawdopodobne źródło cierpienia małego człowieka, otworzyłam okno na oścież i odważyłam się odezwać.

- Zaciska piąstkę na swoich włosach!

Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie i rozejrzał na boki. Dopiero po chwili mnie zauważył. Zmarszczył brwi i zmrużył gniewnie oczy, jakbym obrzuciła go łajnem, a nie dała wskazówkę, co powoduje płacz tej prześlicznej istoty.

- Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy - mruknął i położył dziewczynkę we wózku.

- Ignorant - prychnęłam i zatrzasnęłam okno, a później jeszcze zasunęłam zasłony.

Wróciłam na łóżko i do użalania się nad sobą, choć moja uwaga nadal była skupiona na nieustającym, a wręcz nasilającym się dziecięcym płaczu.

W końcu nie wytrzymałam i wybiegłam z pokoju, a później na zewnątrz. Ruszyłam w kierunku tego dupka, niemal tocząc pianę z ust.

- Odsuń się, kretynie - zawarczałam do jego pleców i wepchnęłam się bliżej wózka.

Rzuciłam zdębiałemu mężczyźnie mordercze spojrzenie, a później pochyliłam się nad zapłakaną i spoconą dziewczynką.

- Co ty wyprawiasz? - zapytał gniewnie i próbował mnie odepchnąć.

- Zamknij się - wycedziłam i skupiłam się na dziecku. - Cześć, maleństwo - powiedziałam łagodnym tonem. - Daj, pomogę ci, no już, nie złość się, księżniczko - szeptałam i delikatnie gładziłam zaciśnięte w piąstkę paluszki.

W końcu odważyłam się wziąć ją w objęcia i zaczęłam kołysać, żeby maksymalnie ją zrelaksować. Jej chwyt zelżał, więc zaczęłam masować główkę w miejscu, w którym wyrywała sobie włoski.

Nie przestawałam jej tulić i bujać, aż głośny płacz przeobraził się w ciche kwilenie, a później całkowicie ucichł. Ostrożnie odłożyłam ją do wózka i nakryłam lekkim kocykiem, który wisiał na jego brzegu. Głaskałam ją po główce, czole i nosku tak długo, aż jej oczka zaczęły się zamykać.

- Ma przepełnioną pieluchę i napięty brzuch - mruknęłam i się oddaliłam, nie zwracając uwagi na zaciętą minę ojca od siedmiu boleści.

Wparowałam do domu wściekła jak osa i od razu napotkałam rozbawioną mamę.

- Bardzo osobliwa rozmowa kwalifikacyjna. - Zaśmiała się.

- On w ogóle nie potrafi obchodzić się z dzieckiem! - jęknęłam. - Kto dał mu...

- Ale ty potrafisz - przerwała mi i puściła do mnie oko, po czym podśpiewując pod nosem, ukryła się w kuchni.

Rozdział 2

Maddox

Patrzyłem tępo na dokumenty, które analizowałem od tygodni. Kogo miałbym teraz oskarżyć o fałszerstwo, skoro Aubrey nie żyje? Jak mógłbym udowodnić, że podpis na wniosku o ustalenie ojcostwa nie należy do mnie? Kogo powołać, komu zapłacić, by dowieść, że dziecko, które mi wciśnięto, nie jest moje? Spędzałem długie godziny nad podobnymi rozmyślaniami, obliczałem nawet, kiedy ostatni raz z nią spałem, ale ostatecznie nie poczyniłem żadnego kroku, żeby zamknąć tę sprawę i oddać dziecko opiece społecznej.

Po fakcie dowiedziałem się, że te kobiety nie miały prawa przyjechać z nią do mnie i po prostu zostawić. Wszystko powinno odbywać się oficjalnymi drogami, przez urzędników i najróżniejsze biura. Dopiero na końcu Cherry miałaby trafić do mnie. Te dwie socjalne idiotki postanowiły skrócić tę procedurę, bo jak później się tłumaczyły, żal im było tak małego dziecka...

Tak naprawdę bałem się poznać wyniki badania. Czułem, że zrobię z siebie idiotę, bo mimo wszystko istniało prawdopodobieństwo, że Cherry jest moja. Coś jednak nie pozwalało mi się z tym pogodzić. Zwyczajnie nie nadawałem się na ojca, kompletnie tego nie czułem, nie miałem żadnego wyboru i szansy, by się z tym oswoić.

A teraz dodatkowo traciłem opiekunkę, która wyręczała mnie w tym całym gównie. Dosłownie...

Wyszedłem z mojego gabinetu i stanąłem w progu salonu, w którym Rose - niania Cherry - po raz ostatni, dawała jej śmierdzące mleko.

- A nie moglibyście zamieszkać w okolicy? Podwoję ci stawkę - próbowałem kolejny raz przekonać ją, by nie rezygnowała z pracy u mnie.

- Mad - westchnęła. - Nie utrudniaj. Kocham Cherry, ale niedługo będę miała swoje dziecko. Poza tym już kupiliśmy dom w Kalifornii.

- Znowu zaczynasz?

Za moimi plecami niespodziewanie stanęła moja mama. Przewróciłem oczami, bo odkąd tylko się dowiedziała o rezygnacji Rose, bezustannie namawia mnie na zatrudnienie córki jakiejś jej znajomej.

A ja zwyczajnie chciałem uniknąć rozmów o tym, że szukam opiekunki tylko do czasu, aż dowiodę, że to dziecko nie jest moje. To nie tak, że byłem bezdusznym gnojem, było mi nawet żal tej małej, ale po prostu nie potrafiłem odnaleźć się w tej sytuacji.

Jednocześnie nie robiłem niczego, żeby jakoś z tego wybrnąć.

- Potrzebuję kogoś zaufanego i dyskretnego - mruknąłem. - Kogoś, kto potrafi trzymać język za zębami.

- Nie unikniesz plotek. Sporo osób znało Aubrey, ludzie wiedzą, że byliście razem. Nikt nie jest głupi, synku. Byliście u lekarza, pamiętałeś o szczepieniu?

- Tak - potwierdziłem krótko, a na wspomnienie drogi powrotnej od lekarza, autentycznie mnie zemdliło.

Poszedłem tam, bo Rose upierała się, że małej przyda się trochę powietrza. Sama miała coś do załatwienia, więc nie mogłem zrzucić tego na nią.

Byłem zmęczony, wściekły i zrezygnowany. Co, jeśli nie znajdę nikogo zaufanego na jej miejsce? Będę musiał spędzać z tym krzyczącym potworem całą dobę? W nocy przynajmniej spała, budziła się może dwa razy na porcję swojego cuchnącego, białego proszku z wodą. W dzień potrzebowała więcej uwagi, a ja nie miałem na to czasu. I tak już zaniedbałem wiele swoich obowiązków, bo całe moje życie zostało wywrócone do góry nogami. A wszystko, kurwa, dlatego, że moja eks postanowiła dopuścić się oszustwa. Co chciała tym zyskać?

- Zróbmy tę durną rekrutację - skapitulowałem.

W tym samym momencie Cherry zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć. Tak samo, jak w drodze z przychodni lekarskiej.

- Sprawdź, czy nie zacisnęła pięści na włosach - rzuciłem do Rose i poszedłem na górę, żeby zamknąć się w sypialni i nacieszyć ostatnim dniem wolności od ojcostwa, w które zostałem wrobiony.

Nie sądziłem, że moja matka tak uczepi się moich słów. Już po dwóch dniach przed domem zjawiło się kilka kandydatek na opiekunkę Cherry, które odpowiedziały na jej ogłoszenie. Rzecz jasna nie miałem o tym pojęcia.

Rose zgodziła się przyjechać, żeby mi pomóc w wyborze. Była tak naprawdę jedyną kobietą, której w tej kwestii ufałem. Znaliśmy się całe życie, co w gruncie rzeczy nie było dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że nasi ojcowie byli braćmi. Kiedy dowiedziała się o mojej sytuacji, od razu zaproponowała, że zaopiekuje się małą.

Mimo wszystko chciałem, żeby Cherry była bezpieczna i zadbana, dlatego miałem opory przed powierzeniem opieki komuś obcemu. Pochylałem się właśnie nad kołyską w salonie, gdzie miałem rozmawiać z ubiegającymi się o pracę, i mimowolnie się uśmiechnąłem.

- Jesteś nawet urocza, wiesz? - szepnąłem. - Tylko się nie przyzwyczajaj. Jestem strasznym dupkiem, mała. Lepiej ci będzie u kogoś innego.

- Gotowe! - krzyknęła moja matka i otworzyła drzwi na oścież. - Zapraszamy panie!

Przewróciłem oczami i usadowiłem się na kanapie. Rozparłem ramiona na oparciu i podniosłem wzrok na wejście. Rose usiadła obok mnie i trąciła mnie łokciem w bok.

- Masz napisy na twarzy - mruknęła.

- Co? - jęknąłem i zacząłem pocierać czoło.

- Chryste, musisz wszystko brać tak dosłownie? Chodzi mi o twoją mimikę. Nie bądź chamem.

- Jestem nim, nic na to nie poradzę - odburknąłem.

- Zwracaj uwagę na ich zachowanie, a nie na cycki. Bądź uprzejmy. Na kartce masz pytania, które ewentualnie możesz zadać - instruowała mnie, jakbym był jakimś wypłoszem, niepotrafiącym przeprowadzić głupiej rozmowy.

- Zatrudniłem w swoim życiu dziesiątki ludzi. Intuicja nigdy mnie nie zawiodła, wszyscy świetnie się spisują i doskonale prowadzą farmę.

- Teraz masz zatrudnić kobietę, która zajmie się twoim dzieckiem, a nie bydłem i końmi - prychnęła.

W końcu w drzwiach stanęła jakaś małolata. Na oko mogła mieć jakieś osiemnaście lat. Jak miałem niby nie zwracać uwagi na cycki, skoro ta gówniara włożyła bluzkę z takim dekoltem, jakby planowała karmić piersią moje dziecko. Cholera! Czy ja pomyślałem o Cherry jak o mojej?!

- Cześć! - pisnęła dziewczyna i zaczęła żuć gumę jak moje krowy na pastwisku.

- Do widzenia - mruknąłem i wskazałem jej drzwi. - Skup się na szkole.

- Maddox! - jęknęła moja matka, która stała przy drzwiach, niczym odźwierny.

Uniosłem tylko brew i machnąłem ręką. Nie zamierzałem zatrudniać do opieki nad dzieckiem jakiejś smarkuli. Niania musiała być odpowiedzialna i ułożona.

- Następna.

Jak na komendę do salonu weszła jakaś kobieta. Na oko mogła być w wieku mojej matki.

- Dzień dobry - przywitała się.

- Proszę usiąść. - Wskazałem jej fotel, ale ona pokręciła głową.

- Dziecko ile ma? - zapytała.

- Trzy miesiące - odezwała się Rose.

- O, to nie. - Machnęła ręką. - Nie lubię takich - dodała i po prostu wyszła.

W ten sposób selekcja kandydatek przebiegła błyskawicznie. Odnosiłem wrażenie, że w tych czasach nikt nie był w stanie wykazać się nawet ułamkiem profesjonalizmu.

Zacząłem się zastanawiać, jakim cudem dzieci po prostu nie wyginęły, skoro najwyraźniej większość nie nadawała się do opieki nad nimi. W tej większości byłem również ja. Nadal nie nauczyłem się porządnie zmieniać pieluch, a na mieszankę, którą dostawała, musiałem mieć przepis zawieszony na lodówce.

- Te dwie były całkiem w porządku - burknęła Rose, kiedy moja mama z rezygnacją pożegnała ostatnią kandydatkę i usiadła w fotelu naprzeciwko nas.

Cherry na szczęście przespała cały ten żałosny casting.

- Nie były. Ta ruda wciąż patrzyła na mój rozporek, a czarnula pali papierosy. Żadna nie zainteresowała się Cherry i nawet na nią nie spojrzała - odrzekłem z niezadowoleniem.

- Miała przyjść jeszcze jedna dziewczyna, ale chyba zrezygnowała - powiedziała z wyraźnym smutkiem mama. - Myślę, że nadawałaby się idealnie. Ma wykształcenie pedagogiczne, doświadczenie w opiece nad dziećmi i dużo kursów. Jest wprost stworzona do tej posady. Pokochalibyście ją.

- I nie istnieje - prychnąłem. - Koniec tego cyrku. Znajdę jakąś agencję, która przyśle wykwalifikowaną opiekunkę. - Wstałem z kanapy i zerknąłem na śpiące niemowlę.

Poczułem dziwne ukłucie żalu. Dopiero rozpoczęła życie, a już nikt jej nie chciał. Nie było na tym świecie osoby, która chciałaby się nią zaopiekować i zapewnić jej choć odrobinę normalności. Nawet ja nie potrafiłem jej tego dać, bo choć nazywano mnie jej ojcem, nie byłem nim. Kompletnie tego nie czułem. Nie chciałem.

Już miałem wyjść z salonu, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi.

- To na pewno ona!

- Spóźniona, więc już ma odjęte punkty - prychnąłem i wróciłem na swoje miejsce.

W tym samym momencie Cherry, jakby wyczuwała, że zbliża się kolejna baba, która nawet się nią nie zainteresuje, zaczęła przeraźliwie płakać. Rose wzięła ją na ręce, a ja zazgrzytałem zębami.

- Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie, ktoś zastawił mi samochód, kiedy byłam w centrum...

Znałem ten głos, choć w tej chwili nie wiedziałem, do jakiej twarzy mógłbym go przypisać. Przekonałem się już po chwili.

- To Faith - przedstawiła ją moja matka. - Córka mojej koleżanki.

Na moment odebrało mi mowę. Już nie miała na sobie tego wielkiego, różowego swetra, jej włosy nie były rozproszone na ramionach, jak wtedy. Teraz były spięte w kok. Nie wyglądała już tak... dziewczęco. Miała białą koszulę, ciemne spodnie i okulary na nosie.

Już miałem się odezwać, żeby ją przegonić, kiedy ona śmiało podeszła do Rose trzymającej w ramionach Cherry.

- Cześć, słoneczko. Znów się spotykamy, a ty kolejny raz witasz mnie krzykiem? - odezwała się łagodnie. - Mogę?

Nie, kurwa...

- Oczywiście - odparła moja kuzynka, patrząc na mnie wymownie.

Już po chwili zapadła cisza. Mała tak po prostu przestała płakać. Jakby ta drobna blondynka była wiedźmą i rzuciła na nią urok.

Próbowałem nadążyć za ruchami tej roztrzepanej dziewuchy, ale nie byłem w stanie.

- Kolejny raz? - szepnęła moja matka, przyglądając się tej wściekłej, różowej kretynce. - Znacie się?

- Och, tak. Miałam przyjemność poznać Cherry, kiedy próbowała się oskalpować, a jej wyniosły tatuś nie potrafił przyjmować rad, jak jej pomóc - prychnęła.

- Nie potrzebuję rad przypadkowych panienek.

- Lepsza rada przypadkowej dziewczyny niż ignorancja tatusia z przypadku - wycedziła, czym wzbudziła we mnie prawdziwą furię.

Podniosłem się i zbliżyłem do niej. Byłem od niej znacznie wyższy, co dawało mi pewne poczucie władzy.

- Oddaj mi dziecko i wynoś się z mojego domu - powiedziałem bardzo powoli i niemal wyrwałem z jej rąk Cherry.