Niusia z listy Schindlera. Historia ocalenia - Magda Huzarska-Szumiec

Kup ebooka

51.99 zł
38.99 zł (35,77 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

28 paź­dzier­nika 1961 roku

Zbli­ża­jący się do przy­stanku przy placu Wol­no­ści tram­waj gwał­tow­nie za­ha­mo­wał. Me­ta­liczny zgrzyt kół na­ło­żył się na pisk opon żuka, który za­je­chał mu drogę. W za­mie­sza­niu, ja­kie za­pa­no­wało w wa­go­nie, nikt nie za­uwa­żył, że jedna z pa­sa­że­rek wy­pa­dła na jezd­nię. Do­strzegł to tylko kie­rowca do­staw­czaka, który wy­sko­czył z szo­ferki i klnąc so­czy­ście, po­biegł w stronę le­żą­cej ko­biety.

Niu­sia nie zda­wała so­bie jesz­cze sprawy z tego, co się stało. W pierw­szej chwili jej wszyst­kie my­śli sku­piły się wo­kół tę­pego bólu, który prze­szy­wał głowę. By o nim za­po­mnieć, spoj­rzała na kłę­biące się na nie­bie je­sienne chmury zwia­stu­jące ulewę.

- Żeby tylko nie pa­dało - wes­tchnęła, przy­my­ka­jąc oczy, gdyż za­lała ją ko­lejna fala bólu.

Z do­cho­dzą­cych do niej po­je­dyn­czych gło­sów wy­wnio­sko­wała, że wo­kół gro­ma­dził się tłum cie­kaw­skich. Lu­dzie wy­sia­dali z tram­waju, za­sta­na­wia­jąc się, czy le­żąca na ziemi ko­bieta nie jest przy­pad­kiem pi­jana. Ale nie spra­wiała wra­że­nia ko­goś, kto w środku dnia się­gałby po al­ko­hol. Ubrana w po­rządne, weł­niane ja­sno­li­liowe palto, ze sta­ran­nie uło­żo­nymi wło­sami i nie­na­gan­nym ma­ki­ja­żem wy­glą­dała ra­czej na żonę ad­wo­kata, dok­tora albo in­ży­niera.

- Niech ktoś za­dzwoni po ka­retkę. - Ko­bieta w chu­stce spoj­rzała w kie­runku budki te­le­fo­nicz­nej.

Roz­sądna uwaga, ale nic poza tym. Za­równo ona, jak i po­zo­stali pa­sa­że­ro­wie pe­cho­wego tram­waju nie ru­szyli się z miej­sca. Tylko kie­rowca żuka, po­chy­lony nad le­żącą, nie­zdar­nie szu­kał na jej ręce pulsu.

- Na tym od­cinku jest ja­kaś wada kon­struk­cyjna to­rów - za­czął fi­lo­zo­fo­wać star­szy męż­czy­zna z ak­tówką, a jego spoj­rze­nie prze­nio­sło się na mo­tor­ni­czego, który przy­pa­try­wał się ca­łej sce­nie, nie bar­dzo wie­dząc, czy ma wzy­wać po­go­to­wie, czy pil­no­wać po­jazdu. Jego dy­le­mat roz­strzy­gnął chło­pak w gra­na­to­wej stu­denc­kiej czapce z nie­bie­skim oto­kiem, który jako je­dyny sen­sow­nie za­re­ago­wał i po­biegł w stronę te­le­fonu. - Ktoś po­wi­nien się tym za­jąć! Trzeba zmie­nić tory albo wpro­wa­dzić za­kaz ha­mo­wa­nia. Prze­cież w tych tram­wa­jach nie ma na­wet drzwi.

Niu­sia nie miała siły tego słu­chać, a tym bar­dziej włą­czyć się do dys­ku­sji. Tro­chę się oży­wiła, gdy udało się jej wy­ło­wić z tłumu twarz córki, o któ­rej kom­plet­nie za­po­mniała. Prze­ra­żona Ma­dzia ści­skała mocno rękę niani, pa­trząc na matkę oczami wiel­kimi jak spodki. Niusi wy­star­czył mo­ment, by prze­ko­nać się, że ma­łej nic nie jest i na ra­zie nie musi się o nią mar­twić. Przy­mknęła po­now­nie po­wieki, sta­ra­jąc się już nie ana­li­zo­wać, w ja­kim po­ło­że­niu się zna­la­zła. Prze­stały na­wet do­cho­dzić do niej głosy zde­ner­wo­wa­nych bar­dziej niż ona pa­sa­że­rów. Z le­targu wy­rwał ją do­piero sy­gnał wy­ła­nia­ją­cej się zza rogu ka­retki. Za mo­ment zo­ba­czyła po­chy­la­ją­cego się nad nią męż­czy­znę w bia­łym far­tu­chu.

- Pro­szę się ro­zejść! - krzyk­nął, ku­ca­jąc przy Niusi, która na szczę­ście pa­trzyła na niego dość przy­tom­nie. - Co tu się stało? - za­py­tał, de­li­kat­nie ob­ma­cu­jąc jej głowę i szu­ka­jąc śla­dów krwi.

- Wy­pa­dła z tram­waju - udzie­liła od­po­wie­dzi naj­bli­żej sto­jąca ko­bieta.

- Jak się pani czuje? Boli coś pa­nią?

- Głowa - wy­szep­tała Niu­sia.

- Pro­szę się nie ru­szać, bie­rzemy pa­nią na po­go­to­wie. Mu­simy spraw­dzić, czy nie ma pani wstrzą­śnie­nia mó­zgu.

- A bierz­cież ją szyb­ciej, bo ko­bita wilka zła­pie! Zimno dziś jak cho­lera - do­dała ba­bina, która do­piero te­raz prze­ci­snęła się przez tłum ga­piów, ża­łu­jąc, że pew­nie coś cie­ka­wego ją omi­nęło.

Lu­dzie za­częli się roz­stę­po­wać, gdy sa­ni­ta­riusz ra­zem z kie­rowcą am­bu­lansu szli z no­szami. Niu­sia pró­bo­wała się pod­nieść, ale ją po­wstrzy­mali, fa­chowo kła­dąc na coś, co przy­po­mi­nało bre­zen­towe woj­skowe łóżko. Nie­po­trzeb­nie na­pi­nali mię­śnie, bo aku­rat ta pa­cjentka wa­żyła nie­wiele. Na do­brą sprawę była lekka jak piórko, o czym prze­ko­nali się, ma­sze­ru­jąc do ka­retki. Rze­czy­wi­ście Niu­sia, choć zbli­żała się do trzy­dziestki i parę lat temu uro­dziła Ma­dzię, była wciąż szczu­pła i wy­glą­dała na o wiele młod­szą, niż świad­czył o tym rok uro­dze­nia wid­nie­jący w do­wo­dzie oso­bi­stym. Le­żąc na no­szach, przy­po­mi­nała małą, nieco zdez­o­rien­to­waną tym, co się dzieje, dziew­czynkę.

Lu­dzie roz­cho­dzili się, gdy ka­retka na sy­gnale po­gnała w stronę ulicy Sie­mi­radz­kiego, gdzie znaj­do­wał się bu­dy­nek po­go­to­wia. Choć trzę­sło, Niu­sia w am­bu­lan­sie ode­tchnęła z ulgą. Wresz­cie nie ota­czał jej tłum, który za­zwy­czaj wy­wo­ły­wał w niej ataki pa­niki. Dla­tego jak mo­gła uni­kała wszel­kich zgro­ma­dzeń. Nie uda­wało jej się tylko wy­mi­gać od po­cho­dów pierw­szo­ma­jo­wych. Mu­siała na nich by­wać jak wszy­scy, ma­sze­ru­jąc rów­nym kro­kiem przed try­bu­nami, na któ­rych za­sia­dali przed­sta­wi­ciele wła­dzy. Par­tyjni urzęd­nicy nie ro­zu­mieli, co to zna­czy praw­dziwy tłok, kiedy ludz­kie ciała na­pie­rają na sie­bie tak, że aż pod skórą trzesz­czą ko­ści. Nie mieli po­ję­cia, jak to jest, kiedy usi­łuje się jak śnięta ryba zła­pać jesz­cze je­den haust po­wie­trza, któ­rego za­raz może za­brak­nąć. Szcze­gól­nie gdy jest się dziec­kiem się­ga­ją­cym je­dy­nie do piersi do­ro­słych, stło­czo­nych w by­dlę­cym wa­go­nie.

Ka­retka pod­sko­czyła na wy­bo­istym bruku, wy­ry­wa­jąc pa­cjentkę ze świata wspo­mnień, do któ­rych nie chciała za żadne skarby wra­cać. Prze­jazd nie trwał dłu­żej niż kilka mi­nut. Le­karz, który po­ja­wił się po chwili w izbie przy­jęć, sta­ran­nie obej­rzał głowę ko­biety i za­py­tał, czy nie ma nud­no­ści. Do­piero wów­czas po­zwo­lił jej usiąść.

- Za­raz, za­raz, prze­cież to pani Niu­sia - stwier­dził we­zwany na kon­sul­ta­cję drugi me­dyk, wi­ta­jąc ją sze­ro­kim uśmie­chem. - Co sły­chać u Ta­de­usza?

- Ma się świet­nie. Dzi­siaj są jego uro­dziny - od­po­wie­działa, jakby to miało w tej chwili ja­kieś zna­cze­nie.

W tym mo­men­cie zo­rien­to­wała się, że nie ma przy so­bie siatki, do któ­rej scho­wała ulu­biony ko­niak męża, przy­wie­ziony przez zna­jo­mego z Ar­me­nii. Nie chciała, żeby Ta­de­usz od­krył pre­zent wcze­śniej, więc trzy­mała go w pracy. Na­wet ko­le­żanka, z którą przyj­mo­wała klientki w ga­bi­ne­cie ko­sme­tycz­nym przy ulicy Szew­skiej, śmiała się, że na pewno Niu­sia do­stała ła­pówkę od jed­nej z żon pry­wa­cia­rzy, które przy­jeż­dżały do niej z da­leka, twier­dząc, że nikt inny nie po­trafi tak świet­nie po­ło­żyć henny i wy­de­pi­lo­wać brwi.

No trudno - po­my­ślała. Albo ktoś w tym za­mie­sza­niu po­ła­ko­mił się na trudny do zdo­by­cia al­ko­hol, albo może nia­nia zo­rien­to­wała się, że siatka wy­pa­dła jej z ręki, i za­brała ją ze sobą. Pew­nie ra­zem z Ma­dzią są już w domu i opo­wia­dają Ta­de­uszowi, co się stało. Choć nie, mąż po­wi­nien być jesz­cze w przy­chodni. Mó­wił, że dziś ma bar­dzo dużo pa­cjen­tów. Zo­ba­czą się wie­czo­rem, i to późno, bo ona prze­cież jesz­cze dzi­siaj po­winna być w Grand Ho­telu i przy­go­to­wać mo­delki do wyj­ścia na wy­bieg.

- Prze­pra­szam, mu­szę już iść. Mu­szę wra­cać do pracy - oświad­czyła, pod­no­sząc się z le­żanki.

Nie mo­gła tak so­bie tu le­żeć, kiedy za dwie go­dziny roz­po­czy­nał się po­kaz ko­lek­cji Mody Pol­skiej. Obie­cała sze­fo­wej, że zrobi mo­del­kom ma­ki­jaże. Spe­cjal­nie na­wet ku­piła na tę oka­zję nową kredkę, którą za­mie­rzała mocno pod­kre­ślić im oczy. A poza tym cie­szyła się, że zo­ba­czy modne w tym se­zo­nie ciu­chy. Tego wie­czoru miano za­pre­zen­to­wać mi­ni­spód­niczki i gar­sonki szyte na wzór pro­jek­tów Coco Cha­nel. Li­czyła, że może uda się jej zdo­być choć jedną bez­po­śred­nio od pro­du­centa, bo w skle­pie Mody Pol­skiej będą one do­stępne tylko dla wy­bra­nych.

- Nie ma mowy, ni­g­dzie pani nie pój­dzie. Naj­pierw zro­bimy prze­świe­tle­nie czaszki i do­wiemy się, czy to nie jest coś po­waż­nego - po­wstrzy­mał ją le­karz.

A ko­lega jej męża po­twier­dza­jąco kiw­nął głową i ła­god­nie się uśmie­cha­jąc, do­dał:

- Za­dzwo­nię do Ta­de­usza i po­wiem, że jest pani u nas. Jak bę­dzie wszystko w po­rządku, za­bie­rze pa­nią do domu. A o pracy pro­szę na parę dni za­po­mnieć i od­po­czy­wać. Sio­stra Ja­dzia zaj­mie się pa­nią naj­le­piej. Wpadnę póź­niej, tylko zo­ba­czę, co z in­nymi pa­cjen­tami. Głowa do góry - do­dał, sto­jąc już przy drzwiach. - Co ja mó­wię - za­wa­hał się, zda­jąc so­bie w tym mo­men­cie sprawę, że pal­nął głu­potę. - No więc, pani Niu­siu, le­żymy, od­po­czy­wamy, a głową nie ru­szamy! Zgoda?

Za­nim Niu­sia zdą­żyła za­pro­te­sto­wać, już go nie było. Białe ściany po­miesz­cze­nia prze­dzie­lała na pół po­ły­sku­jąca ja­sno­nie­bie­ska lam­pe­ria. Niu­sia wpa­try­wała się w nią bez­myśl­nie, za­sta­na­wia­jąc się, jak so­bie bez niej po­ra­dzą w pracy. Kiedy przyj­dzie Ta­de­usz, bę­dzie mu­siała go po­pro­sić, żeby za­wia­do­mił sze­fową. W końcu ktoś musi ją za­stą­pić.

Nie ma in­nego wyj­ścia - wes­tchnęła, spo­glą­da­jąc na szary koc, któ­rym ją okryto. Pa­dało na niego zimne świa­tło neo­no­wej lampy, wy­da­ją­cej draż­niący dźwięk, jakby za chwilę miała się prze­pa­lić.

Nie­przy­ja­zny od­głos nie zdą­żył jej zi­ry­to­wać, bo w drzwiach po­ja­wiła się sio­stra Ja­dzia. Młoda dziew­czyna po­de­szła do Niusi, pcha­jąc in­wa­lidzki wó­zek i za­pra­sza­jąc na prze­jażdżkę.

- Prze­pra­szam, że tak nie­ład­nie pachnę, ale ko­le­żanka się po­tknęła i wy­lała na mnie cały płyn do de­zyn­fek­cji. Nie zdą­ży­łam się prze­brać, bo już cze­kają na pa­nią w rent­ge­nie - tłu­ma­czyła się na wszelki wy­pa­dek pa­cjentce, która mu­siała być czy­jąś pro­te­go­waną, gdyż w in­nym ra­zie tech­niczka nie przy­go­to­wa­łaby tak szybko klisz do prze­świe­tle­nia.

Niu­sia spoj­rzała na sio­strę okiem ko­sme­tyczki, stwier­dza­jąc, że przy­dałby się jej za­bieg oczysz­cza­jący cerę. Na­wet chciała za­pro­po­no­wać wi­zytę w swoim ga­bi­ne­cie, gdy dziew­czyna po­chy­liła się nad nią, by po­pra­wić opar­cie wózka, i jesz­cze raz prze­pro­siła za nie­przy­jemny za­pach.

- Niech pani prze­sta­nie, nic mi tu nie śmier­dzi - od­parła Niu­sia, gdy już je­chały dłu­gim, zda­wa­łoby się nie­ma­ją­cym końca ko­ry­ta­rzem, a pie­lę­gniarka cią­gle pa­plała o roz­la­nym pły­nie.

- Ma pani ra­cję, te­raz to bar­dziej śmier­dzi przy­pa­lo­nym mle­kiem - do­dała, po­pra­wia­jąc biały far­tuch. - W po­koju so­cjal­nym cią­gle coś go­tują. A jak im wy­kipi mleko, to nikt nie wpad­nie na to, by zmyć ku­chenkę.

Te ostat­nie słowa dały Niusi do my­śle­nia.

- To dziwne, ale ja na­prawdę nic nie czuję, choć zwy­kle mam bar­dzo wy­ostrzony węch - za­częła się za­sta­na­wiać, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że za­wsze, kiedy po­chyla się nad klientką, bez pro­blemu jest w sta­nie po­wie­dzieć, ja­kich per­fum ko­bieta używa.

Od­róż­nie­nie "Być może..." od "Pani Wa­lew­skiej" ni­gdy nie sta­no­wiło dla niej pro­blemu. Ba, cza­sem po za­pa­chu, ja­kim były prze­siąk­nięte ubra­nia nie­któ­rych pań, po­tra­fiła bez­błęd­nie zgad­nąć, co go­to­wały po­przed­niego dnia na obiad.

- Kom­plet­nie nic nie czuję - po­wtó­rzyła Niu­sia.

Pie­lę­gniarka spoj­rzała te­raz na nią znacz­nie uważ­niej, sta­ra­jąc się de­li­kat­nie prze­pchnąć wó­zek przez drzwi rent­gena. W sali ko­bieta w ochron­nym far­tu­chu przy­go­to­wy­wała już apa­rat do prze­świe­tle­nia. Trwało to do­syć długo, bo nie mo­gła po­ra­dzić so­bie z przy­krę­ce­niem ja­kiejś śruby. Niu­sia le­żała na łóżku, cier­pli­wie cze­ka­jąc, aż tech­niczka wyj­dzie i zo­stawi ją sam na sam z pro­mie­niami Roe­ntgena.

Gdy ba­da­nie się skoń­czyło, Niu­sia po­now­nie usia­dła na wózku, wy­pa­tru­jąc pie­lę­gniarki. Przez uchy­lone drzwi zo­ba­czyła jed­nak nie sio­strę, a le­ka­rza, obok któ­rego szedł jej mąż. Do­strze­gł­szy ją, Ta­de­usz ru­szył bie­giem. Im był bli­żej, tym więk­sze prze­ra­że­nie wi­działa w jego oczach.

- No nie de­ner­wuj się, nic mi nie jest - uspo­ko­iła go, choć jego za­tro­skana twarz nie wska­zy­wała na to, by uwie­rzył jej na słowo.

- Za­raz zo­ba­czymy zdję­cia i bę­dziemy mieli ja­sność - usły­szeli le­ka­rza wcho­dzą­cego do są­sia­du­ją­cego z rent­ge­nem ga­bi­netu.

Ta­de­usz od­pro­wa­dził go wzro­kiem. I przy­klęk­nął, py­ta­jąc żonę, czy nic ją nie boli.

- Już co­raz mniej. Ale coś in­nego mnie za­sta­na­wia. Chyba stra­ci­łam węch.

Niu­sia usi­ło­wała po­wą­chać nad­garstki, na które za­wsze na­kła­dała ulu­bione per­fumy. Nic jed­nak nie po­czuła, co w in­nej sy­tu­acji mo­głaby zło­żyć na karb tego, że do swo­jego za­pa­chu jest przy­zwy­cza­jona.

- Daj mi coś do po­wą­cha­nia - za­żą­dała, a Ta­de­usz za­czął prze­trzą­sać kie­sze­nie w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co mia­łoby cha­rak­te­ry­styczną woń.

Pierw­szą rze­czą, na którą tra­fił, była paczka klu­bo­wych. Na ich wi­dok Niu­sia się oży­wiła.

- O tak, wie­dzia­łam, że wła­śnie tego mi bra­ko­wało. Daj mi jed­nego! - za­wo­łała i tak gwał­tow­nie za­częła wsta­wać z wózka, że aż za­krę­ciło się jej w gło­wie.

- Nie ma mowy. - Ta­de­usz cof­nął rękę i nie­mal siłą po­sa­dził żonę z po­wro­tem. - Tu nie wolno pa­lić. Masz, po­wą­chaj, czy czu­jesz ty­toń. - Pod­su­nął jej pod nos pa­pie­rosa.

- Nie, nie czuję - wy­znała, od­wra­ca­jąc głowę w stronę drzwi, w któ­rych po­ja­wił się le­karz.

- Mam do­bre wie­ści - oznaj­mił. - Nic złego na zdję­ciu nie wi­dać. Chodź­cie, po­ga­damy jesz­cze chwilę u mnie. Ta­de­usz, tak dawno cię nie wi­dzia­łem, a twoja żona mówi, że masz dzi­siaj uro­dziny. Może na­pi­jemy się po ko­niaczku? Pani Niu­siu, pro­szę mi wy­ba­czyć, ale w tej sy­tu­acji pani za­pro­po­nuję je­dy­nie her­batę. - Uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco, do­da­jąc, że pa­cjentka może iść sa­mo­dziel­nie.

Na bia­łym me­ta­lo­wym sto­liku, sto­ją­cym w ga­bi­ne­cie pod oknem, po­ja­wiły się szklanki, a le­karz ocho­czo za­brał się za na­peł­nia­nie ich na­po­le­onem z na­po­czę­tej już ja­kiś czas temu bu­telki.

- Coś mnie mar­twi ten brak wę­chu u Niusi - ode­zwał się Ta­de­usz.

- O cho­lera! - za­klął le­karz. - A czuje pani smak?

- Skąd mam wie­dzieć, prze­cież nic nie ja­dłam.

Męż­czy­zna od­wró­cił się do prze­szklo­nej szafki, z któ­rej wy­cią­gnął dużą ta­bletkę.

- Pro­szę to po­ssać i po­wie­dzieć, jak sma­kuje.

Niu­sia nie­pew­nie wło­żyła pi­gułkę do ust, sta­ra­jąc się co­kol­wiek po­czuć. Ale nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło. Nie była w sta­nie okre­ślić, czy ta­bletka jest kwa­śna, czy gorzka. Męż­czyźni wy­mie­nili po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia.

- Trzeba bę­dzie to spraw­dzić u neu­ro­loga - za­de­cy­do­wał Ta­de­usz, przej­mu­jąc ini­cja­tywę.

- Masz ra­cję. Mo­gło dojść do prze­rwa­nia cią­gło­ści ni­tek ner­wo­wych - orzekł me­dyk, się­ga­jąc po bu­telkę i na­le­wa­jąc zło­ci­sty al­ko­hol do dwóch szkla­nek. - Ta­kiego urazu rent­gen nie wy­każe. Je­żeli do niego do­szło, to jest to ra­czej nie­od­wra­calne - po­wie­dział, pa­trząc z tro­ską na Niu­się.

Ona jed­nak nie wy­glą­dała na ko­goś, na kim taka wia­do­mość by­łaby w sta­nie wy­wrzeć przy­kre wra­że­nie. I to nie tylko dla­tego, że za dużo rze­czy wy­da­rzyło się w tak krót­kim cza­sie. Ani też dla­tego, że my­ślała o tym, iż po­winna wró­cić do pracy. Prawda le­żała zu­peł­nie gdzie in­dziej.

- To w su­mie do­brze - twardo oświad­czyła, spra­wia­jąc, że na twa­rzach męż­czyzn za­go­ściło coś wię­cej niż za­sko­cze­nie. - Te­raz będę mo­gła wresz­cie wy­pa­lać ku­rzajki.

Nie bar­dzo wie­dząc, co zro­bić z tą dziwną de­kla­ra­cją, le­karz po­now­nie się­gnął po szklankę z ma­ja­czącą jesz­cze na dnie resztką ko­niaku.

- Nie ro­zu­miem. - Spoj­rzał na Niu­się z uwagą, ocze­ku­jąc ja­kie­goś wy­ja­śnie­nia.

- Wie pan, jak śmier­dzi pa­lona skóra? To jest za­pach nie do znie­sie­nia. Pa­mię­tasz, Ta­de­usz, jak nie­mal ze­mdla­łam, kiedy na kur­sie ko­sme­tycz­nym je­den dok­tor po­ka­zy­wał nam wy­pa­la­nie ku­rzajki? Ni­gdy tego nie za­po­mnę. On miał ga­bi­net na Kar­me­lic­kiej, w ka­mie­nicy nie­da­leko Rynku. By­ły­śmy tam całą grupą. Dziew­czyny prze­py­chały się, by zo­ba­czyć, jak on to robi, a ja, gdy tylko po­czu­łam swąd, mu­sia­łam wyjść na ko­ry­tarz. Usia­dłam na scho­dach, żeby z nich nie spaść.

Cho­ciaż słowa Niusi nie po­mo­gły le­ka­rzowi zro­zu­mieć jej za­cho­wa­nia, te­raz cał­ko­wi­cie jego uwagę po­chło­nęła dys­ku­sja z Ta­de­uszem, który sy­pał jak z rę­kawa ła­ciń­skimi okre­śle­niami, chcąc po­móc ko­le­dze w po­sta­wie­niu dia­gnozy. Nie zwra­cali już na nią uwagi, gdy wpa­try­wała się w pierw­sze ude­rza­jące o pa­ra­pet kro­ple desz­czu. W my­ślach prze­no­siła się zu­peł­nie gdzie in­dziej, da­leko od bu­dynku po­go­to­wia i chwie­ją­cych się na wie­trze drzew, z któ­rych opa­dały żółto-czer­wone li­ście. Znowu stała w tłu­mie wal­czą­cych o łyk po­wie­trza ko­biet, stło­czo­nych w brud­nym, śmier­dzą­cym od­cho­dami i po­tem wa­go­nie.

Jak tam było po­twor­nie duszno... Tak bar­dzo cze­ka­łam na cza­ro­dziejkę z bajki, o któ­rej opo­wia­dała mi mama. Chcia­łam, żeby po­ma­chała różdżką, a ja dzięki temu mo­gła­bym prze­ci­snąć się przez szcze­linę mię­dzy de­skami - przy­po­mniała so­bie w tym mo­men­cie, a ko­lejne ob­razy z prze­szło­ści już sta­wały jej przed oczami.

Było ciemno, kiedy po­ciąg to­wa­rowy pod­je­chał na rampę obozu Au­schwitz-Bir­ke­nau. Niu­sia kur­czowo trzy­mała matkę za rękę, gdy otwo­rzono drzwi i ktoś za­czął krzy­czeć, ka­żąc im na­tych­miast wy­sia­dać. Pod­nie­sio­nym gło­som wtó­ro­wało uja­da­nie psów. Zwie­rzęta ska­kały jak opę­tane, wy­ry­wa­jąc się trzy­ma­ją­cym je męż­czy­znom w mun­du­rach SS. Niu­sia pew­nie by się ich bar­dziej prze­stra­szyła, gdyby nie mdło­ści, które do­pa­dły ją wraz z wdzie­ra­ją­cym się do wa­gonu po­wie­trzem. Prze­sy­cone było ono za­pa­chem pa­lo­nych ciał, tym sa­mym, który póź­niej miała po­czuć na lek­cji usu­wa­nia ku­rza­jek.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki