Niziny - Eliza Orzeszkowa
8.49 zł
6.96 zł
(3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Wiosenny wieczór spadał na pola, ziejąc mocną wonią świeżo zoranéj ziemi. Mglisto było, pochmurno i cicho. Drogą z rzadka osadzoną drzewami, szła kobieta bosa i w siermiędze. W zmroku i mgle, szła prędko i prosto, nie omijając kałuż ani głębokich kolein, które z pod bosych stóp jéj bryzgały wodą i rzadkiém marcowém błotem. Bose te stopy ciężkie były i silne, doskonale snadź zażyte z ziemią, po któréj stąpały. Wszystko im jedno było, poczém szły, byle-by tylko szły prędko. Wszystko jedno było idącéj kobiecie, co ją otaczało, byle-by jak najprędzéj doszła, do tego, co było przed nią. Nie lękała się niczego: ani zwiększającéj się coraz ciemności, ani obejmującéj widnokrąg ciszy, ani rozsianych po polu i widmową postać przybierających grusz i topoli. Nie zachwycała się téż niczem: ani sklepieniem nieba, nieruchomém i utkaném z białych i szarych obłoków, ani wonią ziemi, którą z nad zagonów podnosiły ciepłe powiewy, ani gwiazdami, które tu i ówdzie błyskały z pomiędzy chmur. Nie lękając się niczego i na wszystko otaczające obojętna, wyprostowana, silna, do pośpiechu czémś gnana, szła i szła...
Przed nią, u końca drogi, błysnęły dwa oświetlone okna. Były tam budynki jakiegoś folwarku, otoczone prostym płotem z ostrokołów. Pomiędzy długą stodołą, a warzywnym ogrodem można było rozpoznać, z prostych téż kołów zrobioną i na jednę tylko stronę otwierającą się bramę. Brama ta w téj chwili właśnie skrzypnęła, posunęła się z ciężkością i zaryła się w błocie, tak, że posuwająca ją ręka targać nią zaczęła. Z łoskotem, sprawianym przez trzęsienie i targanie bramy, złączył się gruby, męzki głos wymawiający słowa:
- Kab ty skisła! kab ciebie wołki!... Życzenie, aby wilki zjadły bramę, nie zostało przecież dokończoném. Wyrażający je człowiek z ciężkim worem na plecach stękając przecisnął się przez ciasny otwór i począł iść drogą w kierunku przeciwnym temu, w jakim dążyła kobieta. Zdawało się z razu, że rozminą się, nie zwracając na siebie żadnéj uwagi. Chłop jednak, nie odwracając twarzy, zgarbiony trochę pod ciężarem niesionego wora, przemówił:
- Krystyna?
- Ja, - odpowiedziała kobieta.
- Jaki czort nosi ciebie po nocy?
- Ten sam co i ciebie - odrzuciła.
Z tonu, jakim przemówili do siebie, wnosić było-by można, że nienawidzili się, albo zostawali z sobą w zażartéj kłótni. Jednak chłop przystanął.
- Czego? - zapytał znowu.
- Do wukonoma (ekonoma), - odrzekła kobieta i przystanęła także. Stali z daleka od siebie u dwu brzegów drogi.
- Ordynarya? - zapytała ruchem głowy na wór wskazując.
- Ale (a tak!) ośminę żyta za przeszły miesiąc... z pośladem zmięszała... żeby jéj kości pokręciło!
- Kto? Bahrewiczycha? czy to ona wydawała?
- A ona... wiedźma! Żeby on wydawał, pośladu by nie dał... ale sama z kluczami przyleciała... "Dawaj, chamie worek!" I nasypała: pół żyta, a pół plewy... żeby jéj tak chorób nasypało...
W miarę jak chłop mówił, Krystyna zbliżała się ku niemu. Gdy stanęła, widać było, że wpatrzyła się w twarz towarzysza.
- Oj Jasiuk, Jasiuk! Żeby ona dzień i noc sypała, nie nasypała-by tobie tyle plewy, ile łez wylało się przez nią z moich oczu... Oczy ja przez nią, nad sobą i synkami mymi wypłakiwałam i myślałam, że za moję krzywdę, Pan Bóg na nią prędki koniec spuści... Nie spuścił. Panuje i króluje.
Stała prosto i trzęsła głową. Chłop raz tylko lekceważącym ruchem, głową kiwnął.
- Aha! - mruknął.
Wnet jednak zapytał:
- Czego ty tam leziesz? Popatrzéć jeszcze chce się? Kiedy młoda byłaś, wypędził, to co już teraz leźć w oczy? Spała-byś lepiéj w chacie na piecu!
Wyprostowana wciąż i nieruchomym wzrokiem w towarzysza wpatrzona, brodę ująwszy w palce prawéj ręki, kobieta mówić zaczęła.
- Wypędził to i wypędził... Ale dlaczego on wprzódy swatów, co przyjeżdżali do mnie, wypędzał? Kiedy nie lubił, to dlaczego swatów wypędzał?
Wymówiła to monotonnym, zamyślonym, czy zdumionym głosem.
I daléj tak samo mówiła.
- Mówił bywało: "Krysiu, poczekaj tylko! jak wukonomem mnie zrobią, ożenię się z tobą." Swatów wypędzał... Ni mnie kiedy dróżki na dzieży sadzały, ni mnie śpiewały: "koni do cugu! koni do cugu!" nie ja ziarno w kąty mężowskiéj chaty sypała, ni mnie teszcza (matka męża) głowę dzieżą nakrywała...
Głos jéj przybierał brzmienie monotonnego śpiewania. Jasiuk niecierpliwym ruchem wór na plecach poprawił.
- Ot - rzekł - przymniała sobie baba dziewic wieczór i płakać stała... (zaczęła).
Ale Krystyna nie łatwo snadź dawała sobie przerywać zwierzenia i skargi. Mówiła, a raczéj zawodziła daléj.
- Ni mnie kto harować pomagał, ni kto synków moich na ręku swojém lulał, ni kto główki mojéj kiedy pożałował. Sama jedna ja żyła, pracowała, harowała, skórę z rąk sobie zdzierała, boso chodziła, z postem jadała, a wszystko o synkach swoich...
- Hodzi! hodzi! (dosyć) - mruknął Jasiek - chodź do chaty, razem iść weseléj będzie!
- Nie mogę ja do chaty iść, Jaśku, nie mogę do chaty! - zawiodła kobieta. - Muszę ja iść do Bahrewicza i pokłonić się jemu nizko i, o ratunek dla mego Filipka poprosić...
- Aha! - mruknął chłop, jakby teraz zrozumiał już, czego Krystyna szła do ekonoma.
- Mądrzejszy on ode mnie... może zlituje się nad swojém własném dzieckiem... może poradzi... może pomoże... może poratuje...
- Aha! - powtórzył chłop.
I dodał:
- Z Bogiem!
- Z Bogiem! - powtórzyła kobieta i rozeszli się. Rozstanie to było nagłe i pożegnanie krótkie.
Jemu ciężko było stać z ośminą żyta na plecach; jéj było pilno prosić o ratunek dla Filipka. Zresztą mieszkać musieli razem albo blizko siebie, bo uszedłszy kilkanaście kroków chłop odwrócił się i rzucił zapytanie:
- Kiedy wrócisz do chaty?
- Dziś, zaraz! albo ja tu hulać będę? Odkrzyknęła.
Przez ten sam otwór uchylonéj nieco bramy, przez który z worem swym przecisnął się zaledwie Jasiuk, z łatwością weszła na ciemny i błotnisty dziedziniec folwarku. Pośrodku dziedzińca, grupa drzew nie wysokich a krzaczystych, może akacyj i koralowego bzu, odcinała się na szarém tle zmroku jak wielka czarna plama. Kilka szerokich promieni padało na nią z dwu oświetlonych okien niewielkiego domu, złocąc i w delikatne desenie rzeźbiąc, ogołocone jeszcze z liści gałęzie! Krystyna stanęła pod drzewami temi i zlała się całkiem z ich czarnością.
Z-za oświetlonych okien, biły na dziedziniec donośne głosy. Jeden z nich, gruby i rozjątrzony, krzyczał.
- Nie po niemiecku i nie po francuzku mówiłam tobie. Nie raz i nie dziesięć razy, ale sto razy, tysiąc razy, milion razy mówiłam "jak jedziesz na mszę do Rudni, przywieź butelkę pontaku!" Czy przywiozłeś kiedy? he? Dlaczego nie przywiozłeś? Wziąłeś z sobą rubla, a do domu odwiózłeś dziesiątkę... jakeś spać poszedł, wszystkie kieszenie w surducie i w kamizelce przewróciłam i dziesiątkę tylko znalazłam. A gdzie podział się rubel? pewnoś za niego dla faworyty jakiéjś wstążek nakupił! a wina dla żony i dzieci żeby miały czém gościa przyjąć, żałujesz...
Tu potok wymowy niewieściéj przerwanym został przez inny głos, niewieści także i także rozgniewany, ale z młodszém i przyjemniejszém brzmieniem.
- Moja mamciu! Albo to tatko myśli kiedy o nas? Albo to tatko dba o to, co z nami będzie?
Trzecia niewiasta, także znać młoda, podchwyciła:
- Przecież my nie piérwsze lepsze, żeby gościa jak jacy chłopi przyjmować... Co kuzyn Kaprowski pomyśli sobie, że nawet wina...
- Ależ na miłość bozką, Madziu, Róziu, Karolciu... - spróbował odezwać się głos męski, basowy i widocznie zmartwiony.
- Milczéć! - z wybuchem nadzwyczajnym przerwała mu najstarsza z krzyczących niewiast; - będziesz mi tu jeszcze gębę otwierał. Nie z chamką ożeniłeś się i dzieci twoje nie chamskie dzieci! Z Kaprowską ożeniłeś się i uszanowanie miéj! Czy słyszysz?
- Słyszę, Madziu, ale myślę sobie, że z krewnym nie trzeba tych ceremonij robić i w naszym stanie... wino...
- W naszym stanie! W naszym stanie!... W twoim stanie, nie w moim! Łapciastym szlachciurą byłeś i łapciastym szlachciurą zostałeś! Trzeba było ze swoją chamką Krystyną żenić się a Kaprowskiéj nie brać... Dureń!
Po téj ostatniéj nucie, która z energią wielką zakończyła szumny ten pasaż, słyszéć się dało głośne stuknięcie drzwiami i na ganek domu, w dwa cienkie słupki i dwie ławki zaopatrzony, wypadł mężczyzna średniego wzrostu, barczysty, ciężki, z odkrytą głową. Wypadł tak jak stał, bez czapki na ganku znalazłszy się, do tylnéj kieszeni surduta swego sięgnął, chustkę do nosa z niéj wyjął i twarz nią sobie otarł. Ciężko stęknął, z ganku zeskoczył i kilka kroków uszedł, w taki sposób, jakby stanowczo zamierzał iść, dokąd oczy zaniosą. W tém, z głębokiéj czarności, jaką na środek dziedzińca rzucała grupa krzaczystych drzew, ozwało się bardzo ciche wołanie:
- Panoczku! panoczku!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.