Prolog. Niewyśpiewana pieśń
Prolog
Niewyśpiewana pieśń
Żaden z żyjących śmiertelników nie widział nigdy Wrzeciona.
Opowieści o nich żyły w miejscach, o których pamiętano, i takich, o których dawno już zapomniano, w ludziach dotkniętych magią, istotach z innych światów. Jednakże żadne Wrzeciono nie zapłonęło od wieków.
Ostatnie przepadło tysiąc lat temu. Portale zostały zamknięte, bramy
zawarte na głucho. Wiek przejścia dobiegł końca. Allward został odcięty
od innych światów.
I tak musi pozostać, pomyślał Andry Trelland. Dla dobra nas wszystkich.
Giermek pomógł przywdziać swemu panu zbroję i nie bacząc na pierwsze
krople deszczu, począł zaciskać paski i zapinać sprzączki na barczystej
posturze sir Grandela Tyra. Miodowobrązowe palce Andry'ego z wyćwiczoną
wprawą radziły sobie ze znajomą skórą i złotą stalą. Zbroja rycerza
lśniła, świeżo wypolerowana, naramienniki i napierśnik ukształtowano na
podobieństwo ryczącego lwa - symbolu królestwa Galland.
Niemrawy świt próbował przedrzeć się przez wiosenne, deszczowe chmury
wiszące gęsto nad pogórzami i szczytami gór. Przypominało to stanie w izbie z wyjątkowo niskim stropem. Andry odetchnął, smakując wilgotne
powietrze. Świat napierał na niego ze wszystkich stron.
Ich konie - w sumie było ich trzynaście - związane razem i zbite w gromadę w poszukiwaniu ciepła, rżały cicho. Andry żałował, że nie może
do nich dołączyć.
Towarzysze Królestwa czekali na polanie u stóp wzgórza. Niektórzy,
strzegąc drogi pielgrzymów wiodącej między drzewami, czekali na wroga.
Inni patrolowali oplecioną bluszczem świątynię, której białe kolumny
przywodziły na myśl kości starego szkieletu. Wyryte na niej znajome
słowa były dziełem Starszych - te same litery Andry widział w mitycznej
Ionie. Budowla była wiekowa, starsza od dawnego cesarstwa Cor,
wzniesiona dla Wrzeciona, które od wieków pozostawało nieaktywne. Wieża
dzwonnicza milczała. Andry nie wiedział, dokąd prowadziło niegdyś
Wrzeciono. Nikt o tym nie mówił, a on nie miał odwagi zapytać. Mimo to
wyczuwał je niczym zapach, który lada chwila uleci z wiatrem,
pozostałość dawno utraconej potęgi.
Sir Grandel wydął wargi. Bladoskóry rycerz spojrzał gniewnie na niebo,
świątynię i stojących w dole wojowników.
- Uwierzyć nie mogę, że bladym świtem jestem już na nogach - warknął,
nie panując nad głosem.
Andry puścił jego utyskiwania mimo uszu.
- Skończone, panie - rzekł i cofnął się o krok.
Bacznie przyjrzał się rycerzowi, wypatrując choćby najmniejszej skazy,
niedociągnięcia, czegokolwiek, co mogłoby mu przeszkodzić w nadchodzącej
bitwie.
Rycerz wypiął pierś. Od trzech lat Andry służył jako giermek sir
Grandela. Był to człowiek arogancki, lecz Andry wiedział, że żaden z wielkich rycerzy nie grzeszy skromnością. Tego od nich oczekiwano. Teraz
uznał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, poczynając od
stalowych butów sir Grandela, aż po zakute w stal knykcie jego rękawic.
Zaprawiony w bojach rycerz był uosobieniem siły i odwagi, czempionem
Lwiej Straży królowej. Budzącym lęk i podziw.
Jak zawsze Andry wyobraził sobie siebie w tej samej zbroi, z lwem na
piersi, zieloną peleryną na ramionach i ojcowskim mieczem w dłoni, tym
samym, który wisiał teraz na ścianie w matczynym saloniku. Nieużywany od
lat, pokryty kurzem, niemal pęknięty na pół.
Giermek pochylił głowę, odganiając od siebie ową myśl.
- Jesteś gotów, panie.
- Z pewnością czuję się gotów - odparł rycerz, opierając urękawicznioną
dłoń na rękojeści miecza. - Po tylu dniach wleczenia swych starczych
kości przez Ward. Ile czasu minęło, odkąd opuściliśmy dom, Trellandzie?
- Dwa miesiące, panie - odrzekł Andry bez zastanowienia. - Niemal dwa,
co do dnia.
Potrafił zliczyć dni, tak jak potrafił zliczyć własne palce. Każdy dzień
w drodze był przygodą, przeprawą przez doliny, góry i pustkowia, do
królestw, których w najśmielszych snach nie miał nadziei ujrzeć na
własne oczy. U boku wojowników, których sława dorównywała ich
umiejętnościom i którzy wszyscy, co do jednego zasługiwali na miano
bohaterów. Ich misja dobiegała końca, bitwa wisiała w powietrzu. Andry
nie bał się jej, lecz tego, co czekało go później.
Szybka, prosta droga powrotna do domu. Plac ćwiczeń, pałac, chora matka
i nieżyjący ojciec. Kolejne cztery lata chodzenia za sir Grandelem z sali tronowej do piwniczki z winem.
Sir Grandel, nie bacząc na zakłopotanie giermka, mówił dalej:
- Otwarte Wrzeciona i powrót dawno zaginionych królestw. Wszystko to
bzdury. Gonienie za bajeczkami dla dzieci - mruczał, zginając i rozprostowując palce. - Za duchami.
Pokręcił głową, patrząc na swych gotowych do walki Towarzyszy. Ich
stroje i barwy różniły się jak klejnoty w koronie. Spojrzenie wodnistych
oczu rycerza na chwilę zatrzymało się na kilku z nich.
Andry podążał za wzrokiem sir Grandela, przyglądając się wyprostowanym,
sztywnym postaciom, których zbroje były dziwne, a zachowanie jeszcze
dziwniejsze. Choć podróżowali razem od wielu dni, niektórzy Towarzysze
wciąż wydawali się obcy. Zagadkowi niczym słowa maga, dalecy i nierzeczywiści jak mit. A przecież stoją tu, przede mną.
- To nie duchy - bąknął Andry, patrząc, jak jeden z nich kroczy dumnie
pod murami świątyni. Jasne włosy miał zaplecione w warkocz, sylwetkę
barczystą i niewiarygodnie wysoką. Potrzeba było dwóch ludzi, by
dźwignąć miecz wiszący u jego pasa. Dom, pomyślał Andry, choć jego
prawdziwe imię było znacznie dłuższe i trudniejsze do wymówienia. Książę
Iony. - Starsi są ludźmi tak samo jak my.
Łatwo dawało się ich odróżnić od innych wojowników. Starsi trzymali się
na uboczu. Było ich sześciu, każdy przywodził na myśl piękny posąg,
odmienny od pozostałych, a jednak do nich podobny. Różnili się od ludzi
jak ptaki od ryb. Legendy mówiły, że byli dziećmi innych gwiazd, zaś
nieliczne opowieści nazywały ich istotami z innego świata.
Nieśmiertelnymi. Andry wiedział.
Wiecznie młodymi, pięknymi, długowiecznymi, odległymi i... zagubionymi.
Nawet teraz nie mógł przestać się gapić.
Nazywali siebie Vederami, lecz dla reszty Wardu, dla śmiertelników,
którzy znali ich wyłącznie z pradawnej historii i popadających w zapomnienie opowieści, byli Starszymi. Nie zostało ich wielu, lecz
zdaniem Andry'ego Trellanda wciąż byli potężni.
Wychynąwszy zza świątyni, książę Starszych podniósł wzrok, a spojrzenie
jego szafirowych oczu spoczęło na giermku. Andry pośpiesznie opuścił
głowę, wiedząc, że nieśmiertelny potrafił usłyszeć ich rozmowę. Jego
policzki oblały się rumieńcem.
Sir Grandel ani drgnął. Widoczne pod osłoną hełmu oczy były twarde i zimne jak stal.
- Czy nieśmiertelni krwawią, giermku?
- Nie wiem, panie - odparł Andry.
Wzrok rycerza prześlizgnął się po pozostałych. Starsi przybyli ze
wszystkich zakątków Wardu, wynurzając się z na wpół zapomnianych enklaw.
Andry zapamiętał ich, tak jak zapamiętywał dworzan - zarówno po to, by
sir Grandel nie zbłaźnił się w towarzystwie, jak i po to, by zaspokoić
własną ciekawość.
Pośród Starszych najbardziej osobliwy widok stanowiły dwie
kobiety-wojowniczki. Ich obecność zdumiała śmiertelników, a zwłaszcza
rycerzy z Gallandu. Nawet jeśli nie budziły lęku, Andry wciąż był nimi
zaintrygowany. Rowanna i Marigon przybyły z Sirandel, z głębokich
ostępów Zamkowej Kniei, podobnie jak Arberin. Patrząc na ich rude włosy,
blade, lisie twarze i purpurowe kolczugi opalizujące jak skóra węża,
Andry domyślał się, że są ze sobą blisko spokrewnione. Przypominały
jesienny las, w którym słońce bezustannie walczy z cieniami. Nourowie
przybyli z Hiziru, pustynnej enklawy na Wielkich Piaskach Ibalu. Zdaniem
Andry'ego przypominali zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Nie nosili
zbroi, lecz owijali się ciasno zwojami jedwabiu w kolorze zgaszonego
różu, z szarfami zdobionymi bogato cennymi klejnotami. Ich skóra miała
odcień złota, brązowe oczy obwodzili czarną kredką i fioletowym cieniem,
a czarne włosy zaplatali w misternej roboty warkoczyki. Był również
Surim, który przebył z nich wszystkich najdłuższą drogę. Ze swoją
brązową skórą i głęboko osadzonymi oczami wciąż uginał się pod ciężarem
podróży z Tarimu, jak pod ciężkim futrem. Jego mocnej budowy kuc
przywiózł go tu aż z rozległych stepów Temurijonu.
Dom kojarzył się Andry'emu z dębem i porożem. Pod ciemnozieloną opończą
nosił skórzany pancerz, na którym wytłoczono wielkiego jelenia, symbol
jego enklawy i monarchini. Dłonie miał gołe. Na palcu lśnił pierścień z kutego srebra. Jego domem była Iona, ukryta w wąwozach otoczonego górami
Calidonu. Gdzie po raz pierwszy zebrali się Towarzysze. Andry dobrze je
pamiętał: nieśmiertelne miasto mgieł i kamienia, rządzone przez
nieśmiertelną panią w szarej sukni.
Głos sir Grandela wyrwał go z zamyślenia.
- A co z książętami, w których żyłach płynie krew Corów, potomkami
starego imperium? - syknął głosem ostrym niczym brzytwa. - Może i są
skażeni magią Wrzecion, ale też są śmiertelnikami, jak my wszyscy.
Andry Trelland dorastał w pałacu i doskonale wiedział, jak brzmi
zazdrość.
Cortael ze Starego Cor stał sam na kamienistej drodze pielgrzymów i nieugięty wpatrywał się w cienie lasu, przyczajony niczym wilk w swoim
leżu. On również miał na sobie pelerynę w barwach Iony, a jego stalowy
napierśnik zdobiło odlane w metalu poroże. Ciemnorude włosy opadały mu
na ramiona niczym krew o zmierzchu. Cortael nie służył żadnemu królestwu
śmiertelników, lecz na jego srogiej twarzy, czole i w kącikach ust widać
było drobne zmarszczki. Zdaniem Andry'ego miał jakieś trzydzieści pięć
lat. Tak jak Starsi, był dzieckiem Wrzeciona, synem przejścia, którego
śmiertelni przodkowie przyszli na świat pod gwiazdami innego królestwa.
Podobnie jak jego miecz. Ostrze Wrzeciona. Naga broń odbijała widoczne
w górze niebo i emanowała szarym blaskiem, pokryta znakami, których nikt
z żyjących nie potrafił już odczytać.
Rycerz zmrużył oczy.
- Czy oni też krwawią?
- Nie wiem - mruknął Andry, odrywając wzrok od ostrza.
Sir Grandel poklepał giermka po ramieniu.
- Może się dowiemy - odrzekł, schodząc ze wzgórza. Jego ciężka zbroja
grzechotała przy każdym kroku.
Mam nadzieję, że nie, pomyślał Andry, gdy jego pan dołączył do
pozostałych śmiertelników. Sir Grandel stanął w szeregu obok kuzynów
North: dwóch pozostałych rycerzy z Gallandu. Edgar i Raymond Northowie
byli równie strudzeni tą wyprawą jak sir Grandel, a ich zmęczone twarze
odzwierciedlały jego własną.
Bress Byczy Jeździec wcisnął się między nich, uśmiechając się od ucha do
ucha pod rogatym hełmem. Najemnik dokuczał rycerzom przy byle okazji, ku
ich niezadowoleniu i uciesze Andry'ego.
- Myślałem, że nie chwycisz za miecz. Tak czy inaczej, przed walką
powinieneś pomodlić się do bogów - rzekł ktoś głębokim, gładkim głosem.
Odwróciwszy się, Andry ujrzał kolejnego rycerza wychodzącego spomiędzy
drzew. Okran z Kasy, wspaniałego królestwa na południu, zbliżając się,
skłonił głowę. Pod jedną pachą trzymał hełm, pod drugą swoją włócznię.
Na jego perłowobiałej zbroi pysznił się, krzycząc, kasański orzeł;
skrzydła miał rozpostarte, szpony rozcapierzone, gotowe pochwycić swą
zdobycz. Uśmiech Okrana był niczym spadająca gwiazda jaśniejąca bielą na
jego czarnej jak węgiel skórze.
- Panie - odrzekł z ukłonem Andry. - Wątpię, by bogowie chcieli
wysłuchać słów giermka.
Okran uniósł brew.
- Oto, co słyszysz od sir Grandela Tyra?
- Wybacz mu, panie. Ciągnąca się tygodniami podróż przez pół królestwa
dała mu się we znaki. - Obowiązkiem giermka było służyć panu zarówno
czynem, jak i słowem. - Nie chciał urazić ciebie ani nikogo innego.
- Nie obawiaj się, giermku. Nie należę do ludzi, którym przeszkadza
bzyczenie much - odparł rycerz z południa i machnął zwinnymi palcami. -
Przynajmniej nie dziś.
Andry zapanował nad niestosownym uśmiechem, który cisnął mu się na usta.
- Nazywasz sir Grandela muchą?
- A gdyby tak było, powiedziałbyś mu o tym?
Giermek nie odpowiedział i jego milczenie stanowiło wystarczającą
odpowiedź.
- Dobry chłopak. - Kasańczyk roześmiał się, a zaraz potem nałożył hełm i poprawił ametystowy nosal. Rycerz Orła nabierał kształtu jak bohater
wyłaniający się ze snu.
- Lękasz się, panie? - Słowa wyrwały się Andry'emu, zanim zdążył ugryźć
się w język. Twarz Okrana złagodniała, dodając mu odwagi. - Boisz się
złodzieja i jego czarownika?
Kasańczyk milczał przez chwilę, ruchy miał nieśpieszne, wystudiowane.
Omiótł wzrokiem świątynię, polanę i stojącego na jej skraju Cortaela,
który pełnił wartę na drodze. Z drzew skapywały krople deszczu, cienie
zmieniały barwę z czarnej na szarą. Wszystko zdawało się ciche i spokojne.
- To Wrzeciono stanowi zagrożenie, nie ludzie, którzy go szukają -
odparł łagodnie.
Mimo usilnych starań Andry nie mógł o nich nie myśleć. Złodziej miecza,
mag nikczemnik. Ich dwóch przeciwko Towarzyszom: tuzinowi wojowników,
z których połowę stanowili Starsi. To będzie rzeź, proste zwycięstwo,
powiedział sobie i zmusił się do skinienia głową.
Kasańczyk zadarł brodę.
- Starsi zwrócili się do śmiertelnych władców i wysłano mnie w odpowiedzi, podobnie jak waszych rycerzy. Niewiele wiem o krwi Corów czy
magii Wrzecion, a jeszcze mniej w nie wierzę. Skradziony miecz, rozdarte
przejście? Wszystko to wygląda mi na konflikt dwóch braci, a nie coś,
czym powinny zajmować się wielkie królestwa Wardu. - Prychnął
pogardliwie i pokręcił głową. - Lecz nie moja to sprawa wierzyć w słowa
władcy Starszych czy ostrzeżenia Cortaela. Moim zadaniem jest walczyć.
Ryzyko zaniechania jest zbyt wielkie. W najgorszym wypadku nic się nie
wydarzy. Nikt nie przyjdzie. - W jego ciemnych, ciepłych oczach pojawiło
się niezdecydowanie. - W najlepszym, ocalimy królestwo, zanim dowie się,
że było w niebezpieczeństwie.
- Kore-garay-sida.
Andry z łatwością sięgnął po język matki, tak dobrze wyuczony przez
niego w dzieciństwie. Słowa smakowały niczym miód.
Taka jest wola bogów.
Okran zamrugał zaskoczony, a zaraz potem rozciągnął usta w zniewalającym
uśmiechu.
- Ambara-garay - odparł, kończąc modlitwę skinieniem odzianej w hełm
głowy. Zaufaj bogom. - Nie mówiłeś, że władasz kasańskim, giermku.
- Matka mnie nauczyła, panie - rzekł Andry, prostując się nieco. Choć
mierzył niemal sześć stóp, czuł się niski w porównaniu ze smukłym
cieniem Okrana. Dorastając w Ascalu, Andry przywykł do tego, że ludzie
zwracają uwagę na jego ciemniejszą skórę, był jednak dumny z dziedzictwa, którego dowodziła. - Urodziła się w Nkonabo, jako córka
domu Kiane. - Rodzina jego matki była znana nawet na północy.
- Szlachetny to ród - rzekł Okran, nadal się uśmiechając. - Powinieneś
odwiedzić mnie w Benai, kiedy to wszystko się skończy i wrócimy do
dawnego życia.
Benai, pomyślał Anry. Miasto kutego złota i ametystu, wybudowane na
zielonych brzegach Nkonu.
Ojczyzna, której nigdy nie widział, nagle zaczęła nabierać kształtów, a opowieści snute przez matkę rozbrzmiewały w jego głowie niczym pieśń. To
jednak nie trwało długo. Deszcz był zimny, a rzeczywistość nie pozwalała
o sobie zapomnieć. Miną trzy, cztery lata, nim Andry zostanie rycerzem.
To cała wieczność, pomyślał. Tyle innych rzeczy muszę przemyśleć. Moją
pozycję w Ascalu, moją przyszłość, mój honor. Poczuł, że ogarnia go
przygnębienie. Rycerze nie mogą podróżować według woli. Mają obowiązek
chronić słabszych, pomagać bezbronnym, a przede wszystkim służyć
królestwu i królowej. Nie zwiedzać.
Muszę też pomyśleć o matce, teraz, kiedy stała się taka słabowita.
Andry zmusił się do uśmiechu.
- Kiedy to wszystko się skończy - powtórzył, patrząc na Okrana, który
lekkim krokiem schodził ze wzgórza po wilgotnej trawie.
Zaufaj bogom.
Na pogórzach wielkich gór Allwardu, otoczony bohaterami i nieśmiertelnymi, Andry z pewnością czuł obecność bogów. Któż inny
posłałby na taką ścieżkę giermka, syna szlachcianki z dalekiego kraju i nisko urodzonego rycerza? Młodzieńca, który nie dziedziczył zamku i w którego żyłach nie płynęła królewska krew?
Jutro, kiedy to wszystko się skończy, nie będę tym samym chłopcem.
Na skraju polany nieśmiertelny książę Iony dołączył do Cortaela. Zmysły
Starszego skupione były na lesie. Nawet ze wzgórza Andry widział jego
posępną minę i nieco wysuniętą szczękę.
- Słyszę ich - powiedział. Słowa zabrzmiały niczym trzask bicza. - Pół
mili stąd. Jest ich dwóch, tak jak się tego spodziewaliśmy.
- Powinniśmy uważać na czarodzieja! - zawołał Bress. Ostrze topora na
jego ramieniu błysnęło niczym uśmiech posłany zaciągniętemu chmurami
niebu.
Nieśmiertelni z Sirandel spojrzeli na niego, jak gdyby mieli do
czynienia z dzieckiem.
- My zapewnimy wam bezpieczeństwo, Byczy Jeźdźcu - odrzekł Arberin
łagodnym głosem, w którym pobrzmiewał obcy akcent jego rodzimej mowy.
Najemnik zacisnął usta.
- Czerwony to oszust, nic więcej! - zawołał Cortael, nawet się nie
odwracając. - Otoczcie świątynię, zachowajcie szyk. - Potomek Corów był
urodzonym przywódcą, nawykłym do wydawania rozkazów. - Taristan spróbuje
prześlizgnąć się między nami i otworzyć przejście, nim zdołamy go
zatrzymać.
- Nie uda mu się - zagrzmiał Dom, dobywając swego wielkiego miecza.
Okran uderzył drzewcem włóczni o ziemię na znak, że się z nim zgadza, a kuzyni North potrząsnęli tarczami. Sir Grandel wyprostował się, zacisnął
zęby i wyprężył pierś. Nieśmiertelni dołączyli do szeregu uzbrojeni w łuki i miecze. Byli gotowi.
Niebo w końcu się otworzyło i zimny, miarowy deszcz przerodził się w ulewę. Andry zadrżał, gdy strużki wody wcisnęły się pod ubranie i spłynęły mu po plecach.
Cortael uniósł miecz i skierował ostrze w stronę drogi. Krople deszczu
spływały mu po twarzy, lecz on był niczym posąg, któremu niestraszna
żadna pogoda. Andry wiedział, że Cortael jest śmiertelnikiem, jednak w tamtej chwili wydawał się wieczny. Jak skrawek utraconego świata
dostrzeżony przez szparę w zamykających się drzwiach.
- Towarzysze królestwa - zaczął Cortael donośnym głosem.
Gdzieś nad górami przetoczył się grzmot. Bogowie Wardu patrzą, pomyślał
Andry. Czuł na sobie ich spojrzenia.
Deszcz jeszcze bardziej przybrał na sile, strugi wody ściekały z nieba,
zmieniając trawę w grząskie błoto.
Cortael ani drgnął.
- Ten dzwon nie rozbrzmiał od tysiąca lat - ciągnął. - Od tego czasu
żadna stopa nie postała w świątyni i nikt nie przeszedł przez Wrzeciono.
Mój brat zamierza być pierwszy. Nie zrobi tego. Nie uda się mu. Zło,
które go tu przywiodło, tutaj się zakończy.
Ostrze miecza rozbłysło, odbijając światło błyskawicy. Cortael zacisnął
dłoń na rękojeści.
- We krwi Corów i Ostrzu Wrzeciona jest dość mocy, by zniszczyć portal.
Naszym obowiązkiem jest powstrzymać mojego brata, nie pozwolić mu wejść
do tych ruin, ocalić królestwo i Ward. - Spoglądał na swoich towarzyszy.
Andry zadrżał, gdy rycerz omiótł go wzrokiem. - Dziś walczymy dla jutra.
Determinacja Cortaela nie zagłuszyła lęku, który narastał w sercu
Andry'ego Trellanda, lecz dodała mu sił. Nawet jeśli miał tylko patrzeć
i zmywać krew, nie wzdrygnie się. Będzie służył Towarzyszom i Wardowi w każdy możliwy sposób. Nawet ktoś taki jak giermek potrafił być silny.
- Ten dzwon nie rozbrzmiał od tysiąca lat - powtórzył Cortael. Wyglądał
jak żołnierz, nie jak książę. Śmiertelnik, który nie miał pochodzenia, a tylko obowiązek. - I nie rozbrzmi przez kolejny tysiąc.
Huknął grom, tym razem nieco bliżej.
I zadźwięczał dzwon.
Towarzysze spojrzeli po sobie zdumionym wzrokiem.
- Utrzymajcie szyk - przypomniał im Dom. Nagły podmuch wiatru szarpnął
jego złotymi włosami. - To sprawka Czerwonego. Iluzja!
Brzmienie dzwonu zdawało się głuche, a zarazem dźwięczne, brzmiało jak
wezwanie i ostrzeżenie. Andry wyczuwał jego gniew i smutek. Miał
wrażenie, że dźwięk odbija się echem zarówno w przeszłości, jak i w przyszłości, niesiony przez wieki i królestwa. Rozsądek podpowiadał mu,
by trzymał się jak najdalej od dzwonu, on jednak stał jak wrośnięty w ziemię, z całych sił zaciskając pięści.
Nie wzdrygnę się.
Sir Grandel obnażył zęby i uderzył dłonią w pierś. Stal szczęknęła o stal.
- Ze mną! - wykrzyczał dawny bitewny okrzyk lwiej straży. Northowie
odpowiedzieli mu do wtóru.
Andry poczuł to w piersi.
Stojąc na wzgórzu, dostrzegł dwie postaci, które szły w górę ścieżki, co
rusz niknąc pośród deszczu. Ten, którego nazywano Czerwonym, słusznie
odziany był w pelerynę koloru świeżo przelanej krwi. Na głowie miał
kaptur, lecz Andry widział jego twarz. Twarz maga. Był młody, gładko
ogolony, skórę miał bladą, włosy koloru pszenicy. Nawet z tej odległości
widać było jego zaczerwienione oczy. Zobaczywszy Towarzyszy, mag
zamrugał i przez chwilę mierzył ich wzrokiem od stóp do głów. Poruszył
bezgłośnie ustami, formując słowa, których nikt nie był w stanie
usłyszeć.
Drugi mężczyzna nie nosił zbroi, lecz zniszczony skórzany pancerz i pelerynę koloru błota. Był szubrawcem, cieniem własnego brata. Spod
hełmu, który zasłaniał mu twarz, wysypywały się ciemnorude kędziory.
Jego ostrze, takie samo jak to, które dzierżył w dłoni Cortael, wciąż
jeszcze było schowane w pochwie wysadzanej czerwonymi i purpurowymi
klejnotami - zachód słońca zamknięty w dłoni. Złodziej miecza.
A więc tak ma wyglądać koniec królestwa, pomyślał zdumiony Andry.
Cortael trzymał wzniesiony miecz.
- Jesteś głupcem, Taristanie.
Dzwon zabrzmiał kolejny raz, kołysząc się na wieży.
Drugi syn Starego Cor stał w milczeniu zasłuchany w bicie dzwonu. Nagle
się uśmiechnął, błyskając białymi zębami.
- Ileż to czasu minęło, bracie?
Cortael stał nieporuszony.
- Od urodzenia - ciągnął Taristan, samemu odpowiadając na zadane przez
siebie pytanie. - Założę się, że świetnie się bawiłeś, dorastając w Ionie. Błogosławiony przez Wrzeciono od pierwszego oddechu. - Mimo
pozornej swobody i niemal wesołego tonu w głosie Taristana, Andry
wyczuwał jego podenerwowanie. Przypominał zdziczałego psa krążącego
wokół wyćwiczonego ogara. - Aż do ostatniego.
- Chciałbym powiedzieć, że miło było cię spotkać, bracie - odezwał się
Cortael.
Stojący u jego boku Dom spoglądał spode łba.
- Oddaj, coś zabrał, złodzieju.
Szybkim ruchem Taristan chwycił za wiszący u pasa miecz, odsłaniając
kilka cali ostrza. W strugach deszczu zalśniła stal pokryta pajęczyną
wyrytych na niej słów.
Taristan uśmiechnął się krzywo.
- Jeśli chcesz, możesz spróbować mi go odebrać, Domacridhanie - rzekł.
Pełne imię Starszego zabrzmiało niezgrabnie w jego ustach, jak gdyby nie
było warte jego wysiłku. Zakołysał pochwą, jakby drażnił się z nimi
wszystkimi. - Jeśli jesteś taki jak krypty twoich przodków, niechybnie
zawiedziesz. Zresztą, kim jesteś, by odmawiać mi tego, co należy mi się
z tytułu urodzenia? I nawet jeśli jestem młodszy, sprawiedliwość
nakazuje, by każdy z nas posiadał ostrze naszych przodków, naszego
zaginionego królestwa.
- To się źle skończy - warknął Cortael. - Poddaj się, a nie będę
zmuszony cię zabić.
Taristan przesunął stopę, poruszał się z gracją tancerza, nie jak
wojownik. Cortael wykonał podobny ruch i wyciągnął ostrze ku szyi brata.
- Starsi uczynili cię tym, kim jesteś, Cortaelu - ciągnął Taristan. -
Wojownikiem, mędrcem, panem śmiertelników i nieśmiertelnych.
Dziedzicem, który odbuduje dawno utracone imperium. A wszystko po to,
byś uczynił dokładnie to, co ja uczyniłem: na nowo otworzył Wrzeciona.
Połączył królestwa. Pozwolił ich mieszkańcom wrócić do domów, których
nie widzieli od wieków. - Zerknął na Doma. - Czyżbym się mylił, Starszy?
- Otwarcie Wrzeciona stanowi zagrożenie dla wszystkich królestw. Dla
własnych celów zniszczyłbyś świat - warknął Dom, którego powoli
opuszczał spokój.
Tristan uczynił krok, błoto mlasnęło pod jego stopami.
- Dla jednych oznaczałoby to zniszczenie. Dla innych chwałę.
Całun spokoju opadł z ramion Starszego niczym zrzucona opończa.
- Potworze! - ryknął Dom, płynnym ruchem unosząc własny miecz.
Taristan wyszczerzył zęby w kpiącym uśmiechu.
Jemu to się podoba, pomyślał z odrazą Andry.
Dom obnażył zęby.
- Nie możesz siłą otworzyć Wrzeciona. Konsekwencje...
- Szkoda twych słów - wtrącił Cortael. - Jego los jest przesądzony.
Taristan się zatrzymał.
- Mój los jest przesądzony? - syknął. Jego łagodny, niebezpieczny głos
był niczym ostrze ukryte pod jedwabiem. Wściekłość wzbierała w nim jak
burza nad ich głowami.
Stojący na wzgórzu Andry poczuł, że serce bije mu mocniej, a oddech
przyśpiesza.
- Zabrali cię, wyszkolili i wmówili ci, że jesteś kimś wyjątkowym,
odrodzonym cesarzem, potomkiem Corów, zrodzonym z Wrzeciona. - Taristan
gotował się z wściekłości. - Ostatnim z prastarego rodu, przeznaczonym
do wielkich czynów. Miałeś sięgnąć po Stare Cor, podbić je i nim władać.
Cóż za chwalebne przeznaczenie dla pierworodnego syna rodziców, których
nie dane nam było poznać.
Z paskudnym grymasem chwycił oburącz hełm i zdarł go z głowy,
odsłaniając twarz.
Andry rozdziawił usta, z których dobył się stłumiony krzyk.
Bracia patrzyli na siebie, jeden był lustrzanym odbiciem drugiego.
Bliźniacy.
Choć Taristan wyglądał przy Cortaelu jak żebrak przy królu, Andry z trudem odróżniłby jednego od drugiego. Mieli identyczne urodziwe twarze,
przenikliwe oczy, mocne szczęki, wąskie usta i roztaczali wokół siebie
osobliwą aurę tych, w których żyłach płynęła krew Wrzecion. Niepodobni
do innych śmiertelników z wyjątkiem samych siebie.
Zdumiony Cortael zatoczył się w tył.
- Taristanie - rzekł, a jego głos niemal utonął w deszczu.
Złodziej miecza długim, powolnym ruchem wyciągnął własne Ostrze
Wrzeciona. Klinga zaśpiewała w harmonii z dzwonem - świszczący oddech w zderzeniu z głębokim rykiem.
- Każdy sen, który śniłeś, został ci dany. Każda ścieżka, po której
kroczyłeś, została wybrana zawczasu - przemówił Taristan. Deszcz siekł
ostrze strumieniami. - W dniu twoich narodzin zdecydowano o twoim
przeznaczeniu, Cortaelu. Twoim, nie moim.
- Co więc teraz wybierzesz, bracie?
Taristan zadarł głowę.
- Wybieram życie, którym powinienem był żyć.
Piekielny dzwon rozbrzmiał po raz kolejny, tym razem nieco głębiej.
- Dałeś mi szansę, bym mógł się poddać. - Taristan wykrzywił usta w uśmiechu. - Obawiam się, że nie mogę zrobić tego samego. Roninie?
Czarnoksiężnik uniósł ręce, wyciągając przed siebie białe jak śnieg
dłonie. Sirandelczycy byli szybsi, niż Andry się spodziewał, i trzy
strzały przeszyły ze świstem powietrze. Celowali tam, gdzie należało - w serce, gardło i oko. Wszystkie trzy strzały spłonęły jednak zaledwie
kilka cali od twarzy Ronina. Za nimi posypały się kolejne. I tym razem
czerwony rozbłysk zmienił je w niewiele więcej niż smugi dymu na
deszczu.
Cartael podniósł miecz wysoko nad głowę, chcąc rozpłatać Ronina na pół.
Jednakże Taristan był szybszy i sprawnym ruchem sparował cios. Stal
szczęknęła o stal.
- Tego, czego ciebie uczono w pałacu, ja uczyłem się w błocie - syknął,
zbliżając twarz do bliźniaczej twarzy brata.
Mag złączył dłonie i rozległ się chrzęst kamienia, huk gromu i wściekłe
skwierczenie, jak syk oliwy na rozgrzanej patelni. Groza ogarnęła
Andry'ego, gdy spojrzał na świątynię, która jeszcze chwilę temu świeciła
pustkami. Ciężkie odrzwia rozwarły się na zewnątrz, popychane
dziesiątkami białych dłoni pokrytych popiołem i sadzą. Spod rozdartej,
popękanej skóry wyzierały kości lub jątrzące się czerwone rany. Andry
nie widział twarzy stworów, za co dziękował losowi. Nawet nie chciał
sobie wyobrażać, jakie okropieństwa mogły sobą przedstawiać. Wnętrze
świątyni pulsowało oślepiającym, białym światłem, podczas gdy wylewające
się zza drzwi mroczne cienie gnały w stronę polany.
Towarzysze odwrócili się w kierunku zamieszania, a na ich twarzach
odmalowało się przerażenie.
- Popielnicy - jęknęła Rowanna z Sirandel.
W jej szeroko otwartych złotych oczach Andry dostrzegł strach, który on
sam czuł, choć nie miał pojęcia, co znaczyły jej słowa. Na chwilę
odwróciła uwagę od świątyni i spojrzała w stronę wzgórza, na konie.
Nietrudno było zgadnąć, co chodzi jej po głowie.
Chciała uciec.
Stojący w dole Cortael warknął Taristanowi w twarz, a ich ostrza
spotkały się ze szczękiem.
- Wrzeciono?
Jego bliźniak zerknął w bok.
- Zostało już otwarte, a przejście się dokonało. - Błyskawicznym ruchem
huknął Cortaela łokciem w twarz. Wojownik zatoczył się i runął na
ziemię, ze złamanego nosa buchnęła szkarłatna krew. - Masz mnie za
idiotę?
Dom rzucił się na niego z bitewnym okrzykiem Starszych na ustach. Z gracją poruszał się po łuku do chwili, gdy mag uniósł rękę i muśnięciem
odrzucił go kilka jardów do tyłu.
Dziesiątki żywych trupów wysypywały się ze świątyni, tratując się
nawzajem. Tu i ówdzie ohydne, okaleczone ciała pełzały na połamanych
kończynach, grzechocząc wewnątrz brudnych, czarnych zbroi. Przypominali
śmiertelników, lecz nimi nie byli; wyglądali, jakby ktoś lub coś
wywróciło je na drugą stronę. Większość ściskała w dłoniach wysłużoną
broń: zardzewiałe, żelazne miecze, wyszczerbione topory, pęknięte
sztylety i strzaskane włócznie. Połamane, lecz wciąż ostre i wciąż
śmiertelnie niebezpieczne. Na hordę posypał się grad strzał i pierwsza
fala padła pod ostrzałem Sirandelczyków jak pszenica pod ostrzem kosy.
Można ich było zabić, lecz ich oddziały stale rosły w siłę. Bił od nich
charakterystyczny smród dymu i palonego mięsa, a wiejący z wnętrza
świątyni - z Wrzeciona - gorący wicher, niósł tumany popiołu.
Andry nie mógł się ruszyć ani oddychać. Patrzył w osłupieniu, jak
poznaczona bliznami, skrwawiona armia ożywieńców z utraconego królestwa
runęła na Towarzyszy. Byli żywi? Czy martwi? Nie potrafił powiedzieć.
Nierównym kręgiem otoczyli Taristana i Cortaela, jak gdyby przykazano
im, by pozwolili braciom walczyć.
Włócznia tańczyła w dłoniach Okrana, kreśląc szerokie łuki i rozpłatując
kolejne gardła. Rycerze Gallandu walczyli zaciekle w trójkącie odwróceni
do siebie plecami, a ostrza ich mieczy były czarne od sadzy i czerwone
od krwi. Surim i Nour przywodzili na myśl rozmazane smugi z krótkimi
mieczami i sztyletami tańczącymi im w dłoniach. Pozostawiali po sobie
śmierć i zniszczenie, gdy, prąc do przodu, wycinali sobie ścieżkę wśród
oddziałów wroga. Stwory walczyły, a piskliwe, schrypnięte wrzaski, które
dobywały się z ich okaleczonych gardeł, brzmiały nieludzko. Andry z trudem rozróżniał twarze - blade, bezwłose głowy i skórę koloru kości,
poznaczoną czerwienią lub pomalowaną ściekającą z nich smołą. Oblepione
łuszczącym się popiołem przywodziły na myśl zwęglone drewno, które ktoś
przypalił od zewnątrz.
Dwóch miało stanąć do walki przeciwko dwunastu, pomyślał Andry.
Tymczasem dwunastu walczyło przeciwko dziesiątkom. Setkom.
Konie rżały i szarpały się na postronkach. Wyczuwały niebezpieczeństwo,
krew, a przede wszystkim Wrzeciono syczące we wnętrzu świątyni. Jego
bliskość przerażała je niczym huk gromu.
Taristan i Cortael krążyli wokół siebie, zbroja Cortaela była umazana
błotem. Krew ściekała mu po brodzie i skapywała na zdobiony porożem
napierśnik. Ich miecze spotkały się ze szczękiem. Cortael był
uosobieniem umiejętności i siły, podczas gdy Taristan przypominał
zdziczałego kota - pozostawał w ciągłym ruchu, stąpał lekko na palcach z mieczem w jednej i sztyletem w drugiej dłoni, robiąc użytek tak z jednego, jak i z drugiego. Nacierał, robił uniki, ślizgał się w deszczu
i błocie. Szczerzył zęby i uśmiechał się szyderczo, plując krwią w twarz
brata. Z impetem opuścił miecz na ramię Cortaela, na jego naramiennik i kolczugę. Cortael skrzywił się z bólu, lecz chwycił brata w pasie i runąwszy na ziemię, zaczęli tarzać się w błocie.
Andry patrzył na to wszystko w całkowitym bezruchu. Co mogę zrobić? Co
mogę zrobić? Ręce mu drżały; cały się trząsł. A niech cię, dobądź
miecza! Walcz. To twój obowiązek. Chcesz być rycerzem, a rycerze nie
czują lęku. Rycerz nie stałby i nie patrzył. Rycerz poszarżowałby w dół
zbocza, prosto w chaos, z tarczą i mieczem gotowym do ataku.
U stóp wzgórza błoto zmieniło barwę na czerwoną.
Tak właśnie zginąłby rycerz.
Arberin krzyknął jako pierwszy.
Jeden z żywych trupów ucapił go za rudy warkocz i począł wdrapywać się
mu na plecy. Jego śladem poszedł kolejny. I następny, i jeszcze jeden,
aż swym ciężarem przygnietli Starszego do ziemi. Ich ostrza były liczne.
Biała stal, czarne żelazo, stare i przeżarte przez rdzę. Mimo to
wystarczająco ostre.
Ciało Arberina nie było dla nich żadną przeszkodą.
Rowanna i Margion wyrąbywały sobie drogę ku niemu. Gdy dotarły, ciało
Arberina wciąż krwawiło, lecz jego nieśmiertelne życie dobiegło końca.
Sir Grandel i Northowie ustępowali pod naporem wroga, a ich trójkąt
zacieśniał się z każdą mijającą sekundą. Miecze tańczyły, tarcze tłukły
o tarcze, rękawice chrzęściły. Wokół nich piętrzyły się ciała - sterta
białych kończyn i odciętych głów. Edgar pierwszy się potknął. Upadał
powoli, jak gdyby zanurzał się w wodzie, świadomy swojego końca. Do
chwili, aż sir Grandel pochwycił go za pelerynę i postawił na nogi.
- Ze mną! - huknął, przekrzykując bitewny zgiełk. Na pałacowym placu
ćwiczeń znaczyło to: "tak trzymaj, bądź silny i przyj naprzód". Dziś
znaczyło to tylko: "nie umieraj!".
Byczy Jeździec, rycząc, wywijał toporem, a każdy jego cios podrzynał
kolejne gardło. Jego zbroja upstrzona była plamami czerwieni i czerni,
krwi i smoły. Jednakże najemnik stopniowo opadał z sił. Andry miał
ochotę krzyczeć, gdy rogaty hełm Bressa Byczego Jeźdźca zniknął pod
lawiną ciał.
Sekundy ciągnęły się jak godziny, a każda śmierć trwała całą wieczność.
Następna padła Rowanna do połowy zanurzona w kałuży, z toporem wbitym w kręgosłup.
Potężny cios młotem wgniótł napierśnik Raymona Northa. Mokre rzężenie
jego gasnącego oddechu było słychać ponad bitewnym zgiełkiem. Edgar
pochylił się nad nim i zapominając o swym mieczu, ujął w dłonie głowę
kuzyna. Mimo wysiłków sir Grandela stwory rzuciły się na klęczącego
rycerza uzbrojone w noże i zęby.
Andry znał kuzynów North, odkąd był chłopcem. Do głowy mu nie przyszło,
że będzie oglądał ich śmierć - jakże marną.
Sir Grandel był potężnym mężczyzną i trudno było powalić go na ziemię,
choć stwory próbowały. W pewnym momencie podniósł wzrok i spojrzał na
Andry'ego, wciąż stojącego na wzniesieniu. Andry patrzył na własne ręce,
którymi poruszał bezmyślnie, wzywając swego pana, by porzucił pole
walki. "Ze mną. Nie daj się zabić". W innej sytuacji sir Grandel
złajałby go za tchórzostwo.
Teraz jednak usłuchał i zaczął biec.
To samo uczynił Andry, który odkrył nagle, że ściska w dłoni miecz. Jego
ciało poruszało się szybciej niż umysł, stopy ślizgały się w błocie.
Jestem giermkiem sir Grandela Tyra, rycerza Lwiej Straży. Oto mój
obowiązek. Muszę mu pomóc. Wyrzucił z głowy wszystkie inne myśli, aż
pozostała w niej tylko ta jedna: Muszę być dzielny.
- Ze mną! - zawył Andry.
Sir Grandel wspinał się na zbocze, jednak stwory podążały za nim,
czepiając się jego nóg i nieubłaganie ściągając go w dół. Rycerz uniósł
odzianą w rękawicę dłoń i rozcapierzył palce. Nie próbował niczego
pochwycić, nie błagał. Nie prosił o pomoc ani ochronę. Jego oczy
rozwarły się szeroko.
- UCIEKAJ, TRELLAND! - ryknął rycerz. - UCIEKAJ!
Ostatni rozkaz sir Grandela Tyra dotarł do uszu Andry'ego. Chłopak
zamarł ze wzrokiem wbitym w ziejącą w dole czerwoną paszczę.
Jeden z trupów wyrwał rycerzowi miecz z dłoni. Sir Grandel nie
przestawał walczyć, lecz buty ugrzęzły mu w błocku i poślizgnąwszy się,
zaczął osuwać się w dół. Po drodze chwytał palcami kępki mokrej trawy.
Andry poczuł pod powiekami palące łzy.
- Ze mną - szepnął głosem słabym jak kwiat marniejący na mrozie.
Nie mógł patrzeć, jak jeden miecz upada na ziemię, a po nim drugi. Wzrok
mu się rozmywał, czarne plamy rosły przed oczami, jakby lada chwila
miały pochłonąć cały świat. Smród krwi, zgnilizny i popiołu pochłaniał
wszystko. Muszę uciekać, pomyślał, ale nogi miał jak z waty.
- Rusz się - syknął do siebie i zrobił krok w tył.
Czuł na sobie wzrok ojca i sir Grandela. Rycerzy poległych w bitwach,
wojowników, którzy wypełnili swój obowiązek i nie wyrzekli się honoru.
On nigdy taki nie będzie. Andry schował miecz do pochwy i chwycił cugle
swojego konia.
Ciała Nourów leżały na schodach świątyni, ich długie, smukłe członki
były rozrzucone na marmurze. Nawet po śmierci wyglądali przepięknie.
Marigon opłakiwała śmierć Rowanny, lecz nie przestawała walczyć. Wyła,
potrząsała głową - już nie lisica, lecz ruda wilczyca. Surim i Dom żyli
i próbowali przedostać się do Cortaela.
Złamana włócznia leżała u stóp Okrana, który walczył teraz tarczą i mieczem. Biała zbroja Kasańczyka zmieniła kolor na szkarłatny, orzeł na
jego piersi był zbryzgany świeżą krwią.
Drżącymi rękami Andry odwiązał lejce i odwrócił się w stronę konia
Okrana. Zacisnął zęby, siłą woli zmuszając palce do ruchu. Były
odrętwiałe ze strachu i niezdarne, gdy odwiązywał rycerskiego rumaka.
Przynajmniej tyle mogę zrobić, pomyślał.
Cortael i Taristan walczyli w samym środku krwawego huraganu. Błoto pod
ich stopami było zadeptane jak ziemia na placu turniejowym. Cortael
wyglądał teraz równie mizernie jak jego brat i daleko mu było do księcia
czy imperatora. Obaj dyszeli ze zmęczenia, słaniając się na nogach.
Każdy cios był powolniejszy od poprzedniego i nieco od niego słabszy.
Ronin stał u wrót świątyni, w powietrzu wirował popiół. Ręce maga były
wyciągnięte i zwrócone dłońmi do góry, lecz Andry wiedział, że nie
oddaje on czci żadnemu z bogów. Czarnoksiężnik zadarł głowę i uśmiechnął
się do wieży dzwonniczej. Jak gdyby w odpowiedzi rozległ się dźwięk
dzwonu.
Ostrza Wrzecion spotkały się w chwili, gdy niebo rozdarła błyskawica i obie klingi na krótką chwilę rozjarzyły się fioletowobiałym światłem.
Jeden z koni zakwiczał i stanął dęba, zrywając linę. Chwilę później
wszystkie rozpierzchły się w popłochu i Andry zaklął pod nosem. Czując,
że cugle wyślizgują mu się z dłoni, zacisnął palce w oczekiwaniu, że
lada chwila zostanie pociągnięty w dół zbocza. Tymczasem biały rumak
Doma zarżał tylko.
Wykrzyczane po kasańsku słowa sprawiły, że Andry jeszcze bardziej
podupadł na duchu. Okran padł pod naporem mieczy. Umarł, patrząc w niebo
i szukając na nim orła, który zabierze go do domu.
W drugim końcu polany topór odrąbał Marigon rękę, a zaraz potem głowę.
Oddzieleni od niej Surim i Dom ryknęli wściekle - dwie samotne wyspy
pośród morza krwi. Niebawem jego fale zamknęły się wokół Surima. Ten
gwizdnięciem próbował jeszcze przywołać swego rumaka, choć stepowy kuc
gnał już ku niemu, nie bacząc na otaczający go bitewny chaos. Padł, nim
zdołał przedrzeć się do swego pana. Chwilę później zginął też Surim.
Andry nie był w stanie dobyć głosu, nawet po to, by się pomodlić.
Walczący w kręgu Cortael ryknął z wściekłości, jego ciosy odzyskały
dawną siłę. Machnięciem miecza wytrącił Taristanowi sztylet i ten
ugrzązł w błocie. Kolejnym ciosem przebił się przez gardę Taristana i zatopił ostrze głęboko w piersi brata.
Andry zamarł z nogą w strzemieniu. Nie śmiał robić sobie nadziei.
Trupia armia także znieruchomiała, rozwierając skrwawione szczęki.
Stojący na schodach świątyni Ronin opuścił ręce i szeroko otworzył
szkarłatne oczy.
Taristan upadł na kolana z mieczem wystającym z ciała. Zdumiony
rozdziawił usta. Na twarzy górującego nad nim Cortaela próżno było
szukać radości czy triumfu; była nieruchoma, jeśli nie liczyć deszczu,
który zmywał z niej krew.
- Sam to sobie zrobiłeś, bracie - odezwał się powoli. - A jednak proszę
cię o wybaczenie.
Jego bliźniak zachłysnął się krwią, słowa przychodziły mu z trudem.
- To... nie twoja wina, że urodziłeś się pierwszy. Nie twoja... wina, że cię
wybrano - wyjąkał Taristan, spoglądając na ranę. Gdy podniósł wzrok,
jego czarne oczy były zimne, stanowcze. - Ponosisz jednak winę za to, że
mnie nie doceniałeś.
Z szyderczym uśmiechem wyszarpnął miecz z ciała. Ostrze było czerwone i śliskie od krwi.
Andry nie wierzył własnym oczom.
- Te dzwony nie biły dla bogów od tysięcy lat - ciągnął Taristan i dzierżąc w dłoniach bliźniacze miecze, dźwignął się z ziemi. Z ust
otaczających go stworów dobywały się dziwne dźwięki; przywodziły na myśl
szyderczy śmiech i brzęczenie owadów. - I dziś również nie biją dla
twoich bogów. Lecz dla mojego. Dla Niego. I dla tego, co nadejdzie.
Przerażony Cortael zatoczył się w tył. Pozbawiony broni uniósł rękę,
jakby błagał zapomnianego brata o litość.
- Zniszczysz Ward dla korony!
- Król, który włada popiołami, nadal jest królem - wychrypiał Taristan.
Przedzierając się przez zwały ciał, Dom brnął ku przyjacielowi.
Nie da rady, pomyślał Andry. Był tego pewien, choć świat wciąż wirował
mu przed oczami. Jest za daleko, wciąż za daleko.
Taristan wbił miecz Cortaela w ziemię i zacisnął palce na własnej broni.
Cortael patrzył w milczeniu, jak unosi ją nad głowę. Nie miał gdzie
uskoczyć ani dokąd uciec. Twarz mu się skurczyła i wyglądał jak książę
sprowadzony do roli żebraka.
- Bracie...
Ostrze spadło na niego z siłą, która rozpłatała zbroję płytową i kolczugę, i dosięgło serca Cortaela. Następca tronu Starego Cor osunął
się na kolana, kołysząc głową na boki.
Taristan oparł stopę na jego ramieniu i wyszarpnął miecz z piersi brata,
pozwalając, by jego ciało zwiotczało.
- Trup zaś nadal jest trupem - syknął z szyderczym uśmiechem.
Jeszcze raz uniósł broń, gotowy rozczłonkować ciało brata.
Jednakże jego ostrze zatrzymała iońska klinga w ręku ostatniego z żyjących Towarzyszy.
- Zostaw go - warknął wściekle Dom i z łatwością odepchnął Taristana.
Starszy stanął między Taristanem a ciałem przyjaciela, gotowy do walki,
choć zewsząd otaczali go wrogowie i tak naprawdę został już pokonany.
Miecz Cortaela zakrwawiony i bezużyteczny tkwił wbity w ziemię niczym
nagrobek czekający na nich obu.
Taristan roześmiał się wyraźnie rozbawiony.
- Legendy mówią, że jesteście dzielni i szlachetni; istne wcielenie
wspaniałości. Powinny wspominać też o tym, że jesteście głupi.
Usta Doma drgnęły w uśmiechu. Jego oczy, oczy Starszego z nieśmiertelnego królestwa, były zdumiewająco zielone. Wzrok Doma na
moment umknął w bok, ku wzgórzu i giermkowi siedzącemu pewnie w siodle
na białym rumaku.
Andry, czując, jak wstępuje w niego nadzieja, zacisnął zęby. I jeden,
jedyny raz skinął głową.
Z ust Starszego dobył się wysoki, przeciągły gwizd. Chwilę później koń
runął w dół zbocza. Nie w sam środek pola walki, lecz wokół niego,
mijając ożywieńców, stosy ciał i poległych Towarzyszy.
Z szybkością godną nieśmiertelnego Dom przyskoczył do miecza Cortaela i wyszarpnął go z błota. Zaraz potem wyprostował się i z całej siły
wyrzucił ostrze w powietrze niczym oszczep, ponad głowami upiornej armii
Wrzeciona. Miecz poszybował w górę jak strzała wypuszczona z łuku.
Jedyne zwycięstwo w obliczu sromotnej porażki.
Taristan ryknął wściekle, gdy miecz i rumak pomknęli ku sobie.
Świat Andry'ego skurczył się do rozbłysku stali spadającej w mokrą
trawę. Rumak, którego dosiadał, był kłębowiskiem mięśni i strachu.
Giermek wyćwiczony w jeździe konnej i walce w siodle wychylił się i ścisnąwszy udami boki konia, rozcapierzył brązowe palce.
Ostrze Wrzeciona było zimne w dotyku.
Z gardeł nieumarłych dobył się wściekły wrzask, ale rumak nie zwalniał.
Serce Andry'ego waliło do wtóru z kopytami, w jego piersi narastało
trzęsienie ziemi. Umysł miał zaćmiony, przed oczami migały mu twarze
poległych Towarzyszy, których śmierć na dobre wyryła się w jego pamięci.
O ich czynach nie powstaną żadne pieśni. Ani historie.
Poczuł się przytłoczony. Wszystkie jego myśli roztrzaskały się i na nowo
złożyły w jedną.
Zawiedliśmy.
1. Córka przemytniczki
1
CÓRKA PRZEMYTNICZKI
Corayne
Widziała wszystko w promieniu kilku mil. To był dobry dzień na
zakończenie podróży.
Albo na rozpoczęcie nowej.
Corayne uwielbiała wybrzeże Siscarii o tej porze roku, rano, wczesnym
latem. Żadnych wiosennych sztormów, chmur zwiastujących burzę czy
zimowych mgieł. Żadnej feerii barw, żadnego piękna. Żadnych iluzji. Nic,
tylko pusty, niebieski horyzont Długiego Morza.
Skórzana torba z zamkniętą w niej księgą główną podskakiwała jej na
biodrze. Rejestr był wart swojej wagi w złocie, zwłaszcza dziś. Ochoczo
szła starym corskim traktem wzdłuż klifów, podążając brukowaną ścieżką w głąb Lemarty. Znała drogę tak dobrze jak twarz własnej matki.
Ukształtowana wiatrem miała barwę piasku i nie spłowiała od słońca, lecz
była nim ozłocona. Pięćdziesiąt stóp niżej wody Długiego Morza rozbijały
się o skały, wyrzucając w powietrze wodną mgiełkę. Na wzgórzach rosły
drzewka oliwne i cyprysy, a łagodny wietrzyk niósł zapach soli i pomarańczy.
Dobry dzień, pomyślała znów, zwracając twarz ku słońcu.
Obok niej szedł Kastio, jej strażnik o ciele ogorzałym od lat spędzonych
na morzu. Siwowłosy siscaryjski żeglarz o krzaczastych czarnych brwiach
był spalony słońcem od stóp do głów. Poruszał się niezgrabnie zwyczajem
ludzi nawykłych do chodzenia po kołyszącym się statku i cierpiących na
ból kolan.
- Miałaś jeszcze jakieś sny? - zapytał, patrząc na nią z ukosa. Jego
niebieskie oczy w skupieniu przypatrywały się twarzy Corayne.
Dziewczyna pokręciła głową i zamrugała zmęczona.
- Jestem podekscytowana - odparła i posłała mu słaby uśmiech, który miał
go uspokoić. - Wiesz, że przed powrotem statku prawie nie śpię.
Łatwo było nabrać starego żeglarza.
Nie musi wiedzieć o moich snach. Ani on, ani nikt inny. Jak nic
powiedziałby o nich matce, a jej troska sprawiłaby, że wszystko byłoby
jeszcze bardziej nieznośne.
Tymczasem sny powracały każdej nocy. Coraz bardziej upiorne.
Białe ręce, twarze skryte w cieniu. Coś poruszało się w mroku.
Nawet w biały dzień wspomnienie snu napawało ją lękiem i Corayne
przyśpieszyła, jak gdyby chciała wyprzedzić własne myśli.
Statki żeglowały wzdłuż Wybrzeża Cesarzowej ku portowi Lemarty. Każdy
wpływał w wąskie gardło naturalnej przystani, widoczny jak na dłoni, tak
z drogi, jak i z wież strażniczych Siscarii. Większość wież pochodziła
jeszcze z czasów Starego Cor. Były to smętne ruiny ze smaganego wiatrem
kamienia, nazwane na cześć nieżyjących od dawna cesarzy i cesarzowych.
Sterczały niczym zęby w na wpół szczerbatej szczęce, a te, które wciąż
jeszcze stały, obsadzono starymi żołnierzami i byłymi żeglarzami,
których życie niechybnie miało się ku końcowi.
- Ile naliczyłeś tego ranka, Reo? - spytała Corayne, mijając Wieżę
Balliscora.
W oknie stał jej jedyny strażnik, wiekowy starzec.
Poruszył dwoma pomarszczonymi palcami, dłonie miał zniszczone jak stara
skóra.
- Tylko dwa za przylądkiem. Niebieskozielone żagle.
Akwamarynowe, poprawiła go w myślach. Z wyszytą na nich złotą syreną
Tyriotu.
- Nic ci nie umknie, co? - dodała, nie zatrzymując się.
Starzec zarechotał.
- Może niedosłyszę, ale wzrok mam bystry jak zawsze.
- Bystry jak zawsze! - powtórzyła Corayne i powstrzymała się od
złośliwego uśmieszku.
W istocie dwie galery z Tyriotu minęły przylądek Antero, lecz trzecia
łódź przedzierała się przez płycizny w cieniach klifów. Ci, którzy nie
wiedzieli, gdzie patrzeć, mogli jej nie zauważyć. Tak jak ci, którym
zapłacono, by patrzyli gdzie indziej.
Corayne nie zostawiła monety na wpół ślepemu strażnikowi Wieży
Balliscora, za to - jak zwykle - przekupiła strażników w wieżach
Macorrasa i Alcora. Kupiony sojusz wciąż jest sojuszem, pomyślała,
słysząc w głowie głos matki.
Tyle samo ofiarowała strażnikowi na murach Lemarty, chociaż port miejski
był mały, jego bramy otwarte, a Corayne i Kastio byli dobrze znani.
A przynajmniej znają tu moją matkę i w równym stopniu lubią ją i się jej
boją.
Strażnik przyjął monetę i machnięciem ręki wpuścił ich na znajome ulice
obsadzone bzem i drzewami pomarańczowymi. Ich woń maskowała smród
tłocznego portu. Lemarta była tętniącym życiem miejscem z kamiennymi
budynkami pomalowanymi na radosne kolory wschodu i zachodu słońca. W letni poranek ulice targowe zapełniały się handlarzami i mieszkańcami
miasta.
Corayne rozdawała uśmiechy równie chętnie jak monety, czyniąc z nich
walutę. Jak zawsze czuła barierę oddzielającą ich od tłumu, jak gdyby
patrzyła nań przez szybę.
Zaprzężone w muły wozy zwoziły do miasta warzywa, owoce i ziarno. Kupcy
zachwalali swoje towary we wszystkich językach Długiego Morza. Kapłani
chodzili gęsiego odziani w barwne szaty swych zakonów. Ubrani na
niebiesko kapłani Meiry, zawsze najliczniejsi, wznosili swe modły do
bogini wód. Żeglarze, czekający na przypływ lub sprzyjający wiatr,
próżnowali na podwórcach, popijając wino na słońcu.
Miasto portowe miało wiele twarzy, lecz przede wszystkim znajdowało się
na rozdrożu. Tak więc, choć Lemarta nie miała znaczenia dla światowych
intryg i planów, nie należało z niej kpić, albowiem była dobrym miejscem
na zrzucenie kotwicy.
Ale nie dla mnie, pomyślała Corayne i przyśpieszyła kroku. Ani chwili
dłużej.
Labirynt stopni powiódł ich w dół, ku dokom i wyprowadził na kamienny
pomost na skraju wody. Promienie wschodzącego słońca lśniły na
turkusowych płyciznach. Lemarta spoglądała z góry na port, przycupnięta
na klifach niczym publiczność w amfiteatrze.
Wprowadzone do portu statki z Tyriotu stały na kotwicach po obu stronach
długiej przystani wrzynającej się głęboko w wodę. Stłoczone na ich
pokładach załogi wysypywały się na deski pomostu. Tu i ówdzie ucho
Corayne wychwytywało tyriocką i kasańską mowę, lecz większość mówiła
językiem Paramountu, którym posługiwali się handlarze po obu stronach
Długiego Morza. Załoganci wyładowywali skrzynie i żywy inwentarz na
żądanie dwóch strażników portowych, którzy postanowili uczynić
przedstawienie ze sporządzania protokołów i pobierania opłat portowych.
Towarzyszyło im sześciu żołnierzy odzianych w bogato zdobione purpurowe
tuniki.
Nic szczególnie cennego czy interesującego, zauważyła Corayne, oglądając
towary.
Kastio podążył za jej wzrokiem i zmrużył oczy pod krzaczastymi brwiami.
- Skąd? - zapytał.
Uśmiech Corayne był równie szybki jak jej odpowiedź.
- Sól z kopalni w Aegirze - odparła pewnym siebie głosem. - I założę się
o kubek wina, że oliwki pochodzą z gajów w Orisi.
Stary żeglarz się roześmiał.
- Żadnych zakładów. Już nieraz dostałem nauczkę - rzekł. - Nikt nie
zaprzeczy, że masz głowę do interesów.
Zachwiała się, a w jej głosie pojawiła się ostra nuta.
- Miejmy nadzieję - rzuciła.
Na końcu następnej przystani czekał kolejny urzędnik portowy, choć
stanowisko kotwiczne było puste. Towarzyszący mu żołnierze sprawiali
wrażenie zaspanych i kompletnie niezainteresowanych. Corayne przywołała
na twarz swój najlepszy uśmiech i sięgnęła do torby, po czym zacisnęła
palce na ostatniej, najcięższej sakiewce. Jej ciężar dodawał otuchy
niczym rycerska tarcza.
Mimo że robiła to dziesiątki razy, palce nadal jej drżały. Dobry dzień
na rozpoczęcie podróży, powtórzyła sobie znowu. Dobry dzień na
rozpoczęcie.
Za plecami urzędnika, z cieni klifów wypłynął statek, który wchodził
teraz do portu. Nie sposób było pomylić go z żadnym innym,
ciemnopurpurowy proporzec był niczym światło latarni morskiej. Serce
Corayne waliło jak szalone.
- Urzędniku Galeri! - zawołała. Kastio stał tuż za nią. Choć zamiast
szykownych strojów mieli na sobie lekkie, letnie tuniki, skórzane
nogawice i buty, szli po pomoście jak członkowie rodziny królewskiej. -
Zawsze miło pana widzieć.
Galeri skłonił głowę. Był niemal trzykrotnie od niej starszy - dobiegał
pięćdziesiątki - i wyjątkowo szpetny. Mimo to miał powodzenie u kobiet z Lemarty, głównie za sprawą kieszeni wypchanych łapówkami.
- Domiana Corayne, cała przyjemność po mojej stronie - odparł, ujmując
jej wyciągniętą dłoń. Sakiewka pośpiesznie zmieniła właściciela i zniknęła w kieszeni jego płaszcza. - Ciebie również witam, Domo Kastio -
dodał Galeri i skinął głową na starca. Kastio popatrzył na niego spode
łba. - Dzień jak co dzień? Jak się sprawuje Zrodzony z burzy?
- Dobrze. - Corayne uśmiechnęła się szczerze, patrząc na statek.
Zrodzony z burzy był większy od innych tyriockich łodzi, dłuższy o połowę i dwukrotnie od nich ładniejszy. Z ukrytym tuż pod linią wodną
taranem bardziej nadawał się na okręt bitewny niż statek kupiecki. Był
piękny ze swoim kadłubem pomalowanym ciemną farbą, idealny do żeglowania
po zimniejszych wodach. Wraz ze zmianą pór roku zmienią się kolory
maskujące: morska zieleń i pasy w kolorze piasku. Teraz jednak
przypominał cień, płynący pod purpurową banderą siscariański statek
wracający do domu. Załoga była w dobrej formie - wystarczyło spojrzeć,
jak zgodnymi ruchami wioseł wprowadza długi, płaskodenny statek do
przystani.
Na widok postaci stojącej u steru Corayne poczuła w sercu przyjemne
ciepło.
Pośpiesznie odwróciła się do Galeriego i wyciągnęła z torby dokument
opatrzony pieczęcią szlachetnej rodziny.
- Wykaz ładunków taki jak zawsze. - Ładunków, których jeszcze nie
rozładowano, dodała w myślach. - Wszystko się zgadza. Sól i miód
załadowane w Aegironos.
Galeri zerknął na dokument bez większego zainteresowania.
- Dokąd płyną? - spytał, otwierając własny rejestr. Za jego plecami
jeden z żołnierzy sikał do wody.
Corayne słusznie postanowiła nie zwracać na niego uwagi.
- Do Lecorry - odparła. Stolica Siscarii będąca niegdyś centrum
królestwa, teraz przypominała cień imperialnej chwały. - Do Jego
Ekscelencji księcia Reccio...
- Tyle wystarczy - mruknął Galeri.
Przesyłki dla szlachetnie urodzonych nie podlegały opodatkowaniu, a ci,
którzy mieli śmiałość i odpowiednie umiejętności, wiedzieli, jak
podrobić lub ukraść ich pieczęcie.
Na końcu przystani zarzucono cumy i kolejni ludzie schodzili z pokładu.
Ich głosy stanowiły mieszaninę języków: paramounckiego, kasańskiego,
trekijskiego, a nawet rhashirskiego. Pośród zgiełku słychać było syk lin
na drewnie, plusk wody towarzyszący rzucaniu kotwicy i łopotanie żagla.
Corayne ledwie mogła to znieść, gotowa wyskoczyć ze skóry z podekscytowania.
Galeri skłonił nieznacznie głowę i uśmiechnął się. Dwa spośród jego
zębów były jaśniejsze od pozostałych. Kość słoniowa, którą kupił albo
przyjął jako łapówkę.
- A zatem postanowione. Rzecz jasna, będziemy mieli oko na przesyłkę dla
Jego Ekscelencji.
Corayne nie potrzebowała kolejnego zaproszenia. Minęła urzędnika i żołnierzy, z trudem powstrzymując się, by nie puścić się biegiem.
Dawniej, gdy była młodsza, wbiegłaby na pokład Zrodzonego z burzy z szeroko otwartymi ramionami. Mam już siedemnaście lat, jestem prawie
dorosłą kobietą i właścicielką statku, upomniała się w duchu. Muszę
zachowywać się jak członek załogi, nie jak dziecko czepiające się
matczynej spódnicy.
Nie żebym kiedykolwiek widziała swoją matkę w spódnicy.
- Witaj z powrotem! - wykrzyknęła. Najpierw w mowie Paramountu, a zaraz
potem w sześciu innych językach, które znała, i dwóch kolejnych, w których potrafiła sklecić zaledwie kilka zdań. Rhashirski wciąż
pozostawał poza jej zasięgiem, wszyscy zaś wiedzieli, że nikt spoza Jydu
nie jest w stanie nauczyć się tamtejszej mowy.
- Ćwiczyłaś - odparł Ehjer, pierwszy z załogi, który wyszedł jej na
spotkanie.
Miał niemal siedem stóp wzrostu, a jego bladą skórę pokrywały liczne
tatuaże i blizny wywalczone z trudem pośród śniegów Jydu. Znała historie
najgorszych z nich. Były to pamiątki po niedźwiedziu, bijatyce, kochance
i wyjątkowo rozjuszonym łosiu. A może łoś i kochanka były jednym i tym
samym? - zastanowiła się, nim ją objął.
- Nie traktuj mnie jak głupka, Ehjerze; mówię jak haarbl?d -
wydyszała, walcząc o oddech w jego potężnym uścisku. Słysząc to,
roześmiał się serdecznie.
Na przystani zrobiło się ciasno od ludzi i skrzyń. Corayne przeciskała
się między nimi, wypatrując wśród twarzy nowych załogantów. Zawsze
trafiali się jacyś i trudno było ich nie zauważyć. Większość z nich nie
nawykła do życia na morzu, dlatego mieli pęcherze na rękach i oparzenia
słoneczne. Kapitan Zrodzonego z burzy lubił szkolić własną załogę.
Kolejna z zasad matki.
Corayne zastała ją tam, gdzie zawsze - na wpół przycupniętą na relingu.
Meliz an-Amarat nie była ani wysoka, ani niska, lecz jej obecność
domagała się uwagi. Była to cecha ceniona u każdego kapitana. Wzrokiem
jastrzębia, dumna niczym smok, rozglądała się po pokładzie, bo choć
statek wszedł bezpiecznie do portu, jej zadanie nie było jeszcze
skończone. Nie była kapitanem, który wylegiwał się w kajucie czy
cichaczem wymykał się do najbliższej karczmy, podczas gdy załoga
wykonywała za niego czarną robotę. Zatrzymywała spojrzenie na każdej
skrzyni, na każdym płóciennym worku, w myślach sporządzając ich rejestr.
- Wiatry wam sprzyjały?! - zawołała Corayne, patrząc, jak matka rządzi
swym morskim królestwem.
Meliz się rozpromieniła. Jej sięgające ramion rozpuszczone włosy
przywodziły na myśl czarną burzową chmurę. Uśmiechała się często i chętnie, przez co wokół jej ust pojawiły się delikatne zmarszczki.
- Chyba tak, skoro przywiodły mnie do domu - odparła głosem słodkim jak
miód.
Powtarzała te słowa, odkąd Corayne była na tyle duża, by wiedzieć, dokąd
wyrusza matka, podczas gdy sama stała na nabrzeżu, jedną rączką machając
jej na pożegnanie, a drugą ściskając potężną dłoń Kastia.
Od tamtej pory wiele się zmieniło.
Corayne poczuła, że jej uśmiech gaśnie, zbyt ciężki, by mogła go
utrzymać. Jej radość zwinęła się na brzegach niczym papier ciśnięty w ogień, ustępując miejsca zdenerwowaniu. Zaczekaj na swoją chwilę,
powiedziała sobie. Obiecała sobie. Nie tutaj, nie teraz.
Strażnik portowy zignorował ich ładunek, w znacznej mierze nieoznaczony.
Nie chciał otwierać skrzyń w doku i wolał zaczekać, aż znajdą się w bezpiecznej odległości od kapitan an-Amarat i Zrodzonego z burzy.
Corayne dobrze znała ich zawartość, jej obowiązkiem bowiem było znaleźć
miejsca, w których można ją było sprzedać lub wymienić. Wszystko było w rejestrze, ukryte wśród fałszywych list i prawdziwych map morskich.
- Postawcie je na końcu przystani - nakazała, wskazując kilka skrzyń. -
Przed południem zacumuje obok nas ibalski statek, który szybko je
zabierze.
- Tak?
Meliz zeszła ze słonego od morskiej wody tronu, kąciki jej ust uniosły
się nieznacznie. Była skora do śmiechu, a zawadiacki uśmieszek niemal
nigdy nie schodził jej z twarzy. Dziś wyglądała jak posąg wykuty z brązu, skórę miała ogorzałą od słońca, a pomyślna podróż przydała
rumieńców jej policzkom. Podkreślone czarną kreską mahoniowe oczy
błyszczały.
- Mów, córko.
Corayne wyprostowała ramiona. Przez ostatni rok urosła i mogła już
spojrzeć matce w oczy.
- Futra popłyną do Qaliramu.
Meliz zamrugała i uniosła brązową brew. Nad lewym okiem miała trzy
maleńkie blizny, pamiątkę po przeciwniku, którego cios chybił celu.
Wzięła córkę pod rękę i szły razem.
- Nie wiedziałam, że na Wielkich Piaskach Ibalu jest zapotrzebowanie na
lisy i sobole.
Corayne nie winiła matki za jej sceptycyzm. Ibal był pustynnym krajem.
Wiedziała, że za futra z północy nie dostanie tam korzystnej ceny, miała
jednak swoje powody.
- Na ibalskim dworze rozmiłowali się w tamtejszych górach - odparła
zadowolona z siebie. - A bez naszej pomocy gorąca, pustynna krew szybko
ostygnie. Popytałam tu i tam, i wszystko załatwiłam.
- Może kontakty z rodziną królewską z Ibalu nie będą takie złe - Meliz
ściszyła głos. - Zwłaszcza po tym niefortunnym nieporozumieniu, do
którego ubiegłej zimy doszło w Cieśninie.
Niefortunnym nieporozumieniu, które kosztowało życie trzech żeglarzy i omal nie zatopiło Zrodzonego z burzy. Corayne poczuła w ustach gorzki
smak strachu i porażki.
- Też tak pomyślałam.
Meliz przyciągnęła ją do siebie. Po trwającym niemal dwa miesiące
rozstaniu Corayne domagała się uwagi. Oparła głowę o ramię matki,
pragnąc, by przytuliła ją, jak należy. Ale wszędzie dookoła uwijali się
członkowie załogi, zajęci swoimi obowiązkami i potrzebami pod czujnym
okiem Galeriego, który był bardziej wścibski niż oficjalny.
- Wiesz, że w twoich żyłach płynie trochę pustynnej krwi - zwróciła się
do córki Meliz. - Z mojej strony, rzecz jasna.
Mimo ciepła, którym emanowało matczyne ramię, Corayne poczuła na dnie
żołądka chłodny niepokój.
- Między innymi - mruknęła.
Było wiele rozmów, które chciała odbyć z matką. Bynajmniej nie o moim
pochodzeniu, pomyślała.
Meliz kolejny raz spojrzała na córkę. Nie takich rozmów spodziewała się
po powrocie do domu i szybko zmieniła temat.
- Dobrze więc, co jeszcze dla mnie masz?
Corayne odetchnęła z ulgą gotowa zaimponować matce. Otworzyła rejestr,
pokazując stronice zapisane drobnym, starannym pismem.
- Madrentczycy wkrótce rozpoczną wojnę z Gallandem i dobrze zapłacą za
broń. - Pozwoliła sobie na uśmiech. - Zwłaszcza za czystą trekijską
stal.
Trekijska stal była cenna nie tylko ze względu na swoją wytrzymałość,
ale i kontrolę, którą Trek sprawował nad jej eksportem. Meliz podzielała
jej zadowolenie.
- I wszystkiego dowiadujesz się w Lemarcie? - spytała, unosząc brew.
- A niby gdzie indziej miałabym zasięgać języka? - odgryzła się Corayne,
czując, że zaczyna się pocić. - Jesteśmy miastem portowym jak każde
inne. Żeglarze gadają.
Żeglarze gadają, podróżni gadają, kupcy gadają, podobnie jak strażnicy i wartownicy. Gadają głośno i zwykle kłamią. Opowiadają o miejscach,
których nigdy nie widzieli, i wielkich rzeczach, których nigdy nie
zrobili. Ale gdzieś tam jest prawda, trzeba ją tylko wyłuskać niczym
grudki złota spośród piasku.
Kapitan an-Amrat zaśmiała się jej do ucha, oddech miała chłodny. Matka
Corayne pachniała morzem; zawsze pachniała morzem.
- A czy któryś z nich rozmawia z tobą? - rzuciła złośliwie, nie kryjąc
swych intencji. Zerknęła na starego żeglarza, który całymi dniami
strzegł jej córki. - Kastio, jak moja córka radzi sobie z chłopcami?
Corayne poczuła wstyd pełznący jej po plecach. Zatrzasnęła rejestr i czerwieniąc się, podjęła przerwaną wędrówkę.
- Matko - syknęła oburzona.
Meliz roześmiała się, jak gdyby nic się nie stało, przyzwyczajona do
tego, że często wprawia córkę w zakłopotanie.
- Daj spokój. Byłam w twoim wieku, kiedy poznałam twojego ojca - rzekła.
Oparła dłoń na krągłym biodrze i rozłożyła palce na pasie z przytroczonym do niego mieczem. - No dobrze, o rok starsza. Byłam w twoim wieku, kiedy poznałam dziewczynę, z którą byłam przed twoim ojcem...
Corayne schowała rejestr z cennymi zapiskami z powrotem do torby.
- Dość tego. Mam mnóstwo informacji, które muszę zapamiętać, i te z całą
pewnością do nich nie należą.
Meliz znowu się roześmiała i ujęła w dłonie twarz córki. Chodziła,
kołysząc się na boki, krokiem człowieka, którego serce wciąż jeszcze
jest na pokładzie.
Choć Corayne kochała matkę, czuła się przy niej mała i młoda. I nienawidziła tego uczucia.
- Ślicznie wyglądasz, gdy się rumienisz - powiedziała Meliz, wkładając w te słowa całą prawdę, na jaką było ją stać.
Matki zawsze zachwycają się swoimi dziećmi; takie już są. Jednakże
Corayne nie miała złudzeń. To Meliz an-Amrat była piękna, promienna i wspaniała. Choć urocza jak królowa, Meliz wywodziła się z prostego ludu,
była córką przemytnika, dzieckiem morza i cieśniny, i każdego lądu,
którego dotykały. Narodziła się dla fal, które jako jedyne na świecie
dorównywały jej gwałtownością i śmiałością.
Nie to, co ja. Corayne znała siebie i choć była córką swojej matki, nie
była jej równa. Miały taką samą karnację - złocistą skórę, która latem
brązowiała, i czarne włosy, które w promieniach słońca wydawały się
bordowe. Ale Corayne miała wąskie usta i mały nos, a jej twarz była
posępna w porównaniu z wiecznie roześmianą matką. Jej oczy były nijakie,
czarne i puste jak bezgwiezdna noc. Nieprzeniknione, nieobecne.
Zdradzały to, jak obco czuła się na świecie.
Nie przeszkadzało jej, że takie myśli chodzą jej po głowie. Dobrze jest
znać swoją wartość. Zwłaszcza w świecie, gdzie kobiety były warte tyle,
na ile wyglądały i co potrafiły. Corayne nigdy nie próbowała trzepotać
rzęsami i kokietować strażników. Ale właściwa sumka wsunięta we właściwą
dłoń albo pociągnięcie za odpowiedni sznurek - to potrafiła i wychodziło
jej całkiem nieźle.
- Kłamiesz jak z nut - rzekła, wysuwając się z matczynych objęć.
- Mam w tej materii spore doświadczenie - odparła Meliz. - Ale ciebie
nigdy nie okłamuję.
- Obie wiemy, że to nieprawda - rzuciła Corayne bez wyrzutu. Dokładała
wszelkich starań, żeby zachować spokój i nie dać się ponieść emocjom,
niewzruszona życiem matki i zaufaniem, które w ich przypadku nigdy nie
było bezgraniczne. - Ale wiem, że masz swoje powody.
Meliz wiedziała, że lepiej się nie spierać. Przyznając się do kłamstw,
mówiła prawdę.
- Tak - mruknęła. - I powody te zawsze, ale to zawsze mają na celu
chronienie ciebie, moja maleńka.
Corayne miała wrażenie, że słowa uwięzły jej w gardle, ale rumieniąc się
z gorąca, i tak zdołała wykrztusić:
- Muszę cię spytać... - zaczęła.
I urwała, gdy na deskach zadudniły buty Galeriego.
Matka i córka odwróciły się ku niemu, z łatwością przywołując na twarze
sztuczne uśmiechy.
- Urzędniku Galeri, zaszczyca nas pan swoją obecnością. - Kapitan Meliz
skłoniła lekko głowę. Choć zawarli porozumienie, wiedziała, że
małostkowi mężczyźni lubią doszukiwać się zniewag - nawet
wyimaginowanych - ze strony kobiet.
Galeri pławił się w blasku kapitan an-Amrat. Zdaniem Corayne podszedł
zdecydowanie za blisko, bliżej, niż musiał. Nawykła do pożądliwych
spojrzeń Meliz nie drgnęła. Nawet tuż po zejściu z pokładu, w sztywnych
od soli ubraniach zwracała na siebie uwagę.
Corayne przełknęła odrazę.
- Córka mówiła, że wraca pani z Aegironos - zaczął Galeri i wskazał
palcem skrzynie piętrzące się na nabrzeżu. Drewno zdobiły runy. -
Dziwne, aegirończycy zwykle nie znaczą skrzyń wilczymi znakami z Jydu.
Corayne westchnęła w duchu i w myślach licząc monety, które zostały jej
w sakiewce, zastanawiała się, czy ma ich dość, by zaspokoić ciekawość
Galeriego.
Tymczasem jej matka uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Sama też pomyślałam, że to dziwne.
Corayne wiele razy widziała, jak Meliz flirtuje. To nie to.
Galeriemu zrzedła mina; nietrudno było odgadnąć, co chodzi mu po głowie.
Jego żołnierze byli nieliczni, niegotowi i w znaczniej mierze
bezużyteczni. Kapitan an-Amrat miała za sobą całą swoją załogę, a u pasa
miecz. Mogła go zabić i odpłynąć z prądem, nim strażnicy w sąsiednim
doku zauważą jego ciało. Mógł też zadowolić się tym, co już zarobił i co
zarobi po kolejnej podróży. Po chwili wahania spojrzał na Corayne.
Jedyną rzecz, którą mógł zaszachować Meliz an-Amrat, gdyby sytuacja
wymknęła się spod kontroli.
Corayne zacisnęła pięść, choć nie miała pojęcia, co z nią począć.
- Dobrze widzieć cię z powrotem, Piekielna Mel - wykrztusił Galeri i również się uśmiechnął. Kropla potu spłynęła mu z czoła, gdy odsunął się
i skłonił głowę.
Meliz odprowadzała go wzrokiem. Między wykrzywionymi w upiornym uśmiechu
wargami błyskały zęby. Kobieta, którą była na morzu, nie wychodziła na
ląd, przynajmniej nie na długo. Corayne rzadką ją widywała - bezwzględną
awanturniczkę przewodzącą jeszcze bardziej bezwzględnej załodze, która
przemierzała wody, za nic sobie mając prawa i niebezpieczeństwa. Ta
kobieta nie była jej matką, nie była Meliz an-Amarat. Była Piekielną
Mel.
Tutaj, w macierzystym porcie Zrodzonego z burzy, do którego wpłynął na
pomyślnym wietrze, wzbudzając wyłącznie zainteresowanie ciekawskich
strażników, przydomek ten nie miał większego znaczenia. Ale na wodach
Wardu nazwa statku była aż nadto adekwatna, podobnie jak przydomek jego
kapitana.
Corayne słyszała także te opowieści.
Żeglarze gadają.
A matka kłamie.
2. Głos niczym zima
2
GŁOS NICZYM ZIMA
Andry
Tydzień temu wymienił kolczugę na żywność. Jego zielono-złota tunika
zmieniła się w łachman, podarty i brudny od krwi, błota i kurzu. Andry
Trelland uklęknął, jak mógł najlepiej, żeby się nie przewrócić; nogi
drżały mu ze zmęczenia. W stolicy było już dobrze po północy, a tygodnie
w siodle dały mu się we znaki. Kamienna podłoga jeszcze nigdy nie
wyglądała tak zachęcająco.
Tylko lęk przed snem nie pozwalał mu zamknąć oczu.
Czekają mnie koszmary, pomyślał. Koszmary i szepty. Nawiedzały go, od
tamtego dnia przed świątynią, odkąd uszedł z życiem z rzezi, w której
poległo tak wielu bohaterów. Czerwone ręce, białe twarze, swąd palonego
ciała. Zamrugał, próbując przegnać wspomnienie. A teraz słyszę głos,
który brzmi niczym zima.
Dwóch rycerzy Lwiej Straży pełniło wartę po obu stronach pustego tronu.
Ich złote zbroje lśniły w blasku świec. Andry znał obu. Sir Eiros Edverg
i Sir Hyle z Gilded Hill. Byli rodakami poległych rycerzy, których trupy
leżały w błocie gdzieś na pogórzach. Patrzyli na niego w milczeniu, choć
Andry widział niepokój malujący się na ich twarzach. Chcąc przeczekać
niezręczną ciszę, utkwił wzrok w kamiennej podłodze, śledząc układ
płytek.
Andry znał dźwięki wydawane przez mężczyzn odzianych w zbroję.
Grzechotali i stukali, zmierzając ku sali tronowej z komnat królowej.
Kiedy drzwi do apartamentów stanęły otworem, wypluwając rycerzy
formujących diament, Andry zacisnął zęby tak mocno, że omal ich nie
połamał. Oczy go piekły; w sercu czuł ciężar. Przygotował się na kolejną
falę bólu.
Pozostali nie żyją, umarli marną śmiercią. Możesz przynajmniej nie
ustępować.
Nic dziwnego, że tak wielu ubiegało się o rękę królowej Gallandu. Była
młoda i piękna, miała dziewiętnaście lat, smukłą sylwetkę, porcelanową
skórę, popielate włosy i srebrzystoniebieskie oczy nieżyjącego ojca,
Konrada III. Miała też jego stalowy kręgosłup. Choć wydawała się drobna
w swej koszuli nocnej, bez korony i klejnotów, można było odnieść
wrażenie, że dominuje w sali. Idąc otoczona strażnikami, zerkała na
Andry'ego, i siadając na tronie, nawet na chwilę nie oderwała od niego
wzroku.
Brzegi zielonego aksamitnego robdeszanu rozlały się sadzawką u jej stóp.
Królowa pochyliła się i wsparta na łokciach splotła palce. Nosiła
wyłącznie pierścień stanu, osadzony w złocie ciemny szmaragd,
nieoszlifowany i liczący setki lat. W słabym świetle wydawał się czarny
jak oczy stworów, jak wnętrze otchłani.
- Wasza Królewska Mość - bąknął Andry, skłaniając głowę.
Królowa Erida popatrzyła na niego. Wodziła wzrokiem po plamach na jego
tunice, jak gdyby czytała książkę.
- Powstań, proszę, giermku Trelland - przemówiła głosem, który choć
łagodny, odbił się echem od ścian długiej, bogato zdobionej sali. Jej
niebieskie oczy złagodniały, gdy Andry na drżących nogach dźwignął się z posadzki. - Widzę, że droga nie była dla ciebie łaskawa. Potrzebujesz
chwili? Żeby się posilić, wykąpać? Mogę wezwać medyka.
- Nie, Wasza Królewska Mość. - Andry spuścił wzrok i przyjrzał się
sobie. Czuł się brudny, od stóp do głów, niegodny, by stać przed
królową. - To nie moja krew.
Rycerze drgnęli, popatrując na siebie niepewnie. Andry wiedział, o czym
myślą. Krew należała do ich braci, rycerzy Lwiej Straży, którzy nigdy
już nie wrócą do domu.
- Widziałeś się już z matką? - spytała Erida bez zająknięcia, nadal
świdrując go wzrokiem.
Giermek pokręcił głową. Spojrzał na swe buty, ubłocone i cuchnące
koniem.
- Jest późno, pewnie już śpi, a wiem, że potrzebuje odpoczynku. -
Przypomniał sobie suchy kaszel, który często budził matkę w nocy. - Mogę
zaczekać do rana.
Królowa skinęła głową.
- Opowiesz mi, co spotkało ciebie i naszych drogich przyjaciół? -
Pytanie ugodziło Andry'ego niczym cios nożem.
Białe twarze, czerwone dłonie, czarna zbroja, noże ociekające krwią,
popiół, dym i zgnilizna...
Poruszył ustami, lecz nie wydobyły się z nich żadne słowa. Przez chwilę
otwierał je i zamykał. Chciał odwrócić się i uciec. Palce mu drżały,
ukrył je więc, splatając dłonie na plecach niczym goniec. Zadarł głowę i zacisnął zęby, próbując być silnym.
Możesz przynajmniej nie ustępować, pomyślał znów, upominając się w duchu.
- Zostawcie nas - rzekła nagle Erida i rozejrzała się po twarzach
otaczających ją rycerzy. Z rękami zaciśniętymi na poręczach tronu
wyglądała groźnie jak lew na jej sztandarze. Nosiła pierścień stanu jak
tarczę.
Oszołomieni strażnicy ani drgnęli.
Andry czuł się tak samo. Królowa prawie nigdzie nie ruszała się bez
zaprzysiężonych jej rycerzy, którzy mieli ją chronić za cenę własnego
życia. Spoglądał to w jedną, to w drugą stronę, jakby zgadywał, czyja
wola okaże się silniejsza - królowej czy jej strażników.
- Wasza Królewska Mość... - bąknął sir Hyle. Jego różowa twarz poróżowiała
jeszcze bardziej.
- Chłopiec wiele przeszedł. Ostatnie, czego mu trzeba, to stojących nad
nim dziewięciu zbrojnych - odparła gładko, bez mrugnięcia okiem. Zaraz
potem jej uwaga na powrót skupiła się na giermku, a blada twarz
ściągnęła się ze smutku. - Znam Andry'ego Trellanda całe jego życie. Za
kilka lat on również będzie rycerzem. Zostając z nim sam na sam, czuję
się tak, jakbym zostawała sam na sam z jednym z was.
Choć wiele widział i wycierpiał, na dźwięk tych słów Andry poczuł, że
rozpiera go duma, jednak to uczucie nie trwało długo. Rycerze nie
zawodzą, a przecież to właśnie zrobiłem, pomyślał. Lwi Strażnicy musieli
być tego samego zdania, albowiem wciąż stali bez ruchu w swych złotych
zbrojach i zielonych płaszczach.
Erida była jednak nieprzejednana. Dłoń z pierścieniem zwinęła się w pięść.
- Róbcie, co każe królowa - rzekła z kamienną twarzą.
Tym razem sir Hyle nie dyskutował. Zamiast tego skłonił się lekko i machnięciem urękawicznionej dłoni nakazał pozostałym rycerzom, by udali
się za nim. Opuścili salę wśród chrzęstu stali i żelaza i świstu
materiału.
Dopiero gdy drzwi do komnat królowej zamknęły się za nimi, Erida
przygarbiła się i jakby zapadła się w sobie. Odczekała chwilę i odetchnęła powoli, głęboko. Zaraz potem na powrót stała się sobą -
kobietą, ledwie wyrosłą z dziecięctwa, nie królową mającą za sobą
czteroletnie rządy.
Przez ułamek sekundy Andry zobaczył ją taką, jaka była w młodości:
urodzoną księżniczkę, której nie ciążyło brzemię korony. Przypomniał
sobie, że uwielbiała żeglować. Wszystkie dzieci w pałacu, szlachetni
kuzyni, paziowie i dwórki towarzyszyły jej w wyprawach na Zatokę Lustra.
Udawali, że taranują łodzie, uczyli się wiązać węzły i stawiać żagle.
Ale nie Erida. Ona siedziała u steru, wskazywała palcem i wydawała
rozkazy prawdziwej załodze.
Teraz rządziła krajem, a jej palec był wymierzony w Andry'ego.
- Odpowiedziałam na wezwanie Starszych - przemówiła niskim, schrypniętym
głosem.
Światło świec odbijało się w jej oczach, przez co wydawały się dziwnie
jasne. Jedną ręką sięgnęła w fałdy szaty i wyciągnęła spomiędzy nich
zwój pergaminu.
Andry przełknął z trudem ślinę. Miał ochotę spalić ten przeklęty papier
na popiół.
Królowa rozwinęła go drżącymi palcami i przebiegła wzrokiem po spisanej
inkaustem wiadomości. Na dole pergaminu widniała wciąż prastara pieczęć
Iony odciśnięta w zielonym wosku. Jej widok sprawił, że Andry'emu
żołądek podszedł do gardła, a wspomnienie z nią związane było jeszcze
gorsze.
Sir Grandel i Northowie klęczeli przed siedzącą na tronie królową.
Wyglądała olśniewająco w strojnej szacie i urzekającej swym pięknem
koronie. Andry również klęczał, choć nieco z tyłu - jedyny giermek
towarzyszący rycerzom w sali posłuchań. Nie wiedział, po co ich tu
wezwano, mógł się tylko domyślać. Northowie byli zawsze nieco bardziej...
samowystarczalni od sir Grandela, który potrzebował giermka do każdego
zadania, nieważne, czy małego, czy dużego. Jeśli królowa zamierzała
wysłać dokądś sir Grandela Tyra, Andry Trelland z całą pewnością wyruszy
razem z nim.
Giermek pochylał głowę, kątem oka zerkając na królową. Była równie
złoto-zielona jak jej rycerze. W dłoniach trzymała dziwny zwój
pergaminu.
W pewnej chwili Andry zobaczył pieczęć z odciśniętym w niej prostym
wizerunkiem jelenia. Wytężał pamięć, próbując dopasować pieczęć do
wielkich lordów i szlachetnych rodów, których herby znał każdy, nawet
paź. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy.
- To wezwanie - przemówiła królowa, obracając list w dłoniach.
Klęczący na posadzce sir Edgar wyraźnie pobladł.
- Kto ma czelność wzywać królową Gallandu, największego królestwa
Wardu? Odrodzonej chwały Starego Cor?
Królowa Erida przechyliła głowę.
- Co wiecie o Starszych?
Rycerze prychnęli i wymienili zdumione spojrzenia.
Sir Grandel roześmiał się w głos, potrząsając grzywą brązowych włosów
tu i ówdzie poprzetykanych siwizną.
- Opowiastki dla dzieci, Wasza Królewska Mość. - Zarechotał. -
Bajania.
Andry ośmielił się podnieść wzrok. Królowa się nie uśmiechała, usta
miała zaciśnięte w wąską kreskę.
To nie był żart.
- Nieśmiertelni, moja Pani. - Andry usłyszał swój własny drżący głos. -
Zrodzeni z Wrzecion, przeszli do Allwardu z innych światów. Zostali
jednak uwięzieni, gdy drzwi do ich domu zostały zamknięte niedługo po
ich przybyciu. Starsi utknęli w naszym świecie, jeśli w ogóle jeszcze tu
są.
Mityczne istoty, rzadkie jak jednorożce. Sam nigdy żadnego nie
widziałem, dodał w myślach.
- Bajania - powtórzy sir Grandel, rzucając giermkowi gniewne
spojrzenie.
Andry poczuł, że się rumieni, i na powrót spuścił głowę. Nigdy dotąd
nie odzywał się nieproszony i spodziewał się srogiej reprymendy, zarówno
ze strony swego pana, jak i królowej.
Tak się jednak nie stało.
- W bajkach i opowiastkach zawsze jest ziarno prawdy, sir Grandelu -
odparła chłodno królowa. - A ja chciałabym poznać prawdę kryjącą się w tej opowieści. - List wyglądał, jakby płonął w blasku świec
rozświetlających salę tronową. - Ta, która mieni się Monarchinią Iony,
pozdrawia nas i pokornie prosi o pomoc.
- Pomoc? - obruszył się sir Grandel - Niby jak miałabyś pomóc tej
niedołężnej, starej wiedźmie, Pani?
- Chcesz się dowiedzieć? - Andry słyszał, że królowa się uśmiecha.
- Żałuję, że nie zignorowałam wezwania i własnej ciekawości - mruknęła
teraz, wciąż wpatrując się w zwój. Gdyby miała w sobie choć trochę magii
Wrzecion, pergamin już dawno stanąłby w płomieniach.
- Jak ktokolwiek mógł wiedzieć? - szepnął Andry.
Ja na pewno nie, pomyślał. Nawet gdy przestrzegali przed
niebezpieczeństwami i zagładą królestwa. Miał wrażenie, że wszystko to
wydarzyło się wieki temu, choć minęło zaledwie kilka miesięcy.
W jego głowie dni zlewały się i rozmazywały. Droga do Iony, wielkie sale
pradawnego miasta, rada Starszych i śmiertelników. I grupa bohaterów
udających się na pustkowia, skazanych na zgubę.
Andry zamrugał gwałtownie, by oczyścić oczy i umysł.
Królowa spuściła wzrok i musnęła kciukiem szmaragdowy pierścień.
- Posłałam was do nich, naraziłam na niebezpieczeństwo - wyszeptała. -
Cokolwiek spotkało sir Grandela i kuzynów North jest wyłącznie moją
winą. Nie dźwigaj tego brzemienia, Andry. - Głos jej się załamał. -
Oddaj je mnie.
Chwile płynęły jak niesione silnym nurtem liście, lecz Erida czekała
cierpliwa niczym kamień. Andry próbował zmusić się do mówienia, a gdy w końcu się odezwał, słowa wychodziły z jego ust powoli i niechętnie.
- W Ionie Starsi - Monarchini - powiedziała nam, że z ich skarbca
wykradziono miecz. - Po chwili słowa płynęły z jego ust wartkim potokiem
i Andry musiał uważać, by ten nie ściągnął go na dno. - Ostrze Wrzeciona
wykute w świecie poza Wardem i przepełnione potęgą Wrzecion. Ten, który
je zabrał, człowiek imieniem Taristan, jest potomkiem Starego Cor, a w jego żyłach płynie krew Wrzecion. Dzięki niej i mieczowi mógł otworzyć
portal, który od wieków pozostawał zamknięty, i rozewrzeć drzwi między
naszym światem i innym.
Królowa Erida otworzyła szeroko oczy; ich białka przypominały
przysłonięte błękitem księżyce.
- Taristan udał się do wiekowej świątyni Starszych w górach, kilka mil
na południe od Bram Treku. Podobno tam ostatni raz użyto Wrzeciona. -
Andry zacisnął zęby. - Było nas trzynaścioro, którzy ruszyliśmy za nim,
by go powstrzymać. - Pierwsza gorąca łza spłynęła po jego policzku. -
Dwanaścioro zginęło.
Ściany sali tronowej odbijały jego głos, jego wściekłość i smutek. Jego
ból niósł się w górę kolumn, aż do kandelabrów z kutego żelaza i migotliwych świec. Andry zacisnął pięści, czując, że jego determinacja
chwieje się w posadach. Mimo to nie przestawał mówić, opowiadając o rzezi swych towarzyszy, o porażce Cortaela, woni nieśmiertelnej krwi i spalonym świecie, z którego wychynęła armia nieumarłych. O czerwonym
magu, mieczu wbitym w pierś Taristana i chytrym uśmieszku na jego
bladych ustach. O tym, jak sir Grandel potknął się, upadł i nigdy więcej
się nie podźwignął. Jak jego giermek stał i patrzył na to wszystko, a w końcu uciekł, ocalając niewiele więcej niż własną skórę.
Andry spodziewał się, że wraz ze wspomnieniami obudzą się zimne szepty,
lecz w głowie słyszał tylko swój własny głos.
- Powinienem był walczyć - syknął wpatrzony w zniszczone buty. - To był
mój obowiązek.
Erida uderzyła otwartą dłonią w poręcz tronu; odgłos przypominał trzask
bicza. Podniósłszy wzrok, Andry napotkał jej spojrzenie. Nozdrza miała
rozszerzone.
- Wróciłeś do domu. Przeżyłeś - powiedziała stanowczym głosem. - Co
więcej, dostarczyłeś niezwykle ważną wiadomość. - Poderwała się z tronu
tak gwałtownie, że szata zawirowała wokół jej stóp. Lekkim krokiem
zeszła z podestu i stanęła przed Andrym. - Poświęciłam więcej czasu,
ucząc się dyplomacji i języków, niż czytając o Wrzecionach. Ale pamiętam
opowieści. Allward był niegdyś bramą prowadzącą do innych światów,
pełnych potężnej magii i straszliwych potworów, zaś my, śmiertelnicy
walczyliśmy z niebezpieczeństwami, których musimy unikać jak ognia. To
nie może się wydarzyć. Jeśli to, co mówisz, jest prawdą i jeśli Taristan
rzeczywiście otworzył Wrzeciono, ów człowiek jest bardzo niebezpieczny i ma u swego boku potężną armię.
- Istoty, których nikt z nas nie widział dotąd na oczy - przyznał Andry,
znów czując na sobie ich dłonie. Stwory armii Taristana wrzeszczały mu w głowie, ich głosy brzmiały jak chrzęst metalu i trzask łamanych kości. -
Wiem, że to brzmi niewiarygodnie.
- Nigdy nie miałam cię za kłamcę, Andry Trellandzie. Nawet gdy jako
dzieci okłamywaliśmy kucharzy, żeby dostać dodatkową porcję deseru. -
Zaczerpnęła tchu i spuściła głowę. - Przykro mi z powodu twojej straty.
Choć młodszy od królowej o dwa lata Andry był od niej dużo wyższy. Erida
potrafiła jednak patrzeć na niego tak, że nie czuła się mała.
- To byli twoi rycerze, Pani, nie moi - odparł.
- Nie to miałam na myśli - mruknęła, patrząc na niego z uwagą.
W jej oczach Andry ujrzał tę samą dziewczynkę wyróżniającą się spośród
innych dzieci. Skorą do śmiechu i zabawy, lecz osamotnioną. Księżniczkę,
której obca była wolność pazia, dwórki czy choćby służącej.
Erida zacisnęła zęby i obraz dziewczynki zniknął.
- Nikomu o tym nie powiesz, giermku - dodała, wracając na tron.
Niewiele myśląc, Andry ruszył za nią; żołądek podchodził mu do gardła.
Zaskoczono nas. To się nie może powtórzyć.
- Trzeba ostrzec ludzi...
Erida nie przystanęła. Gdy się odezwała, głos miała surowy i nieustępliwy. Dobrze wiedziała, co zrobić, by ją słyszano.
- Dla większości ludzi Wrzeciona to mity, legendy, bajki dla dzieci,
nieistniejące jak Starsi, jednorożce czy wielka magia pochodząca z innych światów. Jak mamy im powiedzieć, że jedno z nich zostało otwarte,
rozdarte, a jakiś człowiek chce wykorzystać je przeciwko nam? Człowiek,
którego nie sposób zranić, który stoi na czele trupiej armii? -
Obejrzała się przez ramię na Andry'ego, jej oczy przypominały bliźniacze
szafiry. - Zasiadam na tronie Gallandu, lecz jestem królową, nie królem.
Muszę uważać na to, co mówię i jaką broń wkładam w ręce swoich wrogów.
Nie dam nikomu powodu, by nazwał mnie słabą lub szaloną - warknęła
wyraźnie rozdrażniona. - Nie zrobię nic, nie mając dowodu. Zresztą nawet
wtedy w stolicy wybuchnie panika. A panika w mieście liczącym pół
miliona ludzi zabije więcej niż armia, która maszeruje na Ward. Muszę
być bardzo ostrożna.
Ascal było rozdętą metropolią rozrzuconą na licznych wyspach w delcie
Wielkiego Lwa. Ulice były tu tłoczne, targowiska przepełnione, kanały
brudne, a mosty skłonne do zawaleń. Po śmierci króla Konrada w mieście
wybuchły zamieszki: sprzeciwy wobec dziewczynki, która miała zasiąść na
tronie. Pożary w dzielnicach nędzy, powodzie w dzielnicach portowych.
Zaraza. Marne plony. Niesnaski między zakonami. Szerząca się na każdym
kroku przestępczość.
To nic w porównaniu z tym, co nadejdzie, pomyślał Andry. W porównaniu z tym, do czego jest zdolny Taristan.
Zacisnął zęby.
- Nie rozumiem. - Na nic więcej nie było go stać w zderzeniu z determinacją królowej.
Była jak mur, na który nie sposób było się wspiąć.
- Twoim zadaniem nie jest rozumieć, Andry - odparła, pukając do drzwi
swoich komnat. Gdy się otwarły, zobaczył rycerzy Lwiej Straży
czekających w korytarzu za nimi, sztywnych w swych zbrojach. - Tylko być
mi posłusznym.
Nikt nie wykłócał się z królową Gallandu.
Andry skłonił się nisko, powstrzymując się od riposty, która cisnęła mu
się na usta.
- Zrobię, jak każesz, Wasza Wysokość - odparł tylko.
Przystanęła i ostatni raz spojrzała na giermka, podczas gdy wokół niej
rycerze na powrót utworzyli formację.
- Dziękuję, że wróciłeś do domu. - Na jej twarzy radość mieszała się ze
smutkiem. - Przynajmniej twoja matka nie będzie musiała grzebać
kolejnego rycerza.
Nie jestem rycerzem. I nigdy nim nie będę.
Serce ścisnęło mu się w piersi.
- Całe szczęście.
- Niech bogowie mają nas w opiece przed tym, co z tego wyniknie -
Mruknęła Erida, odwracając się.
Gdy drzwi zamknęły się z łoskotem, Andry wybiegł z sali tronowej,
pragnąc zrzucić z siebie ubrania i zmyć ostatnie tygodnie. Smutek
ustąpił miejsca złości, która wiodła go przez znajome sale i korytarze
Nowego Pałacu.
Bogowie mieli swoją szansę.
***
We śnie lady Valeri Trelland nie sprawiała wrażenia chorej. Spała
smacznie w jedwabnym czepku włożonym na głowę. Na jej twarzy nie widać
było trosk, a skóra wokół oczu i ust była gładka. Wydawała się młodsza o kilkadziesiąt lat i wciąż piękna, mimo choroby trawiącej jej ciało.
Andry był podobny do matki. Skóra lady Valeri miała ciemniejszy odcień
polerowanego hebanu, lecz mieli takie same wysokie kości policzkowe,
pełne usta i gęste, czarne, kręcone włosy. Dziwnie się czuł, gdy patrząc
w lustro, widział twarz matki. Tym dziwniej, że widział ją taką, jaka
była, nim podupadła na zdrowiu.
Słysząc świszczący oddech, skrzywił się, jak gdyby czuł w gardle jej
ból.
Śpij, matko, przykazał jej w myślach i przez chwilę patrzył, jak pierś
kobiety unosi się i opada. Przygotował się na kolejny atak kaszlu, ten
jednak nie nadszedł.
Buzujący w kominku ogień sprawiał, że w komnacie panowały upał i zaduch,
powietrze było nieruchome. Przebrany w czyste ubrania Andry zaczął się
pocić, stał jednak nieporuszony przy ścianie między gobelinem i wąskim
oknem.
Czuł chłód, lodowate palce umarłych pełzające mu po plecach.
Trzeba go ukryć.
Słyszał szepty, głosy zimy - kruche i łamliwe. Należały do kobiety,
mężczyzny, dziecka i staruchy. Nie potrafił ich jednak rozpoznać.
Zadrżał, gdy powróciły, wyjąc wściekle w jego głowie.
"Jest ukryty!" - chciał wrzasnąć, ale szczęki miał zaciśnięte. Uczucie
chłodu rozlewało się po piersi.
Nie wolno o nim mówić.
Zazgrzytał zębami.
Nie powiedziałem. Nikomu. Nawet królowej - odpowiedział głosom. Czuł
się jak obłąkany. Być może popadał w szaleństwo zrodzone z rzezi i smutku.
Pierwszy raz głosy pojawiły się, gdy dosiadając rumaka Starszego, wracał
do domu z Ostrzem Wrzeciona przytroczonym do siodła. Omal nie spadł
wówczas z konia, mimo to jechał dalej, starając się zostawić w tyle to,
co działo się w jego głowie. Jednakże bez względu na to, jak szybko
gnał, głosy nie opuszczały go ani na chwilę.
W ich poszeptywaniach były zarówno śmiech, jak i smutek.
Twoim zadaniem jest go ukryć, syczały. Te słowa wisiały nad jego
głową. Andry miał ochotę odepchnąć głosy od siebie, ale stał bez ruchu
przyciśnięty do ściany. Nie ugnie się i będzie czuwał w milczeniu przy
chorej matce.
I Ostrzu Wrzeciona ukrytym pod jej łóżkiem, o którym nie wiedział nikt
oprócz Andry'ego Trellanda.