Nirwana - Tommy Wieringa

Reflow text when sidebars are open.
dla channy, dla hazel, dla zoe, mi kas di lus
i dla johna
"Nirwanę często przedstawia się jako wygaszanie ognia. Kiedy przestaje płonąć, mówimy, że ogień "rozpłynął się w nirwanie" - tworzące go elementy nie są już w stanie spalania. Patrząc z perspektywy ognia, taki stan może się wydawać sterylny i pozbawiony życia, ale z perspektywy elementów symbolizuje właśnie życie i siłę. To znaczy - kiedy ogień chciwości, nienawiści i ułudy zostaje ugaszony, umysł jest wolny i w pełni gotowy do działania".
Ajahn Sucitto, Wprawianie w ruch Koła Prawdy.
Komentarz do pierwszej nauki Buddy
Po długotrwałym okresie nieużytkowania, latem 1990 roku prawie codziennie ktoś pływa w basenie między willą a skrajem lasu. Fala upałów, która zaczęła się pod koniec lipca i trwała dziesięć dni, przeminęła, ale nadal jest bardzo ciepło. Na dnie basenu chłopiec ponownie bije swój podwodny rekord. W czerwcu skończył czternaście lat. Okrutny czas. Kiedy zdyszany odpycha się od kafelków posadzki i wystrzeliwuje ku powierzchni wody, ma wrażenie, jakby umierał, ale to wydarzy się dopiero za pięćdziesiąt osiem lat, w tej samej posiadłości, o innej porze roku i w okolicznościach, które najtrafniej można by nazwać paradoksalnymi. Teraz on, Hugo Adema, żyje - i to jak: łapiąc powietrze, przebija taflę wody. Płynie do krawędzi basenu i podciąga się na brzeg. Serce mu wali, łopatki ostro sterczą, kiedy przy kabinach kąpielowych owija się w pasie ręcznikiem. Jest chudy i brązowy jak wiewiórka, sama skóra i kości. Cienkie jak ołówek pasemko włosów pnie się od niedawna z jego kąpielówek w stronę pępka.
Ślad mokrych stóp szybko znika z ciepłego kamienia. Myśli chłopca krążą wokół nowego rekordu - minuta dwadzieścia osiem - ale poza tym wszędzie i nigdzie. W "De Telegraaf" dziadka czyta o upadku muru berlińskiego, zbliżającym się zjednoczeniu Niemiec i wojnie w Zatoce, która wybuchła na początku miesiąca, jego własne zmartwienia wydają się jednak nieporównywalnie większe. Przyszłość jest mrokiem, odkąd umieszczono go u dziadków. Wieczne kłótnie i bijatyki z bratem tak bardzo wymykały się spod kontroli, że każdą nową opiekunkę w krótkim czasie doprowadzały na skraj załamania nerwowego. To będzie proste, eleganckie rozwiązanie - musieli pomyśleć rodzice: on tutaj, w posiadłości dziadków w Wassenaar, a brat bliźniak w domu przy Groot Haesebroekseweg, w linii prostej niecałe dwa kilometry stąd, ale rozłąka stała się faktem. Nie ustalono daty końcowej, przez co jego wygnanie ciągnie się w nieskończoność, nie ma również mowy o tym, że pewnego dnia dojdzie do zamiany, tak żeby on mógł wrócić do domu, a brata ulokowano by tutaj, w rezultacie czuje się naprawdę wypędzony, z nich dwóch niepożądany.
Tęskni za psami.
Nieznośnie się dłużą letnie dni spędzane w towarzystwie jedynie dwojga ludzi w podeszłym wieku i kucharki, choć określenie "w podeszłym wieku" może nie za bardzo pasuje do wyelegantowanej babci i do surowego dziadka. Nestor rodu jest przez większość czasu nieobecny, ponieważ mając siedemdziesiąt cztery lata, nadal twardą ręką zarządza przedsiębiorstwem. Chłopiec swobodniej czuje się w domu, kiedy go nie ma.
Tęskni nie tylko za psami, ale także za matką. Zwłaszcza za nią, jeśli ma być szczery, ale wolałby połknąć język, niż być szczery. Nie ma wątpliwości, że to ona wymyśliła ten układ. Nigdy jej tego nie wybaczy.
Słońce pali, przyjemny dreszcz przebiega po jego skórze. Od strony lasu dochodzi gruchanie gołębia siniaka, o wiele skromniejszego niż młoda kawka, która przenikliwym głosem, trzepocząc skrzydłami, żebrze u kur na gazonie. Zraszacz trawy obraca się, tykając. Ogrodnik przenosi go kilka razy w ciągu dnia. Mężczyzna prowadzi na terenie posiadłości życie w ukryciu, a o jego obecności świadczy zazwyczaj tylko wycie podkaszarki albo piły spalinowej w oddali.
Kiedy Hugo się odwraca, na drugim końcu basenu widzi dziadka w wiśniowym płaszczu kąpielowym. Wynurzył się z przyziemia, drzwi są otwarte. Chłopca ogarnia strach. Jak długo dziadek tak stoi? Starzec wpatruje się w niego bez ruchu. Jego spojrzenie jest nieprzeniknione. Między szerokimi klapami szlafroka prześwituje biel klatki piersiowej. Chłopiec idzie do starca brzegiem basenu, jakby posłusznie wykonywał polecenie.
- Będziesz pływał, pake? - pyta niewinnie. Przy tych słowach coś go kłuje w krtani.
- Zawsze dużo pływałem - odpowiada dziadek. - W morzu. - Zamyka oczy od poblasków na wodzie. - Ale pewnego ciepłego dnia jak ten...
Zdejmuje płaszcz kąpielowy i przekłada go przez oparcie leżaka. Chłopiec odwraca wzrok. Willem Adema, lukrowany formalnością, w domu nosi krawat nawet przy stole. Fakt, że jego garnitury okrywają człowieka z krwi i kości, wydaje się wnukowi obsceniczny.
W przeciwieństwie do chłopca, dziadek jest niezwykle zainteresowany ponownym połączeniem Niemiec i wojną w Zatoce, podobnie jak szokującą dezintegracją Związku Radzieckiego i ceną baryłki ropy, która po irackiej napaści na Kuwejt podskoczyła do czterdziestu jeden dolarów - codziennie rano dostaje na biurko teczkę z wycinkami prasowymi zawierającymi najciekawsze wiadomości na temat przemysłu energetycznego na świecie. Rozważa swoje szanse jako dyrektor generalny Adema Marine Operations. Branża offshore porusza się wraz ze światową koniunkturą, a światowa koniunktura - wraz z ceną i zakresem dostępności ropy i gazu. Ogniste tango.
Kiedy kończy się zimna wojna, nowe obszary wydobywcze wchodzą w zasięg offshore. Podbój Ziemi trwa nadal, ludzie tacy jako on nieustannie zaglądają w najdalsze zakątki planety, sondując, gdzie mogliby umieścić swoje zaawansowane narzędzia w skale macierzystej. To całe kucie, wiercenie, kopanie i rycie w skorupie ziemskiej wygląda na akt przemocy, gwałt w znaczeniu symbolicznym, przez który człowiek wypełnia zadanie zlecone mu przez Boga na początku czasów, żeby był płodny, a ziemię - i wszystko, co w niej i na niej - czynił sobie poddaną.
Kiedy dziadek schodzi tyłem po schodkach basenu, Hugo dostrzega mały tatuaż na wewnętrznej części jego ramienia, ciemne kółko na białej skórze. Patrzy raz jeszcze, kółko znajduje się jakieś dwadzieścia centymetrów od lewej pachy. Jego zdaniem, to nic innego jak tatuaż. Mężczyzna zanurza się pod wodą, a po chwili wypływa, prychając. Może to pierwsza litera imienia babci, Odilia, zastanawia się chłopiec, a może Willem Adema był członkiem jakiegoś tajnego stowarzyszenia posługującego się takim znakiem? Na to pierwsze dziadek wydaje się za mało romantyczny, z kolei w swoim drugim założeniu, nie wiedząc o tym, chłopiec o wiele bardziej przybliża się do rzeczywistości.
To niewielkie zdarzenie nad basenem tamtego letniego popołudnia - w najcieplejszym roku od rozpoczęcia pomiarów meteorologicznych w 1705 roku - Hugo zapamięta na całe życie jako początek czegoś: wodę i światło, dokuczliwy smutek i euforię wywołaną osamotnieniem, a także tatuaż pod ramieniem starca o bladych oczach.
Kiedy wiosną 2016 roku Hugona Ademę rzuciła ukochana i został sam w kamienicy przy Herengracht, medytacja zen stanowiła jeden z niewielu nawyków, których się trzymał. Nie od razu - przez pierwsze tygodnie nie był w stanie robić nic. Gdy po tej przerwie znowu usiadł i uruchomił aplikację medytacyjną (dźwięk trzech długich rezonujących uderzeń w świątynny dzwon), początkowo doświadczył tylko gwałtownego nasilenia smutku, tak wielkiego, że oblał go pot, a serce zaczęło bić mocniej. W trakcie sesji doznanie osłabło. Miał nadzieję, że taki będzie też przebieg choroby miłosnej: po kryzysie stopniowe zmniejszanie się udręk, a w końcu ich wygaśnięcie.
Jadał regularnie i o właściwej porze kładł się spać, podtrzymywał funkcje życiowe organizmu. Na wiele więcej niż czytanie wiadomości online i postów na Facebooku nie mógł się zdobyć, książka czy choćby esej były przeszkodą nie do pokonania, nie mówiąc o stworzeniu rysunku bądź obrazu. Idąc przez miasto, unikał miejsc, w których często bywali razem, ból sprawiały mu nawet Ekoplaza czy ogródek, gdzie pewnego dnia późnym latem widzieli, jak wiatr zwiał do kanału kartę menu.
Nawet jeśli dwa razy dziennie siedział przez dwadzieścia minut w pozycji półlotosu i robił wszystko tak, jak lata temu nauczył się w zendo przy Entrepotdok, brakowało mu uważności. Przeczekiwał ten czas, z rezygnacją rejestrując współczucie dla siebie samego, urazę i bezużyteczne myśli. Szczegółowe wyobrażenia zemsty na rywalu stanowiły miłą odskocznię. Strumień świadomości nigdy nie rozpływał się w transcendencji, której dawniej czasem doświadczał, materia pozostała bolesna i bezpośrednia. Jeżeli z tego potoku badziewia można było wyciągnąć jakąś naukę, to taką, że lęk przed samotnością zdawał się nieskończenie silniejszy niż lęk przed śmiercią. Chociaż nie było to niczym nadzwyczajnym, dla niego stanowiło nowość. Zwierzę stadne wypędzone z grupy umiera szybką, żałosną śmiercią - w istocie jej przyczyną jest nic innego jak nieszczęśliwa samotność.
Nadszedł listopad, zbliżały się wybory prezydenckie w Stanach. Wyścig między Clinton a Trumpem był niezwykle fascynujący, tak wiele wydawało się od tego zależeć. Przyszłość wolnego świata, samej cywilizacji, te wszystkie ozdoby, które Zachód sam sobie zawiesił na piersi. W dniu wyborów, we wtorek 8 listopada 2016 roku, dziadek Hugona, Willem Bruno Adema, obchodził setne urodziny. Sto lat, w rzeczy samej. W poniedziałek Hugo kupił dla niego stuletnie cygaro u Hajeniusa przy Rokinie. Czy pochodziło dokładnie z 1916 roku, tego sprzedawca nie mógł zagwarantować, ale było mniej więcej z tego okresu - firma miała na stanie kolekcję bardzo starych cygar, które wciąż doskonale nadawały się do palenia.
Zimny szary dzień, na wschodzie odnotowano pierwszy nocny przymrozek. Cygaro z wielu powodów stanowi odpowiedni drobiazg dla dziadka, myślał Hugo w drodze do domu. Przez całe życie stary Adema w pewnym sensie służył ogniowi, najpierw podczas wojny, a potem w offshore, gdzie prężnymi innowacjami wspomagał przemysł paliw kopalnych, by podsycać światowy ogień. Wycofywanie depozytów ropy i gazu było spécialité de la maison, rodzina zdobyła dzięki temu wysoką pozycję w rankingu Quote 500.
Sprawdziwszy nagłówki gazet w księgarni Athenaeum przy Spui, dowiedział się, że Hilary Clinton ma najlepsze papiery na objęcie prezydentury. "Newsweek" umieścił już "Madam President" na okładce. W Le Pain Quotidien kazał sobie zapakować kanapkę. Zimny wiatr niósł śmieci po chodniku, liście wiązów sfruwały do Herengracht.
W domu zjadł podłużną bułkę z gorgonzolą, siedząc na taborecie przy kuchennej wyspie. Patrzył na kartonowy futeralik z cygarem przed sobą. Właściwie nawet nie wiedział, czy dziadek jest jeszcze w stanie wypalić cygaro. Oprócz zwyczajowych dolegliwości podeszłego wieku był po dwóch wylewach, Hugo od dawna spodziewał się wiadomego telefonu.
Później tego popołudnia przygotował garnitur i koszulę. To wyczerpywało w zasadzie jego zajęcia na ten dzień.
Następnego dnia pojechał Uberem do Wassenaar. Kierowca parę razy spoglądał w lusterko, ale nie odważył się zapytać, skąd go zna. Zatrzymał się przy zjeździe do posiadłości, z niepokojem wpatrując się w piaszczystą dróżkę z dziurami pełnymi wody. Na wpół obrócił się do pasażera, wskazał na nawigację i powiedział:
- Mówi, że tu nie ma drogi.
- Przecież widzisz, że jest.
- Nie ma prawdziwej drogi.
Hugo wysiadł, cicho przeklinając, i zatęsknił za swoim samochodem, który w warsztacie czekał na jakąś część. Slalomem omijał dziury. Z dróżki pośród zarośli i niskich dębów korzystali głównie ci, którzy jeździli konno lub samochodami terenowymi. Dziadek dawno temu użył swoich kontaktów w gminie, by zapobiec utwardzeniu piaszczystej drogi. Lubił swoje odosobnienie, asfalt niebezpiecznie przybliżał do cywilizacji. Przy bramie Hugo zameldował się przez domofon i po chwili ciężkie skrzydła wolno się rozwarły. Obserwowany przez kamery na drzewach, wszedł na teren posesji. Brama się za nim zamknęła. Posiadłość Oostraven założona przez Jacoba Vetha, plantatora tytoniu w Medanie. W połowie XIX wieku plantator wrócił do ojczyzny i resztę swoich dni spędził na powiększaniu oraz upiększaniu majątku. W miejscu paru domków kłusowników na przybrzeżnym wale wyrosła toskańska willa z oranżerią i kortem tenisowym, a później pojawił się jeszcze basen z białymi drewnianymi kabinami kąpielowymi.
Gdy z tyłu nadjechał samochód, Hugo zrobił krok w bok, przysuwając się plecami do gęstego żywopłotu z rododendronów. Beżowy Bentley zatrzymał się przy nim, okno się otworzyło i kobieta z tylnego siedzenia zapytała:
- Czy pan też wybiera się na przyjęcie? Podwieźć pana?
Pochylił się i zajrzał do środka.
- Dzień dobry, Agn?s - powiedział. Z okna napłynął zapach paczuli, który Hugo zawsze uważał za wyjątkowo obrzydliwy.
- No proszę, Hugo we własnej osobie! - odezwała się kobieta. - Czy może Willem? - Roześmiała się. - Chodź, wsiadaj.
- Przejdę się - odparł. - To już niedaleko.
- Jak sobie chcesz. Na razie, chłopcze!
Podskakując na wystających z ziemi korzeniach drzew, Bentley pojechał dalej. Agn?s Brouy?re, ta stara antropozoficzna suka... Hugo nagle stracił ochotę na przyjęcie.
Koło prześwitu między rododendronami zboczył z dróżki i wszedł do lasu, żeby skrócić sobie drogę. Setki hektarów ziemi, intra muros, wciśnięte między piaszczystą drogę a wydmy wodociągowe. Buki były stare i wysokie, pod ich gładką korą kryły się wypukłości niczym mięśnie, które się napinają. Znał ten las jak własną kieszeń, z zamkniętymi oczami potrafił znaleźć starą borsuczą norę i stawki na wydmach, z których piły sarny.
Tam, gdzie teren się wznosił, Hugo opuścił las. Na szczycie wału przybrzeżnego ujrzał wyłaniającą się na końcu podjazdu willę, jej surową symetrię, kamień bentheimski, który czasem wydawał się szary, czasem piaskowy. Środkowy portal był cofnięty, co sprawiało wrażenie wież strażniczych po obu stronach. Szeroki balkon wspierały dwie toskańskie kolumny, między którymi wypukły relief głosił: OOSTRAVEN.
Tym, co ogarnęło Hugona, kiedy przechodził obok powozowni, w której dawno temu namalował swój pierwszy obraz, nie była nostalgia, lecz pragnienie nowego początku - początku czegokolwiek.
W salonie zebrało się około czterdziestu osób. Rodzina, przyjaciele. Hugo stał w holu i oceniał sytuację. Całkiem w głębi, przy drzwiach na taras, siedzieli dziadkowie, niczym publiczność na własnym przedstawieniu. Babcia miała już osiemdziesiąt dziewięć albo dziewięćdziesiąt lat - tych dwoje było wyciętych z tak twardego drewna, że wspomagani przez pomoc domową i personel pielęgniarski, wciąż mieszkali w tym samym domu, do którego wprowadzili się w 1963 roku. Spod ciężkich łuków brwiowych dziadek obserwował towarzystwo. Setka to wiek, który nie mieści się w głowie, pomyślał Hugo. Przedmioty mogły mieć sto lat: gobeliny, sekretarzyki, łóżka z baldachimem; stuletniego człowieka śmierć ominęła przez pomyłkę. Za tym starcem rozciągał się tak nieprawdopodobny szmat czasu - czasu, w którym kamień nie został na kamieniu, cały kontynent uległ przeoraniu i ponownie się odrodził - a on mimo wszystko wciąż trwał, zabalsamowany w swojej starości. Gdzieś w zwojach mózgowych za tymi oczami były przechowywane wspomnienia o jego epoce, wspomnienia najmroczniejszych dni tej epoki, wyprawy wojennej na stepach wschodu, płonących miast i wsi oraz przyprawiającego o zawrót głowy wzoru blizn, jakie pozostawiła.
Ubrana w czarną spódnicę dziewczyna z firmy cateringowej lekko się pochyliła i zaproponowała małżonkom szampana. Babcia wzięła kieliszek z tacy, zaś dziadek zdawał się nie rozumieć, jakiej czynności się od niego oczekuje. Pake i gran, słońce i księżyc w porządku świata Ademów. Ona jako młoda kobieta została uprowadzona z wyspy na Morzu Karaibskim do jego stoczni w Wenezueli, gdzie on po wojnie szukał schronienia. Odilia Blum pochodziła z zamożnej rodziny protestant blanku z Willemstad, względnie małej grupy białych protestantów na wyspie. Kiedy w kościele Fortkerk poślubiała swojego przystojnego stranhero, nie wiedziała, że przyjdzie jej mieszkać nad brzegiem jeziora Maracaibo w domu na palach, gdzie pasat nawiewał przez moskitiery gazy bagienne i toksyczne opary ropy naftowej. To tam jej mąż, ograbiony przez wojenną przeszłość z holenderskiego obywatelstwa, był pionierem platform wiertniczych i urządzeń portowych na jeziorze oraz wokół niego. Teraz z trudem utrzymywał głowę prosto.
- Hugo! Co się tak chowasz!
- Cześć, Mizzi - odezwał się Hugo do drugiej żony ojca.
Poprowadziła go do salonu.
- Spójrzcie tylko, syn marnotrawny!
Klepano go po ramionach, jakaś ręka przesunęła się dołem jego pleców. Karuzela twarzy i reputacji. Jego brat bliźniak Willem, który z wyniosłą dumą nosił to samo imię i nazwisko co dziadek, chwycił go za ramię i wyprowadził z tłumu.
- No, stary - powiedział - znowu się widzimy.
- Sto lat, chciałem to zobaczyć - odparł Hugo.
Pozdrowił bratową i zapytał:
- Gdzie dzieci?
- Och - rzuciła Lidewij - gdzieś na zewnątrz albo na górze, oczywiście śmiertelnie się nudzą wśród tych wszystkich emerytów. - Jej wysoki śmiech odsłonił drobne zęby i dziąsła.
Hugo ruszył w stronę dziadków. Parkiet we wzory przywodzące na myśl grafiki Eschera był wypolerowany na błysk tak jak dawniej. Hugo nachylił się i objął babcię. Niewiele z niej zostało, żakiet ze złotego brokatu zdawał się osłaniać pustkę. Oprawki jej okularów ukłuły go w skroń.
- Mi yu - powiedziała cicho przy jego uchu. - Kontento ku bo t'ei?
- Kon ta bai, gran? - spytał. - Minęło dużo czasu.
- Za dużo! Martwimy się o ciebie, y?nkuman... - Jej artretyczne dłonie z całej siły ściskały jego rękę. Hugo się wyswobodził i przesunął ku dziadkowi.
- Wszystkiego najlepszego, pake - powiedział, całując go w policzek. - Teraz do tysiąca.
Poczuł Old Spice z odrobiną kwaśnego oddechu. Bladoniebieskie oczy badały jego twarz. Starzec miał przed sobą kopię ulubionego wnuka i dziedzica - okej, obecnie trochę pełniejszą kopię, pomyślał Hugo - ale jednak wyraźnie inną. Dziadek lustrował go z nieufnością, zakłopotany nie mniej niż Izaak.
Hugo myślał o wytatuowanym kółku, które tamtego dnia na basenie, dawno temu, zobaczył pod jego pachą. Oczywiście nie była to pierwsza litera imienia babci - mając około dwudziestu lat, właściwie przez przypadek i za pomocą wyszukiwarki AltaVista, Hugo odkrył, że chodziło o Blutgruppentätowierung, tatuaż grupy krwi, który każdemu esesmanowi robiono pod lewym ramieniem: A, B, kombinację AB lub 0, żeby na polu walki móc zrobić szybką transfuzję. Willem Bruno Adema dostał swój tatuaż w koszarach w Bad Tölz, na krótko przed tym, gdy jako Untersturmführer został przydzielony do Waffen-SS i wysłany transportem na front wschodni.
Teraz, gdy osiągnął wiek stu lat, myślał Hugo, znaczenie tego czarnego kółka się zmieniło: jego tatuaż nie mógł już oznaczać niczego innego niż pierwsza litera słowa onsterfelijk - nieśmiertelny.
Z wewnętrznej kieszeni wyciągnął pudełko z cygarem.
- Stuletnie cygaro, pake. Mniej więcej.
- Od drugiego udaru jest dość afatyczny. - Hugo usłyszał za sobą głos brata. - Ale poza tym jeszcze w pełni kontaktuje, prawda, pake?
Hugo ścisnął ustnik i zapalił cygaro. Kiedy końcówka równomiernie się żarzyła, podał cygaro dziadkowi. Starzec wsunął je do ust i łakomie się zaciągnął. Smugi dymu wirowały wokół jego twarzy. Powiedział coś niezrozumiałego, więc Hugo przykląkł i zapytał:
- Co powiedziałeś?
Wydobywający się z Willema Ademy starszego oddech był chrapliwy. Wnuk rozpoznał dwa słowa: Holunder i rasieren.
- Neurolog twierdzi, że korzysta z innego rejestru językowego, bo sekcja niderlandzkiego tam w środku została uszkodzona - wyjaśnił Willem.
- Przypomina niemiecki.
- Owszem, głównie niemiecki.
- Dziwne. - Hugo wyjął telefon i podał bratu. - Zrobisz nam zdjęcie? Zrób kilka.
Chwilę później podniósł się z trudem. Bracia patrzyli, jak starzec zaciąga się cygarem, jakby to było jego ostatnie.
- A co z Lois? - spytał Willem od niechcenia.
Hugo wzruszył ramionami.
- Ballada o paniach minionego czasu.
- Tata mi mówił. Żałujesz?
Hugo utkwił wzrok w ścianie nad drzwiami salonu, gdzie wisiały dziesiątki datowanych od połowy lat sześćdziesiątych deseczek z porożami kozłów saren zastrzelonych przez dziadka, ojca i ich przyjaciół myśliwych. I na pewno paru upolowanych przez jego brata.
- Co mam powiedzieć? - odparł Hugo.
To nie był czas ani miejsce na opisywanie wewnętrznego spustoszenia, tego, jak w wiosenne wieczory włóczył się po ulicy swojego rywala i ukrywał się w portykach. Że widział i słyszał wszystko tam na górze, nawet jeśli rozgrywało się poza zasięgiem jego zmysłów: jej westchnienia i zachęty, i lubieżne słówka, które kiedyś były przeznaczone tylko dla jego uszu, a teraz przeszły na jego następcę. To, jak zaprzepaścił swoje królestwo. Że od tamtej pory nie żył już ku czemuś, lecz uciekając od czegoś. Tak jak były narody, które przez wieki upamiętniały swoje porażki, tak w jego życiu dzień 27 kwietnia okryła żałoba. To już sześć, prawie siedem miesięcy temu. Tamtej środy, w Dzień Króla, poszła koło południa do miasta z pomarańczową bandaną na szyi. O czwartej po południu, zadzwonił do niej - jedynej na jego liście Ulubionych - po raz pierwszy. Nie odebrała. Powstrzymywał się, początkowo, ale wieczorem zaczął dzwonić co kilka minut, wyobrażając sobie, że doszło do tragedii. W najlepszym wypadku odebrałaby i w hałasie kawiarni pełnej świętujących Dzień Króla zawołała: "Przepraszam, kochanie!", a potem dodałaby: "Nie słyszałam telefonu, ale niedługo będę". Lecz nie odebrała, w nocy też nie, przez co najciemniejsze godziny spędził jak w gorączkowym śnie, atakowany przez sowy i nietoperze. Odebrała dopiero następnego dnia i powiedziała, że nie wróci, nigdy więcej, później to wytłumaczy, teraz to nie jest dobry moment. Potem znowu była nieuchwytna - napawający lękiem tryb samolotowy. Jego wiadomości pozostały nieodczytane. Wszystko by jej wybaczył, ale ona nie potrzebowała jego przebaczenia.
Dopiero wiele dni później dowiedział się od ich wspólnej znajomej Yasmin, że tamtej nocy zakochała się w kolesiu od surfingu, który w środowisku bohemy zasłynął jako dostawca wszelkich rodzajów narkotyków, o jakie tylko pytano.
Tak wyglądał jego nokaut. Nadszedł znikąd, mocny i nieubłagany.
- Szkoda - powiedział Willem. - To była nadzwyczajna dziewczyna. Ale wiesz, co tata zawsze mówi: tego kwiatu jest pół światu. Jesteś już na Tinderze?
- Dżizas! - Hugo odwrócił się w stronę towarzystwa.
Ponad wszystkim rozległ się męski głos:
- Rosjanin po prostu potrzebuje cara, i tyle.
Hugo go rozpoznał - Geert Lameris, ważna postać w branży transportowej, widywał go czasem w telewizyjnym programie o przedsiębiorczości. Oprócz niego zobaczył Boelensa, zobaczył Idzerdę i oczywiście Agn?s Brouy?re, którą spotkał na leśnej ścieżce - wszyscy troje to dzieci ojców, którzy odegrali rolę w holenderskim narodowym socjalizmie i którzy prawdopodobnie wąchają już kwiatki od spodu, pomyślał. Oprócz jego dziadka, który ma życie wieczne.
- Proszę, proszę, jak miło - odezwał się do Willema - cały klan razem.
Agn?s Brouy?re podeszła do nich, mówiąc:
- Przychodzę mimo wszystko dać ci całusa, ty dziwaku.
A do Willema, kokieteryjnie:
- Tobie już dałam.
Nosiła duże okulary z przyciemnionymi szkłami i sznureczkiem ze złotych ogniw podzwaniającym przy uszach. Hugo wiedział, że do końca dnia będzie czuł zapach paczuli. Nazistowska hipiska, przebiegło mu przez myśl. Jej niderlandzki brzmiał tak, jakby nauczyła się go dopiero w późniejszym wieku, być może był to dialekt, którym mówiono w okolicach pałacyku myśliwskiego w Salland, gdzie mieszkała z bezdzietnym jak i ona bratem.
- Któż to był jej ojcem? - zapytał Hugo Willema, kiedy Agn?s wróciła do swojego towarzystwa. - Oprawca ze Zwolle? Czy z Deventer? Coś z tych rzeczy, prawda?
- Daj spokój - odparł brat. - Zachowuj się, proszę cię.
Hugo szeroko się uśmiechnął.
- Dawniej łamałeś mi palce, teraz przynajmniej uprzejmie prosisz.
Uśmiech wybielonych zębów Willema.
- Wtedy zasłużyłeś.
Nieco dalej rozległ się basowy głos Lamerisa:
- Erdo?an został demokratycznie wybrany, Putin podobnie. Demokratycznie wybrany car. Aż tacy źli ci panowie najwyraźniej nie są dla swojego kraju.
Niepozorny mężczyzna, do którego kierował te słowa, sprawiał wrażenie bystrego. Hugo domyślał się w nim jakiegoś finansowego geniusza, który być może zarządza holdingiem Ademów z biura gdzieś w dzielnicy Zuidas.
Chwilę później pojawił się ich ojciec. Podszedł do Hugona i go objął.
- Hugonie, kiedy widzieliśmy cię po raz ostatni? Wielkie nieba! - Chwycił go za ramiona i nieco odsunął od siebie, żeby lepiej mu się przyjrzeć. - Chyba podczas wodowania Njorda? - Trochę bezradnie spojrzał na Mizzi, która pojawiła się obok niego.
Hugo przypomniał sobie grupowe zdjęcie zrobione podczas tamtej uroczystości, z księżniczką Mabel pośrodku, która dokonała chrztu statku. Ale przykuwającą uwagę osobą na zdjęciu była Lois, powabna jak diabli w czerwonych Louboutinach i zarzuconym na ramiona płaszczu.
Ojciec dobrze wyglądał, młodo jak na swój wiek. Był pierwszą znaną Hugonowi osobą, która zrobiła sobie operację twarzy - blizny przy uszach długo jeszcze pozostawały widoczne, niczym zaszewki. Czy nadal wstrzykiwał sobie testosteron?
- Jeśli są rozsądni, wybiorą dzisiaj Trumpa - rozległ się głos Lamerisa. - Przecież kobieta na takim stanowisku byłaby nie do pomyślenia.
- No wiesz, Geert, trochę uprzejmości, dobrze? - syknęła w jego stronę Mizzi. A zobaczywszy gest dziewczyny od cateringu na drugim końcu pomieszczenia, dodała: - Kochani, możemy siadać do stołu!
Po przystawce z awokado i krewetek Hugo opuścił jadalnię i szerokimi dębowymi schodami poszedł na górę. Z uczuciem przytłoczenia otworzył drzwi do swojej dawnej sypialni na pierwszym piętrze - stęchły zapach wnętrza wdarł się do jego gardła. W mrocznym pomieszczeniu już niewiele przypominało o jego tam pobycie. Opadł na łóżko. Z zapachem wilgotnej pościeli w nozdrzach wsłuchiwał się w odgłosy domu. Jako chłopiec tak samo słuchał trzeszczenia podłogi na korytarzu - w tym mauzoleum coś się porusza i oddycha, i jest chłopięce serce, które wali i ściska się ze strachu.
Usiadł prosto. Trzy lata trwało jego ówczesne wygnanie do Oostraven, niepewny czas, lata pozbawione szkieletu. Później zrozumiał, że dziadek wolałby, żeby trafił do nich Willem, w którym dość wcześnie dostrzegł możliwego następcę - nie w swoim synu, lecz we wnuku: talent podobno ominął jedno pokolenie. Ale rodzice wysłali jego, Hugona, który urodził się jako drugi, jedenaście minut po swoim bracie.
Z biegiem czasu Hugo odkrył, że nie jest jedynym przesiedleńcem w Oostraven. Jego babcia też nim była, choć w inny sposób. Kiedy byli sami, mówiła do niego w papiamentu. Jej mąż nie znosił, gdy rozmawiała przez telefon ze swoją zamorską rodziną w tym "małpim języku", już wystarczająco okropne było to, że miała antylski akcent, którego nigdy nie udało jej się całkiem ukryć. Wielokrotnie powtarzała, że kiedy wychodziła za mąż, była jeszcze figlarna jak dziewczynka. To znaczy, co takie dziecko w ogóle wie, nie miała pojęcia o życiu czekającym ją w kraju daleko od domu - najpierw w Wenezueli, potem w Holandii. Tak nieprawdopodobnie dużo wody i nieba było między tym domem nad Morzem Północnym a jej rodzinnym domem w Pietermaai, że aż kręciło się od tego w głowie. Oczywiście raz czy dwa w roku mogła tam pojechać w odwiedziny do swoich bliskich, ale tego dystansu tak naprawdę nigdy nie udawało się całkiem pokonać - wyjeżdżając, sama siebie wykluczyła i mogła już tylko, jak mówiła, zaglądać do środka przez małe brudne okienko.
W jej linii rodowej występowali holenderscy kapitanowie morscy i francuscy żołnierze, niewątpliwie tu i ówdzie zabłąkał się też jakiś Afrykanin, z którego zrobiono niewolnika, nic nadzwyczajnego w tyglu takiej wyspy jak Curaçao, bo gdy w 1950 roku w ultranowoczesnym szpitalu w Caracas przyszedł na świat jej syn Max Bruno, mąż zaklął na widok kędzierzawych włosów i ciemnej karnacji chłopca.
Żeniąc się z białą dziewczyną z wyspy, Willem Bruno Adema nie zdawał sobie za bardzo sprawy, że na Karaibach trudno o gwarancję czystości rasowej - DNA wyspiarzy jest po prostu pełne ironii. Mimo że afrykański przodek cierpliwie czekał na swoją szansę, by ujawnić się w Maksie Brunonie, ten był niezaprzeczalnie synem swojego ojca, z cechami Ademów, które z wiekiem coraz bardziej się uwidaczniały.
Przez tamte trzy lata w Oostraven Hugo nie miał czego szukać w tym domu ze starymi ludźmi. Pilnie się uczył przy biurku pod oknem, które wychodziło na skraj lasu, gdzie nocami rozlegało się głuche nawoływanie sów. W starej powozowni urządził sobie pracownię, w której rysował i malował. Obmyślił najszybszą drogę ucieczki i zapisał się, już w wieku siedemnastu lat, na rok przygotowawczy na haskiej akademii sztuk pięknych. Zostawił za sobą czasy, do których niechętnie wracał myślami, podobnie jak do wyłożonego boazerią pokoju na pierwszym piętrze willi. Na darmo myszkował czasem po domu w poszukiwaniu innej żywej istoty.
Wstał i wrócił na przyjęcie. Kiedy wszedł do jadalni, w której podano wczesną kolację, odniósł wrażenie, jakby pękła bańka pełna głosów i dźwięków. Mężczyzna siedzący przy stole naprzeciwko niego powiedział:
- Twój ojciec wygłosił przed chwilą wspaniałą mowę.
Minęła chwila, zanim w zwiotczałych rysach twarzy rozmówcy Hugo rozpoznał chłopaka, z którym kiedyś grywał w tenisa na terenie posiadłości: Hendrika Seegersa van Rhijna, jakieś dziesięć lat starszego od niego. Matka Hendrika była młodą kobietą, kiedy jeszcze w czasie wojny zaczęła spotykać się z dziadkiem Hugona. Była przywódczynią Narodowosocjalistycznej Organizacji Kobiet, która utrzymywała przyjacielskie kontakty z samym Reichsführerem Himmlerem. Po wojnie ukrywała się w Lesie Teutoburskim, a wróciwszy do Holandii - co podobnie jak w wypadku Willema Ademy stało się na początku lat sześćdziesiątych - zajęła się makrobiotyką i antropozofią. Prowadziła kółko medytacyjne w Zeist, gdzie prawdopodobnie nie wiedziano o jej czarnej przeszłości. Około pięćdziesiątki, po wizycie u szwajcarskiego lekarza cudotwórcy, zaszła w ciążę - długo wyczekiwane dziecko siedziało teraz naprzeciwko Hugona. Hugo pamiętał, że Hendrik z matką składali czasami wizytę w Oostraven i zostawali na parę dni - ona prawdopodobnie od dawna nie żyje.
Przy stole pod oknem siedzieli dziadkowie, mieli widok na całe towarzystwo. Miejsce na ukos za dziadkiem zajęła jego pielęgniarka, blondynka o ostrych rysach, która kroiła mu mięso i dyskretnie usuwała z kolan resztki jedzenia.
- Dobrze ci idzie, prawda? - z ożywieniem odezwał się Seegers van Rhijn. - Wszędzie cię widzę, u Matthijsa i tak dalej, a ostatnio czytałem w "FD" o twoich wystawach za granicą.
Hugo zmusił się do uśmiechu.
- Przez jakiś czas szło dobrze - odparł. - Prawdę mówiąc, nie wiem, jak się teraz sprawy mają, ale przez pewien okres było dość dobrze, nie przeczę.
Ku swojemu zdziwieniu zobaczył, że po drugiej stronie stołu dziadek powoli podnosi się z krzesła. Kiedy już wstał, obiema rękami przytrzymał się blatu. Pozostał w tej pozycji, krzywo wyrośnięte drzewo brezylki garbarskiej. Towarzystwo natychmiast zamilkło. Stulatek omiótł gości wzrokiem. Hugo pomyślał o dzielących ich sześćdziesięciu latach: senior rodu urodził się w 1916 roku, on - w 1976, decydujące wydarzenia XX wieku rozegrały się w czasach jego dziadka. Patrząc schematycznie, myślał Hugo, dziadek i on mieli się do siebie jak Prometeusz do Epimeteusza, których imiona oznaczały tyle co "patrzący do przodu" i "patrzący wstecz". Willem Adema starszy jako młody człowiek oddał się pracy na rzecz destrukcyjnej, witalistycznej ideologii, Hugo dorastał w świecie powstałym na jej ruinach. Dziadek i jego towarzysze bezpardonowo zmienili bieg historii - patrząc na stojącego w milczeniu starca, Hugo uświadomił sobie, że chciałby posiadać mądrość, która pozwoliłaby zrozumieć tę przeszłość. Skażoną przeszłość, która również jego, wnuka, wciąż prześladowała. Od uniesionego prawego ramienia i "Heil Hitler!" starszych chłopców na szkolnym dziedzińcu do omówień jego prac, w których się do tego odnoszono, droga nigdy nie była daleka.
Długo unikał przeszłości, zazwyczaj zadowalał się tym, co mówiono o niej w rodzinie. Zdawał sobie sprawę, że to za mało. Mistrz Cijiao powiedział, że ten, kto szuka perły, najpierw musi uspokoić wodę. "Kiedy woda koncentracji będzie spokojna i przejrzysta, perła sama się ujawni".
Kiedy woda jest wystarczająco spokojna i przejrzysta?
Śledzący wzrok dziadka przesuwał się po towarzystwie. Przedramiona starca drżały z wysiłku, jakiego wymagało zachowanie prostej postawy. Hugo przypomniał sobie, że dawniej bardzo chciał się włamać do tej usianej plamami starej czaszki, żeby posiąść znajdujące się w niej wspomnienia, ujrzeć obrazy dawnej Europy, którą dziadek przemierzał w młodości i którą sobie podporządkował. Każdy człowiek był tajemnicą, a ten starszy mężczyzna składał się z aż trzech osób, z których każda wiodła inne życie. Babcia z zatroskaniem patrzyła, jak jej mąż za sprawą silnej woli pozwala, by ta chwila trwała nadal, aż skinieniem głowy zakończył swoją Pieśń bez słów i wspierany przez pielęgniarkę opadł na krzesło. Geert Lameris zawołał "Brawo!", a gdy następnie zaintonowano Sto lat, wszyscy wstali i zaśpiewali jubilatowi z uniesionymi kieliszkami. Zaraz potem na stulatka spadło gromkie "Hura! Hura!", i nikt nie wiedział, że w jego głowie zabrzmiało to jak echo zaciekłego bojowego okrzyku, z jakim Rosjanie na froncie wybiegali ze swoich kryjówek i dawali się kosić tysiącami.
Po kolacji podano digestif w salonie. Kilkoro gości już poszło. Z rozmów wokół Hugo wywnioskował, że wystąpienie dziadka odebrano jako podziękowanie, znak, że jest "bystry jak dawniej", Hugo pomyślał jednak o wieczornym apelu: Untersturmführer Adema raz jeszcze dokonuje przeglądu swoich wojsk. Nie chodziło o to, co usłyszał z ust szwagierki Lidewij, "żeby każdemu poświęcić jeszcze momencik uwagi" (zawsze mówiła jak te wytresowane zdziry z reklam herbaty), nie, dziadek sondował lojalność każdego z nich. Przez całe życie gromadził wokół siebie wiernych, którzy mu służyli z podziwem i respektem.
- No chyba jeszcze nie wychodzisz, Hugo? - spytał ojciec. - Wypijemy zaraz po kieliszku w salonie.
Hugo odparł, że jest w sam raz pora na przechadzkę po wydmach.
- Teraz? Jak chcesz. Śledzisz trochę sprawę Boreasa? Śledź koniecznie, jest większy niż wszystko, co kiedykolwiek stworzyliśmy.
Hugo kiwnął głową. Nie miał ochoty na rozmowę o statku, który budował jego brat, a który miał się stać największą jednostką, jaka kiedykolwiek pływała po światowych morzach, i działać na zlecenie wielkich przedsiębiorstw energetycznych. Powiedział, że naprawdę musi już iść, w przeciwnym razie za chwilę zrobi się ciemno, że oko wykol. Zapiął kurtkę i opuścił dom. Na zewnątrz było jaśniej, niż wydawało się ze środka.
Za domem, przy półokrągłych kamiennych schodach, spojrzał w górę na salon - postaci poruszały się tam w złotym świetle. Dziadków odprowadzono już do ich pokoi, gdzie za pomocą przycisków i kabelków alarmowych komunikowali się z pielęgnującym ich personelem. Idąc w stronę lasu, Hugo zauważył, że basen został zakryty na zimę. Farba kabin kąpielowych się łuszczyła, drewno pokrywał grzyb. W lesie szarość potęgowała się między pniami drzew. W murze ogrodzenia po zachodniej stronie znalazł nierówności, które dawniej służyły mu za schodki. Wspinaczka kosztowała go znacznie więcej wysiłku niż wtedy, lecz chwilę później siedział zdyszany na górze. Piaszczystą drogą w dole jeździły tylko samochody terenowe Zarządu Lasów Państwowych i przedsiębiorstwa wodociągowego Dunea, teren rezerwatu nie był dostępny dla publiczności. Przed nim rozciągał się wydmowy krajobraz. Jeśli się pospieszy, przed zmrokiem będzie nad morzem. Szedł wąskimi dzikimi ścieżkami pośród wrzosów i niskich zarośli, długie girlandy jeżyn czepiały się nogawek jego spodni. Wkrótce koszula zaczęła mu się kleić do ciała. Niesmak z powodu słabej kondycji. Gęsi przeleciały z gęganiem - nie widział ich, tylko słyszał. Myślał o zdjęciu, które zrobiono kiedyś jemu i Lois: chudzi jak patyki i jedyni w swoim rodzaju na płaskim dachu ich finki na Ibizie, zachodzące słońce na ich plecach, na chwilę zanim ręka w rękę wskoczyli do basenu - szczęśliwe dzieci. Zdjęcie zyskało pewną popularność, między innymi za sprawą filmu dokumentalnego, w którym odegrał kluczową rolę, a ludzie dostrzegli w tym hedonizm jego pokolenia artystów. Prawdopodobnie mieli rację. To było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe, a jednak tam, wysoko ponad światem, to byli oni, wolni ludzie - Amazygowie.
Żeby przepędzić wspomnienie, przyspieszył swój karny marsz. Dobiegło go rżenie konia. Po chwili go ujrzał - konik polski. Rżenie rozległo się ponownie. Usłyszał odpowiedź z oddali. Zwierzę ruszyło kłusem i zniknęło za wydmą, gdzie, jak sądził, dołączyło do swoich. Hugo wybierał ścieżki biegnące jak najwyżej, żeby unikać wilgotnych wydmowych dolin i trzcinowych bagien. Postanowił, że się za siebie weźmie i odzyska formę. Stworzy nowe prace. Był niejako w połowie kariery, chujowe określenie, które w jego wypadku znaczyło tyle co nic. Czy Lois rzeczywiście była warta prawie siedmiomiesięcznej żałoby? Aż tak cenna cipka być nie może, napisał kiedyś jakiś poeta, ale już sama myśl o jej blond piczce przyprawiała go o chorobę z tęsknoty.
Dotarł do początku betonowego muru, który przecinał teren na długości kilkuset metrów. Stał w poprzek morza, ten Panzermauer wzniesiony w 1942 roku - gruby na dwa metry, stanowił część Wału Atlantyckiego, podobnie jak bunkry i zęby smoka w okolicy. Większość jeszcze się zachowała, część zniknęła pod piaskiem i wtopiła się w krajobraz. Mur wyglądał, jakby pokrywało go graffiti, ale upiorne białe kształty były naciekami wapienia wypłukanymi przez wodę deszczową, która sączyła się szczelinami w betonie. U stóp wysokiego rzędu wydm z murem obronnym na szczycie znajdowały się symetrycznie rozmieszczone zęby smoka, pierwsza linia obrony przed uderzeniem nieprzyjacielskich czołgów w pancerny mur. Zacienioną stronę małych piramid porastał mech, ale ich krawędzie wciąż były ostre jak w dniu, w którym z betonu zdjęto szalunek. Stojące tak w szyku rząd za rzędem, przywodziły mu na myśl Pomnik Pomordowanych Żydów Europy w Berlinie, jego miniaturową wersję. Wszystko na nic, inwazja przebiegła inaczej. Daremność nigdy niesprawdzonego systemu obronnego.
Dużo bawili się tu z Willemem, choć nie wolno im było aż tak bardzo oddalać się z Oostraven. Ileż razy tu poległ, podobnie jak jego brat. Pośród kęp piaskownicy ich wrogość przyjmowała postać szarpiących nerwy podchodów i naśladowanego głosem ognia karabinów maszynowych. Tajemnicza bliskość przeszłości zawsze przyprawiała go o ciarki, gdy leżał w zasadzce między zębami smoka. Ostry rozkaz, przeładowywana broń, tak brzmiał koniec, jaki sobie wyobrażał.
Mur już dawno miał zostać zburzony, lecz nadal tu stał, podobnie jak jego dziadek wciąż jeszcze trwał na tym świecie. W murze gnieździły się nietoperze i rosły rzadkie gatunki mchu, podobnie jak czaszka dziadka pokryta była plamami, cystami i brodawkami. Białe blizny na jego twarzy to ślady po odłamkach granatów podczas hekatomby na froncie wschodnim.
Monotonnie dysząc, wiatr przeczesuje kępy piaskownic. U swoich stóp Hugo może już tylko odróżnić jasnozielony mech, ponieważ fiolet wrzosów stracił wszelką barwę. Jego oczy badają przestrzeń przed sobą. Nie widać, czy ciemny garb kawałek dalej to wypukłość wrzosowego krzewu, czy śpiący koń. Tak powstawały pierwsze opowieści, we mgle albo w cieniach prawie mroku - zmienny teren, gdzie jedno staje się drugim. Metamorfozy.
Od plaży dzieli go jeszcze parę piaszczystych wzniesień. Zdyszany i z butami pełnymi piasku wkrótce pokonuje ostatnią wysoką wydmę. Przypływ, bliskość fal. Hugo wpatruje się w ciemnoszarą głębię. Żadnego horyzontu i żadnego punktu oparcia, jedynie fale, które z sykiem omywają jego stopy.
[...]
Tytuł oryginału Nirwana
Przekład Alicja Oczko
Redakcja Maria Wirchanowska
Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek
Obraz użyty na okładce ? Caroline Walker, Downtown LA, c/o Pictoright Amsterdam 2026
Projekt stron tytułowych Tomasz Majewski
NIRWANA
Copyright: ? 2023 Tommy Wieringa. Originally published by De Bezige Bij, Amsterdam.
Original title Nirwana
All rights reserved.
Copyright ? for the Polish translation by Alicja Oczko, 2026
Copyright ? for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026
Zdjęcie autora na okładce Copyright ? Gary Doak Photography - afgekocht
This publication has been made possible with financial support from the Dutch Foundation for Literature.
Skład i łamanie Dariusz Ziach
ISBN 978-83-981585-6-5
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Wydawnictwo Pauza
ul. Meksykańska 8 m. 151
03-948 Warszawa
info@wydawnictwopauza.pl
+48501177119
www.wydawnictwopauza.pl
WydawnictwoPauza
wydawnictwo_pauza
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej